Światłość i ból

Paweł Rogalski

Światłość i ból

 

Między kosmosem a stepem puch biały rozmawiał z czarnym wiatrem, śpiewał pieśń posępną stary, pomarszczony szaman. W czapie z wilka, z piórami sokoła i bębnem w rękach. Śpiewał cicho, nisko i gardłowo pod ten dziwny zefir. A ten czarny wiatr zamieniał się w chłodną i lepką czerń. I niósł się pod niebo, do kosmosu. Pajęcza dłoń biła w instrument, biła miarowo i głośno. Powieje, poszepcze, popluje, ten ciemny podmuch i uniesie biały puch. Czarny wiatr nad równinami Azji.

 

– Nieś się, puchu! Nieś… Zamień się w zimny śnieg. Bądź sprawiedliwy, bądź miłosierny. Puchu biały, śniegu niemy i bezgłośny.

 

Szaman pieśń ponurą śpiewał: stepie spragniony, stepie samotny, stepie niekochany.

 

Skulony starzec siedział na zimnym wzgórzu na granicy Mongolii i Kazachstanu. W kościstych palcach trzymał pióro stepowego sokoła. Mazał nim powietrze. I ciągle śpiewał nisko i gardłowo – między kosmosem a stepem puch biały z czarnym wiatrem rozmawiał.

 

Biały puch spadał niechętnie na pożółkłą trawę. Drżał na dźwięk głosu czarownika. Spowalniał i nie grawitował. Ciapkował żałobnie azjatycką prerię.

 

Czarny wiatr, czarny wiatr, czarny… Zamieniał się w przezroczysty i tam daleko za granicą Kazachstanu niósł prawdę i smutek, żal i zagładę, zmartwienie i pokutę.

 

– Nieś się, śniegu! Nieś… Wiej, czarny wietrze, wiej! Nieś ludzką mowę! Nieś!

 

Zmęczony śpiewem szaman zasypiał, siedząc w kucki. Tylko jego siwy koń skubał trawę i stróżował. Patrzył na stepowego czarodzieja i wnikał w jego sen. Potem układał się przy nim i zasłaniał jego ciało przed wiatrem, czarnym i elegijnym. Śnili już obaj.

 

Pierwszy śnieg, jesienią, wczesną, taką październikową pokrył step warstwą lepką i ciężką, podbarwioną przybrudzoną zielenią. Tylko wtedy rozpływał się szybko. Niepewny i zawstydzony jakby przyłapany na grzechu, znikał jak pobity chłopiec z kradzionym owocem z sadu. W grudniu na Nowy Rok kostniał i sztywniał – zabielał step jak wielkanocny barszcz. Wiosną, lodoszreń przypominał poczerniałego trupa porzuconego na brzegu morza. Ktoś zamordował umarlaka i pozostawił na piasku. Truposz martwiał i rozpadał się. Nie pozostawiał po sobie odoru. Jedynie wspomnienia groźne i ciche; czerń samotnego ciała. 

 

Wiosną też w okamgnieniu topniał, pozostawiając śniegową wodę, która nie wsiąkała. Z lotu stepowego sokoła widać było plamy ruchome i groźne jak niebieskie galarety. Śnieg martwy półroczną zimą ożywiał się, w kwietniu i maju, aby doznać chwil przemienienia. W blasku przemienienia nie było nadziei i ciepła, lecz chęć pustej i zimnej zemsty, wyrównania rachunków za naruszenie praw przyrody – człowiek wtargnął w terytorium stepu, zniewolił go krzywdą ludzi, ich nocami bez snów, dniami ze strachem; uwiódł ideologią socjalizmu, prawdą demokracji, technologią wstrętu i rozpusty.

 

Na wiosnę, kwiecień lub maj wszyscy mieszkańcy wioski, Toćki nr 34, zasiedlonej przez Kazachów i w mniejszej części przez Słowian: Polaków, Rosjan, Ukraińców i Białorusinów, wiedzieli, że najpierw mętna i żmijowata woda zaleje jedyną „błogosławioną drogę” łączącą wieś z główną arterią komunikacyjną, a potem może i podejdzie jak głodny i chory wilk pod domy. Niepokój, który minął po surowych mrozach i męczących buranach, teraz na nowo pojawił się w oczach mieszkańców. 

