Proza Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/proza/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Fri, 19 Jun 2026 12:12:10 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Proza Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/proza/ 32 32 Kobieta światowa i babcia z Ziemi Lubuskiej https://prolibris.net.pl/kobieta-swiatowa-i-babcia-z-ziemi-lubuskiej/ Fri, 19 Jun 2026 11:57:50 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17828 Joanna Kapica-Curzytek

The post Kobieta światowa i babcia z Ziemi Lubuskiej appeared first on Pro Libris.

]]>

Joanna Kapica-Curzytek

Kobieta światowa i babcia z Ziemi Lubuskiej

 

 

Kosmopolitka. Intelektualistka i poliglotka. Żona ambasadora, przez szereg lat organizująca życie na placówkach. Dziennikarka, tłumaczka, pisarka. Mira Michałowska (1914-2007) to wielka osobowość, choć jej nazwisko i imponujący dorobek są, niestety, coraz mniej rozpoznawalne. Ale udało mi się odkryć pewien lubuski epizod w jej twórczości. I choć drobny, to z pewnością wart przypomnienia przede wszystkim ze względu na ogromny wkład Miry Michałowskiej w tworzenie w naszym kraju tego, co dzisiaj nazywamy kulturą popularną.

Niedawno ukazała się biografia autorstwa Moniki Ksieniewicz-Mil pt. Kobieta światowa. Opowieść o Mirze Michałowskiej (wydawnictwo W.A.B., 2025). Dopiero tutaj widać, że życiorysem i osiągnięciami bohaterki tej książki można by obdarzyć nawet nie kilka, ale kilkanaście osób. Ma ona na swoim koncie szereg wybitnych dokonań, warto wymienić koncepcję i scenariusz Wojny domowej (w reż. Jerzego Gruzy), serialu z lat 1965-66, do dzisiaj wyświetlanego w telewizji i chętnie oglądanego, przede wszystkim ze względu na znakomite aktorskie kreacje. Film powstał na podstawie tekstów publikowanych w tygodniku „Przekrój”, którego Michałowska była wieloletnią felietonistką. Jej nazwiska nie kojarzymy najpewniej dlatego, że pisała pod pseudonimem Maria Zientarowa.

Nie ma też wątpliwości, że naszą telewizję zmienił na zawsze program „Tele-Echo”, obecny na antenie od 1956 aż do 1981. Był to pierwszy polski talk-show, a jego pomysłodawczynią była właśnie Mira Michałowska, która zaczerpnęła ten pomysł z telewizji francuskiej. Cała Polska zasiadała też przed telewizorami, gdy w czwartkowe wieczory emitowano cykl „Kobra”, teatr sensacji. Michałowska była autorką przekładów z języka angielskiego wielu wykorzystanych tam tekstów.

Tłumaczyła również literaturę. Wybitną powieść Szklany klosz Sylvii Plath przeczytaliśmy po raz pierwszy w przekładzie Miry Michałowskiej. Tak samo Rajski ogród Ernesta Hemingwaya oraz szereg jego opowiadań. Kongenialnie przełożyła powieści (odkrywanej dzisiaj u nas na nowo) Joan Didion: Demokrację, Rzekobieg i Modlitewnik. To tylko niewielki wycinek z jej dorobku jako tłumaczki.

Prywatnie była związana z dyplomatą Jerzym Michałowskim, który przez sześć lat był ambasadorem Polski w Wielkiej Brytanii, a jakiś czas później przez cztery lata był szefem Misji Polskiej przy ONZ w Nowym Jorku. Mira Michałowska organizowała życie kulturalne i towarzyskie na zagranicznych placówkach, do czego miała nieprzeciętny talent. Swoje doświadczenia opisywała później w felietonach publikowanych w miesięczniku „Twój Styl”.

Była też autorką książek, przede wszystkim dla dzieci i młodzieży. Dla niej jako mamy dwóch synów oraz osoby obdarzonej wybitnym zmysłem obserwacyjnym, świetnym słuchem językowym i satyrycznym zacięciem, inspiracji do pisania nigdy nie brakowało. Z perspektywy dzisiejszych czasów widać w jej utworach ciekawie utrwalone wzorce i realia ówczesnego PRL-u, ale zawsze z jakimś dodanym akcentem tego, co udało się Michałowskiej podpatrzeć za granicą. Akcentem na tyle drobnym, że nie uchodziło to za snobizm, być może też na więcej nie pozwalała ówczesna cenzura, ale te dodatkowe nutki wnosiły trochę barw, powiew lepszego świata i poszerzały horyzonty.

Tak właśnie jest w przypadku cyklu Miry Michałowskiej, zapoczątkowanego książką Ania i Ewa i Marian i Rusak i inni…, wydaną w 1975 roku. Tytułowa bohaterka, ośmioletnia Ania nie lubi jeść mięsa. W naszych czasach już rzadko wzbudza to dyskusję, ale wtedy, pięćdziesiąt lat temu, było to swoiste pójście pod prąd. Jako że mięso i wędliny były szczególnie trudne do zdobycia, udręczone mamy apelowały do niejadków: „ziemniaczki i surówkę możesz zostawić, ale mięsko zjedz”.

Ta opowieść o codziennym życiu przeciętnej inteligenckiej rodziny z Warszawy, mieszkającej w bloku, musiała się spodobać, bo rok później Mira Michałowska opublikowała jej kontynuację – O Ani, Ewie, Marianie, Marsjanach i babci z Ziemi Lubuskiej. Tu z kolei znajdziemy refleksje o równouprawnieniu i fakcie „drugiego etatu” dla każdej kobiety w domu: „w każdej kuchni stoi teraz kobieta i zmywa naczynia po kolacji […] Chłopcom jest lżej. Jest to niesprawiedliwe”, snuje refleksje Ania (s. 10-11). I już wtedy na kartach tej książki toczyła się dyskusja o feminatywach – Ania z rodzicami zastanawia się, jak powinna brzmieć żeńska wersja słowa „sportowiec”.

Ale nas, rzecz jasna, najbardziej tu intryguje obecna w tytule książki postać związana z naszym regionem. Pojawia się pod koniec opowieści: z Zielonej Góry przyjeżdża na tydzień do Ani i jej rodziców babcia Kozłowska (s. 42). Przywozi ze sobą słoiki z marynatami, konfiturami, dżemami i grzybami – mamy oto na piśmie utrwaloną pochwałę obfitości Ziemi Lubuskiej, bogatej w dary lasów i ogrodów. Określenie „warszawski słoik” jest dzisiaj mocno rozpowszechnione i można chyba uznać, że rodzice Ani byli wtedy, we wczesnych latach 70. XX wieku, przedstawicielami ich pierwszego pokolenia.

Babcia jest w rodzinie Ani symbolem stałości, choć sytuuje się na drugim biegunie równouprawnienia. Ośmioletnia wnuczka bardzo chciałaby, aby babcia była u nich na zawsze. Pani Kozłowska szyje, reperuje, gotuje i piecze, bierze więc na siebie choć na chwilę ten ciążący „drugi etat”. Babcia ma ze sobą wyszywany płócienny fartuch „przywieziony z Ziemi Lubuskiej” (s. 45). Można ten rekwizyt odczytać jako symbol łączności kulturowej pomiędzy tak zwanymi Ziemiami Odzyskanymi a resztą Polski, którą tak usilnie w czasach Polski Ludowej próbowano narzucić. Tego w książce bezpośrednio nie ma, ale z dużym prawdopodobieństwem można przypuścić, że babcia Kozłowska raczej nie była na Ziemi Lubuskiej autochtonką, ale powojenną osadniczką z ziem wschodnich. Ten wyszywany fartuch, który musiał wiele dla niej znaczyć, najpewniej ma jeszcze o wiele dłuższą historię, a jest nią znana nam i ostatnio coraz dogłębniej odkrywana przeszłość naszego regionu, którego liczni mieszkańcy mają wschodnie korzenie. Nie znalazłam w życiorysie Miry Michałowskiej żadnych prywatnych powiązań z Zieloną Górą ani Ziemią Lubuską, co czyni postać babci Kozłowskiej jeszcze bardziej intrygującą.

 

Nie ma tu miejsca, aby analizować inne utwory Michałowskiej, ale warto zwrócić uwagę na najczęściej pojawiający się w nich motyw: ważną rolę pełnią w nich sąsiedzkie więzi. Budowanie zaufania między osobami mieszkającymi blisko siebie mogło być wybawieniem w czasach nie tylko braków w sklepach (pożyczanie przysłowiowej szklanki cukru czy odrobiny soli było na porządku dziennym), ale ograniczonych obywatelskich swobód i uprzedmiotowienia. Czy byłaby to również dzisiaj skuteczna recepta na nadszarpnięte więzi społeczne?

Życie między sąsiadami toczy się w Wojnie domowej oraz w książkach o Ani i jej rodzinie. Między serialem a tym cyklem jest zresztą sporo podobieństw, by wspomnieć jeszcze ostatnią jego część: Ania i Ewa i Marian i Rusak i Tatry, no i Dżo (wyd. 1982). Tytułowy Dżo, rówieśnik Ani, jest dwujęzycznym Polakiem z Wielkiej Brytanii, który przyjechał w odwiedziny. Jest to dla autorki okazja, by „przemycić” różne przemyślenia dotyczące zetknięcia się z kimś reprezentującym inną kulturę. I tak jak w telewizyjnym serialu, wszyscy wyjeżdżają na narty do Zakopanego, co dla jednego z bohaterów skończy się złamaną nogą. Czyżby widać tu było grę autorki z cenzurą? Z kontuzją kończy bowiem niejaki Rusak (wymieniony w tytułach książek), w poprzednich książkach sportretowany jako skłonny do bitki silny, hałaśliwy chłopak, postrach podwórka.

O Ani, Ewie, Marianie, Marsjanach i babci z Ziemi Lubuskiej to tylko jeden z wielu utworów Miry Michałowskiej dla dzieci i młodzieży. W jej biografii możemy przeczytać, że inspiracje czerpała, obserwując własne dzieci. Jaką była mamą? Choć mocno zajęta karierą, była – jak mówimy dzisiaj – wystarczająco dobrą. Uważną, obecną, wspierającą, ale też nieidealizującą dzieci. Stworzyła stabilną rodzinę, tymczasem sama niosła przez całe życie ciężar straty brata i dwojga rodziców podczas wojny.

Miło pomyśleć, że Mira Michałowska, autorka, która publikowała m.in. w prestiżowym „New Yorkerze”, utrwaliła w swojej twórczości postać babci z Ziemi Lubuskiej!

 

 

Bibliografia

Monika Ksieniewicz-Mil, Mira. Kobieta światowa, Warszawa 2025.

Mira Michałowska, O Ani, Ewie, Marianie, Marsjanach i Babci z Ziemi Lubuskiej, Warszawa 1976.

The post Kobieta światowa i babcia z Ziemi Lubuskiej appeared first on Pro Libris.

]]>
„Tikkun olam” oznacza naprawianie świata. Słów kilka o książce Mirny Funk Von Juden lernen https://prolibris.net.pl/tikkun-olam-oznacza-naprawianie-swiata-slow-kilka-o-ksiazce-mirny-funk-von-juden-lernen/ Fri, 19 Jun 2026 11:29:43 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17770 Izabela Taraszczuk

The post „Tikkun olam” oznacza naprawianie świata. Słów kilka o książce Mirny Funk Von Juden lernen appeared first on Pro Libris.

]]>

Izabela Taraszczuk

„Tikkun olam” oznacza naprawianie świata. Słów kilka o książce Mirny Funk Von Juden lernen

 

Mirna Funk przyszła na świat w Berlinie Wschodnim w 1981 roku i zdobyła sławę ponad dekadę temu debiutancką powieścią Winternähe (pol. Bliskość zimy), oscylującą wokół złożonych, bikulturowych wątków autobiograficznych oraz silnie zakotwiczoną w żydowskiej tożsamości. Publikacja spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem czytelników i krytyki – w 2015 roku autorkę uhonorowano literacką nagrodą Uwe-Johnson-Förderpreis.

