Gęsta, wielowątkowa
Sławomir Gowin, Łódź Dantego, Wydawnictwo Pro Libris, Zielona Góra 2025, 44 s.
Najnowszy zbiorek Sławomira Gowina (szósty w jego dorobku i nagrodzony Wawrzynem), Łódź Dantego, jest niedużej objętości (44 s.), ale wyposażony przez autora w znaczącą myślowo, zagęszczoną materię poetycką. Materię wyrażaną poprzez narrację epicką oraz liczne przywołania nakładających się na siebie rzeczywistości – tego wszystkiego, co złożyło się na podmiotowe doświadczenie. Jest ono bardziej niejasne i skomplikowane, aniżeli wskazywałaby na to forma czystego wzruszenia o jasno czytelnej linii. Widać to np. w utworach Zamek czy Śpiewnik lwowski (pojawiają się tu odniesienia do przeszłości „tych, którzy przyszli”, resentymenty „rozpaczy” i wątek zmysłowy „całuje głęboko”). Wiele spraw ostro sytuuje się obok siebie. Można rzec, że cały zbiór zanurzony jest w szczególnych dla autora realiach; „wypływa właśnie z doświadczeń i obserwacji”, z klimatów wyjątkowo odczuwanych także na Ukrainie. W znacznym stopniu jest to quasi-biografia duchowa poety. Wojenny charakter sytuacji jest raczej tylko sygnalizowany – gdzieś pojawiają się „głuche peryferie rozżalonych pogorzelisk”, ale nie jest on obecny detalicznie (s. 24). Na pierwszym planie znajduje się sam podmiot. Dla poety wszystko, z czym się styka, jest naznaczone równoległością i pozbawione prostego biegu (Masza i jej mięso). Pobrzmiewa w tym wiele przywołań: Czechow, Krym, skały Gurzufu, „miernota Kułygin” i oczywiście Masza, o której w pewnym momencie myśli wręcz „wzgardliwie i boleśnie” erotycznie. Wszystko to jest dość trudne do objęcia, bo „pociąg Lwów – Odessa jak ciemny potok”. A jednak nieuniknione, podobnie jak owe „złowrogie komunikaty”.
Podmiot odczuwa dojmujące grzęźnięcie egzystencji. Wódka, często spożywana, pojawia się jako warunek podtrzymania biologicznego trwania we wspólnocie i w samym toku myślenia. Materia poetycka nie jest wewnętrznie wolna od kontrastów duchowych i moralnych. Raz są one wysokie, wyrażane niemal patetycznie, innym razem naznaczone dwuznacznością, którą poeta rozpoznaje i w którą włącza własne emocje, a nawet rozchwianie. Różne treści zdają się ze sobą rywalizować. I poeta nie odwraca od nich uwagi, ba, nawet z pewnym zafascynowaniem gromadzi je w wierszach. Mają pewnie podwyższyć, nakręcić temperaturę, ich dramatyzm i demoniczny urok.
Dramatyzm zapoznawania istnienia śmierci to niewątpliwie też cecha tych wierszy. Nie żaden liryczny spokój, cisza, kojący nastrój. Podmiot gwarantuje, że nie chce niczego pomijać ani upiększać. Już pierwsze dwa wersy zbioru o tym świadczą: „Miasto przezierało spod października/ jak umęczone ciało, spowite chłodnym płótnem” (Przed ucztą). Niebanalna równoległość różnych sfer ma tu fundamentalne znaczenie. Wyznacza kształt poetyki tego zbioru. Roi się w nim wyraźnie od przywołań kulturowych, lekturowych (Adorno, Chomsky, Tycjan, Modigliani, Hemingway, Proust, Faulkner…), z którymi bohater wierszy stykał się i wzrastał, więc brały udział w jego duchowym dojrzewaniu („życie/ wycierało nam usta cytatami”), a po latach wyznaje: „Oto całe życie, które uwielbia w taki sposób/ udawać prawdziwie”. I naprawdę już nie wie, „co właściwie dzisiaj znaczy” ta sfera finezyjnych przedstawień, losów i literackich opowieści. Nie wie, ale wiedzie z nimi dyskusje, polemizuje, pozbawia wyniosłości, konfrontuje ze swoim „ja” i z tym, co widzi, co go spotyka w szarej, zdegenerowanej rzeczywistości. Po autorytetach zostało to, czego doświadcza się na własnej skórze – „gwar i alkohol”. Tak uruchamia się nieustannie poetycki żywioł. Widać więc, że rzeczywistość jest głęboko ujmowana – realność zawiera też tajemnicę. Ale i pozbawia złudzeń: „rozstrzyga się/ nasze szczęście. I rozbija życie”. No właśnie, zdarza się coś niepokojącego. I coraz bardziej nasila.
