Proza zapoznana. O Lubuskich Wawrzynach

Witold Bereś

Proza zapoznana. O Lubuskich Wawrzynach

W polskiej kulturze jest coś osobliwego. Z jednej strony – kultura scentralizowana: pełna blasku, glamour, złotych nazwisk, wielkich nakładów i głośnych premier. Czasem stoją za tym rzeczywiście wybitne osiągnięcia. Czasem jednak – nie oszukujmy się – blask bywa większy niż wartość.

A jednocześnie istnieje druga Polska kultury: prowincjonalna.

Słowo „prowincja” brzmi w naszym języku niemal jak obelga. Tymczasem, ilekroć miałem przyjemność zasiadać w rozmaitych jury konkursów, w gremiach eksperckich czy sądach literackich, tylekroć uderzało mnie jedno: jak wielu ciekawych ludzi kultury spotyka się, dosłownie i metaforycznie, w dziełach powstających poza Warszawą.

Bo stolica przyciąga nie tylko polityków, ale także przedsiębiorców, instytucje, media i pieniądz. Przewaga centrum nad resztą kraju rośnie – i to rośnie w sposób niemal naturalny. Niestety, kultura podlega temu samemu mechanizmowi. W kraju, który wciąż jest jeszcze na dorobku, kultura w ogromnym stopniu zależy od pieniędzy publicznych: dotacji, grantów, programów ministerialnych. A skoro pieniądze są w centrum – kultura także zaczyna ciążyć ku centrum.

Na szczęście pisanie ma jednak tę niezwykłą cechę, że nie wymaga wielkich pieniędzy. Kartka papieru, ołówek – a może dziś raczej laptop. Mały wydawca. A czasem nawet i wydawca nie jest potrzebny. Wystarczy trochę oszczędności, by wydać książkę w formule self-publishingu, choćby jako e-book.

I mamy dzieło.

Oczywiście: książka pozbawiona profesjonalnej obróbki niemal zawsze będzie książką słabszą. Słabsza okładka. Słabsza redakcja – albo żadna. Korekta bywa iluzoryczna. Layout przypadkowy.

Ale największym problemem jest coś innego: brak widzialności. Książka wydana poza Warszawą i Krakowem często po prostu nie ma szans zostać zauważona.

Takie właśnie wrażenie miałem, gdy zaproszono mnie do udziału w jury konkursu Lubuskich Wawrzynów.

Oto animatorzy kultury z Zielonej Góry, Gorzowa i całej Ziemi Lubuskiej od ponad trzydziestu lat próbują docenić twórczość ludzi związanych z tym regionem. Nagradzane są więc tomiki poetyckie, książki prozatorskie i reportażowe autorów, którzy mieszkają na Ziemi Lubuskiej, piszą o niej albo są z nią po prostu – emocjonalnie i biograficznie – związani. To nagroda promująca dobrze rozumiany regionalizm. A może raczej – dobrze rozumianą prowincję.

Przyjrzyjmy się tym, które wpadły w oko jurorom oraz niżej podpisanemu.

* (trochę spoza kategorii)

„Poganiali, szczuci psami skręciliśmy między szopy. Grzęźnie liśmy do łydek w cuchnącej mazi: błota, kału i krwi. Mimo zimna i dziwnie ostrej gęsiej skórki było mi gorąco i nie czułem głodu.

Podwójny kolczasty pod z lewej strony dzielił naszą kolumnę od jęków, krzyków i zawodzenia zamkniętych bez wody i nadziei dwanaście tysięcy kobiet. Unosił się stamtąd słodkawo-mdły fetor. Jakiś nieprzerwany dreszcz buntu szarpnął bolący umysłu: – wyrwać karabin! I co dalej? Mnie zabijał, ale odwet będzie stukrotny!

Szedłem spuściwszy głowę, serce biło prędzej, tętno dusiło mnie w krtani. Z trudem wstrzymywałem łzy bezradnej słabości.

