Czesław Sobkowiak
Jeszcze zapiski
Rower
Śniło mi się, że przed sklepem jest mój rower – ku mojemu zaskoczeniu – oparty o pień lipy, jakby czekał na mnie. Na kierownicy zawieszona foliowa torba. Z niej wystaje bochenek chleba i butelka oliwy. Potem obudziłem się. Za oknem na ziemi i daszku szopy szron, jak to na przedwiośniu bywa. Niech tu nie wkracza żadna gwałtowność, tylko powoli, coraz wyżej wspina się słońce.
Nie było
Nie było mi nic potrzebne. Tylko cisza, kontemplowanie, które jednak unicestwiała ciążąca myśl, że komplikacji życiowych nie ma końca. Za mało życia, za mało czasu, daremne chęci, by zajmować się metafizyką istnienia. Ale dał mi sygnał Robert Gawłowski, że przeczytał moje linijki. To ważne, gdy to robi wnikliwy czytelnik.
Dzień
Dzień kolejny, następny, jeszcze jeden. Trudny. Od rana niedobrze. Myśli słabe, ciało słabe. Zimno. Nie chciałem, ale pojechałem. Kupiłem blok papierów. A. poczęstował mnie mocną kawą. Świeciło w pokoju słońce. Rozmawialiśmy. Wszystko to razem, wraz z oglądanymi akwarelami, podniosło mnie. Wracając do domu, przystanąłem na skraju lasu i nazbierałem sporo akacjowych patyków, by napalić w piecu kuchennym. Zbigniew przysłał ekslibris, który mnie zachwycił, a także baranka wielkanocnego i monetę. Wszystko ładnie wyglądało. Natychmiast odpisałem. Odmieniało się to, co rano upadało.
Widok
Za kilka minut południe. Ukończyłem żmudne prace poranne, więc zmagam się ze słowem. Na ogród z okna patrzę codziennie od kilkudziesięciu lat, zwłaszcza gdy jem śniadanie. I nie tylko wtedy. I dzisiaj podobnie. Już czymś niezimowym tchnie ten widok, którego ukształtowanie malarskie lubię. Zmienia się oczywiście z porami roku. Teraz ogród przechodzi ze śnieżnej bieli, która po prostu odeszła, w aktywizujący się łagodny beż. Stanowi ten beż zapowiedź łagodniejszych dni. Takie tonacje mają łozy, suche łozy, trzciny, które muszę wyciąć. Zwisają gęsto poutykane, jedna obok drugiej, jak włosy, cienkie gałązki, w zasadzie witki, wierzby. Na olchach zaznacza się akcent bordowofioletowy, za olchami są pola i łąki, które ciągną się do samej Odry. Dobra to przestrzeń, za chwilę będzie pełna ptaków, owadów, a także wielkich obłoków. Patrzę na to wszystko, jakbym chciał zobaczyć coś więcej. Tego „więcej” jednak żadnym sposobem nie ma. Chwilami kontempluję, a potem idę do pokoju, siadam na twardym taborecie i staram się o natchnienie, zdając się na podszepty wnętrza. Pisać mi nie tylko o tych witkach cienkich, wierzbowych, jakby strumykach, choć one na to zasługują, ale, co ważne w poezji, o dzianiu się przestrzeni życia. A ono ciemnieje. Przestrzeń się łamie.
