Bida

Katarzyna Grabias-Banaszewska

Bida

– Mocniej trzymaj! Mocniej! – krzyczał do Jaśka, ściskającego długi postronek.

Tucznik wił się niczym żmija. Uwiązany za tylną nogę biegał po niesprecyzowanym torze, kwicząc przy tym przeraźliwie. Wydawane dźwięki należały do tych wysokich i piskliwych, których nikt o zdrowych zmysłach nie lubił, jednak Jaśkowi utyskiwanie prosiaka jawiło się jako przecudna melodia, której ani myślał przerywać. Trzymał go więc na zbyt długim sznurku, pozwalał ganiać po podwórku i nasłuchiwał. Koncert trwał jednak tylko chwilę.

– Krócej go weź! Gamoniu jeden! Krócej! – wrzeszczał ojciec, wybijając Jaśka z chwilowej ekstazy. – Czemu on się tak drze, jakby go zarzynali? – denerwował się Mietek, którego świńskie piski wyprowadzały z równowagi.

Zależało mu, aby sprawę załatwić poufnie, a ten darł się na całą okolicę.

– A to nie to właśnie robimy? – Jasiek się zaśmiał, nawijając linę na przedramię.

– Trzymaj go, do cholery, bo nie trafię! – wrzasnął ojciec i zamachnął się siekierą.

Duży, srebrzysty obuch zalśnił w słońcu. Po chwili huknęło i zamarło. Zapadła zupełna cisza. Tak głucha, że aż Jaśkowi zadudniło w uszach. Mietek zaczął jednak pogwizdywać, jak miał w zwyczaju zawsze wtedy, gdy zabierał się do grubszej roboty. A tym razem było do czego. Tucznik ważył ze sto dwadzieścia kilogramów. Sam go tak wypasł zlewkami ze stołówki i pegeerowską paszą. Zwinnym ruchem ręki prześlizgnął ostrze po podgardlu. Jasiek trzymał białą, emaliowaną miskę, do której ściekło już sporo ciepłej krwi.

– Zostań tu, a ja drzwi przyniosę. Parnika pilnuj – nakazał.

Drogocenna burgundowa ciecz ściekała do starej miski. Jasiek wpatrywał się w ryj, który zdawało mu się co jakiś czas, lekko podrygiwał, jakby coś z niego wypełzało. Pochylił się. Spod lekko rozwartej powieki patrzyło na niego martwe oko tucznika. Czarne jak noc, zimne i szkliste. W wypukłej tafli oka zobaczył własne odbicie. Przeglądał się z uwagą, bo w tym krzywym zwierciadle wyglądał zupełnie inaczej. Jego twarz była symetryczna, z nosem znajdującym się równiutko na środku. Nagle świńska powieka zamigotała, oko się zamknęło, a ryj lekko poruszył. Jasiek odskoczył. Przeszedł go dreszcz. Początkowo myślał, że zwyczajny. Taki ze strachu, ale kiedy ojciec wrócił, też zauważył, że zrobiło się dziwnie chłodno.

– Co tak gębę otwierasz? – spytał, patrząc na syna.

– Słyszysz? – zapytał Jasiek.

– Co niby?

– Nie wiem. Coś jakby piszczy. – Nasłuchiwał.

– Co ci tam znowu piszczy? Lepiej miskę podmień, bo się przeleje – skwitował Mietek i zabrał się do dalszego oprawiania świniaka.

Jasiek jeszcze przez chwilę tkwił w osłupieniu. Uszy nastawił, zmarszczył połowę nosa i wytężył słuch. Dochodził go wyraźny dźwięk, którego nie umiał zlokalizować. Cichutki, piskliwy, ale delikatny jak srebrna niteczka.

– Naprawdę nie słyszysz? – zapytał ojca, który zamknął właśnie pordzewiałe drzwiczki parnika i również nastawił uszu.

– Nie. A co?

– Tak jakby bida w piecu czy coś.

– Sam jesteś bida – zaśmiał się ojciec. – Słomy przynieś. Opalać trza, bo wieczór idzie – pogonił syna, a sam zakasał rękawy i zabrał się do roboty.

Świdrujący dźwięk jeszcze przez chwilę wił się po podwórzu, mieszając z odgłosem kapiącej juchy i pogwizdywaniem Mietka, który, opalając świńską szczecinę, podśpiewywał piosenki zasłyszane w telewizji. W jego repertuarze dominowały trzy szlagiery, które nucił, wygwizdywał lub śpiewał na zmianę. Praca szła mu szybko i nader sprawnie i już po chwili opalone, czyste świńskie ciało wisiało głową do dołu, rozpłatane na drewnianych drzwiach. W strukturę sosnowego drewna wgryzły się plamy posoki i nikt już nie pamiętał, ile świń dźwigały te stare wrota. Śnieżnobiała, gruba na dwa palce warstwa słoniny lśniła na tle brudnych desek.