W mijanym stosie ciał, po prawej stronie, w otwartą twarz niżej leżącego ściekał cuchnący kał. Słychać było również spazmatycznie krzyk opętanej kobiety: – Dziecko! Gdzie dziecko?!”

Jan Szembek, Miniatury obozowe. Auschwitz – Birkenau – Oranienburg, Związek Literatów Polskich, Gorzów Wielkopolski 2025, 91 s.

Są książki, które rodzą się w chwili pisania. I są takie, które dojrzewają przez dziesięciolecia – czekając na moment, kiedy ktoś odważy się je wydobyć z milczenia. Miniatury obozowe Jana Szembeka należą właśnie do tej drugiej kategorii.

W pewnym sensie jest to debiut. Ale debiut szczególny – debiut pośmiertny. Tekst powstał w latach 1955-1960, jednak autor nigdy nie zdecydował się go opublikować. Do druku przygotowała go dopiero córka pisarza, Maria Borcz. W tym sensie trudno uznać to za debiut klasyczny, choć warto go zauważyć z szacunku dla naszej wspólnej pamięci.

Jan Szembek urodził się w 1911 roku w rodzinie ziemiańskiej. W sierpniu 1942 roku został aresztowany przez Niemców i osadzony w więzieniu w Tarnowie. W domu zostawił żonę Wandę oraz trzyletnią córkę. W tym samym czasie na świat miały przyjść bliźniaczki – jedną z nich była właśnie Maria, późniejsza redaktorka tej książki.

W połowie stycznia 1943 roku Szembek został przetransportowany do Auschwitz i otrzymał numer 88369. Po sześciu tygodniach, 1 marca 1943 roku, wraz z grupą 648 więźniów przeniesiono go do Birkenau. Tam przebywał aż do wiosny 1945 roku. W końcowej fazie wojny trafił jeszcze do obozu w Oranienburgu.

Przeżył.

Ale – jak w przypadku wielu ocalałych – obóz zabrał mu zdrowie i spokój życia. Po wojnie bardzo rzadko mówił o tym, co przeżył. Wspomnienia zapisał, lecz pozostały one w rodzinnych archiwach.

Córka autora pisze we wstępie jedno zdanie, które właściwie tłumaczy sens całej tej publikacji: „Uważam, że zbrodnią wobec bezimiennych pomordowanych byłoby milczenie”.

To zdanie jest kluczem do tej książki.

Bo Miniatury obozowe nie są wielką syntezą historyczną. Nie są też klasyczną literaturą wspomnieniową. To raczej zbiór krótkich zapisów – fragmentów pamięci, scen, obrazów, które wracają do autora z niezwykłą intensywnością.

Forma miniatur jest tu zresztą bardzo trafna. Obozowe doświadczenie często nie daje się opowiedzieć w jednym, spójnym ciągu. Wraca raczej w postaci pojedynczych obrazów: wejścia do Birkenau, pierwszych chwil w baraku, rozmów między więźniami, nagłych wybuchów przemocy, chwil nadziei.

Czytając te fragmenty, ma się poczucie obcowania z zapisem bardzo osobistym – niemal intymnym.

Można oczywiście powiedzieć: o nazistowskich obozach koncentracyjnych napisano już bardzo wiele. Wiemy o Auschwitz, o Birkenau, o przesłuchaniach gestapo, o niewolniczej pracy i o systemie przemocy, który miał człowieka odczłowieczyć.

A jednak każdy taki zapis wciąż porusza.

Bo za każdym razem historia wraca w ludzkiej skali: w pojedynczym losie, w pojedynczym numerze obozowym, w pojedynczym człowieku, który próbuje zachować resztki godności.

Dlatego książka Jana Szembeka ma wartość szczególną. Nie jest tylko dokumentem epoki. Jest także świadectwem pamięci – tej pamięci, która długo nie potrafiła znaleźć języka.

