Zapiski

Czesław Sobkowiak

 

Zapiski

O Irenie Dowgielewicz i różnych rzeczach
 

 

Omikron

Wyniosłem na stertę wiadro z odpadkami, zamknąłem bramę, w mroźnym powietrzu chodziłem tam i z powrotem. Oddychałem. Owszem, pozgarniałem zmrożone liście. Ale drzewa z korzeniami nie dam rady wyrwać. Jeśli coś mnie dotyczy, to poczucie, że idzie mi już wszystko dosyć wolno, po prostu wydajność mięśni spada. Jeden klocek wierzbowego drewna udało się porąbać. To dwie, trzy minuty. Inne zadania (te literackie i ze zdrowiem) stoją w miejscu, no ale… Rok jest (i będzie) bardzo niepewny, ciężki, dużo niewiadomych szczególnie teraz, podatki, ceny, które nie zlitują się nad ludźmi. I widmo wojny. Czy te ciężary da się przetrzymać, udźwignąć? Da się, jeśli ludzie nie będą wariować, wykrzykiwać puste slogany ani dziwaczyć. Byleby nie wybuchło to najgorsze. I jeszcze ten okropny omikron, który małymi kroczkami zmierza, każdego dnia, by zrobić swoje. A poza tym życie zaczyna boleć różnymi bólami.

 

 

Koniec stycznia

Wieczorem na dworze. Słyszę śpiewne głosy komunikującego się ze sobą klucza dzikich gęsi, które niewidoczne w ciemności nieba lecą akurat nad domami w stronę nadnoteckich wód i jezior. Czy to znak, że wiosna już blisko?

 

 

Miłość

Miłość zawsze rodzi trudne, wewnętrzne problemy. Oczywiście zależą one od tego, po jakiej ścieżce idzie, jaki jest jej cel i również kształt. Od wielu rzeczy zależy. Bo podmiotowo miłość dąży do objęcia całego świata. Każdej rzeczy, która jest…

 

 

Poruszenie

Pająków nie śniłem, chyba w ogóle w nocy nie śniłem, poza tym, że wstawałem dwa razy do toalety, bo była taka pilna potrzeba, no i poruszenie. Poruszenie to ważna sprawa w poezji, o to mi chodzi w tym jeszcze życiu. Zapewne podobnie jest zarówno w Berlinie, Moskwie, Pekinie, Nowym Jorku i Paryżu, jak i w całym wszechświecie – poruszenie, i u mnie w zielonogórskiej Zawadzie.

 

 

Obrus

Pojechaliśmy z Natalią na niedzielną giełdę używanych, więc i starych, rzeczy, urządzeń, niejednokrotnie oryginalnych, niezniszczonych, niebanalnych, które polscy handlarze przywożą z Niemiec. Cotygodniowe chodzenie między towarami sprzedających weszło mi już w przyjemny nałóg, bo za każdym niemal razem coś moje oko wyłowi. I jak tu nie kupić za kilka złotych ciekawej rzeczy, tylko tutaj, bo nie w sklepie. Dawne rzeczy pamiętają jeszcze miniony czas, kiedyś istotne sposoby życia. Takie właśnie przedmioty fascynują mnie, one mają w sobie oddech i klimat innej pracy, innej codzienności niż dzisiejsza. Tym razem trafił się duży, kolorowy, ręcznie haftowany kwiatami obrus. Zupełnie podobny do tego, jaki był w moim rodzinnym domu. Pamiętam.

 

 

Jednak

Panu Markowi Budniakowi

Mimo swoich osobistych, różnych problemów (któż ich nie ma), braków, niedostatków, może i nieumiejętności odczuwania sensu, to muszę przyznać, że fakt, iż ostatnio więcej słyszę w mediach, w niektórych oczywiście, o postawach i zachowaniu Polaków w dziejowej przeszłości, o dzielności postaw, patriotyzmie, cierpieniu, szlachetności, mądrości, odwadze i poświęceniu lub choćby o wytężonej pracy, sprawia (ten fakt) coś ważnego – żyje mi się z tego powodu nieco lżej. Właśnie mimo wszystko z otuchą. Czuję przestrzeń polskiego życia, rozległość historyczną, zakorzenienie, przypisanie do tej ziemi, warunkujące tożsamość. Jest jakaś radość, oby nie chwilowa, niepodległość, trudna, ale to, że jestem, jesteśmy w swoim domu – najważniejsze.

