Piotr Gulewski
Deszczowy cykl
Wtorek, XX.04.19XX
Jako stosunkowo świeżo upieczony doktor medycyny, zaledwie parę lat po studiach i niewielkim doświadczeniu jako asystent podmiejskiej praktyki, nie spodziewałem się tak szybko otrzymać odgórnego przydziału do samodzielnej pracy. I to nie lada odpowiedzialnej! Powierzono mi stanowisko lekarza pierwszego kontaktu dla wioski [X] znajdującej się w [redagowane].
W gruncie rzeczy była to osada pośrodku niczego. Z jednej strony od reszty świata izolowało ją morze, z drugiej zaś – szerokie koryto rzeki. Jedynym stałym łącznikiem z resztą lądu był bagnisty pas na wschód od zabudowań, ale nie przypuszczałem, żeby tamta droga była preferowana przez tubylców. Zwłaszcza w deszczową pogodę, jak tego dnia i dla podróżnika takiego jak ja, mającego ze sobą swój cały dobytek – ubrania, wszelkiej maści encyklopedie, drogocenne medykamenty, na których regularne dostawy raczej nie mogłem liczyć w realiach powojennych. Wobec tego naturalnie zdecydowałem się na podróż drogą wodną.
Kapitanem łodzi, którą wynająłem do transportu na drugi brzeg, i zarazem jedynym mym towarzyszem podróży był siwy przygarbiony mężczyzna w staroświeckim mundurze marynarki. Zważywszy na jego sędziwy wiek, podejrzewałem, że swoją służbę odbył w czasach przedwojennych, ale tak jakoś się złożyło, że nigdy go o to nie zapytałem. Swoją drogą, kapitan na lądzie sprawiał wrażenie niezmiernie wylewnego. Żartował, że nie przyjmie ode mnie zapłaty za przeprawę, ale w zamian dam mu miejsce priorytetowe w klinice, jak znowu zacznie łupać go w krzyżu na jesień, jednak gdy tylko nasze stopy spoczęły na pokładzie, a łódź odbiła od lądu, jego usposobienie gwałtownie zmieniło się. Stał się mrukliwy, ponury. Przesyłał
mi jedynie sporadyczne ukradkowe spojrzenia, których intensywność rosła wraz z bliskością [X]. Nie mogłem się oprzeć paranoicznemu wrażeniu, jakoby kapitan upewniał się, czy przypadkiem nie stchórzę w ostatniej chwili, posuwając się do ucieczki wpław. Jakże zestresowany musiałem wtedy być, że takie myśli wpadały mi do głowy!
Gdy tylko stanęliśmy u celu, na starym, skrzypliwym pomoście czekało na nas już dwóch gburowato wyglądających mężczyzn. Z rozkazu kapitana zajęli się transportem bagaży do piętrowej chatki na wzgórzu, kawałek w głąb lądu, którą, podobnie jak mojemu poprzednikowi, przyznano mi jako kwaterę i klinikę zarazem. W porównaniu do pozostałych domostw to wyglądało niemalże luksusowo. Z samego kształtu przypominało młyn, który przerobiono do standardów mieszkalnych. Utwierdziłem się w tym przekonaniu po przekroczeniu progu. Pomimo lat innego zastosowania, zbożowy zapach wciąż zdawał się unosić we wnętrzu. Zapewne dało się do niego przywyknąć, ale jak na razie byłem zbyt wykończony, żeby o tym myśleć. Upewniwszy się, że wszystko stało na swoim miejscu i pożegnawszy się z pomocą tragarską oraz kapitanem, zgodnie z radą tego ostatniego udałem się od razu do sypialni. Pomimo coraz intensywniej uderzających o szyby kropel deszczu, zauważyłem, że miałem stąd idealny widok na port, gdzie jeden z przymocowanych kutrów właśnie odpływał. W taką pogodę? Niebywałe. Kapitan twierdził, że przenocuje po tej stronie brzegu, więc kogo tak pilnie rwało na morze?
