Proza Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/category/proza/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Mon, 15 Jun 2026 08:56:26 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Proza Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/category/proza/ 32 32 Stróż https://prolibris.net.pl/stroz/ Mon, 15 Jun 2026 08:53:34 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17403 Jakub Ząbkiewicz

The post Stróż appeared first on Pro Libris.

]]>

Jakub Ząbkiewicz

Stróż

 

Pobudka. Czwarta z minutami. Która? Mógłbym spać do piątej, ale muszę mieć trochę czasu dla siebie, żeby się przystosować. Odsłaniam zasłony. Ciemnica. Idę nastawić wodę, zanim Gruzini i Ukraińcy zajmą mi łazienkę. Jestem pierwszy. Może przesadzam? Kto wie, czy oni w ogóle idą do łazienki. Vlad pracuje w fabryce z dostępem do prysznica. Wiem, bo robiłem tam trzy miesiące. W fabryce. Osiemset osób na dwie kabiny z zimną wodą. Przynajmniej darmową, a w tych czasach nic nie jest pewne, nawet uczciwie opłacany dach nad głową. Myję się, golę, wycieram. Reszta śpi.

Nie zapominam o identyfikatorze. Takim do odbijania, żeby ten, który szczodrobliwie płaci mi za stróżowanie na placu budowy, wiedział, że się nie obijam. Odbijam się, czyli pracuję. Patrzę, pilnuję, wpuszczam i wypuszczam. Nic trudnego. To dobrze, bo trudno mi się skupić. Overstimulated. Na szczęście nie mam autyzmu. Chociaż i tego nie wiem, miałem iść, a nie poszedłem. Do psychiatry. Może tam znalazłbym odpowiedź na to, kim jestem.

Wybrałem sobie takie życie. Bylejakość. A wydaje mi się, że dużo we mnie świadomości. Kiedyś nie lubiłem myśleć o pieniądzach, ale tutaj, po tylu latach, w moim wieku, myśl o pieniądzach jest jak żądza krwi, która musi się rozlać. Nie mogę już bujać w obłokach. Minęło. W tych fabrykach spotkasz więcej niespełnionych artystów niż w jakimikolwiek innym miejscu. A u mnie, na ochronie, stróżuję na wypadek złapania bezrobotnego złodzieja, który próbuje wynieść szlifierki, kątówki i wyrzynarki do pilśniowych płyt. Złodziej to też, najpewniej, niespełniony malarz albo poeta.

Dotarłem. Na plac budowy. Trzeba przyłożyć kartę do czytnika; to jest jak płatność kartą. Wtedy wiadomo, że byłem tu, w jednym z punktów kontrolnych. Nigdy nic się nie dzieje. Kradną, ale drobne rzeczy. Z większymi mają problem: wymagają transportu. Spokojnie. Nie narażałbym się dla łapania malarzy. Albo poetów. Nie lubię graficiarzy, ale oni zjawią się dopiero, kiedy remont kamienicy dobiegnie końca. Wtedy mnie tu nie będzie, ale pewnie będę wracał, tak jak mordercy mają w zwyczaju wracać na miejsca swoich zbrodni. Moją zbrodnią jest jedynie to, że pozwalam sobie akceptować taką robotę. Przyjść, odbić się, zrobić kółeczko i odbić jeszcze raz. Patrzeć.

A moi koledzy z dzieciństwa robią kariery. Nie zazdroszczę. Czego? Aha, pieniędzy. Wspominałem już o pieniądzach, prawda? Mnie nie zależy. Chyba nie aż tak, nie mam parcia, żeby być bogatym. Chyba nie. Lubię mieć pieniądze. Chciałbym mieć pieniądze. Problem w tym, że nie jestem sumienny ani pracowity. Wspominałem o ambicji? Nie jestem taki. Bycie ochroniarzem jest przeciętne. Nikt nie chce być przeciętniakiem. A ja jestem. I pewnie wielu jest. Gruzini i Ukraińcy, ja i moi rodacy z Polski. Ten, który nie radzi sobie we własnym kraju, wyjeżdża i liczy, że w nowym miejscu wszystko się odmieni. Zmienia się waluta i język. Reszta bez zmian. Ale wrócić do siebie nie można. Trzeba się dorobić. Ja też muszę.

Dlatego robię pierwsze kółeczko. Wte i wewte. Kręcę się i rozglądam po budowie. Nigdy nic się nie dzieje. Nie łapię poetów i malarzy. Płacą mi za to tyle, że po roku roboty, przy odpowiedniej dyscyplinie i oszczędzaniu, może uda mi się odłożyć na dwunastoletni samochód. To już coś. Coś bym miał. Doszedłbym do czegoś. Teraz dochodzę do kolejnego punktu kontrolnego. Przykładam kartę. Nie działa. Wyskakuje błąd. Powtarzam czynność. Error.

Coś się zawiesiło. Albo ta moja karta. Może z nią jest coś nie tak. Nie wiem. Stukam w czytnik raz i nic. Jest coś napisane w obcym mi języku, a ja nie znam obcych języków. Uderzenie pięścią nie pomogło, trudno. Lepiej przeczyszczę kartę. Potrę ją o kurtkę. Jeansową mam, jeszcze nie jest tak zimno. Trę, pocieram, aż czuję elektryzowanie we włosach. Pocieram z całej siły, albowiem odbicie na zegarze to mój priorytet, najwyższa wartość bycia ochroniarzem. Wycieram tak, jak moja babka prała koszule na tarce z aluminium.

Skruszyło się. Paznokieć może. Jest krew. Jest krew na złamanej karcie. Przełamanej wpół, ostrej jak brzytwa. Szczypie. Ta ranka jest śmieszna, ale nie daje mi spokoju. To nawet nie jest ból, ale coś w rodzaju bólu, to szczypanie. Wszystkie kary na mnie idą, mawiał zasłużony klasyk. Zawsze na mnie. Znowu dałem się trafić. Co robić?

Albo zadzwonię do koordynatora ochrony, mojego przełożonego. A może nie zadzwonię i zrobię obchód po swojemu. Sednem mojego zajęcia jest przecież pilnowanie, żeby nic z terenu budowy nie zniknęło. To, co przeszedłem, te dwieście, trzysta metrów, to było czysto. Nikogo nie widziałem. Kamery są nawet, o. Są kamery, więc sobie obejrzą film. Obejrzą, a kamery nie kłamią. Ja też nie, ale mi nigdy nie wierzą. Kamera opowie za mnie.

Idę dalej. Punktów mam z dziesięć. Już nie pamiętam, mniej lub więcej dycha. Czyli to będzie tak, że oni obejrzą ten film, jak ja idę teraz. Musi to jakoś wyglądać, że sumiennie zaglądam w każdą dziurę i doglądam, czy wszystko jest na swoim miejscu. Chyba jest. Nikogo tu nie ma oprócz mnie. Niemożliwe, żeby coś miało rozpuścić się, wyparować. Nawet wejść tu, na teren ogrodzony drucianym płotem, to wyzwanie jest. Nie dla artystów. Czytałem kiedyś, że człowiek potyka się nie o góry, a o kretowiska. Któryś to filozof grecki powiedział, chyba. Potknąłem się i ja, o puszkę spreju. Nie panikuję. Budowlańcy zostawiają różne puszki i też są malarzami. To niekoniecznie graficiarze.

Właśnie, mówiłem już, że nie lubię graficiarzy?

The post Stróż appeared first on Pro Libris.

]]>
Kamienie Boga (z cyklu „Obrazki z wystawy”) https://prolibris.net.pl/kamienie-boga-z-cyklu-obrazki-z-wystawy/ Mon, 15 Jun 2026 08:33:10 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17378 Mirosław Kuleba

The post Kamienie Boga (z cyklu „Obrazki z wystawy”) appeared first on Pro Libris.

]]>

Mirosław Kuleba

Kamienie Boga

(z cyklu „Obrazki z wystawy”)
August Zamoyski, szkic do rzeźby Rhea, czyli w półmroku tego świata, lata 40. XX w., ołówek, papier 29,5 × 27 cm
August Zamoyski, szkic do rzeźby Rhea, czyli w półmroku tego świata, lata 40. XX w., ołówek, papier 29,5 × 27 cm

Kiedy Franka z czworaków, dziewiętnastoletnia córka fornala, została matką bogów, August Zamoyski zrozumiał, że odkrył dowód na istnienie Stwórcy. Dlatego że dzieło sztuki, w jakie zmieniła się dziewczyna, było doskonałe, a we wszechświecie istnieje tylko jedna doskonałość – Bóg. Posąg, który Zamoyski wyrzeźbił, był odblaskiem tej boskiej doskonałości. Doskonałość nie jest z tego świata, napisze po latach w szkicu o swoim zerwaniu z formizmem.

Zamoyski spotkał Frankę, prostą chłopską dziewczynę pracującą w jego majątku w Jabłoniu na Lubelszczyźnie, kiedy w 1935 roku przyjechał do rodzinnego majątku na pogrzeb ojca. Miał już wtedy za sobą długą drogę jako artysta. Był autorem cyklu awangardowych rzeźb, najwybitniejszych dzieł rzeźbiarskich polskiego formizmu, i sprawcą jednego z największych skandali artystycznych w dziejach polskiej sztuki. Franka pojawia się w kilku miejscach jego Pamiętnika, którego rękopis trafił po śmierci artysty do warszawskiego Muzeum Literatury. „Miała najpiękniejsze ciało rzeźbiarskie, jakie spotkałem – to była polska Ewa, nasza Wenus, piękno zdrowia i wigoru. Flora – Przodownica Żniw”. Podobało mu się u niej typowo wiejskie złożenie ramion, przysadzista postawa bez widocznego kontrapostu. Stała „na obydwu nogach, ledwo w biodrach zachwiana”.

Wypatrzył ją w polu, podczas kopania ziemniaków, w szeregu innych pochylonych kobiet „Ujrzałem odsłonięte nogi kobiece jak rząd kolumn. Wśród których te jedne mnie zafascynowały. Myślałem o tych nogach, o tym jak wygląda twarz tej dziewczyny”.

Z jego wspomnień wynika, że tego jeszcze nie wiedział. Później spotkał ją znowu. „Rozpoznałem ją po nogach, silnych, strzelistych. W jej twarzy było coś, co mnie tak wzięło, że tę twarz rzeźbiłem bez końca, latami”.

Starałem się odgadnąć przyczynę jego urzeczenia, znaleźć źródło fascynacji pochmurną twarzą dziewczyny – w rysunku, który kupiłem na aukcji w Desie. Był to szkic aktu, który Zamoyski sporządził, pracując nad rzeźbą Rhea. Nadał mu też drugą nazwę, W półmroku tego świata. I tak jest jego rzeźba Franki opisana dzisiaj w katalogach: Rhea, czyli w półmroku tego świata.

Rhea, w klasycznej mitologii greckiej rodzicielka bogów, której wszystkie dzieci pożerał mąż, Kronos. Na rysunku stoi naga, zamyślona nad śmiertelną tajemnicą, która legła na jej barkach i wielkim ciężarem zdaje się ją wgniatać w ziemię. Jest przerażona – wyjaśniał rzeźbiarz w liście do Władysława Tatarkiewicza. Swoją niepowstrzymaną płodnością i czymś nieznanym, co zabiera jej kolejne dzieci. Jedną ręką, opartą o mocarne biodro, podtrzymuje głowę ciężką od czarnych myśli. Drugą ręką obejmuje brzuch, najwidoczniej wypełniony nowym płodem: nie dam!

Na szkicu widać, jak Zamoyski stara się nadać rzeźbie nadziemską statyczność, zdolną utrzymać ciężar potwornego losu, który spadł na tę kobietę. Wykuta z kamienia, musi sama zamienić się w skałę, etap żywego kobiecego ciała jest tutaj tylko elementem teogonii. Dlatego sylwetka modelki zostaje wpisana w zarys geometrycznych brył, graniastosłupów, piętrzących się jeden na drugim. Cel tego zabiegu jest czysto techniczny: rzeźbiarz, jak wytrawny architekt, bada statykę kompozycji, czy rozkład mas nie sprawi, że konstrukcja runie.

Rysunek powstał zapewne w latach czterdziestych, kiedy artysta po opuszczeniu Polski zamieszkał w Brazylii. Kupił tam fazendę z siedmiuset hektarami pampy, gdzie hodował bydło. Co prawda postać o takiej samej pozie, z tą samą modelką, wyrzeźbił już wcześniej w gipsie, ale wtedy nazwał pracę Franką. Był to model do późniejszego odlewu w brązie, który powstał w 1937 roku. Rhea to postać z późniejszych rozważań, być może inspirowanych wszechświatową rzezią. Rzeźbiąc posąg greckiej bogini sprzeniewierzył się jednej ze swoich kardynalnych zasad, aby zawsze pracować z żywym modelem. Wtedy, w Brazylii, nie miał przy sobie Franki. Brazylijki, zwłaszcza ciemnoskóre, mające domieszkę krwi indiańskiej czy azjatyckiej, bywają oszałamiająco piękne, lecz Zamoyski pozostał nieczuły na ten typ urody. Ciągle rysował i rzeźbił Frankę. Wtedy, w Jabłoniu, zabrał ją od pracy w polu do pałacu, gdzie pozowała mu i prowadziła dom. Pojechał z nią nawet do Paryża, skąd pośpiesznie wrócili, kiedy Niemcy rozpętali wojnę z Polską.

Być może hrabia August Zamoyski, potomek jednej z najbardziej zasłużonych dla Polski gałęzi rodu Zamoyskich, pozostałby tylko arystokratą i dziedzicem wielkich włości, gdyby nie wybuch I wojny światowej. Uczył się wtedy w Niemczech, lecz jako poddany rosyjskiego cara, podlegający mobilizacji, trafił do obozu jenieckiego. Tam ciężko zachorował i tylko interwencja ciotki, damy dworu arcyksięcia Józefa Ferdynanda, dowódcy 4 Armii austro-węgierskiej, uratowała mu życie. Został przeniesiony do szpitala oficerskiego w Berlinie-Grunewaldzie, a wkrótce już brylował w towarzystwie berlińskiej bohemy. Kiedy jako 21-letni młodzieniec trafił na występ niemieckiej tancerki włoskiego pochodzenia, Margerity Sacchetto, zakochał się w niej bez pamięci i wnet się z nią ożenił. Jego ojciec, Tomasz, szalał z rozpaczy i odciął syna od finansów, co jednak nie miało dla Augusta znaczenia. „Gucio żyje w Berlinie, w świecie artystów trzeciego rzędu, rzeźbi na swe utrzymanie i ojcowizny się wyrzeka – zanotowała w pamiętniku „cała zasromana” księżna Maria Zdzisławowa z Branickich Lubomirska. – Uległ wdziękom dziś zmęczonej, a niegdyś uroczej tancerki lekkonóżki, która dalej zabawia wielkie stolice, a mózgowo wypoczywa w nirwanie buddyzmu”.

Później, po latach przemyśleń, Zamoyski napisze znamienne słowa o powołaniu artysty, płynącym z Absolutu: sztuka jest naszą ucieczką ku Bogu. Lecz wtedy, w Berlinie, do sztuki prowadziła go raczej młodzieńcza ambicja zadziwienia świata, bunt przeciwko roli narzucanej przez jego arystokratyczny status, może też snobizm, by znaleźć się w kręgu dekadenckiej cyganerii. Znacznie od niego starsza ukochana wspierała te artystyczne aspiracje, zdając sobie zapewne sprawę, że sztuka może być spoiwem ich związku. Jak sam wyznał, otworzyła mu oczy na tajemnice piękna prerafaelitów, na freski Giotta. Stała się jego muzą i modelką, i być może to bliskość sławnej artystki sprawiła, że Zamoyski postanowił całkowicie poświęcić się rzeźbiarstwu. Dziedzina sztuki została wybrana poniekąd z konieczności, gdyż był dotknięty daltonizmem.

Sacchetto nie miała klasycznego wykształcenia baletowego, uprawiała wolny taniec, w którym łączyła naturalną energię ruchu, emocjonalną ekspresję mimiki i nowatorską scenografię. Tańczyła do muzyki Bacha, Chopina, Edvarda Griega; artyści wiedeńskiej secesji, Gustav Klimt, Koloman Moser i Josef Hoffmann projektowali scenografię do jej spektakli; występowała w Metropolitan Opera. Bliżej było jej eksperymentom do nowoczesnej pantomimy niż do baletu. Do rosyjskich szkół baletowych przyjmowane są dziewczynki w wieku dziesięciu lat, które zwykle zajmują się amatorsko tańcem już od piątego roku życia; mając siedem lat, powinny robić szpagat, a mordercza tresura w szkole trwa lat osiem. Od czasów imperatorskich niewiele się pod tym względem zmieniło. Rita Sacchetto zapragnęła zostać tancerką, kiedy w 1902 roku zobaczyła na scenie Isadorę Duncan. Miała wtedy dwadzieścia dwa lata i po trzyletniej nauce tańca wyszła na scenę. Była amatorką, jednak ciekawy pomysł sceniczny, oparty na „ożywianiu” słynnych arcydzieł malarstwa, zapewne też osobisty urok, pozwoliły jej osiągnąć sukces. Kiedy Zamoyski ją poznał, była, według jego słów, światowej sławy tancerką o niesamowitej urodzie i uroku. Jej sąsiad w Berlinie, noblista Max Born, współtwórca mechaniki kwantowej, zapamiętał ją jako bardzo piękną kobietę z olśniewającymi uczennicami. Po występie Sacchetto na dworze króla Hiszpanii, Manuel de Falla, kompozytor trzech impresjonistycznych baletów, miał orzec zachwycony: „Jest niezapomnianym, czarującym przejawem nieśmiertelnego piękna”.

Została też jedną z pierwszych gwiazd niemego kina. Już krótko po rozpoczęciu w 1913 roku kariery aktorki w niemych filmach, stała się główną bohaterką duńskich sensacyjnych melodramatów erotycznych, reżyserowanych przez Holgera-Madsena. Jeden z tych obrazów, Córka baletu, okazał się nieomal proroczy. Sacchetto gra w nim tancerkę baletową Odette Blant, której oświadcza się hrabia de Croisset. Warunkiem zawarcia małżeństwa jest jednak spełnienie jego żądania, aby na zawsze opuściła scenę. Odetta zgadza się na to wyrzeczenie. Pewnego dnia nadciąga nieuniknione – tancerka wraca do teatru. Hrabia traktuje to jak zdradę.

Nie minął rok, a życie napisało niemal identyczny scenariusz, tyle że hrabia był prawdziwy i piękniejszy niż neurasteniczny Svend Aggerholm w roli counta de Croisset.

W artystycznym kręgu Rity Sacchetto poznał Zamoyski niemieckich rzeźbiarzy, u których pobierał nauki – tworzącego w estetyce secesji Augusta Krausa i Josepha Wackerlego, autora monumentalnych rzeźb w duchu germańskiego neoklasycyzmu, dzięki którym trafił później na listę obdarzonych łaską Bożą artystów III Rzeszy. Żaden z tych mentorów nie wywarł widocznego wpływu na pierwsze próby rzeźbiarskie Zamoyskiego, od początku naznaczone ekspresjonizmem. W Monachium młody rzeźbiarz utrzymywał kontakty z grupą Der Blaue Reiter, zetknął się z Wassilym Kandinskim i poznał Stanisława Przybyszewskiego, dzięki któremu przystał do poznańskiego ugrupowania Bunt, radykalnych ekspresjonistów związanych z pismem „Zdrój” Jerzego Hulewicza.

Pierwsza wystawa Buntu w Poznaniu okazała się zarazem najgłośniejszą, z racji skandalu, którego sprawcą okazał się Zamoyski, a konkretnie jego dwie rzeźby, Zdrój i Sansara, oraz dwa akty na papierze, uznane za obsceniczne. W rzeźbie Zdrój dopatrzono się rumaka i nagiej kobiety, splecionych w miłosnym uścisku.

Kontrowersje krytyki budziły też kolejne dzieła Zamoyskiego. Jego Wenus z Zakopanego, wyrzeźbioną około 1920 roku i pokazaną na wystawie „Niezależnych” w Krakowie, wykpił nielitościwie w tekście Taniec siedmiu boleści niejaki K.F. Enpee, któremu nie spodobało się „apokaliptycznie bujne łono” dziewczyny i jego „odwrotna strona”. Zdaniem krytyka, dziewice – jeśli już któraś odważy się wnieść do tego „salonu siedmiu boleści i siedemdziesięciu siedmiu nieprzyzwoitości” swoje niepokalane panieństwo, roją potem w snach o rzeźbiarzu, który odważył się uznać za najważniejszą część kobiecego ciała tę właśnie, o której nawet się nie mówi.