 

Noce były nieprzespane i nerwowe; dni mimo ciepła puste i przygnębiające. Słońce roztapiało biel zimnego stepu, ale było słabe, żeby nieść nadzieję i spokój. Światło księżyca, nieruchome i intensywne odsłaniało prawdę zbliżającej się powodzi.

 

Nad wsią unosiła się trwoga.

 

Aby ją zmniejszyć i uciszyć, muzułmanie modlili się w ciasnym, błękitnym meczecie, katolicy w domu przerobionym na kaplicę, prawosławni palili świeczki i klęcząc, zasypiali na podłogach, a niewierzący opowiadali sobie sny i interpretowali je, kłócąc się i płacząc nad ich znaczeniami.

 

Wieś w nocy nie spała.

 

Zamieniała się w rozświetlony szpital, w którym przeprowadza się całodobowe operacje na sercu. Wiosna jak chory upiór majaczyła nad wsią. Przemieszczała się pod oknami, podsłuchiwała pod drzwiami, wchodziła do obór i rozmawiała ze zwierzętami. Po stodołach i stertach siana siadała i śmiała się krzykiem wariata.

 

Sława, akim (wójt) wsiadał do swojej starej, zielonej nivy i objeżdżał drogę opasającą wioskę. Robił to regularnie po południu. Troska i zmartwienie ogarniały go, kiedy przez okurzone szyby oglądał bezbronność kropli świata. Ukochał wieś, gdzie się urodził i urodziły się jego dzieci, wieś deportowanych, wieś naznaczoną matematyką krwi i cierpienia.

 

Jego samochód przybrudzony, ochlapany błotem widać było, jak sunie po cienkiej linii szarobrunatnego stepu. Akim wiedział, że woda, ta podstępna i zimna, pomaga kołchozom i roli pod uprawę, ale niesie strach i grozę. Kwiecień i maj, te przeklęte miesiące nie rozpoczynały wiosny, ale były prologiem do dziennika nieszczęść. Akim przez telefon komórkowy kontaktował się z władzami z rejonu. Fotografował i wysyłał zdjęcia, opisywał poziom wody i czekał… Niewiadoma uspokajała go. Cieszył się, gdy administracja wysłała instrukcje i obiecywała pomoc. Niestety, woda podnosiła się i rosła na żółtobrunatnym stepie jak wrzód. 

 

Służby meteorologiczne ostrzegały: uderzenie powodziowe miało nastąpić tej nocy albo następnej. 

 

– Żeby odstąpiła – modlił się do nocy, do księżyca, do chłodu bijącego ze stepu. – Żeby nas zostawiła… Jeśli nas zaleje, zaleje i cmentarze, ten kazaski i ten drugi, gdzie chowano Słowian. Popłyną trupy i trumny, krzyże i księżyce… A co z bydłem? Mieszkańców można zebrać do nowej szkoły. Jest na wysepce. Tam jest schronienie.

 

Ale co ze zwierzętami? Popłyną strumieniem jak ścięte drzewa z lasu. Nikt ich nie zatrzyma; nikt ich nie znajdzie… Co dalej?

 

Akim podjeżdżał pod rogatki wsi i sprawdzał poziom wody. Stał nad brzegiem, a umoczone buty szeleściły w wodzie. Patrzył w czarną i posępną dal, czekając na sygnał nadziei, chociaż ona był milcząca i nie dawała odpowiedzi. Podsumował dzień – mieszkańcy mają zapasy jedzenia na miesiąc, woda jest zgromadzona w starych kołchozach, tych dwóch nieczynnych; są przygotowane łodzie i motorówki… I najważniejszy komunikat z centrali – czy fala uderzeniowa podejdzie pod wieś i osłabnie, czy jednak uderzy? Najczęściej zalewała tylko drogi, otaczała wieś i zatrzymywała się na wałach…

 

Rozświetlone okna nie gasły. Ludzie wyprosili sny i marzenia ze swoich wnętrz; pozasłaniali lustra, aby nie odbijały zmartwienia i smutku. Przygotowali walizki, worki i plecaki. W każdej chwili mógł przyjść SMS z komunikatem proszącym o pozostawienie domu i wyjście. 

