Marcin Waldemar Mielcarek
Osiem pięter w dół
Miałem otwarte na oścież okno, przez które wpadało lipcowe powietrze. Nie czułem się za dobrze, ale w gruncie rzeczy rzadko kiedy czułem się dobrze. Byłem chory albo nie byłem – ot, zagadka. Leżałem i rozmyślałem, ale właściwie to nad niczym konkretnym. Głupia gonitwa białych jak kartka papieru myśli. Książki leżały na podłodze, miałem zamiar się uczyć, taki był plan, ale odechciało mi się, kiedy po południu dostałem telefon, że nie przyjmą mnie do pracy.
– Bardzo nam przykro, ale wybraliśmy kogoś innego – powiedziała kobieta wyraźnie znudzonym głosem.
Na pewno nie było im tak przykro jak mnie, być może wcale, bo słowa przecież przestały cokolwiek dziś ważyć.
W każdym razie chwilę później usłyszałem jakąś melodię. Podniosłem się z łóżka i wyjrzałem na zewnątrz, nurkując głęboko głową w przestrzeni. Na dole, na chodniku, czyli osiem pięter w dół, coś się działo. To był śniady facet z akordeonem, najpewniej Cygan. Grał sobie w najlepsze, patrząc w niebo. Kilka głów podobnych do mojej wychynęło z betonowych dziur. Ktoś coś powiedział, ktoś się zaśmiał, ktoś nawet krzyknął. W dół, bardzo powoli, bujając się na wietrze, zleciał jakiś banknot. Poleciał też drugi i chyba spadła moneta. Facet z akordeonem w końcu sobie poszedł. Ja też wróciłem do łóżka. Zasypiając, przypomniałem sobie, że mój dziadek też grał na akordeonie. Instrument leżał teraz zapewne całkiem zapomniany na strychu rodzinnego domu, pokrywając się kurzem. Tylko przez chwilę przemknęła mi myśl, że mógłbym nauczyć się na nim grać. Jednak wolałbym go sprzedać.
Nie pospałem chyba zbyt długo, znów zostałem brutalnie wybudzony. Tym razem były to głosy dzieciaków, a konkretniej – chłopców. Podniosłem się i spojrzałem na ulicę, ponownie te osiem pięter w dół. Spostrzegłem, że jeden to blondyn, drugi rudzielec.
Przyjemny podmuch wiatru zrazu połaskotał mnie po twarzy. Używali wobec siebie słów obraźliwych, słów, których nie rozumieli, a których pewnie używali ich ojcowie w domowym zaciszu wobec szefów, sąsiadów, piłkarzy, pogodynek, polityków i – co gorsza – pewnie ich matek. Zrozumiałem nagle – niczym bohater u Knuta Hamsuna – że być może powodem mojego złego stanu jest po prostu głód, więc wyłączyłem grające w tle radio, wsunąłem bose stopy w gumowe klapki i wyszedłem z mieszkania. Czekając na windę, słuchałem skocznej muzyki przeciskającej się przez nieszczelne drzwi sąsiada.
Kiedy znalazłem się już na zewnątrz, po dzieciakach nie było śladu. Słońce natomiast musiało się na mnie uwziąć, bo promienie padały prosto na moją twarz, tak mocno, że musiałem mrużyć oczy. Przeszedłem na drugą stronę ulicy i chodnikiem ruszyłem w dół. Niezbyt zaciekawiony przyglądałem się zaparkowanym autom. Nie stały tutaj żadne piękne fury, ale nie dziwiło mnie to, bo nie mieszkałem na bogatym osiedlu.
Wszedłem w końcu do budynku, w którym znajdowało się kilka lokali. Najpierw zahaczyłem o totalizator, skreśliłem sześć losowych liczb i puściłem zakład. Kupiłem też dwie zdrapki, które schowałem do kieszeni. Potem rozejrzałem się po niewielkim lumpeksie prowadzonym przez kobietę z rozpadającą się twarzą i farbowanymi na żółty blond włosami. Nie potrafiłem patrzeć na nią dłużej niż trzy sekundy, bo brał mnie jakiś taki smutek i czułem zażenowanie. Większość klientek to były tęgie panie pod pięćdziesiątkę. Niemrawe, zagubione istoty. To znaczy zachowywały się w ten sposób, kiedy nie przebierały wśród wieszaków. Kiedy tylko dotknęły jakiegoś ubrania, dostawały młodzieńczej energii, która jednak szybko ulatniała się, kiedy niczego ciekawego nie znalazły. Oczywiście dużo przymierzały i zagadywały właścicielkę.
– A czy w tym wyglądam szczupło? – To pytanie powtarzały jak zdarta płyta.
Rzecz jasna sprzedawczyni zapewniała, że „oczywiście”, ale oczywiście żadna z nich nie wyglądała wcale szczupło.