Styczeń
Udało mi się w styczniu uczestniczyć w kilku niebagatelnych wydarzeniach kulturalnych. Leszek Frey-Witkowski pokazał w styczniu w Norwidzie 50-letni dorobek plastyczny – rysunki, ekslibrisy i plakaty do spektakli teatru Terminus a Quo z Nowej Soli. Ładnie została urządzona ekspozycja jego prac. Towarzyszył jej katalog Kwerenda – Powroty (z szerokim wstępem Mirosławy Szott). I coś niebywałego. Publiczność. Bardzo doceniła jego wieloletni wysiłek, ogromny dorobek i dopisała obecnością. Było to wzruszające – gratulacje, kwiaty, wystąpienia. Artysta ze stoickim spokojem i jakąś pokorą przyjmował wszystkie hołdy i wyrazy uznania. Niewiele mówił. Tyle, ile trzeba. Dotknęła go trudna sytuacja zdrowotna. Pomocą służył mu wózek inwalidzki. Lata temu udałem się do Świebodzina „po prośbie” do Freya-Witkowskiego w sprawie właśnie ekslibrisów do zbioru wierszy Wstęp do milczenia. Wkrótce otrzymałem trzy projekty, którymi do dzisiaj dysponuję. Tego samego dnia miała miejsce, już w Sali im. Janusza Koniusza, duża uroczystość, jubileusz 50 lat istnienia i działalności wymienionego wyżej nowosolskiego teatru. Tyle lat. Że też udało się tyle dekad funkcjonować. Tak, udało się, dzięki wytrwałości i zapałowi Edwarda Gramonta. Miejsca wypełniły się do ostatniego. Trzeba było dostawiać krzesła. I dla mnie znalazło się jedno. Na scenie kilka osób – Edward Gramont, Mirosława Szott, Ewa Mielczarek i prof. Daniel Kalinowski, który dawno temu w spektaklach Terminusa brał udział, a teraz bardzo dużo miał do powiedzenia. Zaciekawiała jego narracja. Rozmowa, pełna anegdot i przywołanych sytuacji z dawnych czasów, obejmowała pół wieku pracy, w wielkim samozaparciu, wymagającym pomysłów dramaturgicznych, opracowań scenograficznych, organizacyjnych. Miała też miejsce prezentacja, promocja niebywałej książki wydanej sumptem wydawnictwa Pro Libris – monografii Gramont, w całości zredagowanej i opatrzonej tekstami, wywiadami Mirosławy Szott, która przez wiele miesięcy z pasją zajmowała się tym dziełem, jak i regularnym towarzyszeniem samemu Teatrowi, co nadal ma miejsce. Bez wątpienia nie było to łatwe zadanie – stale bywać na spektaklach w Nowej Soli. I padło też pytanie o kilkanaście osób, które popełniły samobójstwo. Okropne. Nastała chwila milczenia. Chyba zakłopotania. Po tych opowieściach, także wspomnieniach minionych lat, oglądaliśmy spektakl Anna Livia, Gotha potwór oparty na prozie Jamesa Joyce’a. Przypomniano Macieja Słomczyńskiego, wieloletniego tłumacza Joyce’a. W spektaklu w roli głównego bohatera pojawił się Edward Gramont. Taka to jego metoda artystyczna – często osobiście włącza się do gry scenicznej. Zastanawiam się, czy zawsze słusznie. Obejrzałem też na początku lutego sporych rozmiarów wystawę malarską Andrzeja Troca. Czytam, że „stworzył arcydzieło” i „cieszy się międzynarodowym uznaniem”. Wiele jego prac można było zobaczyć w Norwidzie. Wszystkie bogato barwne, przypominające mutacje surrealistycznych przedstawień człowieka, sięganie do jego wnętrza, do obszarów podświadomych. I sfer baśniowych. Można rzec, że nieco wpadające w kolorystyczną monotonię. Ale robiły wrażenie te obrazy, wypełniając salę wystawową. Dzisiaj podejmować surrealną szkołę to duże wyzwanie. Może już anachroniczne. Jedna konkluzja nasuwa się. Latami tworzy się dzieło życia. Potrzebna jest wytrwałość i konsekwencja. To może dać coś ważnego.
