Przemyślenia własne na temat książki Magdaleny Grochowskiej pt. Różewicz. Rekonstrukcja (tom 1)

Adam Lizakowski

 

 

Przemyślenia własne na temat książki Magdaleny Grochowskiej pt. Różewicz. Rekonstrukcja (tom 1)

 

Aby zrozumieć poetę i jego poezję, trzeba go zobaczyć poprzez jego życie, które było nie tylko inspiracją, ale także siłą napędową jego twórczości. Różewicz to barwny krzak róży w ogrodzie życia w kraju, gdzie największe święta państwowe to dni wielkich przegranych bitew, wojen, porażek na przestrzeni wieków. Barwny krzak róży w szarym i biednym kraju przestraszonych ludzi, wiecznie się szamotających lub mocujących z wrogiem, którym były: polityka, religia, literatura, kultura, własne korzenie tożsamości, wewnętrzne urazy na psychice, uczucia niespełnienia i niemocy.

 

Różewicz. Rekonstrukcja to historia opowiedziana swobodnie, czasem nawet mało dyskretnie, ale prawdziwie o życiu jednego Polaka, które równocześnie było życiem milionów Polaków; jednego poety, którego poezję czytały miliony czytelników. Podobną biografię do poety Tadeusza Różewicza miały miliony jego rodaków urodzonych u progu uzyskania przez Polskę niepodległości. Nieufność do ludzi, podejrzliwość, wzajemna niechęć do siebie, nawet „dziwna agresja” widoczne są gołym okiem – tacy są Polacy, tak odnosimy się do siebie nawzajem. Polacy niemający zaufania do władzy, obojętnie kogo by nie wybrali, zawsze mają jakieś „ale”, problemy z Polską i polskością, własną tożsamością.

 

Magdalena Grochowska napisała książkę o poecie z Wrocławia, ale jest to także opisanie moich rodziców, ich rówieśników, dwóch, a nawet trzech pokoleń, które „wszczepiły” traumę tamtych czasów swoim dzieciom i wnukom. Różewicz pisze o wojennych przeżyciach w czasie teraźniejszym, to one były ważnym elementem kształtującym jego osobowość, ale w przeciwieństwie do większości Polaków nie zachował ich tylko dla siebie. Otworzył się na teraźniejszość i przyszłość, zaczął uczestniczyć w życiu kraju, jako dziennikarz i jako poeta. Zdał sobie szybko sprawę z tego, gdzie jest jego miejsce, nikogo ostro nie osądzał, a swojego życiowego wyboru nie traktował jako poświęcenia się „wyższej sprawie”, niczego nie idealizował ani niczemu się nie dziwił. Wielu czytelników może zadać sobie pytanie: skoro rodaków były „miliony”, to dlaczego właśnie on? Dlatego, że jak mało kto on potrafił pisać naprawdę ważne wiersze zwrócone do świata, który wraz z nim stwarzał nową polską rzeczywistość po II wojnie światowej. Jak mało kto on miał wewnętrzną swobodę i zdolność wysłowienia tego, co było nowe w polskiej poezji w drugiej połowie XX wieku. Był nowoczesny, a zarazem duch czasu przeszłego „miał go w swoim posiadaniu”, bo on należał do garstki poetów, którzy słyszeli ducha czasu, dźwigając na swoich ramionach wszystkie polskie obciążenia związane z historią i polityką. Z tego powodu odczuwał zmęczenie. Jego ironia i cynizm dawały często znać o sobie, unikał ludzi ze swojego kręgu, nie brał udziału w zebraniach i jeśli musiał coś już zrobić lub „wykonać”, nie robił tego z uśmiechem, ale z grymasem – taki był.

 

Opisać to, opowiedzieć o tym – to bardzo interesujące przedsięwzięcie, w którym autorka próbuje przekraczać granice dopuszczalnego opisu, czasem nawet wywoływać dyskomfort u czytelników, poprzez interpretowanie wierszy poety, zagląda pod łóżko i do łóżek, szafy, kredensu, za poetą jeździ po jego miejscach, szpera w listach osobistych i do przyjaciół, dopytuje się o przebyte choroby, historie rodzinne, a nawet powołuje zmarłych, aby potwierdzili jej słowa lub przepuszczenia.

