Żywcem nas nie wezmą

Sławomir Bączkowski

Żywcem nas nie wezmą

 

Mrok piwnicy rozpraszała tylko niewielka żarówka smętnie zwisająca z sufitu. Z ciemności wyłaniały się rury, zawory i zegary stanowiące elementy instalacji hydroforowej. Śmierdziało tam bimbrem, bo żaden z dwóch pochylonych nad aparaturą mężczyzn nie zawracał sobie głowy maskowaniem tego zapachu, na przykład smażeniem cebuli. Ostatecznie byli przecież w piwnicy, do której dostępu broniła ciężka klapa w podłodze przedpokoju, więc żadne wonie nie przenikały do pomieszczeń małego domku. Dzieliła ich spora różnica wieku – teść o imieniu Piotr dobiegał sześćdziesiątki, a zięć – Staszek miał trzydzieści kilka lat. Nad piwnicą znajdowały się dwa pokoje. W jednym z pomieszczeń spała żona Staszka z kilkuletnim synem, w drugim jej matka. Było już bardzo późno, dawno temu zegar na wieży pobliskiego pałacyku wybił dwunastą. W mroku majaczyły gałęzie potężnego orzecha rosnącego na posesji. Stojąca na ulicy latarnia z ledwością wydobywała z ciemności nieco zdezelowaną, obłażącą z farby bramkę i fragment ścieżki wiodącej w kierunku domku. Był koniec października, trochę padało przez cały dzień, więc mdłe światło latarni odbijało się w kałużach i błyszczących płytach chodnika. Co jakiś czas szczekał pies sąsiadów – utrapienie mieszkańców białego domku.

Staszek ze znawstwem obsługiwał aparaturę, którą skompletował w profesjonalny sposób i z użyciem sprzętu laboratoryjnego. Nie powinno to dziwić, bo pracował w instytucie badawczym i nie miał problemu z dostępem do destylatora, serpentynowych rurek, kolb i termometrów. Piotr po cichu go podziwiał za jego zaradność i zmysł techniczny. Po wielokroć powtarzał: Co Staszek sobie obmyśli, to zrobi! Sam nie był szczególnie kreatywny i ograniczał swoją aktywność do prostych prac ogrodniczych w rodzaju flancowania pomidorów. Jednak przy każdej okazji podkreślał, że to jego dom i on tam rządzi. W ogrodzie też był hegemonem i nic bez jego wiedzy nie mogło się tam dziać. Jednak był w Piotrze swojego rodzaju dysonans – świat za bramką jego posesji zdawał mu się wrogi i jakby izolował się od niego. Nienawidził urzędów, każde oficjalne pismo wywoływało u niego niemal apokaliptyczne wizje ruiny i upadku całej rodziny. Widok nieznajomego przy furtce sprawiał, że Piotr chował się za firanką i wysyłał żonę, żeby sprawdziła, o co chodzi. W swoim regale trzymał tekturowe pudła z niezliczoną ilością zapłaconych rachunków na wypadek, gdyby jakiś urząd zarzucił mu zaniedbanie. Najstarsze z nich miały po dwadzieścia lat i nic nie można było z nich przeczytać. Brane do ręki kruszyły się ze starości jak starożytne zwoje. Biorąc to wszystko pod uwagę, trudno się dziwić zdumieniu Staszka, kiedy Piotr pierwszy raz wyraził zainteresowanie pędzeniem bimbru w piwnicy. Być może w grę wchodziło tu skąpstwo, choć było to mało prawdopodobne, zważywszy na kary grzywny i więzienia, które groziły za nielegalną produkcję wysokoprocentowego alkoholu.

– Mocne! – powiedział Staszek, odstawiając menzurkę na taboret służący za tymczasowy stolik.

– Musowo zostawić trochę na święta – mruknął Piotr.

– Chce ojciec spróbować?

– A daj.

Starszy z mężczyzn przystawił sobie menzurkę do ust i wypił odrobinę nieco mętnego płynu. Skrzywił się nieznacznie i przymknął oczy.

– Mocne jak diabli – potwierdził.