Artysta osiadł w tym czasie, ze swoją poślubioną w 1917 roku żoną, w Zakopanem, podówczas „polskim Olimpie”, dokąd licznie zjeżdżali awangardowi artyści i pisarze – Leopold Gottlieb, Stanisław Kamocki, Tymon Niesiołowski, Zbigniew Pronaszko, Tuwim, Żeleński-Boy, Kornel Makuszyński. W artystycznych „orgiach”, jak wspomina bywający tam Jarosław Iwaszkiewicz – pełnych gwaru, szumu, zabaw i pijaństwa, obok Witkacego i Zamoyskiego brali udział Karol Szymanowski, Karol Stryjeński z żoną Zofią, z braku kołyski „hodującą bliźnięta w szufladzie komody”, Chwistek, Słonimski. Coraz częściej uczestniczyła w nich także Rita Sacchetto, której światowa kariera dobiegała końca.

Recenzje jej ostatnich koncertów w Berlinie, Wrocławiu i Düsseldorfie były miażdżące. Pisano o kiczowatej estetyce tańców, składających się z pustych, pretensjonalnych póz, naznaczonych niezamierzonym komizmem. Krytykowano przestarzałą, surową technikę tańca, „całkowicie zależnego od jej osobistej urody”. Uznano w końcu, że tańce Sacchetto reprezentują „degradację greckiego ideału arystokratycznego”.

Niemniej ciągle znajdowała niezbyt wybredną publiczność. Tylko w 1921 roku dała w Paryżu 120 przedstawień. Nie sposób było jednak nie zauważyć, że choćby na tle dekadenckiej ekspresji scenicznej jej głośnych uczennic, Anity Berber i Valeski Gert, spektakle udrapowanej w wystawne kostiumy Sacchetto, w dziwacznej eklektycznej scenografii, utraciły walor szokującego nowatorstwa. Kiedy wystawiła własną wersję quasi-psychodelicznej Kokainy, Anita Berber wykonywała w berlińskich variétés swój makabryczny poemat sceniczny, Tańce występku, grozy i ekstazy. Jej solowa Kokaina była opartym na osobistych doświadczeniach kokainistki zapisem euforii, przedawkowania i śmierci. „Pożera mnie ten cień” – napisała Berber w poetyckich didaskaliach. Na scenie odbywała się jednak prawdziwa agonia tancerki, biseksualnej skandalistki, która zacierała granicę między śmiercią sceniczną i egzystencjalną. Berber, jako postać balansująca pomiędzy życiem a śmiercią, z obnażonymi piersiami, dwoma rozcięciami zamiast oczu i zakrwawioną raną w miejscu ust, imitowała drgawki zabijanej śmiertelną dawką narkotyku marionetki, zamierającej „w plastikowym port de bras, marzeniu rzeźbiarzy”. W przeciwieństwie do osadzonej w minionej epoce impresji Sacchetto, było w tym przeczucie zarazy trawiącej Niemcy po przegranej wojnie, wylanej w końcu w nazistowskim paroksyzmie. W nekrologu Berber z 1930 roku Klaus Mann oskarżył Niemcy, które „celebrowały, opłacały i wyniosły na piedestał ekshibicjonizm tej genialnej kobiety”. W tym samym czasie awangardowa tancerka Gert dawała własny pokaz umierania w trzyminutowej solowej miniaturze Der Tod, heideggerowskiej interpretacji „uwalniania się śmierci od wszelkiej iluzji”.

Wydaje się, że mroczny klimat tych lat znalazł odbicie nie tylko w ówczesnych ekspresjonistycznych pracach Zamoyskiego, w jego genialnych portretach, arcydziełach formizmu, ale i w całej jego późniejszej twórczości. Został rzeźbiarzem tego, co ukryte w półmroku tego świata, co zawarł w tytule aktu swojej Rhei.

Obok pierwszych portretów, w których radykalna rzeźbiarska synteza doprowadziła go na skraj abstrakcji, jak w głowach Marii Walterskirchen czy Chwistka, rzeźbił w Zakopanem figuralny cykl Ich dwoje. Być może tworzył te rzeźby z wyobraźni, chociaż miał obok siebie niezrównaną modelkę dla tych smukłych, giętkich postaci, splecionych w miłosnym akcie.

Gwiazda Rity Sacchetto przygasała, lecz opromienił Zakopane rozbłysk supernowej pierwszej wielkości. Była to Waleria Kończyńska, tancerka z zespołu baletowego Sacchetto, być może najpiękniejsza istota, jaka pojawiła się w tych latach w Zakopanem. Taki właśnie werdykt narzuca niezrównany w swojej subtelnej śmiałości akt, wykonany przez autora cyklu Gębowzorów Witkacego, fotografa Józefa Głogowskiego, przedstawiający leżącą tancerkę o twarzy niewinnej gimnazjalistki.

Niewątpliwie żaden z tamtejszych rasowych kobieciarzy, Zamoyski, Witkacy czy Jan Gwalbert Henryk Pawlikowski, nie mógł takiego zjawiska przegapić. Wszyscy jednak trwali wtedy w dość świeżych związkach. Podobnie jak w przypadku Zamoyskiego i Sacchetto, małżeństwo Pawlikowskiego zwieńczyło romantyczną miłość od pierwszego wejrzenia, a jego wybranką była Maria Kossak-Bzowska, wówczas początkująca poetka, słynna później jako Pawlikowska-Jasnorzewska. W zakopiańskiej willi Pod Jedlami, gdzie mieszkali, powstawały erotyki z jej pierwszego tomu wierszy Niebieskie migdały. Pisała je do męża, „okryta niebem i sercem”:

W milczeniu zbladły nam twarze, w milczeniu zgasły nam twarze,
i dusze bledną w miłości…

We wspomnieniach znajomych Pawlikowscy stanowili prawdziwie uroczą parę: „On, niezwykle przystojny, z twarzą rasową, o ślicznie zarysowanym profilu, szczupły i zgrabny, był człowiekiem o wybitnej inteligencji”. Ktoś inny nazywa go istnym górskim bóstwem o skalnym profilu, z przezroczystymi, chłodnymi jak lodowiec oczami. Napisał poetycką książkę w góralskiej gwarze, przetłumaczył z angielskiego dzieło o kulturze Dalekiego Wschodu. „Lilka” Kossakowa „twarz miała piękną i uduchowioną, o rysach prześlicznie delikatnie zarysowanych”. Na ich wspólnej fotografii z tego czasu jest wysoką, szczupłą kobietą o dziewczęcej urodzie, on nieco posępny, z orlim nosem.

I to właśnie Pawlikowskiego trafił piorun, zwykle bijący w szczyt Giewontu. Już w trzy lata po ślubie zakochał się w osiemnastoletniej Austriaczce, Valérie Kontschinsky. Jeszcze nie ukazał się debiutancki tomik „zalotnicy niebieskiej”, kiedy on rzucił wszystko i razem z trupą Sacchetto wyjechał na tournée, grając u boku ukochanej dziwaczne postacie w jeszcze dziwniejszych tańcach. Małżeństwo z Walerią przetrwa do końca życia Jana, oboje są pochowani w jednym grobie na Pęksowym Brzyzku.

Materiał, wybrany przez Zamoyskiego, narzucał mu własne wymagania. Kamienie tak twarde jak bazalt czy granit wymagają daleko idących uproszczeń kształtu, wyrzeczenia się szczegółów na rzecz syntetycznej, monumentalnej formy. To jedna z przyczyn krępych sylwetek kobiet wyrzeźbionych przez artystę, przyczyna techniczna. Była też jednak inna, kryjącą się głęboko w jego umyśle. Niepojęta dla niego samego fascynacja takimi właśnie kształtami, taką właśnie kobiecą budową. Zamoyski ogniskował swoje pożądanie, i w sztuce, i w życiu, na ciele kariatydy. To na jej barkach spoczywał cały ciężar istnienia. Wieczna kobiecość i wieczna skała, jako osnowa wszechświata. Wieczność zamknięta w tym, co niezniszczalne.

„Drobne eteryczne piękności, o długich łabędzich szyjach, manierystycznych kształtach, cienkich przegubach rąk i delikatnych pęcinach, nie nadają się jako modele do bezpośredniego kucia w kamieniu” – zapisał. Szukał słowiańskiej kariatydy.

Rzeźbił stale tę samą postać już wcześniej. Można rozpoznać tożsamą projekcję wyobraźni w marmurowym Akcie stojącej z około 1935 roku, w Wenus, do której pozowała słynna paryska modelka, pochodząca z Rumunii studentka Sorbony, której krzepkie biodra, nabrzmiałe biologiczną mocą, można też rozpoznać na rysunkach sangwiną André Deraina. To akty Nataszy, osiemnastoletniej Rosjanki o urodzie riazańskiej chłopki, która go zachwyciła: „Zbudowana mocno, trochę przyciężka, o silnych nogach i krótkiej szyi, była jak mała kariatyda, une petite colonne, a przy tym słowiańska w typie”. To marmurowy posąg Diny Vierny, pięknej besarabskiej Żydówki, od piętnastego roku życia muzy i modelki starego mistrza Aristida Maillola, którą Paryż ocalił od losu opisanego przez Curzio Malapartego w Kaputt. To wreszcie Rhea. Wszystkie jak siostry z jednego łona. Nie znajdowałem w ich krępych sylwetkach nic zmysłowego. Zrodzone w półmroku świata, w milczeniu nasycały przestrzeń jędrnością marmuru. Ciągle rzeźbił tę samą paleolityczną piękność, zbudowaną z najtrwalszego substratu krynicę wiecznej żywotności.

Przywiązywał się w niemal obłąkańczy sposób do swoich modelek, które podobały mu się „do wściekłości”. Kiedyś po przyjeździe do Warszawy dał stosowne ogłoszenie w gazecie, ponieważ zawodowe modelki z Akademii uznał za istne niedomyte rondle. Zgłosiło się 116 kandydatek, które przetestował, niektóre zabierając „do lasu na goło na rydze”, lecz wszystko na próżno. W rozpaczy wezwał telegraficznie z Paryża swoją Marisę, która przyjechała z dzieckiem. „Co za kształty! Żywy marmur”.

Stworzył własną teorię pozowania. „Trzeba dobrą godzinę, aby ciało odetchnęło od więzi ubrania, napęczniało w odmiennej temperaturze; poza tym, w pierwszych godzinach trudno się wsmakować w nowe kształty”. Modelka musiała być boso, gdyż obcasy zniekształcają kroki i pion nóg. Obserwował ją przy zwykłych czynnościach, kazał sprzątać pracownię lub wziąć prysznic, przy czym „nie powinna czuć, że jest goła, że się ją obserwuje”, bo wtedy zaraz zaczyna, według niego, pozować na „Wenus”, na „macierzyństwo” lub na „potępioną”.

Doszedł do przekonania, że naturę można widzieć na niewyczerpaną ilość sposobów, ale efekt zależy od tego, kto patrzy i jaka jest jego kultura życia wewnętrznego. Doskonalił swoje widzenie i rękę, która miała być temu widzeniu posłuszna, rzeźbiąc portrety kurzych jaj: jak się okazuje – każde jest inne, o odmiennej sferyczności, jajko „w sobie”, jako takie, jest „poszczególne”. Przydały mu się te studia podczas rzeźbienia gałek ocznych: „Odkrycie poszczególności tej sferoidalnej powierzchni wymaga dużo pracy, ale też daje rezultat żywego, patrzącego oka, a nie schemat. Tak robiłem oczy Wierki, która miała każde oko sferycznie inne”.

Dążność do rzeźbiarskiej syntezy wymagała świadomego stłumienia ekspresji, by tym dobitniej ujawnił się monumentalizm formy, szlachetność kształtu i faktury kamienia. Tym mocniej eksponował to, co miało świadczyć o wiecznej, niezniszczalnej kobiecości. Jego rzeźby to apoteoza kobiecej siły, właściwie kobiecej potęgi, niekoniecznie przejawiającej się w pięknie.

Była w tym nie tylko namiętność artysty. Było wszystko, o czym jednak wypada milczeć. Przy całej jego zapamiętałej pracowitości, rozległych zainteresowaniach – w bibliotece swojego domu w Saint-Clar-de-Rivière pod Tuluzą miał 6000 tomów i kusił Władysława Tatarkiewicza „przeciekawymi” średniowiecznymi manuskryptami filozoficznymi, przy uduchowieniu, skłaniającym go do ciągłych poszukiwań Prawdy, Zamoyski był kobieciarzem. Zawistny i być może odtrącony Iwaszkiewicz napisał, że w młodości Gucio lubił mówić o swoich triumfalnych zdobyczach i czynił długie rozważania na temat kobiet. Józef Czapski wspominał, że był człowiekiem o wściekle węgierskim temperamencie. „Namiętności są solą życia; bez nich sprawa moralna nie mogłaby nabrać cech heroizmu” – napisze rzeźbiarz w swych rozważaniach o sztuce.

Kto wymaga od mężczyzny heroizmu, niech zacznie od samego siebie. Niech pierwszy rzuci kamienieniem, kto jest bez grzechu.

Nie znajduję żadnego grzechu w tym, co zapisał w swoim Pamiętniku, który trafił do Muzeum Literatury w Warszawie: „Nigdy nie byłem tak płodny i w tak dobrym gatunku jak podczas tych czterech i pół lat w Jabłoniu, i miałem czas na wszystko i sanowałem majątek, polowałem, chowałem psy, pierdoliłem na wszystkie strony, rzeźbiłem, bawiłem się, podróżowałem, piłem i byłem sam bez żony”.

Praca z modelką podczas rzeźbienia aktu stała się dla niego aktem mistycznej sublimacji. Jak pisał, „nagość, symbol poddania się, skruchy i ukorzenia sakralnego zamienia się w przedmiot piękności zmysłowej, czysto estetycznej”.

Rzeźbił wówczas w czarnym poleskim granicie głowę Wierki, białoruskiej chłopki o zadartym nosku i nieco tatarskiej urodzie, głowę innej bandoski Nastki, pełnowymiarowy akt Natasza, a przede wszystkim swoje najważniejsze dzieło tego okresu – pełnowymiarową postać nagiej Franki.

O pracy z nią napisał: „Ani jednej kreski bez jej obecności, i to przez miesiące; patrząc raczej na modelkę niż na szkic”. Ciągle sprawdzając piony i poziomy, rozkoszował się formą jej ciała. „Zasmakowałem w ciepłej, uwodzącej naturze. Model musiał mi się do szału podobać, toteż nigdy nie pozował mi mężczyzna. I podobać bez znudzenia lata całe, boć przecie posąg W półmroku tego świata kułem 9 lat, a Wenus – 7 lat. Aby utrzymać przez lata ten entuzjazm głodu, trzymałem się na smyczy, by nienasycenie trwało i nie przeszło przed ukończeniem figury. »Obiecywałem« sobie po ostatnim pociągnięciu dłuta, ale gdy chwila ta po latach nastąpiła… cały czas zachwytu modelką i pożądania wyblakł, ulotnił się”.

„Gucio nie zawsze mówi prawdę” – ostrzegała jedna z jego ciotek. Tutaj nie mówi. Franka nie była tylko modelką, przy której rzeźbiarz potrafił trzymać swoje żądze na smyczy. O tym też napisał bez ogródek w Pamiętniku: „Myślałem o France, o jej cudnej twardej dupie, o jej świeżej, ciasnej i pachnącej piczy i zaniosłem zaraz modły do Boga, by w Jabłoniu jej i moim ludziom dobrze się działo i by ich Bóg wziął pod swoją wszechpotężną opiekę. Widziałem Franką leżącą na wznak w dusznym czworaku, w betach z otwartymi ustami i sapiącą – czy jej tam Niemcy nie zerżną. Dziwne jak mnie taka… z ludu podnieca, tyle co luksusowa hrabina”.

Boom!

Jarosław Iwaszkiewicz, który w 1937 roku trafił na dożynki w posiadłości Zamoyskich w Jabłoniu, zapamiętał Frankę jako miłą, energiczną i zaradną kobietę, „gospodynię”, która pełniła honory domu. Dzielnie poradziła sobie we wrześniu 1939, kiedy po wyjeździe Zamoyskiego przyjmowała w jego pałacu uciekinierów z Warszawy. W Brazylii Zamoyski podobno nie rozstawał się z jej zdjęciem. Fascynacja była obopólna, co można wyczytać z powojennego już listu Franki, również pieczołowicie zachowanego w archiwum rzeźbiarza. „Ukochanemu Panu Hrabiemu, pisząc list Frania najpierw zasyłam słowa niech będzie pochwalony Jezus Hrystus”.

Oboje na przeciwległych krańcach świata, on prosi Boga o opiekę nad nią, ona posyła mu Chrystusowe pozdrowienie, grzech niknie w łasce Bożego miłosierdzia.

Zdaje się, że zapłaciła za swój artystyczny epizod – i pewnie panieńskie zadurzenie – wysoką cenę. Posąg, w którym wiejska dziewczyna przeobraża się w boginię płodności Rheę, legł na jej życiu kamiennym ciężarem. W oczach wsi stała się reymontowską Jagną. „Franka znowu goła w gazecie” – kumoszki niosły sąsiadkom zjadliwą nowość, kiedy tylko pojawiały się gdzieś zdjęcia rzeźby Zamoyskiego.

Powrotem do realizmu, a raczej do monumentalnej istoty realizmu, zredukowanego do samej istoty rzeczy i pozbawionego wszystkiego, co przesłania Prawdę, Zamoyski zanegował, jako przejaw intelektualnej pychy, młodzieńczy formizm. Przedstawił swój nowy punkt widzenia w szkicu Jak i dlaczego wyrosłem z formizmu, opublikowanym w 1968 roku w „Poezji”. Do formizmu zaprowadziła go ambicja stworzenia ex nihilo form nieistniejących uprzednio, zupełnie oderwanych od natury, co wydawało mu się jedyną kreacją godną artysty. W swoim nowatorskim entuzjazmie wybrał heroiczną drogę stworzenia „czystej formy”, co było, jak mówił, „zamierzeniem absolutnym”. Później pojawiły się jednak wątpliwości: czy sztuka jest rzeczywiście aktem twórczym, czy raczej odkrywaniem ukrytego jądra Stworzenia? Z czasem uświadomił sobie, że abstrakcja gubiąca się w czystej formie jest tylko „zmysłową pozłotą”. Formizm, według jego słów, chcąc oderwać się od natury, stawał się pustą dekoracją, ponieważ zbyt łatwy i dowolny proces twórczy, pozbawiony rygorów, łatwo popada w stylizowaną dekoracyjność, na granicy galanterii. „Im bardziej rezultat był dziwaczny, niebywały, tym lepiej się sprzedawał. Ale czyż Sztuka polega na niebywałości czy pseudooryginalności?” – pytał. I dawał ostateczną odpowiedź: „Sztuka jest wyrazem naszego najintymniejszego życia wewnętrznego, a nie optyczną igraszką”.

Kiedy jednak osadził już na kolumnach mocarnych nóg swoją Reję, której sine żyłkowanie marmuru nadało pozór żywego ciała, gdy w ciężkim kontrapoście stanęły już jego Wenus i Dina Vierny, i wyłoniły się z brył surowego granitu, niczym w akcie pierwszego Stworzenia, ciepłe, jeszcze niekompletne ciała kobiet, najwidoczniej poczuł, że realizm, nawet najbardziej monumentalny, wyznacza horyzont, poza który wyjść nie sposób. Natura nie mogła już być dla niego miarą prawdziwego piękna. „Dzieło sztuki jest rezultatem doświadczenia mistycznego – pisał do Tatarkiewicza. – Jedynego, które się liczy, kiedy nauka współczesna doszła do ściany, jaką jest fizyka kwantowa i teoria względności”. Znalazł inne, niewyczerpane źródło piękna wszechświata, niezmiennej Harmonii i Doskonałości. „Doskonałość, nie poddająca się doskonaleniu – to Bóg!”