 

Czytelnik zdaje sobie sprawę z tego, że twórczość Różewicza to jedna strona medalu, a jego życie osobiste to druga, chociaż wielu badaczy twórczości tego poety uważa, że czytając jego wiersze, jesteśmy w stanie dzień po dniu, kilometr po kilometrze towarzyszyć mu w jego rzeczywistym życiu. Autorka opisuje życie poety: pierwsze lata w Radomsku, jak było przed wojną, w czasie wojny, gdy Różewicz był pracownikiem magazynu, w którym dawał sobie raczej średnio radę. Jako partyzant, kapral podchorąży „Satyr”, jeśli nie musiał strzelać, to pisał wiersze. Grochowska pisze o śmierć Janusza, ukochanego starszego brata poety, który został rozstrzelany na kilkanaście tygodni, zanim dotarła do Łodzi Armia Czerwona. Po wojnie i po ujawnieniu się w Piotrkowie Trybunalskim, Tadeusz powraca do życia cywilnego. Lata powojenne też nie należą do łatwych, m.in. umiera matka poety. Nie brak też opisów relacji osobistych poety z jego najbliższymi: synami, Janem i Kamilem, żoną, bratem, matką, ojcem.

 

Znaczący jest tytuł biografii Różewicza: Rekonstrukcja. Rekonstrukcja to znaczy odtworzenie, renowacja czegoś ważnego, zabytkowego, doprowadzenie czegoś do stanu sprzed zniszczenia – co dokonuje się w tym przypadku na podstawie zachowanych wierszy, dramatów, tj. twórczości. Do tego można dodać jeszcze listy, fotografie, wspomnienia bliskich i dalekich poety, z którymi los go zetknął, albo skrzyżował drogi.

 

Grochowska opisała poetę, przywołując do odpowiedzi jego bliskich i znajomych na przestrzeni jego długiego życia. Dzięki ogromniej pracy autorki książka powołała żywych i umarłych do opowiedzenia o kimś, kogo właściwie znał każdy Polak urodzony po II wojnie światowej poprzez lektury szkolne, gazety, teatry, słowem – mass media.

 

Wielu czytelników poezji Tadeusza Różewicza będzie zdziwionych tym, że jego matka była córką rabina i w wieku 12 lat uciekła z domu lub została z niego uprowadzona, lub świadomie, jako dziecko zdecydowała się na życie poza społecznością żydowską. Trafiła do księdza w miejscowości Osjaków koło Wielunia, który ją ochrzcił i wychował, przyuczył do zawodu, a z czasem wydał za mąż w wieku 18 lat za o 10 lat starszego od niej przyszłego ojca poety. Władysław jest nie tylko od żony starszy, ale o „trzy głowy” wyższy. Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego matka poety opuściła swój dom. Tę tajemnicę zabrała ze sobą do grobu.

 

 Na przestrzeni stu lat rodzina matki „rozwiewa się jak mgła”. Tym sprawom jest poświęcony rozdział trzeci Wyszedłeś z matki razem z krwią. Jak ważna jest matka – ten temat Grochowska zgłębia z dociekliwością detektywa. Razem z nią odwiedzamy miejsca w przestrzeni i czasie, który został zamknięty w ludzkich słowach i pamięci.

 

Poeta pomimo tego, że był synem córki rabina, która z bliżej nikomu znanych powodów nie chciała być Żydówką, też nie czuł się Żydem.

 

Poeta urodził się i dorastał w kulturze polskiej, żadnej innej, tylko i wyłącznie mówił po polsku i myślał jak Polak, żył jak Polak, chodził do kościoła i na lekcje religii jak Polak i żadnej religii i kultury poza polskością nie znał. A jeśli powstawały wiersze o holokauście, to nie dlatego, że napisał je, że czuł się Żydem, ale dlatego, że czuł się człowiekiem, humanistą, którego człowiek rozczarował. Przez przypisywane mu żydostwo wycierpiał się niemało w czasie wojny i po, ale dzięki życzliwym ludziom on i jego rodzina przeżyła wojnę. Jedno jest pewne, że bracia Różewiczowie, Janusz, Tadeusz i Stanisław mieli z tego powodu wiele kłopotów i o tym autorka książki dość obszernie pisze. Temat ten można zakończyć słowami żony poety, która powiedziała, że ani Tadeusz, ani matka nigdy na ten temat nie rozmawiali (s. 61). Trzeba dać wiarę słowom żony poety i uszanować przede wszystkim milczenie matki. Każdy ma prawo do własnej tożsamości i nikomu nie wolnego tego prawa zabierać.

 

Książka w wielu miejscach jest brutalna, niesamowita, zachwycająca, dużo w niej humoru, takiego specyficznego humoru poety, który mówi: „Wojna wybuchała tego dnia, kiedy przypaliły się matce wiśniowe konfitury na piecyku” (s. 46). Kilka stron dalej (s. 55) autorka pisze, że w Marcu ’68 na liście lokatorów, gdzie mieszkał we Wrocławiu, ktoś namalował przy jego nazwisko gwiazdę Dawida. To już nie jest śmieszne, ale i z tego jawnego „donosu szmalcownika” wychodzi cało on i jego rodzina.