W Muzeum
W Muzeum ciągle się coś dzieje. Lubię w nim bywać. Bo cisza służy skupieniu uwagi. Kiedyś, za czasów Jana Muszyńskiego, pracowałem w nim. Czasami obiecuję sobie, że wstąpię obejrzeć wystawę, wernisaż, ale potem zapominam o tym. W lutym jednak nabrałem silnego postanowienia i poszedłem zobaczyć. Zobaczyć malarstwo Basi Bańdy. Na pierwszym stopniu schodów, prowadzących na piętro, natknąłem się na Leszka Kanię. Poczułem się przywitany. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się coś podobnego. Dwie salki tchnęły słoneczną aurą. Z innej strony Bańda pokazała swoje wnętrze. Kiedyś eksploatowała sfery ciemne, brutalne, żeby nie powiedzieć wulgarne (ryzykownie erotyczne), a teraz z płócien emanuje jasność. Artystka chce chyba odnaleźć jakiś inny sens, jakąś ostrą ingerencją, zakłócić przestrzeń swoich – wydaje mi się – duchowych wtajemniczeń, sytuujących się na pograniczu metafizyki. Są rozpływające się barwy pastelowe, niedążące do żadnego konkretu ani ograniczenia, delikatne, niekontrastowane poza drobnymi znakami, liniami. Chce malarka wyrazić tylko tyle, ile już jest w samym kolorze. Oglądający może nawet zastanawiać się, czy to nie za mało w tych jej aktach medytacji i kontemplacji. Zapewne z czegoś oczyszczających. Zastanawiam się, czy da się dalej taką linię utrzymać i dokąd ona ma zaprowadzić? W dużej sali obok wielka wystawa ogromnej ilości fotografii Tomasza Gawałkiewicza, który swoim aparatem wydarł czasowi, by nie minęły na zawsze, mnóstwo sytuacji, zjawisk i wydarzeń. To istny tłum istnienia. Który ma sens. Ma coś zostać, na dowód, że nie było pustki. A w następnych salach, na tym samym piętrze, szeroka wystawa malarska, retrospektywna, poniekąd seniorki naszego malarskiego środowiska, czyli Haliny Maszkiewicz. Dla oka spragnionego realności, dużej gamy barw, nasycenia sztuki życiem, jego realnością, smakiem, urodą była piękna okazja, by delektować się scenami rodzajowymi, biesiadnymi, wypełnionymi radością życia, obecnością winogron, barwnymi pejzażami miasta, autoportretami, portretami bliskich osób i ujęciami natury. Ta sfera natury najbardziej przypadła mi do gustu, mógłbym oglądać i oglądać, nie bez zachwytu, obrazy z kwiatami i krajobrazami (na akwarelach). Taka wielokierunkowość artystyczna tu się sprawdza. Warto mieć w pamięci, że malarka jest też autorką kilku mozaikowych kompozycji. Wiele potrafi Halina Maszkiewicz. A co z Teatrem, co z Filharmonią? Też warto, koniecznie trzeba byłoby tam być, iść, ale mnie się jakoś nie udaje.
Kilka miesięcy
Przez kilka miesięcy wyrywałem niemal codziennie, no może przesada, że aż tak, ale wyrywałem godziny, najczęściej poranne, a niekiedy w środku nocy, by układać wiersze do zbioru Rozmowa w listopadzie. Nikt nie wie, kto nie zajmuje się jakąkolwiek twórczością, jak to jest, co trzeba, by to coś się udało. Nie kilka dni, nie kilka godzin. Więcej trzeba z siebie dać, aby jakiś sens uchwycić. Znaleźć odpowiedni wyraz. Sens. A potem, no właśnie. Siedzi autor w fotelu, jest niby ważne święto, słyszy, co mówią, nie wywołują go, nikt ręki nie zamierza uścisnąć. Nie czuje się żadnego święta. Nie potrzeba. Zmienia się życie. Idą lata wojenne, coraz bardziej ściskają i dociskają do ściany. I co dalej?
Okładka
Za każdym razem, gdy mam już ułożony zbiór wierszy, zastanawiam się, jaki dać tytuł i co na okładkę. To wszystko bardzo ważne. Sfera sztuki daje duże możliwości obrazowania i symbolizowania poezji. Wybrałem np. do zbiorku Powieść ze snu obraz Vermeera (Nalewająca mleko). Jego przedmiotową konkretność poczytałem jako bliską mojej poetyce. Do kilku innych książek wziąłem urocze ujęcia martwej natury nowosolskiej malarki Kamili Marchelek (kiedyś pracowała w Muzeum), które naprawdę mają coś niewysłowienie subtelnego. Lubię kolory. Chętnie też korzystałem z tego, co dają poetyckie wizje Adama Bagińskiego, nieco abstrakcyjne, ale jednak nie do końca, mają w sobie duży potencjał poetyckiego piękna, poruszającego wyobraźnię swoją ulotnością. Znajduję to w jego akwarelach. A tym razem najnowszy zbiór Rozmowa w listopadzie został zaopatrzony właśnie w jesienny, więc poniszczony, pejzaż mojego ogrodu. Pędy pomidorów rzucone na stertę, kołki, łopata wbita w glebę, czarne poletko przekopanej ziemi, jesienią przed mrozami. Wszystko to widać. I derenie przy płocie czerwieniejące się też widać.
