Tatiana Borda
Opowiastki
Artysta
Artysta nie tworzy dlatego, że tak wypada, że ma ochotę, że dostał zamówienie… Artysta tworzy, bo musi! Musi, bo nie wytrzyma, oszaleje, rozszarpie go ta siła, to przesłanie rosnące z arytmetyczną precyzją, namnażające się jak komórki, które się dzielą, rozrastają, tworząc nowe życie, nowy kształt, nowy byt, zmuszając go, by wstał w ciemności z ledwie co nagrzanego łóżka, aby zapisać, naszkicować, wypróbować… Przesłanie nieakceptujące zwłoki. Sygnały z wnętrza, z uniwersum, z jedynego centrum istnienia, jego istnienia. Wchłania wszystko jak gąbka. Wszystko, co jest piękne, czyste, wzniosłe, ale jeszcze bardziej to, co brudne, brzydkie, nieszlachetne. Zbiera obrazy, uczucia, ból, cierpienie, żre to wszystko, zapycha tym usta, kieszenie, kieszonki, plecak, walizki, reklamówki. Zbiera, żre, wchłania, zbiera, pochłania, zapija winem, wódką, żalem. Przeżuwa, przerabia, trawi, rzuca to wszystko na płótno, na papier, uderza w struny, klawisze, beka do trąbki, wymiotuje literami, słowami, zdaniami, notami, akordami. W skurczach wije się na ziemi, skręca ciało w szalonym tańcu do rytmu dźwięku, który bębni mu w głowie. On musi zbierać, wchłaniać, przeżuwać, trawić, rzygać. Musi czyścić, przetwarzać, przekształcać, tworzyć, zbawiać świat na nowo, codzienne, bo w przeciwnym razie wszystko zapadłoby się w sobie, do czarnej dziury tandety i zapomnienia, na zawsze…
Batonik
Stoi obramowany futryną drzwi, czekając na następnego klienta. Nieoczekiwanie młody, ubrany w dżinsy i obcisłą czarną koszulkę, skanuje mnie od stóp do głowy. Rejestruje sposób, w jaki się poruszam, jak jestem ubrana, ton głosu, jakim się witam. Zna się na ludziach. Już mnie oszacował. Zaszufladkował do kategorii, podkategorii, do działu. Jego pytanie i moja odpowiedź, dlaczego tu jestem, są tylko formalnością. Siada za biurkiem i odpisuje moje dane ze świstka, który mu wręczyłam. Stoję przed biurkiem i czekam. Czekam, co mi powie. Czekam na informację, co mam zrobić. Czy usiąść na krzesło przed biurkiem, czy tylko stać i czekać, aż skończy pisać na swoim „chic” laptopie. Stoję, czekam i obserwuję.
Na oparciu krzesła ma zawieszoną skórzaną kurtkę, włosy spięte w kitkę, a nad uszami bardzo krótko przycięte. Widać, że chodzi na siłownię, ale nie jest bodybuilderem. Na ręce ma bransoletki. Próbuję do niego dotrzeć, nawiązać kontakt, chociaż wzrokowy, ale daremnie. Patrzy skoncentrowany na ekran swojego „chic” laptopa i nie obdarzy mnie swoim spojrzeniem.
Na pustym biurku oprócz laptopa leży także batonik. Zwykły batonik. Pytam, czy lubi batoniki. Zdziwiony pytaniem odrywa oczy od ekranu, mówi „tak” i dalej pisze. Stoję, czekam, obserwuję. Przeszklona ściana za nim jest zakryta beżowymi lamelami. Na ścianie po lewej, przy której stoi kozetka i urządzenie do diagnostyki, jest naklejona cyfrowa fototapeta tańczącej kobiety bez skóry, „ubranej” tylko w muskulaturę… Za chwilę będę leżeć na leżance pod fototapetą, młody mężczyzna wyciśnie mi na brzuch trochę żelu i pojeździ po nim digitalowym czytnikiem, patrząc znów na ekran komputera. Po krótkiej chwili dostanę listek papieru, aby zetrzeć żel z brzucha i znów będę stać i czekać przed biurkiem, za którym on będzie siedzieć i pisać. Po intymnym odkryciu swojego brzucha daję sobie prawo, by usiąść na krześle i czekać na siedząco. Na biurku leży batonik. Jestem głodna. Jest późne popołudnie, a ja dzisiaj jeszcze nic nie jadłam. Czuję, jak zbiera mi się ślina.
