Pozwól tej miłości płynąć, ale nie wchodź do wody

Urszula M. Benka

 

 

Pozwól tej miłości płynąć, ale nie wchodź do wody

 

– zaklinała Ewa Sonnenberg.
Cóż, ściągam sandały. Zastanawia mnie rzeka, której żwir jest zupełnie jak szlachetne kamienie. Rok ognistego smoka z 2009, tomik pod wieloma względami niezwykły, nie odbił się echem, coś wessało go w próżnię. To zdumiało autorkę. Błyskotliwy debiut, Hazard (1995, po prawie czteroletniej nieugiętej korekcie samego Marka Garbali), z Nagrodą Literacką im. Georga Trakla – i nic? Później Kraina tysiąca notesów Planeta (oba tomiki w 1997), z tą przecież szprycą śmiałych semantycznych zderzeń, asamblażu mott, cytatów, aluzji, wybiły się! Także bywanie wszędzie, gdzie krytycy (co wyzna w już nerwowych lirykach prozą: „właściwie nie marzyłam, raczej planowałam”[1]), odrzucanie powściągliwie głębokich refleksji, jakie nacechowały poezję w kręgach aksamitnych rewolucji Środkowej Europy – i nic? Świat „dopierdalania, przypierdalania, i pierdolenia”[2] potoczył się po pochylni. „Poezja jak instrukcja obsługi prawdy […] prawda jest jak dupa”, wołała w tychże miniaturach, odredakcyjnie zestawionych momentalnie z Anne Sexton i Sylvią Plath. Tak, cisza. Ale wyda przecież kolejne i kolejne tomiki-okrzyki, „ogniste wozy napełnione wersami jak rozżarzonym węglem”, co przez tę jedną linijkę pięknie iskrzy w jej Opowieści wigilijnej, choć samorecenzja puentowana „nadludzką miłością” pośród gwiazd umierających, zgliszcz i Piekieł, smakuje jak zebrane na bruku ogryzki zakazanych owoców[3]. Dlatego od razu: poetki odtąd już nie odstąpi poczucie, że „Wiem że muszę wybrać życie między zdrajcami lub śmierć”[4]. Biada światu, jaki naruszył zawdzięczany ojcu ideał świata. Na „list ojca”, „żebrzący o miłość i litość dla swojej córki”, odpowie ona trwałym, nieodwracalnym potwierdzaniem ojcowskich pewników:

[…]
Ojcze jestem cała listem płonącym w odpowiedzi na twój list
Wiem że muszę wybrać życie między zdrajcami lub śmierć
Cała jestem listem jak ptaki przenoszone twoim oddechem
Krzyk przestrzeni w której to co zawołane jest wołającym
Rzucasz piasek moich wierszy pod stopy prześladowanych
Pustynia jest zbyt niema by nie znać jej wyboru
Pustynia jak krzyk przyjaciela piaski serca
Kamień inkrustowany łzami ojca jest moim piórem
Podłużne wejście błękitnego światła na moich ustach
Skrzynka pocztowa tego świata jest jak rozbity wrak[5]

 

Tak oto, pod romantyczną draperią, natykam się na fideizm – postawę, która wyklucza niesubordynację, która infantylizuje dziecko w jego wymiarze czystości, mianowicie braku skażeń wręczanymi mu gotowymi ustaleniami. I wzbudza nie stan wyzwolicielski psychiki, a ledwie adaptacyjną anarchię słowa: to właśnie potulność wymiatająca idolów i flagowe slogany, lecz nie dająca tknąć mechanizmu zarządzania nam archetypami psychiki i brania jej na smycz przez wielkie media. Smycz to coś, co snuło się w wyobraźni Sonnenberg, aż stwardniało osobnym tytułem.

 

Tchnęła nienasyceniem. Ładna, rozrzutna, wojażująca po konkursach lokalnych, po Europie, stale w kapryśnie krzykliwych strojach, recytująca z pamięci swoje wiersze na tle tańca panów w slipkach lub w ciemności, lub na tle japońskich wachlarzy, ekscytowała, imponowała, wzruszała. Po wrocławskiej Akademii Muzycznej – fortepian – obok pisarstwa u Macieja Słomczyńskiego studiowała na Jagiellońskim filozofię (w internecie podaje, że przez 10 lat); dyplom poświęciła Hildegardzie z Bingen[6], chcąc w jej pojmowaniu człowieka ujrzeć problem na wskroś współczesny. Owszem, podjęty w dziesiątkach prac filozofów, jak Jean-Noël Vuarnet (Ekstazy kobiece 1980), teologów, dietetyków, w serii średniowiecznych kryminałów Edgara Noske. Głośna Margarethe von Trotta rzuci na ekrany kin Wizję z życia Hildegardy (2009). Tysiące z nas ulega przekonaniu, iż wybitnym postaciom średniowiecza pod chrześcijańską maską ma aż kłębić się od poglądów postmodernistycznych. W Córach Renu norweskiej pisarki Cecilie Løveid, słuchowisku z 2015, które wyreżyserował u nas Tomasz Cyz, Hildegarda udziela sakramentu ślubu siostrze zakonnej i ocalałemu z rzezi katarowi; „chce napisać moralitet – psychomachię – o Animie wodzonej na pokuszenie przez Diabolusa. Szuka aktora. Szuka ofiary. Walcząc z herezjami, sama popada w herezję”[7]. Cyz komentował: „Owa głęboka i ryzykowna potrzeba głębokiej wiary to jeden z wielu wspólnych mianowników dla średniowiecza i XXI stulecia. Czy żyjemy w czasach nowej krucjaty?”.

 

Bez wątpienia, łączy nasze czasy hojne szafowanie postprawdą oraz ludźmi na przemiał. Walka tedy z odchyleniami, hece i bzdury wierutne, neurozy, bezapelacyjność, zbrodnie wojenne i za jednym zamachem natarczywość zbawiania, leasing aureoli. Wenecja, Piza, Genua, Barcelona i ich filie walczyły o jedwab, bawełnę, kadzidło, o rabaty w muzułmańskim świecie. Wzbogaceni mieszczanie wykupili sobie ziemię od zbiedniałych królów, i to tam kapitał lokując, na wsi a nie w handlu czy rzemiośle, odtąd już (niejako na wzór opatów) skąpili krzyżowcom rekruta, woląc użyć go do tłumienia aspiracji klasy średniej w swoich dobrach. Z drugiej strony – opactwo Hildegardy w Rupertsbergu rozebrano w końcu na budowę obór i warsztatów, a potem linii kolejowej. Fascynacjami rządzi podświadomość… to nasze intymne problemy. Żyjąca w XII wieku nad Renem benedyktynka, prorokini, lekarka, kompozytorka i poetka ucieleśniła specyficznie kobiece doświadczenia sakralne, ale też kobiecą siłę. Jej wizje spisane w Scivias (skrót od Sci vias Domini, tj. Poznaj ścieżki Pana) papież na synodzie w Trewirze, z miodopłynną przychylnością św. Bernarda z Clairvaux, pobłogosławił pomimo pryncypialnej wtedy nieufności wobec umysłowej i psychicznej autonomii kobiet.

 

Co więc wspólnego może mieć chorowita mniszka, której duchowość od ósmego roku życia pod pieczą ciotki pustelnicy formowano w zakonie męskim, z Ewą Sonnenberg, poetką męską[8]? Politowanie dla kobiecości archetypalnie przy-ziemnej, płciowej, czy raczej wiara w kobiecość uciemiężoną, a jak klejnot w paszczy węża rozświetlającą czerń męskości? W kobiecość jako dominantę, która ożywiła całokształt kultury, pozwalając zrozumieć jej polityczne istnienie (polityczne oznacza wszak ekonomiczne oraz militarne)? Intelekt? Wyniesienie ponad marnościami? Ponad miernotą? A może muzyka, względnie zaufanie do ciała, jakiemu dała wyraz nowatorska feministka i krytyczka kultury, Camille Paglia („to kompletny absurd, myśleć, że jedyna droga ku poznaniu wiedzie nas poprzez słowa”), estymą wobec archaicznych filozofii i de Sade’a, niewiarą w „metafizyczne” wypychanie ducha poza obręb natury? Aczkolwiek u Hildegardy i Sonnenberg już od razu napotkam całą serię zgrzytów między ciałem a słowem. W Ewangelii (bez której szkoda gadać o chrześcijaństwie albo kobiecie Zachodu) Słowo przecież urasta do rangi… Ciała.

