Recenzja Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/recenzja/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Mon, 22 Jun 2026 09:37:01 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Recenzja Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/recenzja/ 32 32 „Może zdążę jesienią coś jeszcze powiedzieć…” Mądrość wyznacznikiem postawy w życiu i poezji, Tadeusz Biliński, Wiersze i poematy https://prolibris.net.pl/moze-zdaze-jesienia-cos-jeszcze-powiedziec-madrosc-wyznacznikiem-postawy-w-zyciu-i-poezji-tadeusz-bilinski-wiersze-i-poematy/ Mon, 22 Jun 2026 09:22:46 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17968 Robert Rudiak

The post „Może zdążę jesienią coś jeszcze powiedzieć…” Mądrość wyznacznikiem postawy w życiu i poezji, Tadeusz Biliński, Wiersze i poematy appeared first on Pro Libris.

]]>

„Może zdążę jesienią coś jeszcze powiedzieć…”
Mądrość wyznacznikiem postawy w życiu i poezji

Tadeusz Biliński, Wiersze i poematy, Zielona Góra 2025, 70 s.

Tadeusz Biliński to profesor nauk technicznych, z wykształcenia inżynier i nauczyciel akademicki. Był rektorem Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Zielonej Górze, wykładał też na Politechnice Poznańskiej i w Oranie, był członkiem Polskiej Akademii Nauk, przez sześć kadencji zasiadał jako poseł w ławie sejmowej. Jest autorem lub współautorem około 30 monografii z zakresu budownictwa i konstrukcji. W 2018 roku przeszedł na emeryturę. Dziś profesor liczy sobie 93 lata i… właśnie wydał debiutancki tomik Wiersze i poematy. Jak widać, na debiut nigdy nie jest za późno, liczy się zatem nie wiek, a chęć i umiejętności.

Zbiorek w wierszami i poematami otwiera odautorski komentarz, w którym – śladem staropolskich twórców – prosi czytelników o życzliwe przyjęcie jego poezji. We Wprowadzeniu do tomiku poeta tłumaczy swoje zamiłowanie do liryki, które zaczęło się już młodości. Wówczas cenił sobie poetów pozytywistycznych, liryków okresu międzywojennego i powojennego, a spośród nich wymienił Adama Asnyka, Juliana Tuwima, Bolesława Leśmiana, Konstantego I. Gałczyńskiego i Wisławę Szymborską, którzy – jak pisze – mieli „niewątpliwie wpływ na sposób, w jaki wyrażałem swoje myśli”. Autor, mimo iż swoje teksty napisał w ciągu ostatnich pięciu lat, ma świadomość, że nie dokonuje nimi poetyckiej rewolucji, bowiem one „znacząco odbiegają od trendów współczesnej poezji, zarówno co do treści, jak i formy”.

Jaka jest zatem liryka Bilińskiego? Z pewnością bardzo osobista i nader emocjonalna, przesiąknięta głębokim humanizmem i wieloma przemyśleniami natury moralnej, społecznej i… politycznej. Już tylko niektóre tytuły spośród 58 wierszy, które weszły w skład książki, wskazują na zainteresowanie problematyką wartości, jak np. Miłość, Prawda, Piękno istnienia, Sens życia, Kształtowanie osobowości, Empatia, Wyobraźnia czy Harmonia życia. Jak pisze autor, jego wiersze prezentują jego własny pogląd na otaczający świat i charakteryzują jego osobowość. Ukazują przeżycia jego i osób mu najbliższych, dotykają więc codziennych spraw człowieka lub jego środowiska i odnoszą się do „aktualnych problemów społeczno-politycznych”. Ich konstrukt opiera się na filozoficznym przesłaniu, zawiera moralizujący dydaktyzm w formie sentencji. Niekiedy cały utwór jest zbudowany jako symboliczno-intelektualny apel lub idea zamknięta w formie złotej myśli lub aforyzmu. Wpływa na to niewątpliwie ogromne doświadczenie i bogate zawodowo, społecznie, politycznie oraz rodzinne życie autora.

Niektóre wiersze brzmią jak recepta wystawiona przez niezwykle dojrzałego człowieka na poradzenie sobie z samotnością, smutkiem, zwątpieniem, rozstaniem, przemijaniem czasu lub z samą starością. I mimo iż dotykają spraw trudnych czy wielu problemów

życiowych, brzmią pogodnie, romantycznie, nastrojowo, z subtelnym i pozytywnym nastawieniem do świata. W wierszu Człowiek w zadumie podmiot na wzór Erazma z Rotterdamu wyraża pochwałę umysłu. Piękno istnienia to ukazanie za pomocą prostych słów i przelotnych wizji urody świata oraz esencję duchowego czaru. Głęboki żal to z kolei filozoficzna maksyma patrzenia na życie przez pryzmat humanistycznej idei. W utworze Czy wiesz co cię czeka? podmiot mówi o ludzkiej pracy jako uszlachetniającym rozwoju osobowości, intelektu i samego sposobu myślenia jednostki. Motyw wartości pracy powraca w tekście Chcę, w którym znajdujemy ważkie przesłanie:

Życie człowieka byłoby łatwiejsze i przyjemniejsze,
a gdyby praca była dla ludzi, życie byłoby jeszcze
godniejsze

Sens życia to kolejna, krótka etyczna sentencja dotycząca godnego istnienia. Cel egzystencji polega na istnieniu dla innych, a świat materialny, pieniądze i luksus hamują człowieka, gdyż dzięki bogactwu nie zna on trudu pokonywania życiowych przeszkód. W pełnym nadziei wierszu Odwaga podmiot zachęca, aby przy porażkach zmienić podejście do świata, poszukiwać nowych rozwiązań, a zwłaszcza bratniej duszy, która okaże mu w tych momentach zrozumienie i miłość. W podobnym tonie utrzymany jest utwór Obojętność, w którym autor nakazuje i puentuje z przestrogą:

Nie bądź obojętny – to nakaz moralny
[…] pamiętaj, że gdy dopadnie ciebie uścisk niemocy
możesz nie doczekać ludzkiej pomocy

Dużo miejsca w zbiorku Tadeusz Biliński poświęca zagadnieniom przemijania czasu i biologicznej starości. Potrafi w nich zdobyć się nie tylko na głębsze rozważania, ale też stać go na ironię, dystans i wywołanie wesołego nastroju. W wierszu Przestroga w łagodnym i żartobliwym tonie wyraża pogodzenie z losem:

Niepostrzeżenie mijają chwile, potem dni,
                                        tygodnie, miesiące
a lata mijają dyskretnie i skrycie
i tak szybko mija życie
[…]
Dziesiąt, dziesiąt i już dziewięćdziesiąt…
To nie tylko zwykła informacja,
to smutna przestroga,
co się raz skończyło, nie można rozpocząć od nowa.

Pogodzenie z samotnym odchodzeniem w smugę cienia wyraża poeta również w utworze Przemijanie, w którym bez ogródek mówi o matuzalowym wieku:

Rzeczywistą wartość życia poznasz, gdy
                                         dożyjesz starości
[…]
gdy codzienny trud życia w starości
trwać będzie w dotkliwej samotności.
Pamiętaj, że:
twego świata już nie ma,
dzisiejszy świat należy do kolejnego pokolenia.

W wierszu Życie w starości podmiot widzi też jej pozytywny wymiar, twierdzi, że w można w niej znaleźć wiele radości, co zależy „od zdrowia i okoliczności” i ironicznie, acz z humorem puentuje:

ale tego życia ciągle mało
i ciągle tli się to samo pytanie: ile jeszcze go
                                                          pozostało?

Z kolei w innym liryku zatytułowanym Starość podmiot wyznaje, że jesień życia ujawnia się w skrytości, przestrzeń życiowa staje się karłowata, cicha i nieruchoma, a antidotum na nią ma być retrospektywny powrót do przeszłości:

ale w tej szarej nicości jest jeszcze trochę radości
– to piękne wspomnienia z młodości

Inne utwory Bilińskiego dotyczą jego rozmyślań na temat świata polityki, w której istniał kilkadziesiąt lat, zarówno w socjalistycznej, jak i niepodległej ojczyźnie. Krytykuje w nich obecną scenę polityczną, nie szczędzi gorzkich słów pod adresem skłóconych partyjnych obozów, które doprowadzają do społecznych rozłamów i narodowych waśni. Dobro ojczyzny i postawa patriotyczna są dla niego najwyższym celem. Nawiązują do tej tematyki takie teksty, jak: Dyskurs polityczny, Przyjacielskie rady, Racja stanu czy Życie polityczne, w którym wypomina, że w dysputach polityków coraz częściej padają ostre słowa, „wzajemne oskarżenia, pokrętne tłumaczenia” i „zwykła paplanina”. Natomiast w liryku Co to wszystko znaczy odwołuje się do narodowych tradycji, a decyzje władz nazywa „gangsterskimi swawolami politycznych graczy”. Z kolei w Samorozgrzeszeniu podmiot jednoznacznie stwierdza:

Nie ma dziś kultury dialogu w polityce,
padają zatem słowa pełne ironii w krytyce.
Oczywiście bywają bardzo różne sytuacje,
Ale na koniec wszyscy mają swoje racje.

Obok utworów zaangażowanych politycznie w zbiorze Bilińskiego są też wiersze, w których pobrzmiewa obywatelska troska o dobrostan społeczny naszego kraju. Autor mówi w nich o potrzebie niesienia pomocy ludziom biednym, bezdomnym, pozbawionym pracy, słowem wykluczonych społecznie. Stąd podmiot tych wierszy nakazuje okazywanie empatii, akceptacji, czułości, życzliwości, współczucia i miłości. W utworze Wykluczeni ubogich określa mianem „ludzi nicości”, w Niemej potrzebie apeluje o wrażliwość dla bliźnich, w Nałogu mówi o alkoholizmie jako pladze społecznej, a utwór Empatia kończy przesłaniem:

Gdyby współczucie i wrażliwość były naszymi
                                                        przymiotami,
o ileż piękniejsze życie byłoby między nami.

Istotny wydaje się również autobiograficzny poemat Pożegnanie rodzimej ziemi, opowiadający o rodzinnym powrocie do kraju, zaraz po drugiej wojnie, odbytej w bydlęcym wagonie. Wspomina w nim pejzaż stron zapamiętany z dzieciństwa, przywołuje obrazy kamienicy, sadu wiśniowego, różanego ogrodu z ławeczką, kościoła i cmentarza, wspólnych modlitw przed świętym obrazem, widok fortepianu w mieszkaniu, a wojenną zawieruchę, która zmusiła przesiedleńców do eksodusu i tułaczki na zachód nowej Polski, nazywa „szatańskim losem przeznaczenia”.

Twórczość Tadeusza Bilińskiego może przypominać lirycznego Nikifora – twórcę samouka, nieprzystającego do współczesnej literatury z uwagi na klasycystyczne formy i rymowaną frazę, naiwne obrazowanie harmonijnego uniwersum, opartego na wartościach, które w upadającym moralnie i duchowo świecie nijak nie korelują z rzeczywistością. Egzystencjalny makrokosmos Bilińskiego to – o czym poeta ma przeświadczenie – świat miniony, który odszedł do lamusa zarówno pod względem aksjologicznym, jak i metafizycznym. Ale to on stanowił zawsze o ideowej sile bytu zielonogórskiego profesora i myślę, że warto do niego wracać, przypominać, prezentować i jak mantrę powtarzać do upadłego, aby pamiętać, że życie ludzkie ma głębszy poziom, duchowy wymiar i intelektualną rangę.

Robert Rudiak

The post „Może zdążę jesienią coś jeszcze powiedzieć…” Mądrość wyznacznikiem postawy w życiu i poezji, Tadeusz Biliński, Wiersze i poematy appeared first on Pro Libris.

]]>
Wolność (od poezji?) w wierszach Konrada Krakowiaka, Konrad Krakowiak, Wszystko prawie https://prolibris.net.pl/wolnosc-od-poezji-w-wierszach-konrada-krakowiaka-konrad-krakowiak-wszystko-prawie/ Mon, 22 Jun 2026 08:31:28 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17951 Katarzyna Krysińska

The post Wolność (od poezji?) w wierszach Konrada Krakowiaka, Konrad Krakowiak, Wszystko prawie appeared first on Pro Libris.

]]>

Wolność (od poezji?) w wierszach Konrada Krakowiaka

Konrad Krakowiak, Wszystko prawie, Warszawa 2025, Anagram, 92 s.

W Listach do młodego poety[1] Rainer Maria Rilke zwraca uwagę na ważne dla poezji zadania. Są nimi: zbliżanie się do realności oraz wytwarzanie nastroju. Te dwa aspekty znaleźć można w twórczości Konrada Krakowiaka – poety, filozofa, dziennikarza i prezentera Telewizji Polskiej. Jest jednak jeszcze trzeci element, charakterystyczny dla czwartego – po tomikach: Warto (2012), Lewa strona bytu (2015) i Już czas (2023) – zbioru wierszy, zatytułowanego Wszystko prawie. Stanowi go umiejętność wyboru, a może raczej – jak w tytule jednego z utworów – „sztuka wyboru”, zarówno w sferze tematycznej, jak i w warstwie formalnej. Warto zatem przyjrzeć się podejmowanym przez autora literackim decyzjom.

