Teatr Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/teatr/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Fri, 19 Jun 2026 10:54:12 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Teatr Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/teatr/ 32 32 Skóra na dłoni – czytając Mróz Thomasa Bernharda [z cyklu „Ultima Thule”] https://prolibris.net.pl/skora-na-dloni-czytajac-mroz-thomasa-bernharda-z-cyklu-ultima-thule/ Fri, 19 Jun 2026 10:41:57 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17714 Łukasz Maciejewski

The post Skóra na dłoni – czytając Mróz Thomasa Bernharda [z cyklu „Ultima Thule”] appeared first on Pro Libris.

]]>

Łukasz Maciejewski

Skóra na dłoni – czytając Mróz Thomasa Bernharda

Czesław Miłosz w Piesku przydrożnym wyodrębnił dział „Tematy do odstąpienia” („jestem za stary i nie będę mógł ich sam wykorzystać”), jednym z takich tematów była historia czyichś dłoni odbitych w skale przed tysiącami lat. Miłosz pytał: kto tam był na pustkowiu, kto to zrobił?

Mróz Thomasa Bernharda w tłumaczeniu Sławomira Błauta to są właśnie dłonie odbite w skale. To są emocje odbijające emocje. To jest mróz.

Podkreśliłem długopisem w tekście określenie „człowiek udany”. Bernhard kpi, ale nie nęka ludzi nieudanych, bo wie, że tego mu robić nie wolno, że to męka, męka bez końca.

Monstrualny monolog malarza, bohatera Mrozu. Monolog, który trwa. Nie kończy się. Słowa, zdania, uwięzienie w słowach, w zdaniach, w dłoniach jakichś innych dłoni, odbitych we wnętrzu.

Ale czym jest wnętrze? Co to jest? W tej prozie niewiele znaków zapytania. Żeby pytać, trzeba wiedzieć, a „człowiek udany” Bernharda, który właśnie udany nie jest, jest człowiekiem drenującym niepewność, jest człowiekiem zmuszonym do mówienia, nie może przestać mówić, a jeżeli nie ma do kogo, nie ma interlokutora, mówi do siebie. Gada, w końcu skrzeczy, zaklina milczenie, które jest wielkim zagrożeniem. Ale też nie wie, dlaczego nim jest, co w tym jest groźne, kiedyś wiedział, ale zapomniał. A może nie wiedział nigdy?

Dłoń odbija się już nie we wnętrzu bohatera Bernharda, ale w jego jelitach, w najbardziej nikczemnych fizjologicznych sferach, których finałem jest wydalanie.

 

Nie przynosi to ulgi, nic nie przynosi ulgi, gadanie, od którego jest się uzależnionym, ale i gadanie wewnętrzne, to tylko wypełniacz pomagający przetrwać, chwilowo, na czas remisji, na czas wyrzutów sumienia, że mogło być inaczej, że za dużo było myślenia, które przecież nie było myśleniem, było złorzeczeniem myśleniu, złorzeczeniem dedukcji.

W Mrozie jest malarz, były malarz, który dawno temu zaprzestał malowania. Jest młody mężczyzna, student, wysłany na przeszpiegi, mający opisać stan zdrowia malarza i sprzedać raporty bratu malarza, lekarzowi. Jest gospoda, w której mieszkają. Brudnawa, zatłuszczona, zimna, z wyziewami nieszczelnych okien. Jest właścicielka denuncjująca własnego męża. Teraz ten mąż siedzi w kryminale, a ona chętnie ściąga barchany, ściąga buty, ściąga gorset. Ona jest lubieżna. I świat jest lubieżny. Chłopiec, z perspektywy którego zamieszkujemy w tym świecie, odkrywa, że gospodyni gotuje psy, że te psy przynosi jej rakarz, kochanek, jeden z kochanków gospodyni. Niechlujne twarze, przetarta bielizna i świat, który umorusał się i wyświnił, ale nie zamierza się wcale myć, nie zamierza wycierać, nawet rękawem.

Słowa, szpile, jak one brzmią: rakarz, pilarz, szlachtuz.

Dłoń z Miłosza przyczepiona jest do tyłka, tam dyryguje, tam dywaguje.