 

 

Kawa

Sobota. Dobry poranek, wart zachwytu, na dworze lekki wyż, wysoko, szybko, z północy idą liczne obłoki, a pod stopami chrzęści stwardniały śnieg. Podoba mi się to. Po południu jednak poczułem się senny, mocno znużony, serce pracuje mało wydolnie. Jedna tylko myśl, położyć się, mimo że to dopiero środek dnia. Jednak zrobiłem kawę. Kawa ma mnie uratować.

 

 

Dowgielewicz

Okrucieństwem jest umieranie. A to taki tylko porządek natury. I w samym zapominaniu jest okrucieństwo. Dotyczy zachowania lub utraty pamięci o człowieku, lecz jakby więcej dotyczy pisarza. Zapomnienie jego twórczości, którą w wysokim i posłanniczym przekonaniu tworzył, to niekoniecznie pośmiertna weryfikacja literackiej wartości, czyli sprawiedliwy czyściec, ale raczej krzywda wyrządzona dziełu całego życia. Toteż z aprobatą przyjąłem wiadomość, że ktoś chce w swoim literackim pisaniu przypomnieć postać znaczącej kiedyś w regionie lubuskim poetki i pisarki Ireny Dowgielewicz. Jej dorobek nie jest zbyt obfity, ale warty uwagi, jak i sama osoba. Mieszkała wiele lat, do końca życia, w Gorzowie. Jeden raz z autorką Siania pietruszki miałem osobisty kontakt. W latach osiemdziesiątych pracowałem w Muzeum Ziemi Lubuskiej. Zbierałem i gromadziłem materiały, dokumenty środowiska literackiego naszego regionu, i w tym celu postanowiłem pozyskać też od Ireny Dowgielewicz jakieś jej rękopisy lub inne rzeczy. Cokolwiek by to nie było. Pojechałem do Gorzowa. Był upalny dzień czerwca lub lipca. Odnalazłem dom pisarki. Pani Irena przyjęła mnie serdecznie, czułem jej zaciekawienie moją osobą i życzliwość. Poleciła mi samodzielnie zrobić sobie kawę. Wyjawiłem jej cel wizyty, poprosiłem o rękopis wiersza Teologia i otrzymałem, napisany na kartce, na poczekaniu i jakieś inne jeszcze rzeczy pisane. Dosyć skromny to był zbiór, ale mnie to cieszyło. Te rzeczy znalazły potem swoje miejsce na wystawie z okazji jubileuszu ZLP. Stanowiły dla mnie zdobycz. I upewniły o sensie przyjazdu. Niedokładnie pamiętam, o czym wtedy rozmawialiśmy, może więcej było milczenia. Albo zdawkowo o wszystkim układały się słowa. Byłem w jej pokoju około godziny. Nie zamierzałem przeprowadzać wywiadu. Teraz wiem, że szkoda, bo zapewne pisarka powiedziałaby coś o swoim życiu i o tworzeniu, może i o lękach czy osobistym cierpieniu. I dzisiaj byłoby to cenne uzupełnienie legendy. Mówiła na pewno, że nie ma sił, musi pozostawać w łóżku, że nie interesuje jej zewnętrzny świat. Zasłonięte okna w porze południowej zdawały się potwierdzać jej słowa. Trwała w jakiejś życiowej zapaści od dawna. Może drażniło ją słoneczne światło lub raczej było coś poważniejszego. Nie drążyłem tego tematu. Pamiętam mrok i ciężki zapach w niewietrzonym pokoju. Widziałem kobietę bezradną, wycofaną, zrezygnowaną, samotną, cichą, której już nie obchodziło pisanie literatury, tworzenie bowiem odeszło, skończyło się.

 

 

Troje

Troje stało na przystanku przesiadkowym koło dworca PKP. Dwóch młodych mężczyzn i kobieta. Wystarczyło rzucić spojrzenie i usłyszeć strzępy rozmowy, zwrócić uwagę na zachowanie, miny, gesty, ubiór, tonacje głosów, by wiedzieć, że są to osoby niepracujące. Zainteresowane nicnierobieniem. A miejscem ich zimowego pobytu – miejska noclegownia. Jednak pieniędzmi to jakże i owszem – zainteresowani bardzo. Pyta jeden z nich, ten wyższy, co pali papierosa: ku…wa, no i co, byłaś już w tej kasie po forsę?