Dziś ten język wreszcie wybrzmiewa.

I choć Miniatury obozowe są książką skromną objętością, niosą w sobie ciężar doświadczenia, którego nie da się zmierzyć liczbą stron.

To nie jest lektura łatwa. Ale jest to lektura potrzebna. Bo – jak przypomina córka autora – milczenie wobec tamtej historii byłoby formą zapomnienia. A zapomnienie zawsze jest pierwszym krokiem do powtórzenia zła.

* (do spokojnego czytania)

„Ławki schłostane strugami deszczu, wysmagane wiatrem i spalone słońcem; popękane, z wyrytymi kozikiem wyznaniami, że ktoś kogoś […] Niektóre koślawe, nadwyrężone przez korniki i czas, szare jak tutejsze życie, jak każdy letni dzień tygodnia. Blask bił od tych nowych z bukowej deski […] skrojonych według wszelkiej sztuki stolarskiej jak ubogie krewne przykucnęła przy drewnianych sztachetach wiejskich opłotków, ciągnący się szpalerem wzdłuż prostej jak strzelił nitki asfaltu. Ławki – nieodłączna część tamtego krajobrazu – były od zawsze, odkąd pamięta. Puste jak wnętrze kościoła w powszednie dni i oblegane wieczorami. Chłopaki i dziewczyny spotykali się na potajemnych schadzkach. W niedzielne popołudnie brała je w posiadanie starszyzna: starzy ludzie, okutani szczelnie w stare ubrania, babki w chustkach, dziadki w kaszkietach. O ogorzałych, pobrużdżonych twarzach z zapadniętymi policzkami. Samotni jak przydrożne świątki”.

Edward Derylak, Opowieści znad Tanwi, Związek Literatów Polskich – Oddział w Zielonej Górze, Zielona Góra 2025, 210 s.

Są książki, które próbują opowiadać wielką historię. I są takie, które wiedzą, że historia naprawdę dzieje się gdzie indziej – na ławce przed domem, na drodze między wsiami, w rozmowie dwóch ludzi, którzy dobrze wiedzą, że świat, który znali, powoli znika.

Ten zbiór historii rozgrywających się gdzieś na Roztoczu, w dorzeczu Tanwi, w ostatniej dekadzie XX wieku – to ta druga kategoria. W świecie, który jeszcze niedawno był codziennością, a dziś istnieje już właściwie tylko w pamięci tych, którzy go przeżyli.

W posłowiu Andrzej Kasperek sugeruje, że mamy tu do czynienia z literaturą wiejską, a może nawet z kolejną odsłoną tradycji tak zwanej literatury chłopskiej. Trudno nie pomyśleć o autorach takich jak Julian Kawalec, Tadeusz Nowak czy Edward Redliński.

Niby tak. Owszem – jest tu wieś, jest krajobraz Roztocza, jest pamięć świata chłopskiego. Jednak najważniejszy ton tej prozy to elegia. Elegia świata, który odchodzi.

Nie ma tu wielkich dramatów historycznych ani spektakularnych wydarzeń. Są drobne historie – spotkania, rozmowy, gesty, małe konflikty, codzienne radości i smutki. To literatura bardzo bliska temu, co w polskiej prozie reprezentowali choćby Marek Nowakowski czy Kazimierz Orłoś: opowieści o małych środowiskach, małych społecznościach, małych historiach.

Bo świat, który opisuje Derylak, był – jak to zwykle bywa z pamięcią – jednocześnie szary i kolorowy. Był biedny, czasem brudny, czasem twardy. A jednak miał w sobie coś, co dziś trudno już odnaleźć: pewien rytm życia, który wynikał z miejsca, z przyrody, z sąsiedztwa.

Roztocze Derylaka nie jest pocztówką turystyczną. Jest przestrzenią zamieszkaną przez ludzi z krwi i kości.