 

Wioska zamieniła się w rozświetlony ul. Patrząc na Toćkę nr 34, akim wiedział, kto topi się w blasku światła.

 

Przy brzegu, na skraju stał jego dom z 97-letnią babcią, którą deportowano z Estonii. Światło z okna było złote i ciepłe, małe i sięgające ciemności stepu. Staruszka spała. Pewnie była jedyną osobą na stepie, która umiała zasypiać spokojnie bez nienawiści. O czym teraz śni? O dzieciństwie i pociągu do Kazachstanu, krowach w wagonach i ślicznym maju, tu na stepie, kiedy tak pachniał… O swoim mężu, żołnierzu, który nie wrócił z frontu w 1941 roku. Chociaż babcia mówiła, że na przepustce zimą 1944 roku został wysłany. Jak to było, że ktoś w taką mroźną noc stukał do jej drzwi… A potem na śniegu ślady wojskowych butów, które całowała. A tam, spojrzał na okno i otwarte drzwi, z których biło czerwone światło, jak z sauny razem z parą. Dom Kazachów, którzy wrócili z Mongolii. Z tego blasku, łagodnego rozczepienia złotego koloru wyskakują konie, kopytami rozpraszają światłość, a ona jak złocista mgła leniwie osiada na stepie. A tam… spojrzał w głąb wsi – matka z córką. Syn, który rozbił się na motorze dwa lata temu. A tam…?

 

I nagle wszystkie światła zebrały się w jedno, wyszły z wszystkich okien i jak smok wiły się przez drogę, aż podeszły pod jego nivę. Złoty smok wypiął się i stanął wertykalnie:

 

– Bądź jak Noe – szepnął. I jego głos delikatnie musnął powierzchni wody, która pomarszczyła się.

 

– Zbierz mieszkańców i po jednym z bydła i ptactwa. Zaprowadź wszystkich do szkoły. Tam przeczekajcie. Uderzenie fali nastąpi jutro w nocy. 

 

Smok jęknął, opadł na step i rozpłynął się. Akim podniósł szybko telefon i spróbował sfotografować ognistego smoka. Blask znikł, ale przed tym trzasnął w powietrzu jak strzały z broni myśliwskiej. Śniegowa woda znowu pomarszczyła się groźnie i mruknęła. 

 

Najpierw mężczyzna cofnął się, oniemiał i nie poruszył się przez kilka chwil. Potem palcem przesunął po telefonie, szukając fotografii smoka. Wchodząc do nivy, dalej dotykał plastikowej nawierzchni telefonu. Kiwał głową i dziwił się, że zobaczył złotego potwora. Uruchomił silnik. Ruszył. Nagle zatrzymał pojazd. Otworzył drzwi. 

 

 – Przecież to idiotyczne – powiedział do siebie. – Idiotyzm… Ludzie nie uwierzą. Nie mogą uwierzyć! 

 

Kaplica przy sklepie spożywczym jeszcze się świeciła. Akim wszedł w chłodny półmrok, gdzie puste ławki i krzesła modliły się zamiast wiernych. Drżące świece stały po obu stronach ołtarza. Proboszcz klęczał i wyglądał jak kopiec ziemniaków na jesiennym polu. Krzyż z bladym ciałem Jezusa pochylał się nad podłogą. Akimowi zawsze wydawało się, że kiedyś Bóg spadnie z krzyża i połamie sobie kości. Potem parafianie opatrzą mu rany i zagipsują. I takiego powieszą znowu nad ołtarzem. I to go rozbawiało. Albo, i to też go weseliło, może spadający Jezus jak spadochroniarz – komandos, ratujący terytorium podczas wojny. Wyskoczy z krzyża, a biały spadochron rozwinie się nad modlącymi się w kaplicy. I to płótno okryje głowy wiernych, a oni zaczną krzyczeć, plątać się i złościć, i zaczną grzeszyć… I to będzie dowód na istnienie cudu, co to grzech stworzył. Albo…

 

– Pomodlić się? – mruknął ksiądz. Odwrócił się i spojrzał smutno na akima.

 

– Tak – skłamał mężczyzna. – Teraz wszyscy prosimy o jedno. – Pokazał palcem krzyż. – Brudna woda ma taką moc… Meteorolodzy mówią o nadejściu groźnej fali. Dziś albo w nocy jutro. Czekam na SMS.