 

Jednym z najbrutalniejszych rozdziałów jest rozdział 8 pt. Róża wiatrów, mówiący o Różewiczu, jako partyzancie i jego sztuce teatralnej pt. Do piachu. Sztukę tę dramaturg odczuł bardzo dotkliwie, co szeroko opisuje Grochowska.

 

Tadeusz żartuje sobie z tych, co zadają mu pytania o wojnę, nie żartuje, gdy pisze sztukę teatralną i wiersze o tym czasie. (Sporo na temat Różewicza w partyzantce pisze prof. Andrzej Skrendo w przedmowie do wierszy wybranych poety w książce Biblioteki Narodowej wydanej w 2016 roku). Doskonale wiedział, że wojna toczyła się nie tylko z wrogiem z Zachodu i Wschodu, toczyła się także o Polskę w sercach i głowach, o to, jaka ona będzie – czy NSZ, czy AK, a może tych z Batalionów Chłopskich i Armii Ludowej? Pomiędzy partyzantami dochodziło do takich wrogości, że „Warszyc” zakazuje dysput politycznych (s. 241). Czy to coś dało, czy to pomogło, można powiedzieć za partyzantem Różewiczem, że nie. Problem jest złożony i dzisiaj, prawie 80 lat od tamtych czasów wciąż trwa. Rozpocząć nowe życie w maju czy czerwcu 1945 było niesamowicie trudno, o tym też jest ta książka.

 

 

Różewicz i Kraków

Po wojnie z Częstochowy, gdzie rodzina Różewiczów w 1943 roku ukryła się przed oczami „szmalcowników”, młody poeta dzięki wcześniejszej korespondencji z uznanym poetą Julianem Przybosiem trafił do Krakowa. Zamieszkał w legendarnym już dzisiaj domu przy ulicy Krupniczej 22. Jakie to było życie, i kto tam mieszkał – długo by można było mówić. Został studentem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Tadeusz nadrabia braki w wykształceniu, lata zabrane mu przez wojnę, czyta prawie wszystko, co wpadnie mu w ręce; Norwid, Mickiewicz, Eliot, Miłosz, Rilke, Heine oraz utwory swojego promotora Przybosia. W Krakowie poznaje też i zaprzyjaźnia się z wieloma malarzami, artystami, niektóre z tych przyjaźni będą trwały aż do śmierci przyjaciół.

 

Jak pisze autorka książki, „Machina terroru nabrała rozpędu” (s. 271). Skończył się terror hitlerowski, rozpoczął się terror stalinowski, a Różewicz szuka własnej formy poetyckiej, sposobu, by wyrazić siebie jak najprościej. Pyta, czy jest możliwa poezja po Auschwitz. Koszmar wojny, bolesne doświadczenia, upadek człowieka, a nawet ludzkości to jeszcze nie wszystko. Dochodzi powojenny niepokój, który przerodzi się w nieustający-wieczny niepokój. Poezja nie może być protestem przeciw czemuś, skargą małego człowieka, krzykiem duszy, narzucaniem się Bogu ze swoimi problemami istnienia. Poniżenie człowieka przez człowieka, tortury, zbydlęcenie, udręka i szczucie jednego na drugiego, dzierganie numerków na rękach, które człowiek ma do pracy, którą ma chwalić Najwyższego. Krew przelana, blizny zadane na ciele i psychice, znieczulenie – czy wolno o tym zapomnieć? Jak można o tym pisać? Czy poprzez twórczość twórcy powinni oskarżać morderców, wszystkich tych, którzy są winni? Czy po Auschwitz da się jeszcze pisać wiersze? Różewicz odpowiada – da się i pisze, aby kurz zapomnienia nie pokrył pokrzywdzonych i zamordowanych. Różewicz podtrzymuje pamięć o Wielkiej Zagładzie, ale nie jest moralizatorem, właściwie nikogo nie oskarża, chociaż jako humanista wie, że pamięć o ofiarach powinna odmienić tych, co przeżyli piekło. Chyba w żadnym ze swoich wierszy nie mówi wprost, że to Niemcy są winni, że to oni ponoszą winę, nie pisze nawet, że byli to hitlerowcy czy naziści.