Siedzą na ławkach przed domami. Rozmawiają. Kłócą się. Marzą. Piją. Czasem milczą. Czasem wspominają. Czasem próbują zrozumieć świat, który coraz szybciej im się wymyka.

Można sobie wyobrazić, że kiedyś na ławkach przed sklepem siedziały starowinki w chustkach i młodzi chłopcy w wyblakłych koszulach. Dziś młodzi stoją przed Żabką, piją napoje energetyczne zamiast piwa i przeglądają telefony. Te same niepokoje. Te same marzenia. Ta sama potrzeba bycia razem. Ten sam lęk przed samotnością. Ten sam, bardzo ludzki upór, żeby życie – nawet skromne – miało sens.

Bo czy naprawdę tak wiele się zmieniło? W gruncie rzeczy książka Derylaka daje coś innego – w jego małych historiach odbija się coś większego: emocje ludzi, które wcale nie należą tylko do przeszłości.

Może dlatego Opowieści czyta się z takim spokojem. To książka, która nie próbuje nikogo pouczać ani przekonywać. Po prostu opowiada.

* (tytuł zaskakujący – finalista)

„– Na razie, na razie – Henryk uśmiecha się do małżonki z głębi brązoworudej brody. Na jego piersiach, niby drugi uśmiech, jaśnieje rodowy herb – srebrny leżący półksiężyc z osadzonym pośrodku krzyżem, znak udziału antenatów w krucjatach. Książę Pan nachyla się do przewodnika czekającego pokornie u jego strzemienia.

– Jak nazywacie to miejsce?

– Zielona Góra, panie. Bo pod tą tu górą mieszkamy – chłop pokazuje ręką.

Książę znów się uśmiecha. Góra! Zresztą, niech im będzie… U stóp pokrytego krzakami winorośli wzgórza przycupnęło kilkanaście chat o dachach tak zarośniętych mchem, że niemal równie zielonych jak ono, snują się siwe dymy, wąska rzeczka błyszczy w słońcu jak pasek złota.

– Zielona Góra – powtarza głośno Henryk.

Mons Viridis – jedna z mniszek szepcze do księżnej. Jadwiga patrzy na krajobraz jakby nieco przychylniej.

Mons Viridis, Grunberga – smakuje na języku słowa. – Panie mężu to przecież prawie…

Śląski Piast wybucha serdecznym śmiechem.

– Zaiste! Niech tak będzie! Von Grünenberg!”

Igor Myszkiewicz, Zagreus, Stowarzyszenie Forum Art, Zielona Góra 2025, 670 s.

Nie jest to lektura łatwa, to prawda. Narracja prowadzona jest wieloma torami, przeplata epoki, wątki i style. Raz jesteśmy w Zielonej Górze współczesnej, za chwilę cofamy się do XIII wieku, do roku 1222, gdy książę Henryk prowadzi dialogi ze swoją małżonką, księżną Jadwigą. Potem znów przesuwamy się w czasie: XVII wiek, XVIII wiek, czasy pruskiego Grünberga, XX stulecie, rok 1937 z brunatnymi mundurami maszerującymi ulicami miasta, rok 1945 z wkroczeniem Armii Czerwonej, a także lata osiemdziesiąte i doświadczenie stanu wojennego.

Ta książka działa jak palimpsest – tekst zapisany na tekście. Wystarczy potrzeć jedną warstwę, a spod niej wyłania się wcześniejsza. A pod nią kolejna. Historia Zielonej Góry – czy może raczej Grünberga – okazuje się historią wielowarstwową, pełną przesunięć, pamięci i zapomnienia.

Autor robi przy tym coś, co w polskiej prozie historycznej zdarza się rzadko: nie udaje staroświeckiej stylizacji. Dialogi średniowieczne brzmią świeżo, współcześnie, naturalnie. Język jest żywy, klarowny, pozbawiony nadęcia. Myszkiewicz pisze dobrą polszczyzną – oszczędną, ale zarazem bogatą, bez tych nieskończonych przymiotników i napompowanych metafor, które tak często obciążają polskie powieści historyczne.