 

– Będzie pomoc centrali? – zapytał, nadal klęcząc.

 

– Zawsze jest – bronił władz. – Nie zostawią nas samych.

 

– Późno wypłacili odszkodowania za ubiegłe nawodnienia… A droga? Każdego roku jest zalana. Jesteśmy odcięci od świata na prawie trzy miesiące. Można byłoby ją podnieść.

 

– Co roku składam prośby o żwir i piach. Idzie to wolno. Jak ksiądz wie, takich wsi jak nasza jest sporo. – Zamyślił się.

 

– Miałem taki sen – skłamał – nie tyle dziwny, co religijny… To może się wyspowiadam?

 

Obaj mężczyźni podeszli pod konfesjonał.

 

– Wyznaj swoje grzechy – szepnął łagodnie duchowny.

 

– Noe mi się przyśnił! – zaszemrał niepokojąco, wtulając chłodny policzek do kratki. – Siedział na taborecie, na drodze, o tej między Toćką 34 a Toćką 37, siedział i mówił tak: zbierz wszystkich mieszkańców i przeprowadź do szkoły. Pozamykajcie okna i drzwi. Uderzenie powodzią zacznie się jutro… To chyba Noe? Nie pamiętam… tak dokładnie. Ale pamiętam kazanie księdza o grzechu i karze. I tęczy – jako przebaczeniu. Było to takie piękne…

 

– To sen, tylko sen. Jakie są wskazówki władz?

 

– Są wytyczne i regulaminy – według nich postępujemy. Wioski nie możemy opuścić. Ale szkoła z nowego projektu sfinansowanego przez rząd jest pobudowana na wzniesieniu. To jedyne prawdziwe schronienie. Tak policzyłem, że wszyscy mogliby się zmieścić. Tylko bydło…

 

– W kołchozach się nie da? – pytał twardo kapłan.

 

– Nie bardzo – posmutniał. – Tam zmagazynowaliśmy wodę. Chociaż… meteorolodzy mówią, że będzie sucho i dużo słońca. Nie utrzyma się woda długo. 

 

– Pan odpuszcza tobie grzech, idź w pokoju…

 

Obaj mężczyźni opuścili półmrok konfesjonału i Boga wiszącego samotnie. Przez niedomknięte drzwi tylko zimne płomyki świec drgały w chłodnym powietrzu. Akim obejrzał się i zamiast świec zobaczył dwa blade pazury drapiące ciemność.

 

Przed nivą ksiądz wyszeptał:

 

– Może to sygnał, ten twój sen… Wyślij SMS-y do wszystkich rodzin. Niech się zbierają w szkole. Nie czekajmy…. – Ksiądz założył kaptur. – Podreptam szybko na plebanię.

 

Niva toczyła się przez noc i step. Zapach żmijowatej wody niósł się i wdzierał do nosa i oczu… Mężczyzna cieszył się, że duchowny mimo swojego notorycznego smutku i współczucia przyznał mu rację. Nie zawsze interesowały go sprawy świeckie, a teraz jakby zainteresował się. Rozmodlenie i zafrasowanie to ciche zalety tego człowieka. Przed nim był duchowny bardziej otwarty i pozytywny – pomyślał.

 

Między kosmosem a stepem puch biały rozmawiał z czarnym wiatrem – śpiewał pieśń siwiejący szaman. Śpiewał cicho, pod wiatr, a ten zamieniał się w chłodną czerń. I wiatr jak sadza niósł się pod niebo, do kosmosu. 

 

Akim zatrzymał samochód. Obok zakrętu siedział człowiek. Pochylony, wpatrywał się w step. Akim wolno opuścił szybę. 

 

– O czym śpiewasz? – zapytał, nachylając podbródek do framugi okna.

 

– O duchach… – przerwał pieśń. Popatrzył na mężczyznę. I zamilczał.

 

– O duchach? – Uśmiechnął się. – Jasne. Moja babcia wróżyła. Przychodzili do niej z całej wsi. Wróżyła i nigdy się nie myliła.

 

Szaman wstał. I odwrócił się do akima plecami.

