O wierszach Michała Banaszaka i przeprowadzonej rozmowie, której i tak nie opublikuję

Mirosława Szott

O wierszach Michała Banaszaka i przeprowadzonej rozmowie,
której i tak nie opublikuję

Michał Banaszak zadeklarował radykalny koniec pisania. Nie wiem, czy to do końca przemyślane i bezpieczne, bo brzmi jak odstawienie leków z dnia na dzień, więc czekam cierpliwie na objawy odstawienne (discontinuation symptoms). Exit – zaznaczył to nawet w tytule najnowszego tomiku, o którego koncepcji, wyborze i układzie wierszy, a nawet okładce zdecydował sam, bez formuły konkursowej. Jeśli dobrze rozumiem – poeta chce wyjść z poezji właśnie za pomocą poezji. Gdzie? Jakie fikcjonalne lub rzeczywiste chwyty stosuje? I to już są wcale niemałe preteksty do rozmowy o jego tworzeniu i literaturze.

 

Jednak wszelkie moje próby nakłonienia Michała do wymiany zdań spełzły na niczym, mimo tego, że sprzyjały sytuacji chwilowe problemy z usypianiem dziecka, bo pewnego dnia Michał postanowił wsadzić syna do auta i jeździć po obrzeżach Zielonej Góry. Tym sposobem utknął na godzinę gdzieś pod lasem ze śpiącym w foteliku dwulatkiem. Mając do wyboru siedzenie i liczenie drzew za oknem i pisanie na WhatsAppie ze mną, wybrał (niechętnie) to drugie. Jednak nie zgodził się na publikację tej szczerej i niedyplomatycznej rozmowy. Myślę, że zrobił to nie ze względu na swoją złośliwość, ale – tu ja sobie pozwolę na złośliwość – ze względu na jakąś męczącą jego samego „grzeczność” i obawę, że jego słowa mogłyby kogoś urazić. Wolał więc milczeć i pozostać obojętnym. Autor Exitu zdaje się nie wierzyć, że są ludzie, których interesuje to, co on ma do powiedzenia o tworzeniu. Temat został zamknięty. Nie wracam już do tych pytań i odpowiedzi, może ktoś inny go kiedyś przekona. A ja postaram się napisać o jego milczeniu.

 

Poeta, świeżo po wydaniu książki, twierdzi, że przestał pisać. Innym zaskakującym zjawiskiem jest też to, że trudno namówić go do jakichkolwiek działań promocyjnych czy spotkań autorskich. Ani prośby, ani szantaże nie skutkują. Chociaż nie do końca – przyszedł ze swoim najnowszym tomikiem na zajęcia ze sztuki interpretacji. Wydaje mi się, że to była bardzo ciekawa rozmowa dla studentów, którzy w 90% nie przepadają za poezją współczesną, i dla Michała, który najchętniej uciekłby ze spotkań ze sobą w roli głównej. Ta ich obustronna niechęć została przekuta w coś pozytywnego, czego się nawet nie spodziewałam. Michał usiadł wśród nich, właściwie więcej słuchał, niż mówił, czasem jedynie naprowadzał na jakiś trop. Był chyba nawet moment, że poczuł zwykłą frajdę – faktycznie ani razu nie zauważyłam tego na jego spotkaniach autorskich.

 

W tej chwili zastanawiam się też nad sprawą konkursów (tych lokalnych i ogólnopolskich) – jakie szanse rozwoju dały Michałowi i dlaczego zamiast motywować, wywołały efekt odwrotny? A może nie miały jednak żadnego wpływu i były niepotrzebnymi dodatkami, o których teraz trzeba napisać akapit?

 

Debiut Banaszaka (Piosenka o rozpadzie, Kraków 2016) został opublikowany jako nagroda główna w Konkursie im. Anny Świrszczyńskiej na Książkowy Debiut Poetycki 2016, natomiast drugi tomik (Miejsca, Olkusz 2018) to pokłosie 13. Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Kazimierza Ratonia. Trudno sobie wyobrazić lepszy start poza – podkreślmy – lokalnym środowiskiem. Michał jest też laureatem Nagrody Literackiej 42. Międzynarodowego Listopada Poetyckiego w Poznaniu (2019). W Zielonej Górze doceniony przede wszystkim podczas Lubuskich Wawrzynów Literackich (nagroda za debiut oraz Lubuski Wawrzyn Literacki 2018). Otrzymał też stypendium artystyczne Miasta Zielona Góra (2017). Jak widać, sporo się działo od 2016 roku do 2022 na jego pisarskiej drodze – trzy książki i od razu kilka ważnych nagród. Poza tym odnotować warto recenzje jego tomików w ogólnopolskich czasopismach. Andrzej Walter w laudacji, którą zatytułował Naftaliniada i wygłosił w Poznaniu podczas Międzynarodowego Listopada Poetyckiego, przedstawia poetę, nawiązując do dwóch nietrafionych (jego zdaniem) diagnoz krytyków:

 

Poeta ciszy – Michał Banaszak, poeta detalu, niezauważalnej drobnostki i błahostki wręcz, wreszcie poeta ważnych i metafizycznych pytań – ponoć dziś już zbędnych, niepotrzebnych i jakże passe… jak napisał jeden ze „światłych” krytyków (Marek Olszewski, UJ) – pytań zalatujących naftaliną, albo jak napisał inny krytyk (równie „światły” Jakub Skurtys, Instytut Filologii Polskiej Wrocław, tekst w „Małym Formacie”) – pytań martwych, kliszowych i bez polotu*.

 

Jakie to dziś rzadko spotykane, żeby książka budziła spór i dyskusję wokół samej poezji. Nie sam autor (którego wypowiedzi trudno gdzieś usłyszeć), ale właśnie jego książka. Bycie w ukryciu to także świetny sposób na promocję, tworzenie tajemnicy, ale w przypadku Michała jest to raczej sposób na niezaistnienie – dobrowolny i zasadniczy. Bez negocjacji. Podkreślający niezależność od czytelnika i jego oczekiwań.

 

Kiedy czytam najnowszy tomik Michała Banaszaka pt. Exit, mam przede wszystkim poczucie narastającego osaczenia, duszności. Przytoczę dwa cytaty, które wprowadzą do tej krótkiej opowieści o próbie znalezienia wyjścia ze świata, z którego wyjścia już nie ma:

 

Ciągle budzą mnie w nocy ataki duszności

wyłącz włącz ponownie odśwież odśwież odśwież

(Asfikcja)

 

[…] ktoś ci puka do drzwi coś ci leci z kranu

drży twój jedyny okap na świat w twoim mieszkaniu

(Patodewelopoezja)

 

Jest bardzo gęsto. Język wydaje się jednocześnie czuły i cięty. Widzę atlas martwych zwierząt, Wielką Pacyficzną Plamę Śmieci, niepokojące komunikaty o dżihadzie i totalnym krachu czy bogu, który sam drży ze strachu, choć okazuje się, że to tylko „rozsypany proszek na tyłach podwórka” (Perspektywy). Myślę, że to może celne trafienie w odbiorcę, który codziennie śledzi najbardziej drastyczne informacje o świecie, który buduje swoje życie na strachu, który w końcu słyszy w głowie pojawiające się jak refren pukanie do drzwi. To rezonowanie powinno nas martwić. Ale niewątpliwie zachwyca, bo to jednak interesująca poezja, która jest przepełniona utratą jakiegoś metafizycznego spójnika. Nieprzypadkowo w wierszach pojawia się deklaracja „dziś porzucę moją religię” (Elementy), a także figura nieistniejącego boga, który bywa ujmowany jako bóg – wyświechtana bluza dresowa, bóg – powłóczysty krok z wózkiem przez Tesco, bóg – czipsy powszednie (Podobno). Taki bóg „przystawia / ucho do drzwi twojego mieszkania po czym ucieka na twój / widok” (Nadejście). W Życiu po śmierci bohater zaleca: „wierzysz to módl się żeby nie było drugiego życia”, bo wtedy oznaczałoby to, że nie ma wyjścia z tego nieskończonego łańcucha.

Exit to książka pełna uskoków, zmian kierunku, gramatycznych niespodzianek. Dlaczego to ważne? Bo to dosyć mocno odróżnia ten tom od poprzednich, bardziej tradycyjnych formalnie. Jestem ciekawa, co wydarzy się dalej i liczę na to, że Banaszak żartuje z tym końcem pisania, dobrze się przy tym bawiąc, i że opublikuje za jakiś czas kolejną porcję dobrych wierszy.


 

*A. Walter, Naftaliniada – czyli rzecz o poezji Michała Banaszaka. Laudacja Andrzeja Waltera, http://zlp-poznan.e-kei.pl/recenzja/ naftaliniada-czyli-rzecz-o-poezji-michala-banaszaka-laudacja-andrzeja-waltera/ [dostęp: 12.08.2022]

Spis treści