 

A zatem co poetka próbowała przejąć z Hildegardy lub przypisała sobie? Nieustającą tajemnicę[9]? Sztukę na powściągnięciu erotyki? Sztukę jako narzędzie władzy, dyrygenturę duszyczkami podległych sióstr? Obie skupione na własnym powołaniu „spomiędzy wielu”, rosły znając świat w matowym kloszu; może klucza do ich „tajemnic” szukać w uczuciowym piekle losu oblatki, dziesięcinki, jaką rodzice składają na ołtarzu wartościom tym czy innym? To intuicyjnie wyczuł i pokazał Goya w cyklu Sabatów: koźlonogi Szatan z rozlaną na obliczu próżnością idioty przyjmuje od młodej matki dzieciątko – w krąg siedzą już podobne, teraz staruchy, z trupkami. Goya unaocznił dewastację podświadomości (bez podświadomości nie przeżywa się sacrum): „negatyw” mianowicie sytuacji zaszczytnej, dziewczynka-ofiara bowiem, „wybrana spomiędzy wielu”, odtąd musi swoje ciało, czyli po prostu sensualność (zmysły to poznawcze receptory), pełnię percepcji, podporządkować wymalowanym na kloszu niebiosom Słowa – płaskim i w istocie powierzchownym. „Akwarium, jak wiadomo, jest takim zaciszem, gdzie się nigdy piosenek i płaczu nie słyszy”[10].

 

Dla Goi piekło. Dla Hildegardy piekło. Piekło to miejsce nieodzowne Orfejom. Jest ich archetypem. Tam zapędzają swoje animy, swoich animusów, smyczą wloką po dnie, migocącym zupełnie jak szlachetne kamienie. Osamotnione dziewczynki rosły w kloszu arcydzieł literackich, och, Biblii, liturgii, w kloszu kanonów zadanych lektur (będą z całą mocą talentu je uatrakcyjniać) i nago-goło-słownego olśniewania, które w gruncie rzeczy stanowi motyw przewodni poezji Sonnenberg.

 

Tęsknię za tobą wiosenny znaku wiersza
przytrzymujący by wołać ciałem
Jak litera która chce się przedostać do właściwego słowa
Tęsknię za echem pokoi w których grzbiety książek były jak mosty […]
Światło księżyca prowadź[11]

 

Ale co to znaczy: literaturoegocentrycznie? Pod kloszem tworzy się coś boleśniejszego od niedoboru informacji, bo uzupełniając je, tylko zaognimy problem – rozciągniemy ten klosz na przyswajane sobie dziedziny. Rilke ujął to w Ósmej Duinejskiej elegii: „Bo już małe dziecko / zmuszamy, aby odwróconym wzrokiem / widziało formy, nie otwarty przestwór, / tak głęboki u zwierząt”[12].

 

Hildegardzie przydzielono osobistego biografa Gotfryda oraz nauczyciela Volmara, który został jej spowiednikiem, przewodnikiem duchowym, sekretarzem, wreszcie dozgonnie wielbił jej poczynania; to też forma kontroli, permanentnej kontroli, kar w postaci modulowania natężeń uwielbienia; jeśli łagodnieją, przy literaturoegocentryzmie wpadamy w popłoch, ponieważ dochodzi do zarządzania odmiennościami – do duchowego rasizmu. Szukaniem ulgi od albo-albo bywa konstrukcja alternatywnej komunikacji, tożsamości potajemnej. „Być może dla zabawy, a może dla wewnętrznych potrzeb mniszek, które chciały pewne treści przekazywać sobie w zaszyfrowany sposób, Hildegarda ułożyła serię wymyślonych słów lingua ignota i alternatywny alfabet litterae ignotae. […] Mniszki w jej klasztorze ubierały się na biało i zielono, mogły nosić kwiaty i klejnoty, nie musiały obcinać włosów. Boga wielbiły tańcem”[13]. Tak więc mniszka eskaluje i estetyczną siebie, i swoje oratoryjne dramaty, np. Ordo Virtutum (Zastęp Cnót lub też O sztuce cnoty), hymny, responsoria, antyfony z ich ekonomią wpisywania psalmów[14] w dopuszczone odczytania Nowego Testamentu, arcytrudne w śpiewie, melizmaty liczą sobie ponad 70 nut, a skala głosu przekracza niekiedy aż dwie i pół oktawy (w kościołach dla ozdabiania mistycznej stosowności wystarczała jedna). Jak więc głęboko ta pętla się zaciska? Bo z kolei Sonnenberg (już filializmem formowana w domu babki, którą co wieczór musiała całować w dłoń z pierścionkiem – „Po jej śmierci brakowało mi pocałunku w jej chłodną rękę / Rękę która karmiła mnie niemożliwym / Jeszcze bardziej brakowało mi chłodnego i groźnego kamienia”[15]) pojawiła się, gdy z ustaniem państwowego mecenatu dolnośląska czołówka pisarska traciła grunt, musząc przyjąć do wiadomości, że jest i będzie zbędna w kulturowym obiegu idei nawet na poziomie towarzyskim, po prostu wyparuje z dziejów kultury[16], nie stać jej na kawę w kawiarni, na wejściówkę gali Angelusa (zostaliby wyproszeni przez obsługę), na telefon[17], internet itp., tym bardziej zamówienie recenzji o sobie czy o kimś innym równie zbędnym. Zresztą pism, jako zbędnych, ubywało. „Ostatnie dziesięciolecia to recenzje pisane dla wydawców, właściwie tylko peany. Nie ma krytyki jako takiej […]. Negatywne krytyki zwykle poniewierają maluczkich, a przecież tym na piedestale są najpotrzebniejsze, bo oni kostnieją od ciągłych pochwał, nudnieją, degenerują się”[18]. Na tym więc tle Ewa Sonnenberg rosła w zamożnej rodzinie gwałtownie bogacącego się miasteczka albo raczej zarządu kopalni, odłączona od rówieśników także lekcjami muzyki. Nigdy nie rozwijała takich napomknięć jak o babce – zastępującej jej rodziców. Co na tylko nieco innych przykładach objaśniała Alice Miller w Dramacie udanego dziecka. Niemniej, współczujący freudyzm Miller gubiłby z oczu to, że – przywołam nieznany wtedy Dolnoślązakom esej Kapitalizm i schizofrenia

 

nie istnieją dziedziny czy obiegi względnie niezależne: produkcja jest natychmiastową konsumpcją i zapisem, zapis i konsumpcja bezpośrednio ustanawiają produkcję, chociaż determinują ją w ramach samej produkcji. A zatem wszystko jest produkcją: produkcje produkcji, działań i pasji; produkcje zapisów, dystrybucji i układów odniesienia; produkcją konsumpcji, zmysłowej rozkoszy, lęku i cierpienia. Wszystko jest produkcją, w której procesy zapisu są natychmiastowo spożytkowane i konsumowane, a procesy konsumowania bezpośrednio odtwarzane […]. Oto pierwsze znaczenie procesu: nieść zapis i konsumpcję w produkcji, czyniąc z wielu produkcji ten sam proces. Ponadto utrzymywanie rozróżnienia na człowieka i naturę nie ma już sensu: to, co jest ludzką istotą i naturalną istotą człowieka, staje się tożsame w naturze jako produkcji czy przemyśle, a zatem również w życiu gatunkowym człowieka. […] Człowiek nie jest już królem stworzenia, a raczej tym, kto styka się z ogromem życia we wszystkich formach i rodzajach, kto odpowiada nawet za gwiazdy i zwierzęta, kto nieprzerwanie podłącza maszynę-organ do maszyny-źródła, drzewo do swojego ciała, pierś do ust, słońce do tyłka, kto jest wiecznym sługą maszyn świata. Oto drugie znaczenie procesu: człowiek i natura nie są przeciwstawnymi terminami, nawet jeśli rozpatruje się je w odniesieniu do zasad przyczynowości, zdolności rozumienia czy ekspresji (przyczyna i skutek, podmiot i przedmiot itd.). Są raczej jedną i zasadniczo tą samą rzeczywistością producenta i produktu. Produkcja jako proces wykracza poza wszelkie idealistyczne kategorie i ustanawia cykl, który odnosi się do pragnienia jako zasady immanentnej. Dlatego produkcja pragnąca jest rzeczywistą kategorią materialistycznej psychiatrii […][19].