 

– Śpiewam, kiedy widzę zmarłych… 

 

Szaman zamknął oczy i znowu zanucił pieśń. Akim chciał już wyjść z samochodu, kiedy z ciemności wybiegł siwy koń. Zwierzę było spocone i radosne. Pochyliło łeb i polizało dłoń starca. Szaman wziął uzdę, przytulił twarz do końskich nozdrzy i wolno poszedł przed siebie.

 

Akim długo przyglądał się szamanowi, jak w ciemności powiększał się i przewyższał siwego konia. Potem obaj rozpłynęli się w mroku. Akim w końcu wyszedł z nivy, rozejrzał się i pociągnął nosem. Lekki wiatr muskał jego nieogoloną twarz. Zauważył, że nie czuł już zapachu żmijowatej wody. Wyciągnął telefon i przyłożył do czarnej przestrzeni.

 

 „Może uda się sfotografować świętą smugę po szamanie?” – pomyślał i uśmiechnął się do siebie.

 

Sława wybrał mniej uczęszczaną drogę i podjechał pod cmentarz. Kilka starych kobiet z płachtami wychodziło z bramy. Była już późna noc.

 

– Co niesiecie o tej porze? Toż dziesiąta! Powódź… – krzyknął.

 

Myślał, że podniesionym głosem zatrzyma kobiety, a te jak smutne westalki sunęły brzegiem cmentarza.

 

– Ooo, ej… – krzyczał. – Złodziejki. Pewnie kradną metalowe krzyże z grobów.

 

Odwrócił się na siedzeniu i wyciągnął gruby pręt. Zatrąbił.

 

– No, no – pokrzykiwał. – Stać, złodziejki! – Jeszcze raz włączył klakson.

 

– Powódź, powódź – nuciły – a my samotne, kobiety niechciane, bezgrzeszne…

 

Akim wyszedł z samochodu. Pochylił się, zacisnął pręt i truchtem ruszył za kobietami. Ostatnia z nich zatrzymała się. Odsłoniła twarz.

 

– Rusa – jęknął akim. – Rusa… Przecież ty… 

 

– Nie idź za nami, nie idź – szepnęła. – My przez step, o zmroku, kiedy księżyc w pełni…

 

– A co w tych płachtach? – Sława opuścił pręt, wstrzymując łzy.

 

– Śnieg. Śnieg z grobów. Zimno nam. Zimno. Nikt nie sprząta. Nikt. Tylko bydło się pasie na naszych grobach. Tak skubie trawę, tak skubie… I my tylko z nimi rozmawiamy. A one takie posłuszne i wierne. Płaczą, kiedy my śpiewamy, chodząc po zmroku po stepie. 

 

Sława znieruchomiał. Opuścił pręt i cofnął się. Kobieta nasunęła na twarz ciemną tkaninę, pochyliła głowę i dogoniła pozostałe. Akim poczuł lęk. Nie rozumiał tego uczucia, ale w pamięci odnotował jeden fakt ze swojego dzieciństwa, kiedy razem z rodzicami zimą popadli w buran. Ten huragan, chłód i kłębiący się śnieg i te kobiety… Lęk ten sam! Obrazy wyraźne i agresywne.

 

Teraz pobiegł do samochodu. Wskoczył na siedzenie i uruchomił silnik. Płakał, włączając wycieraczki. Zapomniał o powodzi, komunikatach i wysyłaniu SMS-ów.

 

Stepowe westalki płynęły przez czarne równiny. Rozwijały płachty, a śnieg unosił się, tracąc wszystkie poziomy grawitacji. 

 

Dawno nie płakał w samochodzie, częściej śmiał się i żartował. A teraz obraz samotnych kobiet poprzebieranych w płaczki wprawił go w zakłopotanie i żal. I ten lęk dzieciństwa… Popatrzył jeszcze na śnieg unoszący się do gwiazd. I śpiew kobiet cicho sunących jak snowboard po równinie.

 

Podjechał pod niski dom. Ścisnął kierownicę i trzymał się jej zawstydzony i słaby.

 

– Jak jej to powiedzieć?

 

Podszedł pod okno. W domu było ciemno. Zastukał kilka razy.

 

– Luda, Luda – szeptał do zimnej szyby. – Luda. Widziałem twoją córkę… naszą córkę. Otwórz! Otwórz! 