Widocznie szukał Boga przez całe swoje życie, skoro już w zakopiańskich czasach tak mocno przejęła go religijność – dość zaskakująca – przyjaciela, Stanisława Ignacego Witkiewicza. „Dla Witkacego istnienie Boga i życie wieczne było osobiście konieczne – pisał w tekście o formizmie. – Ukrywał swoją głęboką wiarę w Stwórcę, sądząc, że wiara w Boga była zbyt pospolitym zjawiskiem, przywilejem prostactwa”.

Do Tatarkiewicza napisze, że ludzie nie są w stanie pojąć cudu, a zatem i Boga. „Wszystko musi być zrozumiane, po prostu schamione… Ostatecznie każdy widzi to, czym sam jest”.

Wcześniej, kiedy nie chciał jeszcze mówić tyle o Bogu, wolał używać określenia: „Substancja”. Jak w rozprawie Sztuka i Substancja, wygłoszonej w 1954 roku na Międzynarodowym Kongresie Filozofii w São Paulo: quod stat sub – rzeczywistość trwała, która służy za podstawę wszystkiego zmiennego, to co istnieje „samo przez się”. Istnieje samo przez się, jest zatem Absolutem. „Jestem, który jestem”, mówi Bóg do Abrahama. I mówi do Zamoyskiego, który słyszy te słowa i odpowiada: naszym prawdziwym powołaniem jest miłość Absolutu, która otwiera nam drogę do doskonałości i prawdy. Tej prawdy, która się objawia przez piękno niewypowiedziane, jak każda rzecz boska.

To domena sztuki. Dla Zamoyskiego sztuka jest ucieczką człowieka od powszedniości życia w dziedzinę wartości transcendentalnych. Wynika z potrzeby wzniesienia się i oczyszczenia, w znaczeniu arystotelowskiego Katharsis. Żadne substytuty, w rodzaju systemów społecznych czy wiedzy naukowej, nie są w stanie zastąpić człowiekowi jego przyrodzonego przywileju metafizycznego.

Pragnienie odkrycia Absolutu to powołanie człowieka, lecz jest jeszcze specjalna droga artysty. „Powołanie artysty to wezwanie, które prowadzi do odkryć w znaczeniu twórczym” – stwierdza autorytatywnie.

Przemiany stylów w sztuce i naszych poglądów na to, co piękne, to bieg ku Nieskończonemu poprzez naszą własną formę wyrazu – wyjaśnia w ten sposób koleje swojej sztuki. „Wszystko jest jedyne, wszystko jest po raz pierwszy i zarazem ostatni”. Sztuka zatem jest wieczna, nowa dla każdego pokolenia i każdego artysty. Warunkiem jest jednak autentyzm tego, co się robi, wynikający z przeżycia – wstrząsu – wewnętrznego. Wtedy strefa żywej kontemplacji świata i życia zaprowadzi nas do plotyńskiej ekstazy, „gdzie znajdziemy przez własne doświadczenie miłość prawdy, a pewnego dnia i samą Prawdę”.

Wstrząs wewnętrzny, dotknięcie wieczności, mistyczne przesłanie z filmu Boom! Josepha Loseya, do którego scenariusz napisał Tennessee Williams. „Boom!” w ustach Richarda Burtona, filmowego Christophera Flandersa, anioła śmierci – kiedy rzuca między skały klifu ogromny brylant, ściągnięty z palca zmarłej przed chwilą milionerki. Boom! Szok wywołany każdą chwilą istnienia. Żyć to znaczy trwać w ekstazie, powiada Béla Hamvas. Wtedy skok w chwilę obecną to salto immortale – to nieśmiertelność.

Sztuką nazywa Zamoyski bezinteresowny wysiłek, który stara się uczynić Absolut poznawalnym. Jesteśmy strąconymi aniołami, którym Sztuka – nasze Katharsis – pozwala na mistyczny powrót do Boga. W tym sensie jest sztuka sferą zawsze sakralną, kapłańską. Jest w swej istocie „komunią metafizyczną z Absolutem, Substancją”. Dzieło sztuki nie będzie wieczne, jeśli nie czerpało z Tego, który jest Wieczny. „Nic nie można stworzyć trwałego bez obecności Boga, jego Bytu Samoistnego, Aséite, i Jego Doskonałości”.

Z ekstazy prawdziwej zrodzi się autentyczne dzieło sztuki, które staje się arcydziełem, kiedy jest pozbawione wtórności. A wtedy stanowi oryginalne odkrycie i odsłania mgły, które nam przesłaniają Substancję.

Jego ostatnie, absolutnie genialne dzieło nie jest już z tego świata. To wyprężony jak napięty łuk (gdyż „życie jest łukiem napiętym, a celem jego strzały – śmierć”), rozpadający się kształt – podniesione z grobu ludzkie ciało. A raczej kłąb zetlałych szmat, coś bardzo marnego. Z ziemią łączą jeszcze ten lichy kadłub tylko dłonie i stopy, reszta uniosła się już w górę i za chwilę, widać, poszybuje swobodnie. Przemożna siła, która wywlekła rudyment człowieka z głębi, dźwiga go ku sobie. Zarośnięta, zdeformowana twarz, którą nie od razu potrafimy rozpoznać, zwrócona jest w bezmiar, otwierający się ponad wszystkim.

Już wyrwał się z półmroku tego świata. Zanurza się w jasności.

 

 

The post Kamienie Boga (z cyklu „Obrazki z wystawy”) appeared first on Pro Libris.

]]>
Implozja https://prolibris.net.pl/implozja/ Mon, 15 Jun 2026 08:04:56 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17357 Anna Witkowska

The post Implozja appeared first on Pro Libris.

]]>

Anna Witkowska

Implozja

 

– Szefie! Buganowowi całkiem odbiło! Zwozi odpady radioaktywne do sali reaktora!

W pomieszczeniu zapadła cisza.

– Pilnuj języka… Co ty wygadujesz?

– Założył na siebie dwa kombinezony ochronne, wziął taczkę, przymocował do niej ołowianą blachę i zaczął zwozić nią beczki! Pojedynczo, inaczej nie dałby rady. Nie wiem, od kiedy to robi, bo obok reaktora stoi ich już na oko ze sto!

Dołatiw zmierzył Tobołowa swoją monobrwią, nadpalony papierosem z prawej strony wąs zadrżał.

– Dobra, szlag! Tirow i Abusajko, idźcie zobaczyć, co tam się odjedwabnia! A wy, Musiejewiczu, róbcie to, co umiecie najlepiej.

– Ale ja nie chcę…

– Nie ma gadania! Bierz tę wajchę, jak bierzesz tłuczek, kiedy rozcierasz masło z jajkami na cholerny makowiec i powoli obniżaj. Przez tego idiotę będziemy musieli wszystko powtarzać. Władza zrobi z nas maślankę…

Cisza nie mogła być już cichsza, ale atomy w powietrzu dodatkowo zastygły.

Czego nie można było powiedzieć o tych w reaktorze.

– Szefie, zielone pali się na zielono coś za dużo, tamtych słupków na pomarańczowo jest za wysoko w kolumnie, a tu, tu… tu miga coś, co nawet nie ma diody! Chyba tracimy kontrolę.

– Nie można tak już dłużej, szefie, musimy zmniejszyć moc – dodał Myszenko.

– Inaczej będzie powtórka z „nie wolno mówić czego”!

Dołatiw zwrócił się do wielkiego, brzydkiego monitora nad konsoletą.

– Myszenko, wciśnij losowanie.

– Szefie, w takiej chwili? Zaraz wszystko wybuchnie!

– Nie dyskutuj. Wszechmoc władzy nas oświeci.

Myszenko westchnął. Odwrócił się do monitora, zamknął oczy, pochylił podbródek, wziął do ręki pudełko zawieszone na metalowym łańcuchu sprzężonym z całym tym tałatajstwem.

– Niech się dzieje…

Zatrząsł mocno pudełkiem, które wesoło zagrzechotało.

Wszyscy spojrzeli z nabożeństwem na monitor.

„PO PTOKACH” – brzmiał napis kilkumetrowymi literami.

„No to już po nas…” – Dołatiw pomyślał, ale broń Boże nie powiedział.

Tirow i Abusajko wpadli do sali.

– Trzysta!

– Trzysta czego, czerepy?!

– Pojemników z odpadami! On, on… on nie biega, on krąży jak jakaś pomylona pszczoła, prawie go nie widać, jak przemyka! Nie dało się go dotknąć, taki gorący. Trzeba by go zestrzelić, ale jak – w hali reaktora, pełnej tych cholernych beczek?!

– Biegnijcie po węże z wodą i zmyjcie go ciśnieniem.

Jak wbiegli, tak wybiegli, potykając się o siebie.

– Musiejewicz, wyłącz te migające czerwone duże, na te pomarańczowe rzuć fartuch, zielone zignoruj, i tak nic nie dadzą.

– Szefie, mamy udawać, że nie ma wszystkich megakrytycznych kontrolek, które nas uprzedzają przed katastrofą?

– Jakich kontrolek? – Dołatiw zasłonił panel własną osobą i kołysał się na prawo i lewo, żeby zasłonić wszystko migające.

– Szefie, nie damy rady! – Myszenko przytulił pudełko do mokrego policzka, a potem zaczął się nim stukać w czoło. – Nie damy rady!

Dołatiw wypuścił powietrze, jego ramiona opadły. Ze stoickim spokojem sięgnął do kieszeni i zapalił papierosa.

– No właśnie, nie dacie rady. Ja tylko przyglądam się waszej klęsce i niekompetencji. Myszenko, przestań się mazać!

– Zmyty! – krzyknął Abusajko, lądując na brzuchu za drzwiami.

– Poleciał! – zawtórował mu Tirow, wjeżdżając siłą rozpędu.

– Gdzie poleciał? – Monobrew Dołatiwa dotknęła czubka nosa.

– Przez jedną szparę, co się zrobiła, jak słup wyskoczył z reaktora. Buganow poleciał w dół, słup też i aż chlusnęło. Raczej po nim.

– Co z beczkami?

– Jedna wturlała się zaraz za nim i zaraz przed słupem, idealnie się wpasowała w otwór, skubana.

To był moment, w którym świerszcze zapomniały, jak grać.

– Wszyscy usiedli. Dołatiw oparł się o konsoletę i długim, starannie wyreżyserowanym i idealnie wkomponowanym w tę scenę wzrokiem sięgnął w końcu monitora. Z napisu pozostało „PO”.

*

Aleksiejka obudziła się cała czerwona, serce chciało w połowie wyskoczyć jej z piersi, a w połowie jakby zamarło i zapadło się do środka. Objęła dłońmi głowę i zaczęła krzyczeć, jakby ją skórowali żywcem. Mózg się palił i promieniował we wszystkie strony, co najgorsze – najsilniej do wewnątrz.

*

– Pani Pabjanowo, to nie jest prawdziwa choroba.

– A co, doktorze Łodwita?

– Nazywają to schizofrenią radioaktywną, ale to mit. Promieniowanie nie powoduje chorób psychicznych.

– Dlaczego więc tak to nazywają?

Doktor Łodwita wzruszył ramionami ledwo widocznie.

– Dziś każdy chciałby uchodzić za męczennika albo za bohatera wojennego; prawda jest taka, że niebo jest wszędzie różowe i pomarańczowe, może to dziwne kolory, ale nosi pani przecież pancerne okulary. No właśnie, nosi pani! I córka też! To chroni nas przed promieniowaniem, tak jak te folie w oknach. Tu machnął na okno, jakby odganiał muchę. To wszystko nas chroni. Pani jest zdrowa, ja jestem zdrowy, a córka jest chora. Nie trzeba było terapeuty, nagrzebali państwo w traumach, wywrócili podświadomość na drugą stronę i takie są tego skutki. Pod, widzi pani, pod…. Jeśli coś ma ten przedrostek, powinno zostać tam, gdzie jego miejsce. – Dokończył pisać receptę zamaszystym ruchem. – Przepisuję ksenon, dawki bez znaczenia, tylko niech bierze na czczo, po porządnym szorowaniu zębów.

– A świadomość, panie doktorze? – zapytała nieśmiało kobieta, ocierając chusteczką łzę.

– Świadomość, towarzyszko… to wróg publiczny, którego ludzie o zdrowych zmysłach sobie nawet nie życzą.

 

 

The post Implozja appeared first on Pro Libris.

]]>
Tylko gumolit może nas ocalić https://prolibris.net.pl/tylko-gumolit-moze-nas-ocalic/ Fri, 12 Jun 2026 12:44:38 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17331 Łukasz Migura

The post Tylko gumolit może nas ocalić appeared first on Pro Libris.

]]>

Łukasz Migura

Tylko gumolit może nas ocalić

 

Zapach tartanu, rozgrzanego przez prażące letnie słońce, kojarzy się Michałowi przede wszystkim ze strachem. Michał boi się bowiem chadzać na szkolne boisko, w całości pokryte bordowo-zielonym poliuretanowym tworzywem. To właśnie tam bije go Darek, starszy kolega z klasy.

Dzieje się to na ogół po lekcjach. Kiedy rozbrzmiewa ostatni dzwonek, Dariusz zwyczajowo łapie Michała za koszulkę i ciąga brukowanym chodnikiem na bieżnię, w najdalszy kąt boiska, z dala od wzroku nauczycieli. Wtedy wokół tłoczą się pozostali uczniowie – czasem również uczennice – a Misiu, bo tak wołają Darka w klasie, przewraca Michała na ziemię. Na ogół podstawia mu nogę albo rzuca nim o grunt, potem obraca na brzuch i wbija kolano między jego łopatki. Michał natomiast, paraliżowany strachem i jasna sprawa przez wątłość swych mięśni, nie oponuje. Raz czy dwa próbował się wyswobodzić, ale po jeszcze większych bęckach dotarło do niego, że nie ma sensu się bronić, że to nic nie da. Lepiej pozwolić starszemu koledze zrobić, co musi. Szoruje więc swym tłustym policzkiem po malutkich pokruszonych drobinkach uszkodzonej nawierzchni. Jest niczym szmaciana kukiełka, która wala się po podłodze. Sunie tak po ziemi, aż skóra jego napuchniętej twarzy nabrzmiewa, a pod nią pojawia się krew.

Koledzy z klasy z jakiegoś powodu, nieznanego Michałowi, kibicują Darkowi, zachęcają, by nie przestawał. Jakby nie lubili Michała, a przecież w ciągu dnia nikt nie przejawia wobec niego niechęci. Spotyka się raczej z niemym unikaniem, w którym nie dostrzega wrogości. Może więc chodzi o strach? Może oni także boją się Darka i dla własnego bezpieczeństwa wybierają stronę silniejszego? Michał ma jednak do nich pretensje, że nikt nigdy nie staje w jego obronie. Czuje się porzucony.

Tak wyglądają niemal wszystkie popołudnia Michała. Czasem udaje mu się uciec ze szkoły. Czmycha tylnym wyjściem, przemyka przez uchyloną furtkę, którą z jakiegoś powodu tam zamontowano, i gna w kierunku domu. Dalsza droga wiedzie pomiędzy płotem okalającym budynek szkoły a dużą górką, którą budowlańcy pozostawili chyba specjalnie, żeby dzieciaki z okolicy zimą mogły zjeżdżać na sankach. A może nie chciało im się jej uprzątnąć? Mimo wszystko jest to dobra droga. Daleka od boiska, skryta pomiędzy krzakami i chwastami, sięgającymi ponad głowę przeciętnego nastolatka.

Udręka Michała trwa przez całe gimnazjum. Ulga przychodzi w wakacje, bo w lipcu i sierpniu nie trafia na Darka. To pozwala mu odetchnąć. W czerwcu, kiedy kończy wreszcie drugą klasę, odbiera świadectwo i nerwowo oglądając się za siebie, wraca do domu. Nie jest prymusem, ale nie bywa też najgorszy, a już na pewno uczy się o wiele lepiej od swojego oprawcy. Być może to jeden z powodów, dlaczego Darek się na niego uwziął.

Michał z niemałym trudem gramoli się na ostatnie piętro bloku, w którym mieszka z matką i ojcem alkoholikiem. W sieni jest chłodno. Da się odsapnąć, jeśli komuś nie przeszkadza dym papierosowy. Sąsiedzi lubią przecież wyjść do okna na klatce i zapalić.

Michał zdyszany stawia nogę za nogą po schodach pnących się chyba ku samemu niebu. Idzie wolno, bo po pierwsze, nie potrafi iść szybciej, po drugie, chce się ochłodzić, a po trzecie, z jakiegoś powodu obawia się wejść do mieszkania. Każdy powrót odwleka w czasie. Nie rozumie tego poczucia, przecież jego rodzice nie zwracają uwagi na jego oceny. Nigdy nie pytają Michała, co u niego. A kiedy już zdarza się, że matka zagaduje go o dzień w szkole, zwyczajowo odpowiada, że wszystko dobrze i zamyka się w pokoju. Siada przy biurku, na którym stoi duży, stary monitor. Ojciec kiedyś wyprowadził go z magazynu i dał synowi w prezencie. Mirek włącza więc komputer i zatraca się w cyfrowym świecie.

W wakacje ogrywa Baldurana albo innego RPG-a. Może sobie na to pozwolić, ma sporo czasu. Nie musi przecież wstawać wcześnie rano. Przy komputerze spędza większość dnia i część nocy. Z mieszkania znika na kilka godzin, głównie popołudniami, na czas, kiedy do domu dotacza się jego ojciec, często zalany w trupa; z pretensją przekracza próg, potem zalega na łóżku w małym pokoju i albo śpiewa, albo chrapie, a matka zamyka drzwi, twierdząc, że tata jest zmęczony po dniówce, co rzecz jasna jest ściemą, ale Michał udaje, że gra w tę ich zabawną gierkę.

– Dokąd idziesz? – pyta matka czasem, ale raczej dla pozoru niż z faktycznej ciekawości czy troski. Tak przynajmniej wydaje się Michałowi.

– Na dwór – odpowiada wtedy sucho, ale szczerze. Nie wie przecież, gdzie go poniesie.

I tak mija mu lipiec. Ciepły, przeplatany burzami, raczej samotny, bo po podwórku włóczy się sam. Zdarza się, że spotyka jakichś kolegów, ale oni na ogół zdają się albo zajęci swoimi sprawami, albo jawnie go unikają. Raz proponują Michałowi grę w podchody. Michał ma ich szukać, ale oni chytrze i złośliwie biegną do swoich domów i zerkają przez okna. Są ciekawi, kiedy Michał się podda. On zaczyna wtedy rozumieć, jaki mają do niego stosunek. I co musi zrobić. Odcina się więc od ludzi. Jeszcze więcej czasu spędza przed ekranem. Tyle że ostatniego dnia lipca spotyka Artura, na którego wszyscy wołają Arczi. Chodzi z nim do klasy właściwie od zawsze. Dawniej, jeszcze w przedszkolu i potem w podstawówce byli dobrymi kumplami, lecz kiedy Artur zaczął słuchać rapu i udawać murzyna – chadza w za dużych spodniach ze spuszczonymi szelkami i zaplótł sobie warkoczyki à la Snoop Dogg – Michał postanowił zerwać znajomość. Ta decyzja kosztuje go ostatniego znajomego i od tamtej chwili z Arczim wymienia się już tylko grami i niezobowiązującym „siema”.

Tym razem Arczi człapie w podrobionych Conversach przez osiedle z boomboksem na ramieniu. Buja się przy tym, jak czarnoskóry na Bronksie. „Naoglądał się pewnie teledysków na MTV”, myśli Michał. Obserwuje, jak jego kolega w towarzystwie dwóch innych nieznanych mu chłopaków zmierza w kierunku szkolnego boiska. Patrzy na nich z oddali, być może z nutką zazdrości. Dla nich musi sprawiać wrażenie opóźnionego w rozwoju, przyglądającego się tępo scenie, której nie rozumie.

– Kto to? – pyta Arcziego jeden z chłopaków szczerze zaciekawiony.

– Ziom z klasy – bąka pod nosem Arczi beznamiętnie.

Michał czuje się jak komar, którego się odgania. Ale tamten chłopak nie daje za wygraną.

– Chcesz iść z nami? – pyta, a potem, jasna sprawa, odwraca się ku Arcziemu i rechocze szyderczo.

Michałowi nie podoba się ten śmiech, doszukuje się w nim podstępu. Ale z braku laku rusza za nimi. Trzyma się z tyłu, gotów do ucieczki. Trwa w napięciu, to pozwala mu unikać kłopotów, o których powielekroć opowiadała mu matka.

