Skóra na dłoni – czytając Mróz Thomasa Bernharda [z cyklu „Ultima Thule”]

Łukasz Maciejewski

Skóra na dłoni – czytając Mróz Thomasa Bernharda

Czesław Miłosz w Piesku przydrożnym wyodrębnił dział „Tematy do odstąpienia” („jestem za stary i nie będę mógł ich sam wykorzystać”), jednym z takich tematów była historia czyichś dłoni odbitych w skale przed tysiącami lat. Miłosz pytał: kto tam był na pustkowiu, kto to zrobił?

Mróz Thomasa Bernharda w tłumaczeniu Sławomira Błauta to są właśnie dłonie odbite w skale. To są emocje odbijające emocje. To jest mróz.

Podkreśliłem długopisem w tekście określenie „człowiek udany”. Bernhard kpi, ale nie nęka ludzi nieudanych, bo wie, że tego mu robić nie wolno, że to męka, męka bez końca.

Monstrualny monolog malarza, bohatera Mrozu. Monolog, który trwa. Nie kończy się. Słowa, zdania, uwięzienie w słowach, w zdaniach, w dłoniach jakichś innych dłoni, odbitych we wnętrzu.

Ale czym jest wnętrze? Co to jest? W tej prozie niewiele znaków zapytania. Żeby pytać, trzeba wiedzieć, a „człowiek udany” Bernharda, który właśnie udany nie jest, jest człowiekiem drenującym niepewność, jest człowiekiem zmuszonym do mówienia, nie może przestać mówić, a jeżeli nie ma do kogo, nie ma interlokutora, mówi do siebie. Gada, w końcu skrzeczy, zaklina milczenie, które jest wielkim zagrożeniem. Ale też nie wie, dlaczego nim jest, co w tym jest groźne, kiedyś wiedział, ale zapomniał. A może nie wiedział nigdy?

Dłoń odbija się już nie we wnętrzu bohatera Bernharda, ale w jego jelitach, w najbardziej nikczemnych fizjologicznych sferach, których finałem jest wydalanie.

 

Nie przynosi to ulgi, nic nie przynosi ulgi, gadanie, od którego jest się uzależnionym, ale i gadanie wewnętrzne, to tylko wypełniacz pomagający przetrwać, chwilowo, na czas remisji, na czas wyrzutów sumienia, że mogło być inaczej, że za dużo było myślenia, które przecież nie było myśleniem, było złorzeczeniem myśleniu, złorzeczeniem dedukcji.

Mrozie jest malarz, były malarz, który dawno temu zaprzestał malowania. Jest młody mężczyzna, student, wysłany na przeszpiegi, mający opisać stan zdrowia malarza i sprzedać raporty bratu malarza, lekarzowi. Jest gospoda, w której mieszkają. Brudnawa, zatłuszczona, zimna, z wyziewami nieszczelnych okien. Jest właścicielka denuncjująca własnego męża. Teraz ten mąż siedzi w kryminale, a ona chętnie ściąga barchany, ściąga buty, ściąga gorset. Ona jest lubieżna. I świat jest lubieżny. Chłopiec, z perspektywy którego zamieszkujemy w tym świecie, odkrywa, że gospodyni gotuje psy, że te psy przynosi jej rakarz, kochanek, jeden z kochanków gospodyni. Niechlujne twarze, przetarta bielizna i świat, który umorusał się i wyświnił, ale nie zamierza się wcale myć, nie zamierza wycierać, nawet rękawem.

Słowa, szpile, jak one brzmią: rakarz, pilarz, szlachtuz.

Dłoń z Miłosza przyczepiona jest do tyłka, tam dyryguje, tam dywaguje.

A malarz, który tkwi tam równie dobrze od wieków, co od paru sezonów, czuje te przytwierdzone dłonie do szyi, wędrują z tyłka aż do szyi, zaciskają się na grdyce.

I dlatego mówi, i dlatego myśli, i dlatego jego szaleństwo (Bernhard zapisałby owo szaleństwo kursywą) jest tak chwilami precyzyjne, elokwentne, logiczne.

Dłoń naciska, człowiek udany ucieka. Ucieka dlatego, że nie ma gdzie uciec. Zostanie w mrozie, w zimie, ze szlachtuzami, z rakarzami, z pilarzami, z wypinającą tyłek gospodynią, z gotowanymi psami, i z pogrzebami, które są tutaj jedyną atrakcją, i tylko wtedy można się najeść lepszego mięsa.

Malarz tam zostanie, bo dłoń z litej skały, dłoń promieniująca od tyłka do grdyki, jest psychicznym wędzidłem. Ta dłoń trzyma, nie puszcza.

Nie jego dłoń. Dłoń Austrii, dłoń cywilizacji, dłoń rozpaczy.