 

 

Wyprowadzka do Gliwic

Poeta Różewicz nie najlepiej czuje się w Krakowie, studiów nie kończy, w 1950 roku przenosi się do Gliwic, gdzie poślubia swoją ukochaną dziewczynę, wspomnianą już Wiesławę. Nie musi ileś tam razy „kursować pociągiem na trasie Kraków-Gliwice”, aby spędzić kilka godzin z ukochaną. Jego młodszy (nieżyjący już od kilku lat) syn Jan określa to jako „spadek po bracie, wojenny”. W Gliwicach zakłada rodzinę, „staje się władcą kobiet”: żona Wiesława, matka i siostra żony oraz własna mama. Rodzą się dzieci, w 1950 roku Kamil i Jan w 1953 roku. Na prowincji śląskiej Tadeuszowi jest chyba dobrze, odnajduje się. Pracuje jako dziennikarz, wyjeżdża za granicę, dzieci rosną. W listach do znajomych świat literacki, ten warszawsko-krakowski, określa jako „wychodek”, „wszy literackie”, „monstrualne gówno”. Ma powody, aby tak pisać pod koniec roku 1951, gdy w Polsce stalinizm osiąga swoje apogeum. Seweryn Polak, Grzegorz Lasota i inni atakują go za Eliota i Miłosza. Poecie z trudem udaje się ujść cało z tej nagonki, chociaż nie były to żarty i można była trafić do więzienia na wiele lat.

 

Wiele lat później wspomniany Lasota powie, że zaczadził się jak wielu stalinizmem.

 

Komunizm w Polsce nie upadł wraz z berlińskim murem, o tym trzeba pamięć i poeta też tego doświadczył we własnej rodzinie. Komunistyczne zbrodnie wielu próbuje wymazać z pamięci, nadal w Polsce są poeci, literaci, aktorzy – tajni współpracownicy funkcjonują obok swoich ofiar, na które pisali donosy, uprzykrzali im życie, często je łamiąc lub przetrącając.

 

W rozdziale ostatnim pt. Być Genetem w Gliwicach czytelnik znajdzie dywagacje na temat nowego miejsca poety, po jego wyjeździe z Krakowa. Pisze w listach do przyjaciół, że w Gliwicach śmierdzi dymem, miasto jest też czarną dziurą. Znajomy Zdzisław Hierowski zastanawia się nad tym, co poetę trzyma w Gliwicach. Różewicz wie swoje, zanim dostanie zaproszenie do przeprowadzenia się do Wrocławia, pomieszka na Górnym Śląsku dziesięć lat, bardzo owocnych. W mieście tym oczyszcza się z pożądania, z łapczywości świata, smaków, kolorów, nabiera pewności siebie, jest już kimś, z kim trzeba się liczyć.

 

 

Różewicz a Miłosz

W dalszych partiach biografii autorka powołuje się na autorytet profesora Andrzeja Skrendy, który zastanawia się nad tym, dlaczego Różewicz nazwał Miłosza starszym bratem. Przecież było mu o wiele bliżej do Przybosia niż Miłosza. I Skrendo sam sobie odpowiada: to znaczy zaakceptować to, że jest się drugim – po starszym bracie. Dowodem na to, że Różewicz czuł się drugim, ma być wiersz Miłosza Do Tadeusza Różewicza, poety (s. 398). Poza tym powtórzę za profesorem – Miłosz dostał Nagrodę Nobla i był bardziej znany w świecie niż Różewicz. Różewicz od samego początku, od debiutu był sam i pracował na „własną rękę”. Najpierw odrzucił go Przyboś, który był jego mistrzem, później Miłosz, który był jego promotorem, a końcu on sam się „wyrzucił z Krakowa i Warszawy”, ze spotkań z literatami, o których miał jak najgorsze zdanie. Tadeusz był apolityczny, nie uczestniczył w żadnych zbiorowych akcjach literatów, a wiersze i dramaty pisał przede wszystkim dlatego, że rodzina musiała z czegoś żyć: była żona, która nie pracowała i dwaj synowi, których trzeba było wychować i wykształcić. Żona była genialna, wiedziała, czego potrzebuje poeta do pracy: ciszy i spokoju, prywatności i swobody w tym, co robił. Przepisywała wiersze na maszynie, bez zadawania pytań, była wspaniałą żoną i sekretarką. Miłosz takiej żony nie miał, pani Janina zawsze miała jakieś „ale”, gdy przepisywała męża wiersze na maszynie, dlatego musiał mieć sekretarki. Poeta skarżył się na żonę – sekretarkę w listach do redaktora paryskiej „Kultury”, stąd to wiemy. Tadeusz na swoją żonę się nie uskarżał, ani ona na niego, razem przeżyli 70 lat.