Cechą tych wierszy jest to, że rodzą się na styku wielu impulsów, wrażeń i obserwacji czy skojarzeń, „bo wtedy wszystko będzie równie proste i równie zawiłe/ jak w życiu”. Takie dawki poetyckie mogą czytelnika intrygować, stoi za nimi autentyczna chęć ogarniania szerszej panoramy, życia jako takiego, nie płaskiego, z dnia na dzień, monotonnego, lecz dostępującego pewnej, niskiego autoramentu, frenetyczności. „Mroczna suknia z białej duszy” jest zrywana, a „dusza” poniekąd plugawiona (nazwana prowokacyjnie „mięsem”). Najważniejsze jednak jest to, że poeta potrafi nad tym panować. Linia liryczna idzie w różne strony, ale też dąży do puenty, np. „I rzecz dzieje się w mieście gubernialnym”. Bardzo głęboko ukryte jest dążenie do czystości, jasności, prawdy i piękna. I ono pojawia się w zasadzie w jednym końcowym wierszu (Pierwsza wódka z poetą), niosąc subtelność: „pojawia się dziewczyna./ Tiulowa i wietrzna, rymowana/ z pachnącym pokosem, chwiejna dorodnie”, która przychodzi i „patrzy z zalotną czcią, jak pijemy wódkę”. I jest w tym ujęciu jednak raczej jakby marzenie niż realność. To jeden z najlepszych wierszy. Poeta ujmuje życie głównie od strony mocnych emocji, drapieżnych, które wyzwalają wyostrzoną obserwację i kojarzenia. Chce za nimi nadążyć, w nich się odnajdować jako uczestnik. Czytelnik też musi nadążyć, co może być trudne.
Oczywiście ten zbiór to nie całościowy opis martyrologii świata, jakiejś ostatecznej klęski, ale głównie odsłanianie się podmiotu na styku z nim. Zadanie nie jest łatwe, bo nie może być bagatelne. Też to trzeba zauważyć. Sławomir Gowin odczytuje różnorodność kulturową świata w szerokich, gęstych poetyckich frazach, z pobłażaniem dla pozorowanych mądrości, chcących mieć status wyroczni. Odnosi się krytycznie np. do tezy Różewicza o śmierci poezji „po Oświęcimiu”. Ale, no właśnie, niedaleko mu zarazem do zwierzęcych wręcz namiętności, których dzikość wyznacza i naznacza styl życia. Tu widać granicę pomiędzy pojęciami wartości. Jak w wierszu Inni mężczyźni, Chłopcy Prousta, Głupcy Platona. Nic z apologii klasycyzmu. Świat depcze wartości, zabija, przekrwawia je, gdyż wagę ma chciwość, wyżeranie pragnień, cięcie nożem, rozpruwanie brzucha. Okrucieństwa.
Myślę, że w tym zbiorze Sławomir Gowin radzi sobie z wielowarstwowością znaczeń. Chyba dlatego, że mimo bycia w środku nie utożsamia się, zachowuje jakiś elementarny dystans. Potrafi różne aspekty rozsnuwać i łączyć w jeden ciąg faktów, zestawiać znaczenia, ale i je dogłębnie widzieć. Tak jakby jeden aspekt dopowiadał drugi. Lubi grać takim skomplikowanym tropem. Jest w nim miejsce na tragiczne obrazy i na wplatanie dygresji kulturowych. A więc mimowolnie ma miejsce konfrontowanie. Jednak, co warto też zauważyć, żywiołem tego zbiorku są liczne wątki z kobietami, nie wysoce romantyczne, głównie erotyczne, żeby nie powiedzieć – seksualne. Poeta otwarcie wyznaje, np.: „Dziś pragnę wziąć Maszę”. Te narracje nie są traktowane monolitycznie, bardziej jako wątki uzupełniające, które składowi szerszej rzeczywistości nadają dodatkowy rytm i znaczenie. Przybierają czasem rys nieco straceńczy. W związku z tym każda taka sytuacja jawi się jako dramatyczna w nastroju. Jak „poznanie prawdy”. Te treści, myślę, wzbogacają zbiór Łódź Dantego w walor ludzkiej prawdziwości.
Przeczytałem wszystkie wiersze, poznałem ich wyobraźniową i kojarzeniową żywiołowość, żywotność. Jest w nich coś z postawy wędrowca, który raz decyduje się podsumowywać różne epizody swojego życia, a innym razem je głównie ukazywać. Całość opatruje niekiedy kontestacyjnym znakiem zapytania i wątpienia. Osadzenie się w świecie domaga się wyostrzonych nazwań, jak właśnie w Śpiewniku Odeskim: „gotowy do uciech/ bolesnych i wielkich”. I tę ważną skłonność poeta podtrzymuje, by sprawdzić, czy „pod skórą/ coś więcej”. Jeśli jest wzruszenie, to pobrzmiewa nutą elektryzującą, popisem efektownych określeń, a także perwersyjnymi tonacjami. Jakby były prawdziwsze i uczciwsze. Niesentymentalne są „nasze głowy cięte żelazem zmysłów/ na nierówne takty pożądliwej kanzony […] I twoja biel, targana moim porywem, dopóki pragnienie/ Oddech za oddechem, nie ułożą się na usypiającej fali”. Nie da się stwierdzić, że są to nieznaczące epizody. Mimo to nie widać tendencji do kreowania jakiegoś misterium ani wnikliwego poetyckiego cyzelowania. Dopuszcza Gowin w swojej poezji jako równoprawną pewną chaotyczność wątków i skojarzeń. Zwyczajność ani codzienność nie pojawiają się w polu zainteresowania. Trudno byłoby przecież nadawać takim przejawom nadzwyczajne znaczenie, a o takie poecie najbardziej chodzi. Wszystko, całe życie, podmiotowe doświadczenia, pokazane są jakby na ostrzu noża. Ostro i wyraźnie.
Czesław Sobkowiak
