Joanna Kapica-Curzytek
Kobieta światowa i babcia z Ziemi Lubuskiej
Kosmopolitka. Intelektualistka i poliglotka. Żona ambasadora, przez szereg lat organizująca życie na placówkach. Dziennikarka, tłumaczka, pisarka. Mira Michałowska (1914-2007) to wielka osobowość, choć jej nazwisko i imponujący dorobek są, niestety, coraz mniej rozpoznawalne. Ale udało mi się odkryć pewien lubuski epizod w jej twórczości. I choć drobny, to z pewnością wart przypomnienia przede wszystkim ze względu na ogromny wkład Miry Michałowskiej w tworzenie w naszym kraju tego, co dzisiaj nazywamy kulturą popularną.
Niedawno ukazała się biografia autorstwa Moniki Ksieniewicz-Mil pt. Kobieta światowa. Opowieść o Mirze Michałowskiej (wydawnictwo W.A.B., 2025). Dopiero tutaj widać, że życiorysem i osiągnięciami bohaterki tej książki można by obdarzyć nawet nie kilka, ale kilkanaście osób. Ma ona na swoim koncie szereg wybitnych dokonań, warto wymienić koncepcję i scenariusz Wojny domowej (w reż. Jerzego Gruzy), serialu z lat 1965-66, do dzisiaj wyświetlanego w telewizji i chętnie oglądanego, przede wszystkim ze względu na znakomite aktorskie kreacje. Film powstał na podstawie tekstów publikowanych w tygodniku „Przekrój”, którego Michałowska była wieloletnią felietonistką. Jej nazwiska nie kojarzymy najpewniej dlatego, że pisała pod pseudonimem Maria Zientarowa.
Nie ma też wątpliwości, że naszą telewizję zmienił na zawsze program „Tele-Echo”, obecny na antenie od 1956 aż do 1981. Był to pierwszy polski talk-show, a jego pomysłodawczynią była właśnie Mira Michałowska, która zaczerpnęła ten pomysł z telewizji francuskiej. Cała Polska zasiadała też przed telewizorami, gdy w czwartkowe wieczory emitowano cykl „Kobra”, teatr sensacji. Michałowska była autorką przekładów z języka angielskiego wielu wykorzystanych tam tekstów.
Tłumaczyła również literaturę. Wybitną powieść Szklany klosz Sylvii Plath przeczytaliśmy po raz pierwszy w przekładzie Miry Michałowskiej. Tak samo Rajski ogród Ernesta Hemingwaya oraz szereg jego opowiadań. Kongenialnie przełożyła powieści (odkrywanej dzisiaj u nas na nowo) Joan Didion: Demokrację, Rzekobieg i Modlitewnik. To tylko niewielki wycinek z jej dorobku jako tłumaczki.
Prywatnie była związana z dyplomatą Jerzym Michałowskim, który przez sześć lat był ambasadorem Polski w Wielkiej Brytanii, a jakiś czas później przez cztery lata był szefem Misji Polskiej przy ONZ w Nowym Jorku. Mira Michałowska organizowała życie kulturalne i towarzyskie na zagranicznych placówkach, do czego miała nieprzeciętny talent. Swoje doświadczenia opisywała później w felietonach publikowanych w miesięczniku „Twój Styl”.
Była też autorką książek, przede wszystkim dla dzieci i młodzieży. Dla niej jako mamy dwóch synów oraz osoby obdarzonej wybitnym zmysłem obserwacyjnym, świetnym słuchem językowym i satyrycznym zacięciem, inspiracji do pisania nigdy nie brakowało. Z perspektywy dzisiejszych czasów widać w jej utworach ciekawie utrwalone wzorce i realia ówczesnego PRL-u, ale zawsze z jakimś dodanym akcentem tego, co udało się Michałowskiej podpatrzeć za granicą. Akcentem na tyle drobnym, że nie uchodziło to za snobizm, być może też na więcej nie pozwalała ówczesna cenzura, ale te dodatkowe nutki wnosiły trochę barw, powiew lepszego świata i poszerzały horyzonty.
Tak właśnie jest w przypadku cyklu Miry Michałowskiej, zapoczątkowanego książką Ania i Ewa i Marian i Rusak i inni…, wydaną w 1975 roku. Tytułowa bohaterka, ośmioletnia Ania nie lubi jeść mięsa. W naszych czasach już rzadko wzbudza to dyskusję, ale wtedy, pięćdziesiąt lat temu, było to swoiste pójście pod prąd. Jako że mięso i wędliny były szczególnie trudne do zdobycia, udręczone mamy apelowały do niejadków: „ziemniaczki i surówkę możesz zostawić, ale mięsko zjedz”.
Ta opowieść o codziennym życiu przeciętnej inteligenckiej rodziny z Warszawy, mieszkającej w bloku, musiała się spodobać, bo rok później Mira Michałowska opublikowała jej kontynuację – O Ani, Ewie, Marianie, Marsjanach i babci z Ziemi Lubuskiej. Tu z kolei znajdziemy refleksje o równouprawnieniu i fakcie „drugiego etatu” dla każdej kobiety w domu: „w każdej kuchni stoi teraz kobieta i zmywa naczynia po kolacji […] Chłopcom jest lżej. Jest to niesprawiedliwe”, snuje refleksje Ania (s. 10-11). I już wtedy na kartach tej książki toczyła się dyskusja o feminatywach – Ania z rodzicami zastanawia się, jak powinna brzmieć żeńska wersja słowa „sportowiec”.