„Pyłki prozy” i „ciało poezji”

W swojej poezji Konrad Krakowiak sięga nierzadko do tematów prozaicznych, takich jak sprzątanie (Porządki w świecie poezji – gdzie „pyłki prozy […] zalegają na powierzchniach”), gotowanie, przygotowywanie i spożywanie posiłków (Balon, Jeśli nic dwa razy, Przy obiedzie). Maria Jolanta Fraszewska zwraca uwagę na „problem codzienności życia”[2], który „doskwiera wszystkim”[3]. Codzienność zbliża do realności, przepełniona jest konkretem i sensem. Takie ujęcie koresponduje z refleksją Rilkego: „Jeśli dzień powszedni wydaje się Panu ubogi, niech go Pan za to nie obwinia; siebie niech Pan oskarża, że nie dość jest poetą, by wysłowić bogactwa codzienności; bo dla tego, kto tworzy, nie istnieje ubóstwo, nie masz dlań ubogiego ani obojętnego miejsca”[4].

Te ostatnie słowa znajdują odzwierciedlenie w wierszach Moja Tabora i W poczekalni. Przywołane tu miejsca, w pewnym sensie skazane na ubóstwo i obojętność świata, zostają uważnione, powiększone przez lupę empatii. Paradoksalnie w spotkaniu z taką pozornie nieznaczącą przestrzenią człowiek zaczyna dostrzegać własne braki: „Moje ubóstwo zawstydza mnie do teraz” (Moja Tabora). To zderzenie ze światem biedy, głodu czy choroby wpływa na podejmowane wybory, zmienia perspektywę (Wróciłem z misji w Afryce). Osoba mówiąca w wierszu demaskuje pozory szczęścia upatrywanego w konsumpcji, luksusie czy nawet w pomyślności i zdrowiu, przestaje ją interesować schematycznie i iluzorycznie postrzegane zadowolenie. W wierszu Adwent podmiot liryczny wręcz celowo wystawia się na trudy, aby zbliżyć się do Boga, doświadczyć Jego ubóstwa i przez to zostać prawdziwie ubogaconym.

Oprócz Tabory czy dworcowej poczekalni do realności zbliżają też inne autentyczne, niekiedy wręcz autobiograficzne miejsca, motywy z życia wzięte są pewnego rodzaju inspiracją, która pozwala uruchomić wyobraźnię i wykreować zupełnie nowe światy, historie, sytuacje. Te realne przestrzenie to m.in. związane z życiem poety Lubsko (LubSKO) czy Warszawa (Autoagresja). 

Występują również historyczne i współczesne postaci z życia kulturalnego, jak: Wisława Szymborska (Wierszem na Marsa) czy Władysław Szpilman (Wybawca). Codziennością, z której Konrad Krakowiak wyławia „kolorowe muszle”, jest także, podobnie jak w pozostałych zbiorach, życie rodzinne. Nawiązują do niego wiersze: W podróży, Mój syn, Maksymilian Krakowiak, Przy obiedzie.

Takie z pozoru prozaiczne, ale właśnie w swej prostocie ważne tematy wypełniają „ciało poezji” (Dzień jak co dzień). Ciekawe wydają się również sposoby, za pomocą których autor to ciało tworzy. Mamy tu bowiem zarówno utwory rozbudowane, jak i formy bardzo krótkie. Charakterystyczna dla tych pierwszych jest – eksploatowana także często przez Szymborską – „probabilistyczna (eksponująca sytuacje niepomyślane, możliwe dalsze ciągi) metoda rozwijania lirycznego wątku”, o której wspomina Małgorzata Mikołajczak we wstępie do tomiku Warto[5]. Przykładem mogą tu być wiersze: Nieplanowane oraz Miłość czasem się ulewa. Sprawiają one wrażenie otwierającej się kompozycyjnej szkatułki, zamkniętej ostatecznie klamrą-puentą, która sprowadza ze świata wyobraźni do „wyjściowego” uniwersum realistycznego.

Z kolei formy krótkie wykorzystują przede wszystkim wieloznaczność, paradoksy, zaskakujące zestawienia i puenty, jak w utworze bez tytułu:

Pomyślałem:

różaniec z płatków śniegu.

Nie wiem co z tym zrobić.

Czasu niewiele.

„Akord nieba i piekła” oraz inne dźwięki świata

Zbliżaniu się do realności w poezji autora tomiku towarzyszy budowanie nastroju, o którym także pisał Rilke. Według niego zadaniem poety jest wsłuchanie się w świat, jego dźwięki, bycie słyszalnym głosem i pośrednikiem między Bogiem, naturą a człowiekiem, instrumentem w tych relacjach. To takie nastrajanie odbiorcy, aby usłyszał więcej[6].

Jaki więc nastrój wprowadzają wiersze Konrada Krakowiaka? Jakie dźwięki świata stają się w nich bardziej słyszalne? Podobnie jak we wcześniejszych zbiorach, można tu mówić o „wyczuleniu” na „kameralność, szept, prostotę” – jak pisze Jakub Rawski w posłowiu do Lewej strony bytu[7], a także o towarzyszącej „zmysłowi obserwacji” umiejętności „panowania nad emocjami”, na co zwraca uwagę Małgorzata Mikołajczak, komentując tom Warto[8]. Joanna Wawryk w posłowiu do zbioru Wszystko prawie zatytułowanym Znaki szczególne nazwie to podobnie – „poetyką spokoju” i „stoickim podejściem”[9]. Jednocześnie cechą wierszy Krakowiaka jest bogactwo nastrojów, budowanych często poprzez antynomie czy paradoksy. Ta różnorodność pozwala na współistnienie tonu podniosłego (Adwent, Rewers) ze swobodnym (U kolegi poety, Ością we wspomnieniu) oraz tematów osobistych (W podróży, Przy obiedzie), religijnych (Adwent, Rewers), filozoficznych (A słowo ciałem się stało, Ryby na brzegu), politycznych (Rewolucja żyje), społecznych (Moja Tabora, W poczekalni, Wróciłem z misji w Afryce) itp. W zbiorze pojawia się także nastrój powagi i pesymistyczna refleksja (Rewolucja żyje, Autoagresja). Bywają także wiersze, które łączą kontrastowe nastroje (Miłość czasem się ulewa, Jeśli nic dwa razy). Klimat zadumy wprowadzają spokojne i łagodne teksty, jak Zobacz czy Świadome macierzyństwo.

Ciekawą odpowiedź na pytanie o nastrój wierszy w tomiku może przynieść wiersz Wybawca. Współistnieją tu ze sobą „akord nieba i piekła”, fortissimo z pianissimo, spokojny nastrój nokturnu Chopina z głośnym hukiem spadających bomb, ale w tym świecie antynomii ważny jest każdy moment wyboru między dobrem a złem, sprawiedliwością a niesprawiedliwością i to ludzka decyzja wpływa na to, jakie dźwięki okażą się dominujące i zwycięskie. Na współistnienie kontrastowych brzmień zwraca uwagę także wiersz Cztery, w którym podmiot liryczny, pokornie, a zarazem przekornie przyznaje: „Niebo opisałbym co najwyżej od zewnątrz,/ piekło na gorąco”.

Umiejętność, a może raczej – mówiąc słowami samego autora – „sztuka” dokonywania wyboru, a także związana z nią wolność człowieka jest dźwiękiem, na który uwrażliwiają wiersze z najnowszego tomu. Temat ten podejmuje m.in. utwór Sztuka wyboru. Tutaj osiągnięcie celu wiąże się nie tylko z trzymaniem się „sprawdzonych zabezpieczeń” (Sztuka wyboru) i wartości, takich jak wiara czy miłość, ale też z konkretnymi wyborami odpowiednich ścieżek i właściwych szczytów.

Wolność rozumiana jako wolna wola oraz możliwość i umiejętność podejmowania decyzji, mierzenie się z różnego rodzaju wyborami, także z pokusami, pobrzmiewa w wielu tekstach Krakowiaka. Przywołać tu można m.in.: Akcent logiczny (przezwyciężenie pokusy kradzieży), Rewers (wybór między wiarą a zwątpieniem) czy Nad mostem (wybór między działaniem desperackim a działaniem heroicznym). W takiej perspektywie adekwatne i aktualne pozostaje zdanie Jerzego Lieberta z wiersza Jeździec: „Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę”[10].

„Dusza-niejadka” a smakowanie życia

Wolność jest charakterystycznym przymiotem podmiotu lirycznego wielu wierszy. Choć czytamy: „jestem niewyraźnie zapisany” (Wymykam się), można określić niektóre jego rysy. Wśród tych cech warto zauważyć m.in. tajemniczość, nieprzewidywalność (W DNA), wiek po czterdziestce, w połowie życia (Czterdziestka). Czy to rzeczywiście „dusza-niejadka” (Balon)? Wydaje się, że raczej czerpie ona z całego bogactwa życia i świata, nie tylko modlitwę. Nie boi się wyzwań (Nad mostem). Osoba mówiąca delektuje się rzeczywistością, smakuje życie w jego wielowymiarowości, jak w wierszu Wiesz, chodzi o to… A tomik jest przesiąknięty zróżnicowanymi, charakterystycznymi dla konkretnych przeżyć, sytuacji, refleksji czy miejsc smakami. Znaleźć tu można m.in. worek ryżu (Moja Tabora), racuchy z jabłkami (Jeśli nic dwa razy…), rosół (Przy obiedzie), tort (Nieplanowane) czy wykwintne dania (Przygotowania do Wigilii).

Ważnym elementem budowania obrazu postaci mówiącej w wierszach jest refleksja metapoetycka. Różnorodne są sposoby ujęcia tematu poezji i poety: zaczynając od „dosłowności, między, słowami” (U kolegi poety), przez motyw „słów-kluczy” (Nadinterpretacja) i wspomniane już zadanie „wyławiania” nowych znaczeń i kolorów z „szarości dnia” (Niezłomna), aż do podkreślenia wartości poezji, jej trafności, precyzji (Zagadka słowa). Podmiot liryczny czuje się wręcz zespolony ze swoim poetyckim dziełem, utożsamia się z nim (Zatracenie). Jednak nie tyle „rozbija głowę o rzeczywistość”, co – poszukując w świecie, pełnym zbieżności przeciwieństw, uniwersalnego języka (jak czytamy na okładce debiutanckiego tomu) – potrafi zanurzyć się w szukaniu i odkrywaniu w świecie „znaków ulotnych, ledwo powstałych, prawie nieobecnych” (Słownik znaków).

*

Jest jeszcze szczególny rodzaj wolności w wierszach Konrada Krakowiaka. Poeta życzy „wierszy wolnych/ od poezji,// powstałych w czapce niewidce” (Nie za wszelką cenę). Jeśli utwory poetyckie mają się rodzić w czarnej godzinie, w cierpieniu, jeśli kartki, na których są zapisane, mają być poplamione krwią, przesiąknięte łzami, to lepiej, aby nie powstawały, by świat był od nich wolny.

Zbiór Wszystko prawie afirmuje świat i przypomina, że „człowiekiem mądrym jest ten, kto delektuje się życiem”[11] i w zgodzie ze swoimi wartościami potrafi dokonywać wyborów – po to, aby „smakować niewiele i znaleźć nasycenie, upraszczając życie. Świadomie rezygnować z wielu rzeczy drugorzędnych na rzecz trwania przy tym, co sensowne, aby to, co smakujemy, nas nasyciło i wypełniło”[12]. W ten sposób paradoksalnie uciekanie się „duszy-niejadki” do modlitwy i „powinności” (poprzez świadomy wybór wartości) – staje się „ucieczką do wolności”, a „wolność od poezji” staje się „wolnością ku poezji”. I tu można już postawić kropkę. A może raczej nadać – jak w wierszu dedykowanym pamięci Wisławy Szymborskiej (Wierszem na Marsa) – ISBN.

 

Katarzyna Krysińska

 

 


[1]  R. M. Rilke, Listy do młodego poety, tłum. J. Nowotniak, [Izabelin] 2022, s. 16-18.
[2]  M. J. Fraszewska, Rzecz o ludzkim bycie, https://akant.org/publikacje/7518-maria-fraszewska-rzecz-o-ludzkim-bycie [dostęp: 5 stycznia 2026].
[3]  Tamże.
[4]  R.M. Rilke, dz. cyt., s.16.
[5]  M. Mikołajczak, „na dobry nowy początek”, [w:] K. Krakowiak, Warto, Zielona Góra 2002, s. 6.
[6]  Pisze o tym R.M. Rilke, zaznaczając także: „Albowiem ten, kto tworzy, musi być sam sobie światem, znajdować wszystko w sobie i w naturze, z którą się związał”, dz. cyt., s. 18.
[7]  J. Rawski, Wiersze po właściwej stronie bytu, [w:] K. Krakowiak, Lewa strona bytu, Zielona Góra 2015, s. 82.
[8]  M. Mikołajczak, dz. cyt., s. 9.
[9]  J. Wawryk, Znaki szczególne, [w:] K. Krakowiak, Wszystko prawie, Warszawa 2025, s. 85.
[10]  J. Liebert, Jeździec, [w:] tegoż, Gusła: https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/gusla-iii-jezdziec.html [dostęp: 5 stycznia 2026].
[11]  K. Grzywocz, Jak smakować życie, Wrocław 2020, s. 123.
[12]  Tamże, s. 90.

The post Wolność (od poezji?) w wierszach Konrada Krakowiaka, Konrad Krakowiak, Wszystko prawie appeared first on Pro Libris.

]]>
Wpisani w Zieloną Górę, Halina Grochowska, Marcowy strych https://prolibris.net.pl/wpisani-w-zielona-gore-halina-grochowska-marcowy-strych/ Mon, 22 Jun 2026 08:18:45 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17926 Czesław Sobkowiak

The post Wpisani w Zieloną Górę, Halina Grochowska, Marcowy strych appeared first on Pro Libris.