– Drzazga. – Kumpel Arcziego zwalnia i się przedstawia.

Michał przybija mu żółwika. Potem obija dłoń chłopaka z góry i z dołu, by zakończyć powitanie objęciem i poklepaniem się po plecach.

– Tuja – odzywa się drugi z chłopaków.

Wtedy Michał parska śmiechem.

– Tuja i Drzazga? – Wyszczerza zęby.

– Tujewicz i Drzazgowski – wyjaśnia Arczi. A potem raz jeszcze wszystkich pospiesza.

Ale Tujewiczowi trudno iść. Dźwiga na ramieniu kawałek gumolitu, który podskakuje przy każdym kroku. Drzazga oprócz plecaka niesie jakąś torbę wyładowaną ubraniami. A Arczi dalej człapie przed nimi z radiem na ramieniu.

Kiedy docierają na boisko, Tujewicz rozkłada okładzinę, Artur stawia obok tanie radio z otworem na kasety, a Drzazga wyjmuje z torby czapki. Michał staje z boku i patrzy na nich jak na dziwaków.

– Po co wam te czapki? Jest w chuj ciepło.

Tuja zaśmiewa się pod nosem. Pokazuje Michałowi materiał naszyty na górną część, a kiedy Michał wzrusza ramionami nierozumiejąco, Drzazga poleca Arcziemu zapodać bit. Chwilę się rozgrzewa, wykonuje kilka kroków, nakłada czapkę na dłoń, materiałem w kierunku gumolitu i zaczyna kręcić się na jednej ręce, czym wprawia Michała w osłupienie.

– To breakdance?

– Się wie. – Arczi szykuje się na swoją kolej. Najpierw strzela palcami, potem rozciąga ramiona. Na koniec jeszcze rozgrzewa kark.

Cała trójka naprzemiennie wchodzi na kawałek gumolitu, na którym kręcą się na głowach. Czasem ktoś z boku robi falę albo stojąc wyłącznie na rękach, kręci nogami w powietrzu, przywodząc na myśl helikopter. Arczi lubi też udawać robota, choć Michałowi wydaje się to głupie. Być może dlatego, że jego kolega robi to dość nieporadnie.

– Spróbujesz? – w pewnym momencie Drzazga zagaduje Michała.

Michał odmawia. Być może tchórzy, a może nie czuje się gotowy. Ale podoba mu się wizja spędzenia reszty wakacji w ten sposób. Wreszcie może się w coś wkręcić, dokądś uciec. Dlatego kiedy tylko może, pojawia się na tartanie i obserwuje kroki pozostałej trójki, próbując się czegoś nauczyć. Czasem dociera na boisko jako pierwszy. W takiej sytuacji rozgląda się nerwowo. Upewnia się, że w pobliżu nie ma Darka. Ale ten wysoki chłopak z głupim wyrazem twarzy, widać jego brak intelektu zaczął wylewać się również na zewnątrz, jakoś nie kwapi się, by postawić nogę na boisku poza rokiem szkolnym.

Na tydzień przed końcem wakacji Arczi daje znać Michałowi, że Drzazga i Tuja planują zorganizować ognisko. Dla Michała jest to dość osobliwa sytuacja, bo dotychczas nikt nie proponował mu wspólnego spędzania czasu. Zgadza się więc, choć trudno mu pozbyć się podejrzeń. W umówionym miejscu stawia się wcześnie. Być może zbyt wcześnie, bo na resztę chłopaków czeka godzinę. Boi się w duchu, że kiełbasa w jego plecaku się popsuje. Ale nie potrafi inaczej. Woli wyjść z domu, zanim ojciec zdąży wrócić. A skoro ani Drzazgi, ani Tujewicza czy Arcziego jeszcze nie ma, zakłada, że w ich rodzinach bywa normalniej. Nie ma do nich pretensji, choć czuje się głupio, stercząc pośród pustego parkingu w piekącym słońcu.

Po godzinie przybija piątki ze wszystkimi i docieka, gdzie mają prowiant.

– Jaki prowiant, ziomuś? – Drzazga pyta Michała z oburzeniem.

– No, Arczi mówił, że będziemy robić ognisko. – Michał ma wrażenie, że jego policzki zaczynają się czerwienić.

Wtedy Tuja zaśmiewa się w głos i kiwa głową z uznaniem.

– Ano będziemy – dodaje Arczi równie rozbawiony. – Tomek rozjebał drzwi w bloku i chcieliśmy je zjarać.

Michał patrzy na Artura z szeroko otwartymi ustami. Potem do niego dociera, że usłyszał imię, którego jeszcze nie zna.

– Tomek?

– To jest, kurwa, Tomek. – Arczi pokazuje na Drzazgę.

Drzazga i Tuja śmieją się jak głupi do sera, jak upaleni. Co zresztą często sugerują, choć Michał zakłada, że to czcze przechwałki. Nie zna nikogo, kto paliłby skręty. I jest mu dość przykro, że z ogniska nici. Lubi jeść, zresztą jego postura świetnie to podkreśla. Brzuch ma tak duży, że ledwo widzi własne stopy.

– To co, idziesz? – Arczi pyta Michała, kiedy pozostali znikają za drzwiami klatki schodowej pobliskiego bloku.

Michał waha się dłuższą chwilę. Wreszcie dość niepewnie zachodzi na parter. Tam czeka przez moment, a kiedy słyszy krzyki z góry, pretensje jakiejś kobiety, która wyszła na klatkę i zaczęła wzywać policję, szybko ucieka. Spędza wieczór przy ekranie, zajadając strach bułką z kiełbasą, tą, którą chciał upiec nad ogniem. Dzień później dociera do niego plotka o zatrzymaniu kogoś w związku z pożarem w jednym z bloków. Ale nie daje jej wiary. Dopiero w szkole dowiaduje się od Arcziego, że złapali Drzazgę. Ponoć grozi mu kilka miesięcy odsiadki. Cała ta sytuacja sprawia, że Michał traci zapał do kolejnych spotkań z Arturem i jego ziomkami. Ale ostatecznie Drzazga wychodzi, rzekomo przez niską szkodliwość czynu. Spotykają się więc z nim na boisku w pierwszym tygodniu września. Jak zwykle Tomek przynosi czapki, Tuja gumolit, a Arczi targa ze sobą tego absurdalnego boomboksa i puszcza głośno Freestylera, do którego próbują układać choreografię pod jakiś konkurs. Kiedy opadają z sił, siadają na kawałku tartanu i Artur wyjmuje paczuszkę. Małe zawiniątko, w którym Michał dostrzega foliowy woreczek.

– Co to? – pyta z obawą. Wie, co się kroi. Czuje to pod skórą.

Arczi uśmiecha się szelmowsko.

– A jak myślisz? – odpowiada rozbawiony i zaczyna zawijać susz w bletki.

Potem skręca i przypala. Podaje jointa Wierzbie. Ten bierze zbyt dużego bucha, za co Drzazga go karci.

– Dawaj to, bo nie starczy dla wszystkich. – Tomek zaciąga się, aż dym wychodzi mu nosem. – Chcesz? – Spogląda na Michała, odrobinę się krztusząc. Widać, że mimo wszystko nie jest jeszcze tak doświadczony.

Michał wygląda na przerażonego. Próbuje wyłgać się jakimiś obowiązkami i szybko ucieka z boiska. Zaczyna rozumieć, w jakie towarzystwo się wkręcił. Uznaje za dobry pomysł, by wypytać Arcziego o wszystko następnego dnia, w szkole. Osacza go zaraz przy wejściu i zasypuje gradem dociekań.

– Pogrzało cię? Chcesz o tym nawijać tutaj? – Arczi warczy na Michała. Ciągnie go gdzieś w głąb pustego, szkolnego korytarza. Odzywa się dopiero po chwili, kiedy już się uspokoił. Jego głos przybiera bardziej normalny ton. – Drzazga wychował się w bidulu. Teraz mieszka z babką. I musi jakoś dorobić, więc czasem coś sprzedamy ziomalom na dzielnicy.

– A Tuja? Jego rodzice nic nie wiedzą?

Arczi wzrusza ramionami.

– Mają to w dupie. Ojciec Tujewicza ponoć siedział. Teraz wrócił do domu, ale ciągle go nie ma. Wierzba twierdzi, że puszcza się z jakąś kurwą z osiedla.

Michał kiwa głową ze zrozumieniem.

– A twoi? Nie plują się?

– Matka gówno wie. A starego nie mam.

Na te słowa Michał się dziwi. Widział przecież, jak mama Artura chodzi po osiedlu za rękę z jakimś gachem.

– To nie mój stary – Arczi stwierdza beznamiętnie, jakby już oswoił się z myślą o tym, że ma nowego rodzica. – Matka się z nim ochajtała, jak mój biologiczny gdzieś spierdolił.

Michał robi minę, jakby było mu przykro. Ale nie wygląda przekonująco.

– Jebać to – Arczi dodaje zaraz i chce odejść. Ale Michał go zatrzymuje, łapie za rękę.

– Tak w ogóle, to skąd to masz?

– Nie interesuj się – Arczi znów zaczyna burczeć. Widać drażnią go pytania o narkotyki. Wyrywa dłoń. Zostawia Michała samego w korytarzu. Zamyślonego, odrobinę zatroskanego.

Michał uznaje jednak, że tak tego nie zostawi. Że będzie śledził Artura. Czasem budzi się w nim swoisty mesjanizm, jakieś chore poczucie misji. I w tym przypadku jest podobnie. Chce wiedzieć, skąd jego kolega bierze towar. I być może donieść o tym jego matce. Rzecz jasna dla jego, Arcziego, dobra.

*

Teren szkoły graniczy z polem Rybarczyka. Dawniej rosło tam zboże, ale teraz ponoć nie opłaca się już czegokolwiek siać, więc Rybarczyk ogrodził teren i szuka frajera, który zapłaci najwięcej. Część pola sprzedał miastu, pod szkołę. Resztę zostawił sobie na potem, widać wierzy, że ktoś wreszcie kupi ziemię i zbuduje nowe osiedle. Albo sklep. Pole zarasta więc trawą, a teren wokół porastają krzaki i drzewa. W tamtym też kierunku idzie Arczi, zaraz po lekcjach. Zarzuca niemal pusty plecak na ramię i zmywa się z budy, nerwowo oglądając się za siebie, jakby bał się, że ktoś może go śledzić.

Michał czeka na odpowiedni moment, nie chce dać się przyłapać. Upewniwszy się, że Artur już wyszedł i jest odpowiednio daleko, staje w drzwiach i zagląda z ukosa na miejsce, w którym teraz kręci się jego dawny kumpel. Nim na dobre wyjdzie ze szkoły, ktoś łapie go za ramię. To Misiek staje ponad nim i szczerzy zęby. Kieł w jego ustach sczerniał. Psuje się, pewnie próchnica zaraz przejdzie na kolejne zęby. Ale jego matka nie ma pieniędzy na dentystę. Dlatego Darek zapewne zaraz będzie rzucał się z pięściami na dzieci, które noszą aparat na zębach, myśli sobie Michał i uśmiecha się pod nosem, czym jeszcze bardziej denerwuje Miśka.

– Chodź! – Osiłek chwyta Michała za ubranie i chce pociągnąć na boisko. – Zobaczymy, czego się nauczyłeś przez wakacje.

Ale Michał nie ma zamiaru godzić się na takie traktowanie. Odpycha od siebie Darka, bodaj po raz pierwszy w życiu. Darek jednak stoi tam, gdzie stał. Michał wciąż nie ma na tyle siły, by go ruszyć.

– Pieprz się. Mam ważniejsze rzeczy do roboty.

To rzecz jasna nie podoba się Miśkowi. Zbliża się do Michała i unosi zaciśniętą pięść, ale w tym momencie zatrzymuje go nauczycielka. Każe mu iść do dyrektorki. Spogląda jeszcze na Michała, który przed momentem skulił się jak psiak przywiązany do płotu, czekający na pana, który zaszedł do sklepu po wino. Ale Michał wybiegł ze szkoły. Zdaje sobie sprawę, że mu się oberwie, tyle że teraz się tym nie martwi. Ma ważniejsze rzeczy do roboty.

Arczi kręci się obok krzaków, których pełno przy piaszczystej drodze, ciągnącej się na kilometr pomiędzy polem a szkolnym płotem. Sprawia wrażenie podenerwowanego. Rozgląda się, zerka na ekran telefonu. Po kilku minutach z głównej drogi na tę poboczną, nieutwardzoną ścieżkę wjeżdża czerwone Mitsubishi z przyciemnionymi szybami. Okno od strony kierowcy zjeżdża w dół. Michał nie widzi dobrze, co dzieje się w samochodzie. Ale kiedy kierowca wyskakuje z auta i zakuwa Artura w kajdanki, kilkaset metrów dalej Drzazga ucieka w popłochu. W tej też chwili, kiedy tajniacy pakują Artura do wozu i wiozą na komendę, Michał zdaje sobie sprawę, że to dla niego koniec przygody z breakdancem. Że traci kolejne miejsce, w które mógł uciekać z pustego domu – miejsca, które miało być jego twierdzą, a stało się pustynią.

The post Tylko gumolit może nas ocalić appeared first on Pro Libris.

]]>
Opowiastki https://prolibris.net.pl/opowiastki/ Fri, 12 Jun 2026 12:15:43 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17311 Tatiana Borda

The post Opowiastki appeared first on Pro Libris.

]]>

Tatiana Borda

Opowiastki

 
Artysta

Artysta nie tworzy dlatego, że tak wypada, że ma ochotę, że dostał zamówienie… Artysta tworzy, bo musi! Musi, bo nie wytrzyma, oszaleje, rozszarpie go ta siła, to przesłanie rosnące z arytmetyczną precyzją, namnażające się jak komórki, które się dzielą, rozrastają, tworząc nowe życie, nowy kształt, nowy byt, zmuszając go, by wstał w ciemności z ledwie co nagrzanego łóżka, aby zapisać, naszkicować, wypróbować… Przesłanie nieakceptujące zwłoki. Sygnały z wnętrza, z uniwersum, z jedynego centrum istnienia, jego istnienia. Wchłania wszystko jak gąbka. Wszystko, co jest piękne, czyste, wzniosłe, ale jeszcze bardziej to, co brudne, brzydkie, nieszlachetne. Zbiera obrazy, uczucia, ból, cierpienie, żre to wszystko, zapycha tym usta, kieszenie, kieszonki, plecak, walizki, reklamówki. Zbiera, żre, wchłania, zbiera, pochłania, zapija winem, wódką, żalem. Przeżuwa, przerabia, trawi, rzuca to wszystko na płótno, na papier, uderza w struny, klawisze, beka do trąbki, wymiotuje literami, słowami, zdaniami, notami, akordami. W skurczach wije się na ziemi, skręca ciało w szalonym tańcu do rytmu dźwięku, który bębni mu w głowie. On musi zbierać, wchłaniać, przeżuwać, trawić, rzygać. Musi czyścić, przetwarzać, przekształcać, tworzyć, zbawiać świat na nowo, codzienne, bo w przeciwnym razie wszystko zapadłoby się w sobie, do czarnej dziury tandety i zapomnienia, na zawsze…

Batonik

Stoi obramowany futryną drzwi, czekając na następnego klienta. Nieoczekiwanie młody, ubrany w dżinsy i obcisłą czarną koszulkę, skanuje mnie od stóp do głowy. Rejestruje sposób, w jaki się poruszam, jak jestem ubrana, ton głosu, jakim się witam. Zna się na ludziach. Już mnie oszacował. Zaszufladkował do kategorii, podkategorii, do działu. Jego pytanie i moja odpowiedź, dlaczego tu jestem, są tylko formalnością. Siada za biurkiem i odpisuje moje dane ze świstka, który mu wręczyłam. Stoję przed biurkiem i czekam. Czekam, co mi powie. Czekam na informację, co mam zrobić. Czy usiąść na krzesło przed biurkiem, czy tylko stać i czekać, aż skończy pisać na swoim „chic” laptopie. Stoję, czekam i obserwuję.

Na oparciu krzesła ma zawieszoną skórzaną kurtkę, włosy spięte w kitkę, a nad uszami bardzo krótko przycięte. Widać, że chodzi na siłownię, ale nie jest bodybuilderem. Na ręce ma bransoletki. Próbuję do niego dotrzeć, nawiązać kontakt, chociaż wzrokowy, ale daremnie. Patrzy skoncentrowany na ekran swojego „chic” laptopa i nie obdarzy mnie swoim spojrzeniem.

Na pustym biurku oprócz laptopa leży także batonik. Zwykły batonik. Pytam, czy lubi batoniki. Zdziwiony pytaniem odrywa oczy od ekranu, mówi „tak” i dalej pisze. Stoję, czekam, obserwuję. Przeszklona ściana za nim jest zakryta beżowymi lamelami. Na ścianie po lewej, przy której stoi kozetka i urządzenie do diagnostyki, jest naklejona cyfrowa fototapeta tańczącej kobiety bez skóry, „ubranej” tylko w muskulaturę… Za chwilę będę leżeć na leżance pod fototapetą, młody mężczyzna wyciśnie mi na brzuch trochę żelu i pojeździ po nim digitalowym czytnikiem, patrząc znów na ekran komputera. Po krótkiej chwili dostanę listek papieru, aby zetrzeć żel z brzucha i znów będę stać i czekać przed biurkiem, za którym on będzie siedzieć i pisać. Po intymnym odkryciu swojego brzucha daję sobie prawo, by usiąść na krześle i czekać na siedząco. Na biurku leży batonik. Jestem głodna. Jest późne popołudnie, a ja dzisiaj jeszcze nic nie jadłam. Czuję, jak zbiera mi się ślina.

Siedzę, obserwuję i próbuję nie myśleć o bolącym, pustym żołądku, o batoniku. Młody człowiek przestał pisać, a na moje pytanie o wynik badania odpowiada, że wszystko jest napisane, pani na recepcji mi to wydrukuje i poda następny termin za pół roku. Dodaje jeszcze, że płacę u niego. Wyciągam z portmonetki odliczone kolorowe papierki i kładę je na biurku, między „chic” laptop i batonik. Wychodząc, mam uczucie, jakbym miała w brzuch wbity rozżarzony nóż.

Bójka

Biją się. Tuż pod moimi oknami. Ich rozjuszone sylaby, stękanie, sapanie mieszają się z warczeniem silników samochodów. Dwie grupy młodych mężczyzn trzymają dwóch narwanych byków, rozwścieczonych, aż po brzegi wypełnionych adrenaliną. Gruby się wyrywa, potyka o własne nogi, dresowe spodnie zjeżdżają mu z tyłka i obnażają rowek. Kumple łapią go, on się wyrywa, a teraz tęgi brzuch wyskakuje mu ze spodni. Schyla się do ziemi i podnosi kamień. Silniki samochodów mruczą. Przeciwnik grubego, długi z czarnymi włosami, wyglądającymi jak niechlujnie zrobione gniazdo ptaka, coś gada i próbuje się wyrwać z jarzma kolegów. Jeden odważny staje między nimi i otwiera ramiona jak Jezus na krzyżu. Obok przejeżdża samochód i staje opodal. Prawdziwa bójka to coś lepszego niż film w telewizji. Szkoda przegapić okazję… Odchodzę od okna. Nie chcę patrzeć na ich kipiący testosteronem, gotujący się adrenaliną taniec. Nie lubię azjatyckich walk kogutów ani hiszpańskiego wylewania krwi na arenach. Nie znoszę boksu, wojen, zabijania, braku komunikacji i dyplomacji. Odchodzę. A wy młóćcie się, rzucajcie w siebie kamieniami i przekleństwami. Gotujcie się, niech wam adrenalina wyparuje, a testosteron niech wysypuje się wam z jąder. Bo nic się nie zmieniło od czasu, gdy wyrywaliście muchom skrzydła, podpalaliście kotom ogony, szarpaliście dziewczyny za włosy i biliście młodszych i słabszych…

Ci, którzy zostali

Ci, którzy zostali, spotykają się dalej na ulicach, w korytarzach, w kawiarniach… Siedzą tam na swoich ulubionych miejscach i piją jak zawsze, od lat, swoje espresso, cappuccino czy tylko zwyczajną kawę. Do tego sączą – jak od lat – ten sam aperitif czy wino. Tym, którzy zostali, przemijają dni, miesiące, lata, tak jak zawsze. Czasami wydarzy się coś nadzwyczajnego, co zaburzy wyuczony, sprawdzony porządek, ale za chwilę wszystko wraca do normy i znów przesiadują w kawiarenkach przy swojej „jak zawsze” kawie. Ci, co odeszli, zostawiają za sobą pustkę, dziury w przestrzeni, puste krzesła przy stoliku w kawiarni, w popielniczkach niedopalone, na szybko zgaszone pety, na obiciach krzeseł wysiedziane dołki, w butelkach na barze niewypite kieliszki ulubionego trunku… Są obecni w rozmowach, wspomnieniach, w anegdotach, które się z czasem ulatniają jak dym z papierosów tych, którzy o nich mówią. Z biegiem czasu rozmów jest mniej i na krześle przy stoliku zadomowił się ktoś inny. Wspomnienia straciły kolory, zapachy, napięcie. Już nie nakręcają tych, co zostali. Zastąpiły je fikcje, nowe opowiadania posklejane ze strzępów starych wspomnień, pokolorowane, okraszone wyobraźnią i fantazją tych, co zostali. Nowe anegdoty zapalają iskry w oczach, wibrują nad stolikiem w kłębach dymu z papierosów i wypełniają gapiącą się pustkę w przestrzeni, którą zostawili po sobie „Odeszli”. Ci, co zostali, kręcą swoje kółka na ulicach, w korytarzach, w kawiarniach, piją kawę w swojej bezpiecznej codzienności, czekają, aż znów ktoś odejdzie…

 

 

The post Opowiastki appeared first on Pro Libris.