Jednak literacką i historyczną cezurę w jej twórczości wydaje się stanowić książka Von Juden lernen (pol. Uczyć się od Żydów), która ukazała się 7 lutego 2024 roku (notabene dokładnie cztery miesiące po zamachu terrorystycznym przeprowadzonym przez Hamas na Izrael) w monachijskim wydawnictwie dtv Verlagsgesellschaft. Ta licząca prawie 160 stron publikacja stała się bestsellerem rankingów czytelniczych ogłaszanych w tygodniowym rytmie przez ceniony i niezwykle popularny magazyn „Der Spiegel”.

Funk to kobieta orkiestra, łącząca na niwie eseistycznej i literackiej tradycję z kulturą współczesną, apologetka własnego kręgu kulturowo-etnicznego i buntowniczka definiująca na nowo osiągnięcia patriarchatu. Autorka studiowała filozofię i historię na berlińskim Uniwersytecie im. Humboldtów (Humboldt-Universität zu Berlin), realizuje się jako pisarka,

dziennikarka, moderatorka, reżyser i scenarzystka. Jej artykuły i komentarze ukazują się m.in. w „Jüdische Allgemeine Zeitung”, „Die Zeit”, „Süddeutsche Zeitung”, „Neue Zürcher Zeitung”, „Vogue” i „Cosmopolitan”. Od marca 2024 roku prowadzi panel dyskusyjny „Von Juden lernen” w centrum nauki i edukacji Urania Berlin. Wydała siedem książek, jej przedostatnia publikacja Nice to meet you, Tel Aviv!, przewodnik po mieście i zbiór esejów w jednej formie, ukazała się w 2025 roku. Najnowsza powieść Balagan – portret pewnej żydowskiej rodziny, magnetyzujący dynamiczną narracją, niemal pulsujący opisem rodzinnych perypetii i specyficznym klimatem berlińskiej sceny artystycznej ostatnich miesięcy – pojawiła się na niemieckim rynku wydawniczym w styczniu 2026 roku.

Nie ukrywam, że po lekturę książki Mirny Funk sięgnęłam z czterech powodów. Pierwszym z nich, najistotniejszym, jest wspomniany zamach przeprowadzony 7 października 2023 roku. Wydarzenie to skłania do nieustających refleksji nad istotą judaizmu, relacji żydowsko-arabskich i stawiania pytań o możliwość pokoju na Bliskim Wschodzie.

Po drugie, od ponad dwóch dekad w Polsce ma miejsce swoisty renesans judaica. Cały czas pojawiają się wznowienia i nowe publikacje autorek i autorów piszących o kulturze żydowskiej, filmowców składających jej hołd, pisarzy się z nią identyfikujących. W Polsce restauruje się budowle i cmentarze społeczności wyznania mojżeszowego, organizuje się imprezy promujące kulturę niemiecko- i polskojęzycznych Żydów, prowadzone są kursy języka hebrajskiego. Inicjatywy te są niesłychanie ważne, gdyż „odkrywają to, co dotychczas zakryto”, czyli unaoczniają znaczenie kultury mniejszości, która – zasymilowana lub zamieszkująca sztetle – w 1939 roku liczyła w Rzeczypospolitej ponad 3,3 miliona obywateli i która w ogromnej części zniknęła z polskiego krajobrazu w czasie drugiej wojny światowej i po 1945 roku. Decydujące znaczenie mają tutaj (pozwolę sobie wymienić zaledwie kilka z nich): debata wokół Jedwabnego (2001), uhonorowanie Oscarem dramatu Pawła Pawlikowskiego Ida (2015), żywy odbiór zrealizowanego na kanwie powieści Debory Feldman miniserialu platformy Netflix Unorthodox (2020), publikacje Marcina Wichy (Rzeczy, których nie wyrzuciłem, 2017) oraz Sylwii Borowskiej (Sekret. Historie ludzi, którzy odkryli swoje żydowskie pochodzenie, 2019), pielęgnowanie żydowskiego dziedzictwa w Lubuskiem przez wieloletniego dyrektora Muzeum Ziemi Międzyrzeckiej Andrzeja Kirmiela, publikacje zielonogórsko-wrocławskich naukowców, Tomasza Jaworskiego i Tamary Włodarczyk (Żydzi żarscy a specyfika pogranicza polsko-niemieckiego, 2017) oraz Zbigniewa Bujkiewicza (Zielonogórska gmina żydowska 1813-1942, 2017)[1], dokumentowane ostatnio m.in. w mediach społecznościowych inwentaryzacje i rewitalizacje górnośląskich cmentarzy żydowskich – inicjowane przez historyka z Pszczyny Sławomira Pastuszkę oraz akcje popularyzujące kulturę żydowską i integrujące społeczność lokalną, organizowane przez łódzkie stowarzyszenie HaKoach, któremu przewodzi Dawid Gurfinkiel.

Po trzecie, odkryty niedawno zbiór esejów zmarłego w maju 2023 roku pisarza i reportera Pawła Smoleńskiego zadziałał niczym przepowiednia. Jego tom wydany w 2012 roku ukazał się pod znamiennym tytułem Balagan. Alfabet izraelski. Subiektywny styl pisania autora opisującego scenę polityczną i codzienność w Izraelu nikogo nie pozostawi obojętnym: może irytować oraz sprowokować do soczystej polemiki „kulturowych sceptyków” i porwać odkrywców żydowskiej schedy. Także lub przede wszystkim w czternaście lat po pojawieniu się na rynku czytelniczym.

I po czwarte, magnesem do lektury okazał się tekst na mieniącej się barwami różu i lila (tylnej) okładce i wewnątrz książki samej Mirny Funk:

5784 lat historii intelektualnej (w staraniach) o lepszą przyszłość. Życie Żydów. […] Kiedy dzisiaj dyskutuje się o życiu żydowskim, debata – zwłaszcza w Niemczech – zazwyczaj koncentruje się wokół Holokaustu, konfliktu arabsko-izraelskiego lub antysemityzmu. Zważmy jednak na fakt, że judaizm jest najstarszą z monoteistycznych religii abrahamowych, co oznacza, że ​​posiada kulturę i filozofię sięgającą tysiącleci. W swojej najnowszej książce Mirna Funk analizuje osiem teorii z historii myśli żydowskiej i zestawia je ze współczesnością, z „Czasem dokonującym się Teraz”[2].

Zasady przewodnie judaizmu to również tytuły poszczególnych rozdziałów książki.

Refleksje autorki otwiera Tikkun olam. Von der Verbesserung der Welt, czyli rzecz o poprawianiu świata. Funk zapewnia czytelnika, iż „lubi żydowskiego Boga” i ceni Jego „gotowość do dialogu (»Dialogfähigkeit«), poczucie humoru” oraz geniusz, z jakim zaaranżował historię Raju, Adama i Ewy, Drzewa Poznania Dobra i Zła oraz Węża. Bóg ten oczekuje sprawczości i zaangażowania ze strony człowieka, nie zaś życia w oczekiwaniu, że „rzeczy jakoś będą biegły własnym rytmem”. W judaizmie istotna jest siła działania („Wirkungskraft”) i aktywna zmiana biegu historii; „Raj nie ma miejsca po śmierci, lecz w życiu doczesnym, a Mesjasz, na którego Żydzi czekają, nie oczekując Go, jest człowiekiem i nie nosi znamion boskości”.

Rozdział Eshet chayil. Das Lob der Frau (Eshet chayil. Pochwała kobiety) wyjaśnia rolę płci pięknej w historii, życiu codziennym oraz religii. Funk powołuje się na liczący ponad 3000 lat tekst króla Salomona, w którym zwraca się on najprawdopodobniej do swojej praprababki Ruth i który stanowi apoteozę intelektualnych i fizycznych przymiotów kobiety. „Eshet chayil”, czyli „dzielnej kobiety”, „niewiasty walecznej”.

Rozdział Zedaka. Hilfe zur Selbsthilfe traktuje o tytułowej, niebędącej cnotą, a obowiązkiem dobroczynności i wsparciu, które uaktywnia pomoc samemu sobie. Funk poddaje krytyce politykę nieustannego rozdawnictwa i szkicuje osiem stopni zedaki, czyli „sprawiedliwości” bądź „dobroczynności”, ułożonych hierarchicznie według zasady wspaniałomyślności, począwszy od tych najszlachetniejszych. „Die acht Grade der Wohltätigkeit” („Osiem stopni dobroczynności”) pochodzą z głównego dzieła Majmonidesa, Mishneh Torah. Na uwagę zasługuje czwarty stopień, który zaleca ofiarowanie datku potrzebującemu, zanim ten o niego poprosi. Tym sposobem darczyńca ocala jego godność.

W części Eser kenegdo. Der Partner als echte Antwort (Eser kenegdo. Partner jako prawdziwa odpowiedź) Mirna Funk definiuje relacje kobiety i mężczyzny i podkreśla pozycję biblijnej Ewy oraz generalnie wszystkich kobiet, które w wyznaniu mojżeszowym postrzegane są jako „stworzone przez Boga równorzędne partnerki i uzupełnienie mężczyzn”, jako ich wsparcie i wyzwanie zarazem, „wydobywające z nich to, co najlepsze i inspirujące do dalszego rozwoju”; eser kenegdo to rola pierwszej kobiety, „eine Hilfe, die einem Gegenüber entspricht” („pomoc, która odpowiada adwersarzowi”).

Rozdział „Lashon hara. Die üble Nachrede” poświęcony jest zjawisku oszczerstwa i negatywnym wypowiedziom w sytuacjach realnych oraz szeroko pojętych mediach społecznościowych. Lashon hara to nic innego jak „zły język” – rozpowszechnianie plotek i oszczerstw uważane jest w judaizmie za grzech ciężki. Funk przytacza tutaj przypowieść o człowieku, który żałuje własnej, wypowiedzianej w złej intencji retoryki i w celu zadośćuczynienia prosi o radę rabina, a ten przyrównuje werbalną niegodziwość do rozciętej puchowej poduszki.

Część Yada. Sex als Anerkennung (Yada. Seks jako wyraz uznania) jest afirmacją doznań cielesnych z pełnym poszanowaniem obojga płci; seks przybiera w judaizmie wymiar duchowy i nie jest nastygmatyzowany pojęciem grzechu, a stanowi źródło sił witalnych i pozytywnej energii. Hebrajskie słowo yada oznacza poznać kogoś naprawdę i to (także) w sposób intymny.

Przedostatni rozdział publikacji Machloket. Richtig streiten lernen (Machloket. Ucząc się poprawnej dysputy) prezentuje machloket, w dosłownym znaczeniu „spór”, fundamentalną część żydowskiego uczenia się i mentalności, a oznacza w szerszym ujęciu „różnicę poglądów lub debatę, odnoszącą się w szczególności do interpretacji tekstów religijnych lub kwestii etycznych”. Interesujący jest przy tym fakt, iż w talmudycznym sporze dwóch rabinów nie chodzi o wygraną jednego z nich, a o równoległe istnienie obydwu punktów widzenia.

W ostatniej części bestsellera, Eingedenken. Im Gestern die Zukunft verändern (Pamięć. W przeszłości zmieniać przyszłość), autorka, córka nieżydowskiej matki i żydowskiego ojca, przedstawia refleksje na temat własnej tożsamości oraz postępowania z historią. Przywołuje przy tym schedę przedstawiciela szkoły frankfurckiej, filozofa i krytyka kultury, Waltera Benjamina. Niemiecki myśliciel, autor opublikowanego w 1940 roku eseju Über den Begriff der Geschichte (O pojęciu historii) sugerował nielinearną percepcję historii oraz postulował „Eingedenken”, czyli „pamięć”, „upamiętnianie”, które dokonuje się na zasadzie naprzemiennego dialogu („dialogische Wechselseitigkeit”), uwzględniającego zarówno przeszłość, jak i teraźniejszość. Koncept Benjamina zakłada „świadome, otwarte i zaangażowane podejście do historii”, umożliwiające żyjącym współcześnie kontakt z przeszłością i odpowiedzialne kreowanie przyszłości.

