Bomster

Mirosław Kuleba

 

Bomster

(fragment książki Enografia mistyczna miasta Thalloris)

 

Bomster to wino z winnic niezbyt odległego miasteczka Babimost, królewskiego miasta Korony Polskiej, którego nazwę Niemcy skrócili do rzeczowego Bomst. Ponieważ winnice zostały tutaj rozbite rzekomo na wilgotnych glebach, wydartych nadrzecznym łęgom i bagiennym olsom, po całych Prusach rozniosła się sława miejscowego wina jako matki wszystkich kwasów.

 

To ciągłe polowanie, napięcie zmysłów, już tyle lat. Odpływa spopieloną rzeką marzenie, zachwyt przegląda się w zwierciadle prawdy. Pasja, moja pasja wielka, gaśnie każdego dnia w coraz głębszym cieniu i ustępuje przed powabem wieczornej ciszy. Pozostał mi tamten pierwszy strzał, niespodziewana zdobycz, której już nigdy później nic nie przewyższyło. Nagle na leśną drogę wypadły skądś dwie dziewczyny, za nimi kundelek. Zamarły, widząc myśliwego. Wtedy jeszcze chodziłem do lasu w sortach jak spod igły, jeszcze nosiłem zamszowe rękawiczki i kordelas z chirurgicznej stali, pięciostrzałowy automat. Zanim rzuciłem to wszystko w cholerę. Potem były sezony myśliwskie na Syberii, niedźwiedzie w barłogu, głuszce na toku, egzotyczne łowy, wszędzie kobiety, ale wówczas polowałem jeszcze w dziewiczej puszczy Weyssenhoffa, zielony soból. I panny.

 

Ta starsza, na oko licealistka, rudowłosa koza na bladych szczudłach, machnęła teatralnie i pochwyciła pieska na ręce. Nie wolno w lesie puszczać psa luzem, strzelało się wtedy kłusujące psy i koty. Pamiętam jej oczy niebieskie, szeroko otwarte z nagłej konfuzji. Trochę jednak rozbawione – rude bywają złośliwe. Młodsza nie odezwała się ani słowem, zawstydzona. Poszliśmy razem do wioski zaszytej w lasach pod Babimostem, w łowisku pełnym jeleni i kozłów o parostkach skręconych motylicą. Mieszkało tam sporo Łemków, wysiedlonych po wojnie z Bieszczadów.

 

Dziewczęta miały usta fioletowe od soku leśnych jagód. Jej usta miały smak leśnych jagód, słodki i cierpki. Moja sarna w fioletowej sukni, o grzęzach białych jak śnieg, z rudym fartuszkiem, który płonął ognistą czerwienią. Na próżno tej nocy księżyc łowców pokrył knieję galwanicznym srebrem. Zamiast polować błądziłem w winnicy. Miała dawać najbardziej kwaśne wino świata, a spływała słodkim kagorem, pod koronami spadających gwiazd i przed zielonym ikonostasem. W aurze świętości młodzieńczego zachwytu, niewinności myśliwskiego trafu i przemożnej siły okoliczności.

 

Pozostawiają tropy, ślady stóp na piasku i na lustrzanej posadzce, zgniecione prześcieradła. Ciemność nasyconą zapachem, wzniecanym przez namiętność. Strefę ciepła w zasięgu rąk, bezwładne ciało astralne porzucone w chwili zapomnienia. Mogę przywołać twój obraz z pamięci, gdzie trwasz ciągle w tym samym pokoju, z tym samym od lat gestem, z kroplami wina spływającymi na piersi i brzuch, kiedy półleżąc, podnosisz pełny kielich do ust. Topografia miłości. Spotkania tysięcy ścieżek, spośród których jedna przyprowadzi ciebie. I te, które się nie przetną, przechodzisz obok, nigdy cię nie dotknę, przemijasz nie doznana, nie ucieleśniona. Chociaż – wszystkie drogi wszystkich ludzi spotkają się kiedyś ze sobą, co wynika z istoty nieba i z rachunku prawdopodobieństwa. Z reguł geometrii, gdyż nie ma na ziemi dwóch równoległych losów. Nie istnieje twoja doskonała kopia, sobowtór powtarzający zapis genotypu, który determinuje wiele spraw, choćby miłość. Miłość nie poddaje się regułom, decyduje niepowtarzalna inteligencja, ale jest też coś zwierzęcego, co unieważnia rozum i kalkulacje. Nie poddaje się woli. Jest błogosławieństwem, bo oto okazuje się, że jest coś, czym nie potrafimy pokierować zgodnie z własnym interesem. Spospolitować w pogoni za pieniędzmi i znaczeniem. Co potrafi zaprzeczyć naszym ambicjom, a nawet woli przetrwania za wszelką cenę. Jest taka siła. Pozostaje tylko kwestia, czy to nie jest ten zatruty owoc z drzewa poznania dobra i zła.

 

Była tam wówczas winnica pełna owoców białych i gorących, których smak pamiętam. Minęło pół wieku, a ciągle czuję pod palcami jędrność świeżych jagód odlanych w srebrze księżyca i wzbierających młodym sokiem. Winnica ścieliła pode mną nagie łono, jej krew tętniła w giętkich latoroślach, którymi mnie oplotła, a wokół burzył się i dusił nas zapach schnącego siana. Winnica napoiła mnie swym winem, płynnym srebrem, którym ociekała tej nocy. Nocne niebo nad nami miotało zielone iskry świetlików i wypełniało się nazbyt śpiesznie różową poświatą brzasku.

 

A dwuznaczna sława babimojskiego wina, jako kwasu trawiącego granit, żelazo i diament, trunku z jeziornych szuwarów, okazała się bańką mydlaną, kiedy na wielkiej degustacji w Niemczech wina z tego regionu przyrównano do najlepszych reńskich rieslingów. Zachwyt koneserów wzbudził czerwony bomster z „Château Bomst”, nazwany pompatycznie łzami świętego Piotra, Lacrimae Petri. W nawiązaniu do patrona miasta, które ma w herbie dwa skrzyżowane klucze Piotrowe do nieba. Jako wspomnienie krwawych łez apostoła, płynących każdego wieczoru, kiedy nad kubkiem wina wspominał, jak zaparł się Boga tamtej nocy, zanim zapiał kur.

 

Pamiętam wciąż te łzy przelane u schyłku srebrnej nocy, trofeum i smutek myśliwego, korale na sarniej sukience.

Karafka z winem, kieliszek i jabłko postawione na stole, okrytym białym obrusem