Siedzę, obserwuję i próbuję nie myśleć o bolącym, pustym żołądku, o batoniku. Młody człowiek przestał pisać, a na moje pytanie o wynik badania odpowiada, że wszystko jest napisane, pani na recepcji mi to wydrukuje i poda następny termin za pół roku. Dodaje jeszcze, że płacę u niego. Wyciągam z portmonetki odliczone kolorowe papierki i kładę je na biurku, między „chic” laptop i batonik. Wychodząc, mam uczucie, jakbym miała w brzuch wbity rozżarzony nóż.
Bójka
Biją się. Tuż pod moimi oknami. Ich rozjuszone sylaby, stękanie, sapanie mieszają się z warczeniem silników samochodów. Dwie grupy młodych mężczyzn trzymają dwóch narwanych byków, rozwścieczonych, aż po brzegi wypełnionych adrenaliną. Gruby się wyrywa, potyka o własne nogi, dresowe spodnie zjeżdżają mu z tyłka i obnażają rowek. Kumple łapią go, on się wyrywa, a teraz tęgi brzuch wyskakuje mu ze spodni. Schyla się do ziemi i podnosi kamień. Silniki samochodów mruczą. Przeciwnik grubego, długi z czarnymi włosami, wyglądającymi jak niechlujnie zrobione gniazdo ptaka, coś gada i próbuje się wyrwać z jarzma kolegów. Jeden odważny staje między nimi i otwiera ramiona jak Jezus na krzyżu. Obok przejeżdża samochód i staje opodal. Prawdziwa bójka to coś lepszego niż film w telewizji. Szkoda przegapić okazję… Odchodzę od okna. Nie chcę patrzeć na ich kipiący testosteronem, gotujący się adrenaliną taniec. Nie lubię azjatyckich walk kogutów ani hiszpańskiego wylewania krwi na arenach. Nie znoszę boksu, wojen, zabijania, braku komunikacji i dyplomacji. Odchodzę. A wy młóćcie się, rzucajcie w siebie kamieniami i przekleństwami. Gotujcie się, niech wam adrenalina wyparuje, a testosteron niech wysypuje się wam z jąder. Bo nic się nie zmieniło od czasu, gdy wyrywaliście muchom skrzydła, podpalaliście kotom ogony, szarpaliście dziewczyny za włosy i biliście młodszych i słabszych…
Ci, którzy zostali
Ci, którzy zostali, spotykają się dalej na ulicach, w korytarzach, w kawiarniach… Siedzą tam na swoich ulubionych miejscach i piją jak zawsze, od lat, swoje espresso, cappuccino czy tylko zwyczajną kawę. Do tego sączą – jak od lat – ten sam aperitif czy wino. Tym, którzy zostali, przemijają dni, miesiące, lata, tak jak zawsze. Czasami wydarzy się coś nadzwyczajnego, co zaburzy wyuczony, sprawdzony porządek, ale za chwilę wszystko wraca do normy i znów przesiadują w kawiarenkach przy swojej „jak zawsze” kawie. Ci, co odeszli, zostawiają za sobą pustkę, dziury w przestrzeni, puste krzesła przy stoliku w kawiarni, w popielniczkach niedopalone, na szybko zgaszone pety, na obiciach krzeseł wysiedziane dołki, w butelkach na barze niewypite kieliszki ulubionego trunku… Są obecni w rozmowach, wspomnieniach, w anegdotach, które się z czasem ulatniają jak dym z papierosów tych, którzy o nich mówią. Z biegiem czasu rozmów jest mniej i na krześle przy stoliku zadomowił się ktoś inny. Wspomnienia straciły kolory, zapachy, napięcie. Już nie nakręcają tych, co zostali. Zastąpiły je fikcje, nowe opowiadania posklejane ze strzępów starych wspomnień, pokolorowane, okraszone wyobraźnią i fantazją tych, co zostali. Nowe anegdoty zapalają iskry w oczach, wibrują nad stolikiem w kłębach dymu z papierosów i wypełniają gapiącą się pustkę w przestrzeni, którą zostawili po sobie „Odeszli”. Ci, co zostali, kręcą swoje kółka na ulicach, w korytarzach, w kawiarniach, piją kawę w swojej bezpiecznej codzienności, czekają, aż znów ktoś odejdzie…