Dzieło Mirny Funk jest fascynującą konkluzją umysłowości żydowskiej, zapisem osobistych, przesiąkniętych anglicyzmami przeżyć i złożoną refleksją na temat kultury pamięci. Bogatą erudycję autorki podkreślają liczne cytaty z Tory i Biblii oraz odniesienia do życiorysów i twórczości Thomasa Hobbesa, Gottfrieda Wilhelma Leibniza, Ludwiga Philippsona, Hanny Arendt, Martina Bubera, Emmanuela Lévinasa, Berthy Pappenheim, Andy Warhola, Alice Miller i Gary’ego Chapmana. Funk jest kulturową rebeliantką – postuluje odwagę wyrażania wątpliwości, konieczność udziału w konstruktywnej polemice oraz gotowość do współkształtowania świata. Jest niczym opisana przez siebie żydowska Ewa, która łamiąc boskie reguły, zostaje wygnana z Raju i tworzy go od nowa. Owe osiem zasad, dedykowanych praktycznie wszystkim czytelnikom (na początku książki widnieje dedykacja Für euch, czyli Dla was), tłumaczy fakt, dlaczego również świeccy Żydzi identyfikują się z wiarą wyznawaną przez pokolenia przodków z czasów kamienowania winowajców. „Bycie Żydem wykracza poza ramy religii”[3], podkreśla w jednym z wywiadów autorka. Judaizm zakładający kulturową elastyczność, krytycyzm i ciągłe zmiany staje się kluczem do rozwoju osobistego. I nieustannym Tikkun olam.

 

Mirna Funk, Von Juden lernen, wyd. dtv Verlagsgesellschaft mbH & Co. KG, München 2024, 159 s.


[1]  Cmentarz żydowski został założony w XIX-wiecznej Zielonej Górze, czyli dawnym Grünbergu, przy Breslauer Straße (dziś: skrzyżowanie ul. Wrocławskiej i Chmielnej) w 1814 roku. Natomiast synagoga powstała w roku 1883 przy Glasserplatz (obecny Plac Powstańców Wielkopolskich). Obydwa obiekty – zniszczone podczas drugiej wojny światowej (synagoga) i w latach 60. XX w. (nekropolia) – upamiętniają w mieście kolejno tablica informacyjna przy ulicy Chmielnej, pomnik przy ulicy Wrocławskiej oraz kamień koło Filharmonii Zielonogórskiej. Prof. Bujkiewicz podaje we wspomnianej monografii, iż w okresie rozkwitu gminy żydowskiej liczba osób wyznania mojżeszowego wynosiła w mieście 320 na 10 557 mieszkańców (1861 rok). Por. Z. Bujkiewicz, Zielonogórska gmina żydowska 1813-1942. Warszawa 2017, s. 46.

[2]  „5784 Jahre Denkgeschichte für eine bessere Zukunft. Jüdisches Leben […] Wenn es heute um jüdisches Leben geht, dreht sich die Diskussion – insbesondere in Deutschland – meist um den Holocaust, den arabisch-israelischen Konflikt oder Antisemitismus. Dabei ist das Judentum die älteste der monotheistischen abrahamitischen Religionen, das bedeutet eine jahrtausendealte Kultur und Philosophie. Mirna Funk greift in ihrem aktuellen Buch acht Theorien der jüdischen Ideengeschichte auf, und bringt sie in Dialog mit dem »Jetzt«. […]” – tekst z okładki, ze str. 2; tytuł debiutanckiej powieści Winternähe i Von Juden lernen oraz wszystkie cytaty z tej ostatniej (wyd. dtv, München 2024) – tłum. własne, I.T.

[3]  Por. wywiad z M. Funk, https://www.galore.de/interviews/people/mirna-funk/2024-01-16 [dostęp: 21 grudnia 2025].

The post „Tikkun olam” oznacza naprawianie świata. Słów kilka o książce Mirny Funk Von Juden lernen appeared first on Pro Libris.

]]>
Tradycja nigdy nie znika https://prolibris.net.pl/tradycja-nigdy-nie-znika/ Fri, 19 Jun 2026 11:11:40 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17759 Beata Czuba

The post Tradycja nigdy nie znika appeared first on Pro Libris.

]]>

Beata Czuba

Tradycja nigdy nie znika

 

O tradycji zwykliśmy myśleć jak o czymś, co wydarzyło się dawno temu i dziś bywa przywoływane jedynie od czasu do czasu. Takie myślenie zakłada, że coś było, lecz odeszło do lamusa. Przechowalnia, czyli przysłowiowy lamus, to przecież graciarnia rzeczy i zjawisk wyciąganych od święta. Współczesność wypycha dawne zwyczaje, rutyny i artefakty codzienności do magazynu rzeczy nieużywanych: zbyt powolnych, niemodnych, pracochłonnych lub nieopłacalnych. Teraźniejszość proponuje rzeczy nowe, szybkie, funkcjonalne, tańsze i – jak się sugeruje – lepsze. Ta „lepszość” bywa jednak kwestionowana. Sprzęty codziennego użytku, choć inteligentne, okazują się nienaprawialne. Weźmy meble. Meblościanka z czasów PRL-u wciąż stoi w mieszkaniu babci, podczas gdy jej wnuki wymieniają w swoich mieszkaniach kolejne kanapy, stoły, szafki i krzesła. To, co miało zniknąć, trwa. To, co nowe, szybko się starzeje.

Może więc tradycja wcale nie odchodzi, lecz zmienia miejsce i sposób obecności?

Tradycja sprzedawana

Jednym z takich nowych sposobów istnienia tradycji jest jej komercjalizacja. Tradycja bywa traktowana instrumentalnie – można na niej zarobić. Pierogi, wędliny, pączki według tradycyjnej receptury. Najlepiej zapakowane w szary papier, obowiązkowo przewiązane sznurkiem. Rodzaj czcionki na etykiecie ma znaczenie – najlepiej, gdy imituje odręczne pismo, tak jak dawniej podpisywano słoiki z przetworami. „Tradycyjny” dobrze łączy się z takimi określeniami jak: wiejski, naturalny, swojski, zdrowy, bez konserwantów, ręcznie wyrabiany. „Tradycyjne, wiejskie ziemniaczki” – choć przecież ziemniaki nie rosną w miastach. Podkreślenie ich wiejskiej proweniencji działa jednak na wyobraźnię klientów.

Skoro tradycję można sprzedać, to znaczy, że wciąż ma wartość. Nawet jeśli występuje w formie estetycznego znaku, nostalgicznej (naiwnej) stylizacji, nadal jest rozpoznawalna i pożądana.

Tradycja ukryta w języku

Istnieje jednak forma tradycji, której sprzedać się nie da – język. Wiele osób obawia się, że globalizacja doprowadzi do zaniku lokalnych i narodowych tradycji. To lęk przed tym, że nowe i obce zastąpi swojskie, znane, nasze, odrębne i niepowtarzalne. Zachowanie polskiej czy lokalnej tradycji staje się więc deklarowanym celem różnych środowisk. W rodzinach staramy się powtarzać rytuały przodków, bo powtarzalność, przypominanie, odtwarzanie są sposobami trwania tego, co było. Najbardziej oczywistym przykładem takiej nieustannej kontynuacji jest język ojczysty. Tradycja zaklęta jest w języku. On również się zmienia, lecz nie na tyle, byśmy nasze dzieci uczyli innego języka niż ten, którym mówili nasi dziadowie i prababki. Tradycyjnie zatem mówimy po polsku. Używanie języka to nie tylko komunikacja – to także myślenie przy pomocy słów. To narracje, dyskursy, całe światy znaczeń. Język jest narzędziem twórców, ale zarazem czymś domyślnie używanym przez wszystkich. Zarówno przez tych, którzy obawiają się zaniku tradycji, jak i przez tych, którzy nie poświęcają temu zagadnieniu ani chwili refleksji. Poprzez język tradycja pozostaje obecna, niczym osnowa tkaniny, stanowi podstawę codzienności.

Tradycja i bliskość

Rozważania o tradycji nie mogą pominąć sfery relacji międzyludzkich. Tradycyjne spotkania twarzą w twarz, ręka w rękę, ramię w ramię – konfrontacje „w realu” – coraz częściej wywołują lęk. Rozmowa z drugim człowiekiem bywa wyzwaniem, emocjonalnie wyczerpującą sytuacją, której można uniknąć dzięki aplikacji randkowej. Technologia pozwala ominąć osoby, które się nie podobają, zakończyć kontakt bez większych konsekwencji, wycofać się w sposób nieznany dawnemu światu tradycyjnych randek. A jednak nie zniknęła tęsknota za bliskością i trwałą, szczerą relacją. Dotyczy ona nie tylko związków miłosnych, ale także przyjaźni, koleżeństwa, sąsiedztwa.

Tradycyjnie tęsknimy za bliskimi więziami, choć w sposób daleki od tradycji próbujemy te potrzeby realizować. Forma się zmienia, potrzeba pozostaje.

Tradycja głębsza niż kultura

Być może najgłębszy wymiar tradycji nie dotyczy ani przedmiotów, ani opakowań, ani nawet języka. Carl Gustaw Jung, tworząc koncepcję archetypów jako elementów zbiorowej nieświadomości, zwracał uwagę na coś bardziej fundamentalnego. Archetypy są wytworem wspólnych doświadczeń gatunku ludzkiego. Niezależnie od miejsca na globie, ludzie przeżywają pewne doświadczenia w podobny sposób. Archetypy Matki, Ojca, Mędrca, Dziecka czy Wojownika odzwierciedlają powtarzalne struktury przeżywania świata. Są schematami poznawczymi umożliwiającymi postrzeganie i interpretowanie rzeczywistości, podobnie jak czynili to nasi przodkowie. W tym sensie tradycja, czyli to, co myśleli i przeżywali ludzie tysiące lat temu, ma wspólne elementy ze współczesnością. Nie jest to tradycja narodowa czy lokalna, lecz ponadnarodowa. Niezależnie od koloru skóry, religii czy miejsca zamieszkania, ludzie żyją w rodzinach, mają matki i ojców, tworzą hierarchie, wyłaniają liderów i autorytety. To także tradycja – zapisana głęboko w strukturach naszego postrzegania świata.

Tradycja zatem nie znika. Bywa wypierana, sprzedawana, idealizowana, stylizowana, przekształcana. Jest przedmiotem lęku lub nostalgii. Ale trwa – w przedmiotach, w języku, w relacjach, a być może przede wszystkim w sposobie, w jaki rozumiemy świat i siebie nawzajem.

The post Tradycja nigdy nie znika appeared first on Pro Libris.

]]>
Kim jestem (esej) https://prolibris.net.pl/kim-jestem-esej/ Fri, 19 Jun 2026 11:06:08 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17750 Anna Błaszczak

The post Kim jestem (esej) appeared first on Pro Libris.

]]>

Anna Błaszczak

Kim jestem

(esej)

 

Ja

Czasami zadaję sobie pytanie, kim jestem. Nie jest to kwestia biologiczna, bo w tym przypadku odpowiedź jest oczywista – człowiekiem. Samo w sobie też nie jest pytaniem w zamyśle filozoficznym, raczej wstępem do całej serii pytań i rozważań. Gdy spoglądamy w lustro, widzimy swoje odbicie. Chociaż to też zależy, jakie zwierciadło wybierzemy, te w marketach odzieżowych będą nas zwodzić fałszywym pięknem, gdy te domowe zachęcają do pozostania w ukryciu.

Gdy ja patrzę w lustro, widzę swoje odbicie, wiem, że nie jestem piękna, ale też nie jestem brzydka. Jestem gdzieś pomiędzy tymi terminami. Kiedyś myślałam, że mam trudny charakter, póki nie poznałam osób z trudnym charakterem. Myślałam, że jestem dziwna, póki nie poznałam osób dziwniejszych ode mnie. Myślałam, że jestem osobą trudną do kochania, póki nie słyszałam historii, przy których moje dziwactwa wydają się letnią bryzą w porównaniu do huraganu, który znajduje swoich wielbicieli. Myślałam, że jestem częścią, póki nie zobaczyłam, że nigdy nie było całości. Myślałam, że nie jestem siłaczką, póki…

Dlaczego o tym piszę? Nie jest to forma pamiętnika, lecz są to spostrzeżenia. To twarz, którą widzę ja. „Ja”, która pamięta przebyte ścieżki życiowe i wszystkie wyboje, które kształtowały. Zdarte kolana, godziny kręcenia się w kółko i uparte podnoszenie się, by iść dalej. Bo muszę być silna, bo nikt inny za mnie nie będzie. To moje „ja”. Często po latach widzimy, jak wielki wpływ miały nawet najmniejsze kamienie, w szczególności te, które wpadły do butów. Czy więc znam siebie? Oczywiście mogłabym w przypływie pewności siebie powiedzieć tak, lecz byłoby to niezgodne z prawdą. Ja nawet nie wiem, kim tak naprawdę jestem, znam na pewno „siebie” z lustra i z codzienności. Co z pozostałymi wersjami mnie? Która z nich jest prawdziwa albo najbardziej „moja”?