Już koniec lutego
Od rana słonecznie, coraz cieplej z każdą godziną. Pogoda nie oszukuje. Przez okno obserwuję kilka ptaków, ale czeka na mnie mój zakątek. Warsztat pracy. Nie odmawiam sobie bywania w nim, bo wiem, że trzeba bywać, dopóki to możliwe.
Rozmowa w listopadzie
Tytuł Rozmowa w listopadzie odnosi się do melancholijnie nastrajającego miesiąca roku, ale i szerzej, czyli do refleksji o publicznych sprawach, dotyczących losu wspólnoty społecznej w Polsce. Jedno i drugie tu zapisałem w materii poetyckiej. Chyba silniej niż poprzednio. W pewnym momencie imponderabilia domagają się wyrażenia. Mają w literaturze wagę i uzmysłowiają powagę życia. Wielcy poeci, pisarze wokół nich snuli swoje istotne narracje i refleksje. Dzisiaj autorzy, zwłaszcza młodego pokoleniu, raczej nie chcą się na to zdobyć lub nie potrafią. Można rzec, że poziom refleksji obniżył się. Ta sfera wymaga trudu artystycznego. No cóż, myśli muszą być wyraziste, dawać spojrzenie uogólniające, uporządkowane, a zjawiska zostać nazwane. To jest u Herberta, Różewicza, Szymborskiej. Młode pokolenie wikła się w skomplikowane, chaotyczne, niejasne obrazowania, bo mają być oryginalne, ale jest nagromadzony w nich subiektywizm, relatywizm, pełno jakichś wiwisekcji podmiotowych o skomplikowanej wymowie i tkance skojarzeniowej, więc są często nużące, co czytelnika zniechęca. Obsesje incydentalnie jako prowokacje mają jakiś sens, ale na krótko. Poezja jest po to, by do niej wracać.
Spotkanie z Karolem Maliszewskim
Zabrakło mi czasu, by pojechać do Norwida na to spotkanie. Powinienem mieć czasu sporo, a mam go coraz mniej, więc nie zdołałem uczestniczyć. I sił mniej. Maliszewskiego analizy i pojmowanie literatury jednak cenię. Tę wrażliwość na rodzenie się nowych osobowości twórczych i zjawisk. Szkoda, że pewne spotkania nie są rejestrowane, tak by można było je z pożytkiem odsłuchać, bo są to treści często bezcenne – te autorskie odsłony myśli, wynurzenia, prywatność, cały świat twórcy.
Książka
Z nową książką jednak jest jak z narodzonym dzieckiem, wszystkich ciekawi, komentowany jest wygląd. Gdy idzie o książkę, ciekawi edytorska strona, ale i jej zawartość. O moim zbiorku, poza załączonymi w środku świetnymi głosami Mirki Szott, Franciszka Czekierdy i Kazika Skorupskiego, nie docierała do mnie żadna szersza czytelnicza opinia. Aż tu dwa dni temu znalazłem dłuższy mail od Joanny Lehman, która, jak się okazuje, czyta wnikliwie i sensownie pisze, więc kilka zdań zacytuję: „Bardzo czytelna jest Twoja deklaracja, że obchodzi Cię »realny widok za oknem skaleczony« i w zasadzie wszystkie wiersze mówią o zwyczajnej codzienności, opisujesz te »szare rzeczy«, z którymi »z każdym krokiem idziesz dalej«. Nie ma w tym już wyraźnego światła z poprzedniego tomiku. Ołówek leży martwy, nie ma miejsca na sen, ludzie »kruszą się«. Rzeczywiście Twój świat przypomina zgaszony, pozbawiony światła listopad. Pozostaje tylko zauważać kształt jednej chwili, żyć drobiazgami, »żyć w płatku który upada z wierzby«. Te wiersze mówią prawdę o życiu. Raczej przygnębiają, mimo że jest w nich zgoda na przemijanie i czasem uśmiech, błysk w wodzie. Jednak mocniej wybrzmiewają słowa: »I nie ma komu wracać znikąd/ pod adres którego nie ma«, »ktoś pisze w ciszy nad ranem bez nikogo«. Jakby Twój świat pozbawiony był relacji, bliskości, ciepłych uczuć. Te dotyczą tylko drobin, błysków w przyrodzie. Ale nawet błękit może stać się czarny i »zostajemy na ulicy wobec ścian«. Piszesz »zajmuję się trwaniem szklanką i wodą”. Dodajesz, że także – »zbieraniem blasku«”. Jakże trafnie. Przeczytałem i wszystko się zgadza. Treść w zarysie została ujęta. Gdyby tak istotne odczytania były powszechniejsze, to i poezja w ogóle byłaby w lepszej sytuacji. Poprzez tekst Joanny też swoje wiersze odczytywałem jakby pełniej, na nowo. O dziwo.
