Garnek z pogranicza

Wiesław Karliński

Garnek z pogranicza

Kiedy ktoś z Ukrainy przysłał nam zaproszenie, mama natychmiast przypomniała sobie o naczyniu związanym ze skomplikowaną historią rodzinnych peregrynacji.

 

Kochanej mamie poświęcam

 

To było bez mała pół wieku temu. Sowieccy celnicy na przejściu granicznym Szegini między Ukraińską Socjalistyczną Republiką Radziecką a Polską Rzeczpospolitą Ludową mieli prawdziwy problem z tym garnkiem. Stukali w niego gumowym młotkiem, rękojeścią śrubokręta i ebonitowymi pałkami. Dokładnie przyglądali się drewnianemu uchwytowi pokrywy, próbowali wyginać pałąk uchwytu, a spód drapali metalowym szpikulcem. Podejrzliwie wysłuchiwali wyjaśnień o tym, że to pamiątka rodzinna, wierny towarzysz rodzinnych wędrówek za chlebem, do lepszego świata, niemy świadek powrotów i przesiedleń. Pewnie nie bardzo wierzyli w moje barwne opowieści o kanadyjskich moroszkach, dzikim ryżu i kaszance z krwi karibu. Nie dawali wiary bajaniom o mołdawskiej mamałydze, rosyjskich pielmieniach czy konfiturze z zielonych pomidorów. W czasach, gdy zza wschodniej granicy wszyscy taszczyli olbrzymie kolorowe telewizory, szlifierki i wiertarki, odrapany stary garnek mógł sugerować jedynie podstęp, kamuflaż albo kpinę z władzy radzieckiej. Tym bardziej, że w owych latach krążyły rozmaite opowieści o cwanych polskich przemytnikach. Pamiętam powszechnie powtarzaną historyjkę o jakimś staruszku, późnym repatriancie. Granicę przekraczał jedynie z obwiązaną drutem rozpadającą się walizą. W środku miał sfatygowaną odzież, orzechy i zdjęcia rodzinne. Poważnie się nim zajęto, ale nic nie znaleziono. Już po polskiej stronie zdradził współpasażerom, że wspomniany drut wykonany jest z kruszcu wielokrotnie przekraczającego wartość paru telewizorów. 

 

*

 

Dziadek Jan opuścił rodzinę na Kresach w 1926 roku i na pokładzie RMS Carinthia wyemigrował do Kanady. Wcześniej w poszukiwaniu pracy oraz lepszych warunków życia z Galicji wyjechali jego dwaj starsi bracia. Choć mój antenat z wyróżnieniem ukończył gimnazjum w Kołomyi i nauczył się kilku języków, nie widział przyszłości w Michałówce. Na pograniczu polsko-radziecko-rumuńskim, tuż przy widłach Dniestru i Zbrucza, nie było perspektyw. Dziadek zdążył jeszcze z CK Armią przejść kawałek frontu wojny światowej i popracować dorywczo we Wschodniogalicyjskich Kolejach Lokalnych. Nadzorował remont istniejącego od końca XIX wieku odcinka Borszczów – Iwanie Puste. W międzyczasie ożenił się z Marią, córką pszczelarza z niedalekiej Giermakówki. Konflikty z macochą i namowy braci przyspieszyły podjęcie decyzji o wyjeździe. Ciężarną żonę zostawił pod opieką teściów i ruszył za Ocean. 

 

Podczas pierwszych lat pobytu w Fort Frances w zachodnim Ontario pomagał starszemu z braci na farmie, a potem w wybudowanej wspólnie mleczarni i sklepie spożywczym. Dość szybko postawił niewielki drewniany domek i zbierał pieniądze na bilet dla żony. Znów mieszkał na pograniczu. Tym razem w otoczeniu przybyszy z całej Europy i bóg wie skąd jeszcze. Farma leżała nad Rainy River – rzeką, za którą rozciągały się kukurydziane pola farmerów amerykańskiej Minnesoty. Sąsiednimi posiadłościami władali Szwedzi, Irlandczycy, Ukraińcy i Żydzi. Sam Fort trzy wieki wcześniej założyli francuscy voyagers, handlujący skórami, soloną rybą i runem leśnym. 