Oczywiście pojawiają się w tej książce także fragmenty dziwaczne, niemal fantasmagoryczne. Jeden z bohaterów odnajduje skarabeusza… w swojej własnej głowie. W innych miejscach pojawiają się duchy, zmory, cienie przeszłości. Ale nie są to czyste kaprysy wyobraźni. One tworzą klimat tej opowieści – świat, w którym historia nie jest zamkniętym rozdziałem, lecz czymś, co nieustannie wraca.

I nad tym wszystkim unosi się jeszcze jeden cień: tytułowy Zagreus.

To postać z greckiej mitologii, znacznie mniej znana niż Dionizos, a może właśnie dlatego bardziej intrygująca. Zagreus był – wedle orfickiego mitu – dzieckiem Zeusa i Persefony, istotą należącą jednocześnie do świata światła i świata podziemia. Zdradzony przez Tytanów, zwabiony błyskotkami, rozszarpany i pożarty. A jednak z jego popiołów powstał człowiek.

I można powiedzieć, że właśnie ten mit stoi gdzieś w tle powieści Myszkiewicza. Historia Zielonej Góry – ze swoimi katastrofami, przemianami, powrotami – także jest historią rozdarcia. I próbą ponownego złożenia świata z rozproszonych fragmentów.

Są książki, które czyta się lekko, jak gazetę w pociągu. I są takie, które wymagają od czytelnika czegoś więcej: cierpliwości, skupienia, a czasem zwykłej odwagi. Zagreus Igora Myszkiewicza należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. To powieść obszerna – ponad 670 stron – i już sama jej objętość może niektórych odstraszyć. Ale byłoby szkoda, gdyby ktoś dał się temu pierwszemu wrażeniu zniechęcić. Bo pod tą masą papieru kryje się książka naprawdę bardzo dobra.

* (mądry esej poetycki – finalista)

„w końcu zasnęłam

oni nie spali ginęli

ja piłam kawę rano

telewizor walczył z internetem

rankiem oni rany boskie”

Maria Jolanta Fraszewska, Dzieje się wciąż. Kultura płonąca językiem, Fundacja Światło Literatury, Zielona Góra 2025, 204 s.

Są w tym tomie fragmenty osobiste – takim jest miniatura poetycka, napisana w drugim dniu rosyjskiej napaści na Ukrainę – 25 lutego 2022 roku – która została wyświetlona na fasadzie kamienicy w Krakowie w projekcie Michała Zabłockiego „Wiersze dla Ukrainy”. Kilka prostych zdań, które próbują uchwycić moment, w którym człowiek nagle uświadamia sobie, że stary świat właśnie się kończy.

To chyba najważniejszy ton tej książki: próba uchwycenia chwili, w której historia wdziera się w codzienność.

Tytuł brzmi trochę zbyt patetycznie, a okładka nie pomaga w pierwszym kontakcie z czytelnikiem. Można pomyśleć, że czeka nas kolejny zbiór akademickich rozważań. Tymczasem jest odwrotnie, bo eseje Fraszewskiej okazują się zaskakująco świeże.

To ważne, bo esej to gatunek zdradliwy. Łatwo w nim ugrzęznąć w akademickim żargonie, łatwo popaść w ton profesorski, który zniechęca czytelnika już po kilku stronach. Zdarza się, że eseista zaczyna mówić wyłącznie do innych eseistów – a zwykły czytelnik zostaje gdzieś przed drzwiami. Na szczęście książka Fraszewskiej należy do tych, które drzwi raczej otwierają, niż zamykają.

Autorka wchodzi w tematy literackie, społeczne, filozoficzne – ale nie ucieka od codzienności. Przeciwnie: właśnie z codzienności wyrastają jej refleksje. Eseje powstawały w różnym czasie, jako reakcje na wydarzenia i procesy, które dzieją się wokół nas. Dzięki temu nie mają charakteru czysto teoretycznego. Są raczej próbą zrozumienia świata, który przyspieszył i coraz częściej wymyka się prostym interpretacjom.