]]>

Wpisani w Zieloną Górę

Halina Grochowska, Marcowy strych, Warszawska Firma Wydawnicza, Warszawa 2024, 272 s.

Halina Grochowska wydała czwartą już, obszerną książkę prozatorską, której istnienia w dorobku autorki wywodzącej się z Zielonej Góry nie wypadałoby przemilczeć. Wręcz przeciwnie – warto wspomnieć o wszystkich jej dziełach, choćby dlatego, że stanowią barwny i bogaty w szczegóły opis życia zwykłych ludzi w latach PRL-u. Przybyli oni tutaj z różnych stron i mimo wielu trudów starali się radzić sobie z codziennością. Grochowska jest wyczulona na ten powszedni bieg spraw i sytuacje międzyludzkie, nawet krotochwilne.

Umie sugestywnie oddać niepowtarzalny koloryt życia mieszkańców lokali komunalnych oraz problemy obyczajowe i społeczne, które na swój sposób oceniali i przeżywali. Zaciekawiać mogą ich zwyczajne osobowości, ukazane bez zbędnego wnikania w psychologiczne meandry. Te literackie ujęcia można uznać za dokumenty minionego czasu.

W Marcowym strychu wszystkie narracje skupione są wokół dwóch postaci, które mocno zaznaczyły się w historii Zielonej Góry, a mianowicie: wokół charyzmatycznego księdza Kazimierza Michalskiego, mającego obecnie swój pomnik w sąsiedztwie kościoła pw. świętej Jadwigi i Zbigniewa Czarnucha, który dał się poznać nie tylko jako nauczyciel historii i dyrektor Liceum Ogólnokształcącego przy ulicy Chopina, ale i – jak czytam – „fenomenalny pedagog, druh Zbigniew Czarnuch, który znajdował i rozwijał” w młodzieży postawy pracy, realizowania się według szlachetnych postaw i ideałów oraz gromadził ją w legendarnym harcerskim szczepie Makusynów. Jemu zresztą poświęcona jest znaczącą część tej prozy. Z kolei ksiądz Michalski mocno zapisał się w pamięci swoją postawą religijną i tym, że skupiał wokół siebie ludzi wiary, zwłaszcza tzw. podwórkowych, ale głównie w związku z tzw. Wydarzeniami Zielonogórskimi 30 maja 1960 roku, które dotyczyły Domu Katolickiego. Wtedy pięć tysięcy Zielonogórzan wyszło na ulice, by zaprotestować przeciw decyzji ówczesnej władzy komunistycznej, która odbierała ten budynek Kościołowi. Wydarzenia te nazwane Wydarzeniami Zielonogórskimi przybrały formę walki. Były dostrzeżone nawet przez „Wolną Europę”. Z powodu tego sprzeciwu wiele osób spotkały potem ciężkie represje. Nieco zdawkowo i lekko pisarka potraktowała ten temat. Niemniej to wszystko w książce jest. Ujęte z uwzględnieniem perspektywy ludzi różnego autoramentu, ale i tych bardzo młodych jeszcze, czyli w wieku szkolnym – Mariusza, Piotrka i Krzysia. Halina Grochowska oddała temperaturę i horyzont politycznego

konfliktu. Najwięcej jednak jest o Zbigniewie Czarnuchu, Cudakach i Makusynach. I podlotkach wchodzących w dorosłe życie. Czyli na ówczesną zielonogórską rzeczywistość autorka spojrzała jakby z dwóch stron. I można odnieść wrażenie, że przy okazji opowiada się raczej po jednej z nich, o czym może czytelnik się przekonać.

Czesław Sobkowiak

The post Wpisani w Zieloną Górę, Halina Grochowska, Marcowy strych appeared first on Pro Libris.

]]>
Grosik młodości, Hanna Bilińska-Stecyszyn, Grosik szczęścia https://prolibris.net.pl/grosik-mlodosci-hanna-bilinska-stecyszyn-grosik-szczescia/ Mon, 22 Jun 2026 08:03:47 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17915 Joanna Kapica-Curzytek

The post Grosik młodości, Hanna Bilińska-Stecyszyn, Grosik szczęścia appeared first on Pro Libris.

]]>

Grosik młodości

Hanna Bilińska-Stecyszyn, Grosik szczęścia, Oficyna Wydawnicza Silver, Warszawa 2025, 424 s.

Hanna Bilińska-Stecyszyn to autorka w naszym regionie dobrze rozpoznawalna. Podczas gali Lubuskich Wawrzynów w roku 2023 roku została wyróżniona dyplomem honorowym za całokształt twórczości. Wcześniej, w 2019 roku, jej opowieść biograficzna o matce pt. Pelunia (wyd. Związek Literatów Polskich, Oddział w Zielonej Górze, 2019) została nominowana do Lubuskiego Wawrzynu Literackiego.

Dwa lata później przyszedł czas na debiut powieściowy. Książka Wbrew pozorom okazała się początkiem pomyślnie rozwijającej się kariery pisarskiej Hanny Bilińskiej-Stecyszyn. Autorka zdobywa sobie sympatię coraz szerszego kręgu czytelniczek i czytelników, a popularność jej utworów obyczajowych wykracza poza lokalne granice. Wydany w 2025 roku Grosik szczęścia to już czwarta jej powieść.

Główną bohaterkę, Ewę, poznajemy w Wigilię Bożego Narodzenia 2023. To czas szczególnie sprzyjający wspomnieniom. Zwłaszcza jeśli, tak jak Ewa, jest się osobą samotną, której przeszłość była naznaczona bolesnymi przeżyciami i dojmującym poczuciem straty. Ale nie budzi to w niej zgorzknienia, raczej poczucie nostalgii i chęć zrozumienia, co naprawdę się wydarzyło.

Grosik szczęścia toczy się w dwóch perspektywach czasowych. Są nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa Ewy, które przypadało na lata 50. XX wieku. „Kotwicą” w jej życiu była ukochana babcia, poświęcająca wnuczce większość swojego czasu. Kobiety w tej rodzinie zawsze były silne. Nie mogło być inaczej; babcia została mężatką już w wieku szesnastu lat, niewiele później – również matką. Wywiozła z Kresów Wschodnich pamięć o pewnej rodzinnej tragedii i samotnie wychowała dwoje dzieci. Osiedliła się w niewielkim miasteczku na Ziemiach Zachodnich. To historia, jakich na Ziemi Lubuskiej można usłyszeć dużo. Równie wiele było zetknięć nowo przybyłych z poniemieckością – w powieści mamy o tym wzruszające wzmianki. Wspomniany jest na przykład dawny niemiecki cmentarz, na którym „z każdym rokiem pali się […] coraz więcej światełek. Symboli pojednania po latach…” (s. 21).

Autorce bardzo dobrze udało się przedstawić w tle fabuły niepowtarzalny koloryt minionych dekad. W okresie młodości Ewy w radiu lub z płyt rozbrzmiewały bigbitowe przeboje, dziewczyny czytały „Filipinkę”, a wiodącą marką mody było pismo „Burda”, skąd odwzorowywano wykroje ubrań do uszycia we własnym zakresie. Był kiosk, w którym kupowano wszystkie potrzebne drobiazgi, a gazety i czasopisma nabywano w systemie teczek, przypominającym abonament. Wyraźnie w powieści widać, jak miasteczko przechodzi przez kolejne lata typowe zmiany: młodzi odpływają do większych ośrodków, po 1989 roku pojawiają się markety i dyskonty. Symbolem zmian jest budynek restauracji. Kiedyś lokal tętniący życiem i zabawami, a obecnie, w XXI wieku niszczejące, nieczynne miejsce, na które nikt nie ma pomysłu. Życie toczy się już dzisiaj zupełnie gdzie indziej. Echa tamtych czasów można dzisiaj jeszcze usłyszeć na przykład w sanatorium, gdzie na kartach książki przenosimy się z Ewą.

Ale Grosik szczęścia to nie panorama przemian ustrojowych, ale przede wszystkim powieść o dojrzewaniu, dosyć mocno akcentująca kwestie feministyczne. Świetnie tu widać, ile na przestrzeni dekad się zmieniło, jeśli chodzi o postrzeganie kobiet, ich problemów i miejsca w społeczeństwie. Hanna Bilińska-Stecyszyn konfrontuje nas z dylematami nastolatki zachodzącej w ciążę. Dziś niemal nie do wiary, że uczennica w odmiennym stanie była dawniej z reguły relegowana ze szkoły. Traktowano ją jako „zgorszenie publiczne” w myśl zasady, że uczennica szkoły socjalistycznej nie może dawać złego przykładu koleżankom. Ciekawe, że nikt jakoś nie upominał się w tym kontekście o przedstawicieli płci męskiej?

Szczególnie trudnym i „zapalnym” tematem do dyskusji – chyba w każdej przestrzeni publicznej – jest aborcja. Należy się autorce uznanie, że ten temat znalazł się w książce w ujęciu z jednej strony dalekim od ideologizowania, a z drugiej – bez zaszczepiania przekonania, że zabieg ten jest tak banalny jak pójście do fryzjera. Wejście w wewnętrzny świat bohaterki mierzącej się z wyborem budzi wiele emocji. I jest ważnym przypomnieniem, że w tej kwestii nie można ferować pochopnych wyroków ani też wygłaszać opinii bez znajomości sytuacji w każdym konkretnym przypadku.

Pojawia się również w powieści wątek gwałtu. Czy kobieta mogła dawniej liczyć na pomoc i wsparcie ze strony stróżów prawa? Dowiadujemy się tutaj, jak wyglądało zgłoszenie takiego przestępstwa na (wtedy jeszcze) milicji. Nie ulega wątpliwości, że sytuacja pokrzywdzonej kobiety pozostawiała wiele do życzenia i tak jest nawet jeszcze w naszych czasach. Nawet jeśli zmieniło się prawo, zmiany w powszechnym postrzeganiu tego problemu zachodzą raczej wolno, a ofiara często jest narażona na stygmatyzujące i pełne uprzedzeń traktowanie przy składaniu zawiadomienia. Nie wspominając już o tym, jak w ogóle trudno jest doprowadzić do prawomocnego skazania sprawców.

Główną osią powieściowej intrygi jest oczywiście przede wszystkim życie uczuciowe powieściowych postaci, o czym autorka potrafi opowiedzieć w tonie poważnym, ale i nie unikając miejscami lekko komediowego zabarwienia. Za słabszą stronę akcji uznaję to, że zbyt dużo jest w niej zbiegów okoliczności (czy świat rzeczywiście jest aż tak mały?), ale też do pewnego stopnia można to usprawiedliwić konwencją tego gatunku popularnej powieści.

Warto podkreślić natomiast niewątpliwą zaletę: stałym elementem w twórczości Hanny Bilińskiej-Stecyszyn jest przełamywanie tabu, jeśli chodzi o prawo do miłości osób „w trzecim wieku”. Te motywy znajdziemy również w Grosiku szczęścia. Uczucia potrafią w każdym wieku zaskoczyć, pojawiając się przed nami jak spod ziemi – i już trudno przejść obok. Albo też zdarza się, że dawne emocje mogą wrócić i natchnąć czyjeś życie głębią i dawno poszukiwanym sensem, nawet po trudnym okresie traumy i niepowodzeń.

Szczególnym elementem tej powieści jest jej muzyczne tło. W Grosiku szczęścia ważną rolę odgrywa pewien koncert dawnych przebojów, na który wybrała się Ewa. A na końcu książki czeka nas niespodzianka: lista ważnych dla fabuły (oraz, jak się dowiadujemy, dla samej autorki) hitów z dawnych lat. Do zeskanowania jest nawet kod QR, prowadzący prosto do specjalnie utworzonej „grosikowej” playlisty jednego z serwisów streamingowych. Tam utworów jest o wiele więcej niż w książce. To wirtualne zestawienie jest kolejnym świadectwem upływającego czasu. Muzyki słuchamy już niemal wyłącznie w internecie, a dawne płyty odeszły już do lamusa (choć może nie całkiem, bo nastał renesans winyli). Również mocno zmieniło się radio.

A co z tytułowym grosikiem? Autorka nawiązuje tu do wigilijnej tradycji – w jednym z pierogów umieszcza się go na szczęście. Los decyduje, do kogo trafi podczas wieczerzy i komu będzie zwiastował pomyślność. Od siebie dodam, że kiedyś też taki grosik wrzucało się do grającej szafy, by móc usłyszeć ulubiony przebój. Obecnie wystarczy tylko zeskanować kod QR, więc grosik nam zostaje. Zatrzymajmy go w dłoni, niech będzie dla nas grosikiem młodości. Muzyka budzi wspomnienia, przenosi w czasie, wywołuje dawno zapomniane sceny z życia, odnajduje nas takimi, jacy byliśmy dawniej – i wciąż przecież jesteśmy.

 

Joanna Kapica-Curzytek

 

 

The post Grosik młodości, Hanna Bilińska-Stecyszyn, Grosik szczęścia appeared first on Pro Libris.

]]>
„Może zdążę jesienią coś jeszcze powiedzieć…” – dialog z czasem w wierszach Czesława Sobkowiaka, Czesław Sobkowiak, Rozmowa w listopadzie https://prolibris.net.pl/moze-zdaze-jesienia-cos-jeszcze-powiedziec-dialog-z-czasem-w-wierszach-czeslawa-sobkowiaka-czeslaw-sobkowiak-rozmowa-w-listopadzie/ Mon, 22 Jun 2026 06:38:12 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17899 Katarzyna Krysińska

The post „Może zdążę jesienią coś jeszcze powiedzieć…” – dialog z czasem w wierszach Czesława Sobkowiaka, Czesław Sobkowiak, Rozmowa w listopadzie appeared first on Pro Libris.