 

 

Niby nic

Niby nic szczególnego. Młody człowiek, który niedaleko, po sąsiedzku, ma zakład samochodowy, codziennie w nim pracuje, ktoś bliżej mi nieznany, bo nigdy nawet nie rozmawialiśmy ze sobą, zaledwie czasem widujemy się, tym razem wysiadając z auta, z dość dużej odległości, pozdrowił mnie. I to jego jedno słowo pokazało życzliwą twarz. Dzisiaj niewielu potrafi tak wyjść ze swego wnętrza.

 

 

Pracownia pana Andrzeja

Pracownia to miejsce szczególnego (pięknego, lecz i trudnego) rodzaju pracy. Cechuje ją atmosfera i klimat wtajemniczenia. To jakby świątynia, w której panuje skupienie i która jest niebanalnie wyposażona w różne urządzenia i przedmioty, służące czemuś ważnemu. Nie byłem do tej pory w wielu pracowniach. Wiem, że ma w nich miejsce przemiana. Rzeczy i słowa (w pracowni np. literackiej) nabywają nowych jakości. W pracowni konserwatorskiej, bo o tym chcę napisać, powracają do życia stare zegary, meble, obrazy, witraże, poniekąd powstaje coś nowego, odnowionego jak np. dzieło sztuki. Do tej pory sporo czasu spędzałem w malarskiej pracowni pewnego malarza, ale ostatnio trafiam na krótkie pobyty i odwiedziny do pracowni pana Andrzeja, który jak się okazało, już od trzydziestego roku życia zajmuje się zagadnieniami na poły tajemniczymi w odniesieniu właśnie do dzieł sztuki. Przez jego ręce przeszły nie dziesiątki, ale raczej setki rzeczy artystycznych, które wymagały odnowicielskiej pracy. Jego opowieści o tych sprawach mogą mocno zaciekawiać. W każdym razie efekt pracy robi wrażenie, kiedy po oczyszczeniu z brudu, po zdjęciu starego, zżółkniętego werniksu z płótna wiekowego obrazu, pojawia się piękny pejzaż, portret, akt, którego w tym miejscu wcześniej prawie wcale nie było widać. Znowu żywe są kolory i wyraźne szczegóły. Można wtedy doznać uczucia szczególnej radości, bowiem ocalenie piękna i jego powrót tam, gdzie być powinno i gdzie kiedyś było, staje się faktem. Pan Andrzej swoje umiejętności, którymi obecnie dysponuje, długo nabywał pod okiem mistrza. Tenże zaś wykształcenie i szlify zawodowe, konserwatorskie kiedyś dawno uzyskał w krakowskiej akademii sztuki, więc dowiedział się sporo o technologii i metodologii i o sekretach napraw szerokiego spektrum dzieł wysokiego lotu artystycznego – od fresków począwszy, a na meblach, rzeźbach i ramach oraz płótnach malarskich skończywszy. Duży to jest obszar zagadnień związany z każdą z tych sfer. Po latach pan Andrzej dorobił się jednak swojej pracowni, swojego miejsca i adresu, znanego wielu różnym miłośnikom, kolekcjonerom i handlarzom sztuki. W tej dziedzinie nie ma obszaru, w zakresie którego nie posiadałby on fachowej umiejętności. Tu spędza dużą część swojego życia. Nie tylko pracuje, a raczej ocala piękno, lecz i po prostu spotyka się z ludźmi. Patrzy też stąd na sprawy świata. Ludzie przychodzą ze swoimi sprawami, rozmawiają i odchodzą. Pan Andrzej gros czasu spędza samotnie, włącza codziennie radio i słucha muzyki klasycznej, która mu pomaga w pracy. Pije herbatę, uruchamia w chłodne jesienne, zimowe dni grzejnik elektryczny. Posiada dużą wiedzę o konserwacji dzieł artystycznych, ale i wie, że każde z nich jest dla niego jakimś nowym wyzwaniem. Trzeba mieć serce, miłość, cierpliwość i determinację, bo to bardzo żmudna praca. Tu spieszyć się nie można. Zastaję go najczęściej siedzącego przy dużym stole, pokrytym suknem, nad którym w świetle lampy, wiszącej nisko, pochyla się nad płótnem jakiegoś obrazu. Przez duże szkło powiększające przychodzi mu patrzeć na szczegóły dzieł artystycznych, by potem nakładać odpowiednie