]]>
Nad rzeką, gdzie śpiewają dwa języki https://prolibris.net.pl/nad-rzeka-gdzie-spiewaja-dwa-jezyki/ Fri, 12 Jun 2026 11:51:22 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17289 Andżelika Aleksandra Pasik

The post Nad rzeką, gdzie śpiewają dwa języki appeared first on Pro Libris.

]]>

Andżelika Aleksandra Pasik

Nad rzeką, gdzie śpiewają dwa języki

 

Wróciłam tam latem, kiedy lipy kwitły, a powietrze było gęste od zapachu trawy i czegoś jeszcze – czegoś, co pachniało dzieciństwem, kurzem polnych dróg i śmiechem, który dawno już zamilkł.

Wieś wyglądała prawie tak samo, jak ją zapamiętałam. Tylko ludzi było mniej. Okna zamknięte na głucho, furtki zardzewiałe, ścieżki zarosłe pokrzywą. A jednak, kiedy wysiadłam z autobusu na końcu drogi, coś we mnie drgnęło. Jakby pod skórą obudziło się to dawne dziecko, które biegało boso po rozgrzanym piachu, kradło porzeczki z ogrodu sąsiadki i zasypiało przy dźwięku dwóch języków, mieszających się pod oknem.

Przyjechałam, bo trzeba było posprzątać po babci. Zmarła zimą, kiedy śnieg odciął wieś od świata na trzy tygodnie. Sąsiadka zadzwoniła: „Pani Olu, matka chrzestna umarła, nikt nie ma kluczy”. Niby nie było mnie tu od lat, a jednak dla nich wciąż byłam „panią Olą”.

Dom stał na skraju wsi, niedaleko rzeki. Niski, drewniany, z niebieskimi okiennicami, które kiedyś babcia sama malowała. Pamiętałam ten dom lepiej niż własne mieszkanie w mieście. Pachniał suszonymi ziołami, kredensem z kubkami nie do pary i ciepłem, które nie miało nic wspólnego z temperaturą.

Kiedy weszłam do środka, uderzyła mnie cisza. Nie taka zwykła, tylko ta, która zostaje po kimś, kto przez całe życie wypełniał przestrzeń swoim śmiechem, śpiewem i opowieściami. Na kuchennym stole stał jeszcze wazon z suchymi gałązkami kaliny.

Tego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. Słuchałam, jak za oknem szumią drzewa, a rzeka niesie swoją pieśń. Ta pieśń była zawsze – w dzieciństwie mieszała się z głosami sąsiadów: „Dobranoc!” zawołane po polsku, „Na dobranicz!” po ukraińsku, czasem jeszcze inne słowa, których znaczenia nie znałam, ale które pachniały chlebem i latem.

Następnego dnia zaczęłam porządkować dom. W szufladach znalazłam mnóstwo papierów, zeszytów, kartek z przepisami, ale dopiero w drewnianej skrzyni na strychu odkryłam coś, co zatrzymało mnie na dłużej. Pudełko przewiązane lnianym sznurkiem. W środku – listy. Stare, pożółkłe, niektóre prawie nieczytelne. Część po polsku, część w języku, którego nie znałam dobrze, ale rozpoznawałam znajome słowa. Na kopercie jedno imię powtarzało się najczęściej: Nastia.

Pamiętałam to imię. Babcia mówiła o niej czasem, cicho, jakby to było zakazane wspomnienie. Że była jej przyjaciółką z dzieciństwa. Że mieszkała za rzeką. Że musiała wyjechać.

Usiadłam na podłodze, list w dłoniach, a za oknem znów szumiała rzeka, która pamiętała więcej niż ja.

Kiedy pierwszy raz rozwiązałam lniany sznurek, papier zaskrzypiał, jakby listy nie chciały już być czytane. Najstarszy z nich był datowany na 1945 rok. Pismo równe, staranne, z lekkim pochyleniem. Po polsku, ale nie do końca poprawnie. Na dole podpis: Nastia M.

„Aniu, piszę do Ciebie, choć nie wiem, czy ten list dojdzie. Mówią, że musimy odejść. Że ta ziemia już nie dla nas. Mama płacze, ja nie rozumiem. Przecież tu są nasze jabłonie, nasza rzeka. Pamiętaj o mnie. Pamiętaj naszą pieśń”.

Czytałam te słowa, a w głowie zaczęły powracać obrazy, o których nie wiedziałam, że je pamiętam. Letnie popołudnia, kiedy dwie dziewczynki – jedna z jasnymi warkoczami, druga z ciemnymi oczami – biegały po łąkach i śmiały się tak samo, choć mówiły różnie. Kiedy babcia mówiła o „Nastii”, zawsze dodawała: „To była moja siostra, choć nie z jednej krwi”.

Z listów wyłaniała się historia, której nigdy mi nie opowiedziała. Nastia była córką sąsiadów zza rzeki. Po wojnie ich dom został spalony, a rodzinę przesiedlono „tam, gdzie ich miejsce”, jak mówili ludzie, którzy przyjechali tu z mapami i pieczątkami. Babcia została. Nastia musiała odejść.

Kiedy schodziłam ze strychu, trzymałam listy w dłoniach jak coś kruchego, co mogło rozsypać się w pył. W kuchni nalałam sobie herbaty i usiadłam przy stole, przy którym babcia siadała każdego ranka, odkąd pamiętałam.

Tego wieczoru poszłam nad rzekę. Chciałam usłyszeć, co pamięta woda. Bug płynął powoli, spokojny, jakby nie miał w sobie całych minionych lat. Przeszłam na drugą stronę mostem, który kiedyś był tylko drewnianą kładką. Za rzeką wciąż stały resztki dawnych gospodarstw. Większość domów zarosła trawą, drzewa wyciągały gałęzie jak palce kogoś, kto próbuje coś zatrzymać.

Wśród krzaków znalazłam starą kapliczkę. Babcia prowadzała mnie tu, kiedy byłam mała. Na ścianie ktoś wyrył dwa imiona: Anna i Nastia. Przejechałam palcami po literach, jakby dotykając dawnego śmiechu, ciepłych rąk, dziecięcej tajemnicy.

Tamtego wieczoru wiedziałam już, że nie przyjechałam tu tylko po to, żeby zamknąć dom babci. Musiałam odnaleźć ślady pogranicza, które wrosło we mnie, choć o nie nigdy nie pytałam.

Babcia rzadko mówiła o dzieciństwie, jakby było czymś zamkniętym na klucz. Ale teraz, kiedy czytałam listy i chodziłam ścieżkami wsi, obrazy wracały same. W mojej głowie układały się w opowieść.

Był lipiec 1939 roku. W upalne popołudnia dwie dziewczynki siadały pod starym dębem nad rzeką. Anna – moja babcia – miała wtedy jedenaście lat, Nastia – dziesięć. Obie bose, z kolanami obdrapanymi od wspinaczki na płoty i jabłonie. Kiedy mówiły, ich języki mieszały się bez zastanowienia – jedno zdanie po polsku, drugie po rusku, trzecie w gwarze, której nie rozumiał nikt spoza tej wsi.

Ich świat był prosty i nie podlegał mapom. Wiedziały, gdzie rosną najlepsze poziomki, który sąsiad piecze najsłodszy chleb, kiedy dzwonią dzwony z kościoła, a kiedy cerkiewne śpiewy płyną po polach.

Wieczorami Anna wymykała się z domu, żeby słuchać, jak Nastia śpiewa pieśni, których nauczyła ją babka. Nie rozumiała wszystkich słów, ale znała melodię na pamięć. Czasem siadały razem na drewnianym pomoście, nogi zanurzone w chłodnej wodzie, i śpiewały na dwa głosy. Rzeka niosła ich głosy daleko, może aż do tych, którzy później przyjechali z mapami i karabinami.

Pewnego dnia przyszła wojna. Najpierw tylko szeptana między dorosłymi, potem coraz głośniejsza. Mężczyźni znikali z domów, matki przestawały śpiewać. Ale dla Anny i Nastii lato trwało dalej. Uciekały na łąki, jakby mogły ukryć się przed tym, co nieuniknione.

W sierpniu 1944 roku przyszła wiadomość, że rodzina Nastii ma się pakować. „Nowe granice” – mówili. „Teraz będzie Polska, bez Rusinów”. Babcia nie rozumiała. Przecież Nastia była taka sama jak ona. Razem jadły jagody, razem bały się burzy, razem śmiały się z psot kota sąsiadki. Jak można było powiedzieć, że jedna może zostać, a druga musi odejść?

Ostatni raz spotkały się pod dębem. Nastia miała ze sobą mały woreczek, do którego włożyła kawałek wstążki, kamień z rzeki i kartkę z napisaną pieśnią. „Na pamiątkę” – powiedziała i przytuliła Annę tak mocno, jakby chciała zatrzymać świat.

Tamto drzewo stoi do dziś. Przeszłam obok niego następnego ranka, kiedy próbowałam zebrać myśli. Pień był gruby, kora popękana, ale wśród liści śpiewał wiatr. Jak wtedy.

Zrozumiałam, że ich historia nie zniknęła. Była w tych listach, w pieśniach, w ciszy między słowami. Była we mnie.

Następnego dnia postanowiłam pójść do pani Marii. Mieszkała na końcu wsi, w domu z zielonymi okiennicami, których farba łuszczyła się jak stare wspomnienia. Była najstarsza we wsi, miała dziewięćdziesiąt lat, a jej pamięć była ostrzejsza niż niejedna fotografia.

Znalazłam ją na ławce przed domem, z chustką zawiązaną na głowie, jak wszystkie kobiety tutaj. Kiedy podeszłam, spojrzała na mnie uważnie, a potem uśmiechnęła się lekko.

– Ty jesteś ta od Anny. Wróciłaś.

Przytaknęłam, nie próbując tłumaczyć po co. Jakby ona już wiedziała.

– Przyszłam zapytać o Nastię.

W jej oczach coś drgnęło, jak cień.

– Nastia… – powtórzyła, jakby smakowała to imię po latach. – Taka była jak ogień. Śmiała się głośno, śpiewała, psociła. One były nierozłączne, Anna i Nastia. Jak dwie strony tego samego listka. Dopóki świat nie postanowił ich podzielić.

Opowiadała długo, a ja słuchałam, jakby ktoś zszywał dla mnie kawałki starego materiału.

Powiedziała mi o dniu, kiedy wojsko przyszło do wsi. Jak ludzie chowali się w piwnicach, jak dzieci nie rozumiały, dlaczego nagle przyjaźń może być czymś niebezpiecznym. Opowiadała o rodzinach, które zniknęły, o tych, co wrócili, i o tych, którzy nigdy nie wrócili.

– Pogranicze to nie jest tylko linia na mapie, dziecko – powiedziała na koniec. – To są ludzie. Ich języki, pieśni, zwyczaje. I pamięć. Jak odejdziesz, a nikt nie będzie pamiętał, to jakbyś nigdy nie była.

Z jej domu poszłam prosto na cmentarz. Na skraju, pod brzozą, stał stary, zapomniany krzyż z wyblakłym napisem cyrylicą. Ktoś kiedyś tu mieszkał, miał imię, śmiał się, płakał. Teraz nie było po nim nic – tylko krzyż i rosnąca wokół trawa.

Wróciłam do domu babci późnym popołudniem, kiedy światło było miękkie, a powietrze pachniało sianem. Usiadłam przy kuchennym stole, rozłożyłam listy i zdjęcia. Na jednym z nich były dwie dziewczynki – moja babcia i Nastia. Uśmiechały się do obiektywu, trzymając się za ręce, jakby nic nie mogło ich rozdzielić.

Tego dnia zaczęłam pisać do Nastii odpowiedź. Nie wiedziałam, gdzie jest ani czy jeszcze żyje, ale czułam, że muszę powiedzieć jej, że pamiętam.

W nocy nie mogłam spać. Listy leżały rozłożone na stole jak mapa dawnego świata. Im dłużej na nie patrzyłam, tym wyraźniej rozumiałam, że to nie są tylko słowa. To był most między przeszłością a teraźniejszością, między dwiema dziewczynkami, które nigdy nie powinny były zostać rozdzielone.

Nad ranem postanowiłam uporządkować skrzynię ze strychu. Między starymi świętymi obrazkami, haftowanymi serwetami i zeszytami z przepisami babci znalazłam coś, czego wcześniej nie zauważyłam. Małą kopertę, schowaną w książce do nabożeństwa. Na kopercie drobnym pismem było napisane: Lwów, 1958.

W środku był list. Po ukraińsku, ale wystarczająco prostym językiem, żebym zrozumiała. Nastia pisała:

„Aniu, mieszkam teraz we Lwowie. Mam syna. Czasem śni mi się nasza rzeka i pieśń, którą śpiewałyśmy. Wiesz, co jest najgorsze? Nie to, że zabrali nas stąd. Najgorsze jest to, że nikt już nie wierzy, że kiedyś tu byliśmy. Tylko ty pamiętasz”.

Na końcu – adres. Stary, nie wiadomo, czy jeszcze prawdziwy. Ale dla mnie to był znak.

Przez następne dni myślałam tylko o tym. Codziennie chodziłam nad rzekę, słuchałam, jak szemrze między brzegami i zastanawiałam się, co zrobiła moja babcia. Czy odpowiedziała? Czy próbowała odnaleźć Nastię? A może bała się, że przeszłość lepiej zostawić w spokoju?

W końcu wiedziałam, że muszę tam pojechać. Nie mogłam zostawić tej historii na pożółkłych kartkach papieru. To nie była już tylko opowieść babci – to była także moja opowieść.

Zadzwoniłam do znajomego, który pracował na uczelni we Lwowie. Zgodził się pomóc mi poszukać adresu, sprawdzić, czy ktoś tam jeszcze mieszka. A ja spakowałam plecak, zostawiłam klucze do domu sąsiadce i następnego ranka wsiadłam do pociągu.

Kiedy granica została za mną, poczułam, jakby coś we mnie drgnęło, jakby ten kraj, ten język i ludzie byli jednocześnie znajomi i obcy. Siedząc przy oknie, przypomniałam sobie słowa pani Marii: „Pogranicze to nie jest linia na mapie. To są ludzie”.

Nie wiedziałam jeszcze, co znajdę we Lwowie. Ale czułam, że dopiero tam zacznie się prawdziwa opowieść.

Lwów pachniał kawą i kurzem. Kiedy wysiadłam z pociągu, świat był głośniejszy niż w mojej wsi – tramwaje dzwoniły nerwowo, ludzie mijali się w pośpiechu, a nad dachami kamienic przemykały gołębie, jakby niosły w sobie jakieś stare wiadomości.

Mój znajomy, Ołeh, czekał na mnie przy wejściu do dworca. Uśmiechnął się, kiedy mnie zobaczył, ale w jego spojrzeniu było coś poważnego.

– To nie będzie łatwe – powiedział, kiedy pokazałam mu adres z koperty. – Minęło wiele lat. Ten dom stoi, ale ludzie zmieniają się szybciej niż mury.

Pojechaliśmy na ulicę Łyczakowską. Kamienica była wysoka, z odrapanymi tynkami i drewnianą bramą, która skrzypiała przy każdym otwarciu. Na domofonie nie było nazwiska, którego szukałam.

Zapukałam do kilku mieszkań. Starsza kobieta w chustce zamknęła drzwi, zanim zdążyłam coś powiedzieć. Młody chłopak pokręcił głową: „Tu nikt taki nie mieszka”. Dopiero starszy mężczyzna, który otworzył nam trzecie drzwi, spojrzał na mnie uważnie, kiedy wymówiłam imię Nastii.

– Nastię Makarow? Pamiętam… była tu kiedyś taka kobieta. Z Podlasia, mówiła. Miała syna, Igora. Ale to było dawno… – zawiesił głos, jakby cofał się w czasie. – Ona zmarła. Syn wyjechał do Polski. Gdzieś na zachód.

Wyszliśmy na ulicę, a ja czułam, jak coś ściska mi gardło. Byłam tak blisko, a jednak za późno.

Ołeh położył mi rękę na ramieniu.

– To nie koniec. Tutaj nikt nie znika naprawdę. Ludzie zostawiają ślady w sercach innych.

Jeszcze tego samego dnia poszliśmy do archiwum miejskiego. Wśród papierów sprzed kilkudziesięciu lat znalazłam potwierdzenie: Nastia Makarowa, z domu Michajłuk, zmarła w 1989 roku. Adres ten sam, co na liście.

Ale pod informacją o zgonie była wzmianka o synu. Igor Makarow. Adnotacja: „w 1991 roku wyjazd do Polski, zamieszkanie: Wrocław”.

Miałam nowy ślad.

Wróciłam do hotelu, usiadłam na łóżku i długo patrzyłam na listy babci i Nastii. Nie wiem, kiedy zasnęłam, ale śniło mi się, że dwie dziewczynki biegną przez łąkę, a między nimi nie ma już żadnej granicy.

Rano kupiłam bilet do Polski. W tej historii nie było już odwrotu.

Wrocław przywitał mnie deszczem. Krople spadały ciężko na brukowane ulice, jakby chciały zmyć wszystkie ślady przeszłości. Miałam w ręce kartkę z adresem – ostatnim śladem Igora Makarowa.

Znalazłam kamienicę niedaleko Dworca Głównego. Szerokie schody, zapach starego drewna i kurzu. Serce waliło mi jak młotem, kiedy dzwoniłam do drzwi.

Otworzył mężczyzna około sześćdziesiątki. Siwe włosy, ciemne oczy, twarz, w której było coś znajomego, choć nigdy wcześniej go nie widziałam.

– Dzień dobry… – zaczęłam niepewnie. – Nazywam się Aleksandra Lisiecka. Szukam Igora Makarowa.

Zmarszczył brwi, przyglądając mi się uważnie.

– To ja. W czym mogę pomóc?

Wzięłam głęboki oddech.

– Szukam śladów mojej babci. Nazywała się Anna. Pochodziła z Podlasia. Jej przyjaciółką była Nastia… pańska matka.

Zapadła cisza. Jakby ktoś na moment zatrzymał powietrze w tym małym korytarzu.

– Wejdź – powiedział w końcu.

W mieszkaniu pachniało kawą i papierosami. Na ścianach wisiały stare zdjęcia – lwowskie kamienice, kobieta o łagodnych oczach, chłopiec w mundurku szkolnym.

Usiedliśmy przy stole. Igor długo patrzył na mnie w milczeniu, zanim odezwał się cicho:

– Myślałem, że nikt już nie pamięta. Że tamten świat przepadł.

Opowiedziałam mu wszystko. O listach, o babci, o tym, jak znalazłam adres. Słuchał, jakby każde słowo rozdzierało coś w nim, a jednocześnie zszywało.

– Mama do końca życia mówiła o Podlasiu – powiedział w końcu. – Śniło jej się, że wraca do wsi, że idzie nad rzekę, gdzie śpiewała z Anną. Ale nigdy tam nie pojechała. Bała się, że nie znajdzie już nic. Że wszystko zginęło razem z tamtym światem.