Środa, XX.04.19XX
Dzień rozpoczął się spotkaniem z radą starszych. Oczekiwałem oficjalnego powitania lub przynajmniej wprowadzenia w najważniejsze aspekty społeczności, lecz myliłem się. I to jak bardzo. Dano mi dobitnie do zrozumienia, że czegokolwiek bym nie uczynił na rzecz wioski, na zawsze pozostanę jedynie obcym, niechcianym, tymczasowym gościem, którego ktoś w końcu zastąpi i miejscowi nie poczują różnicy. Muszę przyznać, że poczułem się dotknięty takim stosunkiem do mojej osoby, jednak jak się niebawem miało okazać, reszta mieszkańców nie podzielała sentymentu.
Nie zdążyłem na dobre otworzyć kliniki, a już dotarli do mnie pierwsi pacjenci. Głównie kobiety, w różnym wieku, które miały ze sobą sporo wspólnego – to, co im dolegało, stanowiło bardziej pretekst do wizyty niż objaw choroby. Na większość pomóc mogły już proste napary ziołowe, które zalecałem, rzucając przy tym żargonem medycznym, aby nie brzmieć lekceważąco wobec cierpień bliźnich, jednocześnie zapraszając do powrotu, jeżeli objawy nie ustąpią. Musiałem przy tym nieco zapunktować sobie u lokalnych, gdyż często słyszałem, że łatwo się ze mną rozmawia w porównaniu do poprzedniego lekarza. Otrzymałem także nieco darów od moich pacjentek. Warzywa, wypieki własnych rąk, a nawet wędzona ryba. Gdy słońce zaczęło zachodzić, zamknąłem przychodnię, by oddać się konsumpcji, ale wtedy wydarzyło się coś nieoczekiwanego.
Usłyszałem podniesione głosy, a krótko po nich kołatanie do drzwi. Wyczuwając nagłość zdarzenia, pobiegłem czym prędzej otworzyć.
– Doktorze, panie! – wołała grupka przerażonych. – Ratunku! Musicie pójść z nami!
– Prowadźcie – odparłem i nie zabierając ze sobą nawet płaszcza, wybiegłem za nimi.
Na miejscu okazało się, że okręt jednego z lokalnych rybaków zatonął. Biedak miał tyle szczęścia w nieszczęściu, że wydarzyło się to w polu widzenia z portu, dzięki czemu szybko podjęto ratunek. Upadający maszt uderzył go w głowę, pozbawiając przytomności, przez co pacjent spędził wystarczająco dużo czasu pod powierzchnią zimnej wody, żeby poważnie wyziębić się. Rozkazałem więc czym prędzej zabrać go do mnie i rozpalić w kominku, a następnie zająłem się przygotowaniem leków.
Po wielu godzinach walki udało się ustabilizować stan pacjenta. Był już środek nocy i nie mogłem zrobić dla niego nic więcej poza czuwaniem. Więc czuwałem w gotowości, doglądając jego potrzeb, czekając, aż wybudzi się. Nie przypuszczałem jednak, że kiedy w końcu to się stanie, przejdą mnie takie dreszcze.
Sprawdziwszy temperaturę, spostrzegłem, że chory poruszył się. Odzyskiwał przytomność – początkowo przyjąłem te wieści z olbrzymią ulgą. Szykowałem się z wyjaśnieniami, żeby w razie czego powstrzymać pacjenta przed nagłym zerwaniem się i narażeniem na niebezpieczny dla zdrowia szok. Kiedy jego oczy ostatecznie rozwarły się, wydał z siebie zduszony świst, jakby resztki wody opuszczały jego płuca. Mężczyzna nagle chwycił za mój kołnierz i z wręcz nadludzką siłą przyciągnął bliżej swojej twarzy.
– Oni… Nadchodzą. Są już blisko. To moja wina. Przyspieszyłem cykl – wydukał z przerażeniem. Jego źrenice, rozszerzone w szaleństwie, z trudem utrzymywały się w jednym miejscu.
– Jacy oni? – spytałem strwożony, lecz nie otrzymałem odpowiedzi.
Poczułem, że pacjent wciska mi lodowaty przedmiot do rąk. Jak się okazało, był to czarny kamyk. Pokrywały go liczne żłobienia, zbyt precyzyjne i celowe, by można było nazwać je dziełem przypadku morskich fal. Na moment rozświetlił się od środka na jasnoniebiesko. Nie dane mi było jednak dowiedzieć się, dlaczego go otrzymałem. Gdy tylko mężczyzna przekazał ów dar, wydał swoje ostatnie tchnienie.