Pragnę zapewnić, że nie jest to rozważanie konsultowane z żadnymi środkami umilającymi czas, tylko obserwacja.

Zdarza się, że mamy ulubionego muzyka, aktora lub innego twórcę. Wiemy o nim wszystko. Znamy imię trzeciej żony, markę auta, którym jeździ i nazwę karmy dla psa. Nie oszukujmy się, takie informacje w dzisiejszych czasach łatwo znaleźć. Mamy internet i nadmierną szczerość celebrytów. Kochamy idola za to, co widzimy. Za naszą wersję „jego”. Sytuacja się zmienia, gdy najczęściej po śmierci wychodzi na jaw to, czego świat o nim nie wiedział, ta nie nasza wersja „jego”. Która jest prawdziwa? Ta, która spoczywa w grobie i ma świadectwo w czynach, czy ta, która żyje w głowach innych? Zawsze mówił „dzień dobry” na klatce, był miły, cichy, pomagał, kiedy było trzeba, uśmiechnięty, więc niemożliwe, że miał depresję. To nie on się zabił… To nie on zabił…

Wydaje mi się, że nie ma osoby, która by nie usłyszała „zmieniłaś(-eś) się”, „nie poznaję cię”, „to nie ty”. Jeśli nie osobiście, to w produkcjach filmowych na pewno. Dlatego czasami się zastanawiam, która wersja „mnie” jest tą prawdziwą i czy dane było mi ją poznać?

W moim świecie po prostu jestem i staram się z całych sił żyć. Raz wychodzi to lepiej, raz efekty są dyskusyjne. Jednak wiem, że każdy, na kogo drodze stanęłam, zna „mnie” w swojej wersji. Oczywiście zmieniamy się z biegiem lat i przebytych doświadczeń czy za sprawą makijażu. Nic tak nie pomaga jak warstwa korektora pod oczy – zakrywa wiele.

Osobiście poznałam kilka wersji „mnie”: tę, której świat nigdy nie zobaczy; tę, której lepiej, by nie oglądał; tę, którą widuje jedynie okazyjnie; tę, którą już widział, ale mu nie przypadła do gustu; wreszcie tę, która po prostu jest, i tę, która tylko bywa. Zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji i niejako obowiązku społecznego. Wiem, że niejedną osobę rozczarowałam swoją wersją „ja”, bo była sprzeczna z tą ich. To z pewnością jest bolesne. W szczególności, gdy takie osoby są na tyle długo w naszym życiu, by się do nich przyzwyczaić. Gdy nasze „ja” jest rozczarowaniem, to chowamy je, bo tak jest łatwiej. Tłumaczenie nie uleczy zasłoniętych uszu. Czasami się to po prostu czuje.

Zazwyczaj się uśmiecham. Staram się być miła, chociaż niektórzy nie ułatwiają tego i jedyne, co ich chroni, to moja kultura osobista. Staram się być takim człowiekiem, jakiego nie powstydziłabym się mieć koło siebie. Jednak wiem, że uśmiech, bycie miłym i po prostu „ja” bywają odbierane inaczej. Nie zliczę, ile razy myślano dosyć nisko o moich zdolnościach intelektualnych, właśnie przez życzliwy sposób bycia dla innych, który nie odbiega zbytnio od filmowego obrazu Robina Williamsa, wspominanego z sentymentem. Nie ukrywam, nagły upadek w rzeczywistość usunął wielu ze ścieżki. Jako ludzie lubimy czuć wyższość, to kolejne z uzależnień, które ciągnie się za nami wiekami od grzechu pierworodnego.

Czy taką „mnie” znają inni?

Nie.

Może.

Nie wiem. Jedyna głowa, w jaką mam wgląd, to moja, a i tak ciężko jest mi się tam czasem odnaleźć.

Jest to bez wątpienia sytuacja niebezpieczna. Nasza wersja nie zawsze jest tą, którą spotkaliśmy. Czasami tamta została zaktualizowana. Mija się z tym, co my stworzyliśmy. Lub nigdy nie istniała… Jest niczym nieszczęśliwa miłość. Widujemy kogoś, brak nam odwagi, by podejść i zamienić kilka słów. Obserwujemy, słuchamy i dopowiadamy. Znamy naszą wersję „ja” tej osoby. Jesteśmy rozczarowani lub zakochani, wszystko zależy od naszej wyobraźni, ona często nie zwraca uwagi na bariery światów. Jednak nie zdajemy sobie sprawy, jak wielką odpowiedzialność kładziemy na barki tej, na dobrą sprawę obcej osoby. Ona nie wie o naszej wersji „jej”, nie zna cech, które jej przepisaliśmy i zasad gry, których powinna się trzymać, aby nas nie rozczarować. Nie wie, że jej „ja” nie jest jedyne, które za nią kroczy.

Mamy setki „ja”, tych naszych i tych nadanych niczym ordery przez innych. Jesteśmy mili dla staruszki w autobusie. Zmieniliśmy kolor włosów. Koledze z pracy złożyliśmy życzenia w urodziny. Mamy nową pracę. Jesteśmy rodzicami, dla siebie, dla rodziców i dla innych. Wspominamy kolegów z dzieciństwa, ciekawe, co teraz robią? Pewnie czekają, by mama pozwoliła im wyjść na podwórko. Wróć, przecież, już są dorośli, pewnie mają własne rodziny i kariery, może nie te z pierwszych dziecięcych marzeń. Mieliśmy zły dzień i ktoś to widział. Grymas. Uśmiech. Łza. Dentysta pamięta mnie jeszcze jako dziecko i jak już dzieckiem przestałam być. Weterynarka ostatni raz widziała mnie rok temu. Jedna z lepszych weterynarzy, jakich spotkałam na swojej drodze. Tego dnia płakali wszyscy, oprócz mnie… Musiałam być silna, chciałam być silna… nie dla siebie. Powietrza zabrakło mi, dopiero gdy wychodziłam z lecznicy. Wiem, że tego dnia byłam potworem w oczach innych, bo zagryzłam policzki do krwi, żeby tylko nie płakać. Żeby strachu nie było więcej, bo i tak się przelewał, a musiałam pozwolić odejść bez bólu najbliższej mi istocie. Może jestem tchórzem i zdrajcą, ale nie potrafię tam wrócić. Teraz znam innych specjalistów od ratowania czterech łap. To moje kolejne „ja”, które nie wygląda ładnie z opuchniętą od łez twarzą.

Czasami się zastanawiam: gdyby  przyszło mi umrzeć i jako duch przemierzać odmęty świata, to które „ja” by straszyło niewinnych? Każdy zapamiętał moje oblicze na swój sposób i w ich głowach to właśnie ten obraz jest żywy. Co jednak, jeśli jest całkiem odmienny od mojego „ja”? Czy może się zdarzyć, że powstanie nowa osoba? Może ona już istnieje, podąża za mną jak cień. Rozstaje się po wyjściu z pracy. Kolejna wita się po przekroczeniu murów uczelni. Inna wypatruje w leśnej ostoi, a ta „ja” siedzi i patrzy na wszystko z dezaprobatą, albo wręcz przeciwnie, wszystko zależy od tego, czyja wersja mojego „ja” jest pytana o zdanie. Nawet moje „ja” jest odmienne od tego prawdziwego „ja”, bo jego to nawet ja nie oszukam. Prawda jest taka, że żadnemu „ja” nie można odmówić prawdziwości, bo powołane do życia stało się świadectwem dla oczu, które je widziały.

 

 

The post Kim jestem (esej) appeared first on Pro Libris.

]]>
Powrót do stada. O tradycji wspólnoty w czasach kolektywnego lęku https://prolibris.net.pl/powrot-do-stada-o-tradycji-wspolnoty-w-czasach-kolektywnego-leku/ Fri, 19 Jun 2026 11:01:22 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17741 Bartosz Czarnota

The post Powrót do stada. O tradycji wspólnoty w czasach kolektywnego lęku appeared first on Pro Libris.

]]>

Bartosz Czarnota

Powrót do stada. O tradycji wspólnoty w czasach kolektywnego lęku

 

Długo o tym myślałem. Nie przy biurku, nie z książką w ręku – raczej w tych momentach, kiedy człowiek zostaje sam ze sobą i nie ma już dokąd uciec. Myślałem o strachu. O tym, jak nas kształtuje, jak nami kieruje, jak żyje w nas latami – czasem tak cicho, że zapominamy o jego obecności. A przecież on jest. Pod skórą, w żołądku, w decyzjach, które podejmujemy albo których unikamy.

Myślę o tym, bo sam dużo cierpiałem. Przeszedłem przez kryzys, śmierć w rodzinie, wypalenie zawodowe. Doświadczyłem wielu rzeczy, których nikomu nie życzę. Ale w najtrudniejszych momentach stało się coś, czego się nie spodziewałem – system, który wydawał mi się obcy i obojętny, przyszedł mi z pomocą. Przyszli przyjaciele. Przyszli lekarze. Ludzie, od których nigdy nie oczekiwałem wyciągniętej ręki, a jednak ją dostałem. I to doświadczenie – że w ciemności ktoś zapala światło – zmieniło mój sposób myślenia. Moja świadomość urosła dzięki temu, co mnie bolało. I chciałem się tym podzielić.

Współczesna kultura podpowiada nam, że strach to błąd w oprogramowaniu. Że wystarczy zmienić nastawienie, pomedytować, wziąć tabletkę. I owszem – jeśli strach jest irracjonalny, jeśli to leczenie głowy, która produkuje fantomy – można nad tym pracować. Ale co, jeśli strach jest realny? Jeśli płynie z pustego konta, z długów, z poczucia, że grunt się usuwa? Wtedy afirmacja staje się kłamstwem, a tabletka – tylko znieczuleniem. Jak zaklejanie kontrolki „brak paliwa” naklejką z uśmiechem. Samochód i tak stanie.

Prawdziwy problem jest prawdziwym problemem. I żadna technika oddechowa go nie rozwiąże. Trzeba włożyć wysiłek – ale wysiłek ukierunkowany. Tu pojawia się coś, o czym rzadko się mówi: ekonomia wysiłku. Ludzie sparaliżowani lękiem często wykonują mnóstwo chaotycznych ruchów, które dają złudzenie działania, ale niczego nie zmieniają. Prawdziwa praca polega na tym, żeby precyzyjnie pokierować swoją energią – tak, aby na końcu tej drogi znaleźć się w lepszym miejscu. Spłacić długi. Podnieść kwalifikacje. Obniżyć koszty. Każda droga, która realnie poprawia sytuację, jest dobra.

Ale jest też inna droga – ta, którą od wieków wskazują buddyjscy mistrzowie. Droga radykalnego obniżenia oczekiwań. Zrozumienie, że cierpienie rodzi się z pragnienia i że odrzucenie wyśrubowanych ambicji daje ulgę natychmiastową – choć wcale niełatwą. To również wymaga wysiłku, tyle że innego: pracy nad własnym ego, nad reakcją emocjonalną na trudności, nad zdolnością do akceptacji tego, co jest.

Każdy z nas może przejść tę drogę sam. Można osiągnąć wewnętrzny spokój w samotności – zbudować finansową twierdzę albo odpuścić ambicje i odnaleźć wolność w prostocie. Ale jest pewien problem: człowiek, który przeżywa lęk, nigdy nie jest naprawdę wolny. Nie żyje w pełni. Jest zakładnikiem przetrwania – i nawet jeśli osobiście znajdzie sposób, żeby ten lęk okiełznać, to wokół niego miliony ludzi wciąż żyją w jego cieniu. I to ma znaczenie. Bo nie żyjemy w próżni.

Ewolucyjnie człowiek poza stadem był skazany na śmierć. Samotność nie jest wyborem estetycznym – nasz organizm odbiera ją jak zagrożenie życia, niemal jak ból fizyczny. Myślimy, że największą walutą są
pieniądze. Ale pieniądze to tylko kulturowy wytwór, narost na tkance społecznej, którą zbudowaliśmy. Prawdziwą walutą – jedyną odporną na inflację, na kryzysy, na każde załamanie systemu – są relacje. Uwaga drugiego człowieka, jego czas, jego troska. To jedyny zasób, którego nie da się dodrukować.

