Stróż

Jakub Ząbkiewicz

Stróż

 

Pobudka. Czwarta z minutami. Która? Mógłbym spać do piątej, ale muszę mieć trochę czasu dla siebie, żeby się przystosować. Odsłaniam zasłony. Ciemnica. Idę nastawić wodę, zanim Gruzini i Ukraińcy zajmą mi łazienkę. Jestem pierwszy. Może przesadzam? Kto wie, czy oni w ogóle idą do łazienki. Vlad pracuje w fabryce z dostępem do prysznica. Wiem, bo robiłem tam trzy miesiące. W fabryce. Osiemset osób na dwie kabiny z zimną wodą. Przynajmniej darmową, a w tych czasach nic nie jest pewne, nawet uczciwie opłacany dach nad głową. Myję się, golę, wycieram. Reszta śpi.

Nie zapominam o identyfikatorze. Takim do odbijania, żeby ten, który szczodrobliwie płaci mi za stróżowanie na placu budowy, wiedział, że się nie obijam. Odbijam się, czyli pracuję. Patrzę, pilnuję, wpuszczam i wypuszczam. Nic trudnego. To dobrze, bo trudno mi się skupić. Overstimulated. Na szczęście nie mam autyzmu. Chociaż i tego nie wiem, miałem iść, a nie poszedłem. Do psychiatry. Może tam znalazłbym odpowiedź na to, kim jestem.

Wybrałem sobie takie życie. Bylejakość. A wydaje mi się, że dużo we mnie świadomości. Kiedyś nie lubiłem myśleć o pieniądzach, ale tutaj, po tylu latach, w moim wieku, myśl o pieniądzach jest jak żądza krwi, która musi się rozlać. Nie mogę już bujać w obłokach. Minęło. W tych fabrykach spotkasz więcej niespełnionych artystów niż w jakimikolwiek innym miejscu. A u mnie, na ochronie, stróżuję na wypadek złapania bezrobotnego złodzieja, który próbuje wynieść szlifierki, kątówki i wyrzynarki do pilśniowych płyt. Złodziej to też, najpewniej, niespełniony malarz albo poeta.

Dotarłem. Na plac budowy. Trzeba przyłożyć kartę do czytnika; to jest jak płatność kartą. Wtedy wiadomo, że byłem tu, w jednym z punktów kontrolnych. Nigdy nic się nie dzieje. Kradną, ale drobne rzeczy. Z większymi mają problem: wymagają transportu. Spokojnie. Nie narażałbym się dla łapania malarzy. Albo poetów. Nie lubię graficiarzy, ale oni zjawią się dopiero, kiedy remont kamienicy dobiegnie końca. Wtedy mnie tu nie będzie, ale pewnie będę wracał, tak jak mordercy mają w zwyczaju wracać na miejsca swoich zbrodni. Moją zbrodnią jest jedynie to, że pozwalam sobie akceptować taką robotę. Przyjść, odbić się, zrobić kółeczko i odbić jeszcze raz. Patrzeć.

A moi koledzy z dzieciństwa robią kariery. Nie zazdroszczę. Czego? Aha, pieniędzy. Wspominałem już o pieniądzach, prawda? Mnie nie zależy. Chyba nie aż tak, nie mam parcia, żeby być bogatym. Chyba nie. Lubię mieć pieniądze. Chciałbym mieć pieniądze. Problem w tym, że nie jestem sumienny ani pracowity. Wspominałem o ambicji? Nie jestem taki. Bycie ochroniarzem jest przeciętne. Nikt nie chce być przeciętniakiem. A ja jestem. I pewnie wielu jest. Gruzini i Ukraińcy, ja i moi rodacy z Polski. Ten, który nie radzi sobie we własnym kraju, wyjeżdża i liczy, że w nowym miejscu wszystko się odmieni. Zmienia się waluta i język. Reszta bez zmian. Ale wrócić do siebie nie można. Trzeba się dorobić. Ja też muszę.

Dlatego robię pierwsze kółeczko. Wte i wewte. Kręcę się i rozglądam po budowie. Nigdy nic się nie dzieje. Nie łapię poetów i malarzy. Płacą mi za to tyle, że po roku roboty, przy odpowiedniej dyscyplinie i oszczędzaniu, może uda mi się odłożyć na dwunastoletni samochód. To już coś. Coś bym miał. Doszedłbym do czegoś. Teraz dochodzę do kolejnego punktu kontrolnego. Przykładam kartę. Nie działa. Wyskakuje błąd. Powtarzam czynność. Error.

Coś się zawiesiło. Albo ta moja karta. Może z nią jest coś nie tak. Nie wiem. Stukam w czytnik raz i nic. Jest coś napisane w obcym mi języku, a ja nie znam obcych języków. Uderzenie pięścią nie pomogło, trudno. Lepiej przeczyszczę kartę. Potrę ją o kurtkę. Jeansową mam, jeszcze nie jest tak zimno. Trę, pocieram, aż czuję elektryzowanie we włosach. Pocieram z całej siły, albowiem odbicie na zegarze to mój priorytet, najwyższa wartość bycia ochroniarzem. Wycieram tak, jak moja babka prała koszule na tarce z aluminium.

Skruszyło się. Paznokieć może. Jest krew. Jest krew na złamanej karcie. Przełamanej wpół, ostrej jak brzytwa. Szczypie. Ta ranka jest śmieszna, ale nie daje mi spokoju. To nawet nie jest ból, ale coś w rodzaju bólu, to szczypanie. Wszystkie kary na mnie idą, mawiał zasłużony klasyk. Zawsze na mnie. Znowu dałem się trafić. Co robić?

Albo zadzwonię do koordynatora ochrony, mojego przełożonego. A może nie zadzwonię i zrobię obchód po swojemu. Sednem mojego zajęcia jest przecież pilnowanie, żeby nic z terenu budowy nie zniknęło. To, co przeszedłem, te dwieście, trzysta metrów, to było czysto. Nikogo nie widziałem. Kamery są nawet, o. Są kamery, więc sobie obejrzą film. Obejrzą, a kamery nie kłamią. Ja też nie, ale mi nigdy nie wierzą. Kamera opowie za mnie.

Idę dalej. Punktów mam z dziesięć. Już nie pamiętam, mniej lub więcej dycha. Czyli to będzie tak, że oni obejrzą ten film, jak ja idę teraz. Musi to jakoś wyglądać, że sumiennie zaglądam w każdą dziurę i doglądam, czy wszystko jest na swoim miejscu. Chyba jest. Nikogo tu nie ma oprócz mnie. Niemożliwe, żeby coś miało rozpuścić się, wyparować. Nawet wejść tu, na teren ogrodzony drucianym płotem, to wyzwanie jest. Nie dla artystów. Czytałem kiedyś, że człowiek potyka się nie o góry, a o kretowiska. Któryś to filozof grecki powiedział, chyba. Potknąłem się i ja, o puszkę spreju. Nie panikuję. Budowlańcy zostawiają różne puszki i też są malarzami. To niekoniecznie graficiarze.

Właśnie, mówiłem już, że nie lubię graficiarzy?