– Moja mała blondyneczko, czy ty o tym wiesz… – podśpiewywał Mietek, dumny z wykonanej pracy, nie zważając na wszechobecny odór. Przykry zapach wdzierał się w ich włosy, odzież i skórę. Cali byli z tego smrodu, którego Jasiek, szczęśliwie, w ogóle nie czuł. Ani fetoru opalanej szczeciny, ani swądu wyjmowanych wnętrzności. Krzywa przegroda nosowa, dająca mu się niemal cały czas we znaki, miała jednak swoje zalety.

Było już po siedemnastej. Słońce chyliło się ku zachodowi. Mietek oparł się o drzwi stodoły i leniwie palił papierosa. Smolisty dym wdzierał się w jego płuca, by po chwili wydostać się przez usta i nozdrza. Żółta smuga wiła się powoli, mieszając z białymi obłokami kłębiącymi się nad parnikiem. Był zmęczony, ale gdy patrzył na rozległe podwórze skąpane w pomarańczowoczerwonej poświacie, czuł coś jakby dumę. Sam tego nazwać nie umiał, ale sprawiało mu to przyjemność. Jeszcze raz pociągnął papierosa i spojrzał w stronę domu. W chałupie paliło się światło. Dostrzegał jedynie długie cienie krzątające się po kuchni.

„Ruch jak w ulu” – pomyślał, zaciągając się Ekstra Mocnym i wypluwając drobiny tytoniu przyklejone do warg. Czekała go długa noc. Mięso trzeba było poporcjować, przygotować dla masarza i dotrzymać mu kroku. Stary Boczkowski już grasował w kuchni. Tasaki i długie ostre noże ułożył na lnianej szmatce. Wyparzył miednice, stoły zaścielił ceratą. Białym fartuchem owinął biodra, podwinął rękawy kraciastej koszuli. Wychylił kieliszek wódki i czekał na tusze.

Mietek wypluł tytoń zalegający w ustach. Spojrzał na Jaśka. Siedział na ganku i rozplątywał długie, cienkie kiszki. Płukał je w miednicy z ciepłą wodą i oczyszczał za pomocą drewnianego skrobaka. Dziwny był ten jego dzieciak. Pracowity i nawet mądry w niektórych sprawach, ale w innych zupełnie głupi. Zamyślał się ciągle. Gapił się w próżnię. Słuchał Bóg jeden wie czego. Zawsze mu coś grało, szumiało, piszczało. Baby we wsi gadały, że ma nie po kolei we łbie. W szkole szło mu jako tako. Uczyć się nie lubił. Tylko z muzyki i przyrody zawsze wszystko wiedział. I majsterkować lubił. Ot, taki ni mądry, ni głupi.

– Tato! A pęcherz? – zawołał z ganku.

– Wyczyść i zostaw. Wysuszymy, to będzie dla Michaśki – uśmiechnął się Mietek.

– Tato. Przynieś nam co na świeżynkę.

– Głodnyś, co? Idę, już idę – odparł, gasząc papierosa.

Zarzucił na plecy półtuszę i poszedł w stronę domu.

Nim się z Boczkowskim zabrali za robotę, zdążyli jeszcze wypić na zachętę. Dwie duże literatki wódki natychmiast zniknęły w gardłach.

– Chluśniem, bo uśniem! – zawołał Mietek i polał po raz drugi, wygwizdując przy tym do rymu Chciałbym cię mydlić mydełkiem Fa…, co pobudzało nogi i biodra Boczkowskiego do niekontrolowanego podrygiwania. Wielkie to było chłopisko, o szerokich ramionach i nieproporcjonalnie długich rękach. Duża głowa, osadzona na wiecznie pochylonej szyi, zapewne od ciągłej pracy przy masarskim stole, oraz sięgające do wysokości kolan ogromne dłonie nadawały jego posturze kształt przypominający szympansa.

Szaba, daba, da – zanucił wędliniarz, przechylając literatkę.

Pili tę wódę jak wodę. Ich przepalone gardła, porosłe grubą warstwą twardego nabłonka nie odczuwały żadnego palenia czy pieczenia, które towarzyszy nowicjuszom. Zaprawieni byli w tym boju. Boczkowski podniósł butelkę, nalał trochę wódki na dłoń i roztarł dokładnie między palcami.

– Na dezynfekcję – powiedział, patrząc na Jaśka, siedzącego na zydlu. – Nie baw się w tej misce, ino szoruj, bo nie będzie w czym kiełbasy zrobić! – zaśmiał się, poprawiając masarski fartuch.

Chłopak podrzucał pojedyncze lub zbite w kłąb jelita, które opadając z różnej wysokości do emaliowanej miski z wodą, generowały inny dźwięk. Raz był to jednolity, krótki plusk, a innym razem powtarzające się i długo trwające chlustanie rozbełtanej toni. Doskonale dostrzegał różnicę między tymi dźwiękami, ale trudno było mu zdecydować, który podoba mu się bardziej.