 

W rzeczy samej, sytuację psychokulturową Dolnego Śląska najlepiej oddawały wtedy obsesyjne kosmiczne labirynty na obrazach Wańka: jeśli patrzymy na ich symbole alchemiczne, miejmy przynajmniej świadomość, iż każdy oznaczał karalną herezję i wyłom w zastawanej labiryntalności, aczkolwiek wyłom wiodący w nieco tylko inne wymiary meta-Labiryntu. Sonnenberg sprawiała wrażenie, jakby unosiła się ponad odrażającą maszynerią agregatu literackości, ponad strefą kar zionących z każdego wyłomu (w jednym z wierszy całym słowotokiem daje wyraz obrzydzeniu do tego, co Inne), jak gdyby otwarte skrzydło fortepianu poetki-pianistki nie uczestniczyło w procesie produkcji spraw ciężkich, a przeciwnie, pozwalało na uniknie trudnych porozumień, ustępstw, poświęceń, wikłania się w wysłuchiwanie innych piszących, rozszyfrowywania ich dzieł i relacji wzajemnych – w końcu była to już epoka łatwo dostępnych skrótów, estetycznych paskudnych uproszczeń, w jakiej zbędna psyche Innych należy do dóbr konsumpcyjnych drugiej świeżości, a w praktyce do łakomie rozgarnianego śmietnika. Owszem, środowisko dolnośląskie właśnie wtedy żegnało dopiero co rozbudzone nadzieje na wolność wreszcie prawdziwej kultury, witało samą istotę przemiany piękna w niczym nieskrępowaną estetykę nieistotności. Sonnenberg czuła, że może eskalować swój solipsyzm, nawet jeśli trąci on myszami i tyfusem pierwszej wojny światowej – bo „skok barbarzyńcy, który poczuł Boga”[20] nie napotka oporu ze strony niczyjego więcej „pragnienia produkcji”. Zarazem, jak najbardziej podchwyciła – krótkoterminowe – dyskursy zapożyczone, „zlepione garstką komunałów anarchizmu i desperacjami drobnomieszczaństwa, które straciło głowę”, że sparafrazuję jedną z uwag Ciorana o indolentnej Francji.

 

Poeta niejednokrotnie chce osadzić swoje „powołanie” w jakimś punkcie zwrotnym, w kategoriach egzystencjalnych, kiedy np. poczuł strzałę Amora, otarł się o śmierć, musiał zarzucić znajome role albo opuścić ciepłe kąty (odniesieniem jest dlań wciąż „znane” i odpowiednio ustraszniona przemiana go w „nieznane”, aż po „wampiryczność”, mającą wynieść ponad powinności, przecież już bezzasadne – „wampir z samej swojej natury” pozostanie „zły”, nadto „oni” są zbędni trwale, nie ma więc powodu ich zachowywania ani tym bardziej respektowania). Sonnenberg też mówi wciąż o utracie bądź zdobyciu: wszelka utrata jest krzyczącą niesprawiedliwością, wszelka zdobycz należną. Żongluje ideą Ładu wyposażonego we wszystkie możliwe walory całokształtu dorobku ludzkości i jednocześnie nie umie pogodzić się z tym, że „znany” świat czy też ład, jest też efemerydą… czystych zbiegów okoliczności. Przykładem to, jak ujęła własny punkt zwrotny:

 

Ścigana niewidzialną sforą much poślizgnęła się
Ścigana oddalającym fenomenem okularów wbiegła
pod samochód bo kocha się tylko umarłych
(i ja ją wtedy pokochałam od pierwszego uderzenia)
Zabawnie przefrunęła nad maską Niejeden kaskader
mógłby pozazdrościć Teatralnie
I było w tym coś z dramatów Szekspira Być może
dosłowność Romeo i Julia tylko że Romeo
nie miał czasu na zakończenia Wyszedł za potrzebą
Pierwsza i ostatnia premiera odbyła się 21 stycznia 1990
we Wrocławiu (miasto na poł.-zach. Polski) na scenie —ul. Powstańców Śl. o dwunastej dwadzieścia podziwiano
asfalt-matkobrzuch ulicę-szpital drzewa-lekarzy
latarnie-pielęgniarki los-akuszerkę
Urodziła się Poród z drobnymi komplikacjami
Metrykę zastąpił raport milicyjny
Urodziła się na nowo Odnalazła swojego wampira
słodkiego jak tabliczka czekolady Rasowego
z zadartym nosem Zachorowała na anemię
Wampir […] Wcielił się w ogrodnika
Właściciela 365 róż Obdarzył wszystkie
taką samą miłością Drżał o każdą kroplę czerwieni
Ona śniła szklane klatki skrępowane zachłannym
krwioobiegiem Nie było wyjścia
Wessała go w siebie Podwójnie wampirza odeszła
założyć swój własny ogród A każda róża
prócz czerwieni miała imię[21]

 

A teraz próbka typu wrażliwości z niejako inicjalnych lat w wierszu Zakonnica (1992):

 

Płaska jak jedna z kartek modlitewnika Nierealna
że pragnęłam dotknąć na ile prawdziwa
Tajemnicę ukryła pod żałobą Płakała
Kobiety w czerni umieją płakać tak jak ona
perfekcyjnie Utonęłam Płonęłam
lamentem Łzy były wewnątrz mnie
żywiłam się rozpaczą Zachłannie
połykałam jej płacz Odtąd brakowało mi łez

 

Wirydarz Róże omdlałe z odosobnienia […]
Przysięgła że nie spotka wody
nie będzie się w niej przeglądać
Uschnie w monotonii zabobonnych fresków Giotta
zamknie na klucz swoją wieczność

 

Jeśli byłoby to już o Hildegardzie, zauważmy, fresków Giotta jeszcze nie było. Jeśli to o oblatce ośmioletniej, dziecięctwie, mamy nic, rozległą scenografię na deskach, gdzie odwołano spektakl: nie ma – zbędnego już – dramatu. Odbiorca oczywiście może przyjąć uogólnienia – podjąć tę estetyzację, bagatelizując niewidzialne, rezonować okazale widome świętości przejawy, właściwe polskiej sakralnej rezurekcji schyłku XX wieku, emfazy bez entuzjazmu, odmienianie przez wszystkie przypadki ogólników „niestereotypowy”, „niekonwencjonalny”, „wyjątkowy” z przemilczeniem, z czym konkretnie (i co) się zestawia. Może też jednak mieć na uwadze, że doznaniu sakralnemu, powtórzę, zawsze towarzyszy podświadomość, drążyć ją tedy. Narzucałoby się choćby zapytanie o Boga (dla Hildegardy człowiek poza Bogiem nie miał sensu), o urzeczenie nie tyle płaską niewinnością biustu, co hierofanią, czyli odczuciem mocy kształtującej ciszą, oślepieniem, błogimi poruszeniami struktur albo też szablonów materii, strachem. Pada u Sonnenberg w Opowieści wigilijnej określenie „przemoc ciszy”, jakkolwiek nad rozgdakanym galimatiasem tropów, a to ku cieniowi królowej, a to ku „płonącemu widzeniu zmierzającemu z prędkością myśli na Wschód” (bo i motto ze zwojem japońskim, choć koniecznie i z video oraz taceo), a to ku „opowieści wigilijnej o angielskim porcelanowym dzbanku w fiołki” – i znowuż czemuś przez „śnieg w szponach wiatru z ptakiem księżyca nad głową” ku kamerom w ścianach, śledzącym każdy krok, do tego „papeteria z królewskimi znakami gdy między brudem a upodleniem […]”, przy czym „między bezdusznymi filarami ukryci snajperzy czekają na każdą słabość by zdobyć cię i trzymać wciąż na tę samą odległość”, a to ku „mój gniew jest nadludzki”.