 

Babcia Maria, która z odchowanym już synkiem przybyła do Kanady kilka lat później, zastała nieźle wyposażoną kuchnię. Szczególnie doceniła duży, ale lekki i zgrabny garnek spełniający wiele funkcji. Z powodzeniem mieściły się w nim gołąbki dla całej rodziny, łatwo gotował się dziki ryż i można w nim było pasteryzować syrop klonowy. Dziadek używał go do gotowania rosołu z pardwy, zupy rybnej i parzenia kiełbasy z dziczyzny. Sagan sprawdzał się w wyprawach na jagody, maliny moroszki i po żurawinę. Sąsiedzi, często nowo przybyli imigranci na dorobku, chętnie pożyczali garnek na większe gotowanie. Do dziś pamiętam opowieści dziadka Jana o wielu pichconych w nim potrawach. Rozmaitych kluskach, polewkach, kuglu, czulencie czy kuleszy. Najbardziej zapadło mi w pamięć intrygująco brzmiące doppa i grytan. To nazwa szwedzkiego kultowego dania świątecznego, powszechnego w czasach, gdy na szwedzkiej wsi nie żyło się wiele lepiej niż we Wschodniej Galicji. Ugotowaną szynkę odstawiało się, by podać ją podczas najważniejszego posiłku, a rosół po niej nie mógł się przecież zmarnować. W Wigilię spożywano maczane w nim czerstwe pieczywo, dziękując Stwórcy za mijający rok i prosząc o szczęśliwe przeżycie przednówka. W tłumaczeniu na język polski potrawa nazywa się maczane w kociołku.

 

*

 

Opowieści wychowanego na pograniczu trzech krajów dziadka słuchałem w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Mieszkaliśmy wtedy u styku granic Opolszczyzny, Wielkopolski i Dolnego Śląska. Jeszcze kilkanaście lat wcześniej funkcjonowały tu placówki polskich i niemieckich pograniczników. Tu też po burzliwych latach wojny i przesiedleń dopiero rodziła się kulturowa i społeczna tożsamość. Do dziadka przychodzili ludzie potrzebujący tłumaczeń pism, pisania próśb, pomocy w szukaniu bliskich. Częste były spotkania rodzinne i pogawędki z sąsiadami. Jako rezolutny i żądny wiedzy o świecie malec cichutko siadywałem w kącie kuchni. Nie chciałem przegapić barwnych opisów stroju Bukowińców, żydowskich świąt albo węgierskich tańców. Potem w snach widywałem przemytników nad Zbruczem i Dniestrem, wąchałem rumuńską bryndzę, smakowałem pielmieni lub korowaje. Historie dziadka z Kresów przeplatały się z opowieściami o śmiejących się wiecznie Indianach, o połowach sandacza amerykańskiego albo nielegalnym handlu bourbonem. Jan był przekonujący, bo miał sporo doświadczeń i nie musiał zmyślać. Zawsze zaskakiwał humorem, a tylko czasem familiarnie bawił się łatwowiernością innych. Podczas pobytu w sanatorium w Szczawnie w latach sześćdziesiątych zakpił sobie z opryskliwej fizjoterapeutki. Poradził jej, jak w łatwy sposób polepszyć smak galarety z nóżek wieprzowych i zaskoczyć gości. Należało starzejące się zimne nóżki pokroić w grubą kostkę, obtoczyć w panierce, jak kotlety i podsmażyć na oleju z cebulką. Kobieta ponoć przez kilka następnych dni zajmowała się innymi kuracjuszami.

 

*

 

Kiedy dziadkom na emigracji urodziła się córka Eugenia, woda do kąpieli dziecka też była podgrzewana w uniwersalnym garnku. Moja mama z wielką sympatią wspomina to prozaiczne naczynie. Dorastając, nauczyła się przy nim niemal wszystkiego o gotowaniu. Pomagała hartować makaron, przyprawiać bigos, smażyć śliwkowe powidła i konfiturę z zielonych pomidorów. W 1935 roku kanadyjski garnek towarzyszył rodzinie w długiej drodze powrotnej do Europy. Na pokładzie SS Kościuszko noszono nim pitną wodę, sporządzano kompot z suszu, parzono miętę. Naczynie przydało się też podczas pewnego ludowego obrzędu, który miał wyjaśnić przyczynę notorycznego płaczu litewskiego niemowlęcia. Na zimną wodę przez ucho klucza lano roztopiony wosk, który po zastygnięciu miał ukazać kształt sugerujący przyczynę choroby albo powód strachu małego nieszczęśnika. Podczas długiej podróży pociągiem z Gdańska do Iwania Pustego garnek wykorzystywano do czerpania wody na dworcach kolejowych.