Kiedy myślimy głębiej o tym, po co tak naprawdę pracujemy, po co dążymy do awansów i społecznego uznania, dochodzimy do prostego wniosku: robimy to, żeby nasza relacja z innymi była lepsza, żeby nas widziano, żeby nas szanowano, żebyśmy mieli swoje miejsce w stadzie. To mechanizm tak stary jak nasz gatunek. I nie ma w nim nic wstydliwego – tak jesteśmy zbudowani.

System, w którym żyjemy – ekonomiczny, społeczny, polityczny – nie wziął się znikąd. To nie jest potwór, który na nas poluje. To nasze wspólne dzieło, stworzone po to, abyśmy mogli sobie wzajemnie pomagać i chronić się nawzajem. Zdrowe społeczeństwa tworzą zdrowe systemy. Zdrowe systemy wzmacniają społeczeństwa. Jeśli dziś system wydaje się chory – jeśli oparty jest na lęku, na wyścigu, na izolacji – to dlatego, że my jesteśmy chorzy. A jeśli uzdrowimy siebie, uzdrawiamy też system.

Naszym największym systemowym problemem są właśnie lęki. Ludzie pracują z lęku, kupują z lęku, głosują z lęku. Lęk odbiera radość z życia i pcha ku uzależnieniom – alkoholizmowi, eskapizmowi, kompulsywnemu scrollowaniu ekranów. Ale to są objawy, nie przyczyna. Przyczyną jest cierpienie, które ludzie przeżywają – i samotność, w której to cierpienie muszą dźwigać.

I właśnie dlatego działanie kolektywne ma tak fundamentalne znaczenie. Nie chodzi o to, żebyśmy zrezygnowali z siebie na rzecz grupy. Chodzi o to, żeby stworzyć warunki, w których każdy człowiek ma szansę opanować swój strach, swoje lęki, swoje cierpienie. Zdrowe społeczeństwo sprawia, że każdy z osobna jest silniejszy. W chorym społeczeństwie, opartym na izolacji, praca nad własnym spokojem to walka z wiatrakami.

Jako Polacy mamy w sobie coś, co trudno chyba nazwać inaczej niż tradycją sprawczości. Myślimy o tradycji jako o czymś dawnym – opowieściach pradziadów, obyczajach, świętach. Ale nasza najgłębsza tradycja to coś innego: to odruch pomagania, który aktywuje się zawsze wtedy, gdy jest najtrudniej.

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to nasz kolektywny podpis. Coroczny, powtarzany od ponad trzech dekad dowód na to, że potrafimy zbudować system oparty na zaufaniu i empatii, działający równolegle do państwa, często skuteczniej niż państwo. To nie jest filantropia elit – to ruch milionów zwykłych ludzi, którzy raz w roku mówią: „jesteśmy za siebie odpowiedzialni”. I dotrzymują słowa.

A potem przyszedł luty 2022 roku. Kiedy za naszą granicą wybuchła wojna, kiedy Rosja zaatakowała Ukrainę, naszą odpowiedzią nie była panika. Zadziałał instynkt stada – ten sam, który chroni nas od tysięcy lat. Bez odgórnych instrukcji, bez czekania na zarządzenia, setki tysięcy ludzi otworzyło drzwi swoich domów, pojechało na dworce, zaczęło gotować, tłumaczyć, prowadzić za rękę. Nasza tradycja pomocy sąsiadowi w biedzie – ta sama, którą znali nasi dziadkowie – ujawniła się w skali, która zaskoczyła świat. I zaskoczyła nas samych.

To był moment, w którym kolektywne uzdrawianie przestało być teorią, a stało się faktem. W obliczu realnego zagrożenia nie zamknęliśmy się w domach z lęku – wyszliśmy z nich, żeby pomóc. Bo taka jest nasza tradycja. Wspólna walka ze wspólnym zagrożeniem. Pchanie tego wózka razem, nawet gdy jest najtrudniej.

Większość ludzi jest empatyczna i pomocna. Widzimy to w tych wielkich momentach – ale też w codzienności, w drobnych gestach, które nigdy nie trafiają do wiadomości. Mamy swoje choroby – jako osoby i jako społeczeństwo. Mamy lęki, uzależnienia, rany, które się nie goją. Ale mamy też w sobie siłę, żeby je przezwyciężyć. I zrobimy to. Nie dlatego, że jesteśmy chorzy i słabi. Dlatego, że razem jesteśmy silni i właśnie zdrowiejemy.

Powrót do stada to nie regres. To powrót do jedynej tradycji, która kiedykolwiek nas uratowała. I która uratuje nas ponownie.

 

 

The post Powrót do stada. O tradycji wspólnoty w czasach kolektywnego lęku appeared first on Pro Libris.

]]>
Sposób ujęcia przestrzeni w powieści Pomiędzy. W świetle latarni Zofii Mąkosy https://prolibris.net.pl/sposob-ujecia-przestrzeni-w-powiesci-pomiedzy-w-swietle-latarni-zofii-makosy/ Fri, 19 Jun 2026 10:28:49 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17701 Paulina Węglowska

The post Sposób ujęcia przestrzeni w powieści Pomiędzy. W świetle latarni Zofii Mąkosy appeared first on Pro Libris.

]]>

Sposób ujęcia przestrzeni w powieści Pomiędzy. W świetle latarni Zofii Mąkosy

 

W świetle latarni – powieść obyczajowa Zofii Mąkosy – to literackie odbicie wielkopolskich realiów lat 20. XX wieku, gdy Polska dopiero budowała swoją niepodległość, a społeczeństwo zmagało się ze zmianami politycznymi, społecznymi i ekonomicznymi. W centrum powieści znajdują się losy bohaterów, które odzwierciedlają wyzwania i dylematy tamtego okresu. Rodzina Wieczorków stawia czoła trudnym warunkom życia codziennego, próbując przetrwać w niesprzyjających okolicznościach, podczas gdy Joanna Podbielska, młoda wdowa, mierzy się z samotnością, wspomnieniami i koniecznością odnalezienia nowego sensu rzeczywistości, której przyszłość jest owiana tajemnicą.

Przestrzeń w powieści Mąkosy można rozpatrywać wielorako – biorąc pod uwagę realistycznie przedstawioną topografię, znaczenia symboliczne przedstawień przestrzennych, a także ukazany w powieści porządek społeczno-kulturowy, który determinuje losy bohaterów. Sposób istnienia przestrzeni nie jest ograniczony do opisu miejsc, w których dzieją się powieściowe wydarzenia; stanowi ona raczej nadrzędną płaszczyznę, decydującą o sposobie istnienia pozostałych elementów utworu[1]. Miejscem akcji, tj. wycinkiem przestrzeni, w którym została osadzona fabuła, są tu Trzciel i Poznań. Celem niniejszego artykułu jest omówienie sposobu ukazania tych miast w powieści Mąkosy.

Trzciel

Trzciel to nie tylko prowincja tętniąca życiem ze względu na swoje umiejscowienie na pograniczu polsko-niemieckim, ale także miejscowość odgrywająca istotną rolę jako miejsce spotkań osób różnych narodowości, religii i tradycji. To wielkopolskie miasteczko przecięto granicą w wyniku powojennych ustaleń, wskutek czego zostało ono rozbite na dwie części – Stary i Nowy Trzciel.

Trzcielska przestrzeń ma charakter przede wszystkim lokalny, odzwierciedlający złożoność relacji między polską i niemiecką społecznością. Most na Obrze, bezpośrednio oddzielający Stary i Nowy Trzciel, jest nie tylko przedmiotem, ale i metaforą podziałów kulturowych i politycznych, a komisja delimitacyjna w szkole katolickiej – znakiem politycznej niepewności. Topografię Trzciela wyznaczają zróżnicowane kręgi przestrzeni: od pałacu rodziny Fischer von Mollard, otoczonego płotem z kutego żelaza i ozdobionego wielkim gazonem, przez ruchliwy rynek Nowego Trzciela, aż po ciche brzegi Jeziora Wielkiego, nad którym mieszkańcy spędzali upalne dni. W mieście znajdują się takie budynki, jak piekarnia Paula Raschke, sklep kolonialny Abrahama Gersona, apteka Pod Orłem, ratusz, zakład drukarski czy sklep Margarete Meinchold, które stanowią przestrzenie codziennych interakcji mieszkańców. W okresie karnawałowym mieszkańcy dzielą się na tych, którzy bawią się w hotelu Prinz Albrecht von Preußen, i na tych mniej zamożnych, którzy wybierają gospody, takie jak np. Gospoda Deckerta, która była także areną napięć na tle politycznym. To rozróżnienie przestrzeni podkreśla podziały zarówno społeczne, jak i ekonomiczne w miasteczku.

Natomiast północne obrzeża miasta, gdzie mieszkała rodzina Wieczorków, kontrastowały z południowymi krańcami, gdzie zabudowania miały bardziej rozproszony i wiejski charakter. Dom tejże rodziny odzwierciedla trudności codziennego życia w Trzcielu. Skromny wystrój i gospodarcze podwórko są świadectwem niełatwej codzienności, w której każdy obiekt ma swoje konkretne przeznaczenie użytkowe. Przed domem znajduje się ławka pod orzechem z przedwojennych czasów, a drewniany płot oddzielający posesję od sąsiedniego podwórka rozpada się. Przestrzeń, wzbogacona o aspekt historyczny, ekonomiczny i obyczajowy, stanowi szeroko rozbudowane tło zdarzeń, dzięki czemu także sylwetki i losy bohaterów nabierają głębi, stają się wielowymiarowe[2].

Nie sposób zapomnieć o religijnej i etnicznej różnorodności Trzciela, dochodzącej do głosu na poziomie scenerii. Teren „Pomiędzy” – dawny żydowski rejon miasta, nazwany tak przez poetę Bena Rychwalskiego – jest metaforą straconej nadziei mieszkańców. Obszar ten rozciągał się pomiędzy lewym brzegiem rzeki Obry a rozwijającym się miastem, co na mapie wyglądało jak przestrzeń ulokowana pomiędzy dwoma różnymi światami. W przeszłości było to miejsce tętniące życiem, stanowiące centrum żydowskiej społeczności, która wzniosła tam synagogę i liczne domy mieszkalne. Z czasem, w wyniku zmian politycznych, takich jak wzrost antysemityzmu i migracje ludności, wielu Żydów opuściło Trzciel. Synagoga została zamknięta, a szkołę zamieniono w przytułek. Równocześnie w miejscowości znajdują się wciąż funkcjonujący kościół ewangelicki i katolicka szkoła, w której uczą się polskie i niemieckie dzieci. Neutralnym miejscem był natomiast odcinek graniczny, przebiegający przez brukowaną drogę wzdłuż torów kolejowych, zakończony z obu stron posterunkami polskiej i niemieckiej Straży Granicznej. Taki sposób prezentacji Trzciela pozwala ukazać nie tylko materialny i fizyczny wymiar życia jego mieszkańców, ale też wydobyć relacje i napięcia istniejące między różnymi grupami miejskiej społeczności. Zarazem ten złożony mikroświat odzwierciedla szersze procesy historyczno-społeczne.

Jedną z cech opisu miasta jest uwzględnienie licznych detali, takich jak brukowane ulice, wysoka wieżyczka kościoła ewangelickiego, malowniczy gmach ratusza czy drewniany mostek na Czarnej Wodzie. Dzięki nim przestrzeń Trzciela zostaje wiernie odmalowana i staje się niejako żywym obrazem. Autorka uwzględnia również przestrzenną dynamikę – właściwości chwilowe świata przedstawionego, wynikające z pory dnia, zmian pogodowych i cykliczności pór roku. Trzcielskie deszczowe dni, kiedy błoto zalewało ulice, oraz zimowe wieczory, podczas których mieszkańcy zbierali się w gospodach, lub poznańska zima, przywołująca ponurą atmosferę i deszcz mieszający się z błotem oraz wonią węgla i wilgoci – to dodatkowo typ sensorycznych deskrypcji przestrzeni, współtworzący warstwę obrazowania pośredniego utworu. Zastosowanie całej tej gamy przestrzennych zabiegów literackich sprawiło, że autorka nie tylko niezwykle realistycznie wykreowała świat przedstawiony, ale też pozwoliła, by odbiorca niemal cieleśnie go doświadczył.