 

Nagle zapaliło się światło. Akim roześmiał się i znowu zastukał. Kobieta spojrzała w okno, ale wyglądało na to, że jakby nie słyszała i nie widziała Sławy. Rozglądała się, mrużyła oczy, aż w końcu do okna podszedł obcy mężczyzna. Akim skulił się i kucnął pod oknem. Spojrzał na drzwi obory. I z ciemności wybiegła Luda i on – wspomnienie z lata, tak suchego i gorącego. Gonił ją, aż w końcu złapał i przytulił. Szeptał jej w ucho o pożarze na stepie i trawie, co płakała od bólu… Równina paliła się jak po oblaniu benzyną, a stada owiec uciekały przez rzekę. Kąsał jej szyję i dzielił się cierpieniem trawy i słońca, zmęczonych koni i kurzu na drodze… 

 

– Wieś mogła się spalić – chwalił się. – Gdyby nie moja praca z „parniami”, kopaliśmy rowy… 

 

Zawstydzony wstał. Skulił się i wskoczył do nivy. Światło w oknie paliło się. Nieznajomy obejmował Ludę.

 

Sława podjechał pod wodę. Była ciemnogranatowa i szemrała. Spokojna niegotowa na powódź, co zdziwiło mężczyznę. 

 

– Podstępna jesteś – zwrócił się do niej jak do spóźnionego petenta, co to przychodzi do jego urzędu. – Myślisz, że mnie wykołujesz? Nie! Nie! Nie uda ci się… Nie odbierzesz mi zaszczytów. Będę jeszcze długo wójtem. Będę! A co? Kto we wsi jest lepszy ode mnie? Kto? Dzięki mnie pobudowano nową szkołę, nowy ośrodek zdrowia. A co? I teraz wszystko? Ot tak chapniesz jak pies kawał mięsa? Nie, nie, nie pozwolę ci. I powiem ci jedno – każda sprawa, którą załatwiłem…

 

Pobiegł do bagażnika. Wyciągnął kanister i oblał wodę. Zapalił zapalniczkę.

 

– Spalę cię jak step latem.

 

Rzucił zapalniczkę w wodę. Benzyna zapłonęła i zgasła. Akim zaśmiał się. Patrzył tępo, jak powierzchnia wody staje się czarna i oleista. Zniechęcony i rozdrażniony kucnął. Popatrzył na zapaliczkę – wyglądała jak martwy, srebrny klejnot. 

 

Żmijowata woda odstąpiła, cofnęła się od wsi i utworzyła małe jeziorka i stawy. Złe prognozy nie sprawdziły się – odeszły i dały ludziom ulgę. Prawosławni pogasili świeczki pod ikonami, katolicy zamknęli kaplicę i wynieśli święconą wodę, żeby pokropić powietrze i ziemię, niewierzący prędko zapomnieli o snach i majaczeniach, tylko muzułmanie patrzyli z niedowierzaniem i podejrzeniem na śniegową wodę z oddali. Życie na krótko zamilczało i odetchnęło. Wprawdzie trwało to tylko przez chwilę, jak osłupienie samobójcy, który przed śmiercią próbował zapomnieć całe swoje życie, aby już niczego i nikogo nie żałować, po czym przebudziło się i nabrało świeżej wiary i chęci na nowe…

 

O brzasku mieszkańcy Toćki nr 34 radośnie powychodzili z domów i gospodarstw. Jeszcze późną nocą powymieniali się SMS-ami, podzwonili do siebie. Oznajmiali sobie prawdy proste – wody nie ma! Wody nie ma! Piszczeli ze szczęścia, jakby wojna się skończyła!

 

Biegli teraz ze swoich podwórków jak na spotkanie ze szczęściem, co to nie ucieka, a podeszło i pragnie oddać się człowiekowi. Popatrz na mnie! Popatrz – krzyczało szczęście i krzyczała spełniona nadzieja.

 

Oglądali ze zdumieniem wały i nasypy dookoła wsi. Były nieruszone. Tupali nogami o twardą powierzchnię grobli, grzebali butami, podnosili piędzi ziemi i ze spokojem, ale i dumą okazywali podziw dla pragmatycznej idei – otoczenia wsi murami z ziemi stepowej. 

