Implozja

Anna Witkowska

Implozja

 

– Szefie! Buganowowi całkiem odbiło! Zwozi odpady radioaktywne do sali reaktora!

W pomieszczeniu zapadła cisza.

– Pilnuj języka… Co ty wygadujesz?

– Założył na siebie dwa kombinezony ochronne, wziął taczkę, przymocował do niej ołowianą blachę i zaczął zwozić nią beczki! Pojedynczo, inaczej nie dałby rady. Nie wiem, od kiedy to robi, bo obok reaktora stoi ich już na oko ze sto!

Dołatiw zmierzył Tobołowa swoją monobrwią, nadpalony papierosem z prawej strony wąs zadrżał.

– Dobra, szlag! Tirow i Abusajko, idźcie zobaczyć, co tam się odjedwabnia! A wy, Musiejewiczu, róbcie to, co umiecie najlepiej.

– Ale ja nie chcę…

– Nie ma gadania! Bierz tę wajchę, jak bierzesz tłuczek, kiedy rozcierasz masło z jajkami na cholerny makowiec i powoli obniżaj. Przez tego idiotę będziemy musieli wszystko powtarzać. Władza zrobi z nas maślankę…

Cisza nie mogła być już cichsza, ale atomy w powietrzu dodatkowo zastygły.

Czego nie można było powiedzieć o tych w reaktorze.

– Szefie, zielone pali się na zielono coś za dużo, tamtych słupków na pomarańczowo jest za wysoko w kolumnie, a tu, tu… tu miga coś, co nawet nie ma diody! Chyba tracimy kontrolę.

– Nie można tak już dłużej, szefie, musimy zmniejszyć moc – dodał Myszenko.

– Inaczej będzie powtórka z „nie wolno mówić czego”!

Dołatiw zwrócił się do wielkiego, brzydkiego monitora nad konsoletą.

– Myszenko, wciśnij losowanie.

– Szefie, w takiej chwili? Zaraz wszystko wybuchnie!

– Nie dyskutuj. Wszechmoc władzy nas oświeci.

Myszenko westchnął. Odwrócił się do monitora, zamknął oczy, pochylił podbródek, wziął do ręki pudełko zawieszone na metalowym łańcuchu sprzężonym z całym tym tałatajstwem.

– Niech się dzieje…

Zatrząsł mocno pudełkiem, które wesoło zagrzechotało.

Wszyscy spojrzeli z nabożeństwem na monitor.

„PO PTOKACH” – brzmiał napis kilkumetrowymi literami.

„No to już po nas…” – Dołatiw pomyślał, ale broń Boże nie powiedział.

Tirow i Abusajko wpadli do sali.

– Trzysta!

– Trzysta czego, czerepy?!

– Pojemników z odpadami! On, on… on nie biega, on krąży jak jakaś pomylona pszczoła, prawie go nie widać, jak przemyka! Nie dało się go dotknąć, taki gorący. Trzeba by go zestrzelić, ale jak – w hali reaktora, pełnej tych cholernych beczek?!

– Biegnijcie po węże z wodą i zmyjcie go ciśnieniem.

Jak wbiegli, tak wybiegli, potykając się o siebie.

– Musiejewicz, wyłącz te migające czerwone duże, na te pomarańczowe rzuć fartuch, zielone zignoruj, i tak nic nie dadzą.

– Szefie, mamy udawać, że nie ma wszystkich megakrytycznych kontrolek, które nas uprzedzają przed katastrofą?

– Jakich kontrolek? – Dołatiw zasłonił panel własną osobą i kołysał się na prawo i lewo, żeby zasłonić wszystko migające.

– Szefie, nie damy rady! – Myszenko przytulił pudełko do mokrego policzka, a potem zaczął się nim stukać w czoło. – Nie damy rady!

Dołatiw wypuścił powietrze, jego ramiona opadły. Ze stoickim spokojem sięgnął do kieszeni i zapalił papierosa.

– No właśnie, nie dacie rady. Ja tylko przyglądam się waszej klęsce i niekompetencji. Myszenko, przestań się mazać!

– Zmyty! – krzyknął Abusajko, lądując na brzuchu za drzwiami.

– Poleciał! – zawtórował mu Tirow, wjeżdżając siłą rozpędu.

– Gdzie poleciał? – Monobrew Dołatiwa dotknęła czubka nosa.

– Przez jedną szparę, co się zrobiła, jak słup wyskoczył z reaktora. Buganow poleciał w dół, słup też i aż chlusnęło. Raczej po nim.

– Co z beczkami?

– Jedna wturlała się zaraz za nim i zaraz przed słupem, idealnie się wpasowała w otwór, skubana.

To był moment, w którym świerszcze zapomniały, jak grać.

– Wszyscy usiedli. Dołatiw oparł się o konsoletę i długim, starannie wyreżyserowanym i idealnie wkomponowanym w tę scenę wzrokiem sięgnął w końcu monitora. Z napisu pozostało „PO”.

*

Aleksiejka obudziła się cała czerwona, serce chciało w połowie wyskoczyć jej z piersi, a w połowie jakby zamarło i zapadło się do środka. Objęła dłońmi głowę i zaczęła krzyczeć, jakby ją skórowali żywcem. Mózg się palił i promieniował we wszystkie strony, co najgorsze – najsilniej do wewnątrz.

*

– Pani Pabjanowo, to nie jest prawdziwa choroba.

– A co, doktorze Łodwita?

– Nazywają to schizofrenią radioaktywną, ale to mit. Promieniowanie nie powoduje chorób psychicznych.

– Dlaczego więc tak to nazywają?

Doktor Łodwita wzruszył ramionami ledwo widocznie.

– Dziś każdy chciałby uchodzić za męczennika albo za bohatera wojennego; prawda jest taka, że niebo jest wszędzie różowe i pomarańczowe, może to dziwne kolory, ale nosi pani przecież pancerne okulary. No właśnie, nosi pani! I córka też! To chroni nas przed promieniowaniem, tak jak te folie w oknach. Tu machnął na okno, jakby odganiał muchę. To wszystko nas chroni. Pani jest zdrowa, ja jestem zdrowy, a córka jest chora. Nie trzeba było terapeuty, nagrzebali państwo w traumach, wywrócili podświadomość na drugą stronę i takie są tego skutki. Pod, widzi pani, pod…. Jeśli coś ma ten przedrostek, powinno zostać tam, gdzie jego miejsce. – Dokończył pisać receptę zamaszystym ruchem. – Przepisuję ksenon, dawki bez znaczenia, tylko niech bierze na czczo, po porządnym szorowaniu zębów.

– A świadomość, panie doktorze? – zapytała nieśmiało kobieta, ocierając chusteczką łzę.

– Świadomość, towarzyszko… to wróg publiczny, którego ludzie o zdrowych zmysłach sobie nawet nie życzą.