Wyciągnął z szuflady małe pudełko. W środku był kawałek niebieskiej wstążki, kamień z rzeki i kartka z pieśnią – te same, które Nastia kiedyś dała babci. Była też fotografia dwóch dziewczynek, trzymających się za ręce.

– Mama mówiła, że miała siostrę, która nie była siostrą. Że rozdzieliły je granice. I że póki ktoś będzie o nich pamiętał, tamten świat nie zniknie.

Spojrzałam na niego.

– Chciałby pan tam pojechać? Zobaczyć to miejsce?

Uśmiechnął się smutno.

– Myśli pani, że tam jeszcze coś zostało?

Pokręciłam głową.

– Nie wiem. Ale wiem, że dopóki nie pojedziemy, nie dowiemy się.

Tego wieczoru wyszłam na wrocławski Rynek. Padało już tylko lekko. W kieszeni miałam wstążkę,
listy i nowe wspomnienia.

Wiedziałam, że wrócę na Podlasie – nie sama.

Wracaliśmy powoli. Droga z Wrocławia na Podlasie ciągnęła się jak nitka, którą ktoś plótł między stacjami, lasami i polami. Igor milczał przez większość drogi. Czasem tylko pytał o nazwy mijanych miejscowości, jakby próbował przypomnieć sobie coś, czego nigdy nie znał.

Kiedy dojechaliśmy do wsi, było już późne popołudnie. Powietrze pachniało wiosną, ziemią i dymem z pieców. Stare domy stały tak samo, jak na fotografiach sprzed lat – niektóre odnowione, inne pochylone, jakby zmęczone czasem.

Zatrzymaliśmy się na skraju, tam, gdzie zaczynała się polna droga prowadząca do rzeki. Igor wysiadł z samochodu i przez chwilę patrzył na przestrzeń przed sobą, jakby nie wierzył, że naprawdę tu jest.

– Mama mówiła, że tutaj był ich świat – szepnął. – A ja całe życie myślałem, że to tylko opowieść.

Zaprowadziłam go najpierw na cmentarz. Pokazałam mu grób mojej babci, skromny, z wyblakłym zdjęciem i wyrytym imieniem. Igor zdjął czapkę i przez chwilę stał w milczeniu.

– Nigdy nie myślałem, że będę mógł tu stanąć – powiedział cicho. – Że jeszcze coś z tej historii będzie żyło.

Potem poszliśmy nad rzekę. Woda płynęła spokojnie, jak zawsze, jakby nic się nie zmieniło od tamtych lat. Na brzegu usiedliśmy w ciszy. Nagle Igor wyjął z kieszeni małe radio, takie stare, przenośne, jakich już prawie nikt nie używa.

– Mama zawsze słuchała w niedzielę jednej audycji. Z Podlasia. Mówiła, że w tym głosie jest dom.

Włączył radio. Przez szumy przebijał się cichy śpiew – ludowa pieśń w języku, który znałam od dziecka, ale którego nie uczyli w szkołach. Igor zamknął oczy.

Wtedy zrozumiałam, że to nie miejsce jest małą ojczyzną. Że pogranicze nie leży na mapie. Ono mieszka w ludziach, w językach, w pieśniach i w pamięci.

Wieczorem w naszym domu było cicho. Igor siedział przy kuchennym stole, przeglądając stare fotografie, które znalazłam na strychu. Wśród nich było jedno zdjęcie, które nigdy wcześniej nie zwróciło mojej uwagi – mała dziewczynka w wianuszku z polnych kwiatów, obok niej chłopiec z poważnym spojrzeniem. Na odwrocie ktoś napisał: „Podlaskie lato, 1937. Nastia i brat”.

– To ona – powiedział Igor, dotykając fotografii z niedowierzaniem. – A to mój wujek. Nigdy nie wiedziałem, że miała brata.

Nazajutrz poszliśmy do pani Marii. Kiedy zobaczyła Igora, długo patrzyła na niego, jakby widziała ducha.

– Tak samo patrzysz jak Nastia – powiedziała, zapraszając nas do środka.

Przy herbacie opowiedziała nam rzeczy, których nie wiedziałam nawet ja. O czasach, kiedy we wsi nikt nie mówił o narodowości, kiedy Polacy, Rusini, Żydzi i Białorusini żyli obok siebie, dzielili się chlebem i pieśniami. O nocy, kiedy przyszło wojsko i pogranicze zamieniło się w mur.

– Ale nie można zbudować granicy w sercu – powiedziała na koniec. – Wasze matki wiedziały to lepiej niż ktokolwiek.

Kiedy wyszliśmy od niej, słońce zachodziło nad wsią. Igor zatrzymał się przed domem mojej babci.

– Myślisz, że one wiedziały, że kiedyś tu razem wrócimy? – zapytał.

– Myślę, że na to czekały.

Wiedziałam, że został nam jeszcze jeden krok. Jutro mieliśmy pójść do rzeki, na skraj lasu, tam, gdzie Anna i Nastia zakopały swoje dziecięce skarby. Być może nic tam już nie było, tylko ziemia i pamięć. Ale dla nas to miało być więcej niż wystarczające.

Poranek był cichy i chłodny. Mgła snuła się nisko nad polami, jakby jeszcze nie zdecydowała, czy chce ustąpić dniu. Igor siedział już w kuchni, kiedy zeszłam na dół – miał przed sobą starą mapę wsi, którą znalazłam w kronice parafialnej. Palcem wskazywał miejsce przy zakolu rzeki.

– To tutaj – powiedział. – Mama zawsze mówiła, że tam zakopały coś, co miało przetrwać wszystko.

Poszliśmy powoli, jakby droga była dłuższa niż w rzeczywistości. Mijaliśmy stare płoty, jabłonie, które znałam z dzieciństwa. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zobaczyliśmy, że ziemia była nieco zapadnięta pod jednym z drzew – może ktoś tu kiedyś kopał, może to tylko czas zrobił swoje.

W milczeniu zaczęliśmy odgarniać ziemię. Palcami, gałęzią, ostrożnie, jakbyśmy bali się, że rozbudzimy coś, co lepiej zostawić uśpione.

Po chwili Igor zatrzymał się.

– Coś tu jest.

Wyciągnęliśmy małą, zardzewiałą puszkę. W środku była kawałek haftowanej serwetki, medalion z wizerunkiem Matki Boskiej, kilka kamyków i maleńki zeszyt, w którym dziecinnym pismem zapisano: „Na zawsze razem. Ania i Nastia”.

Igor wziął do ręki medalion i zeszyt, patrząc na nie tak, jakby trzymał cały swój świat.

– Myślałem, że wszystko zostało stracone – powiedział cicho. – A jednak one wiedziały, że ktoś tu kiedyś wróci.

Siedzieliśmy nad rzeką, milcząc. Woda płynęła spokojnie, niezmiennie, tak jak wtedy, gdy dwie dziewczynki bawiły się tutaj, nie wiedząc jeszcze, jak okrutny potrafi być świat.

Wiedziałam, że historia dobiegła końca. Ale nie takiego, jakiego się spodziewałam. Bo pogranicze nie kończyło się na granicach państw. Ono żyło tutaj, w tej ziemi, w rzece, w ludziach, którzy potrafili wrócić, choć wydawało się to niemożliwe.

Tego dnia, kiedy wracaliśmy znad rzeki, słońce powoli chowało się za horyzontem. Wieś pachniała dymem, wilgocią, rozgrzaną ziemią. Szliśmy w ciszy, każde z nas niosło w dłoni kawałek tej historii – Igor trzymał mały zeszyt i medalion, ja serwetkę z dziecięcym haftem. Skarb, który przeleżał pod ziemią ponad osiemdziesiąt lat, a mimo to nie stracił swojego znaczenia.

Kiedy weszliśmy do domu, usiedliśmy przy kuchennym stole. Wszystko było tak zwyczajne, a jednak nic już nie było takie jak przedtem.

– Wiesz, Aleksandro… – powiedział Igor, patrząc na mnie z uśmiechem. – Kiedy byłem dzieckiem, myślałem, że dom to tylko miejsce. Dziś wiem, że to ludzie. I opowieści, które sobie nawzajem zostawiają.

Przez chwilę słuchaliśmy ciszy, która nie była już pusta – była pełna głosów przeszłości, śmiechu dwóch dziewczynek nad rzeką, śpiewów na pograniczu języków, szeptów matek, które próbowały ocalić coś więcej niż wspomnienia.

Nazajutrz, zanim Igor wyjechał, poszliśmy jeszcze raz na polanę. Nad rzeką zostawiliśmy mały kamień, na którym wyryłam słowa: „Tam, gdzie spotykają się języki i serca, rodzi się prawdziwa ojczyzna”.

Patrzyliśmy na nurt wody, która od wieków płynęła tak samo, nie pytając o granice. Wiedzieliśmy, że nasze matki już dawno zrozumiały to, czego my szukaliśmy przez całe życie.

Kiedy Igor odjechał, zostałam jeszcze chwilę pod starym drzewem. W powietrzu czułam zapach wiosny, śpiew ptaków, szelest trawy. A w sercu – spokój. Bo historia została opowiedziana do końca.

 

(3. nagroda w 26. Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Eugeniusza Paukszty w Kargowej)

 

 

The post Nad rzeką, gdzie śpiewają dwa języki appeared first on Pro Libris.

]]>
Osiem pięter w dół https://prolibris.net.pl/osiem-pieter-w-dol/ Fri, 12 Jun 2026 11:23:58 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17271 Marcin Waldemar Mielcarek

The post Osiem pięter w dół appeared first on Pro Libris.

]]>

Marcin Waldemar Mielcarek

Osiem pięter w dół

 

Miałem otwarte na oścież okno, przez które wpadało lipcowe powietrze. Nie czułem się za dobrze, ale w gruncie rzeczy rzadko kiedy czułem się dobrze. Byłem chory albo nie byłem – ot, zagadka. Leżałem i rozmyślałem, ale właściwie to nad niczym konkretnym. Głupia gonitwa białych jak kartka papieru myśli. Książki leżały na podłodze, miałem zamiar się uczyć, taki był plan, ale odechciało mi się, kiedy po południu dostałem telefon, że nie przyjmą mnie do pracy.

– Bardzo nam przykro, ale wybraliśmy kogoś innego – powiedziała kobieta wyraźnie znudzonym głosem.

Na pewno nie było im tak przykro jak mnie, być może wcale, bo słowa przecież przestały cokolwiek dziś ważyć.

W każdym razie chwilę później usłyszałem jakąś melodię. Podniosłem się z łóżka i wyjrzałem na zewnątrz, nurkując głęboko głową w przestrzeni. Na dole, na chodniku, czyli osiem pięter w dół, coś się działo. To był śniady facet z akordeonem, najpewniej Cygan. Grał sobie w najlepsze, patrząc w niebo. Kilka głów podobnych do mojej wychynęło z betonowych dziur. Ktoś coś powiedział, ktoś się zaśmiał, ktoś nawet krzyknął. W dół, bardzo powoli, bujając się na wietrze, zleciał jakiś banknot. Poleciał też drugi i chyba  spadła moneta. Facet z akordeonem w końcu sobie poszedł. Ja też wróciłem do łóżka. Zasypiając, przypomniałem sobie, że mój dziadek też grał na akordeonie. Instrument leżał teraz zapewne całkiem zapomniany na strychu rodzinnego domu, pokrywając się kurzem. Tylko przez chwilę przemknęła mi myśl, że mógłbym nauczyć się na nim grać. Jednak wolałbym go sprzedać.

Nie pospałem chyba zbyt długo, znów zostałem brutalnie wybudzony. Tym razem były to głosy dzieciaków, a konkretniej – chłopców. Podniosłem się i spojrzałem na ulicę, ponownie te osiem pięter w dół. Spostrzegłem, że jeden to blondyn, drugi rudzielec.

Przyjemny podmuch wiatru zrazu połaskotał mnie po twarzy. Używali wobec siebie słów obraźliwych, słów, których nie rozumieli, a których pewnie używali ich ojcowie w domowym zaciszu wobec szefów, sąsiadów, piłkarzy, pogodynek, polityków i – co gorsza –  pewnie ich matek. Zrozumiałem nagle – niczym bohater u Knuta Hamsuna – że być może powodem mojego złego stanu jest po prostu głód, więc wyłączyłem grające w tle radio, wsunąłem bose stopy w gumowe klapki i wyszedłem z mieszkania. Czekając na windę, słuchałem skocznej muzyki przeciskającej się przez nieszczelne drzwi sąsiada.

Kiedy znalazłem się już na zewnątrz, po dzieciakach nie było śladu. Słońce natomiast musiało się na mnie uwziąć, bo promienie padały prosto na moją twarz, tak mocno, że musiałem mrużyć oczy. Przeszedłem na drugą stronę ulicy i chodnikiem ruszyłem w dół. Niezbyt zaciekawiony przyglądałem się zaparkowanym autom. Nie stały tutaj żadne piękne fury, ale nie dziwiło mnie to, bo nie mieszkałem na bogatym osiedlu.

Wszedłem w końcu do budynku, w którym znajdowało się kilka lokali. Najpierw zahaczyłem o totalizator, skreśliłem sześć losowych liczb i puściłem zakład. Kupiłem też dwie zdrapki, które schowałem do kieszeni. Potem rozejrzałem się po niewielkim lumpeksie prowadzonym przez kobietę z rozpadającą się twarzą i farbowanymi na żółty blond włosami. Nie potrafiłem patrzeć na nią dłużej niż trzy sekundy, bo brał mnie jakiś taki smutek i czułem zażenowanie. Większość klientek to były tęgie panie pod pięćdziesiątkę. Niemrawe, zagubione istoty. To znaczy zachowywały się w ten sposób, kiedy nie przebierały wśród wieszaków. Kiedy tylko dotknęły jakiegoś ubrania, dostawały młodzieńczej energii, która jednak szybko ulatniała się, kiedy niczego ciekawego nie znalazły. Oczywiście dużo przymierzały i zagadywały właścicielkę.

– A czy w tym wyglądam szczupło? – To pytanie powtarzały jak zdarta płyta.

Rzecz jasna sprzedawczyni zapewniała, że „oczywiście”, ale oczywiście żadna z nich nie wyglądała wcale szczupło.

Wyszedłem z tego lumpeksu i zrobiłem kilka kroków korytarzem o jasnych, brudnych płytkach, których najwyraźniej nikt chyba od miesiąca nie mył. Znalazłem się teraz w kebabie. Jeszcze kilka lat temu był tutaj bar mleczny. Ani wtedy, ani teraz to miejsce nie było zbyt chętnie odwiedzane. Z jakiegoś jednak powodu kebab się utrzymywał.

Prowadziło go trzech całkiem młodych facetów, którzy chyba pochodzili z Syrii. Ich skóra była ciemna, prawie czarna, w odpowiednim świetle nawet fioletowa. Wiedziałem, że jeden z nich studiował na miejscowym uniwersytecie, ale co takiego studiował – nie miałem pojęcia. Rzadko kiedy przychodziłem tutaj jeść, bo stołowanie się na mieście nie było na moją kieszeń. Zamówiłem jednak na miejscu, zapłaciłem gotówką i usiadłem. Z nudów zacząłem gapić się przez okno, ale nic ciekawego tam się nie działo. Potem przeniosłem wzrok na ściany, podłogę, sufit. Wiatrak nad naszymi głowami, który wcale się nie kręcił, pokryty był czarnym zlepkiem kurzu i pajęczyn. W końcu zainteresował mnie stolik. Blat kleił się od brudu. Wyciągnąłem jednak zdrapki. Jak zwykle robiłem sobie nadzieję. Niczego oczywiście nie trafiłem.

Oprócz mnie siedziała tutaj kobieta, której wieku nie potrafiłem oszacować, bo miała azjatyckie rysy, a powszechną wiedzą jest, że Azjatki wyglądają na młodsze, niż w rzeczywistości są. Nie była to na pewno Chinka, tym bardziej Koreanka czy Japonka. Mogła być z Wietnamu, ale raczej obstawiałem Tajlandię. Siedziała, machała krótką nogą w białych spodniach i jadła tortillę. Poza tym gadała z tym gościem za ladą. Rozmawiali rzecz jasna po angielsku. Chwalił jej się, że zwiedził pół Europy i najbardziej podobała mu się Lizbona. Ona też ponoć zwiedziła kilka krajów. Jakimś cudem jednak wylądowali w tej polskiej dziurze. Potem on zapytał ją, czy jest muzułmanką.

– Chrześcijanką – odparła.

– Dlaczego? – zapytał.

Po prostu użył słowa „why”. Potem ona odpowiedziała tak jakoś sztywno:

– Moja rodzina to chrześcijanie. Moja rodzina jest dla mnie bardzo ważna.

Chyba te słowa mu się średnio spodobały. W końcu zawołał mnie słowami „proszę pan”. Kiedy wychodziłem, oni dalej rozmawiali.

Wyszedłem z lokalu i udałem się na ławkę przy skwerku, która stała w cieniu. Jedząc, obserwowałem beznamiętnie psa i jego właściciela. Pies załatwiał się na trawie, właściciel udawał, że tego nie widzi. W końcu sobie poszli, a ja nie zwróciłem mu uwagi.

Kiedy już skończyłem, postanowiłem pójść do mojej koleżanki, która pracowała w sieciowym sklepie osiedlowym. To był jej czwarty miesiąc. Ja kiedyś wytrzymałem w tego typu pracy tylko trzy marne tygodnie.

Miała na imię Estera, była w moim wieku i mieszkała w tym samym bloku co ja. Jej rodzina należała do Świadków Jehowy. Czasami widziałem ich, jak stoją na ulicy z różnymi materiałami i zaczepiają ludzi. Jej ojciec wydawał się być jednak w porządku, szło z nim zamienić kilka normalnych słów. Matka natomiast była nie do zniesienia. Ciągle zagadywała mnie o Boga. Kiedy moja odpowiedź jej się nie podobała – czyli prawie zawsze – patrzyła na mnie tak jakoś dziko. Estera była do niej bardzo podobna, tylko oczy miała po ojcu. Spokojne, niebieskie.

Byłem raz czy dwa w ich mieszkaniu, to znaczy u Estery w pokoju. Ale ona niczego większego ode mnie nie chciała, traktowała mnie jak dobrego kumpla, może nawet tymczasowego przyjaciela. Ja oczywiście wolałbym być traktowany zgoła inaczej, ale niewiele mogłem na to poradzić. Jej matka prawdopodobnie bała się, że ukradnę im córkę, wyrwę z ich sekciarskiego łona, bo przecież przeznaczyli ją jakiemuś facetowi ze społeczności. Pojęcie miłości było w tym przypadku mocno naciągane.

Oprócz Estery pracował tutaj właściciel oraz jeden gość pod trzydziestkę, Ukrainiec. Miał na imię Andriej, prawie dwa metry wzrostu i chyba tyle samo w barach. Połowę jego ciała pokrywały tatuaże. Nigdy nie pytałem, jak udało mu się uniknąć mobilizacji, bo najpewniej zarobiłbym w zęby. Po polsku mówił bardzo dobrze, ponoć miał lekkość do języków. Lubiłem go, był w porządku, twardy, ale w porządku. Doczepił się jednak moich gumowych, rozklekotanych klapek. On sam nosił tylko drogie, markowe ciuchy i wiecznie pachniał wodą toaletową.

– Jestem taka zmęczona – powiedziała Estera, kiedy usiadłem na skrzynce piwa za ladą, tak że klienci mnie nie widzieli. – Wiecznie czuję się zmęczona. Też tak masz?

– Na okrągło.

– Chyba będę chora.

– Ja już jestem chory.

Pogadaliśmy trochę o tym i o tamtym, nic konkretnego, wiadomo – o życiu i śmierci, i bezsennych nocach, o oczekiwaniach względem przyszłości albo o jej braku. Andriej tylko przyglądał nam się z zaciekawieniem, ale niczego nie mówił. Zrugał za to jakieś irytujące dzieciaki, które buszowały po sklepie, mlaskające cwaniacko swoimi niewielkimi gębami. Ja w końcu sobie poszedłem, bo nie miałem siły czekać na koniec jej zmiany. Trzymało mnie coś, nie wiedziałem, co takiego, a trzymało od jakiegoś czasu. Było to nieprzyjemne, jakiś ścisk w gardle, chłód na grzbiecie, dziwne zmęczenie, senność. Postałem chwilę na słońcu, mrużąc rzecz jasna oczy, ale ta trzymająca mnie osobliwa choroba wcale nie puszczała. Uznałem, że to bezcelowe i poszedłem do siebie, do mieszkania, właściwie małego pokoju, który wynajmowałem, bo byłem tylko biednym studentem, który poza nauką dorabiał sobie na czarno sprzątaniem w wysokim biurowcu.