]]>

„Może zdążę jesienią coś jeszcze powiedzieć…” –
dialog z czasem w wierszach Czesława Sobkowiaka

Czesław Sobkowiak, Rozmowa w listopadzie, Graf Media, Zielona Góra 2025, 68 s.

Lubuskiego poety, autora Rozmowy w listopadzie[1], nie trzeba przedstawiać. W najnowszym tomiku poetyckim podejmuje on rozmowę z czasem… Nie ściga się z nim, ale negocjuje. Dialoguje z tym, który przemija jak zmierzch i światło, chwile, sekundy, godziny, miesiące, lata, dzisiaj i jutro, noce i dnie, sezony i pory roku, zapamiętane „kiedyś” utrwalone w listach. Ujawnia się w spadających liściach, wodzie płynącej z kranu, zmianie koloru dachówki (z czerwieni na bordowy), znika. Słychać go, gdy ktoś stawia kroki, przechadza się. A w tym wszystkim daje o sobie znać jakieś wewnętrzne, osobiste przynaglenie: „Chcę coś napisać w odpowiedzi na czas” (Rozmowa w listopadzie).

Cierpliwość, ciężar, bezimienność

Podmiot liryczny zbliża się do czasu cierpliwie, spokojnie. Zdaje się przechadzać „długą drogą” (Gdzie), całymi dniami i nocami pracować (Minął, Kamień), analizować proste, codzienne czynności (Kształt), „banalną pogodę” (Cały dzień), zmieniającą się sezonowo przyrodę, krajobrazy, „szare rzeczy” (ołówek, kartkę, stół, szklankę wody) i atmosferę domu (Rozmowa, Nadal). Widać tu poddanie się naturalnym procesom, prowadzeniu ścieżkami spokojnej codzienności, nurtowi wspomnień, doświadczeń, zamyśleń oraz „wertowanie stron życia” (Wertuję strony życia), jego trudów, kształtów i barw.

Cierpliwości towarzyszy umiarkowanie, niespieszność, „zwykłe kroki” (Linia). Autor posłowia, Franciszek Czekierda, zwraca uwagę na „słowa-krople”[2] oraz na zadumę i prostotę obecne w zbiorze. Mirosława Szott dostrzega w nim pokorę i spokój, a zarazem zmagania[3]. Choć znajdziemy tu smutek, lęk, rezygnację czy zmęczenie, do wierszy – zdaniem Kazimierza Skorupskiego – „nie zakradła się abnegacja, dekadentyzm czy brak sensu”[4]. To raczej „powaga istnienia. Absolutna jego jednorazowość”[5] .

Wagę rzeczy i spraw z pozoru banalnych podkreśla m.in. wiersz Zajmuję się. Podmiot liryczny zdaje się wpatrywać w mikrokosmos i wydobywać z niego wartość, sedno, pomimo trudu: „Zajmuję się zbieraniem blasku kilku kamyków,/ Małych rzeczy niewyzbytych ciężaru”.

Warto przyjrzeć się bliżej jeszcze utworowi Dom. Jest w nim mowa o zgarnianiu mokrych liści, cichej, pokornej, codziennej, powtarzalnej pracy, która „odbywa się nisko”. Przypomina się tu fraza i perspektywa z wiersza lubuskiej poetki Ireny Dowgielewicz O patrzeniu: „Najlepiej patrzeć z niska”[6]. Takie bycie „przy ziemi”, realizm, prostota, pozwalają docenić właśnie rzeczy „przyziemne”, zwyczajne, i nadać im głębię i sens. Wprowadzają także w łagodny nastrój spokoju, rozkoszowania się naturą i jej darmowym, a zarazem bezcennym bogactwem: „Za darmo wszedłem w ciszę ogrodu” (Otrzymałem).

Wsłuchując się w ten ostatni cytat, można zatem powiedzieć, że poeta rozmawia także z ciszą… Poza tym: z samym sobą, z nicością, w czerni nocy… (Dedykacja). Na tę rozmowę składają się wiersze, listy, słowa nie tylko wypowiedziane, ale też napisane, może pomyślane… Do kogo jeszcze zwraca się podmiot liryczny? Można znaleźć imiona, nazwiska – dedykacje… Jest jednak również wiele nieokreśloności, świata uniwersalnego, nienazwanego, bezimiennego: ktoś, komuś, coś, w czyimś domu… Wyrażają one jakąś samotność: „Ktoś pisze w ciszy nad ranem bez nikogo/ […] To czyjeś „nikogo” przygarnia się do zdań” (Sekunda). Wyczuwa się także milczenie, brak i pustkę: „Nad białą kartką czystą i pustą” (Biała kartka), „Szept i czyjeś imię trwa samotnie” (To zwykłe), „Przyszedłem tu milczeć taki jaki jestem” (Październik).

Listopad, liście, listy

Zbiór Czesława Sobkowiaka to wiersze jesienne, „listo-padowe”. Jak refren przewijają się tu motywy spadających liści, są też listy, składające się na dialog z czasem. Na liściach – krople rosy lub deszczu, pajęcze nici (Mieszkam) – znaki czasu: poranka, słoty, cierpliwego tkania… W listach – pamięć (Dedykacja).

Jednak w tomiku znajdziemy także inne pory roku: zimowy śnieg, lato. Może więc autorowi chodzi raczej o jesień życia, o rozmowę, w której spadającym liściem i listem odchodzącym w przeszłość mogą być ludzkie słowa, myśli, pytania, czyjś głos? Choć liście i listy „upadają”, przemijają inaczej niż sam człowiek… (Dom).

Rośliny, ptaki, kamienie

W wierszach Czesława Sobkowiaka kryje się bogactwo roślin: bez, jaśmin, bławatki, także drzewa: wierzba i platan, warzywa i owoce: dynia, kartofle, jabłka. Raz po raz dają o sobie znać odgłosy ptaków. Przyroda jest tu obiektem kontemplacji, odsyła swym istnieniem do nieuchwytnej tajemnicy. Powracają również motywy kamieni, a one jako hierofanie mogą ukazać człowiekowi siłę, odporność, trwałość, pozaczasowość, a przede wszystkim bycie. Jak pisze Mircea Eliade, „kamień przede wszystkim jest, pozostaje zawsze taki sam, nie zmienia się i frapuje człowieka tym, co ma w sobie nieredukowalnego i absolutnego, a czyniąc to – odsłania przez analogię nieredukowalność i absolutność bytu”[7].

Sięgając po takie środki wyrazu, poeta próbuje odkryć jakąś ukrytą w świecie i naturze pierwotną, nieokreśloną tajemnicę. Stara się przedostać się do prawdy, do czystego bytu. Koncentruje się na przeżywanej chwili, ocala proste i podstawowe doświadczenia, zwykłe spotkania, „tu i teraz”.

*

Cierpliwość poetyckiej listopadowej rozmowy Czesława Sobkowiaka łączy się z „lichą zwyczajnością” (Butelka), która jednak… wystarcza. Wypełnia ona tomik spokojem, „fioletem bzów” (Chwile, To zwykłe), zapachem ziemi. Zarazem pozwala prostym słowom dojrzewać, wzlatywać i – o czym wspomina Skorupski – „jak ptak” nieść na skrzydłach ciężar (jako trud, ale także jako wartość, wagę) przemyśleń, doświadczeń[8].

Katarzyna Krysińska

 

 


[1]  C. Sobkowiak, Rozmowa w listopadzie, Zielona Góra 2025.
[2]  F. Czekierda, Zwyczajność podniesiona, [w:] C. Sobkowiak, dz. cyt., s. 53-65.
[3]  M. Szott, [notka na okładce], [w:] C. Sobkowiak, dz. cyt.
[4]  K. Skorupski, [notka na okładce], [w:] C. Sobkowiak, dz. cyt.
[5]  Tamże.
[6]  I. Dowgielewicz, O patrzeniu, [w:] tejże, Milczenia słuchajcie, oprac. i posł. M. Szott, Zielona Góra 2024.
[7]  M. Eliade, Sacrum, mit, historia. Wybór esejów, tłum. A. Tatarkiewicz, Warszawa 1974, s. 155.|
[8]  K. Skorupski, [notka na okładce], [w:] C. Sobkowiak, dz. cyt.

The post „Może zdążę jesienią coś jeszcze powiedzieć…” – dialog z czasem w wierszach Czesława Sobkowiaka, Czesław Sobkowiak, Rozmowa w listopadzie appeared first on Pro Libris.

]]>
Gęsta, wielowątkowa, Sławomir Gowin, Łódź Dantego https://prolibris.net.pl/gesta-wielowatkowa-slawomir-gowin-lodz-dantego/ Mon, 22 Jun 2026 06:20:49 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17888 Czesław Sobkowiak

The post Gęsta, wielowątkowa, Sławomir Gowin, Łódź Dantego appeared first on Pro Libris.

]]>
Obrazek przedstawia napis Recenzje i omówienia

Gęsta, wielowątkowa

Sławomir Gowin, Łódź Dantego, Wydawnictwo Pro Libris, Zielona Góra 2025, 44 s.

Najnowszy zbiorek Sławomira Gowina (szósty w jego dorobku i nagrodzony Wawrzynem), Łódź Dantego, jest niedużej objętości (44 s.), ale wyposażony przez autora w znaczącą myślowo, zagęszczoną materię poetycką. Materię wyrażaną poprzez narrację epicką oraz liczne przywołania nakładających się na siebie rzeczywistości – tego wszystkiego, co złożyło się na podmiotowe doświadczenie. Jest ono bardziej niejasne i skomplikowane, aniżeli wskazywałaby na to forma czystego wzruszenia o jasno czytelnej linii. Widać to np. w utworach Zamek czy Śpiewnik lwowski (pojawiają się tu odniesienia do przeszłości „tych, którzy przyszli”, resentymenty „rozpaczy” i wątek zmysłowy „całuje głęboko”). Wiele spraw ostro sytuuje się obok siebie. Można rzec, że cały zbiór zanurzony jest w szczególnych dla autora realiach; „wypływa właśnie z doświadczeń i obserwacji”, z klimatów wyjątkowo odczuwanych także na Ukrainie. W znacznym stopniu jest to quasi-biografia duchowa poety. Wojenny charakter sytuacji jest raczej tylko sygnalizowany – gdzieś pojawiają się „głuche peryferie rozżalonych pogorzelisk”, ale nie jest on obecny detalicznie (s. 24). Na pierwszym planie znajduje się sam podmiot. Dla poety wszystko, z czym się styka, jest naznaczone równoległością i pozbawione prostego biegu (Masza i jej mięso). Pobrzmiewa w tym wiele przywołań: Czechow, Krym, skały Gurzufu, „miernota Kułygin” i oczywiście Masza, o której w pewnym momencie myśli wręcz „wzgardliwie i boleśnie” erotycznie. Wszystko to jest dość trudne do objęcia, bo „pociąg Lwów – Odessa jak ciemny potok”. A jednak nieuniknione, podobnie jak owe „złowrogie komunikaty”.

Podmiot odczuwa dojmujące grzęźnięcie egzystencji. Wódka, często spożywana, pojawia się jako warunek podtrzymania biologicznego trwania we wspólnocie i w samym toku myślenia. Materia poetycka nie jest wewnętrznie wolna od kontrastów duchowych i moralnych. Raz są one wysokie, wyrażane niemal patetycznie, innym razem naznaczone dwuznacznością, którą poeta rozpoznaje i w którą włącza własne emocje, a nawet rozchwianie. Różne treści zdają się ze sobą rywalizować. I poeta nie odwraca od nich uwagi, ba, nawet z pewnym zafascynowaniem gromadzi je w wierszach. Mają pewnie podwyższyć, nakręcić temperaturę, ich dramatyzm i demoniczny urok.

Dramatyzm zapoznawania istnienia śmierci to niewątpliwie też cecha tych wierszy. Nie żaden liryczny spokój, cisza, kojący nastrój. Podmiot gwarantuje, że nie chce niczego pomijać ani upiększać. Już pierwsze dwa wersy zbioru o tym świadczą: „Miasto przezierało spod października/ jak umęczone ciało, spowite chłodnym płótnem” (Przed ucztą). Niebanalna równoległość różnych sfer ma tu fundamentalne znaczenie. Wyznacza kształt poetyki tego zbioru. Roi się w nim wyraźnie od przywołań kulturowych, lekturowych (Adorno, Chomsky, Tycjan, Modigliani, Hemingway, Proust, Faulkner…), z którymi bohater wierszy stykał się i wzrastał, więc brały udział w jego duchowym dojrzewaniu („życie/ wycierało nam usta cytatami”), a po latach wyznaje: „Oto całe życie, które uwielbia w taki sposób/ udawać prawdziwie”. I naprawdę już nie wie, „co właściwie dzisiaj znaczy” ta sfera finezyjnych przedstawień, losów i literackich opowieści. Nie wie, ale wiedzie z nimi dyskusje, polemizuje, pozbawia wyniosłości, konfrontuje ze swoim „ja” i z tym, co widzi, co go spotyka w szarej, zdegenerowanej rzeczywistości. Po autorytetach zostało to, czego doświadcza się na własnej skórze – „gwar i alkohol”. Tak uruchamia się nieustannie poetycki żywioł. Widać więc, że rzeczywistość jest głęboko ujmowana – realność zawiera też tajemnicę. Ale i pozbawia złudzeń: „rozstrzyga się/ nasze szczęście. I rozbija życie”. No właśnie, zdarza się coś niepokojącego. I coraz bardziej nasila.