Wyszedłem z tego lumpeksu i zrobiłem kilka kroków korytarzem o jasnych, brudnych płytkach, których najwyraźniej nikt chyba od miesiąca nie mył. Znalazłem się teraz w kebabie. Jeszcze kilka lat temu był tutaj bar mleczny. Ani wtedy, ani teraz to miejsce nie było zbyt chętnie odwiedzane. Z jakiegoś jednak powodu kebab się utrzymywał.
Prowadziło go trzech całkiem młodych facetów, którzy chyba pochodzili z Syrii. Ich skóra była ciemna, prawie czarna, w odpowiednim świetle nawet fioletowa. Wiedziałem, że jeden z nich studiował na miejscowym uniwersytecie, ale co takiego studiował – nie miałem pojęcia. Rzadko kiedy przychodziłem tutaj jeść, bo stołowanie się na mieście nie było na moją kieszeń. Zamówiłem jednak na miejscu, zapłaciłem gotówką i usiadłem. Z nudów zacząłem gapić się przez okno, ale nic ciekawego tam się nie działo. Potem przeniosłem wzrok na ściany, podłogę, sufit. Wiatrak nad naszymi głowami, który wcale się nie kręcił, pokryty był czarnym zlepkiem kurzu i pajęczyn. W końcu zainteresował mnie stolik. Blat kleił się od brudu. Wyciągnąłem jednak zdrapki. Jak zwykle robiłem sobie nadzieję. Niczego oczywiście nie trafiłem.
Oprócz mnie siedziała tutaj kobieta, której wieku nie potrafiłem oszacować, bo miała azjatyckie rysy, a powszechną wiedzą jest, że Azjatki wyglądają na młodsze, niż w rzeczywistości są. Nie była to na pewno Chinka, tym bardziej Koreanka czy Japonka. Mogła być z Wietnamu, ale raczej obstawiałem Tajlandię. Siedziała, machała krótką nogą w białych spodniach i jadła tortillę. Poza tym gadała z tym gościem za ladą. Rozmawiali rzecz jasna po angielsku. Chwalił jej się, że zwiedził pół Europy i najbardziej podobała mu się Lizbona. Ona też ponoć zwiedziła kilka krajów. Jakimś cudem jednak wylądowali w tej polskiej dziurze. Potem on zapytał ją, czy jest muzułmanką.
– Chrześcijanką – odparła.
– Dlaczego? – zapytał.
Po prostu użył słowa „why”. Potem ona odpowiedziała tak jakoś sztywno:
– Moja rodzina to chrześcijanie. Moja rodzina jest dla mnie bardzo ważna.
Chyba te słowa mu się średnio spodobały. W końcu zawołał mnie słowami „proszę pan”. Kiedy wychodziłem, oni dalej rozmawiali.
Wyszedłem z lokalu i udałem się na ławkę przy skwerku, która stała w cieniu. Jedząc, obserwowałem beznamiętnie psa i jego właściciela. Pies załatwiał się na trawie, właściciel udawał, że tego nie widzi. W końcu sobie poszli, a ja nie zwróciłem mu uwagi.
Kiedy już skończyłem, postanowiłem pójść do mojej koleżanki, która pracowała w sieciowym sklepie osiedlowym. To był jej czwarty miesiąc. Ja kiedyś wytrzymałem w tego typu pracy tylko trzy marne tygodnie.
Miała na imię Estera, była w moim wieku i mieszkała w tym samym bloku co ja. Jej rodzina należała do Świadków Jehowy. Czasami widziałem ich, jak stoją na ulicy z różnymi materiałami i zaczepiają ludzi. Jej ojciec wydawał się być jednak w porządku, szło z nim zamienić kilka normalnych słów. Matka natomiast była nie do zniesienia. Ciągle zagadywała mnie o Boga. Kiedy moja odpowiedź jej się nie podobała – czyli prawie zawsze – patrzyła na mnie tak jakoś dziko. Estera była do niej bardzo podobna, tylko oczy miała po ojcu. Spokojne, niebieskie.
Byłem raz czy dwa w ich mieszkaniu, to znaczy u Estery w pokoju. Ale ona niczego większego ode mnie nie chciała, traktowała mnie jak dobrego kumpla, może nawet tymczasowego przyjaciela. Ja oczywiście wolałbym być traktowany zgoła inaczej, ale niewiele mogłem na to poradzić. Jej matka prawdopodobnie bała się, że ukradnę im córkę, wyrwę z ich sekciarskiego łona, bo przecież przeznaczyli ją jakiemuś facetowi ze społeczności. Pojęcie miłości było w tym przypadku mocno naciągane.