W tomie znalazło się dziewięć tekstów – bardzo różnorodnych tematycznie. Otwierający książkę esej Cywilizacja i kultura stawia pytanie stare jak sama humanistyka: czy literatura jest tylko wytworem kultury, czy może to właśnie ona kulturę współtworzy? W innym miejscu pojawiają się rozważania o popkulturze i o tym, jak wpływa ona na nasze codzienne życie. Jest też ciekawy tekst o języku – o jego święcie w poezji, ale i o jego degradacji w codziennym użyciu.

Wśród bohaterów tych esejów pojawia się także Anna Świrszczyńska – poetka, która według Fraszewskiej potrafi „przesiewać przez sito własnej niedoskonałości wielkość i szlachetność doznań”. To bardzo trafne określenie nie tylko dla twórczości Świrszczyńskiej, lecz także dla samej eseistyki autorki.

Jednym z najciekawszych wątków książki jest pojęcie prosumpcji. To termin wprowadzony jeszcze w latach osiemdziesiątych przez Alvina Tofflera, opisujący sytuację, w której człowiek nie jest już tylko konsumentem kultury, lecz staje się jednocześnie jej współtwórcą. Produkuje i konsumuje jednocześnie.

Dziś – w epoce internetu i mediów społecznościowych – to zjawisko stało się właściwie codziennością. Każdy z nas publikuje, komentuje, interpretuje, przetwarza. Granica między twórcą a odbiorcą zaczyna się rozmywać.

Fraszewska pokazuje, że wraz z tą zmianą zmienia się także język. A język – jak przypomina autorka – nie jest tylko narzędziem komunikacji. Jest także sposobem wyrażania pragnień, lęków i nadziei.

Dlatego w książce pojawia się jeszcze jeden ważny wątek: prawo do własnego głosu. Zwłaszcza głosu kobiecego. Autorka przypomina z lekką ironią, że Biblię przepisywali mężczyźni – i być może dlatego historia świata wygląda tak, jak wygląda.

Dzieje się wciąż to zbiór esejów, które nie udają ostatecznych odpowiedzi. Raczej stawiają pytania.

* (zwycięzca)

„Spadło to jak grom z jasnego nieba w pochmurny grudniowy dzień. W miejscowej gazecie jego zdjęcie. Już wiem na pewno: nie zobaczymy się już nigdy. Nigdy w życiu. Na fotografii mężczyzna w ciekawej marynarce w czarno-białą kratkę. Patrzy na mnie tak dobrze znana mi twarz. Włosy, których zazdrościli mu wszyscy, ma zaczesane zalotnie na bok. W kącikach ust jakby na sekundę zastygł tajemniczy uśmiech. I te oczy może zielone, może błękitne…, zapomniałam, jaki był kolor oczu, które wypatrywały mnie na drodze w letnie popołudnia. Lubił wyglądać oknem. Przyglądał się ludziom. Kochał ludzi. Tak samo, jak ja. Już nigdy”.

Katarzyna Jarosz-Rabiej, Ulica pachnąca lipami, Wydawnictwo Organon / Stowarzyszenie Jeszcze Żywych Poetów, Zielona Góra 2025, 72 s.

Są książki wielkie objętością, są książki wielkie ambicją – i są takie, które wielkie są po prostu tonem. Ulica pachnąca lipami Katarzyny Jarosz-Rabiej należy do tej trzeciej kategorii. To zaledwie siedemdziesiąt kilka stron – a jednak zostaje z czytelnikiem na długo. Być może właśnie dlatego, że mówi cicho. I dzięki temu słychać ją lepiej.

Bo Jarosz-Rabiej robi w swojej prozie coś, co wydaje się proste, a w rzeczywistości jest bardzo trudne: pisze o zwyczajnym życiu tak, że zaczyna ono świecić własnym światłem.