Cechą tych wierszy jest to, że rodzą się na styku wielu impulsów, wrażeń i obserwacji czy skojarzeń, „bo wtedy wszystko będzie równie proste i równie zawiłe/ jak w życiu”. Takie dawki poetyckie mogą czytelnika intrygować, stoi za nimi autentyczna chęć ogarniania szerszej panoramy, życia jako takiego, nie płaskiego, z dnia na dzień, monotonnego, lecz dostępującego pewnej, niskiego autoramentu, frenetyczności. „Mroczna suknia z białej duszy” jest zrywana, a „dusza” poniekąd plugawiona (nazwana prowokacyjnie „mięsem”). Najważniejsze jednak jest to, że poeta potrafi nad tym panować. Linia liryczna idzie w różne strony, ale też dąży do puenty, np. „I rzecz dzieje się w mieście gubernialnym”. Bardzo głęboko ukryte jest dążenie do czystości, jasności, prawdy i piękna. I ono pojawia się w zasadzie w jednym końcowym wierszu (Pierwsza wódka z poetą), niosąc subtelność: „pojawia się dziewczyna./ Tiulowa i wietrzna, rymowana/ z pachnącym pokosem, chwiejna dorodnie”, która przychodzi i „patrzy z zalotną czcią, jak pijemy wódkę”. I jest w tym ujęciu jednak raczej jakby marzenie niż realność. To jeden z najlepszych wierszy. Poeta ujmuje życie głównie od strony mocnych emocji, drapieżnych, które wyzwalają wyostrzoną obserwację i kojarzenia. Chce za nimi nadążyć, w nich się odnajdować jako uczestnik. Czytelnik też musi nadążyć, co może być trudne.

Oczywiście ten zbiór to nie całościowy opis martyrologii świata, jakiejś ostatecznej klęski, ale głównie odsłanianie się podmiotu na styku z nim. Zadanie nie jest łatwe, bo nie może być bagatelne. Też to trzeba zauważyć. Sławomir Gowin odczytuje różnorodność kulturową świata w szerokich, gęstych poetyckich frazach, z pobłażaniem dla pozorowanych mądrości, chcących mieć status wyroczni. Odnosi się krytycznie np. do tezy Różewicza o śmierci poezji „po Oświęcimiu”. Ale, no właśnie, niedaleko mu zarazem do zwierzęcych wręcz namiętności, których dzikość wyznacza i naznacza styl życia. Tu widać granicę pomiędzy pojęciami wartości. Jak w wierszu Inni mężczyźni, Chłopcy Prousta, Głupcy Platona. Nic z apologii klasycyzmu. Świat depcze wartości, zabija, przekrwawia je, gdyż wagę ma chciwość, wyżeranie pragnień, cięcie nożem, rozpruwanie brzucha. Okrucieństwa.

Myślę, że w tym zbiorze Sławomir Gowin radzi sobie z wielowarstwowością znaczeń. Chyba dlatego, że mimo bycia w środku nie utożsamia się, zachowuje jakiś elementarny dystans. Potrafi różne aspekty rozsnuwać i łączyć w jeden ciąg faktów, zestawiać znaczenia, ale i je dogłębnie widzieć. Tak jakby jeden aspekt dopowiadał drugi. Lubi grać takim skomplikowanym tropem. Jest w nim miejsce na tragiczne obrazy i na wplatanie dygresji kulturowych. A więc mimowolnie ma miejsce konfrontowanie. Jednak, co warto też zauważyć, żywiołem tego zbiorku są liczne wątki z kobietami, nie wysoce romantyczne, głównie erotyczne, żeby nie powiedzieć – seksualne. Poeta otwarcie wyznaje, np.: „Dziś pragnę wziąć Maszę”. Te narracje nie są traktowane monolitycznie, bardziej jako wątki uzupełniające, które składowi szerszej rzeczywistości nadają dodatkowy rytm i znaczenie. Przybierają czasem rys nieco straceńczy. W związku z tym każda taka sytuacja jawi się jako dramatyczna w nastroju. Jak „poznanie prawdy”. Te treści, myślę, wzbogacają zbiór Łódź Dantego w walor ludzkiej prawdziwości.

Przeczytałem wszystkie wiersze, poznałem ich wyobraźniową i kojarzeniową żywiołowość, żywotność. Jest w nich coś z postawy wędrowca, który raz decyduje się podsumowywać różne epizody swojego życia, a innym razem je głównie ukazywać. Całość opatruje niekiedy kontestacyjnym znakiem zapytania i wątpienia. Osadzenie się w świecie domaga się wyostrzonych nazwań, jak właśnie w Śpiewniku Odeskim: „gotowy do uciech/ bolesnych i wielkich”. I tę ważną skłonność poeta podtrzymuje, by sprawdzić, czy „pod skórą/ coś więcej”. Jeśli jest wzruszenie, to pobrzmiewa nutą elektryzującą, popisem efektownych określeń, a także perwersyjnymi tonacjami. Jakby były prawdziwsze i uczciwsze. Niesentymentalne są „nasze głowy cięte żelazem zmysłów/ na nierówne takty pożądliwej kanzony […] I twoja biel, targana moim porywem, dopóki pragnienie/ Oddech za oddechem, nie ułożą się na usypiającej fali”. Nie da się stwierdzić, że są to nieznaczące epizody. Mimo to nie widać tendencji do kreowania jakiegoś misterium ani wnikliwego poetyckiego cyzelowania. Dopuszcza Gowin w swojej poezji jako równoprawną pewną chaotyczność wątków i skojarzeń. Zwyczajność ani codzienność nie pojawiają się w polu zainteresowania. Trudno byłoby przecież nadawać takim przejawom nadzwyczajne znaczenie, a o takie poecie najbardziej chodzi. Wszystko, całe życie, podmiotowe doświadczenia, pokazane są jakby na ostrzu noża. Ostro i wyraźnie.

Czesław Sobkowiak

 

 

The post Gęsta, wielowątkowa, Sławomir Gowin, Łódź Dantego appeared first on Pro Libris.

]]>
Nie tylko szkice środowiskowe. Karol Maliszewski, Poeta jako krytyk (i inne szkice środowiskowe) https://prolibris.net.pl/nie-tylko-szkice-srodowiskowe-karol-maliszewski-poeta-jako-krytyk-i-inne-szkice-srodowiskowe/ Fri, 28 Nov 2025 07:23:06 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17052 Mirosława Szott

The post Nie tylko szkice środowiskowe. Karol Maliszewski, Poeta jako krytyk (i inne szkice środowiskowe) appeared first on Pro Libris.

]]>

Nie tylko szkice środowiskowe

Karol Maliszewski, Poeta jako krytyk (i inne szkice środowiskowe), Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław 2025, 356 s.

Nie jest tak prosto napisać o książce, której autorem jest Karol Maliszewski. To krytyk, na którego tekstach uczyłam się czytać i rozumieć poezję od czasu studiów. Chyba każdy, kto kończy polonistykę, zna na wyrywki legendarny tekst Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy. Krzysztof Siwczyk stwierdził: „Ostra kreska, którą oddzielił autorów o proweniencji herbertowskiej od bardziej zadziornych, punkowych rzezimieszków, miała w sobie coś z gestu premiera Mazowieckiego”[1]. Wywołało to dyskusję, jakiej krytyka literacka później już nie doświadczyła. Także na podwórku lubuskim bardzo ceniony i mający świetne rozeznanie (jurorujący m.in. w Lubuskich Wawrzynach). Nie będzie to zatem typowa recenzja czy ocena, ale raczej próba podziękowania (w swoim imieniu) za to, co Karol Maliszewski robi od kilkudziesięciu lat dla polskiej poezji.

Zamiast skupić się na jednej książce i poddać ją analizie, wypożyczyłam jeszcze kilkanaście innych, pozwalając sobie na niespieszne powroty i doczytywanie dawnych tekstów. Tak chyba powinna wyglądać relacja, którą chciałabym nawiązywać z książkami. Jednak szybko wpadłam w taki stan, kiedy myślałam, że nie jestem gotowa, żeby cokolwiek napisać (przecież nie poznałam jeszcze wielu szkiców[2]). I tu zdałam sobie sprawę, że trudno ogarnąć tak rozległą twórczość, która nawarstwiała się przez lata. Nie zapominajmy też, że obok krytyki literackiej Karol Maliszewski pisał i wydawał tomiki poetyckie, prozę, a także pracował naukowo (habilitacja uzyskana w 2018 roku). Jednak żaden tytuł naukowy nie był mu tak naprawdę potrzebny w osiągnięciu prestiżu, bo jego autorytet jest ponad tym.

Relacja z lektury

W końcu też przeczytałam książkę Poeta jako krytyk (i inne szkice środowiskowe). Chodziłam z zamiarem opisania

swojej lektury kilka tygodni, dyskutowałam w myślach, aż w końcu zaczęłam zapominać o jej strukturze, głównych myślach, trochę ją zinterioryzowałam. I podejrzewam, że dopiero druga lektura pomogła mi zrozumieć poetę-krytyka. Nie jest to kategoria oczywista. Maliszewski już na pierwszych stronach zauważa, że obok ścieżki dziennikarskiej i naukowej (wymienia je Dorota Kozicka, odnosząc się do tekstu Przemysława Czaplińskiego), które mogą prowadzić do krytyki literackiej, jest jeszcze trzecia – poetycka, którą on intuicyjnie wybiera już na początku. Ale Maliszewski postanawia przyjrzeć się w tej książce innym odpowiednikom takich praktyk czytania. Poświęca temu pierwszą część publikacji. Mamy tu przypadek Bogusława Kierca, który pisał o poezji Juliana Przybosia tak, że sam Przyboś miał „dreszcze niesamowitości”; jest Henryk Bereza, znany krytyk, który pod koniec życia zaczął pisać wiersze, a więc – jak tłumaczy Maliszewski – prosić o głos, szukać prawdy. Ponadto znajdziemy także analizę lektury wierszy Piotra Sommera, Piotra Matywieckiego, Michała Fostowicza. Po tym rzetelnym spojrzeniu na piszących kolegów z branży (pomija krytyczki-poetki, zaznacza to na wstępie), przechodzi do szkiców środowiskowych.

To moja ulubiona część. Bardzo osobista. Maliszewski pisze o Dolnym Śląsku, ale nie jako regionalista, ale ktoś emocjonalnie odczuwający tę przestrzeń, jej podwójną mitologię. Bliżej mu – wyjawia – do czeskich pisarzy z Sudetów niż nieznanych mu kolegów ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w Warszawie. Lokalność była tym pierwszym doświadczeniem i chyba – w całym rozrachunku – najsilniejszym. Krytyk uświadamia sobie (prowadzi nas przez ten proces), że najwięcej w swoim życiu napisał o książkach i ludziach tutejszych. Pokazuje też, jak odkrywał duchowy charakter miejsca, jego genius loci, i że była to pierwsza lekcja tolerancji i zrozumienia iluzoryczności granic.

Nieco dalej wspomina, jak zaczęła się działalność poetyckiego klubu w Nowej Rudzie „Ogma” w 1990 roku. Regularne spotkania miłośników literatury (kto z nas nie zna tego z autopsji?), podczas których czytano swoje literackich próby, ożywiło znacznie życie literackie w mieście. Wspomnę tylko, że na tych spotkaniach pojawiała się m.in. Olga Tokarczuk, która pracowała wtedy nad swoją debiutancką książką Podróż ludzi Księgi. Maliszewski przytacza też inicjatywę zjazdu poetek i poetów z okolic. W maju 1991 roku odbył się I Wspólny Wieczór Zaprzyjaźnionych Poetów Dolnośląskich (impreza po latach przekształciła się w trwające do dziś Noworudzkie Spotkania z Poezją). Spotkaniom zaczęły towarzyszyć konkursy poetyckie, co przyciągało coraz więcej uczestników. Tak mniej więcej wyglądają początki jego pasji. Maliszewski po nakreśleniu rysu historycznego, przechodzi do omówienia liryki kilkorga dolnośląskich poetek i poetów: Zofii Mirskiej, Davida Magena, Leszka Pułki, Mirki Szychowiak, Tomasza Hrynacza, Grzegorza Tomickiego i Miłosza Kamińskiego. Po tym przeglądzie widać (poza tym, jak różne są to poetyki), w jaki sposób Maliszewski ustawia kąt patrzenia, jakie ścieżki wybiera (za każdym razem inne) i co go różni od sztucznej inteligencji. Otóż poza wnikliwą intelektualną analizą (którą niestety za jakiś czas będzie można łatwo naśladować za pomocą GPT), jest też przeżywanie, wręcz somatyczne odczuwanie literatury, dawanie sobie przestrzeni na wątpienie lub nierozwiązywanie wszystkich spraw. Pewna nieprzewidywalność gestów. Gdzieniegdzie ironia.

W Aneksie, który stanowi jedną trzecią książki, kilka ciekawych artykułów. Na początku powraca casus Henryka Berezy, którego pozycja jako krytyka zmieniła się diametralnie po 1989 roku. Został zepchnięty na margines, a jego dorobek – zlekceważony. Maliszewski przypomina jego wstrząsającą spowiedź z 1994 roku na łamach „Nowego Nurtu” i walkę o autonomię literatury. O jego opinię upomniały się w swoim czasie następne pokolenia młodych.