Wszedłem do bloku, wcześniej przytrzymując drzwi facetom wynoszącym jakąś starą kanapę. Potem zamiast poczekać na windę poszedłem schodami. Zauważyłem, że stopnie od drugiego piętra w górę nie były dawno myte, nie były nawet zamiatane, bo leżały na nich piasek i szare koty. Pomyślałem sobie, że może popytam, gdzie trzeba. Mógłbym się czymś takim zajmować, to znaczy sprzątaniem klatki – oczywiście za pieniądze.

Ta wycieczka po schodach bardzo mnie zmogła. Wszedłem do mieszkania, do korytarza. Od razu zobaczyłem siedzącą w kuchni lokatorkę, z którą nie bardzo się dogadywałem. Starsza ode mnie o rok, może dwa. Całkiem ładna, o jasnych włosach i oczach. Ale wyjątkowo ciężki charakter.

– Dlaczego zjadłeś mój jogurt? – spytała.

– Jaki jogurt?

– Nie udawaj. Kamil mówi, że go nie zjadł.

– Nie wiem, o co chodzi.

– Dziś rano, jak wychodziłam na zajęcia, to jeszcze był. Sam się przecież nie zjadł.

Naprawdę nie wiedziałem nic o żadnym jogurcie. Nasza wspólna lodówka była podzielona na trzy części. W mojej nigdy nic nie było, ale to nie znaczyło, że byłem złodziejem. Biedacy też mieli swój honor.

– A poza tym jak leci? – zapytałem.

Prychnęła tylko i z kwaśną miną wyminęła mnie, udając się do swojego pokoju. Ja poszedłem do swojego i zamknąłem drzwi na klucz. Włączyłem radio i położyłem się do łóżka. Miałem otwarte oczy. W tle leciała muzyka klasyczna, nie wiedziałem, jaki to był koncert, ale brzmiało jak Czajkowski. Kilka tygodni temu trafiłem na tę stację i powoli nabierałem ogłady. Wciąż za mało.

Spróbowałem dodzwonić się do ojca, ale nie odbierał. Miałem do niego sprawę. Jak zwykle chodziło o pieniądze. Napisałem mu esemesa. Właściwie cztery. W drugim go przeprosiłem, a w trzecim oznajmiłem, że to nic takiego i że ma się nie przejmować. W ostatnim napisałem, że naprawdę potrzebuję pomocy. Wysłałem więc prośbę o przelanie kilku stów, dwóch, chociaż jednej. Od dwóch tygodni zalegałem za pokój. Nie mogłem jednak patrzeć na telefon, minuty ciągnęły się jak godziny, minuty bez odzewu. W końcu wyłączyłem telefon, bo nie potrafiłem tego znieść.

Nagle rozległ się nieprzyjemny dźwięk, czyli alarm samochodowy. Wył na całe osiedle. Niechętnie podniosłem się z łóżka, podszedłem do okna i wyjrzałem przez nie. Osiem pięter w dół.

 

 

The post Osiem pięter w dół appeared first on Pro Libris.

]]>
Żywcem nas nie wezmą https://prolibris.net.pl/zywcem-nas-nie-wezma/ Fri, 12 Jun 2026 10:44:39 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17252 Sławomir Bączkowski

The post Żywcem nas nie wezmą appeared first on Pro Libris.

]]>

Sławomir Bączkowski

Żywcem nas nie wezmą

 

Mrok piwnicy rozpraszała tylko niewielka żarówka smętnie zwisająca z sufitu. Z ciemności wyłaniały się rury, zawory i zegary stanowiące elementy instalacji hydroforowej. Śmierdziało tam bimbrem, bo żaden z dwóch pochylonych nad aparaturą mężczyzn nie zawracał sobie głowy maskowaniem tego zapachu, na przykład smażeniem cebuli. Ostatecznie byli przecież w piwnicy, do której dostępu broniła ciężka klapa w podłodze przedpokoju, więc żadne wonie nie przenikały do pomieszczeń małego domku. Dzieliła ich spora różnica wieku – teść o imieniu Piotr dobiegał sześćdziesiątki, a zięć – Staszek miał trzydzieści kilka lat. Nad piwnicą znajdowały się dwa pokoje. W jednym z pomieszczeń spała żona Staszka z kilkuletnim synem, w drugim jej matka. Było już bardzo późno, dawno temu zegar na wieży pobliskiego pałacyku wybił dwunastą. W mroku majaczyły gałęzie potężnego orzecha rosnącego na posesji. Stojąca na ulicy latarnia z ledwością wydobywała z ciemności nieco zdezelowaną, obłażącą z farby bramkę i fragment ścieżki wiodącej w kierunku domku. Był koniec października, trochę padało przez cały dzień, więc mdłe światło latarni odbijało się w kałużach i błyszczących płytach chodnika. Co jakiś czas szczekał pies sąsiadów – utrapienie mieszkańców białego domku.

Staszek ze znawstwem obsługiwał aparaturę, którą skompletował w profesjonalny sposób i z użyciem sprzętu laboratoryjnego. Nie powinno to dziwić, bo pracował w instytucie badawczym i nie miał problemu z dostępem do destylatora, serpentynowych rurek, kolb i termometrów. Piotr po cichu go podziwiał za jego zaradność i zmysł techniczny. Po wielokroć powtarzał: Co Staszek sobie obmyśli, to zrobi! Sam nie był szczególnie kreatywny i ograniczał swoją aktywność do prostych prac ogrodniczych w rodzaju flancowania pomidorów. Jednak przy każdej okazji podkreślał, że to jego dom i on tam rządzi. W ogrodzie też był hegemonem i nic bez jego wiedzy nie mogło się tam dziać. Jednak był w Piotrze swojego rodzaju dysonans – świat za bramką jego posesji zdawał mu się wrogi i jakby izolował się od niego. Nienawidził urzędów, każde oficjalne pismo wywoływało u niego niemal apokaliptyczne wizje ruiny i upadku całej rodziny. Widok nieznajomego przy furtce sprawiał, że Piotr chował się za firanką i wysyłał żonę, żeby sprawdziła, o co chodzi. W swoim regale trzymał tekturowe pudła z niezliczoną ilością zapłaconych rachunków na wypadek, gdyby jakiś urząd zarzucił mu zaniedbanie. Najstarsze z nich miały po dwadzieścia lat i nic nie można było z nich przeczytać. Brane do ręki kruszyły się ze starości jak starożytne zwoje. Biorąc to wszystko pod uwagę, trudno się dziwić zdumieniu Staszka, kiedy Piotr pierwszy raz wyraził zainteresowanie pędzeniem bimbru w piwnicy. Być może w grę wchodziło tu skąpstwo, choć było to mało prawdopodobne, zważywszy na kary grzywny i więzienia, które groziły za nielegalną produkcję wysokoprocentowego alkoholu.

– Mocne! – powiedział Staszek, odstawiając menzurkę na taboret służący za tymczasowy stolik.

– Musowo zostawić trochę na święta – mruknął Piotr.

– Chce ojciec spróbować?

– A daj.

Starszy z mężczyzn przystawił sobie menzurkę do ust i wypił odrobinę nieco mętnego płynu. Skrzywił się nieznacznie i przymknął oczy.

– Mocne jak diabli – potwierdził.

Potem w piwnicy zapanowała cisza, którą mąciły jedynie odgłosy wydawane przez aparaturę gorzelniczą. Na zewnątrz zerwał się wiatr i do piwnicznego okienka przykleił się na moment brązowy liść. Obaj mężczyźni niemal jednocześnie zerknęli na ciemną ulicę. Przed bramką zatrzymała się milicyjna Warszawa. Przez kilka chwil z napięciem wpatrywali się w mrok, nieco tylko rozpraszany światłem słabej ulicznej latarni. Potem Piotr bezwiednie złapał Staszka za ramię i mocno ścisnął. Nikt nie wychodził z auta. Bulgotanie i syczenie aparatury wydawało się teraz znacznie głośniejsze niż jeszcze pięć minut wcześniej. Nagle otworzyły się drzwi po obu stronach Warszawy i wyszło z niej dwóch milicjantów. Na ten widok Piotr w mgnieniu oka rzucił się w kierunku worków ustawionych w kącie piwnicy i wydobył spod nich bagnet. Ostrze niepokojąco błysnęło w słabym świetle żarówki. Staszek poczuł na plecach strużkę potu. Rysy Piotra stężały i jego twarz wyglądała teraz jak wyciosana z kamienia. Tylko oczy pałały wściekłością, której nikt z domowników nigdy nie widział.

– Żywcem nas nie wezmą! – Piotr wycedził przez zęby.

Staszek zdrętwiał. Głos starszego mężczyzny był jakiś inny niż zwykle – twardy i zachrypnięty, jakby należał do kogoś innego. Do twardziela bez złudzeń i przyszłości. Przez chwilę patrzyli sobie prosto w oczy. Potem napięcie nieco zelżało i znowu spojrzeli przez okienko. Obaj milicjanci podeszli do przedniego koła auta i kilka razy kopnęli w oponę. Zaczęli o czymś rozmawiać, żywo gestykulując. Jeden z nich odwrócił się w stronę białego domku. Nawykowo bacznie zlustrował budynek i jego otoczenie, ale najwyraźniej nie dostrzegł światełka w piwnicy. Nic nie wzbudziło jego zainteresowania i po chwili obaj na powrót wsiedli do Warszawy, którą zaraz potem odjechali. Piotr powoli się odwrócił, podszedł do sterty worków i schował bagnet na swoje miejsce.

– Ani słowa Bini i Zosi! – zasyczał.

– Dobrze…

– Daj, Stachu, jeszcze po kielichu.

Staszek nalał bimbru do menzurki i podał teściowi. Sam też wypił. Paliło w przełyku, ale od razu poczuł się lepiej. Emocje opadały, rozluźnił się.

– Skąd ojciec ma ten bagnet?

– Z lasu – padła lakoniczna odpowiedź.

– Wtedy, jak ojciec z Puchaczem chodził?

– Co ty tam wiesz…

– Binia mówiła, że długo czekała. Ten słynny Puchacz zbierał ludzi od Bychawy aż po Biłgoraj i w Lasach Janowskich dołączył do AK.

– Tak było.

– I ojciec z nim?

Piotr milczał.

– Binia mówiła, że Niemcy go zabili.

– Może i zabili.

Zapadła cisza. Staszek słyszał o Puchaczu i jego oddziale od teściowej. Wspominała go powielokroć, ale ile z tego było prawdy? Ten legendarny dowódca w jej oczach był niemal półbogiem. I do tego Piotr walczył u jego boku. Musiała sobie jakoś wypełnić wielomiesięczną pustkę, pewnie fantazjowała, żeby było lżej bez męża…

– Ale jak to się stało, że ojciec się tam znalazł, walczył…?

Piotr spojrzał przez piwniczne okienko, jakby w mroku chciał znaleźć odpowiedź na to pytanie.

– Polej jeszcze – poprosił.

Staszek posłusznie napełnił menzurkę i podał ją teściowi.

– A o Szewczuku słyszałeś? – zapytał i otarł usta rękawem.

– Binia coś kiedyś powiedziała, ale Zosia zaraz ją uciszyła.

Piotr uśmiechnął się, ale ten uśmiech bardziej przypominał grymas.

– Nie dziwię się jej – zamruczał. Wypity alkohol już spowalniał jego mowę. – Zosia nienawidzi tej historii, ale od tego wszystko się zaczęło…

Znowu w piwnicy zapanowała cisza. Staszek cierpliwie czekał na dalszy ciąg.

– Ten szpicel mieszkał u nas, kiedy i Gorgonowa wynajmowała pokój.

Staszek znał sprawę Gorgonowej, którą w latach trzydziestych żyła cała opinia publiczna. Ta guwernantka w domu lwowskiego architekta Henryka Zaremby została oskarżona o zamordowanie jego córki – Lusi.

– Wszyscy w Turobinie wiedzieli, komu wynajmujemy. Dzieci za nią latały i wrzeszczały: „Morderczyni!”. Szewczuk codziennie podtykał jej pod nos stare gazety ze zdjęciami obrońcy Axera, zeznającego Stasia Zaremby i to z córką zrobione w celi w Krakowie…

Zamilkł.

– Nakapało coś jeszcze? – zapytał, chrypiąc.

Staszek bez słowa dolał teściowi bimbru.

– Niech się ojciec nie upije.

– Spokojna głowa.

– Może i spokojna, ale nie bardzo mocna.

– Dziś mi tego trzeba.

– Co było dalej? – Staszek niecierpliwie czekał na dalszy ciąg opowieści. Było mu dobrze w tej nagrzanej piwnicy, wypity alkohol lekko uderzał do głowy.

– Dalej? – Piotr zastanowił się i po chwili znowu popłynęła opowieść. – Ano drażnił się z nią, nie dawał jej spokoju, a ona chodziła i powtarzała: „Niech go szlag trafi!”.

– I trafił… – szepnął Staszek.

– Prowadziłem wtedy knajpę, mieliśmy też masarnię. Któregoś dnia przyjechało na rowerach dwóch od strony Załawcza, akurat natknęli się na Zosię i to ją poprosili, żeby zawołała Szewczuka. Zosia poleciała po niego, Szewczuk podniósł ją i wsadził sobie na ramiona. Niczego nie podejrzewał. Przeszli do restauracji, postawił dziecko na ziemi i właśnie wtedy padły strzały. Upadł na podłogę obok małej.

– A Gorgonowa? Słyszała to? Była wtedy w domu?

– Była. Od razu przybiegła ze swojego pokoju, popatrzyła na broczące krwią ciało i powiedziała: „Mówiłam ci, skurwysynu, że tak skończysz!”.

Po tych słowach znowu zrobiło się cicho. Słyszeli, jak wzmaga się wiatr, jak zaczyna napierać na lichą ścianę domku. Liście wirowały pod orzechem. Nagle Staszkiem wstrząsnął dreszcz. Pomyślał o tamtych strasznych dniach, o całym tym lęku, w jakim żyli ludzie, o niepewnej codzienności. Jakże bałamutne było to cukierkowe zdjęcie Piotra i Bini z dwójką dzieci! Widział je niedawno w albumie i zdziwił się, słysząc, że było zrobione w samym środku tego okupacyjnego piekła.

– Uciekłem! – mocny głos Piotra przywołał go do rzeczywistości. – Rzuciłem wiadro i uciekłem do lasu. Trochę się błąkałem, ale zaraz spotkałem grupę uciekinierów spod Bychawy. Zaczęliśmy organizować siatkę oporu, dołączyliśmy do innego oddziału, stoczyliśmy pierwsze potyczki… Organizowałem zasadzki, akty sabotażu, nękaliśmy szkopów. Było nas coraz więcej. Przemieściliśmy się w rejon Biłgoraja i Lasów Janowskich.

– Ten bagnet…

– Nie próżnował.

Piotr spojrzał w kierunku sterty worków.

– Binia ciągle wspomina waszego dowódcę, Puchacza. Jaki on był? Czy te wszystkie historie o nim, które opowiadali ludzie na całym Roztoczu, były prawdziwe?

Piotr pierwszy raz się uśmiechnął, jakby przypomniał sobie coś miłego.

– Chcesz wiedzieć, jaki był Puchacz? – powtórzył pytanie zięcia. – Po co mam ci to mówić? Przecież ty go znasz!

Staszek zdumiał się.

– Jakże to?

– Znasz go bardzo dobrze… To przecież ja byłem Puchaczem.

Mężczyźni patrzyli na siebie bez słowa. Na zewnątrz znowu zrobiło się spokojnie, wiatr ucichł. Destylator bulgotał uspokajająco, kolejne krople bimbru jednostajnie spadały do kolby. I potoczyła się opowieść Piotra o partyzantce, powojennych szykanach i próbach przyczajenia się w czterech ścianach podwarszawskiego domku. Potem obaj zasnęli i nie powinno nikogo dziwić, że w śnie bardzo się nawojowali.

The post Żywcem nas nie wezmą appeared first on Pro Libris.

]]>
Jeszcze zapiski https://prolibris.net.pl/jeszcze-zapiski/ Thu, 11 Jun 2026 08:26:08 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17229 Czesław Sobkowiak

The post Jeszcze zapiski appeared first on Pro Libris.

]]>

Czesław Sobkowiak

Jeszcze zapiski

Rower

Śniło mi się, że przed sklepem jest mój rower – ku mojemu zaskoczeniu – oparty o pień lipy, jakby czekał na mnie. Na kierownicy zawieszona foliowa torba. Z niej wystaje bochenek chleba i butelka oliwy. Potem obudziłem się. Za oknem na ziemi i daszku szopy szron, jak to na przedwiośniu bywa. Niech tu nie wkracza żadna gwałtowność, tylko powoli, coraz wyżej wspina się słońce.

Nie było

Nie było mi nic potrzebne. Tylko cisza, kontemplowanie, które jednak unicestwiała ciążąca myśl, że komplikacji życiowych nie ma końca. Za mało życia, za mało czasu, daremne chęci, by zajmować się metafizyką istnienia. Ale dał mi sygnał Robert Gawłowski, że przeczytał moje linijki. To ważne, gdy to robi wnikliwy czytelnik.

Dzień

Dzień kolejny, następny, jeszcze jeden. Trudny. Od rana niedobrze. Myśli słabe, ciało słabe. Zimno. Nie chciałem, ale pojechałem. Kupiłem blok papierów. A. poczęstował mnie mocną kawą. Świeciło w pokoju słońce. Rozmawialiśmy. Wszystko to razem, wraz z oglądanymi akwarelami, podniosło mnie. Wracając do domu, przystanąłem na skraju lasu i nazbierałem sporo akacjowych patyków, by napalić w piecu kuchennym. Zbigniew przysłał ekslibris, który mnie zachwycił, a także baranka wielkanocnego i monetę. Wszystko ładnie wyglądało. Natychmiast odpisałem. Odmieniało się to, co rano upadało.

Widok

Za kilka minut południe. Ukończyłem żmudne prace poranne, więc zmagam się ze słowem. Na ogród z okna patrzę codziennie od kilkudziesięciu lat, zwłaszcza gdy jem śniadanie. I nie tylko wtedy. I dzisiaj podobnie. Już czymś niezimowym tchnie ten widok, którego ukształtowanie malarskie lubię. Zmienia się oczywiście z porami roku. Teraz ogród przechodzi ze śnieżnej bieli, która po prostu odeszła, w aktywizujący się łagodny beż. Stanowi ten beż zapowiedź łagodniejszych dni. Takie tonacje mają łozy, suche łozy, trzciny, które muszę wyciąć. Zwisają gęsto poutykane, jedna obok drugiej, jak włosy, cienkie gałązki, w zasadzie witki, wierzby. Na olchach zaznacza się akcent bordowofioletowy, za olchami są pola i łąki, które ciągną się do samej Odry. Dobra to przestrzeń, za chwilę będzie pełna ptaków, owadów, a także wielkich obłoków. Patrzę na to wszystko, jakbym chciał zobaczyć coś więcej. Tego „więcej” jednak żadnym sposobem nie ma. Chwilami kontempluję, a potem idę do pokoju, siadam na twardym taborecie i staram się o natchnienie, zdając się na podszepty wnętrza. Pisać mi nie tylko o tych witkach cienkich, wierzbowych, jakby strumykach, choć one na to zasługują, ale, co ważne w poezji, o dzianiu się przestrzeni życia. A ono ciemnieje. Przestrzeń się łamie.

