Kim jestem (esej)

Anna Błaszczak

Kim jestem

(esej)

 

Ja

Czasami zadaję sobie pytanie, kim jestem. Nie jest to kwestia biologiczna, bo w tym przypadku odpowiedź jest oczywista – człowiekiem. Samo w sobie też nie jest pytaniem w zamyśle filozoficznym, raczej wstępem do całej serii pytań i rozważań. Gdy spoglądamy w lustro, widzimy swoje odbicie. Chociaż to też zależy, jakie zwierciadło wybierzemy, te w marketach odzieżowych będą nas zwodzić fałszywym pięknem, gdy te domowe zachęcają do pozostania w ukryciu.

Gdy ja patrzę w lustro, widzę swoje odbicie, wiem, że nie jestem piękna, ale też nie jestem brzydka. Jestem gdzieś pomiędzy tymi terminami. Kiedyś myślałam, że mam trudny charakter, póki nie poznałam osób z trudnym charakterem. Myślałam, że jestem dziwna, póki nie poznałam osób dziwniejszych ode mnie. Myślałam, że jestem osobą trudną do kochania, póki nie słyszałam historii, przy których moje dziwactwa wydają się letnią bryzą w porównaniu do huraganu, który znajduje swoich wielbicieli. Myślałam, że jestem częścią, póki nie zobaczyłam, że nigdy nie było całości. Myślałam, że nie jestem siłaczką, póki…

Dlaczego o tym piszę? Nie jest to forma pamiętnika, lecz są to spostrzeżenia. To twarz, którą widzę ja. „Ja”, która pamięta przebyte ścieżki życiowe i wszystkie wyboje, które kształtowały. Zdarte kolana, godziny kręcenia się w kółko i uparte podnoszenie się, by iść dalej. Bo muszę być silna, bo nikt inny za mnie nie będzie. To moje „ja”. Często po latach widzimy, jak wielki wpływ miały nawet najmniejsze kamienie, w szczególności te, które wpadły do butów. Czy więc znam siebie? Oczywiście mogłabym w przypływie pewności siebie powiedzieć tak, lecz byłoby to niezgodne z prawdą. Ja nawet nie wiem, kim tak naprawdę jestem, znam na pewno „siebie” z lustra i z codzienności. Co z pozostałymi wersjami mnie? Która z nich jest prawdziwa albo najbardziej „moja”?

Pragnę zapewnić, że nie jest to rozważanie konsultowane z żadnymi środkami umilającymi czas, tylko obserwacja.

Zdarza się, że mamy ulubionego muzyka, aktora lub innego twórcę. Wiemy o nim wszystko. Znamy imię trzeciej żony, markę auta, którym jeździ i nazwę karmy dla psa. Nie oszukujmy się, takie informacje w dzisiejszych czasach łatwo znaleźć. Mamy internet i nadmierną szczerość celebrytów. Kochamy idola za to, co widzimy. Za naszą wersję „jego”. Sytuacja się zmienia, gdy najczęściej po śmierci wychodzi na jaw to, czego świat o nim nie wiedział, ta nie nasza wersja „jego”. Która jest prawdziwa? Ta, która spoczywa w grobie i ma świadectwo w czynach, czy ta, która żyje w głowach innych? Zawsze mówił „dzień dobry” na klatce, był miły, cichy, pomagał, kiedy było trzeba, uśmiechnięty, więc niemożliwe, że miał depresję. To nie on się zabił… To nie on zabił…

Wydaje mi się, że nie ma osoby, która by nie usłyszała „zmieniłaś(-eś) się”, „nie poznaję cię”, „to nie ty”. Jeśli nie osobiście, to w produkcjach filmowych na pewno. Dlatego czasami się zastanawiam, która wersja „mnie” jest tą prawdziwą i czy dane było mi ją poznać?

W moim świecie po prostu jestem i staram się z całych sił żyć. Raz wychodzi to lepiej, raz efekty są dyskusyjne. Jednak wiem, że każdy, na kogo drodze stanęłam, zna „mnie” w swojej wersji. Oczywiście zmieniamy się z biegiem lat i przebytych doświadczeń czy za sprawą makijażu. Nic tak nie pomaga jak warstwa korektora pod oczy – zakrywa wiele.

Osobiście poznałam kilka wersji „mnie”: tę, której świat nigdy nie zobaczy; tę, której lepiej, by nie oglądał; tę, którą widuje jedynie okazyjnie; tę, którą już widział, ale mu nie przypadła do gustu; wreszcie tę, która po prostu jest, i tę, która tylko bywa. Zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji i niejako obowiązku społecznego. Wiem, że niejedną osobę rozczarowałam swoją wersją „ja”, bo była sprzeczna z tą ich. To z pewnością jest bolesne. W szczególności, gdy takie osoby są na tyle długo w naszym życiu, by się do nich przyzwyczaić. Gdy nasze „ja” jest rozczarowaniem, to chowamy je, bo tak jest łatwiej. Tłumaczenie nie uleczy zasłoniętych uszu. Czasami się to po prostu czuje.