Jej opowiadania są krótkie, oszczędne, pozornie bardzo proste. Historie pierwszej miłości, ostatniej miłości, przyjaźni, spotkań, drobnych zdarzeń dnia codziennego. Pojawiają się ludzie – koledzy z pracy, sąsiedzi, przypadkowi znajomi, czasem także zwierzęta. A jednak pod tą prostotą kryje się misterna konstrukcja.

Wszystkie te opowieści są bowiem nanizane na jedną, bardzo delikatną oś: pamięć.

Autorka wraca do miejsc i ludzi, którzy ją ukształtowali. Żegna się z nimi – ale jest to pożegnanie szczególne. Bo literatura ma tę przewagę nad życiem, że pozwala zatrzymać chwilę. Utrwalić twarz, ulicę, rozmowę, zapach powietrza.

Dlatego tytułowa ulica pachnąca lipami nie jest tylko miejscem. Jest przestrzenią młodości. Mitycznym krajobrazem pamięci.

Zielona Góra dla autora tych słów pozostaje miastem właściwie nieznanym. A jednak po lekturze książki Katarzyny Jarosz-Rabiej ma się wrażenie, że warto byłoby tam kiedyś pojechać. W spokojny, słoneczny dzień. Przejść się ulicami, które – jak wszędzie – przechowują pamięć ludzkich historii.

Bo właśnie to robi ta książka: przywraca miastu jego ludzką skalę.

Wśród bohaterów pojawiają się postacie bardzo różne. Jest kolega z pracy – zabawnie zadufany w sobie, z nutą irytującego wazeliniarstwa. Jest babcia z czasów dzieciństwa. Jest młody człowiek świeżo awansowany na stanowisko kierownika, który z powagą i tremą przeżywa swoją nową rolę. Jest wreszcie menel Edek – odpychający, a zarazem boleśnie ludzki.

Jarosz-Rabiej potrafi o tych ludziach pisać bez moralizowania. Z empatią, ale i z lekkim uśmiechem. Czytelnik ma wrażenie, że płynie za opowieścią – jak za spokojną rozmową, która nagle odsłania coś ważnego.

Ulica pachnąca lipami to książka delikatna, ciepła, niemal kameralna. Czyta się ją jednym tchem – jakby w półgodzinnym spacerze przez czyjąś pamięć.

A kiedy zamknie się ostatnią stronę, zostaje coś jeszcze: wrażenie promienia słońca w pochmurny dzień, błękitu nieba nad dachami miasta, uśmiechu znajomych twarzy… i może jeszcze kieliszka zielonogórskiego wina.

*

Wśród książek, które miałem okazję czytać jako juror, były oczywiście także tytuły słabsze – to rzecz naturalna. Były książki poprawne, lecz przewidywalne: powieści gatunkowe. Kryminały – niezwykle modne w ostatnich latach. Powieści historyczne, które stają się coraz ważniejszym nurtem polskiej literatury. A także romanse – w dobrym i złym znaczeniu tego słowa, choć częściej niestety w tym drugim.

W sumie – książek wiele, i nie tak mało – bardzo udanych.

Czasem właśnie tak wygląda najbardziej dyskretne zwycięstwo literatury.

 

 

Na stronach www.KrakowiSwiat.pl można znaleźć obszerniejszą wersję eseju i kilka recenzji więcej, m.in.:

Natalia Dziadura, Od stycznia będę się puszczać, Wydawnictwo Edge of Sanity, [Warszawa] 2025, 146 s.

Robert F. Barkowski, Pomorze 1102-1129. Podbój i chrystianizacja przez Bolesława III Krzywoustego, Bellona, Warszawa 2025, 318 s.

Anett Lura, Baśnie. Serce dziecka, Wydawnictwo Morpho, Sulechów – Sieniawa Żarska 2025, 212 s.