Poznań

Poznań, będący drugim ważnym miejscem akcji, to głównie przestrzeń nowoczesności i rozwiniętej infrastruktury miejskiej, na którą składają się wodociągi i kanalizacja, gaz, tramwaje czy przestronne parki, które stanowiły oazę spokoju w chaosie miejskiego życia. Miasto oferuje także liczne miejsca spotkań towarzyskich i kulturalnych, wśród nich – ogród botaniczny i ogród zoologiczny czy restauracje przy Placu Marcinkowskiego. Zarazem autorka ukazuje zderzenie nowoczesności z powojennym kryzysem. Poznań ma bowiem także swe mroczne oblicze, które artykułuje się trudną sytuacją mieszkaniową i ekonomiczną, strajkami robotniczymi, a także zbrojnymi zamieszkami i niebezpiecznymi incydentami na tle politycznym. Można powiedzieć, że bieda splata się tu z luksusem. Na poznańskim Łazarzu jest wiele pięknych kamienic – przypominających pałace, z witrażami i bogatymi zdobieniami, fantazyjnymi schodami oraz podłogą z kolorowych płytek. Miasto w centralnych punktach obrasta zielenią, funkcjonuje w nim wiele ekskluzywnych lokali oraz restauracji z muzyką na żywo i tańcami, dostarczających zamożniejszym mieszkańcom chwil wytchnienia i radości. Ale równocześnie istnieją tu miejsca, w których panuje niewyobrażalne ubóstwo. Nie ma wystarczającej liczby noclegowni dla bezdomnych oraz jadłodajni, która zaspokoiłaby ich potrzeby. Te kontrasty przywodzą na myśl kręgi akcji w Lalce Bolesława Prusa: warszawskie centra arystokracji zestawione z Powiślem.

Pomiędzy powieściowymi miastami, Trzcielem i Poznaniem, zachodzi relacja oparta na paralelizmie, której celem jest uwypuklenie kontrastu między tymi dwoma ośrodkami akcji. Zestawienie obiektów przestrzennych powiązanych z Trzcielem oraz z Poznaniem pozwala wydobyć opozycje – nie tylko biedy i luksusu, ale również poziomu rozwoju. Służy temu skontrastowanie przeciwstawnych elementów, np. wiejskiej chaty i kamienic, gospody i ekskluzywnych lokali z orkiestrą, miejsc pracy fizycznej i pracy biurowej.

Konstruując topografię Poznania, autorka skupiła się na ulicy Wodnej, przy której mieszka główna poznańska bohaterka, Joanna Podbielska. Jej mieszkanie zostało ukazane jako niewielkie, wilgotne i ciasne. Jego stan odzwierciedla trudną sytuację życiową bohaterki, ale nie tylko – jest ono bowiem również obrazem powojennej alienacji i braku stabilności. Z kolei inne przestrzenie, takie jak archiwum, będące miejscem pracy Joanny czy tymczasowe mieszkanie w oficynie na poznańskim Łazarzu służą wyeksponowaniu cech usposobienia postaci i dopełniają charakterystykę bohaterki. Jednocześnie pomimo przytłaczającego charakteru Poznań stwarza możliwości rozwoju i jest ukazany jako patriotyczna kolebka Polaków.

*

Przedstawione omówienie pokazuje, jak ważnym elementem w konstytuowaniu dzieła literackiego jest przestrzeń. W powieści Zofii Mąkosy ma ona nie tylko wymiar geometryczno-fizykalny; jest zarówno tłem wydarzeń, jak i nośnikiem treści symbolicznych i emocjonalnych. Pozwala przy tym wpisywać indywidualne losy bohaterów w szerszy kontekst historyczny i za sprawą scenerii naznacza je piętnem epoki. Dlatego mikroświaty Joanny Podbielskiej i rodziny Wieczorków, żyjących na polsko-niemieckiej granicy, są elementem wielkiej historii i dowodzą, że to, co lokalne, może z powodzeniem odzwierciedlać procesy zachodzące w szerszej skali.

Paulina Węglowska

 


[1]  J. Sławiński, Przestrzeń w literaturze: elementarne rozróżnienia i wstępne oczywistości, [w:] Przestrzeń i literatura, pod red. M. Głowińskiego i A. Okopień-Sławińskiej, Wrocław 1978, s. 13-15.

[2]  Por. M. Głowiński, A. Okopień-Sławińska, J. Sławiński, Zarys teorii literatury, Warszawa 1986, s. 368.

 

The post Sposób ujęcia przestrzeni w powieści Pomiędzy. W świetle latarni Zofii Mąkosy appeared first on Pro Libris.

]]>
Z perspektywy zwykłych ludzi https://prolibris.net.pl/z-perspektywy-zwyklych-ludzi/ Fri, 19 Jun 2026 10:22:59 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17692 Jakub Sammler

The post Z perspektywy zwykłych ludzi appeared first on Pro Libris.

]]>

Z perspektywy zwykłych ludzi

 

Pomiędzy. W świetle latarni to pierwszy tom nowej serii powieściowej autorstwa Zofii Mąkosy, która debiutowała w 2017 roku książką pt. Cierpkie grona z cyklu Wendyjska Winnica. Akcja Cierpkich gron toczyła się w pierwszej połowie XX wieku i obejmowała okres poprzedzający drugą wojnę światową. W takich samych ramach czasowych została osadzona akcja książki inicjującej nowy cykl autorki.

Powieść W świetle latarni w przejmujący sposób przedstawia świat dwudziestolecia międzywojennego i losy ludzi bezlitośnie uwikłanych w historię. Skończyła się najbardziej krwawa wojna, jaką widział świat. Pozostało jeszcze zawrzeć traktaty, podpisać stosowne dokumenty i wyznaczyć nowe granice. Problem w tym, że owe granice nikogo nie zadowalają. Wielkopolski Trzciel zostaje przecięty linią graniczną na pół i ta decyzja zmienia nieodwracalnie życie jego mieszkańców.

Już od pierwszych stron powieści budowane jest napięcie związane z atmosferą panującą po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Wszyscy czekają, co postanowią zwycięzcy i na ile zgodzą się przegrani. Trzciel zamieszkują Polacy, Niemcy oraz Żydzi – można się domyślać, że o pole do konfliktów nietrudno. Niemcy rozpaczają nad klęską cesarstwa, winiąc niekompetentnych oficerów. Polakom zależy na odzyskaniu jak największych części dawnych ziem, a Żydzi martwią się o przebieg granicy ze względu na prowadzone interesy. Bez względu na decyzję komisji wszystkich zadowolić się nie da. Owo niezadowolenie rośnie wraz z rozwijającą się fabułą. Mijają kolejne miesiące, a sytuacja staje się coraz bardziej napięta. Zmieniają się pory roku, zmieniają się ludzie, zmienia się świat. Zatargi między sąsiadami zaostrzają się, granice coraz trudniej jest w sposób legalny przekroczyć. Kwitnie przemyt, a wartość pieniądza spada. Obserwujemy to z perspektywy samych mieszkańców, a przede wszystkim trzcielskiej rodziny Polaków: Leona Wieczorka oraz jego dzieci – Józka, Weroniki i Neli. Głowa rodziny razem z synem starają się o jakąkolwiek pracę, która umożliwiłaby im zarobek. Weronika po śmierci matki przyjęła na siebie niełatwe obowiązki gospodyni, a Nela musi szybko dorosnąć, by choć trochę odciążyć siostrę. Młode serce Weroniki nie chce się pogodzić z losem – chce marzyć i kochać. Niestety, miłość przychodzi w złej godzinie.

Równolegle akcja powieści toczy się w Poznaniu i dzięki temu świat oglądamy również z innej strony – oczyma mieszczan niepokojących się o losy kraju. Joanna Podbielska, wdowa pracująca jako asystentka modystki w jednym ze skromniejszych poznańskich sklepów, dostaje nieoczekiwaną propozycję współpracy. W charakterze oczu i uszu wysoko postawionego urzędnika, Stanisława Błońskiego, ma pojechać do Trzciela i zdać sprawozdanie z sytuacji na granicy. Kobieta, która pragnie poprawić swoje warunki bytowe, zgadza się, przyjmując rolę swoistego pośrednika między Poznaniem a Trzcielem.

Tym, co urzekło mnie od pierwszych stron książki, była zwyczajność ukazanych w niej losów i trudów życia codziennego, z którymi muszą się zmierzyć bohaterowie: obowiązki w gospodarstwie, praca dorosłych na polu i w tartaku, obowiązki domowe… Autorka przedstawiła tę codzienność realistycznie i przekonująco. Śledząc losy bohaterów, można odnieść wrażenie, że wszystko, o czym tu mowa, wydarzyło się naprawdę. Także powieściowe postaci, osadzone w historycznych realiach, są bardzo wiarygodne, a ich język, podobnie jak język narracji, świetnie oddaje ducha tamtych czasów. Inną zaletą powieści jest uchwycenie zmiany dokonującej się w Polsce i za granicą w latach 20. i 30. XX wieku. Mąkosie udało się pokazać nową sytuację społeczno-polityczną, towarzyszącą jej ewolucję postawy bohaterów i – głównie na przykładzie Weroniki – przemianę, która dokonuje się w ich postrzeganiu rzeczywistości. Pomimo że niektóre wątki, opisy i dialogi wydają się nazbyt rozbudowane, a pewnym kwestiom poświęcono tu, moim zdaniem, więcej uwagi, niż na to zasługiwały, książka otwierająca nowy cykl powieściowy lubuskiej pisarki jest bezsprzecznie warta polecenia – można ją czytać jako pasjonującą powieść historyczną, w której wielkie wydarzenia zostały ukazane z perspektywy zwykłych ludzi.

Jakub Sammler

 

The post Z perspektywy zwykłych ludzi appeared first on Pro Libris.

]]>
Archiwalia z kolekcji Eugeniusza Kurzawy Z Eugeniuszem Kurzawą rozmawia https://prolibris.net.pl/archiwalia-z-kolekcji-eugeniusza-kurzawy-z-eugeniuszem-kurzawa-rozmawia/ Fri, 19 Jun 2026 08:13:03 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17651 Ewa Mielczarek

The post Archiwalia z kolekcji Eugeniusza Kurzawy Z Eugeniuszem Kurzawą rozmawia appeared first on Pro Libris.

]]>

Archiwalia z kolekcji Eugeniusza Kurzawy

Z Eugeniuszem Kurzawą rozmawia Ewa Mielczarek

Ewa Mielczarek: Gienku, jak nazwałbyś potrzebę zbierania, archiwizowania, gromadzenia, która głęboko w tobie tkwi? Czy to świadome, twórcze działanie na rzecz przyszłych pokoleń? A może chęć zatrzymania przeszłości? Niektórzy powiedzieliby natręctwo, nieszkodliwa mania…

Eugeniusz Kurzawa: Wszystko razem. Z pewnością od najwcześniejszych lat było to działanie intuicyjne, spontaniczne, a potem się zracjonalizowało. Mam do dziś kilka swoich zeszytów od polskiego z pierwszej klasy podstawówki z zapisanymi ołówkiem literami; było to w 1961 roku, 65 lat temu. Można zadać pytanie: w jakim celu odłożyłem te zeszyty? Albo kalendarze ojca z 1961, 1962, 1963? Zachowałem też powielaczowe gazetki robione w szkole średniej. Jednak owe zeszyty, gazetki i inne papiery trudno nazwać początkiem archiwum. Odkładałem te rzeczy raczej odruchowo, traktując je jako drobne pamiątki. Od 1967 roku gromadziłem też listy. Wszystkie listy pisane do mnie! Uzbierało się ich przez lata tysiące. Niedawno rocznik „Filologia Polska” (11/2025) opublikował artykuł o tej korespondencji i wielu 

znakomitych korespondentach, tzw. wielkich nazwiskach, jak Ochman, Wajda, Strumiłło, Kwaśniewski, Passent, Pisarek, Toeplitz, Zemła. Gdy urodziła się córka, specjalnie dla dokumentacji kupiliśmy kamerę w Berlinie Zachodnim. Zachowała się cała szuflada filmów wideo, także parę albumów zdjęć. Archiwum na serio zacząłem gromadzić wraz z podjęciem w 1980 roku pracy zawodowej jako dziennikarz, czyli od przybycia do Suwałk. Wtedy właśnie, już świadomie, uzbierałem tony materiałów.

