Przemysław Jaźwiński
stan rzeczy
chwila westchnienia to jedno uderzenie serca
wiesz doskonale że ich liczba podlega limitom
pośpiech pozbawia spotkania tylu kontekstów
zza szyb widać rozmazane kontury linii czasu
dystraktory zamieszkały praktycznie wszędzie
nigdy nie zapraszałeś reklam na kawę i ciasto
wizyta z dala od sieci zbliża wnętrza do siebie
przy sennej drodze banery zjadają kolejny płot
czasami już nie ma gdzie pójść i się zatrzymać
stajesz się tym co spaceruje w twoich myślach
oczekiwania pozbawiły rzeczywistość wyglądu
miejsca z refleksją w tle wnet trafią na licytację
dialogi
wschód i zachód partnerzy w oswajaniu doczesności
nie wypada obnosić się z brakiem konceptu na chód
każdy dzień spinają klamrą senne pajęczyny światła
wzrok katula po chodniku lekko przymknięte powieki
żadną miarą pobyt pod dachem nie wyłączy deszczu
pewnych stanów nie potrafi odmienić nawet don juan
ławki mają w sobie tyle ciepła ile nadal w nich drzew
siadanie na nich pozwala wyplatać warkocz berenice
umówić się ze zmierzchem na rozmowę to wyzwanie
właśnie wtedy zajmuje go tylko bezokienność monad
zachmurzone firanki próbują tańczyć bezrefleksyjnie
znów chcę leźć przed siebie wieloma drogami naraz
im bliżej tym bliżej
kolejna droga ze stosu moich zakurzonych butów
chadzam z nią na spacery w poszukiwaniu innych
pozostawione wokół ślady wskazują na obecność
niestety nigdy nie docieram na czas by jej dotknąć
po miedzach biegają krzewy kolczastych mirabelek
z owoców układam już wzory skróconego myślenia
ich znajomość pozwala docenić sfilcowane chmury
stając na palcach próbuję złapać drugi oddech dnia
wszędobylska pagórkowatość nosi w sobie istnienie
zauważanie go w ilastych kałużach wywołuje radość
następnym razem zabiorę ze sobą mocniejsze szkła
życie to łączenie kropek ukrytych między pejzażami
do weryfikacji
dziś widziałem same pierzeje sennych samochodów
zasłaniały mi skutecznie obrazy z lekcji dzieciństwa
starałem się tylko odnaleźć ślady słów mojego ojca
te zapisane na chodniku zatarły buty odchodzenia
wokół pełno zamkniętych ludzi i ołowiany lej miasta
pozostają otwarte smartfony i nieprzysiadalny lunch
chwile grzebania widelcem w kurzu z parku saskiego
ich tysięczność zamienia liście w samotne łabędzie
te same choć posiwiałe ulice mówią mi dzień dobry
widzą jak niosę coraz cięższy kosz z zapiskami dni
koło domu chopina słychać nuty spadające z góry
nie da się wrócić z majorki w środku polskiej zimy
