Iza Uroda
Do pestki skłania się pragnienie.
Psychoanalityczna wariacja na temat wiersza Obieranie jabłka
Mówi Mieczysław J. Warszawski, leżąc na kozetce.
Nie wiem, który z panów zacząłby zadawać pytania. Podejrzewam, że pan, doktorze Freud, wolałby zacząć od matki. A pan, doktorze Jung, od archetypu. Ale zanim wsadzicie mnie między swoją teorię libido a Cień, pozwólcie, że powiem wam wiersz. Tak, z pamięci. Taki mam zwyczaj. Kiedy nie potrafię czegoś wyjaśnić – recytuję:
Niebo coraz niżej,
coraz mniej sadu
i ani zerwane wprost
z jabłonki, ani spadziowe…
To nie jabłko mnie wtedy interesowało, panowie. Wcale nie owoc, nie botanikę wspomnień uprawiałem. Ja tylko chciałem zrozumieć Ewę. Tamtą. Wszystkie. Może właśnie dlatego je obierałem. Cienko, powoli, jakby każde okrążenie skórki miało zedrzeć jeszcze jedną warstwę milczenia, jaką nakładają na kobietę wieki kultury i prywatnych rozczarowań.
I tak, Freudzie – miał pan rację. Jabłko w moim wierszu jest pełne popędu. Nie erotycznego jednak, ale poznawczego. Ja nie chciałem jej rozebrać – ja chciałem ją zrozumieć. Rozłożyć na czynniki pierwsze, jak esej. Jak zdanie z dwuznaczną składnią.
A że Ewa? Nazwałem ją Ewa, bo każde jabłko niesie grzech. Ale nie grzech, który karze. Grzech, który tłumaczy. Grzech bycia sobą – bez masek, bez skórek. Bo przecież, panowie, najgłębsze rzeczy zawsze są pod spodem. Pod ciałem, pod słowem, pod historią.
Nieważne też, czy to
papierówka, czy malinówka,
a być może złota
reneta […]
Wymieniam je, jakby miało to znaczenie, ale tylko po to, by pokazać, że nie ma znaczenia. Kobieta nie jest odmianą, nie da się jej sklasyfikować. Ani jej pamięci. Ani wspomnienia o niej. A przecież wspomnienie to jedyna rzecz, jaką miewamy naprawdę.
Dlatego właśnie, doktorze Jung, mówi pan o archetypach. Ale dla mnie portret Ewy – ten z wiersza – nie jest archetypem. To projekcja. Obraz tak przefiltrowany przez moją pamięć, że ona już dawno przestała być sobą. Stała się mną. Moją potrzebą rozumienia. Moją winą. Moim cichym pragnieniem, by ktoś – choć raz – pozwolił mi zdjąć skórkę z prawdy.
I jakby na paterze
podana martwa nasza
natura…
Zatrzymałem ją, panowie. W bezruchu. W nieruchomym geście martwej natury. Nie dlatego, że chciałem ją zaszufladkować – ale dlatego, że się bałem. Że jeśli się poruszy, odejdzie. A jeśli zostanie – zrani. Tak więc kładę jabłko na paterze. Niech sobie leży. Niech będzie wspomnieniem, nie kobietą. Obiekt można obierać. Człowieka – nie.
Poprzez słodycz miąższu
albo cierpką kwasotę
do pestki skłaniasz…
A tu już, panie Freud, wchodzimy w teren śliski. Cierpkość, słodycz, pestka. Och, wiem, co pan powie: oralna faza rozwoju, ambiwalencja emocji, trauma dzieciństwa. Ale niech pan posłucha jeszcze jednej interpretacji: miąższ to wspomnienia. Czasem słodkie, czasem cierpkie. A pestka? Pestka to to, czego nie mogłem wtedy powiedzieć. Co zostało we mnie – twarde, zamknięte.
I obierając, zbliżam się do niej. Nie po to, żeby ją połknąć. Ale po to, żeby ją zobaczyć. Bo każdy człowiek – panowie, i to mówię z doświadczenia emigranta, eseisty i człowieka dwóch ojczyzn – składa się z warstw. I nikt nie jest tym, czym się wydaje. I tylko niektórzy pozwalają się obrać.
Więc kiedy pytacie mnie, kim była Ewa – odpowiem: była pretekstem. Pretekstem, by zobaczyć siebie.