 

Teraz dzieci biegały po wałach i śmiały się. Dorośli powyciągali samochody z garaży i podwórków, jeździli szybko po wsi, po stepie i nasypach, trąbiąc jak w wesołym miasteczku. Niebo nad wsią jakby poweselało i rozjaśniało się.

 

Jednak trwoga nie ustąpiła; przesunęła swój metafizyczny punkt ciężkości – usadowiła się między stepem a kosmosem. Krążyła. Odbijała się i nudziła swoją pustą formą.

 

Światłość rozczepiła się i żółtymi językami lizała równiny stepu. Step drgał i pomrukiwał. To od intensywności światła i ciepła. Ludzie wychodzili z domów o brzasku. Przez tydzień. Dziękując za dar przetrwania. Kiedy tylko słońce opuszczało zieloną linię stepu, biegli pod światłość jak dzieci. Okrzykami radości dziękowali za koniec powodzi.Tylko dziwił czarny punkt pojawił się na zalanej drodze. Pusta niva bez akima. Pojazd stał na wysepce przechylony przodem do wody.

 

Rozpoczęto poszukiwania. Najpierw Kazach, który wybrał się na szczupaki, zgłosił, że z wody wystaje ciało. Ten Kazach był podpity i radosny. Znalezienie ciała potraktował jak trofeum – chwalił się wszystkim. Do wsi jeszcze nie mógł przyjechać lekarz, nie mogła też policja – droga nadal była niedostępna.

 

Nocą ksiądz latarką oświetlił ciało. Po dłuższej obserwacji oświadczył, że to jednak mężczyzna. Denata zawieziono do kaplicy. Przyszła rodzina – żona Kazaszka i jej dwie siostry. Długo nie wychodziły od księdza. Po identyfikacji stwierdzono, że to jednak akim. Wyciągnięto plandekę i okryto ciało. Było chłodno.

 

Luda na spowiedzi wyznała, że przed zalaniem ktoś stukał do okna. Ktoś włóczył się po zagrodzie, ale ona i jej mąż nie wychodzili. Ksiądz przyznał się, że kiedy się modlił, dwie świece pogasły i straszny chłód wszedł do kaplicy. Luda poprosiła o mszę za zmarłą córkę Janę. Duchowny, wychodząc z kaplicy, powiedział jej, że gospodyni Stanisława, co to przychodzi gotować obiady, widziała szamana na drodze. Zapytał podejrzliwie, czy ma to związek z powodzią. W XXI wieku szamani? I tu, na wsi w stepie w Kazachstanie? Przecież tu zawsze był socjalizm, kołchozy, a teraz demokracja… Dodał, że prowadził siwego konia. Ponoć był ślepy i wyglądało na to, że ta łoszadka sama konwojuje starca. Do wsi nie wszedł. Powiedział, że nie jest tu potrzebny, że wieś jest namodlona i po drogach chodzi nie jego Bóg. 

 

– A co śpiewał? – zapytała nieśmiało Luda.

 

– Nie wiem – odpowiedział duchowny. – Nie znam takiego języka. Ale szaman pokazywał ręką, że idzie z Mongolii.

 

– Może to włóczęga? Albo sprzedawca koni? – pytała żartobliwie kobieta. – Chociaż sporo Kazachów repatriowano z Mongolii. 

 

Między kosmosem a stepem puch biały rozmawiał z czarnym wiatrem – śpiewał pieśń siwiejący szaman. Śpiewał cicho, pod wiatr, a ten zamieniał się w chłodną czerń. I wiatr jak sadza niósł się pod niebo, do kosmosu. Czarny wiatr powieje, poszepcze, popluje i uniesie biały puch. Czarny wiatr nad równinami Azji. Nieś się, puchu! Nieś… Zamień się w zimny śnieg. Bądź sprawiedliwy, bądź miłosierny. Puchu biały, śniegu niemy i bezgłośny. Szaman skończył śpiewać, wypuścił z rąk lejce. Siwy koń zarżał i rozpędził się, gnał stepem przed siebie. Mężczyzna otworzył oczy, poczuł zapach żmijowatej wody.

Opowiadanie zdobyło 1. nagrodę w 23. Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Eugeniusza Paukszty „Mała ojczyzna – pogranicze kultur”, Kargowa 2022.

Spis treści