Jeszcze Eugeniusz Kurzawa
Nikt nie zaprzeczy, że Eugeniusz Kurzawa jest pracowitym pisarzem. Zarówno w poezji, jak i w prozie ściśle zajmuje się tym, co jest najbliżej z jego osobą związane. Wystarczy tylko przywołać jego dokonania. O tym one świadczą. Jako poeta wydał kilka refleksyjnych zbiorków wierszy, ściśle łączących się z jego osobą. Nacechowane są one dość pesymistyczną tonacją, „obok wyrasta lęk”. Autor patrzy na swoje życie z dystansem, zwłaszcza w ostatnim zbiorku Poeta pisze do nicości, jak na niezbyt udane, docenione, i prześladuje go trudna myśl: po co to wszystko? I także obsesyjnie pojawia się myśl o śmierci, np.: „rano pora na umieranie”. Kilka zdań o tym zbiorku napisałem w posłowiu Rozpisywanie Cienia. Żyjemy, znikniemy. I nic. Nikogo to nie obchodzi. Polemizować trudno. Jednak cóż więcej pozostaje po człowieku, jeśli nie ślad? Cegiełka. Takim śladem, dobrym w moim przekonaniu, jest poświęcenie przez Kurzawę sporej pisarskiej i redakcyjnej uwagi regionowi, z którego się wywodzi, czyli Regionowi Kozła. Wydawał, przypomnę, swoje „Komunikaty”. Dużo w nich publikowałem. Opisał też autobiograficznie w książce Rynek 11 młodzieńcze lata swojego życia, dom rodzinny, ojca, czas dojrzewania, szkołę w Zbąszyniu, posługę ministrancką. A teraz ukazała się następna proza. Ładnie, trzeba przyznać, wydany Plac Słowiański 12 (wydawnictwo Pro Libris). I te doświadczenia, ten przedstawiony studencki czas, różne sytuacje, doznania nie są „niczym”, lecz jednak wartym uwagi dodatkiem do kulturowego obrazu tego miasta, Winnego Grodu. Stoi za tym dawka autentyzmu. I dobrze, że swoimi narracjami Kurzawa włącza swoją tu obecność.
Od siebie
Oczywiście. Zainteresowanie czytelnicze wspiera sens tworzenia, nawet gdy nie obejmuje całej jego przestrzeni. Nie o to chodzi, by wszystko objąć. Ale o to, by najpierw zdołać wejść do środka. Dopiero potem, gdzieś głębiej zobaczyć więcej spraw. Czytanie to bowiem wchodzenie w obszary tajemnic.
Ale
Przykre, ale konieczne. Ubrany w kurtkę i czapkę na głowie siedzę w pobliżu okna i czuję dokuczliwy od niego ciąg, więc zimno idzie po plecach. Okna kiedyś były nowe, teraz są stare. Trzeba więc to rozumieć.
Do kogoś
Piszę, co myślę i jak różne sprawy widzę, w tym względzie chcę być wobec siebie uczciwy. Mówienie prawdy wynika z szacunku dla drugiej osoby. Chyba to da się zrozumieć.
Poezja
Dekady lat za mną. Nigdy nie zapominałem o znaczeniu poezji. Szukałem do niej jakichś ścieżek, furtek, by je otworzyć. W sobie otworzyć. I cóż z tego, że płaciłem cenę, że starałem się?