Ale nas, rzecz jasna, najbardziej tu intryguje obecna w tytule książki postać związana z naszym regionem. Pojawia się pod koniec opowieści: z Zielonej Góry przyjeżdża na tydzień do Ani i jej rodziców babcia Kozłowska (s. 42). Przywozi ze sobą słoiki z marynatami, konfiturami, dżemami i grzybami – mamy oto na piśmie utrwaloną pochwałę obfitości Ziemi Lubuskiej, bogatej w dary lasów i ogrodów. Określenie „warszawski słoik” jest dzisiaj mocno rozpowszechnione i można chyba uznać, że rodzice Ani byli wtedy, we wczesnych latach 70. XX wieku, przedstawicielami ich pierwszego pokolenia.
Babcia jest w rodzinie Ani symbolem stałości, choć sytuuje się na drugim biegunie równouprawnienia. Ośmioletnia wnuczka bardzo chciałaby, aby babcia była u nich na zawsze. Pani Kozłowska szyje, reperuje, gotuje i piecze, bierze więc na siebie choć na chwilę ten ciążący „drugi etat”. Babcia ma ze sobą wyszywany płócienny fartuch „przywieziony z Ziemi Lubuskiej” (s. 45). Można ten rekwizyt odczytać jako symbol łączności kulturowej pomiędzy tak zwanymi Ziemiami Odzyskanymi a resztą Polski, którą tak usilnie w czasach Polski Ludowej próbowano narzucić. Tego w książce bezpośrednio nie ma, ale z dużym prawdopodobieństwem można przypuścić, że babcia Kozłowska raczej nie była na Ziemi Lubuskiej autochtonką, ale powojenną osadniczką z ziem wschodnich. Ten wyszywany fartuch, który musiał wiele dla niej znaczyć, najpewniej ma jeszcze o wiele dłuższą historię, a jest nią znana nam i ostatnio coraz dogłębniej odkrywana przeszłość naszego regionu, którego liczni mieszkańcy mają wschodnie korzenie. Nie znalazłam w życiorysie Miry Michałowskiej żadnych prywatnych powiązań z Zieloną Górą ani Ziemią Lubuską, co czyni postać babci Kozłowskiej jeszcze bardziej intrygującą.
Nie ma tu miejsca, aby analizować inne utwory Michałowskiej, ale warto zwrócić uwagę na najczęściej pojawiający się w nich motyw: ważną rolę pełnią w nich sąsiedzkie więzi. Budowanie zaufania między osobami mieszkającymi blisko siebie mogło być wybawieniem w czasach nie tylko braków w sklepach (pożyczanie przysłowiowej szklanki cukru czy odrobiny soli było na porządku dziennym), ale ograniczonych obywatelskich swobód i uprzedmiotowienia. Czy byłaby to również dzisiaj skuteczna recepta na nadszarpnięte więzi społeczne?
Życie między sąsiadami toczy się w Wojnie domowej oraz w książkach o Ani i jej rodzinie. Między serialem a tym cyklem jest zresztą sporo podobieństw, by wspomnieć jeszcze ostatnią jego część: Ania i Ewa i Marian i Rusak i Tatry, no i Dżo (wyd. 1982). Tytułowy Dżo, rówieśnik Ani, jest dwujęzycznym Polakiem z Wielkiej Brytanii, który przyjechał w odwiedziny. Jest to dla autorki okazja, by „przemycić” różne przemyślenia dotyczące zetknięcia się z kimś reprezentującym inną kulturę. I tak jak w telewizyjnym serialu, wszyscy wyjeżdżają na narty do Zakopanego, co dla jednego z bohaterów skończy się złamaną nogą. Czyżby widać tu było grę autorki z cenzurą? Z kontuzją kończy bowiem niejaki Rusak (wymieniony w tytułach książek), w poprzednich książkach sportretowany jako skłonny do bitki silny, hałaśliwy chłopak, postrach podwórka.
O Ani, Ewie, Marianie, Marsjanach i babci z Ziemi Lubuskiej to tylko jeden z wielu utworów Miry Michałowskiej dla dzieci i młodzieży. W jej biografii możemy przeczytać, że inspiracje czerpała, obserwując własne dzieci. Jaką była mamą? Choć mocno zajęta karierą, była – jak mówimy dzisiaj – wystarczająco dobrą. Uważną, obecną, wspierającą, ale też nieidealizującą dzieci. Stworzyła stabilną rodzinę, tymczasem sama niosła przez całe życie ciężar straty brata i dwojga rodziców podczas wojny.
Miło pomyśleć, że Mira Michałowska, autorka, która publikowała m.in. w prestiżowym „New Yorkerze”, utrwaliła w swojej twórczości postać babci z Ziemi Lubuskiej!
Bibliografia
Monika Ksieniewicz-Mil, Mira. Kobieta światowa, Warszawa 2025.
Mira Michałowska, O Ani, Ewie, Marianie, Marsjanach i Babci z Ziemi Lubuskiej, Warszawa 1976.