olejne farby, tam gdzie ich brakuje, by naprawić też rozdarcia i dziury w obrazie. A bywa i tak, że potrzeba wyprostowywać pofałdowaną płaszczyznę gorącym żelazkiem. Chodzi zawsze o to, by naprawić np. starą, piękną ramę barokową, ludwikowską bądź secesyjną, naprawić jej zniszczone miejsca, uzupełnić złocenia, odtworzyć ornamenty, zwłaszcza efektowne narożniki, i skleić ramę, gdy tego wymaga. To są oczywiście żmudne zajęcia i potrzebują czucia ducha sztuki, by nie zrobić niczego wbrew niemu. Płótno wymaga więc najczęściej dokładnego studiowania jego stylu artystycznego, bo nie można wprowadzać czegoś obcego w jego obszar. Byłby to od razu widoczny błąd. Tak się składa, że pan Andrzej jest mistrzem w swej dziedzinie i wiele potrafi. Na półce stoją różne chemiczne odczynniki i narzędzia, o których stosowaniu trzeba mieć wiedzę. Sięga też w razie potrzeby do fachowych książek. Dzieło sztuki, które naprawia, stara się zawsze doprowadzić do jego świetności. Widać, jak na pewnym etapie swojej pracy wnika w nie, fascynuje się tematem i formą, poniekąd też jak artysta. Tak musi być, by było dobrze. Wie, że na tej drodze czyhają pułapki, więc postępuje rozważnie i ostrożnie. Nie wypada go przy pracy rozpraszać ani ponaglać. To bardzo przeszkadza. Nieodpowiedni chemiczny specyfik lub ryzykanckie zachowanie potrafi doprowadzić do zniszczenia przedmiotu. A to byłaby nawet nieodwracalna, kosztowna katastrofa. Jego pracownia ma nieco alchemiczny klimat i nastrój. Gdzie bym oczu nie skierował, tam są pędzle, pędzelki, jakieś ciężkie i gładkie kamienie, żelazka do prasowania obrazów, buteleczki z jakimiś miksturami, tubki z farbami, które czemuś konkretnemu służą. Płyny chemiczne do usuwania starych werniksów, terpentyny do mycia obrazów, mydło, woski, szpachle, kreda, gips do odlewania, plastelina do odciskania ornamentów, arkusze pergaminu, które tu również czemuś służą. Z każdą z tych rzeczy związane są kolejność i sekret postępowania, który pan Andrzej zna i tej wiedzy strzeże, jak każdy wtajemniczony w swoją dziedzinę fachowiec. O wielu rzeczach można dowiedzieć się z książek, ale są sprawy, których dopiero w praktycznym działaniu można się nauczyć. Tu, jak do szpitala ludzie chorzy, trafiają dzieła sztuki często po ciężkich przejściach, przyprawione w niejednym, a raczej niemal w każdym przypadku, o okaleczenia, zarysowania, schorzenia, złamania, zabrudzenie, wyniszczenie, pomarszczenie. I bagatelka, trzeba godzinami starać się, by im dać dawny blask i kształt, po prostu życie. Niekiedy pan Andrzej jawi się jak władca i wskrzesiciel. Nad każdym dziełem i przedmiotem lubi się też zadumać. Bo każda rzecz sztuki ma swój los, historię, autorską rękę, metodę pracy, styl, oddech tworzącego artysty, każda była w czyimś domu, w innej epoce, w jakimś pałacu, w salonie, gdzie grała muzyka, gdzie tańczono, pito wino, rozmawiano o sprawach świata i przechodziła, przez wiele rąk, ceniona albo z biegiem czasu wręcz odwrotnie, wypierała ją nowa moda w sztuce, ulegała wypadkowi, spotykało ją zapomnienie, wzgarda, i powlekała warstwa brudu i kurzu w jakimś kącie, dopóki ktoś jej stamtąd nie wyciągnął na światło. I nagle pojawiało się w głowie doznanie zachwytu i olśnienia wyjątkowością piękna. Takie odkrycia były i są udziałem pana Andrzeja. Napatrzył się na niejedno płótno, rozpoznawał czas jego powstania, styl epoki i wartość mistrzowskiego dzieła. Jego pracownia stanowi dla tych starych rzeczy, często jedyną, ostatnią już szansę powrotu do duchowego życia, na ścianę mieszkania w bloku lub w salonie nowej willi.