W kolejnym podrozdziale Maliszewski skupia się na czasopiśmie „Nowy Nurt”, jego pokoleniowości oraz zjawisku „krytyki towarzyszącej” (dzieli pod koniec tę kategorię na krytykę towarzyszącą pokoleniową i krytykę towarzyszącą środowiskową). Ciekawe są kulisy bitwy młodziaków i starszaków (lub też dodatkowo średniaków), która rozgrywała się na tle pisma i zorientowanie go na młodoliterackość. Następnie pisze o wierszach dystansujących się od nadmiernego zaangażowania się w sprawy Polski jako tematu poezji. Przytacza m.in. wiersz Marcina Świetlickiego Polska oraz Miłosza Biedrzyckiego Akslop. W jego szkicu pojawiają się też inni poeci pytający o Polskę: Jakub Pszoniak, Paweł Podlipniak, Edward Pasewicz, Tomasz Dalasiński. Każdy z nich zasługiwałby na odrębny komentarz.

Wisienką na torcie jest artykuł dotyczący twórczości Olgi Tokarczuk i wiary noblistki w sprawczość literatury. Przedstawia on etapy rozwoju światopoglądowego pisarki, jej pierwsze publikacje i wreszcie moment sięgnięcia po esej. To właśnie na trzech książkach eseistycznych Tokarczuk (Lalka i perła, Moment niedźwiedzia i Czuły narrator) skupia się Maliszewski w tym szkicu, pokazując jej fascynacje i duchowe rozumienie naszych czasów. Bardzo ciekawie pisze też o koncepcji metaksy jako mityczno-symboliczno-literackiej krainy.

Czuły krytyk

Myślę, że Maliszewski jako krytyk to przede wszystkim czuły krytyk (na wzór czułego narratora). Pisanie jest w jego przypadku dokładnie tym, o czym przekonuje Tokarczuk: „świadomym, choć może trochę melancholijnym współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu”[3]. Poeta jako krytyk to zawsze poeta biorący w nawias swoje ego, żeby wyjść naprzeciw innemu poecie. Maliszewski przed laty napisał o swojej metodzie „wnikania” tak: „To kwestia skrócenia dystansu między opisującym a opisywanym. To kwestia intencjonalności, bezpośredniego przenikania, »serdecznego« wysiłku. Nie biorę do ręki kupy zszytego papieru ze słowami zapisanymi w maniakalnych rządkach, biorę do ręki człowieka, który wysyła z głębi swej inności […] sygnały stanowiące o jego istnieniu, to istnienie scalające”[4]. Nie zajmuje się więc abstrakcją, znakami, wyizolowanym językiem, ale człowiekiem-podmiotem wyrażającym się w tym języku. To duża odpowiedzialność, pamiętajmy, że krytyk wciąż jest jedynie człowiekiem.

Kiedy czytam książki Maliszewskiego, mam nieodparte wrażenie, że pisze on raczej uniwersalną powieść niż szkice krytycznoliterackie (które zazwyczaj okazują się doraźne i po chwili nieaktualne). Jest ona wciągająca i metarefleksyjna. Stanowi przeciwieństwo pisania aseptycznego, bo w dużej mierze bywa o nim samym.

Na koniec znowu Siwczyk: „Wydaje mi się, że Karolowi polska krytyka literacka nie zwróciła nawet części długu, jaki u niego ma”. Też tak myślę.

Mirosława Szott

 


[1]  K. Siwczyk, Trzecia kultura Siwczyka. Karol Maliszewski: Osobowość rosnąca z każdą przeczytaną książką, https://www.projektpulsar.pl/struktura/2263345,1,trzecia-kultura-siwczyka-karol-maliszewski-osobowosc-rosnaca-z-kazda-przeczytana-ksiazka.read [dostęp: 16 sierpnia 2025].

[2]  No właśnie, Karol Maliszewski lubi to określenie – szkic. Pewnie dlatego, że jest lekkie w przeciwieństwie do takich jak: artykuł, rozprawa, synteza.

[3]  O. Tokarczuk, Czuły narrator, Kraków 2020, s. 288.

[4]  K. Maliszewski, Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy. Szkice o nowej poezji, Bydgoszcz 1999, s. 5.

The post Nie tylko szkice środowiskowe. Karol Maliszewski, Poeta jako krytyk (i inne szkice środowiskowe) appeared first on Pro Libris.

]]>
Poezja Eugeniusza Kolanki. Jerzy Jarowiecki, Eugeniusz Kolanko („Bard”), poeta i konspirator https://prolibris.net.pl/poezja-eugeniusza-kolanki-jerzy-jarowiecki-eugeniusz-kolanko-bard-poeta-i-konspirator/ Thu, 27 Nov 2025 14:00:04 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17039 Piotr Gulewski

The post Poezja Eugeniusza Kolanki. Jerzy Jarowiecki, Eugeniusz Kolanko („Bard”), poeta i konspirator appeared first on Pro Libris.

]]>

Poezja Eugeniusza Kolanki

Jerzy Jarowiecki, Eugeniusz Kolanko („Bard”), poeta i konspirator, Pro Libris – Wydawnictwo Naukowe i Edukacyjne SBP, Zielona Góra – Warszawa 2025, 250 s.

Z perspektywy mieszkańca okolic Zielonej Góry działalność pomniejszych oddziałów krakowskiego podziemia okresu niemieckiej okupacji wydaje się tematem dyskusji wąskiego grona pasjonatów. Dla historycznego laika konspiracja okresu II wojny światowej kojarzy się przede wszystkim z Powstaniem Warszawskim oraz innymi bohaterskimi postawami polskich żołnierzy, harcerzy i zwykłych obywateli, których opór przeciw najeźdźcy stanowił fundament przetrwania Polski. Jeśli chodzi o literacką część podziemia, słyszy się wtedy najczęściej takie nazwiska jak Baczyński, Borowski czy Gajcy. Kim natomiast był Eugeniusz Kolanko? Może oprócz uczniów i absolwentów Szkoły Podstawowej nr 4 w Krośnie, której ów autor jest patronem, raczej mało kto potrafiłby udzielić konkretnej odpowiedzi.

Publikacja profesora Jerzego Jarowieckiego pod tytułem Eugeniusz Kolanko („Bard”), poeta i konspirator trafiła do mnie w dość nieoczekiwanych okolicznościach. Gdyby nie to zrządzenie losu, prawdopodobnie nigdy nie usłyszałbym o poecie, jakim był Eugeniusz Kolanko (pseudonim „Bard”) i tragicznej historii jego krótkiego życia. „Bard”, choć nie zasłynął nigdy szerzej jak jego wyżej wymienieni rówieśnicy, jest niemniej autorem wartym uwagi – współpracującym zarówno z licznymi konspiracyjnymi czasopismami, jak i bardziej aktywnym ramieniem Armii Krajowej. Jednym z jego najbardziej znanych utworów jest akrostych Rym, w którym pod pretekstem żartobliwego wierszyka uderzającego w domorosłych poetów, przemycił do tzw. prasy „gadzinowej” wiadomość „Polacy Sikorski działa”, szerząc nadzieję wśród polskich czytelników.

Opracowanie Jarowieckiego w przystępny i profesjonalny sposób przybliża sylwetkę Eugeniusza Kolanki, osadzając „Barda” w odpowiednim kontekście środowisk, w których funkcjonował oraz działaczy podziemia, z którymi miał styczność, ułatwiając czytelnikowi bez uprzedniej wiedzy w temacie zrozumienie roli, jaką poeta odegrał z pejzażu konspiracyjnym Krakowa, jednocześnie odwołując się do szerokiej bibliografii dla bardziej zaawansowanego odbiorcy. Eugeniusz Kolanko 

(„Bard”), poeta i konspirator jest dziełem wielu lat, a nawet dekad, jakie Jerzy Jarowiecki włożył w badanie zagadnienia – rozmów z rodzinami i świadkami, poszukiwaniem pamiątek, listów i innych dokumentów pozostałych po Kolance, na których podstawie autorowi udało się do tego stopnia odbudować biografię poety. Świadczą o tym poprzednie publikacje autora w tym temacie, względem których wiedza o poecie jest poszerzana, jak na przykład, wydany w 1999 roku Eugeniusz Kolanko „Bard”. Bez tych starań wspomnienie „Barda” zostałoby dzisiaj niewątpliwie zatracone. Oprócz części biograficznej publikacja zawiera opracowanie wierszy Eugeniusza Kolanki. W jego skład wchodzą zarówno utwory, które ukazywały się jeszcze w prasie podziemnej i tomikach poezji współtworzonych przez Kolankę, te, które Jerzy Jarowiecki uprzednio wydał w Zakonspirowany pejzaż: wiersze wybrane (1973) oraz niepublikowane dotąd wiersze, odzyskane z różnych źródeł dzięki staraniom prof. Jarowieckiego. Każdy z tych wierszy został opatrzony przez autora komentarzem o okolicznościach powstania oraz sposobie, w jaki trafił do tego wydania.

Eugeniusz Kolanko („Bard”), poeta i konspirator jest pozycją godną polecenia nie tylko ze względu na wartość historyczną oraz literacką. Historia Eugeniusza Kolanki, którego talentom nie było dane w pełni rozkwitnąć za sprawą brutalności hitlerowskiego okupanta, niesie za sobą ważne świadectwo dla każdej osoby aspirującej do podążania pisarską ścieżką. Świadectwo niestrudzonej motywacji do pracy oraz odwagi w stawaniu za tym, co słuszne. W dzisiejszych czasach pokoju te wartości może nie niosą ze sobą takiego ryzyka, jakie każdego dnia towarzyszyło „Bardowi”, jednakże pozostają równie godne kultywowania. Natomiast postacie takie jak Eugeniusz Kolanko są warte pamięci. Właśnie dzięki patriotom jego pokroju polska kultura mogła przetrwać mrok II wojny światowej.

Piotr Gulewski

The post Poezja Eugeniusza Kolanki. Jerzy Jarowiecki, Eugeniusz Kolanko („Bard”), poeta i konspirator appeared first on Pro Libris.

]]>
Odważny zachwyt. Jarosław Barańczak, Jeszcze stoimy https://prolibris.net.pl/odwazny-zachwyt-jaroslaw-baranczak-jeszcze-stoimy/ Thu, 27 Nov 2025 13:44:30 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17029 Czesław Sobkowiak

The post Odważny zachwyt. Jarosław Barańczak, Jeszcze stoimy appeared first on Pro Libris.

]]>

Odważny zachwyt

Jarosław Barańczak, Jeszcze stoimy, Wydawnictwo MaMiKo, Nowa Ruda 2025, 58 s.

W ciągu pięciu lat ukazały się trzy zbiorki wierszy Jarosława Barańczaka: Znak, Bruzdy wyryte rydwanem i obecnie Jeszcze stoimy – dwa ostatnie w Wydawnictwie MaMiKo. Można najogólniej rzec, że cechuje je wnikliwe i intensywne doznawanie całej, jakby natłoczonej, wielowarstwowej pod każdym względem tkanki świata. Świata bliskiego, w którym poeta jest biograficznie i sytuacyjnie, społecznie zakorzeniony, i nieustannie sprawy cywilizacji go obchodzą. Widać, że intrygują go rzeczy, krainy odległe, których sens, całą ich egzotykę, próbuje zobrazować i zrozumieć. Konfrontuje je ze swoim ja, swoją wyobraźnią, wiedzą, zmysłem obserwacyjnym i wrażliwością duchową. Różne treści układają się w autorski znak rozpoznawczy Jarosława Barańczaka. Inicjują w nim pasję i determinację literackiego opisu. Bardzo dla poety ważne jest, by nie zajmować się światem powierzchownie, ale dociekliwie docierać do głębi znaczeń i ich skomplikowania czy nagromadzenia. Zapewnia to przyrodzona wrażliwość. Autor tkwi w nim, a więc patrzy na zewnątrz, i bardzo go wszystko obchodzi. Poszczególne wiersze wypełnia (tak należy powiedzieć) przywołanie wagi losów i biografii ludzi i rzeczy, które go stanowią, wzruszają, inicjują reakcję. Nawet muzyka to wywołuje. Doświadcza autor, że jest cząstką społecznej przestrzeni, więzi międzyludzkich, kultury i cywilizacji. Niczego nie chce ominąć ani zlekceważyć. Poeta buduje w tym zbiorku swoją poezję z niejednorodności treściowej, z przylegających do siebie sekwencji i odrębności istnienia. Adekwatnie kreuje w wyobraźni jego kształt.