Styczeń

Udało mi się w styczniu uczestniczyć w kilku niebagatelnych wydarzeniach kulturalnych. Leszek Frey-Witkowski pokazał w styczniu w Norwidzie 50-letni dorobek plastyczny – rysunki, ekslibrisy i plakaty do spektakli teatru Terminus a Quo z Nowej Soli. Ładnie została urządzona ekspozycja jego prac. Towarzyszył jej katalog Kwerenda Powroty (z szerokim wstępem Mirosławy Szott). I coś niebywałego. Publiczność. Bardzo doceniła jego wieloletni wysiłek, ogromny dorobek i dopisała obecnością. Było to wzruszające – gratulacje, kwiaty, wystąpienia. Artysta ze stoickim spokojem i jakąś pokorą przyjmował wszystkie hołdy i wyrazy uznania. Niewiele mówił. Tyle, ile trzeba. Dotknęła go trudna sytuacja zdrowotna. Pomocą służył mu wózek inwalidzki. Lata temu udałem się do Świebodzina „po prośbie” do Freya-Witkowskiego w sprawie właśnie ekslibrisów do zbioru wierszy Wstęp do milczenia. Wkrótce otrzymałem trzy projekty, którymi do dzisiaj dysponuję. Tego samego dnia miała miejsce, już w Sali im. Janusza Koniusza, duża uroczystość, jubileusz 50 lat istnienia i działalności wymienionego wyżej nowosolskiego teatru. Tyle lat. Że też udało się tyle dekad funkcjonować. Tak, udało się, dzięki wytrwałości i zapałowi Edwarda Gramonta. Miejsca wypełniły się do ostatniego. Trzeba było dostawiać krzesła. I dla mnie znalazło się jedno. Na scenie kilka osób – Edward Gramont, Mirosława Szott, Ewa Mielczarek i prof. Daniel Kalinowski, który dawno temu w spektaklach Terminusa brał udział, a teraz bardzo dużo miał do powiedzenia. Zaciekawiała jego narracja. Rozmowa, pełna anegdot i przywołanych sytuacji z dawnych czasów, obejmowała pół wieku pracy, w wielkim samozaparciu, wymagającym pomysłów dramaturgicznych, opracowań scenograficznych, organizacyjnych. Miała też miejsce prezentacja, promocja niebywałej książki wydanej sumptem wydawnictwa Pro Libris – monografii Gramont, w całości zredagowanej i opatrzonej tekstami, wywiadami Mirosławy Szott, która przez wiele miesięcy z pasją zajmowała się tym dziełem, jak i regularnym towarzyszeniem samemu Teatrowi, co nadal ma miejsce. Bez wątpienia nie było to łatwe zadanie – stale bywać na spektaklach w Nowej Soli. I padło też pytanie o kilkanaście osób, które popełniły samobójstwo. Okropne. Nastała chwila milczenia. Chyba zakłopotania. Po tych opowieściach, także wspomnieniach minionych lat, oglądaliśmy spektakl Anna Livia, Gotha potwór oparty na prozie Jamesa Joyce’a. Przypomniano Macieja Słomczyńskiego, wieloletniego tłumacza Joyce’a. W spektaklu w roli głównego bohatera pojawił się Edward Gramont. Taka to jego metoda artystyczna – często osobiście włącza się do gry scenicznej. Zastanawiam się, czy zawsze słusznie. Obejrzałem też na początku lutego sporych rozmiarów wystawę malarską Andrzeja Troca. Czytam, że „stworzył arcydzieło” i „cieszy się międzynarodowym uznaniem”. Wiele jego prac można było zobaczyć w Norwidzie. Wszystkie bogato barwne, przypominające mutacje surrealistycznych przedstawień człowieka, sięganie do jego wnętrza, do obszarów podświadomych. I sfer baśniowych. Można rzec, że nieco wpadające w kolorystyczną monotonię. Ale robiły wrażenie te obrazy, wypełniając salę wystawową. Dzisiaj podejmować surrealną szkołę to duże wyzwanie. Może już anachroniczne. Jedna konkluzja nasuwa się. Latami tworzy się dzieło życia. Potrzebna jest wytrwałość i konsekwencja. To może dać coś ważnego.

W Muzeum

W Muzeum ciągle się coś dzieje. Lubię w nim bywać. Bo cisza służy skupieniu uwagi. Kiedyś, za czasów Jana Muszyńskiego, pracowałem w nim. Czasami obiecuję sobie, że wstąpię obejrzeć wystawę, wernisaż, ale potem zapominam o tym. W lutym jednak nabrałem silnego postanowienia i poszedłem zobaczyć. Zobaczyć malarstwo Basi Bańdy. Na pierwszym stopniu schodów, prowadzących na piętro, natknąłem się na Leszka Kanię. Poczułem się przywitany. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się coś podobnego. Dwie salki tchnęły słoneczną aurą. Z innej strony Bańda pokazała swoje wnętrze. Kiedyś eksploatowała sfery ciemne, brutalne, żeby nie powiedzieć wulgarne (ryzykownie erotyczne), a teraz z płócien emanuje jasność. Artystka chce chyba odnaleźć jakiś inny sens, jakąś ostrą ingerencją, zakłócić przestrzeń swoich – wydaje mi się – duchowych wtajemniczeń, sytuujących się na pograniczu metafizyki. Są rozpływające się barwy pastelowe, niedążące do żadnego konkretu ani ograniczenia, delikatne, niekontrastowane poza drobnymi znakami, liniami. Chce malarka wyrazić tylko tyle, ile już jest w samym kolorze. Oglądający może nawet zastanawiać się, czy to nie za mało w tych jej aktach medytacji i kontemplacji. Zapewne z czegoś oczyszczających. Zastanawiam się, czy da się dalej taką linię utrzymać i dokąd ona ma zaprowadzić? W dużej sali obok wielka wystawa ogromnej ilości fotografii Tomasza Gawałkiewicza, który swoim aparatem wydarł czasowi, by nie minęły na zawsze, mnóstwo sytuacji, zjawisk i wydarzeń. To istny tłum istnienia. Który ma sens. Ma coś zostać, na dowód, że nie było pustki. A w następnych salach, na tym samym piętrze, szeroka wystawa malarska, retrospektywna, poniekąd seniorki naszego malarskiego środowiska, czyli Haliny Maszkiewicz. Dla oka spragnionego realności, dużej gamy barw, nasycenia sztuki życiem, jego realnością, smakiem, urodą była piękna okazja, by delektować się scenami rodzajowymi, biesiadnymi, wypełnionymi radością życia, obecnością winogron, barwnymi pejzażami miasta, autoportretami, portretami bliskich osób i ujęciami natury. Ta sfera natury najbardziej przypadła mi do gustu, mógłbym oglądać i oglądać, nie bez zachwytu, obrazy z kwiatami i krajobrazami (na akwarelach). Taka wielokierunkowość artystyczna tu się sprawdza. Warto mieć w pamięci, że malarka jest też autorką kilku mozaikowych kompozycji. Wiele potrafi Halina Maszkiewicz. A co z Teatrem, co z Filharmonią? Też warto, koniecznie trzeba byłoby tam być, iść, ale mnie się jakoś nie udaje.

Kilka miesięcy

Przez kilka miesięcy wyrywałem niemal codziennie, no może przesada, że aż tak, ale wyrywałem godziny, najczęściej poranne, a niekiedy w środku nocy, by układać wiersze do zbioru Rozmowa w listopadzie. Nikt nie wie, kto nie zajmuje się jakąkolwiek twórczością, jak to jest, co trzeba, by to coś się udało. Nie kilka dni, nie kilka godzin. Więcej trzeba z siebie dać, aby jakiś sens uchwycić. Znaleźć odpowiedni wyraz. Sens. A potem, no właśnie. Siedzi autor w fotelu, jest niby ważne święto, słyszy, co mówią, nie wywołują go, nikt ręki nie zamierza uścisnąć. Nie czuje się żadnego święta. Nie potrzeba. Zmienia się życie. Idą lata wojenne, coraz bardziej ściskają i dociskają do ściany. I co dalej?

Okładka

Za każdym razem, gdy mam już ułożony zbiór wierszy, zastanawiam się, jaki dać tytuł i co na okładkę. To wszystko bardzo ważne. Sfera sztuki daje duże możliwości obrazowania i symbolizowania poezji. Wybrałem np. do zbiorku Powieść ze snu obraz Vermeera (Nalewająca mleko). Jego przedmiotową konkretność poczytałem jako bliską mojej poetyce. Do kilku innych książek wziąłem urocze ujęcia martwej natury nowosolskiej malarki Kamili Marchelek (kiedyś pracowała w Muzeum), które naprawdę mają coś niewysłowienie subtelnego. Lubię kolory. Chętnie też korzystałem z tego, co dają poetyckie wizje Adama Bagińskiego, nieco abstrakcyjne, ale jednak nie do końca, mają w sobie duży potencjał poetyckiego piękna, poruszającego wyobraźnię swoją ulotnością. Znajduję to w jego akwarelach. A tym razem najnowszy zbiór Rozmowa w listopadzie został zaopatrzony właśnie w jesienny, więc poniszczony, pejzaż mojego ogrodu. Pędy pomidorów rzucone na stertę, kołki, łopata wbita w glebę, czarne poletko przekopanej ziemi, jesienią przed mrozami. Wszystko to widać. I derenie przy płocie czerwieniejące się też widać.

Już koniec lutego

Od rana słonecznie, coraz cieplej z każdą godziną. Pogoda nie oszukuje. Przez okno obserwuję kilka ptaków, ale czeka na mnie mój zakątek. Warsztat pracy. Nie odmawiam sobie bywania w nim, bo wiem, że trzeba bywać, dopóki to możliwe.

Rozmowa w listopadzie

Tytuł Rozmowa w listopadzie odnosi się do melancholijnie nastrajającego miesiąca roku, ale i szerzej, czyli do refleksji o publicznych sprawach, dotyczących losu wspólnoty społecznej w Polsce. Jedno i drugie tu zapisałem w materii poetyckiej. Chyba silniej niż poprzednio. W pewnym momencie imponderabilia domagają się wyrażenia. Mają w literaturze wagę i uzmysłowiają powagę życia. Wielcy poeci, pisarze wokół nich snuli swoje istotne narracje i refleksje. Dzisiaj autorzy, zwłaszcza młodego pokoleniu, raczej nie chcą się na to zdobyć lub nie potrafią. Można rzec, że poziom refleksji obniżył się. Ta sfera wymaga trudu artystycznego. No cóż, myśli muszą być wyraziste, dawać spojrzenie uogólniające, uporządkowane, a zjawiska zostać nazwane. To jest u Herberta, Różewicza, Szymborskiej. Młode pokolenie wikła się w skomplikowane, chaotyczne, niejasne obrazowania, bo mają być oryginalne, ale jest nagromadzony w nich subiektywizm, relatywizm, pełno jakichś wiwisekcji podmiotowych o skomplikowanej wymowie i tkance skojarzeniowej, więc są często nużące, co czytelnika zniechęca. Obsesje incydentalnie jako prowokacje mają jakiś sens, ale na krótko. Poezja jest po to, by do niej wracać.

Spotkanie z Karolem Maliszewskim

Zabrakło mi czasu, by pojechać do Norwida na to spotkanie. Powinienem mieć czasu sporo, a mam go coraz mniej, więc nie zdołałem uczestniczyć. I sił mniej. Maliszewskiego analizy i pojmowanie literatury jednak cenię. Tę wrażliwość na rodzenie się nowych osobowości twórczych i zjawisk. Szkoda, że pewne spotkania nie są rejestrowane, tak by można było je z pożytkiem odsłuchać, bo są to treści często bezcenne – te autorskie odsłony myśli, wynurzenia, prywatność, cały świat twórcy.

Książka

Z nową książką jednak jest jak z narodzonym dzieckiem, wszystkich ciekawi, komentowany jest wygląd. Gdy idzie o książkę, ciekawi edytorska strona, ale i jej zawartość. O moim zbiorku, poza załączonymi w środku świetnymi głosami Mirki Szott, Franciszka Czekierdy i Kazika Skorupskiego, nie docierała do mnie żadna szersza czytelnicza opinia. Aż tu dwa dni temu znalazłem dłuższy mail od Joanny Lehman, która, jak się okazuje, czyta wnikliwie i sensownie pisze, więc kilka zdań zacytuję: „Bardzo czytelna jest Twoja deklaracja, że obchodzi Cię »realny widok za oknem skaleczony« i w zasadzie wszystkie wiersze mówią o zwyczajnej codzienności, opisujesz te »szare rzeczy«, z którymi »z każdym krokiem idziesz dalej«. Nie ma w tym już wyraźnego światła z poprzedniego tomiku. Ołówek leży martwy, nie ma miejsca na sen, ludzie »kruszą się«. Rzeczywiście Twój świat przypomina zgaszony, pozbawiony światła listopad. Pozostaje tylko zauważać kształt jednej chwili, żyć drobiazgami, »żyć w płatku który upada z wierzby«. Te wiersze mówią prawdę o życiu. Raczej przygnębiają, mimo że jest w nich zgoda na przemijanie i czasem uśmiech, błysk w wodzie. Jednak mocniej wybrzmiewają słowa: »I nie ma komu wracać znikąd/ pod adres którego nie ma«, »ktoś pisze w ciszy nad ranem bez nikogo«. Jakby Twój świat pozbawiony był relacji, bliskości, ciepłych uczuć. Te dotyczą tylko drobin, błysków w przyrodzie. Ale nawet błękit może stać się czarny i »zostajemy na ulicy wobec ścian«. Piszesz »zajmuję się trwaniem szklanką i wodą”. Dodajesz, że także – »zbieraniem blasku«”. Jakże trafnie. Przeczytałem i wszystko się zgadza. Treść w zarysie została ujęta. Gdyby tak istotne odczytania były powszechniejsze, to i poezja w ogóle byłaby w lepszej sytuacji. Poprzez tekst Joanny też swoje wiersze odczytywałem jakby pełniej, na nowo. O dziwo.

Jeszcze Eugeniusz Kurzawa

Nikt nie zaprzeczy, że Eugeniusz Kurzawa jest pracowitym pisarzem. Zarówno w poezji, jak i w prozie ściśle zajmuje się tym, co jest najbliżej z jego osobą związane. Wystarczy tylko przywołać jego dokonania. O tym one świadczą. Jako poeta wydał kilka refleksyjnych zbiorków wierszy, ściśle łączących się z jego osobą. Nacechowane są one dość pesymistyczną tonacją, „obok wyrasta lęk”. Autor patrzy na swoje życie z dystansem, zwłaszcza w ostatnim zbiorku Poeta pisze do nicości, jak na niezbyt udane, docenione, i prześladuje go trudna myśl: po co to wszystko? I także obsesyjnie pojawia się myśl o śmierci, np.: „rano pora na umieranie”. Kilka zdań o tym zbiorku napisałem w posłowiu Rozpisywanie Cienia. Żyjemy, znikniemy. I nic. Nikogo to nie obchodzi. Polemizować trudno. Jednak cóż więcej pozostaje po człowieku, jeśli nie ślad? Cegiełka. Takim śladem, dobrym w moim przekonaniu, jest poświęcenie przez Kurzawę sporej pisarskiej i redakcyjnej uwagi regionowi, z którego się wywodzi, czyli Regionowi Kozła. Wydawał, przypomnę, swoje „Komunikaty”. Dużo w nich publikowałem. Opisał też autobiograficznie w książce Rynek 11 młodzieńcze lata swojego życia, dom rodzinny, ojca, czas dojrzewania, szkołę w Zbąszyniu, posługę ministrancką. A teraz ukazała się następna proza. Ładnie, trzeba przyznać, wydany Plac Słowiański 12 (wydawnictwo Pro Libris). I te doświadczenia, ten przedstawiony studencki czas, różne sytuacje, doznania nie są „niczym”, lecz jednak wartym uwagi dodatkiem do kulturowego obrazu tego miasta, Winnego Grodu. Stoi za tym dawka autentyzmu. I dobrze, że swoimi narracjami Kurzawa włącza swoją tu obecność.

Od siebie

Oczywiście. Zainteresowanie czytelnicze wspiera sens tworzenia, nawet gdy nie obejmuje całej jego przestrzeni. Nie o to chodzi, by wszystko objąć. Ale o to, by najpierw zdołać wejść do środka. Dopiero potem, gdzieś głębiej zobaczyć więcej spraw. Czytanie to bowiem wchodzenie w obszary tajemnic.

Ale

Przykre, ale konieczne. Ubrany w kurtkę i czapkę na głowie siedzę w pobliżu okna i czuję dokuczliwy od niego ciąg, więc zimno idzie po plecach. Okna kiedyś były nowe, teraz są stare. Trzeba więc to rozumieć.

Do kogoś

Piszę, co myślę i jak różne sprawy widzę, w tym względzie chcę być wobec siebie uczciwy. Mówienie prawdy wynika z szacunku dla drugiej osoby. Chyba to da się zrozumieć.

Poezja

Dekady lat za mną. Nigdy nie zapominałem o znaczeniu poezji. Szukałem do niej jakichś ścieżek, furtek, by je otworzyć. W sobie otworzyć. I cóż z tego, że płaciłem cenę, że starałem się?

The post Jeszcze zapiski appeared first on Pro Libris.

]]>
Drabble https://prolibris.net.pl/drabble/ Thu, 11 Jun 2026 08:08:44 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17212 Krzysztof Dąbrowski

The post Drabble appeared first on Pro Libris.

]]>

Krzysztof Dąbrowski

Drabble

 

Dziwny miś

Odkąd czteroletnia Ola dostała misia, była bardzo zasmucona.

Myślała, że ledwie się zobaczą, a stworzą nierozłączny duet, robiący wszystkim psikusy, a tymczasem misiek był jakiś dziwnie nieskory do zabawy.

Na pyszczku miał specyficzną, jakby nadąsaną minę, a oczy pozbawione iskierek radości. Na dodatek milczał jak zaklęty.

Jakiś obrażalski, tylko o co mu chodzi? Przecież ledwie się zobaczyliśmy… – pierwszego dnia dziewczynka zastanawiała się, czym podpadła pluszakowi.

Próbowała do niego zagadywać, tuliła go i głaskała, ale nic nie pomagało – od tygodnia miś miał ciche dni.

W końcu rzuciła go w kąt i przestała się nim bawić.

I tak oto Ola wyrosła z misiów.

Gangsterskie pogaduchy

Al Ciapone i Mleczny Miki spotkali się na neutralnym gruncie, w pubie „Pod Ciaputkiem”, by pogadać o ostatnich porachunkach między ich rodzinami.

W pewnym momencie Al, który z natury jest trochę zboczony, jak zwykle zboczył z tematu:

– Miki, ty mi powiedz, czemu ty zawsze mleko pijesz?

– Nie uwierzysz, ja nadal mam mleczne zęby.

– Coś mi tu śmierdzi…

Miki pociągnął nosem.

– Nic nie czuję.

– Chodzi mi o to, że chyba kręcisz – wyjaśnił Ciapone i łyknął piwa.

Miki zakręcił doczepianym blond warkoczem i odparł:

– Dobra, masz mnie. Tak naprawdę piję mleko, bo zamierzam być wielki. Kiedyś, jak już dorosnę, chcę dostać Nagrodę Nobla.

Już jutro…

Do sali tronowej wpadł zziajany służący.

Nie ośmielając się podnieść wzroku na władcę, natychmiast padł na kolana i pokornie zwiesił głowę, której miał nadzieję nie stracić po tym, co mu zaraz powie.

– Panie, wybaczcie, ale przynoszę niecierpiące zwłoki wieści.

– Mówcie – basowy głos władcy rozniósł się echem po sali.

– Już jutro na Netflixie będzie Wiedźmin.

– Możesz odejść.

– Tak, panie. – Nie podnosząc głowy i nie odwracając się doń plecami, służący pospiesznie wycofywał się ku drzwiom.

– Wyjdźcie wszyscy – zarządził władca.

Rozległy się zdziwione szmery, ale już po chwili król został sam.

Kim jest ów Wiedźmin? – dumał zaniepokojony. – A ten cały Netflix, czy on ma ostre kły?

Księga mądrości

Wiekowy kocur pochylił się nad księgą mądrości – wszak człowieki twierdziły, że zawarta jest w niej cała ludzka wiedza.

O ile są na tyle mądrzy, by jakąś mieć – pomyślał ze zwątpieniem.

Jeszcze bardziej zrzedła mu mina, gdy wlepił wzrok w ciąg znaczków, z których doprawdy nic nie rozumiał.

Ale nie mógł dać tego po sobie poznać! Bo przecież siedziała przed nim cała młoda kociarnia.

Postanowił więc udawać mądrzejszego, niż był w rzeczywistości.

– Drogie kocięta, słuchajcie mnie uważnie, albowiem odczytam wam, co jest napisane w tej wielce uczonej księdze. A pisze tu tak: Na początku nic nie było. Aż tu nagle stał się kot!…

The post Drabble appeared first on Pro Libris.

]]>