 

Wrócę do jej Hildegardy, do klosza. Jakiego zatem Boga, jakie Boga doznanie Sonnenberg, studentka jednego z czołowych polskich metafizyków, przypisała mistyczce? Katechizmowe? Nie znało średniowiecze ani spójnej, ani wspólnej Boga idei, nie miało nawet wiedzy o Nim. Jakże inaczej, kiedy w Imperium Christi religią Księgi żyli… analfabeci, a jej Słowo szwargotało… głoskami żyda czy schizmatyka, same te ich alfabety wyglądają jak czarci cyrograf, zresztą łacina – też obca – była tylko Pisma wulgatą, wątpliwą podróbką? Warstwy w większości krajów etnicznie sobie obce, wręcz wrogie, pozostawały sakralnymi przeciwnościami, wzajemnymi aberracjami. Wysokie duchowieństwo, inkwizytorzy, możni, proste rycerstwo, ekskluzywne profesje jak kowale, budowniczowie, kaci, biedota zakonna, tj. służba i niewolnicy klasztorni, nadto kmieć czy przymusowy przechrzta karany stryczkiem za wspólny posiłek, choćby to było nakarmienie matki-wdowy – z opuszczaną grupą wyznaniową; nawet mieszkańcy gór lub nadmorskich krajów względnie stepu, względnie puszcz – mieli nie tylko zgoła odrębny ogląd, ale też dostęp do praktyk. Gdy Hildegarda kładła nacisk na orkiszowy chleb i wytrawne wino, miejscowy świetny riesling, dla harmonii duszy, bliska odkrycia, że „popędy biologiczne, stan ciała oraz emocje są niezbędnymi elementami w podejmowaniu decyzji i myśleniu”[22], także kreatywnym myśleniu, co czyni ją dziś w naszych oczach tak światłą, to chłopi, których, powie Leśmian, „dusza z niczego zrodzona nad jarem”, w jej dobrach żuli oczywiście czarny chleb z grubo mielonej grochowej mąki, a po robocie w jej winnicach pili kwaśne wytłoczyny; za wyniesienie ukradkiem miarki tegoż orkiszu odrąbywano im ręce. Zresztą, przywołam za prof. Dorotą Heck uwagę Michała Fostowicza, ważną w odniesieniu do Sonnenberg: „Wolność mędrca, wolność od czasu, […] jest w istocie wolnością od własnego Ja, wolnością od ograniczonej tożsamości czyniącej człowieka rzeczą pośród rzeczy. Wolność oznacza po prostu nieograniczoność. Nie w sensie porzucenia warunków i zerwania więzów, tylko w sensie duchowej partycypacji w tym, co więzy i warunki przekracza, co jest z natury swej nieskończone”[23]. Wolnością poza albo-albo, a tylko poprzez i-i, jak skropliła filozofię autora tych słów prof. Heck. Antynomia zbawienie-potępienie to właśnie przykład postawy odwodzącej od wolności, kiedy otwartą kwestią pozostanie już tylko, co uzna ktoś za „zbawienie” albo „piekło”, albo „zakatowanie”, jak też kipi w wywiadach z Sonnenberg. Powtórzę: cóż Sonnenberg łączyłoby z Hildegardą, ale i metafizykami, z Lao Tse czy kimkolwiek, kogo na przestrzeni lat nazywa swoimi mistrzami, duchowymi braćmi, kochankami itp.? Płynna niejasność? Rekwizyty? Leksykon? Więź z Fostowiczem podsumowała sama z okazji sympozjum poświęconego jego pamięci: „kiedyś napisał do mnie: nie sprzedawaj mojego nazwiska w kramiku z poezją. Ja odpisałam mu: odkąd nie używam twojego nazwiska wiersz dużo lepiej się sprzedaje”[24].

 

Sakralną sensualnością średniowiecza rządziły przemożne, obalające z nóg kratofanie. Dlatego skądinąd traciła na znaczeniu rzetelność przekazu; treścią przekazów była Moc, a nie historia. Dominus (Hildegarda woli tę formę od Deus) przywódców to pan oraz wódz wieczystej wojny ze złem; Bóg plebsu przeistacza się w dobrego pasterza. Bóg kobiet to mama i orędowniczka. Reguła zakonna izolowała dopuszczanych do życia Bogiem, po ich ubezwłasnowolnieniu ślubami posłuchu, od zagospodarowywanej reszty ludności, której wolną wolę, sumienie, myślenie i prawo do Łaski traktowano ze zgorszeniem, wręcz odrazą.

 

Sonnenberg sprawia wrażenie podzielać ten pogląd. Od pierwszych chwil – później już tylko kompletuje argumenty. Zgaduje „osamotnienie” zakonnicy pośród sióstr zgromadzenia, zarazem ból („żałobę”) po opuszczonym świeckim świecie. Tam, gdzie o Bogu napomyka, kreuje grube, gnilne, konfliktogenne sytuacje męsko-damskie, ma opór przed uśmiechniętym życiem na sposób monastyczny, to jest pojedynczy albo pozakonsumpcyjny. O samej sobie z zapałem mówi jako o wygnańcu, wręcz jak owo średniowiecze, które od zarania opłakiwało raj komfortu utraconego wraz z cywilizacją, które galwanizowało antyk elektrodami racjonalizmu. Odrodziło więc boże Imperium jak w jajku brunatny ślad po kogucie, tym wszakże różniąc się od antyku, że łączyło barbarzyństwo już nie z bezprawiem, a ze słabością ofiar, ze zbędnością odmiennych myśli. Uklękło przed glorią majątku i prawem do bezprawia. Wyzuło miasta ze swobody teatru, kultów i debat na agorze, czyniąc je miejscem produkcji. Wygnanka w boa z różowych sztucznych piór Sonnenberg galwanizuje utracony jakowyś raj konsumpcji „dziadków za wielkim stołem lasu i rodziców takich jacy byli zanim przemoc odebrała nam wszystko” elektrodami swoich wierszy o swoich wierszach.

 

„Ludzie mi się kojarzą z gorszą odmianą sprzętu”[25]. Urzekła ją koncepcja sakralnego Zamku nad sakralnym podgrodziem – elitaryzmu, ekskluzywności z mandatem do bezprawia wobec zagospodarowywanych – „parszywej masy”[26], także o ileż subtelniejsza sztuka tworzenia dystansu za pośrednictwem muzyki, zmieniającej wszystkich poza kompozytorem, bo wykonawców równie jak słuchaczy, w instrumentarium: „…ja stronię od wszystkiego, co wiąże się z tłumem. Jestem indywidualistką i wierzę tylko w siebie i w swoją sztukę. Nie znoszę tłumu, motłochu, plebsu, od dziecka brzydziłam się czymś takim. Zawsze czułam się na Ziemi jak książę. Można nawet powiedzieć: ‘jak książę ciemności’, jeśli to komuś sprawi przyjemność, a mam nadzieję że są tacy”[27]. Najwyraźniej nieświadoma tego, jakich pigmentów dosypuje sobie do palety, jak bardzo zero-jedynkowo względnie ksenofobicznie, zamordystycznie widzi „brane za mordę” swoje i cudze życie[28].

 

Zawsze trzymałam się z boku, na dystans i nie lubiłam się spoufalać. Nie miałam przyjaciół czy znajomych, a jeśli – byli to ludzie zawsze dużo starsi ode mnie. Tylko tacy ludzie mi imponowali i potrafiłam w nich znaleźć odpowiednich partnerów do rozmów i przebywania. Facebook przez jakiś moment stał się ważny dla upowszechniania mojej poezji, ale niestety od jesieni tamtego roku mam zablokowany dostęp na mój profil. Tak że wynika z tego, że to nie ja lubię obserwować ludzi, a raczej ktoś lubi obserwować mnie i posty jakie umieszczałam na Facebooku. Blokada trwa już jakiś czas, ale też jakoś już nie zależy mi na tych facebookowych prezentacjach artystycznych. Niekiedy kieruję się takim założeniem, że jeśli ktoś wykonuje jakiś gest w moją stronę, nawet negatywny, należy to pozostawić samemu sobie. Dlatego też jakoś nie histeryzuję, że nie mam już tego obszaru, jakim był Facebook, i że już niestety nie pozwala mi się umieszczać postów z moimi wierszami i zdjęciami dla moich czytelników. Dzięki temu zyskałam około 5 godzin więcej w ciągu dnia, bo tyle mniej więcej przebywałam codziennie na Facebooku. Facebook przez jakiś czas był wielką przygodą, pamiętam jeszcze w sobie te emocje dzielenia się z czytelnikami tym, co aktualnie przeżywałam, tym, co stanowiło dla mnie największą wartość, tym, co miało moich czytelników naprowadzić na wolne i prawdziwe myślenie[29].

 

Internet. Cóż, to forma zbiegowiska, gdzie gawiedź podniecana rasizmem ducha depcze się w imię robociarskiego kto kogo.