Myślę, że szerokie widzenie, bo o takowym można tu mówić, wynika poniekąd z bycia podmiotu w nieustannej podróży przez świat. Widać, jak odwiedzanie miejsc naznaczonych historią (np. Galicja) wyzwala uczestniczącą narrację. Początkowe kilka stronic, układ wiersza po wierszu, stanowi relację z podróży dalekich. Czytelnik znajduje coś interesującego (tak sądzę), gdy czyta opis świata Italii, jego niezwykłości, jego piękna i bogactwa sztuki i krajobrazu (Chianti): „Zieleń winorośli tonie w wytyczonych/ rzędach, i mgła jeszcze Osłania ziemię”, ale jednocześnie przekonuje się, że ten kształt, także spokój na freskach, całe nagromadzenie form kultury, tradycji, myśli, poezji Dantego jest zagrożone (zauważa) „hordami, które zachłannie zadeptują/ przeszłość, żeby poznać smak eliksiru”. Budzi to mimowolne zatroskanie. Oczywiście nie turystycznej proweniencji, ale jako rzeczywiste docenienie symbolicznych wartości. Pojawił się problem – co z nimi. Poeta-humanista ukazuje cienie cywilizacyjnego lęku. W tym kontekście odważnie nie wzbrania się przed fascynacją dawnością bolońskich „madonn,/ tronujących na średniowiecznych deskach”, ma do nich swój mentalny dostęp, sąsiadują one jakby równolegle z „płonącymi witrynami/ sukien Versace z tęczami krawatów”. Jest jednak jedno i drugie objęte jakąś dozą wspólnoty współczesności. Kłopot jest taki, że nie daje się ona inaczej ukształtować. Muszą współistnieć sprawy trywialne epoki

obok wartości mających odwieczny horyzont. Na tym styku, ale jednak wyraźnie obok, są Kubeczki „marzeń o małym pieniążku/ i wielkiej zupie”. I w wierszu Greckie pogody ta niepokojąca mozaika odmienności i dwutorowości zostaje wyraźnie wychwycona. Nie ma pewności poza tą tylko oczywistą, że: „Życie nie ustaje” (Hotel The Bridge). Ale jakie ono jest? Uświadamia sobie poeta i temu poświęca sporo uwagi, że jednak radykalnie, brutalnie zmieniono to, co było w danym miejscu kiedyś uformowane. Ktoś mieszkał, czymś się zajmował. I nie ma nikogo. Teraz „Pośród twardych głosów” może poeta poczuć się jak obcy (jak intruz), ale też wie, że ciągle „Nagie kobiety patrzą na nich ze ścian/ z rysunkami Bruno Schulza”. Tak to J. Barańczak w swoich podróżach nieustannie konfrontuje swoje kulturowe ja z innością tego rodzaju sytuacji. Co ważne, daje temu wyraz, w poczuciu osobistego obowiązku (ostre światło. Domaga się pamięci), wiedząc co było, co stało się, więc daje wyraz skamieniałego dramatu czasu, miast, których domy są raczej „jak pomniki” dawnego życia. Czyni to, ledwo skrywając swój ból. Jako coś zupełnie innego jawią się odwiedzone Indie, Nepal, buddyjskie świątynie, kosmiczna harmonia, Annapurna, Ganges, kąpiele w rzece, Katmandu, Zielony Przylądek. Nie tyle ma miejsce konfrontacja, a bardziej ogarnia podmiot zaciekawiająca swoją innością egzotyka każdej tamtej sfery życia. Te tropy zwieńcza najbardziej wymowny wiersz Nowe życie. Nie brak w nim oczywiście dozy zadziwienia formami, które służą funkcjonowaniu społeczności. Toteż „odważny zachwyt”, wiodący ponad lęk i ciemność, jest możliwy.

Póki co… Poeta próbuje uchwycić refleks sensu w samym tyleż realnym, co symbolicznym „toczeniu się/ kul” życia. Bowiem nawet „Cyprysy wspięły się”. Zostaje jednak owo „ale”. Jest świadom tego, że wielkie zmaganie obejmuje świat. Wiersz Jeszcze stoimy cechuje też ważny osobisty akcent jego podmiotowej egzystencji, która wkracza i przez którą przenikają wszystkie bliższe obserwowane i doznawane sprawy.
Raz panoramicznie są podsumowywane, zapoznane, jednak nie oswojone emocjonalnie, migoczą blaskiem wielkiej skali zmiany, np. jak w Nowe Życie, a raz są to skupienia na banalnym, ale poniekąd bliskim – bo podmiot jest tu i teraz – epizodzie, jak w tytułowym wierszu: „Białe pasy na jezdni namawiają i nas/ do przejścia. Jeszcze stoimy”. To nie jest zbiór wierszy wsobnych, które by drążyły egotyczne klimaty i determinacje. Wynikają one ściśle z postawy szerokiego prezentowania egzystencji, zdarzeń, spotkań, rozmów. Z uwzględnienia wektora wskazującego na zewnątrz. A więc chodzi o rzetelność przedstawienia i opowiedzenia czegoś, co oczywiście poeta w biegu swojego życia poznał, dowiedział się i nie stało mu się to obojętne, ale trudne i po ludzku bolesne. Tak jak np. w wierszu Zabrany most, który eksponuje czyjś dramat: „Kiedy patrzyła na tę wielką wodę/ wiedziała, że znów została zdradzona”. Ta formuła retoryczna brzmi, jak refren i słyszymy w niej melodię, lament. Te powtórzenia wzmacniają ważność i obsesyjność treści, która w tym „patrzeniu” się uobecnia.

Albo jak w innym pt. Rower, zupełnie nieegzotycznym, ale dającym swojski rys wczesnych życiowych przygód i dorastania oraz ucieczki od czegoś. Wszystko jest w nim istotne: „spadał mi łańcuch” (znam to), „piłem piwo,/ z wentyla uchodziło powietrze”, „Uczyłem się uciekać” (znam to). Takie to epizody z dorastania i młodzieńcze wtajemniczania nabierają tu znaczenia. Poprzez tego rodzaju utwory w znacznym stopniu poznajemy wnętrze poety, kształt jego prywatnych doznań. Jest ich nie mało, bo to i Dym, w którym mają miejsce sprawy i zabawy ze „sznurkiem rozpiętym” do przeskakiwania, czyli chłopięce przygody podwórkowe. Od nich idzie się potem w szerszy świat. W swoje mądrości. Ten zbiorek jest relacją z aktywnego poznawania. Przywoływane są zdarzenia, jakby przypadkowe, epizodyczne, wyjazdy, zwiedzania. Towarzyszą im próby odpamiętywania, nie do końca jednak możliwego, „tego co tu było a może być mogło”. Chodzenie, pobyty w różnych miejscach, „zmagania się z czasem (Cienie). Wnikanie w historię jest w Jeszcze stoimy czynnikiem bardzo ważnym i powtarza się. Dotyczy przenikania polskich spraw tragicznych. Z drugiej strony poetyckie obrazowanie dotyczy zwyczajnej codzienności, poniekąd zwykłości, która nie niesie negatywnych skojarzeń, ba, na chwilę jawi się wręcz idyllicznie, pięknie, uciszająco (Pszczoły): „W porannej ciszy słyszę tylko pszczoły./ Bezczynne leżenie pochłania sen […] Powoli zanurzam się w jasno. Znów tu jest,/ wykropkowane szczęknięciami psów”. Jest na tak. Na chwilę udaje się ta ucieczka z trudnego, niepokojącego świata w piękno łagodnej zwykłości, w ciszę życia.

Kiedy przeczytamy ten zbiorek, widzimy, że poeta sytuuje się na jakiejś granicznej linii kruchości, zarówno możliwości poznania, jak i ludzkiego trwania. Swoją rację odzyskuje Barańczak głównie w muzyce klasycznej, np. w muzyce Mahlera, Bacha, Mozarta, Rachmaninowa… Ta jej ponadzmysłowość jakby duchowo ocala podmiot. Oczywiście nie gwarantuje zupełnego spokoju, ale jego namiastkę bez wątpienia. W gruncie rzeczy Barańczak jest kimś ciągle poszukującym, stawiającym dociekliwe pytania. Daje opis zarówno trudnej współczesności, jak i wyraz swojej prywatności. I jeszcze. Określa stylistykę tych wierszy przerzutnia, która też oddaje rytm współczesności. Zastanawiam się, jaka będzie dalsza droga poetycka Jarosława Barańczaka.

 

Czesław Sobkowiak

 

 

The post Odważny zachwyt. Jarosław Barańczak, Jeszcze stoimy appeared first on Pro Libris.

]]>
Pamiętnik wierszem. Cezary Gawryś, Niepisane https://prolibris.net.pl/pamietnik-wierszem-cezary-gawrys-niepisane/ Thu, 27 Nov 2025 13:37:07 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17018 Radosław Sztyber

The post Pamiętnik wierszem. Cezary Gawryś, Niepisane appeared first on Pro Libris.

]]>

Pamiętnik wierszem

Cezary Gawryś, Niepisane, Graf Media, Zielona Góra 2025, 64 s.

Niepisane Cezarego Gawrysia jest rodzajem osobistego memuaru, utkanego z serii wielorakich reminiscencji życiowych. Mimo iż w przeważającej mierze noszą piętno pozornej błahości, zwykłych zdarzeń, koncentrują się – w tej akurat wypowiedzi – wokół emocjonalnej esencji jednostkowego trwania – miłości, mówiąc możliwie krótko. Uczucie to otrzymuje rozmaite oblicza na kanwie snutych refleksji, raz to cud odrębnej chwili, słowo lub słowa, tęsknota, radość i radość z… radości innych, niepokój, ból (fizyczny, wewnętrzny), strach, żal i świadomość straty miłości. Dorzućmy do tego pokrewne potrzeby – szczęście i poczucie spełnienia. Natomiast sens tytułu zbioru niweluje jego zawartość, zarazem akcentując rangę podejmowanego tematu, rzecz jasna, dla podmiotu snującego swoją opowieść, co zresztą także odzwierciedla typową sytuację pamiętnikarza, gdyż ten na ogół utrwala własne spostrzeżenia, kiedy to wreszcie bagaż doświadczeń, upływ lat stanowi istotny impuls, by uchronić od zapomnienia choćby namiastkę bezpowrotnie minionego wczoraj. W ten sposób dochodzi do rozliczenia ze światem. Jeden tekst opatrzony wszak został wymowną informacją – „1962-2022” (O szczęściu <palimpsest>) – i choć jest klarowna, budzi wątpliwości co do istoty rzeczy. Wszelako niewolniczego schematyzmu chronologicznej rekonstrukcji w tym tomie nie odnajdziemy (może jedynie ślady, widoczne choćby w klamrze tomu), zastąpi go bowiem przemyślany dobór nieomal powszednich fenomenów, uporządkowanych w ciąg opisów, zaklętych w logice kompozycyjnej zamysłu książki. I z dochowaniem wierności ważnego kryterium – bo to tylko (zapewne) to, co wcześniej Niepisane.

Niepisane nie znaczy zarazem nieznane, sugeruje raczej „palimpsest” meandrów podniebnej wędrówki zarchiwizowany wreszcie w piśmie. Na taki trop naprowadza już inicjalny wiersz O szczęściu (palimpsest), w którym „brudny śnieg na butach” okazuje się szczęściem. Aczkolwiek nie ta oryginalna definicja wysuwa się tu na pierwszy plan, lecz jej mało ekscytująca geneza i krótkie „dzieje” w odbiorze czytelniczym, oddane z poczuciem humoru i sporą dozą autoironii. Dodać warto, że problematyka ta poprzez wieki zaowocowała licznymi wypowiedziami różnej natury i trudno przeoczyć ewidentną analogię z opracowaniem monograficznym w tej materii Władysława Tatarkiewicza – oczywisty i zaznaczony już na wstępie dowód erudycji C. Gawrysia, jak wspominała Mirosława Szott, uwypuklając inne aluzyjne nawiązania, przy czym uczoność ta przejawia się w sposób naturalny i bez jakiegokolwiek zadęcia. O szczęściu wyznacza ton kolejnym utworom, czyli temu, co dawniej Niepisane, aczkolwiek może jest inaczej (?). Przecież gdyby (nie tylko eksperymentalnie) skondensować wszystko do minimum, uwzględniwszy wyłącznie newralgiczne punkty całości (początek i absolutny koniec, ponieważ te „łączą się”, jak czytamy w Archetypie ze snu), pojawia się oto inny klucz (oparty na grze słownej i z odwołaniem do popularnego frazeologizmu), otwierający podwoje tomu – „»szczęście« »już?« (Nasłuchiwanie) »niepisane«”. Taki tok rozumowania uzasadnia fraza, odnosząca się do nieco 

bardziej wąsko pojmowanych okoliczności, ale wybrzmiewa jakże symptomatycznie (a pomijamy jej skrajnie uniwersalny charakter): „spełnienie/ nikomu/ niepisane” (Niepisane).

Prawdopodobnie dopiero co zgłoszona propozycja interpretacyjna wypada nazbyt drastycznie, niemniej znajduje uzasadnienie w wielu kontekstach. „Plączesz nogi/ Wiążesz mi ręce/ Prowadzisz w ślepą uliczkę/ Stawiasz pod ścianą” (Boże mój) – ileż zarzutów? Ale wobec kogo? Wolno jedynie przypuszczać. „W środku nocy budzi mnie/ cisza dzwoniąca na alarm” – to świadomość dramatycznego losu uchodźców w oddali skorelowana z bliskim pomiaukiwaniem schorowanego kota (Nic nie mogę pomóc). „Życie jest ciemnością” – wrażenie i przeczucie siedmiolatka podczas prymitywnej przeprawy przez San, przypieczętowane potem wieloletnią autopsją (Mętna rzeka). „Być ojcem to dać wolność synowi/ być synem to zabić ojca” – druzgocąca konstatacja o konsekwencjach biologicznego bytu i zwłaszcza relacjach wewnątrzrodzinnych (Archetyp ze snu). „Kiedy jesteś na samym dnie/ […] umieram/ z twoim imieniem na ustach” – niewymowny, rozdzierający
ojcowski żal (*** zabiegasz o uznanie). Ze starości „chwieję się idąc po ulicy” (O wronie spacerującej po trawniku). „Czy to naprawdę ty”? – pytanie zdumionego ojca w reakcji na przesłaną fotografię syna (W zimie, w słońcu). „Wielkimi krokami/ szło ku gorszemu” – słuszne podejrzenie o zaistniałej tragedii na podstawie nieodebranego połączenia telefonicznego przez rozmówczynię (W szczelinie). „Zanim nadejdzie ten dzień/ jeszcze wiele bezsennych nocy/ bliskich osób poza zasięgiem/ pytań bez odpowiedzi […]// zanim to przyjdzie” – w oczekiwaniu
na kres (Zanim). „Zasnąć raz/ i już się nie obudzić” – na zawsze skończyć z katorgą bezsenności snem wiecznym (Wariacje w bezsenną noc). „Powracam do lekcji dzieciństwa/ uczę się kaligrafować/ czułość” – spóźniona ocena wartości zdobytej dawniej wiedzy o tym, co naprawdę się liczy (Lekcja kaligrafii). „Zostały tylko brudne plamy na spłowiałym tynku/ ślady po gwoździach/ i czarne dziury/ w pamięci” – nieposkromiona siła zapomnienia (Dzień odejścia). „Myślałem że cokolwiek rozumiem/ no i wszystko na nic” – gorzkie rozczarowanie (Przed metą). „Trzeba iść i strzelać” – myśl o położeniu poborowych i cywilach, których reżyserzy współczesnego świata skazują na uczestnictwo w wojnie (Pod ścianą). „Moje wnętrze to/ jedna wielka/ szrama” – przeświadczenie o własnym pokiereszowanym „ja” (Moje wnętrze). „Nie wiem nic” – przejaw zdziwienia, że śmierć wciąż nie nadchodzi (Idąc). „Po drodze tak wiele/ przeoczyłem” – wyrzuty sumienia (To jedno). „Zbliża się nieuchronnie/ nic i nikt cię nie obroni” – śmierć (Nasłuchiwanie). Byłoby pewno tego więcej…, wszelako „dziś przypominam to sobie po latach” (Jeden z nas). Chyba, dodajmy z rozpędem domysłu, między innymi „to”.