 

W nowym miejscu zamieszkania moich przodków, w Filipkowcach nad Dniestrem, naczynie nadal spełniało swe powszednie funkcje. Noszono w nim zupę dla młynarzy zatrudnionych przez dziadka, gotowano mamałygę albo syrop z dzikiego bzu. Bez uszczerbku przetrwało kilkuletnią zawieruchę II wojny światowej. Nieszczęśliwie garnek został zapomniany podczas nagłej repatriacji w czerwcu 1945 roku. Decyzjami kilku władców ówczesnego świata rodzina musiała po raz kolejny udać się w podróż. Poczciwy kanadyjski sagan był w tym czasie wypożyczony państwu Gaborom. Węgierscy sąsiedzi dziadków uznali go za idealne naczynie do przygotowania większej ilości zupy gulaszowej na zaręczyny córki. W Głuszynie na Opolszczyźnie, w nowym domu rodziny Domańskich, bardzo brakowało go babci i mamie. Jeszcze bardziej takie naczynie byłoby potrzebne, gdy Eugenia wyszła za Edmunda, przybysza spod Piotrkowa Trybunalskiego. Mój ojciec, były akowiec działający w lasach przedborskich, też lubił pichcić. Szczególnie udawały mu się prażucha, kućmok i żur na serwatce. Garnek z pewnością mogliby docenić nowi sąsiedzi rodziny – przybysze z Wołynia, spod Sieradza, lwowiacy i górale beskidzcy. Można w ciemno wymienić nazwy potraw, które by w nim przygotowywano. 

 

*

 

Niemal trzydzieści lat po wojnie ktoś z Mielnicy Podolskiej, miasteczka w obecnej Ukrainie, zaprosił nas do odwiedzenia ojczystych stron moich przodków. Jakiś Ukrainiec, potomek młynarza pracującego przed laty w młynie dziadka. Mama natychmiast przypomniała sobie o naczyniu związanym ze skomplikowaną historią rodzinnych peregrynacji. I rzeczywiście, wysłużony, ale wciąż sprawny kanadyjski garnek czekał na nas w Mielnicy Podolskiej, dokąd rodzina Gaborów przeprowadziła się po wojnie.

 

Dziś to całkiem zwyczajne siedmiolitrowe naczynie do gotowania zakupione lub podarowane dziadkowi przez rodzeństwo w odległej kanadyjskiej prowincji Ontario nadal jest w posiadaniu rodziny. Sto lat temu używane nad Rainy River, a potem na Atlantyku, nad Dniestrem, Widawą i w dziesiątkach innych miejsc warzy strawę kolejnym pokoleniom. Moja żona praży w nim kaszę gryczaną, smaży konfiturę z agrestu, piecze musakę i szkocką zapiekankę sheperd’s pie. Jeden z synów zabiera je na wyprawy jachtem, a drugi na dłuższe wypady wędkarskie. Ja kanadyjskiego garnka użyłem kilka miesięcy temu. Robiłem fotograficzną dokumentację przygotowywania tradycyjnego polskiego bigosu. Zdjęciami z tej sesji zilustrowaliśmy kulinarny rozdział książki poświęconej dziejom naszej rodziny. To wspólne dzieło potomków naszego pradziadka, Antoniego Domańskiego, syna popowstańczego banity z zaboru rosyjskiego, który na Podolu znalazł schronienie. Książka powędruje do Kanady, Wielkiej Brytanii, Francji, Irlandii, Singapuru, Stanów Zjednoczonych i kilku innych miejsc. Jeden egzemplarz z pewnością wyślemy do Mielnicy Podolskiej. Zawsze, gdy krzątam się przy kultowym garnku, nachodzą mnie rozmaite refleksje. Przygotowując bigos, zastanawiałem się, co w błąkającym się od stu lat po świecie naczyniu będzie gotowała moja jedyna wnuczka. Pizzę można kupić na każdej ulicy, frytki wszędzie dostępne w nadmiarze, a sushi to całkiem inna bajka. Jedyna nadzieja w tym, że za jakiś czas Matylda też stanie się sentymentalna.

 

Utwór zdobył 2. nagrodę w 23. Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Eugeniusza Paukszty „Mała ojczyzna – pogranicze kultur”, Kargowa 2022.

Spis treści