Niemowlę

Miłosz Broniszewski

Niemowlę

 

Gdy podcieram rumiankowym papierem własną matkę w rodzinnej toalecie, wiem, że przedostatni akt dorosłości postawił kropkę. Ojciec patrzy na synowskie ruchy – ruchy mężczyzny, który dotyka jego żony tam, gdzie przez czterdzieści siedem lat dotykał on. Ojciec umrze z nadzieją, że każda kraina jej ciała należała do niego. Nestor stoi w drzwiach łazienki, dzierżąc w rozoranej dłoni pieluchę dla największego niemowlęcia człapiącego po świecie.

Niemowlę, jak to niemowlę – nic nie mówi. Nie umie. Patrzy poza białą łazienkę, pralkę wyłuskaną paznokciami, która była jej marzeniem, ulubioną suszarkę z promocji, budowany krwawicą dom o dwóch piętrach ze spadzistym dachem, ponad Drogę Mleczną i samego Pana Boga, do którego się modliła co niedzielę i który o niej zapomniał. A ja zapomniałem, że mleko jej nie służy. Opłacam podatek za mleczną nieuwagę. Niestrawiona laktoza, która zatraciła swój mleczny posmak, do najdrobniejszej molekuły znika z kolejnymi listkami papieru. Matka ściska mój nadgarstek. Chwyt jej nieświadomej dłoni ma w sobie siłę pokoleń chłopek, które zginały karki w morderczej pańszczyźnie i nieskończonym połogu. Drugą ręką pracuję, czyszcząc to, co wymaga wyczyszczenia. Musi być glanc.

Z toalety do salonu mamy kilka metrów, ale dystans jest wspólnym triatlonem po ośnieżonych górach. Niemowlę nie umie chodzić. Nie wie, jak unieść nogę, ustawić stopę, przenieść ciężar z jednej na drugą stronę. Kiedy ją puszczę – upadnie. Staram się być posłusznym chodzikiem, który motywuje, kiedy trzeba: „Dobrze! Jeszcze kroczek. Pięknie! Ślicznie idziesz. Zaraz usiądziemy. Wiem, że jesteś zmęczona”. Nic nie odpowiada. Twarz utraciła mimikę. Zapadła się od grawitacyjnego otępienia.

W wysłużonym, plastikowym czajniku z Tesco szumi woda i wpuszcza mikroplastik do struktury cieczy. Będzie zalepiał żyły, zbierał się w mózgu, mutował, degradował, zabijał. Na każdym kroku meble typowej kuchni w kolorze brązu w stylu Bodzio. Bodzio było w każdym pomieszczeniu w domu. Bodzio na sztandarach wczesnych lat dwutysięcznych. Zapomniana meblowa rewolucja. Kuchnia z braku siły przykryta kurzem. Niemowlę nie potrafi sprzątać, a ojciec nie miał tego we krwi. Roztocza zebrały się na ostatnich przetarciach kobiecej dłoni.

Rodzinne monidło patrzy na czajnik, który skończył pracę. Pradziadek, prababcia, dziadek, babcia, dwie siostry dziadka – skamieniali. Dziadek umarł na zawał, kosząc pszenicę, a jego żona – na gruźlicę. Prababcia wyschła ze starości. Najstarsza siostra padła pod UP-owską siekierą. A najmłodsza siostra i pradziadek stali się niemowlakami. Tak jak ty.

Pijemy z ojcem czarną herbatę z ciemnego, wyszczerbionego od babcinej nieuwagi duraleksu, kiwając raz jednym, raz drugim wychodzonym przez święta kapciem. Staccato. Nasączony Lipton dryfuje w ciemniejącej wodzie. Słońce oddelegowało się na spoczynek. Zazdroszczę rozpalonej gwieździe niezmąconego cyklicznego snu. Legato. „Zachodźże, słoneczko, skoro masz zachodzić, bo mnie nogi bolą po tym polu chodzić. Nogi bolą chodzić, ręce bolą robić. Zachodźże, słoneczko, skoro masz zachodzić”. Śpiewam jej – niemowlakowi, wyginając usta w hiperpoprawnym ustawieniu warg. Ona kiwa ciałem, głową, stopą, ale wszystko w innych rytmach, innych melodiach. W osobnych historiach, których nie słyszymy. Podaję jej synowską, szklaną pierś, żeby się napiła. Jej skóra z każdym spotkaniem wysycha, traci swoją kobiecą elastyczność. Podtrzymuję duraleks, wycieram ściekające krople z brody. Jedna spada na moje spodnie, wtapiając się w ich strukturę. Głaszczę rzadkie, siwe włosy, których jest mniej. Tak jak jej.