 

A muzyka – czy też raczej jej brak w życiu osobistym? Pianino zawalone sukienkami, butami, niedopałkami, kartonami z zupą. Sonnenberg, tuż po dyplomie fortepianu znienacka pozbawiona szans na sukces pianistyczny[30], zdawała sobie sprawę, że niedosiężna egzorcystka Hildegarda, ta nowa Lorelei, namiętnymi kazaniami gromadziła tłumy na miejskich placach, rugała biskupów, strofowała skłóconych antypapieży; starzejącego się Anastazjusza IV napominała: „Człowieku, który siedzisz na papieskim tronie, gdy nie odrzucasz zła, znosząc je milcząco w złych ludziach, gardzisz Bogiem samym”[31] – nie mniej stanowczo cesarza Barbarossę. Wpływała zatem na „wszystkich”, co obecnie odruchowo mieni się „charyzmatycznością”. Owszem, poeci jej pożądają, Sonnenberg nie jest wyjątkiem – jej ikona Poety idzie w parze obok poety-Ofiary jak Orfeusz. A jednym z charyzmatów władzy jest seks, dostęp mianowicie do „każdego” i „przekraczanie granicy”. U Hildegardy da się wypatrzeć potencjalną saficzność: oto bowiem, gdy jej nieodłącznej sekretarce, margrabiance Rychardis von Stade

 

arcybiskup Hartwig [brat Richardis – UMB] zaproponował funkcję przeoryszy w innym klasztorze, Hildegarda pisała doń listy nie szczędząc słów ostrych i nawet obraźliwych porównań, skierowała stosowną prośbę do papieża Eugeniusza, niestety bez skutku. Ryszarda, idąc za głosem ambicji przyjęła awans i odeszła. Wkrótce pożałowała. Jej śmierć była nagła. Przetrwał znamienny okrzyk Hildegardy: Bóg „Nie chciał więc oddać swej ukochanej rywalizującemu oblubieńcowi”[32].

 

Jej własnej śmierci towarzyszył znak na niebie: zawisłe nad klasztorem ułożone w krzyż dwie tęcze. New Age po prostu, w pigułce. Płyty kompaktowe z muzyką Hildegardy można nabyć w księgarniach LGBT, w sklepikach zdrowej żywności i magii ziół, a nie tylko tam, gdzie sprzedaje się książki religijne. I w rzeczy samej, Sonnenberg na łamach „Studium” i „Zadry” zamanifestowała się pod sztandarem wyzwolenia… miłości – „mój gniew jest nadludzki tak jak moja miłość”. Tu sięgnę po inne nieco ujęcie, skoro bycie kreskówką, wampirem, królową, hologramem itd. daje prerogatywy nadwrażliwym, a wszak myślącym transakcyjnie; dla jasności: młodziutkie osoby mają powab i dowolnej zgoła płci, i autoerotyki:

 

[…] Nie mogła oderwać wzroku od stóp jasnowłosego chłopca
w Paryżu
Ci wszyscy mali chłopcy z których chciałaś spić blask wolności
Ten jeden mały chłopiec za dwa księżycowe kamyki podarował ci
siebie na jedną noc
Potem odchodził długo z wyczuciem każdego niuansu tęsknoty
Ta naiwna wiara w zwycięstwa wojny podboje
Marzyciele
Rysują kwiaty na ścianie domu dla ukochanej dziewczyny
Te na serio ustawiane barykady potyczki z bezlitosnym ciosem
Codzienności
To szukanie bratniej duszy upijanie się z każdym
Bezsenne noce małych chłopców gdy wychodzą na balkon
by patrzeć na księżyc
Sentymentalne Julie szukające w sobie prawdziwego kochanka […][33]

 

Przy takich piruetach serca lodowa tafla sztuki-lustra pod ciężarem baletnicy Sonnenberg zapada się w przeręble. Bo kiedy faktycznie mrą całe rzesze, to najbardziej pospolitym uczuciem jest właśnie obrzydzenie do „reszty” „w tym więziennym chlewie” (Droga) – chlew skądinąd bywał miejscem, gdzie śnili, choćby w takiej archangielskiej obłasti, jacyś śmierdzący skazani na ciężkie roboty Brodscy, albo padali ze zmęczenia na chłopskiej słomie Miłosze na drodze z Wilna zajętego przez Armię Czerwoną do Warszawy. Więzienny chlew tak, to brutalne wyrażenie. W każdym społeczeństwie jest jakaś część ludzi, którzy lubią przemocowość słowną i coraz śmielej to pokazują. Lub pytają jak Sonnenberg w kawiarni Empik w 1992 roku, czemu właściwie ci pisarze tracą czas na jakąś politykę? Mówię o stadium, jakie prof. Radosław Markowski zwie patologiczną normalnością – normalne patologie pozostają marginesem; w patologicznej normalności przyzwoite postawy są wyjątkiem, piętnowanym, a w najlepszym wypadku mijanym jak napuszona ekstrawagancja, jak heroizm dla rozrywki produkowany w Hollywood. Innymi słowy, normalność patologiczna kopniaki samolubstwa nazwie subtelnością, ba, przywoła filmy Quentina Tarantino: choreografia tanecznych ciosów. Ciosów w świat. Wersety jak pociski wystrzeliwane z klawiatury. Synonim piękna, kiedy przeświadczeni o własnym czystym pięknie biorą się wzajem na celownik.

 

Klosz mentalny, o jakim mówię, izolował od sakralnego fermentu w XII wieku, choćby powodowanego przez katarów: oglądani przez klosz stają się teoretyczni. Podobnie mętnieją idee określane w uproszczeniu „ponowoczesnością”. Są dlatego po-nowoczesne, gdyż odkryły toksyczne złogi u samych fundamentów kultury: ześrodkowanie uwagi na człowieku i na „ja”, na konflikcie, na wydajności. Pozornie uświęcona jednostka – teoretyczna dla patrzących spod klosza teorii, czy też w kloszu doskonała pia discipula – nie może, nie wolno jej i nie jest w stanie sięgnąć po owo „non possumus”, jakie katarzy wypowiedzieli ekonomii politycznej sacrum, łączeniu sacrum z triumfem cywilizacyjnym, czyli wszechobecnością medialną w czasie i przestrzeni i bycie daniem pierwszej konsumpcyjnej potrzeby. Dlaczego właściwie Hildegarda nienawidziła katarów, przeciwników wzrostu konsumpcji? Dlaczego ten rodzaj nienawiści nie wykluczał się z upoezjowaniem cnoty miłości, a został dopuszczony do oficjalnego kultu? Osobno – dlaczego w Hildegardę narcyzm miękko się wtopił, jak dowiodła ta dająca… poetce stopień naukowy rozprawa u, powtórzę, jednego z najbardziej szanowanych w kraju metafizyków?

 

Narcyzm to strach. To zespół cech osobowości, jaki opiera się na systemie dobry-zły, czarny-biały, przy jednoczesnym zbywaniu innych ludzi, uteoretycznianiu ich bądź adorowaniu. Uwodzi proklamacjami absolutu. Kościół długo nie chciał jej kanonizacji, ale bynajmniej nie dlatego, że zgromadziła Hildegarda w klasztorze Eibingen kolekcję relikwii, w tym głowy św. Guduli, św. Berty z Bingen, św. Waleriana i św. Wiperta, ani że poparła rzeź katarskich miast i wsi, że powołując się na wizje, nazywała katarów zwiedzionymi przez Diabła[34] tudzież legionem Diabła, które to połączenie sublimacji z bezdusznością cechuje często ludzi z nerwem artystycznym. Co oczywiście nie umniejsza wspaniałych kompozycji ani wersetów, w których Duch okazuje się Pasem cnoty honoru i Drogą, która wszystko przenika, muzyka Żywą Światłością, a Piekło światem „bez muzyki”; Volnar pisał: „Któż by się nie dziwił, że ułożyła ona pieśni o słodkiej melodii i cudownej harmonii?”. Ano, klosz czasem tworzy świetną akustykę, ogłuszając zarazem na sygnały spoza. W wypadku Sonnenberg czysta nuta tylko wyjątkowo przekracza granicę wersu – już w następnej linijce załamuje się, piszczy, gubi wątki. Po prostu owa Droga jest w bezpośrednim doświadczeniu czymś, co osobliwie spłaszcza się w imitacjach. Zionie strachem. Grubieje do obłędnych skrzeków i operetkowych arii: któż tak pięknie składałby długopalce upierścienione dłonie do modlitwy? Czyż Duch nie odczuwa onieśmielenia na widok wysmukłej wymagającej kobiety o tajemniczej psychice, która potrafi prychnąć „Ty mnie w ogóle nie rozumiesz!”? A wtedy „Bóg daje do ręki cyrkiel i mówi: Teraz ty. Spróbuj jeszcze raz”[35]; aczkolwiek nie wiadomo, czy każąc wykreślić ezoteryczne kręgi, czy – wbić, niczym prosto w serce ostry francuski obcas. Na pytanie, które pojawiło się w wywiadzie dla „Eprawdy”: „Jesteś religijna? Chodzisz do kościoła? Co sądzisz o Papieżu Polaku — w świetle nowych faktów, podnoszą się krytyczne głosy, że Jan Paweł II nie zasługuje na status świętego, ponieważ kazał kryć afery pedofilskie wśród księży?” – Sonnenberg odpowiadała:

 

Właściwie to bliżej mi do tych pedofilii kościelnych niż do kościołów. Właściwie to bardziej rozumiem pedalstwo kleru niż te ich mury kościelne. Bo w sumie nie wiadomo, kto bardziej zasługuje na czułość mury kościoła czy pedały kościelne, instytucja gkościoła czy pedofile z trzęsącymi się rękami na widok ślicznych małych dziewczynek w kątach krucht. Ale nic mi do tego — na pewnym etapie mojego życia odrzuciłam religię katolicką i kościoły. Nic mnie już nie łączy z katolicyzmem i z kościołami, z ich problemami i grzechami. Ja nie jestem spowiednikiem kościoła katolickiego. Zresztą z tą pedofilią to chyba jest różnie[36].

 

Ba, rozmówca nie pytał, czy aby każdy jeden katolik względnie kapłan dopuszcza się tej podłości. Otrzymał mętny frazes. I, przy okazji, osłupiające przeświadczenie, że istnieją jakieś grzechy „katolickie”, że wystarczy nie być (nie czuć się) katolikiem, aby dostać moralną carte blanche. Sonnenberg tedy identyfikowała się z wybitną katoliczką, wybitną umysłowością. Promotor, co sama podkreśla na swojej stronie Google’a, och, poczciwy serdeczny znajomy, rocznik skądinąd 1933, doktor honoris causa Akademii im. Karola Szymanowskiego w Katowicach (2019), meloman pielęgnujący związki z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim, kawaler jednego z najwyższych odznaczeń przyznawanych osobom świeckim za aktywność w dziele apostolskim, skwitował jej dezyderat w czasach mody wszak na wzniosłe religijne nuty: „to jest nowoczesna poezja”.

 

A teraz sama w sobie poety, orfika, filozofa, piesków przydrożnych na każdej via Domini, mijanych przez karawany bywałe w świecie – wolność myślenia…. Już jako kobieta dobiegająca pięćdziesiątki, w 2015, po nominacji do Nagrody Orfeusza, zapytana o bliskie jej zjawiska estetyczne, Sonnenberg powie: „No, Ingarden, oczywiście, a to dlatego, że byłam uczennicą prof. Władysława Stróżewskiego, ucznia Ingardena. On był promotorem mojej pracy magisterskiej. I trudno, żebym odstąpiła od tego kierunku [podkr. UMB] […] Z racji studiów filozoficznych orientuję się w tych koncepcjach, natomiast nigdy nie zakładałam, że jakaś mi się podoba na tyle, że będę pod nią pisała”. Mówi poetka o użytych teoretykach piękna lecz o żadnym z dzieł albo zjawisk pięknych. W rozmowie z „Eprawdą” czytamy:

 

Ja w ogóle nie lubię sztuki wytwarzanej przez ludzi. Uważam, że to zbyteczny produkt pseudo uczuć, udawanego przeżywania świata i ludzi oraz ubogiego obcowania z wewnętrznym ja. To mnie nie obchodzi, te wszystkie ludzkie próby i usiłowania dotarcia do miejsc dla ludzi zakazanych i przesłoniętych. Do obszarów, gdzie mieści się to prawdziwe piękno. To, co robią ludzie to dla mnie nie jest sztuka tylko jakieś mierne próby robienia sztuki. Zresztą o tym też pisze Platon w którymś ze swoich dialogów[37].

 

Tyle że w Planeta. Historia wierszy 2 zaklinała się: „Brodski stał się moim nauczycielem. Uczyłam się poezji na jego wierszach. Godzinami czytałam go i marzyłam by kiedyś być taka jak on. To znaczy tak doskonale operować językiem. Tak jak on umieć posługiwać się emocjami”.

 

Ale dlaczego posługiwać emocjami zamiast czuć? Na marginesie perfekcji władania językiem?… Miłosz pytał, czy umiemy, tak jak Brodski, czcić naszych poprzedników, czy tylko wydziwiać i kąsać.

 

Pupilka Mistrza zaczyna postrzegać się w roli larwy mającej stać się motylem, opiekun zaś swoistym paziem królowej. Takie skojarzenia przemykają, gdy patrzę na jej bajkę „dla zakochanych” (2006), gdy otwieram Hazard, a w nim wiersz Wstęp: „Jestem małą dziewczynką w białej komunijnej // sukience Biała // komunijna uniosła się Moje uda // Czy to są moje uda? W kościele dzwonili // na Anioł Pański Pisałam pamiętnik czarnymi kulfonami na różowych kartkach Kocha lubi // szanuje nie chce nie dba żartuje Kocha”. W roku 2015 Sonnenberg powie w rozmowie z Pawłem Kaczorowskim: „To bardzo dobry wiersz… Później, po przyjeździe z Paryża, zrobiłam parafrazę i napisałam wiersz: »Jestem przeklętą dziewczynką w czarnej sukience«…”[38]. Na pytanie wprost, czy – jako „ikona lesbijskości” czuje się lesbijką, Sonnenberg odpowiada: „Bardzo często piszę teksty liryczne do kobiet, ale też nie lubię zamykać się w swojej płciowości; uważam że pisanie jest przekraczaniem pewnych granic. Pisząc, trzeba przekraczać granice emocjonalne, duchowe, fizyczne, a nawet granice samego siebie. I tutaj przekraczam granice swojej płciowości. Poza tym tomik Planeta był bodajże pierwszy tomikiem lesbijskim w Polsce!” A na uwagę: „Stałaś się figurą, którą środowiska związane właśnie z gender, z emancypacją, z różnymi innymi prądami – zaczęły się legitymizować, podpinać pod twoją twórczość, używać ciebie jako ikony”, odpowiedź poetki: „To prawda. Do tej pory w kanonie lektur lesbijskich są moje książki: Kraina tysiąca notesów Planeta. Płonący tramwaj też mógłby się tam znaleźć… Moje wiersze mają się też ukazać w Europejskiej Antologii Poezji Lesbijskiej w tłumaczeniu Tatiany Jamnik”[39]. Z całą pewnością nie ma w tej wypowiedzi śladu uczuć. Szukam punktu oparcia. Nie przecząc samym w sobie pragnieniom ani możliwościom transgresywnym, dobrze jest brać pod uwagę, że, wedle twórcy teorii transgresji, Jana Kozieleckiego: człowiek, który wykracza poza typowe granice działania, tworzy nowe struktury bądź niszczy te już ustabilizowane. Co zresztą dotyczy także kultur: każda z nich okazuje się swoistą transgresją: przedstawia jakieś ograniczenia, wypiętrzenia, tąpnięcia – ale i wynikłe z nich perspektywy lub sprawności. Historia nie tyle ostrzega i podsuwa rozwiązania, co najzwyczajniej oswaja, iż błądzić można na n sposobów. Obaliwszy zmurszałe systemy, rozwiązuje się problemy dotychczas nieuleczalne, płacąc za to utratą zdolności wcześniej posiadanych. A zatem istnieje cała gama artystycznych rezultatów, zresztą i cała gama domniemywań na ich temat. Postmodernizm to tylko kolejny w dziejach renesans, pakiet umownych póz, jakimi zastąpiliśmy idee, i nie ułatwia odróżnić „dysfunkcji” mistycznych od dysfunkcji narcyzmu, przynajmniej w sztuce. To też łączy patologiczną normalność z Hildegardą-uzdrowicielką, egzorcystką, a wykwitło w zbiorze esejów Moi papierowi kochankowie z 2016, pełnym wytartych frazesów w rodzaju „Dlaczego? Dlaczego? Ale sztuka niekiedy nie ma odpowiedzi!”, gdzie Sonnenberg na załączonym zdjęciu wystąpiła w męskim garniturze, pod krawatem, jako Androgyn, co pozwala traktować kobiecość… po męsku. Nazywać dziełka swoich fanek „bękartami”.