Potem w piwnicy zapanowała cisza, którą mąciły jedynie odgłosy wydawane przez aparaturę gorzelniczą. Na zewnątrz zerwał się wiatr i do piwnicznego okienka przykleił się na moment brązowy liść. Obaj mężczyźni niemal jednocześnie zerknęli na ciemną ulicę. Przed bramką zatrzymała się milicyjna Warszawa. Przez kilka chwil z napięciem wpatrywali się w mrok, nieco tylko rozpraszany światłem słabej ulicznej latarni. Potem Piotr bezwiednie złapał Staszka za ramię i mocno ścisnął. Nikt nie wychodził z auta. Bulgotanie i syczenie aparatury wydawało się teraz znacznie głośniejsze niż jeszcze pięć minut wcześniej. Nagle otworzyły się drzwi po obu stronach Warszawy i wyszło z niej dwóch milicjantów. Na ten widok Piotr w mgnieniu oka rzucił się w kierunku worków ustawionych w kącie piwnicy i wydobył spod nich bagnet. Ostrze niepokojąco błysnęło w słabym świetle żarówki. Staszek poczuł na plecach strużkę potu. Rysy Piotra stężały i jego twarz wyglądała teraz jak wyciosana z kamienia. Tylko oczy pałały wściekłością, której nikt z domowników nigdy nie widział.

– Żywcem nas nie wezmą! – Piotr wycedził przez zęby.

Staszek zdrętwiał. Głos starszego mężczyzny był jakiś inny niż zwykle – twardy i zachrypnięty, jakby należał do kogoś innego. Do twardziela bez złudzeń i przyszłości. Przez chwilę patrzyli sobie prosto w oczy. Potem napięcie nieco zelżało i znowu spojrzeli przez okienko. Obaj milicjanci podeszli do przedniego koła auta i kilka razy kopnęli w oponę. Zaczęli o czymś rozmawiać, żywo gestykulując. Jeden z nich odwrócił się w stronę białego domku. Nawykowo bacznie zlustrował budynek i jego otoczenie, ale najwyraźniej nie dostrzegł światełka w piwnicy. Nic nie wzbudziło jego zainteresowania i po chwili obaj na powrót wsiedli do Warszawy, którą zaraz potem odjechali. Piotr powoli się odwrócił, podszedł do sterty worków i schował bagnet na swoje miejsce.

– Ani słowa Bini i Zosi! – zasyczał.

– Dobrze…

– Daj, Stachu, jeszcze po kielichu.

Staszek nalał bimbru do menzurki i podał teściowi. Sam też wypił. Paliło w przełyku, ale od razu poczuł się lepiej. Emocje opadały, rozluźnił się.

– Skąd ojciec ma ten bagnet?

– Z lasu – padła lakoniczna odpowiedź.

– Wtedy, jak ojciec z Puchaczem chodził?

– Co ty tam wiesz…

– Binia mówiła, że długo czekała. Ten słynny Puchacz zbierał ludzi od Bychawy aż po Biłgoraj i w Lasach Janowskich dołączył do AK.

– Tak było.

– I ojciec z nim?

Piotr milczał.

– Binia mówiła, że Niemcy go zabili.

– Może i zabili.

Zapadła cisza. Staszek słyszał o Puchaczu i jego oddziale od teściowej. Wspominała go powielokroć, ale ile z tego było prawdy? Ten legendarny dowódca w jej oczach był niemal półbogiem. I do tego Piotr walczył u jego boku. Musiała sobie jakoś wypełnić wielomiesięczną pustkę, pewnie fantazjowała, żeby było lżej bez męża…

– Ale jak to się stało, że ojciec się tam znalazł, walczył…?

Piotr spojrzał przez piwniczne okienko, jakby w mroku chciał znaleźć odpowiedź na to pytanie.

– Polej jeszcze – poprosił.

Staszek posłusznie napełnił menzurkę i podał ją teściowi.

– A o Szewczuku słyszałeś? – zapytał i otarł usta rękawem.

– Binia coś kiedyś powiedziała, ale Zosia zaraz ją uciszyła.

Piotr uśmiechnął się, ale ten uśmiech bardziej przypominał grymas.

– Nie dziwię się jej – zamruczał. Wypity alkohol już spowalniał jego mowę. – Zosia nienawidzi tej historii, ale od tego wszystko się zaczęło…

Znowu w piwnicy zapanowała cisza. Staszek cierpliwie czekał na dalszy ciąg.

– Ten szpicel mieszkał u nas, kiedy i Gorgonowa wynajmowała pokój.