 

 

Oddech, czyli zasada wszechistnienia

Oddycha ocean, oddycha-pulsuje kosmos, cała przyroda, niebo, człowiek. Bóg też nie inaczej. Jeśli nie ma lub zanika oddech, to znaczy, że skończyło się życie. Z malarstwem i z innymi dziedzinami sztuki jest tak, że absolutnie potrzebny jest w ich obrębie, w każdym przedmiocie, oddech i zaznaczenie przestrzeni. Zatłoczenie form i treści temu nie sprzyja. Sztuka to nie wyliczenie rzeczy, ale nadanie im życia. Nawet w martwych naturach musi być oddech na płótnie zauważalny. Nie może malarz nie zadbać o autonomię, proporcje, osobność, relacje wzajemne, czyli całą kompozycję, która sprawia, że martwa natura coś wyraża, a nie jedynie eksponuje owe rośliny, kwiaty, przedmioty (książkę, dzban, skrzypce), nie jest składowiskiem, lecz ustala w obrazie jakiś porządek, który sankcjonuje rozdzielenie rzeczy i dysponuje wolnością istnienia. Po to właśnie, aby możliwa była kontemplacja estetyczna. Artystyczna. Trzeba to zrozumieć i według owej zasady postępować i na ogół intuicja podpowiada twórcom tego rodzaju postawę. Rzecz cała w ustanawianiu przestrzeni. Sens przestrzeni w krajobrazie polega na tym, że wszystkie miejsca (drzewa, ścieżki, pola) mają szansę akcentować siebie (tak), swoją obecność, i mają do zarysowanej wspólnoty na obrazie prawo, więc prawo siebie zaznaczyć, dodać siebie i wyeksponować w ten sposób też znaczenie innych uczestników. Nie dzieje się to nigdy na jednej płaszczyźnie ani tym bardziej w stłoczeniu. Artysta musi to wszystko rozegrać, poeta również musi, graniem swojej duszy, emocji zaznaczyć niecodzienność, wielkość sprawy, o którą słowem, kolorem i kształtem, toczy podmiotowe zmaganie. Poeta i malarz, a przecież i kompozytor, ustalają przestrzeń, jej rodzaj, jej tajemnicę. Przedmioty odnajdują się i uzasadniają. Tak też w poezji znaczenia ustalają się dopiero we właściwym miejscu. Gdy takowe zostają wyrażone, to praca, tworzenie osiąga swój cel. Zadanie malarza lub poety zostaje zrealizowane. Owa zasada potwierdza się nie tylko w sztuce, ale i w życiu społecznym. Daleko od niej są te systemy, które o oddechu wolności, dozwalającej zmienność, zapominają. I zatłacza się świat jednopłaszczyznowością oraz jednorodnością, co skutkuje wegetacją. Wegetacja zaś w jakimś momencie rodzi bunt, zniszczenie, rewolucyjny sprzeciw. W jednym celu. By otworzyć horyzont rozwoju. Umożliwić oddech.

 

 

Napisała

Napisała zielonogórzanka Agnieszka, która stąd wyjechała i od dawna mieszka w Irlandii, więc czytam, że w ciszy nocy lub w ciszy dnia lubi słuchać szumu oceanu. Ocean jest niedaleko od jej domu, nieskończony, kosmiczny i trwa w nim wieczne życie. A tutaj, wszędzie, do ścian, ulic, cóż, nie dobiega żaden taki wielki głos. Słychać jedynie natarczywy stukot i łamiące się pod wichurą drzewa. Zamknięte domy, niepewne myśli. Słychać twarde kroki zbliżającej się śmierci.

