Wiersz [Pogoń]

Robert F. Barkowski

 

Pogoń

Przebudziła się przerywając
milczącą fascynację
rozchylonymi kusząco ustami
odbitymi w studni
mych oczu
bezsennych w zauroczeniu
ciepłem
ponętnej bliskości

Można kochać szepnęła
z rozdrażnieniem
dopóty świerszcz natrętny
ciepła nocy nie mąci
Idź przegoń go
urwij mu skrzydła
zalej ścianę wodą
stłamś to cykanie

Pogoniłem w ciemność
przebijaną snopami drgającej
gwiazd poświaty
w nagiej bojowości
gotów do czynów
bohaterskich wobec
złośliwego burzyciela utkanej
w gnieździe rozkoszy

Brzęczał dalej z natarczywą
desperacją skrywając się
pod opuszczonymi
kapeluszami kwiatów
udając wystraszoną jaszczurkę
między traw źdźbłami
zastygając bez ruchu w uśmiechu
kamiennego lwa.

Za mną pustka ugoru
drzew zrąbanych
na kręgach
zwiotczałych traw
Zgliszcza wspomnień
o zatartych konturach
Opętany nieuchwytnym trelem
brnę uparcie przed siebie

Nad brzegiem steranego morza
opadły mnie siły
przecież nie popłynął
z falami
Nadal piłuje
smyczkiem po
strunie melodię przejmującą
żałosnym zwiotczeniem

Przysiadł nieopodal
na liściu walecznego ostu
znużone gałki
ślepi pokryte siatką litości
Wygnano mnie z komina
rzekł smutkiem głębokim
na cóż ty opuściłeś
dobrowolnie piękna skrawek?