Minęło wiele lat, zbiorów przybywało. Nadszedł moment, w którym uznałeś, że pora pożegnać się z domowym archiwum. Stwierdziłeś, że już nie ma miejsca na tak bogate zbiory? A może jest problem z zachowaniem porządku w tak obszernej kolekcji?

Miejsce miałem, na wsi – gdzie mieszkam – nie ma z tym problemu. Wydzieliłem sobie specjalne pomieszczenie w budynku gospodarczym. Natomiast katalizatorem decyzji o pozbyciu się archiwaliów stały się, niespodziewane dla mnie, cztery z rzędu pobyty na Oddziale Kardiologii w 2024 roku. Uznałem, że wszystkie zbiory dokumentów w razie mojej nagłej śmierci „spadną na głowę” żony lub córki, które nie będą wiedziały, co z tymi „papierami” zrobić. To były bowiem dość specyficzne zbiory, o zawartości których nie miały pojęcia, zresztą sam wiele rzeczy odkrywałem powtórnie, otwierając w 2024 roku zakurzone teczki i pudła. Na przykład zbierałem od lat 90. ubiegłego wieku pierwsze numery wydawanych w Polsce różnych gazet i czasopism. Po co? Zabij, nie powiem…

Zacząłeś przekazywać zbiory różnorodnym instytucjom. Z pewnością poprzedzałeś te działania wcześniejszymi rozmowami, uzgodnieniami…

Przekazywałem tam, gdzie wcześniej – mówiąc górnolotnie – zaznaczyłem jakiś ślad. Tuż po studiach zamieszkałem w Suwałkach, potem w Białymstoku, dojeżdżałem też do pracy w Warszawie. Wreszcie wróciłem do Zielonej Góry. Organizowałem w tych miastach wydarzenia, zakładałem stowarzyszenia i czasopisma. Pisma często efemeryczne, przez co ciekawe do badań naukowych, prasoznawczych. Na przykład „Herold – bis” – biuletyn stowarzyszenia ziemian. Lub „Goniec Kresowy” – wychodzący do dziś, podobnie „Zbąszynianin” oraz „Komunikaty” i „Komunikaty 2” – dwa zielonogórskie periodyki kulturalne, przy czym ten drugi był zupełnie prywatny, drukowany za własne pieniądze, w nakładzie 45 egz. Ale ogólnopolski, rzekłbym z dumą. Skontaktowałem się zatem z kilkoma bibliotekami (Uniwersytecką i Książnicą Podlaską w Białymstoku), Muzeum im. Marii Konopnickiej w Suwałkach, oferując unikatowe maszynopisy lub rękopisy, np. z okresu tworzenia oddziału ZLP w Białymstoku (do czego walnie się przyczyniłem), powołania Towarzystwa Przyjaciół Grodna i Wilna i innych działań.

Żyjemy w czasach, które sprzyjają miniaturyzacji, cyfryzacji, digitalizacji posiadanych dokumentów. Czy spotykasz się z tego rodzaju interpretacją i odmową przyjęcia oryginalnych materiałów archiwalnych?

Zaskakujące dla mnie były odmowy ze strony Biblioteki Uniwersytetu Zielonogórskiego. Proponowałem różne rarytasy, np. czasopisma studenckie, w tym chyba jedyną w Polsce kolekcję czasopism studenckich uczelni wojskowych z okresu Polski Ludowej, dokumenty życia literackiego w Zielonej Górze i inne związane z Wyższą Szkołą Pedagogiczną. Odmawiano przyjęcia, informując, że jest zbyt mało miejsca – a to przecież w zasadzie nowa placówka – lub że te publikacje są przecież w Bibliotece Norwida. Być może. Ale czy to znaczy, że powinna nam wystarczyć jedna biblioteka na całą Polskę? Rozumiem odmowę biblioteki Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie, która przeżyła pożar i „nie miała głowy” czy też miejsca dla darów…

Którą instytucję uczyniłeś głównym „spadkobiercą” swoich zasobów? Opowiedz pokrótce jaką strategię przyjąłeś, aby twój zbiór został odpowiednio przechowany i przeznaczony do udostępniania, bo – jak się domyślam – ta idea przede wszystkim ci przyświeca.

Swoje materiały prasowe, prasoznawcze, wycinki dotyczące mojej aktywności na różnych polach, szczególnie literatury oraz kultury studenckiej, przekazałem Archiwum Państwowemu w Zielonej Górze. Dokładnie jest tego na półkach 9,39 metra bieżącego (to typowa miara w archiwistyce). Inaczej licząc – 253 jednostki archiwalne. Ale nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa – że sobie zażartuję… Bardzo duży zbiór rarytasów poetyckich, mam na myśli nietypowe tomiki wierszy, rzadkie, bo wydawane przez domy kultury, organizacje młodzieżowe, kluby lekarzy, grupy poetyckie, wzięła ode mnie Biblioteka Kórnicka PAN; tych książek nie ma nawet w Bibliotece Narodowej czy Bibliotece Jagiellońskiej. Inne materiały literackie chętnie przejęła Biblioteka Raczyńskich w Poznaniu. Natomiast rękopisy, pokreślone lub korektorskie maszynopisy wierszy i wydanych ongiś tomików i inne materiały związane z moją twórczością poetycką stale oddaję do zielonogórskiej Biblioteki Norwida, do Działu Zbiorów Specjalnych. Dodam, iż duże ilości czasopism przekazałem już kilka lat temu do obu wojewódzkich bibliotek, w Zielonej Górze i Gorzowie Wielkopolskim. Było tego wiele kartonów i w ten sposób oczyściłem niemal całkowicie prywatne „archiwum pod schodami”, jak je nazywam. Ostatnio pełne roczniki miesięcznika „Poezja” (1965-1990) i „Twórczość” (od 1946) oddałem prof. Małgorzacie Mikołajczak. Wszystko to przekazywałem z myślą, by w przyszłości może studenci albo doktoranci zechcieli podjąć się zbadania tych teczek i „dokopania się” do ciekawych spraw. A jest w nich naprawdę wiele interesujących tematów. Aż żal, że sam nie dam rady z tego skorzystać. Ostatnio siadłem do komputera i napisałem obszerny tekst o wspomnianym czasopiśmie „Poezja”, bo to jest naprawdę znakomity periodyk. Tylko kto z obecnej młodzieży, ba, podejrzewam, iż także z naukowców o tym wie? I komu chciałoby się przeglądać stare numery czasopism?

Czy są w twoim zbiorze archiwalne cymelia, z którymi nigdy się nie rozstaniesz?

W domu przechowuję cały księgozbiór, parę tysięcy książek z literaturą piękną. Stoją też oprawione przeze mnie roczniki czasopism, które ongiś założyłem, redagowałem i wydawałem. Jest też szafa tzw. zbąszynianów – materiałów dotyczących rodzinnego Zbąszynia, na które nie mam pomysłu. Chciałbym oddać je regionalnemu muzeum, ale mam obawy, że jako placówka samorządowa może łacno stać się pewnego dnia „bardzo potrzebnym” żłobkiem miejskim albo magazynem gminnym i zbiory te wylądują na strychu lub śmietniku. Trzymam także szyfonierkę pełną zdjęć, filmów, slajdów oraz cennych pamiątek rodzinnych. Sięgają czasów prapradziadków. Mam np. kantyczkę z podpisem „Franz Stroiński albo Stroiwąs”. Nie wiem, co z tym będzie…

Wykonywałeś w swoim życiu sporo zawodów, masz wiele pasji, talentów. Jesteś dziennikarzem, poetą, prozaikiem, redaktorem, animatorem kultury, prasoznawcą, propagatorem sztuki. Gdybyś miał możliwość cofnąć swój los, to czy wybrałbyś ścieżkę archiwisty?

Kto wie? Nie odrzucam takiej teoretycznej myśli. Zwłaszcza że siedząc w archiwum, miałbym pod ręką bardzo wiele ciekawych materiałów do wykorzystania. Cofniesz mój los?

Dla porządku na koniec podpowiem wszystkim chętnym, że zbiory, o których rozmawialiśmy, mieszczą się w Archiwum Państwowym w Zielonej Górze w zespole archiwalnym nr 89/2969 Kolekcja Eugeniusza Kurzawy. Ewidencja dostępna jest na stronie www.szukajwarchiwach.gov.pl po wpisaniu w wyszukiwarce nazwy zespołu archiwalnego.

Dziękuję za rozmowę.

The post Archiwalia z kolekcji Eugeniusza Kurzawy Z Eugeniuszem Kurzawą rozmawia appeared first on Pro Libris.

]]>
Pro Libris promuje się w Krakowie https://prolibris.net.pl/pro-libris-promuje-sie-w-krakowie/ Fri, 19 Jun 2026 07:48:11 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17637 Ewa Mielczarek

The post Pro Libris promuje się w Krakowie appeared first on Pro Libris.

]]>

Ewa Mielczarek

Pro Libris promuje się w Krakowie

Promocja książki prof. Jerzego Jarowieckiego pt. Eugeniusz Kolanko „Bard”. Poeta i konspirator, wydanej przez zielonogórskie wydawnictwo WiMBP Pro Libris oraz Wydawnictwo Naukowe i Edukacyjne SBP w Warszawie, odbyła się 5 grudnia 2025 roku w klimatycznej sali Klubu Dziennikarzy „Pod Gruszką” w Krakowie. Wydarzenie zgromadziło zarówno przedstawicieli środowiska naukowego, jak i miłośników literatury oraz historii. Wśród gości znaleźli się prof. Jolanta Chwastyk-Kowalczyk, prof. Grażyna Wrona, dr Andrzej Buck, reprezentanci wydawnictw, a także przedstawiciele krakowskiej publiczności. Spotkanie zostało zorganizowane sumptem: Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Wojewódzkiej im. Cypriana Norwida w Zielonej Górze, Biblioteki Kraków, Komisji Prasoznawczej PAN Oddział Kraków, wydawnictwa Pro Libris, WNiE SBP.

Spotkanie miało za zadanie wypromować książkę, nakreślić dorobek twórczy prof. Jarowieckiego, przybliżyć działalność i lirykę młodego poety, Eugeniusza Kolanki. Podkreślano znaczenie wieloletnich badań autora, który jako historyk prasy, bibliolog i literaturoznawca od dekad zajmuje się dokumentowaniem działalności konspiracyjnej w okresie drugiej wojny światowej, w tym szczególnie prasy podziemnej oraz twórczości literackiej w latach 1939-1945. Najnowsza książka Jerzego Jarowieckiego stanowi zwieńczenie jego długoletnich dociekań badawczych oraz ukoronowanie jubileuszu 95. urodzin. Autor książki, nie mogąc osobiście uczestniczyć w promocji, był połączony zdalnie (wizualnie i werbalnie) z uczestnikami, zabierał merytoryczny głos i opowiadał o realiach, w których powstawały wiersze krakowskiego barda.

Publikacja poświęcona jest postaci Eugeniusza Kolanki „Barda” – młodego poety i żołnierza ruchu oporu z Krakowa, który został rozstrzelany przez okupanta niemieckiego 27 maja 1944 roku. Autor nie tylko rekonstruuje biografię Kolanki, lecz także dokonuje pogłębionej analizy jego dorobku literackiego. Szczególną wartość książki stanowi obszerny wybór 91 wierszy poety, uporządkowanych w czterech wyraźnie wyodrębnionych modułach tematycznych (Polskę wymodlą karabiny, Fraszki – satyry – żarty, Wojna – okupacja – konspiracja oraz Godzinami w piękno).

Podczas spotkania zwracano uwagę na szerokie tło badawcze publikacji. Prof. Jarowiecki w promowanej publikacji odwołuje się do swoich wcześniejszych ustaleń, sięgających jeszcze lat 60. XX wieku, kiedy to po raz pierwszy podjął próbę odtworzenia biografii i twórczości Kolanki. Istotnym kontekstem dla omawianej książki pozostaje również jego artykuł dotyczący prasy Szarych Szeregów, który stanowi ważne wprowadzenie do problematyki konspiracyjnego harcerstwa.