 

 

Henryk

Raz po raz myślę o Henryku, który nie tylko, że chciał, by wiersze pozostałe po jego bracie Mietku zostały opublikowane w książce, to jeszcze zadbał, by jego dość obfity księgozbiór nie uległ zniszczeniu. Postarał się przewieść go do siebie, do domu w Gelsenkirchen, gdzie od ponad trzydziestu lat mieszka. Poniekąd na obczyźnie, ale nadal żywo interesuje się sprawami lubuskimi, w tym także literackimi. Teraz już ma dużo czasu i daje upust swoim zainteresowaniom kulturalnym. Czasami mi o tym pisze, co czyta, jaki film ogląda, na jakim koncercie muzycznym był. Jakie krajobrazy przyrodnicze zwiedza. Bardzo to wszystko w Henryku cenię. Najbardziej jednak to, że w stanie wojennym postarał się wyjechać z jednego głównie powodu, by uniknąć odegrania jakiejś niegodnej człowieka, jego samego, roli. Wybrał życie mniejszej, bo prozaicznej rangi, ale ocalił swoją godność. Ta cecha charakteru Henryka ma znaczenie, oznacza szlachetność.

 

 

W

W czasie ogarniającej świat zarazy, niszczącej pandemii, gdy wskazane jest ludziom nawet niczego nie dotykać, jeśli nie chce się ryzykować życia, w takim więc zagrożeniu, w biedzie spotykającej ludzi, w nagłych nieszczęściach, zgonach, po których trudno się komuś podnieść, jeszcze chcieć wszczynać wielką na skalę Europy wojnę, to jest największe przestępstwo. Rosja potrafi.

 

 

Chodnikiem

Chodnikiem w Zawadzie, jego pobrzeżem i pośrodku, szedłem. Nie spieszyłem się, nawet nie myślałem, dokąd i po co zmierzam. Miało się ku wieczorowi. Na płytkach tu i ówdzie leżały opadłe z lip suche patyki, liście zmurszałe, pojedyncze lśniące papierki po cukierkach, piasek, gdzieś poniewierały się zgnieciona aluminiowa puszka po piwie, butelka plastikowa, butelka po wódce, niedopałek papierosa. Na chodniku delikatnie lśniło, chociaż bardzo blado, światło. Żaden o cokolwiek niepokój nie zaglądał do mojej głowy. Ani pandemia, ani niebezpieczeństwo wojny, ani szarpanina w polityce. Dobrze mi było tak powoli iść, coraz dalej chodnikiem.

 

 

Czarne wizje

Czarne wizje dołują. Wiem coś o tym. Człowiekowi odbierają perspektywę. Snuje o tym poważne rozważania znana mi osoba. I ma rację. Jednak nie w tym cała rzecz, że dołują, ale w tym, czy te czarne wizje mają szansę urealnić się. Jeśli tak, to nie można ich bagatelizować. Na przykład pandemia COVID-19, która błyskawicznie zakaziła cały glob. Nie wiemy, w co się znowu przekształci, w jaką zjadliwą mutację. Kolejną i kolejną. Możliwości, jak widać, ma ogromne. Czyż nie decydujące dla losu ludzkości.

 

 

W mrozie

Dzisiaj rano był mróz, stały oszronione drzewa, ptaki milczały, zaczerwienione niebo promieniało nad horyzontem. W tym mrozie chodziłem. Czułem się lekko. Mróz był ożywczy.

 

 

Z ostatniej chwili

Otrzymałem właśnie od Haliny Grochowskiej, pisarki wywodzącej się z zielonogórskiego gniazda, kolejny, czwarty, dużej objętości tom prozy pt. Październikowa pralnia, poświęcony przywołaniu dawnych lat życia w naszym mieście. Tym razem autorka sięga do czasu dzieciństwa. Wciąż jest wierna klimatom tego samego podwórka, w kręgu którego dorastała. Opisuje barwnie, wręcz dokumentalnie, szerokie spektrum spraw społecznych i codziennych, którymi żyli jego mieszkańcy. Oddaje Grochowska klimat i specyfikę tamtego peerelowskiego czasu, co stanowi dla niej swoistą studnię tematów. Jej dokonanie zasługuje na docenienie.

 

 

 

Szkic wzgórz i pól