 

Na pytanie: „Kim jesteś?” Tadeusz Różewicz odpowiedział przed laty: „Kto mnie uważnie czyta, ten wie”.

 

Różewicz jest ojcem współczesnej poezji polskiej, jaka powstała po II wojnie światowej, a nie Miłosz. To Różewicz otworzył drzwi milionom grafomanom do poezji, a nie Miłosz, wszyscy poeci, czy chcą, czy nie chcą, są naśladowcami Różewicza.

 

Różewicz miałby o czym rozmawiać z młodszym bratem Miłosza, Andrzejem, który miał podobny wojenny życiorys do niego. Żołnierz AK w Wilnie i na Litwie, ratował Żydów, udzielał pomocy polskim oficerom w ucieczce z obozów internowania. Czesław takiego życiorysu nie miał, chodził po Warszawie w czasie wojny z litewskim paszportem. Poza tym jego poezja była zupełnie inna niż Różewicza, chociaż obaj w swoim fachu byli mistrzami i czytali swoje wiersze bardzo uważnie, to doświadczenia życiowe, środowisko, w którym wyrośli, a także zadania i oczekiwania od poezji mieli zupełnie inne. Ich stosunek do religii, Boga, metafizyki był inny. Znałem osobiście obu poetów, nawet byłem w ich domach/ mieszkaniach i wiem, że Miłosz jako człowiek był przeciwieństwem Różewicza, który był osobą tajemniczą, nieufną, skrytą, niechętnie mówiącą o sobie, cóż dopiero o najbliższych czy swojej twórczości. Gdyby żył, biografia, taka jak ta, nigdy by nie ujrzała światła dziennego. Autor Trzech zim żył na co dzień w wielkim świecie, w którym, trzeba było codziennie kilka razy odpowiadać na pytanie „How are you?” lub „Where are you from?”. Różewicz tego nie musiał robić, żył w Polsce, gdzie nawet nie wypada dobrze o samym sobie coś powiedzieć, bo zaraz rodacy mają cię za bufona, buraka, chwalipiętę etc. Żył w kraju, gdzie bajka o kopciuszku, którego znajdzie książę, nadal obowiązuje. Autor Traktatu poetyckiego taki nie był – był łapczywy życia, kochał życie, był egoistyczny, zawistny, zazdrosny, zawsze potrzebował więcej i wcale się nie krępował, wołając więcej. Różewicz tego nie potrafił. Pamiętam, jak przy pierwszym spotkaniu z poetą w 1989 roku, gdy jeszcze mieszkał przy ulicy Januszowickiej, duże, ogromne drzwi otworzyła mi żona poety, pani Wiesława, a poeta zaprosił do siebie. Podczas rozmowy o wielkim świecie, Kalifornii, San Francisco, w którym wtedy mieszkałem, panu Czesławie w Berkeley, patrząc na wiszące na ścianach obrazy sławnych już wtedy polskich malarzy, pani Wiesława powiedziała: ich obrazy dzisiaj dobrze się sprzedają, ale mój mąż, jak jedzie za granicę, niczym nie handluje ani nie kupuje, wszystkie pieniądze zostawia w muzeach, tak kocha sztukę. Z domu w podróż zagraniczną bierze ze sobą tylko szczoteczkę do zębów i pastę, i z tym wraca do kraju. Przy pożegnaniu z poetą i jego żoną wyjąłem aparat fotograficzny, aby zrobić kilka zdjęć na pamiątkę, poeta złapał mnie za rękę, mówiąc ściszonym głosem, proszę nie robić zdjęć, dam panu swoje. I podarował mi dwa duże czarno-białe zdjęcia autorstwa Adama Hawałeja, wielkości kartki papieru, tłumacząc mi, że tylko on ma prawo do robienia mu zdjęć. Wydało mi się to dziwne, bo panu Czesławowi mogłem robić zdjęć, ile chciałem w Berkeley, i właściwie nigdy nie zabraniał mi się fotografować. Jedynie pytał, dla kogo robię i zawsze moja odpowiedź była jedna: dla siebie.

 

*

 

Książkę cenionej dziennikarki Magdaleny Grochowskiej polecam, z wielką niecierpliwością czekam na drugi tom biografii mojego poety z Wrocławia. Muszę też dodać – ja czekam wraz z armią poetów, którzy urodzili się po wojnie i debiutowali nieważne czy pięć, dziesięć, czy pięćdziesiąt lat temu. Wszyscy jesteśmy żołnierzami Generała T. Różewicza.

 

2021. Grochowska, Różewicz. Rekonstrukcja, t. 1,
Warszawa 2021. Cytaty pochodzą z tego wydania.
Świdnica, grudzień 2021