Oprócz Estery pracował tutaj właściciel oraz jeden gość pod trzydziestkę, Ukrainiec. Miał na imię Andriej, prawie dwa metry wzrostu i chyba tyle samo w barach. Połowę jego ciała pokrywały tatuaże. Nigdy nie pytałem, jak udało mu się uniknąć mobilizacji, bo najpewniej zarobiłbym w zęby. Po polsku mówił bardzo dobrze, ponoć miał lekkość do języków. Lubiłem go, był w porządku, twardy, ale w porządku. Doczepił się jednak moich gumowych, rozklekotanych klapek. On sam nosił tylko drogie, markowe ciuchy i wiecznie pachniał wodą toaletową.
– Jestem taka zmęczona – powiedziała Estera, kiedy usiadłem na skrzynce piwa za ladą, tak że klienci mnie nie widzieli. – Wiecznie czuję się zmęczona. Też tak masz?
– Na okrągło.
– Chyba będę chora.
– Ja już jestem chory.
Pogadaliśmy trochę o tym i o tamtym, nic konkretnego, wiadomo – o życiu i śmierci, i bezsennych nocach, o oczekiwaniach względem przyszłości albo o jej braku. Andriej tylko przyglądał nam się z zaciekawieniem, ale niczego nie mówił. Zrugał za to jakieś irytujące dzieciaki, które buszowały po sklepie, mlaskające cwaniacko swoimi niewielkimi gębami. Ja w końcu sobie poszedłem, bo nie miałem siły czekać na koniec jej zmiany. Trzymało mnie coś, nie wiedziałem, co takiego, a trzymało od jakiegoś czasu. Było to nieprzyjemne, jakiś ścisk w gardle, chłód na grzbiecie, dziwne zmęczenie, senność. Postałem chwilę na słońcu, mrużąc rzecz jasna oczy, ale ta trzymająca mnie osobliwa choroba wcale nie puszczała. Uznałem, że to bezcelowe i poszedłem do siebie, do mieszkania, właściwie małego pokoju, który wynajmowałem, bo byłem tylko biednym studentem, który poza nauką dorabiał sobie na czarno sprzątaniem w wysokim biurowcu.
Wszedłem do bloku, wcześniej przytrzymując drzwi facetom wynoszącym jakąś starą kanapę. Potem zamiast poczekać na windę poszedłem schodami. Zauważyłem, że stopnie od drugiego piętra w górę nie były dawno myte, nie były nawet zamiatane, bo leżały na nich piasek i szare koty. Pomyślałem sobie, że może popytam, gdzie trzeba. Mógłbym się czymś takim zajmować, to znaczy sprzątaniem klatki – oczywiście za pieniądze.
Ta wycieczka po schodach bardzo mnie zmogła. Wszedłem do mieszkania, do korytarza. Od razu zobaczyłem siedzącą w kuchni lokatorkę, z którą nie bardzo się dogadywałem. Starsza ode mnie o rok, może dwa. Całkiem ładna, o jasnych włosach i oczach. Ale wyjątkowo ciężki charakter.
– Dlaczego zjadłeś mój jogurt? – spytała.
– Jaki jogurt?
– Nie udawaj. Kamil mówi, że go nie zjadł.
– Nie wiem, o co chodzi.
– Dziś rano, jak wychodziłam na zajęcia, to jeszcze był. Sam się przecież nie zjadł.
Naprawdę nie wiedziałem nic o żadnym jogurcie. Nasza wspólna lodówka była podzielona na trzy części. W mojej nigdy nic nie było, ale to nie znaczyło, że byłem złodziejem. Biedacy też mieli swój honor.
– A poza tym jak leci? – zapytałem.
Prychnęła tylko i z kwaśną miną wyminęła mnie, udając się do swojego pokoju. Ja poszedłem do swojego i zamknąłem drzwi na klucz. Włączyłem radio i położyłem się do łóżka. Miałem otwarte oczy. W tle leciała muzyka klasyczna, nie wiedziałem, jaki to był koncert, ale brzmiało jak Czajkowski. Kilka tygodni temu trafiłem na tę stację i powoli nabierałem ogłady. Wciąż za mało.
Spróbowałem dodzwonić się do ojca, ale nie odbierał. Miałem do niego sprawę. Jak zwykle chodziło o pieniądze. Napisałem mu esemesa. Właściwie cztery. W drugim go przeprosiłem, a w trzecim oznajmiłem, że to nic takiego i że ma się nie przejmować. W ostatnim napisałem, że naprawdę potrzebuję pomocy. Wysłałem więc prośbę o przelanie kilku stów, dwóch, chociaż jednej. Od dwóch tygodni zalegałem za pokój. Nie mogłem jednak patrzeć na telefon, minuty ciągnęły się jak godziny, minuty bez odzewu. W końcu wyłączyłem telefon, bo nie potrafiłem tego znieść.
Nagle rozległ się nieprzyjemny dźwięk, czyli alarm samochodowy. Wył na całe osiedle. Niechętnie podniosłem się z łóżka, podszedłem do okna i wyjrzałem przez nie. Osiem pięter w dół.