Zazwyczaj się uśmiecham. Staram się być miła, chociaż niektórzy nie ułatwiają tego i jedyne, co ich chroni, to moja kultura osobista. Staram się być takim człowiekiem, jakiego nie powstydziłabym się mieć koło siebie. Jednak wiem, że uśmiech, bycie miłym i po prostu „ja” bywają odbierane inaczej. Nie zliczę, ile razy myślano dosyć nisko o moich zdolnościach intelektualnych, właśnie przez życzliwy sposób bycia dla innych, który nie odbiega zbytnio od filmowego obrazu Robina Williamsa, wspominanego z sentymentem. Nie ukrywam, nagły upadek w rzeczywistość usunął wielu ze ścieżki. Jako ludzie lubimy czuć wyższość, to kolejne z uzależnień, które ciągnie się za nami wiekami od grzechu pierworodnego.

Czy taką „mnie” znają inni?

Nie.

Może.

Nie wiem. Jedyna głowa, w jaką mam wgląd, to moja, a i tak ciężko jest mi się tam czasem odnaleźć.

Jest to bez wątpienia sytuacja niebezpieczna. Nasza wersja nie zawsze jest tą, którą spotkaliśmy. Czasami tamta została zaktualizowana. Mija się z tym, co my stworzyliśmy. Lub nigdy nie istniała… Jest niczym nieszczęśliwa miłość. Widujemy kogoś, brak nam odwagi, by podejść i zamienić kilka słów. Obserwujemy, słuchamy i dopowiadamy. Znamy naszą wersję „ja” tej osoby. Jesteśmy rozczarowani lub zakochani, wszystko zależy od naszej wyobraźni, ona często nie zwraca uwagi na bariery światów. Jednak nie zdajemy sobie sprawy, jak wielką odpowiedzialność kładziemy na barki tej, na dobrą sprawę obcej osoby. Ona nie wie o naszej wersji „jej”, nie zna cech, które jej przepisaliśmy i zasad gry, których powinna się trzymać, aby nas nie rozczarować. Nie wie, że jej „ja” nie jest jedyne, które za nią kroczy.

Mamy setki „ja”, tych naszych i tych nadanych niczym ordery przez innych. Jesteśmy mili dla staruszki w autobusie. Zmieniliśmy kolor włosów. Koledze z pracy złożyliśmy życzenia w urodziny. Mamy nową pracę. Jesteśmy rodzicami, dla siebie, dla rodziców i dla innych. Wspominamy kolegów z dzieciństwa, ciekawe, co teraz robią? Pewnie czekają, by mama pozwoliła im wyjść na podwórko. Wróć, przecież, już są dorośli, pewnie mają własne rodziny i kariery, może nie te z pierwszych dziecięcych marzeń. Mieliśmy zły dzień i ktoś to widział. Grymas. Uśmiech. Łza. Dentysta pamięta mnie jeszcze jako dziecko i jak już dzieckiem przestałam być. Weterynarka ostatni raz widziała mnie rok temu. Jedna z lepszych weterynarzy, jakich spotkałam na swojej drodze. Tego dnia płakali wszyscy, oprócz mnie… Musiałam być silna, chciałam być silna… nie dla siebie. Powietrza zabrakło mi, dopiero gdy wychodziłam z lecznicy. Wiem, że tego dnia byłam potworem w oczach innych, bo zagryzłam policzki do krwi, żeby tylko nie płakać. Żeby strachu nie było więcej, bo i tak się przelewał, a musiałam pozwolić odejść bez bólu najbliższej mi istocie. Może jestem tchórzem i zdrajcą, ale nie potrafię tam wrócić. Teraz znam innych specjalistów od ratowania czterech łap. To moje kolejne „ja”, które nie wygląda ładnie z opuchniętą od łez twarzą.

Czasami się zastanawiam: gdyby  przyszło mi umrzeć i jako duch przemierzać odmęty świata, to które „ja” by straszyło niewinnych? Każdy zapamiętał moje oblicze na swój sposób i w ich głowach to właśnie ten obraz jest żywy. Co jednak, jeśli jest całkiem odmienny od mojego „ja”? Czy może się zdarzyć, że powstanie nowa osoba? Może ona już istnieje, podąża za mną jak cień. Rozstaje się po wyjściu z pracy. Kolejna wita się po przekroczeniu murów uczelni. Inna wypatruje w leśnej ostoi, a ta „ja” siedzi i patrzy na wszystko z dezaprobatą, albo wręcz przeciwnie, wszystko zależy od tego, czyja wersja mojego „ja” jest pytana o zdanie. Nawet moje „ja” jest odmienne od tego prawdziwego „ja”, bo jego to nawet ja nie oszukam. Prawda jest taka, że żadnemu „ja” nie można odmówić prawdziwości, bo powołane do życia stało się świadectwem dla oczu, które je widziały.