Wieloletnia kwerenda archiwalna i biblioteczna zaowocowała imponującą bazą źródłową. Autor oparł swoje opracowanie na dokumentach archiwalnych, konspiracyjnych czasopismach z okresu okupacji, relacjach świadków oraz wywiadach z osobami związanymi ze środowiskiem podziemnym. Wykorzystał również korespondencję redaktorów prasy konspiracyjnej oraz materiały pochodzące od rodziny i znajomych poety. Istotną rolę odegrała także dyskusja prasowa zainicjowana w 1966 roku na łamach „Dziennika Polskiego”, która przyczyniła się do wzrostu zainteresowania literaturą podziemną.

W blurbie na czwartej stronie okładki dr Buck trafnie podsumowuje problematykę publikacji:

„Poezja wojny i okupacji – inaczej Pokolenia Kolumbów. Badacze koncentrowali się najczęściej na warszawskim środowisku literackim skupionym wokół dwumiesięcznika »Sztuka i Naród« (Bronisław Onufry Kopczyński, Wacław Bojarski, Andrzej Trzebiński, Zdzisław Leon Stroiński, Tadeusz Gajcy). Krytycy i naukowcy, choćby Lesław M. Bartelski (Genologia ocalonych), Tadeusz Drewnowski (Ucieczka z kamiennego świata), Jerzy Tomaszkiewicz (Portrety twórców »Sztuki i Narodu«) wnikliwie opisywali ich twórczość poetycką i biografię. Opracowanie Jerzego Jarowieckiego przełamuje ten geograficzny schemat. Pokazuje, dokonując precyzyjnej, naukowej kwerendy – barda ziemi krakowskiej czasów apokalipsy, Eugeniusza Kolanko. Uzupełnia też wieloletnią refleksję badacza nad krakowską prasą konspiracyjną”.

The post Pro Libris promuje się w Krakowie appeared first on Pro Libris.

]]>
Festiwal Literacki im. Anny Tokarskiej „Proza Poetów” (12-21 listopada 2025) https://prolibris.net.pl/festiwal-literacki-im-anny-tokarskiej-proza-poetow-12-21-listopada-2025/ Thu, 18 Jun 2026 12:38:25 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17605 Małgorzata Grelak

The post Festiwal Literacki im. Anny Tokarskiej „Proza Poetów” (12-21 listopada 2025) appeared first on Pro Libris.

]]>

Małgorzata Grelak

Festiwal Literacki im. Anny Tokarskiej „Proza Poetów”

(12-21 listopada 2025)

Piętnaście lat to solidny jubileusz. Sięgając historii organizowanego przez WiMBP im. Cypriana Norwida festiwalu, wymienić można wiele szacownych nazwisk literatów, dziennikarzy i reporterów biorących udział w „Prozie Poetów”. Edycja w 2025 roku odbywała się pod hasłem „Biografie i nie tylko”. Imprezę 12 listopada zainaugurowała emisja filmu Nieparzysta, o patronce Annie Tokarskiej. Dr Robert Rudiak, pomysłodawca filmu, prezes zielonogórskiego oddziału Związku Literatów Polskich, po projekcji podzielił się refleksją na temat twórczości i życia zielonogórskiej poetki, autorki m.in. tomiku W białym mieszka anioł. Następnie kurator programowy festiwalu dr Andrzej Buck dokonał oficjalnego otwarcia.

Tego samego dnia miłośnicy literatury spotkali się z autorem książek, przez niektórych uważanych za kontrowersyjne (m.in. Fynf und cfancyś, Lubiewo, Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej), Michałem Witkowskim. Rozmowę poprowadził dr Janusz Łastowiecki z Uniwersytetu Zielonogórskiego. Gość opowiadał o początkach swojej twórczości, aktualnych zainteresowaniach i hobby, promował ostatnio wydaną książkę Autobiografia. Wiara, obejmującą czas młodości. Przeczytał z niej kilka fragmentów.

13 listopada w ramach festiwalu zorganizowano wydarzenie poetyckie. Swój nowy tomik Jeszcze stoimy promował mieszkający obecnie we Wrocławiu, niegdysiejszy wojewoda lubuski, Jarosław Barańczak. Spotkanie obfitowało w wiele refleksji o kondycji współczesnego człowieka, wędrówce ludów, Ameryce, sztuce, kinie, literaturze.

Podczas festiwalowego spotkania 13 listopada była mowa o „Lilce”, czyli Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Opisała ją, sięgając do niektórych nieodkrytych wcześniej źródeł (w tym obrazów i szkiców), historyczka sztuki, felietonistka i pisarka Małgorzata Czyńska, w książce Zgiełk serca. Badaczka sięgnęła do dwóch haseł charakteryzujących poetkę – samoświadomości i chiromancji. Przybliżała autorkę wywodzącą się ze znanej rodziny Kossaków, która nie była za życia należycie doceniana ani jako malarka, ani jako poetka.

Dzień później kolejna autorka, Justyna Sobolewska, zaprezentowała książkę biograficzną Jadwiga. Opowieść o Stańczakowej, opisującą życie i twórczość literacką Jadwigi Stańczakowej, przyjaciółki i sekretarki Mirona Białoszewskiego. Poeta pomieszkiwał u niej w Warszawie przy ulicy Hożej. Niewidoma pisarka i poetka pozostawiła swoją spuściznę i archiwum wnuczce, Justynie Sobolewskiej, która na festiwalowym spotkaniu podzieliła się osobistymi wspomnieniami związanymi ze Stańczakową. Krytyczka literacka, pisarka i dziennikarka, opracowując spuściznę literacką swej przodkini, mieszkała w jej mieszkaniu.

Kolejnym gościem specjalnym festiwalu był krakowski pisarz Andrzej Franaszek, profesor Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, autor m.in. Ciemnego źródła. Eseju o cierpieniu w twórczości Zbigniewa Herberta, dwutomowej biografii Herberta, a także biografii Czesława Miłosza. Na sobotnim spotkaniu 15 listopada, prowadzonym przez dr Katarzynę Grabias-Banaszewską poruszano wiele wątków związanych z klasykami polskiej poezji, padło wiele anegdot. Profesor Franaszek znał osobiście Miłosza, który mówił o sobie, że więcej zawdzięcza pracowitości niż talentowi, a praca to obrona przed rozpaczą. Franaszek podzielił się również kolejnymi planami wydawniczymi. Nowa książka dotyczyć będzie życia i twórczości Józefa Czapskiego. Nie zabrakło melancholijnej wymiany myśli z prowadzącą na temat takie, jak włoskie podróże do Sienny czy Orvieto, łączące biografie Herberta i Miłosza, również Iwaszkiewicza, wojna, cierpienie, Tomasz Mann i jego Czarodziejska góra. Profesor mówił o budowaniu mitologii pokolenia przez Herberta, także o współczesnych poszukiwaniach źródeł badań literackich, gdy sztuka epistolarna czy telegramy nie są już używaną formą porozumiewania się.

Następny poniedziałek festiwalowy (17 listopada) to spotkanie z autorką biografii Tadeusza Borowskiego Nieocalony, Martą Byczkowską-Nowak moderowane przez dr Joannę Kapicę-Curzytek. Tragiczne losy pisarza wzbudzają emocje i we współczesnym czytelniku. Byczkowska-Nowak starała się spojrzeć obiektywnie na kontrowersyjne wybory autora Pożegnania z Marią. Pozostawił on po sobie bogatą spuściznę literacką, obejmująca m.in. poezję sprzed wojny i prozę nurtu obozowego (był więźniem Auschwitz). Jego twórczość jest odczytywana także współcześnie. Prof. Timothy Snyder napisał wstęp do angielskiego tłumaczenia jego opowiadań, wydanego w Wielkiej Brytanii. Byczkowska-Nowak podejmowała próby kontaktu z żyjącą bliską krewną Borowskiego – córką prof. Małgorzatą Borowską, filologiem klasycznym z Uniwersytetu Warszawskiego, która jednak nie zgodziła się na rozmowę o ojcu.

We wtorek 18 listopada gościem „Prozy Poetów” (już po raz kolejny) była Magdalena Grzebałkowska. Spotkanie było niezwykle barwne, z nutą dowcipu, anegdotami związanymi z kolejną bohaterką, którą Magdalena Grzebałkowska wzięła na warsztat w książce Dezorientacje. Biografia Marii Konopnickiej. Okazuje się, że autorkę Roty dotychczas pokazywano schematycznie i nazbyt dyskretnie. Odnalezione konteksty pozwalają dziś inaczej spojrzeć na tematykę poruszaną przez Konopnicką. Nazywana patronką polskich reporterów, znała od podszewki życie opisywanych przez siebie ubogich domów, wchodziła na strychy i do piwnic, czytała więźniarkom, a przez dekadę mieszkała na wsi, którą rozumiała jak mało kto. Zmysł społeczny autorki znalazł odzwierciedlenie w jej opowiadaniach, nowelach. Magdalena Grzebałkowska opowiadała o podjętych w monografii tropach dotyczących Konopnickiej na spotkaniu poprowadzonym przez dr Katarzynę Grabias-Banaszewską.

Do tradycji festiwalu należy również promocja numeru czasopisma „Pro Libris”. Redaktor naczelny dr Andrzej Buck i sekretarz redakcji Ewa Mielczarek zaprezentowali 20 listopada ostatnie wydanie periodyku. Omówiono zawartość publikacji i przedstawiono grono współpracujących stale i okazjonalnie autorów. Kilkoro z nich było obecnych na sali. Gościem specjalnym spotkania był Jakub „Biko” Bitka, artysta sztuk wizualnych, którego prace w formie murali zaobserwować można w wielu przestrzeniach polskich miast. W Zielonej Górze, w pobliżu Biblioteki umiejscowiony jest mural z Urszulą Dudziak, inną znaną pracą artysta jest wielobarwny portret Maryli Rodowicz. Zarejestrowane fotograficznie prace zostały pokazane w nowym numerze pisma, obok wywiadu przeprowadzonego z mistrzem street artu.

Bohaterem kolejnego dnia spotkania był Konrad Wojtyła, obchodzący właśnie w Bibliotece Norwida swój jubileusz 25-lecia twórczości poetyckiej. W Zielonej Górze w 2000 roku wydawał pierwszy tomik Z dwojga złego wybieram miłość, teraz prezentował tomik Plany na przeszłość w rozmowie z prof. Małgorzatą Mikołajczak. Na zakończenie spotkania poeta otrzymał list gratulacyjny od Prezydenta Zielonej Góry Marcina Pabierowskiego oraz rzeźbę autorstwa Ryszarda Jasińskiego, rzeźbiarza, poety, prozaika.

Jednym z ostatnich wydarzeń festiwalu był wieczór interaktywny w agendzie bibliotecznej, mediatece Góra Mediów, pod nazwą „Kradzież w klubie Białego Kruka – gra detektywistyczna”. Śledztwo pod czujnym okiem bibliotekarzy, Karoliny Zielskiej i Mikołaja Boreja, prowadziła grupa młodych. W akcji uczestniczyły m.in. osoby z grupy improwizacyjnej Huragan oraz Adrian Kaszuba z projektu medialnego o literaturze „Skrajnie poczytalny”.

Piątkowe popołudnie 21 listopada przyniosło zwieńczenie festiwalowych atrakcji. W sali im. Janusza Koniusza aktorka Agnieszka Przepiórska zaprezentowała monodram Ginczanka. Przepis na prostotę życia, którego bohaterką była poetka międzywojnia – Zuzanna Ginczanka. Spektakl opowiadał o jej historii, marzeniach i tragicznych losach podczas drugiej wojny światowej. Po wzbudzającym wiele emocji spektaklu rozmowę z aktorką poprowadziła zielonogórska dziennikarka i dramaturżka Iwona Kusiak. Przepiórska opowiadała o pracy nad tekstem, wyborze bohaterek swoich monodramów, odbiorze publiczności, zamyśle, by uczyć historii przez teatr.

Różnorodny program festiwalu zgromadził w Bibliotece Norwida liczną publiczność, przyciągały nazwiska autorów, bohaterów książek, dziennikarzy piszących książki. Spotkania autorskie były doskonałym pretekstem, aby przeczytać prezentowane na festiwalu książki, ale i literaturę tworzoną przez bohaterów „Prozy Poetów” AD 2025. Z pewnością kolejne (nienapisane jeszcze) książki przybyłych na festiwal pisarzy zainteresują grupę festiwalowych bywalców.

The post Festiwal Literacki im. Anny Tokarskiej „Proza Poetów” (12-21 listopada 2025) appeared first on Pro Libris.

]]>