Odszedł.
Straciłem pierwszego pacjenta.
Piątek, XX.04.19XX
Panowała wtedy niemiłosierna wichura. Nie mogąc przez nią usnąć, przewracałem się z boku na bok, licząc na choć odrobinę wytchnienia. Normalnie nie uznałbym tego za warte odnotowania – bezsenne noce były ewentualnością, z którą trzeba było się pogodzić w zawodzie. Tym razem było jednak inaczej.
Z parteru dochodziły dziwne dźwięki. Stukanie w szybę. Nieregularne, jakby mięsiste, cały czas w jedno miejsce. Choć dałoby się je racjonalnie wyjaśnić, choćby tym, że wiatr ułamał gałąź, która potem zagnieździła się w tak niefortunny sposób, coś nie pozwalało mi zejść na dół i się przekonać. Pierwotny, niezrozumiały lęk wypełnił moje ciało. Bałem się, że jeśli to zrobię, spotkam się twarzą w twarz ze zjawą. Rybak, któremu nie byłem w stanie pomóc, wrócił nękać mnie…
Wraz z pojawieniem się słońca nad horyzontem odzyskałem odwagę i sprawność umysłu, ale to, co zastałem na dole, wcale mnie nie uspokoiło. Cała powierzchnia jednego z okien była pokryta błękitną śluzowatą substancją. Na dodatek prowadził do niego szlak osobliwych śladów, jakby wleczono coś ciężkiego, co próbowało się wyrwać i miało własne stopy o nieludzkim kształcie.
Czy aż tak bardzo znienawidzono mnie przez śmierć tamtego człowieka?
Wtorek, XX.04.19XX
To czyste szaleństwo! Wraz z początkiem nowego tygodnia niemal cała wieś złapała jakieś świństwo. Od wczoraj, od samego brzasku lawirowałem między przyjmowaniem pacjentów w klinice a wizytami domowymi i dopiero teraz, gdy spisuję te słowa, zaznałem choć odrobiny odpoczynku.
A najgorsze jest to, że nie mam pojęcia, co zrobić. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego! Zarówno pod względem tempa transmisji, jak i objawów. Chorym ścieka z nosa niebieskawa flegma, ich skóra jest nadzwyczaj sucha i pożółkła, a w najbardziej dotkliwych przypadkach wręcz pozieleniała. Niezależnie od tego, ile ksiąg bym przewertował, nie mogę znaleźć porady. To zaledwie drugi dzień, a już odchodzę od zmysłów. Jeżeli nie nastąpi cud, będę musiał posłać po pomoc z zewnątrz. Tylko jak tego dokonać, kiedy wszyscy zdolni do prowadzenia łodzi leżą przykuci do łóżek? Ulewa, która trwa od soboty, uczyniła bagno nieprzejezdnym. Nie śmiałem ryzykować z przedostaniem się samemu – czułem, że gdybym zaginął, wraz ze mną przepadłaby cała wieś. Pozostało więc…
[tu wpis urywa się i jest kontynuowany na następnej stronie]
Właśnie miałem nieoczekiwanego gościa. Kobieta w wieku bardzo podeszłym, pomarszczona jak zwój, z bielmem na oczach, przez które nie powinna była wcale widzieć, a co najważniejsze – całkowicie bez objawów. Nie mówiła dużo. Przekazała mi kilka stron wyrwanych ze starej księgi, pokrytych niezrozumiałymi diagramami i rycinami, opisanymi w dość staromodnej odmianie łaciny. Wręczyła mi również sztylet z wyrytymi runami. Rzekła wówczas:
– Użyj go, kiedy zaczną się przemieniać. Zostawił go u mnie twój poprzednik.
Po czym wyszła. Na próżno próbowałem ją powstrzymać. Rozpłynęła się w nocy bez śladu. Jedyne, co mi pozostało, to zapoznać się z materiałami, jakie mi powierzyła. Czy znajdę w nich odpowiedź na to, co właściwie tu się dzieje?
Czwartek, XX.04.19XX
Kiedy wracałem z wizyty u pacjenta, szelest szuwarów w pobliżu portu zwrócił moją uwagę. Przyczaiłem się na rogu pobliskiego budynku i wypatrywałem. Chciałbym wierzyć, że był to jedynie wytwór mojej przemęczonej wyobraźni, ale wszystkie znaki wskazywały inaczej.