 

Skoro szukam ciągłości lirycznego ja, włączę oczywiście i Hildegardę do grona papierowych kochanków: Stróżewskiego, Fostowicza, Brodskiego, Kaliguli, Leonarda, Michała Anioła, Rimbauda, Warhola, Cocteau; tę menażerię na pokaz i tak już Sonnenberg uatrakcyjniła oszalałą w puszce jaszczurką z przyprawioną sztuczną brodą oraz snem w ramionach szkieletu. Rozpoczęła eseje zdaniem, iż „sztuka pożąda i odrzuca”. Otrzepana ze złota Renu, z kościelnych i akademickich, tak jak zresztą pianistycznych zbędności, chce być teraz z kolei do łez pożądaną wybranką… miernoty chciejstwa, Sztuki mianowicie, wedle jej własnych słów.

 

U zaprzątniętej habitami-sukienkami-wachlarzami Sonnenberg Bóg czy artyzm ma w sobie coś posępnego: jest odmianą spoliczkowania męskości. Nie wolno mężczyźnie pominąć, zbagatelizować żadnego z wdzięków duszy kobiecej, nikomu niczego w jej wierszach, a wszelkie wątpliwości mają przemawiać na jej korzyść. Przypomnę Camillę Paglia, nadto Barbarę Sukovą, grającą Hildegardę, ale też i Hannę Arendt oraz Różę Luxemburg, ponieważ feminizm ma, najogólniej mówiąc, dwa odcienie: lesbijski i polityczno-filozoficzny. Ewy Sonnenberg erotyki?

 

Każdy poeta powinien mieć swoją księżniczkę. Ja swoją poznałam w Paryżu. Muzy muzami, ale księżniczka to rzecz konieczna. Bez miłości jest zimno. Po prostu zimno. Świat rozbiera się przed nami do szkieletu. Jego biel jest oślepiająca. Budzi niepokój i lęk. Wszystko takie nieporuszone w swoim chaosie. Miłość porządkuje świat. Nadaje kolejność każdemu gestowi. Zupełnie jak w japońskiej Ceremonii Parzenia Herbaty. Zdecydowanie jestem za miłością. Jakby delikatny śnieg otulał wszystko co wokół nas. Zmienia się perspektywa miasta. Daleko blisko jest jakby jednym. Bez miłości wszystko jest takie oczywiste. Bez cienia wątpliwości, że może zaistnieć coś więcej, bardziej, mocniej. Świat bez miłości jest płaski nie ma w nim głębi. Nadaremnie próbujemy tworzyć historię swojego życia. Tak, to właśnie z nią tworzyłam historię swojego życia. Może właśnie wtedy gdy czekała na mnie w bramie przemoknięta na deszczu. Stała i czekała a deszcz padał i padał. Czekała. Patrzyła nieruchomo przed siebie. […] Paryż dodawał pikanterii do całej sytuacji. To na moście Pont Royal przyszły mi do głowy pierwsze frazy wiersza Współczesna wersja kuszenia z tomiku Płonący tramwaj (2001). Na tym samym moście odczułam, czym jest pocałunek księżniczki. Delikatny i zaczepny w sam środek policzka. Może stąd wiersz składa się z kilkudziesięciu anafor zaczynających się od słów zgrzesz… Ale my grzeszyłyśmy tym, że zbuntowałyśmy się wobec czasu. Że nasza przyjaźń nazywałyśmy „słodką obietnicą”. Że pomimo różnicy wieku tak samo odczuwałyśmy świat i byłyśmy tak samo szalone. Że wszystko mija a my wbrew temu we dwoje byłyśmy jak wieczność. Czułam się jakby ulice Paryża były budowane z myślą o nas. Jakby niebo runęło na ziemię i porwało nas do siebie. Wszędzie błękit, błękit oczu, błękit słów, błękit dotyku. Dobrze mi było z tym błękitem. Czułam się jak u siebie. Jakbym wreszcie dotarła do swojego lądu, który nazwałam Nowym Lądem Mentalnym[40].

 

Brr. Pełne tkliwości, liryzmu zawołania to świadome lub bezwiedne cytaty z osób cokolwiek od Sonnenberg wrażliwszych. Dziewczyna na wariacko wysokich obcasach, która czyni z wierszy, użyję jednej z jej najlepszych metafor, rozchylaną przez zafascynowanego czytelnika waginę, trwa, tu nie ma wątpliwości, w miłości do siebie wyłącznej, zazdrosnej, zaborczej („Chcę być jedyną dobrą osobą na świecie” – rzucała do „Eprawdy”), w zawziętej walce bez przeciwnika. Namiętne przekonania rzadko, bo rzadko, ale układają się w mocne hasła, w rodzaju: „Polacy, wstydźcie się za to, co uczyniliście Żydom!”. Sonnenberg utrzymuje, że zamknięto jej blog za te poetyckie słowa. Ba, poprzestała na pustym wykrzykniku, przemilczając, że nigdy nie wystąpiła w obronie hejtowanych żydowskich lub tęczowych kolegów po piórze. Lapidarnie, choć w innych pojęciach, wyraził to Zbigniew Mikołejko: „…ci, którzy mówią ’moja chata z kraja’ i którzy stanowią ogromny ‘zasobnik’ ludzi o złych odruchach kulturowych, politycznych i moralnych […]. Rozpoznamy tych osobników po tym, że w sondażach odpowiadają: nie wiem, nie jestem świadomy, nie słyszałem. Są radykalnie partykularni, radykalnie egocentryczni, niczym ławica drobnych, drapieżnych ryb”[41]. Konsumpcja to metabolizm, przekształcanie w odchody – „moje wiersze są jak odchody Buddy”. Tworzy wciąż jeden wiersz-rzekę, strumykami różnych napięć, nadziei, newsów, hitów, konfliktów, wciąż z wycofanym doświadczeniem – przy pracy nad tekstami nadal wynajmuje usługi polonistów: daje im bruliony tekstów do dokonania skrótów, nawet przebudowy utworów. Sonnenberg notuje hurtem. Taka sztuka, taka literatura, jest tworzeniem świata wspak. A w okresach upadku kultur, zauważał Piotr Kuncewicz, lawinowo przybywa dzieł, zresztą nikt, włącznie z redaktorami, wydawcami, autorami, nie odróżnia ekstremów od marazmu. Wydawanie tomików poetyckich staje się oczywiście aktem rozpaczy lub zidiocenia. Proszę tego nie odbierać jako ponurej prognozy. Poezja triumfuje – lecz śpiewana, steatralizowana, poeta wskakuje na estradę, która elektryzuje silniej niż ołtarz w kościele. Celebrans i bóstwo jednocześnie, otwarcie zwane właśnie idolem, przy sztucznych wzmacniaczach ekspresji, „Tak, jakbyś walczyła ze sobą” – otóż na Facebooku Sonnenberg faktycznie tańczy, przegina się, szepce o możliwości własnej śmierci, zaprasza do reality show. Do filozofii „niepojętej – dla was”; uwodzi chwilami świetnymi bez wątpienia wybłyskami fake-bystrości: one błyszczą jak psychodeliczne barwy plastikowych towarów. Mają wszelkie dane, aby „zaistnieć” – pod warunkiem wyprowadzenia w unerwioną przestrzeń estradowego wykonania. Środków niewerbalnych. Są w pewnych swoich frazach zbyt onirycznie czyste, ponadto zbyt lepkie, sądząc z ilości powtórzeń zaimków jamoje w każdej już wypowiedzi, aby oczekiwać, że autorka wyrazi jakieś myśli, a nie wyłącznie jęk, iż jej unikalne, bezcenne ego „wszyscy depczą”. Weszła w nurt bezpowrotny, ku własnemu nieodpłakanemu dzieciństwu w kloszu, w jakim trwa nie krzyk dziecka, ale matki, jak wymknęło jej się w jednym z wierszy. Oddaje więź nie tyle z Muzami – inspiracją, co z Pięknem – produktem. To oznacza imitację skowytu na milionach winylowych płyt sztuki rozpaczy, których wielkie fotografie zdobią Times Square. Uśmiechnę się do poetki wierszem Bursy:

 

[…]
Gdy będziesz siedział na Brodwayu
w barze piękniejszym niż oczy szatana
spytają cię niezawodnie
czy twój ojciec pali fajkę
wtedy odpowiedz z uśmiechem
Yes, my father smokes the pipe
Widzisz
jak to będzie cudowne[42]


[1]    „Salon Literacki” 2017, Internetowa Gazeta Literacka, http://salonliteracki.pl/new/new/prezentacje/869-ewa-sonnenberg/.