W takiej właśnie perspektywie jawi się rozrachunek z przeszłością – dojrzały, prywatny, smutny, jednak zapewne wcześniej głęboko przeczuwany, potem coraz wyraźniej odczuwany i ostatecznie również przeżywany do wnętrza trzewi. Równocześnie wreszcie w tym kształcie już spisany. Pretekstem dla tych wynurzeń są epizody codzienne i z uwagi na ich trywialność nieomal niezauważalne. To drobiazgi, zmieszczone w ascetycznie odtworzonych scenkach – modlitewne może zwątpienie, podróż, spacer, fotografia na ekranie smartfonu, nieodebrane połączenie telefoniczne, wizyty w muzeum, w domu umierającego, w hospicjum, namysł nad kocim niebem, przejazd autobusem w towarzystwie dwu dzierlatek itp. Łańcuch tych kalejdoskopowych migawek stanowi zasadnicze tło, na którym wyraźniej i donioślej mogą zaistnieć formułowane wnioski – stanowcze, dramatyczne, bolesne. Ostateczne. Błahy detal, kontrastując, eksponuje niebłahą myśl. Rzecz urasta do podstawowego wyznacznika strategii literackiej C. Gawrysia.

Przerywając ten teoretyczny wtręt warto zauważyć, iż pesymistyczną wymowę większości Niepisanego bądź Niepisanych (to też zagadka, a tkwi nie tylko w gramatycznej łamigłówce) dyskontują sformułowania, pozwalające jednak dostrzec światełko w tunelu. Buńczuczne cokolwiek wyznanie – „nic sobie z ciebie/ śmierci/ nie robię/ myślę o tych którzy dopiero/ wyruszają w drogę” (Czytając Aglę) – daje szansę przyszłym pokoleniom. I nasuwa się skojarzenie z wyśpiewanymi w 1967 roku przez Louisa Armstronga fragmentami piosenki pt. What a wonderful world. Patronem innego, dającego nadzieję podejścia jest Cyprian Kamil Norwid: „z ciemnej czeluści losu/ jedynym wyjściem/ dobroć i poezja” (Lustro). Kolejny werdykt, z nieco kontrowersyjnym zabarwieniem i dezynwolturą właściwą karykaturze, również zawiera nutę osobliwego optymizmu (miłosiernego poniekąd i na wyrost, bo wynikłego z przyjętej optyki): „jestem dziwnie spokojny/ o zbawienie/ ich obu” (Ewangelia według św. Mateusza), tj. o łaskę dla skandalizującego intelektualisty Piera Pasoliniego, którego w 1975 roku miał zamordować niepełnoletni „biedny chłopak”, Giuseppe Pelosi. I ten ostatni „wierszowo” został uwolniony od winy. Za tym karkołomnym bądź co bądź i skrajnym orzeczeniem stoi zdeterminowany religią światopogląd. Usprawiedliwia bowiem przestępstwo w imię „poprawności” płciowej, z zachowaniem w pamięci dokonania ofiary, mianowicie arcydzieło filmowe – Ewangelię według [św.] Mateusza (oryg. Il Vangelo secondo Matteo) – wyreżyserowane przez homoseksualistę. Zbawienie w końcu to przywilej Boga. I taką naturę, pełną dylematów etycznych i jednostronnych rozstrzygnięć, odsłania (wprawdzie z rzadka) Niepisane.

To aspekt kształtowania gruntu dla osobistej wiwisekcji, samookreślenia i wyznaczenia własnego miejsca w świecie. Formacyjna stabilizacja prowadzi do ujęć wyjątkowo zwięzłych, zwieńczonych puentą – raz zaskakujących lakonicznością i trafnością, innym razem – zaskakujących tokiem rozumowania i konkluzją. Właściwie każdy utwór zamyka tego rodzaju finał. Nie bez wątpliwości wypada zarejestrować tę opinię w obliczu deklaracji „nie dzielę ludzi na/ wierzących i niewierzących/ musiałbym samego siebie/ podzielić/ przez zero” (*** nie dzielę ludzi na), a wiadomo przecież, że taka operacja jest matematycznie i logicznie błędna, stąd też płynie atrakcyjność jałowego, aczkolwiek – paradoksalnie – zrozumiałego podsumowania, bazującego na postulowanej i koniecznej powściągliwości w związku z ferowaniem opinii w odniesieniu do religijnej „odpowiedniości” innych. Zero ponadto cieszy się jeszcze kolejnymi konotacjami językowymi, co może prowadzić do dalszych skomplikowań w odbiorze tego tekstu, jednak tryb przypuszczający czasownika osłabia możliwą wymowę utworu i tego wielkości ilorazu nie poznajemy. Słowem, to inny wymiar „szram”, jakie zauważyła M. Szott (Ciepło zimno), a dokładniej – źródła blizn w zderzeniu z rzeczywistością. „Moje wnętrze to/ jedna wielka/ szrama” (Moje wnętrze) i oto dosadniej wybrzmiewa pytanie, „czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?” (Mt 7, 3). Pominąwszy zupełnie wcześniejszą dygresję, należy odnotować, iż tekstom C. Gawrysia deficytu puenty nie sposób zarzucić, pojawia się, a jakże, choćby w utworze Idąc: „byle dotrwać do świtu/ i nie paść na twarz/ przed czasem”. Oto ważny, wciąż obecny, instrument metody literackiej autora, stosowany niemalże rutynowo.

Język kompletu enuncjacji prosty, dążący do zwięzłości, zrozumiały, mimo że wzrok czytającego prawie w ogóle nie natrafia na znaki przestankowe, pominąwszy oczywiście wyjątkowe w tych okolicznościach ekscesy z kropką, przecinkiem, wykrzyknikiem. Wydatnie służą tej taktyce odpowiednie wyróżnienia graficzne – niby strof bądź strofek lub wersów i wersecików. Czasem w wierszu zagnieździ się rekwizyt, zwyczajny, jak np. pościel, a świeży zapach poszew przywołuje wspomnienie domu rodzinnego z dzieciństwa. Jej zmiana zmęczyła, co także znalazło swoje miejsce w tekście pt. Zasypiając w świeżej pościeli. W innym miejscu, gdzieś na ulicy, przejście utrudnia „kamień filozoficzny”, dlatego też „stawiam krok za krokiem/ ostrożnie”, by się nie potknąć o tę przeszkodę (Idąc), by uniknąć eliksiru życia, by nie stać się nieśmiertelnym „przed czasem”. Gdzieś zamajaczy trzepak na jakimś blokowisku, to w jego pobliżu samobójczą śmiercią zakończył swój żywot „pan Chudy” (Widok z tarasu). Są narty w dwu konfrontacyjnych odsłonach – najpierw te współczesne z profesjonalnym kombinezonem mężczyzny wtopionego w „śnieżną pustynię” fotografii i te rachityczne, improwizowane „deski” sprzed dekad, spontanicznie, pomysłowo mocowane „do filcowych butów” (W zimie, w słońcu). Jedynie właściciel i beneficjent tego sprzętu wypada neutralnie – wnioski poety zaś sięgają krańcowych biegunów uczuć zgnębionego i cokolwiek zdezorientowanego ojca.

Trafiają się, warto odnotować, udane i ciekawe sformułowania: „cytat z niemego filmu”, co wszelako można obecnie rozumieć szerzej, nowocześniej, a nie wyłącznie literalnie (Porozmawiaj z nią); „zmieniały się jak w filmie/ klatki obcych twarzy” (Dziwne zdarzenie na Dworcu Centralnym); podlotki „z namaszczeniem/ przeglądają się/ same w sobie” (Ciepło zimno); „przez całe życie przytulałem się do liter/ i do ukochanych osób” (Lekcje kaligrafii). To jedynie wybór. Niektóre passusy nabrzmiewają dodatkowymi kontekstami poprzez przywołanie nazwisk: Pedro Almodóvar, David Lynch, wspomniany już Pier Pasolini – to filmowcy, są też reprezentanci świata nauki, wśród nich m.in. Martin Heidegger, Edmund Husserl, Leszek Kołakowski, Krzysztof Pomian, Edyta Stein, Maria i Stefan Swieżawscy czy „ksiądz T.”, a „domyślamy się, o kim mowa” – pisze M. Szott (Ciepło zimno). Ponadto jest i „M.” – obiekt westchnień piętnastolatka („miała głos chrapliwy kiedy się śmiała”) oraz „nauczycielka”, a także „Piotr H.”. Osobno trzeba wymienić jeszcze „wielkich poetów”, a właściwie ich kariery literackie pozbawione noblowskich szlifów: Zbigniew Herbert, Jarosław Iwaszkiewicz, Tadeusz Różewicz – z jednej strony, z drugiej zaś ten zapomniany i zupełnie nieznany – „Wiktor Chorodczinski/ rozstrzelany w gułagu w roku 1937/ zostały po nim tylko trzy wiersze” (Niewydarzeni poeci). W galerii tej nie zabrakło Wisławy Szymborskiej, wskutek autocenzury bodaj „połowa” jej wierszy lądowała w koszu na śmieci (Jak poznać dobrego poetę). Inaczej jeszcze – poczet znakomitości, a wśród nich autor – świadek zdarzeń, niekiedy ich uczestnik w różnych rolach (to nie argumentum ad auctoritatem).

Z feerii zawirowań znaczeniowych wyłania się zarys jakiejś topografii, przefiltrowanej intencjonalną, bo chyba nie przypadkową, selekcją autora. Oto bowiem małe wierszowane fabuły „dzieją się” w miejscach konkretnych – nowojorskim Metropolitan Museum of Art, Pewli Małej, Rudniku, nad Sanem, ale też w nieco mniej rozpoznawalnej scenerii – w „zadymionych kawiarniach”, na uczelni, w mieście albo w sypialni lub i w wyimaginowanym kocim niebie, nadto gdzieś pod „wysokim drzewem” w zaświatach. Poza ostatnim wypisem, wszystkie inne przykłady przydają czynionym rozrachunkom waloru realizmu, włączywszy w ten zamysł także incydentalnie wpleciony w jedną z obserwacji leksem z niższego rejestru mowy – „zajebisty”, a jest oczywistą repetą odtworzonego w telegraficznym skrócie dialogu, zasłyszanego niezbyt dawno w autobusie. Dotyczy ten epitet Paryża, tak ponoć stolica Francji funkcjonuje w wyobrażeniu nastolatek, a nie ma powodu, aby w tej kwestii nie wierzyć C. Gawrysiowi. Za sprawą owej przelotnej „przygody” w środku transportu publicznego, za sprawą mimowolnego świadectwa rozmowy do tomu trafił kolejny materialny przejaw dzisiejszej ikonosfery, precyzyjniej – mody, a mianowicie „fioletowe tipsy” (Ciepło zimno). Dlaczego? I kto to mówi? Mówi przecież nie ten, który może o sobie wyznać „I am sixteen” years old – powiedzmy nieco enigmatycznie, zachęcając może w ten sposób do lektury tych wierszy – lecz ten, który w istocie wcale nie dopiero wczoraj przekroczył sześćdziesiątkę (Stan wolności), co jeszcze bardziej urealnia zaprezentowany obraz (ułamkowego) procesu rozrachunku, często zestawianego i konfrontowanego ze współczesnością.

Ostatni już akapit. To teksty, które mogą przejść bez echa, ale nie muszą. Świadczą w końcu o nas, o wspólnym losie, mimo iż z różnym nastawieniem, losie prawie zawsze jednakowym, niemniej odmienionym zaledwie jakimś niuansem, hojnym łutem szczęścia lub przesadnie sporą dawką pecha. Siłą Niepisanego (ewentualnie Niepisanych) jest jego (ich) szczerość, aczkolwiek zanurzona w subiektywnym szkicu przedstawianego świata, a to kolejna właściwość pamiętników i niezbywalna cecha autentycznych wypowiedzi literackich. I bronią się te wypowiedzi, pomimo braku umiejętności lub prędzej woli, by „zrezygnować z jednego słabego wiersza”, zwłaszcza że „dotykam nim boleśnie/ twojej rany” (Jak poznać dobrego poetę), bo „errare humanum est” – a to dodatkowa przesłanka, dowodząca prawdziwości, za wszelką cenę, serii tych prywatnych wyznań. Takie mniej więcej jest lub są już spisane Niepisane.

Radosław Sztyber

 

The post Pamiętnik wierszem. Cezary Gawryś, Niepisane appeared first on Pro Libris.

]]>