To, co stało na brzegu, nie było człowiekiem. Wyglądało jak [redagowane kilka linijek tekstu]
Na całe szczęście kreatura nie zauważyła mnie. Uciekłem czym prędzej, nie odwracając się za siebie i oprzytomniałem dopiero po zaryglowaniu wszystkich drzwi oraz okiennic mojego domu. O Boże, miej nas w swojej opiece! To wszystko zaczynało się łączyć. Opisy z tamtych stron, epidemia, to, czego byłem przed chwilą świadkiem. To wcale nie była zwykła choroba, lecz coś znacznie bardziej złowieszczego. Muszę jeszcze raz skonsultować się z zapiskami. Być może jest jeszcze szansa, by jakoś to naprawić.
[dalsze wpisy są pozbawione dat]
Spóźniłem się. Jest ich coraz więcej. Powoli opanowują osadę, zachowując się, jakby od zawsze należała do nich. Obserwuję ich ukradkiem przez szczeliny okien, jednak nie odważę się już więcej wychodzić. Stwory, choć z pozoru zdają się prowadzić normalne wiejskie życie, przygotowują się do czegoś wielkiego. Znoszą do przystani różne rzeczy z mieszkań. Dlaczego? Nie mam pojęcia, ale nie sądzę, żeby miało to oznaczać coś dobrego.
[…]
Przyszli po mnie. Od rana ustawicznie towarzyszy mi walenie do drzwi. Z jakiegoś powodu nie mogą użyć siły ani dostać się do środka podstępem. Póki co jestem bezpieczny, ale na jak długo?
[…]
W porcie stanęła przerażająca konstrukcja, niby ołtarz zwrócony ku morskim głębinom. Cztery filary pulsujące niebieskim światłem oraz stół rytualny, rodem z tych, na jakich Aztekowie musieli składać swoim pogańskim bożkom ludzkie ofiary. Podejrzewam, kto ma na nim skończyć.
[…]
Kończą mi się zapasy. Wraz z nimi mój czas. Muszę uciekać. Przynajmniej spróbować. Im dłużej będę to odwlekać, tym słabszy będę się stawał, zarówno z głodu, jak i szaleństwa. Straciłem do reszty rachubę czasu. Ciągle leje… Nie pamiętam już, jak wygląda spokojne niebo. Muszę opracować plan. Za wszelką cenę muszę się stąd wydostać.
[…]
Ja, niżej podpisany [redagowane], doktor medycyny pracujący we wsi [X], świadomy wątpliwej wiarygodności wynikającej z własnej poczytalności, przedstawiam mój dziennik jako dowód w sprawie tego, co wydarzyło się w tym miejscu. Wraz z kamieniem zmarłego rybaka, stronami od niewidomej staruszki oraz runicznym sztyletem umieszczam go w metalowej skrzyni na leki, a klucz do niej ukryję w sobie jedynie znanym miejscu. Po przestudiowaniu zachowań tych monstrów wątpię, żeby poradziły sobie z otworzeniem tego kontenera siłą. Osobo, która to czytasz, jeśli faktycznie jesteś człowiekiem, muszę przekazać ci parę kluczowych informacji:
Po pierwsze, jeśli to nie ja cię tu sprowadziłem, nie szukaj mnie. Jestem już martwy. Najpewniej przepadłem na bagnach lub zostałem rozszarpany przez sługi morza.
Po drugie, uważaj na siebie. Nie mam pojęcia, ile czasu minęło, odkąd opuściłem ten dom, ale zagrożenie wciąż może być w pobliżu, nawet jeśli pozory świadczą przeciwnie. Nie zbliżaj się do wybrzeża. Najlepiej uciekaj.
A jeżeli jesteś kolejnym lekarzem, który podobnie jak niegdyś ja naiwnie przyjął to przeklęte stanowisko, modlę się za twoją duszę. Wykorzystaj wiedzę zdobytą przeze mnie oraz poprzednie ofiary. Być może tobie powiedzie się to, w czym zawiedliśmy.
Walcz do samego końca, bo każdy cykl da się przełamać. Będę wierzył w to do końca, niezależnie od tego, jaki spotka mnie los. Powodzenia.