[2]    E. Sonnenberg, „Schizofrenia” limo i szach mat Project, „Helikopter” 6/2015, https://opt-art.net/helikopter/6-2015/ewa-sonnenberg-szesc-wierszy/.

[3]    To metafora z wiersza Michała Fostowicza-Zahorskiego. Niżej wyjaśnię zasadność przywołania właśnie jego.

[4]    E. Sonnenberg, Świat miejscem prawdy, „Helikopter” 5/2013, https://opt-art.net/helikopter/5-2013/ewa-sonnenberg-siedem-wierszy/.

[5]    E. Sonnenberg, Świat miejscem prawdy (2012), „Helikopter” 5/2013, https://opt-art.net/helikopter/5-2013/ewa-sonnenberg-siedem-wierszy.

[6]    Do rejestru Doktorów Kościoła i świętych włączył ją w 2012 Benedykt XVI; praca Sonneberg powstała w klimacie wahań, we wciąż półoficjalnym kulcie i właściwej mu romantyce. Pracę Sonnenberg znam z jej opowieści, podobno zaginęła także na UJ.

[7]    Hildegarda udziela ślubu. Herezja w słuchowisku?, Portal Polskiego Radia, 1 marca 2015, https://www.polskieradio.pl/8/404/Artykul/1384794,Hildegarda-udziela-slubu-Herezja-w-sluchowisku.

[8]    We wspólnym felietonie Sylwia Chutnik i Grażyna Plebanek podniosły „problem z kobiecą twórczością – czy to spychanie do getta, podkreślanie unikalności czy wspólnota doświadczeń? A może kolejna pułapka generalizowania?”, „Polityka” nr 51 (3343), 15-20 grudnia 2021. Odżegnanie się przez Sonnenberg od swojej płci poetyckiej to albo głęboko uwewnętrzniony mizoginiczny slogan z czasów jej młodości, albo złośliwość wobec krakowskich środowisk feministycznych, za których guru wciąż się uważa, pomimo ich „zdrady”.

[9]    P. Semka, Hildegarda, czyli nieustająca tajemnica, „Rzeczpospolita”, A26-A27, 19-20 grudnia 2009.

[10]  Źródło: https://quotepark.com/pl/cytaty/1017158-josif-brodski-szepcze-zegnaj-lecz-komu-to-przekazac-nie-wiem/.

[11]  E. Sonnenberg, Wyznanie na cyfrowym nośniku pamięci. „Helikopter” 5/2013, https://opt-art.net/helikopter/5-2013/ewa-sonnenberg-siedem-wierszy/.

[12]  Przeł. A. Lam.

[13]  I. Budziak, Wstęp, [w:] Hildegarda z Bingen, Słowa pełne światła, Kraków 2011.

[14]  Takiego określenia użył infułat archidiecezji gnieźnieńskiej, profesor liturgiki, ks. Jerzy Stefański.

[15]  E. Sonnenberg, Dzieciństwo to nie zabawa, „Helikopter” 6/2017, https://opt-art.net/helikopter/6-2015/ewa-sonnenberg-szesc-wierszy.

[16]  W PRL obowiązywała zasada, iż każde środowisko ma prawo otrzymać od władz swoje łamy, a każda publikacja jest wynagradzana pieniędzmi albo karami, jeśli uznano ją za szkodliwą, nie było kategorii zbędności tego, co opublikowane. Po likwidacji cenzury znikły kary, pojawił się natomiast błyskawicznie rosnący obszar lotnych piasków zbędności, nie mający nic wspólnego ani z jakością literacką, ani „pożytkiem”, względnie „szkodliwością”. I nawet z rynkiem, bo zaniechano jakichkolwiek edukacyjnych i promocyjnych strategii wspierania czytelnictwa. Biblioteki i księgarnie pozbywały się klasyki, a luki na półkach uzupełniały np. pozycjami serii Harlequin. Nagroda im. G. Trakla dla Sonnenberg z kolei zbiegła się czasowo z Noblem dla Wisławy Szymborskiej, autorki sympatyzującej, ale nie utożsamianej z opozycją, co ożywiło aspiracje pisarzy niezaangażowanych („uniwersalnych”); właśnie wtedy Sonnenberg przenosi się na stałe do Krakowa, gdzie już ignoruje jakiekolwiek więzi koleżeńskie z Wrocławiem

[17]  Brak telefonu i niemożność wezwania pogotowia były powodem śmierci Marka Garbali, podkreślał prof. Waldemar Okoń we wrocławskim Kalamburze.

[18]  K. Rudowski, list do mnie.

[19]  Anty-Edyp. Kapitalizm i schizofrenia, Gilles Deleuze & Félix Guattari, przeł. T. Kaszubski, Warszawa 2017, https://docer.pl/doc/sx5esse.

[20]  J. Tuwim, Poezja. Wiersz ten powstał w latach 1914-16.

[21]  E. Sonnenberg, Rytuał przeżycia czyli jak się zostaje wampirem, https://milosc.info/ewa-sonnenberg/rytual-przezycia-czyli-jak-sie-zostaje-wampirem/.

[22]  Pogląd profesora neurologii behawioralnej Antonio Damasio, [w:] T. Witkowski, Umysł zjednoczony, „Polityka” nr 50, 8-14 grudnia 2021.

[23]  M. Fostowicz, Świat bez prawdy, wyd. II popr. i poszerzone, Wrocław 2009, s. 206.

[24]  E. Sonnenberg, PLANETA. Historia wierszy 18, http://www.wforma.eu/planeta-historia-wierszy-18.html. Uściślę: używanie nazwiska w znaczeniu powoływania się na osobę.

[25]  E. Sonnenberg, Czy trzeba przejść kwalifikacje, by być człowiekiem, „Helikopter” 7/9 2014, https://opt-art.net/helikopter/7-9-2014/ewa-sonnenberg-cztery-wiersze/.

[26]  „Salon Literacki” 2017, Internetowa Gazeta Literacka, http://salonliteracki.pl/new/new/prezentacje/869-ewa-sonnenberg/.

[27]  E. Sonnenberg, Moja poezja jest czystym pięknem – wywiad, „Eprawda” 2020, https://www.eprawda.pl/ewa-sonnenberg-moja-poezja-jest-czystym-pieknem-wywiad, ortografia oryginalna.

[28]  Zob. „Salon Literacki” 2017, Internetowa Gazeta Literacka, http://salonliteracki.pl/new/new/prezentacje/869-ewa-sonnenberg/.

[29]  E. Sonnenberg, Moja poezja…

[30]  Gdy została potrącona przez samochód, musiała poddać się długiej rehabilitacji ręki. To właśnie zdarzenie sprawiło, że powstał zacytowany tu wiersz o stawaniu się wampirem.

[31]  J. Kracik, Kruche narzędzie słabej płci, „Tygodnik Powszechny” 24 listopada 1998.

[32]  A. Walkowska, Życie i działalność św. Hildegardy z Bingen (1098-1179), „Perspectiva”. Legnickie Studia Teologiczno–Historyczne, R. 4 (2005), nr 2. Przytaczam w moim streszczeniu.

[33]  E. Sonnenberg, A może gdy tańczył to jakby tańczył cały wszechświat, „Helikopter” 7-9 (2014), https://opt-art.net/helikopter/7-9-2014/ewa-sonnenberg-cztery-wiersze/.

[34]  List św. Hildegardy do Elżbiety z Schönau, siostry Ekberta, autora kazań przeciw heretykom w 1163.

[35]  E. Sonnenberg, Cocteau coctail. Dygresje, mity, opium i sztuka, [w:] tejże, Moi papierowi kochankowie, Wrocław 2016, s. 63.

[36]  E. Sonnenberg, Moja poezja…

[37]  Tamże.

[38]  P. Kaczorowski, Wielowątkowa rozmowa z Ewą Sonnenberg, http://dolnoslaskosc.pl/rozmowa-z-ewa-sonnenberg,673.html.

[39]  Tamże.

[40]  E. Sonnenberg, Planeta, Historia wierszy 4, http://www.wforma.eu/planeta-historia-wierszy-4.html.

[41]  https://wydarzenia.interia.pl/felietony/szubartowicz/news-obojetni-czyli-trzecie-plemie.

[42]  A. Bursa, Języki obce, https://www.biuroliterackie.pl/biblioteka/cykle/andrzej-bursa-jezyki-obce/.