Staszek znał sprawę Gorgonowej, którą w latach trzydziestych żyła cała opinia publiczna. Ta guwernantka w domu lwowskiego architekta Henryka Zaremby została oskarżona o zamordowanie jego córki – Lusi.

– Wszyscy w Turobinie wiedzieli, komu wynajmujemy. Dzieci za nią latały i wrzeszczały: „Morderczyni!”. Szewczuk codziennie podtykał jej pod nos stare gazety ze zdjęciami obrońcy Axera, zeznającego Stasia Zaremby i to z córką zrobione w celi w Krakowie…

Zamilkł.

– Nakapało coś jeszcze? – zapytał, chrypiąc.

Staszek bez słowa dolał teściowi bimbru.

– Niech się ojciec nie upije.

– Spokojna głowa.

– Może i spokojna, ale nie bardzo mocna.

– Dziś mi tego trzeba.

– Co było dalej? – Staszek niecierpliwie czekał na dalszy ciąg opowieści. Było mu dobrze w tej nagrzanej piwnicy, wypity alkohol lekko uderzał do głowy.

– Dalej? – Piotr zastanowił się i po chwili znowu popłynęła opowieść. – Ano drażnił się z nią, nie dawał jej spokoju, a ona chodziła i powtarzała: „Niech go szlag trafi!”.

– I trafił… – szepnął Staszek.

– Prowadziłem wtedy knajpę, mieliśmy też masarnię. Któregoś dnia przyjechało na rowerach dwóch od strony Załawcza, akurat natknęli się na Zosię i to ją poprosili, żeby zawołała Szewczuka. Zosia poleciała po niego, Szewczuk podniósł ją i wsadził sobie na ramiona. Niczego nie podejrzewał. Przeszli do restauracji, postawił dziecko na ziemi i właśnie wtedy padły strzały. Upadł na podłogę obok małej.

– A Gorgonowa? Słyszała to? Była wtedy w domu?

– Była. Od razu przybiegła ze swojego pokoju, popatrzyła na broczące krwią ciało i powiedziała: „Mówiłam ci, skurwysynu, że tak skończysz!”.

Po tych słowach znowu zrobiło się cicho. Słyszeli, jak wzmaga się wiatr, jak zaczyna napierać na lichą ścianę domku. Liście wirowały pod orzechem. Nagle Staszkiem wstrząsnął dreszcz. Pomyślał o tamtych strasznych dniach, o całym tym lęku, w jakim żyli ludzie, o niepewnej codzienności. Jakże bałamutne było to cukierkowe zdjęcie Piotra i Bini z dwójką dzieci! Widział je niedawno w albumie i zdziwił się, słysząc, że było zrobione w samym środku tego okupacyjnego piekła.

– Uciekłem! – mocny głos Piotra przywołał go do rzeczywistości. – Rzuciłem wiadro i uciekłem do lasu. Trochę się błąkałem, ale zaraz spotkałem grupę uciekinierów spod Bychawy. Zaczęliśmy organizować siatkę oporu, dołączyliśmy do innego oddziału, stoczyliśmy pierwsze potyczki… Organizowałem zasadzki, akty sabotażu, nękaliśmy szkopów. Było nas coraz więcej. Przemieściliśmy się w rejon Biłgoraja i Lasów Janowskich.

– Ten bagnet…

– Nie próżnował.

Piotr spojrzał w kierunku sterty worków.

– Binia ciągle wspomina waszego dowódcę, Puchacza. Jaki on był? Czy te wszystkie historie o nim, które opowiadali ludzie na całym Roztoczu, były prawdziwe?

Piotr pierwszy raz się uśmiechnął, jakby przypomniał sobie coś miłego.

– Chcesz wiedzieć, jaki był Puchacz? – powtórzył pytanie zięcia. – Po co mam ci to mówić? Przecież ty go znasz!

Staszek zdumiał się.

– Jakże to?

– Znasz go bardzo dobrze… To przecież ja byłem Puchaczem.

Mężczyźni patrzyli na siebie bez słowa. Na zewnątrz znowu zrobiło się spokojnie, wiatr ucichł. Destylator bulgotał uspokajająco, kolejne krople bimbru jednostajnie spadały do kolby. I potoczyła się opowieść Piotra o partyzantce, powojennych szykanach i próbach przyczajenia się w czterech ścianach podwarszawskiego domku. Potem obaj zasnęli i nie powinno nikogo dziwić, że w śnie bardzo się nawojowali.