Ojciec peroruje, że ten chuj i tamten chuj, i chuj z nimi wszystkimi. Słucham jego zgorzknienia, depresji, w którą nie wierzy. W jego wydaniu polityka to nieustająca podróż na Golgotę. Ciągłe czekanie na Godota. W myślach mówię mu: „Cieszę się, że wyrzucasz z siebie całe złoża kumulującego się gniewu”. Ma do tego święte prawo męczennika. Niech te grudy, niech ta droga na Golgotę trwają. „Może dasz sobie pomóc?” – pytam. „Może potrzeba opiekunki? Może trzeba oddać…” Teraz chujem jestem ja – wcieleniem nieczułego zła. Wszystko leje się na mnie. Próbowałem. Opiekun zazwyczaj odchodzi pierwszy. Pamiętaj.

Niemowlę kiwa się na lewo i prawo w rytm muzyczki z programu telewizyjnego dla dzieci. Tekst uczy, czym są trzy najważniejsze słowa: proszę, dziękuję, przepraszam. Ona próbuje nucić. Próbuje składać usta. Wydawać dźwięk. Nie umie.

Z ojcem nie mamy nic do dodania. Wszystko, co miało paść – padło. Siorbiemy gorzką herbatę. Muzyczka gra. Ona spojrzała na mnie. Przez chwilę wydawało mi się, że znam to spojrzenie. Wtedy, gdy wiosną trzymała mnie za rękę, przeprowadzając przez pasy pod szkołą. Kiedy z rzadka jej w czymś pomagałem, kiedy byłem dobrym synem. Kiedy sprzątałem i hakałem chwasty zardzewiałą haczką. Zamknęła oczy. Muzyczka gra. Fatamorgana zniknęła.

Chciałbym oddalić od siebie wszystkie wspomnienia, które rozsiadły się w głowie na tylnej kanapie. Opuszczam Breslau. Z ciężkim butem na gazie pędzę do Warszawy. Mijam rozpalone pomarańczową łuną latarnie obsiadłe przez ćmy, pędzące samochody, źdźbła trawy. Zauważam odcisk matczynych palców na nadgarstku – stygmaty życia bez życia wiedzy. Co znaczy życie?

Pod paznokciami zauważam czarne drobiny plam. Zastanawiam się, czy to kał. Od serca dla serca. Nie brzydzę się. Wącham. Upewniam. Upewniłem się. Czy ja stanę się niemowlakiem? W wielkiej pieluszce, na smyczy opiekunki, będę pędził Świętokrzyską, mijając najlepszą kawiarnię, z ulubioną za drogą kawą, która będzie dla mnie białą kartką. Kiedy zapomnę, że kocham – zapomnę ją. Tę, którą kocham bezgranicznie.

Zaciskam zęby, krusząc resztki cukru na dolnych siódemkach. Dziękuję ci za spadek! Za pierdoloną, ewentualną, genetyczną skazę! Zerkam na puste, wygniecione siedzenie pasażera, na którym siedzi plecak. Grzebię w nim. Zapomniałem portfela. Serce przyśpiesza. Zapomniałem książki. Przyśpiesza. Zapomniałem powiedzieć do mamy: MAMA. Zawracam na najbliższym zjeździe. Prestissimo. Samochody migają z prędkością światła. Ludzie za kierownicą rozpływają się na siedzeniach. Latarnie zlewają się w jedną świetlną linię. Mijana od kilku lat stacja rozsypuje się na kawałki. Przerzucam kolejne biegi z Sieradza do Breslau.