A malarz, który tkwi tam równie dobrze od wieków, co od paru sezonów, czuje te przytwierdzone dłonie do szyi, wędrują z tyłka aż do szyi, zaciskają się na grdyce.

I dlatego mówi, i dlatego myśli, i dlatego jego szaleństwo (Bernhard zapisałby owo szaleństwo kursywą) jest tak chwilami precyzyjne, elokwentne, logiczne.

Dłoń naciska, człowiek udany ucieka. Ucieka dlatego, że nie ma gdzie uciec. Zostanie w mrozie, w zimie, ze szlachtuzami, z rakarzami, z pilarzami, z wypinającą tyłek gospodynią, z gotowanymi psami, i z pogrzebami, które są tutaj jedyną atrakcją, i tylko wtedy można się najeść lepszego mięsa.

Malarz tam zostanie, bo dłoń z litej skały, dłoń promieniująca od tyłka do grdyki, jest psychicznym wędzidłem. Ta dłoń trzyma, nie puszcza.

Nie jego dłoń. Dłoń Austrii, dłoń cywilizacji, dłoń rozpaczy.

The post Skóra na dłoni – czytając Mróz Thomasa Bernharda [z cyklu „Ultima Thule”] appeared first on Pro Libris.

]]>
Sny pełne Globisza [z cyklu „Ultima Thule”] https://prolibris.net.pl/sny-pelne-globisza-z-cyklu-ultima-thule/ Wed, 26 Nov 2025 12:49:53 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16891 Łukasz Maciejewski

The post Sny pełne Globisza [z cyklu „Ultima Thule”] appeared first on Pro Libris.

]]>

Łukasz Maciejewski

Sny pełne Globisza

 

Sny pełne dymu, reż. Dorota Kędzierzawska

 

Tegoroczny laureat Grand Prix na „Kozzi Film Festivalu” – Sny pełne dymu to film pełen dumy, nie tylko dymu.

Wspólny film Doroty Kędzierzawskiej, jednej z najciekawszych rodzimych autorek filmowych, z główną rolą Krzysztofa Globisza, jednego z tych aktorów, którego zawsze, w każdych okolicznościach, chce się oglądać.

Sny pełne dymu są eksperymentem, również jeśli chodzi o przyzwyczajenia widza. Trochę chaplinowskim slapstickiem, trochę bajką, trochę moralitetem. Zafascynowana Globiszem (i z nim zaprzyjaźniona) reżyserka postanowiła napisać scenariusz dla ulubionego aktora. Jak na Kędzierzawską, latami przygotowującą kolejne filmy, sprawy potoczyły się szybko. Zdjęcia do Snów pełnych dymu realizowane były w ścisłej pandemii.

Postcovidowa atmosfera udziela się również oglądającemu. Film jest zamknięty, duszny, klaustrofobiczny. Albo wchodzi się w podobne rejestry, albo się z nich rezygnuje. Pod względem filmowej formy to chyba najbardziej radykalny tytuł w dorobku autorki Wron.

Fabuła jest pretekstowa. Był sobie mężczyzna w sile wieku – nazywany w filmie Starym Lisem (w tej roli oczywiście Krzysztof Globisz) i była sobie dziewczyna, Panna Crazy (fascynująco wyjęta jak gdyby z filmu noir Żaneta Łabudzka). Dziewczyna usiłowała popełnić samobójstwo, mężczyzna temu zapobiegł, a uprowadzając młodą kobietę do swojego oddalonego siedliska, dał jej schronienie.

Pomiędzy tą dwójką rozgrywa się seans milczenia, zwierzeń, monologów, papierosowego dymu i śpiewu, co i raz przetykanych, na wzór kina niemego, planszami rekapitulującymi wszystkie zdarzenia (plansze są autorstwa Krzysztofa Globisza).

„Scenariusz Snów pisałam z myślą o dwójce wyjątkowych aktorów – wybitnym artyście i wspaniałym człowieku, Krzysztofie Globiszu (Stary Lis) oraz młodej, nikomu nieznanej Żanecie Łabudzkiej (Crazy)” – mówiła Dorota Kędzierzawska. – „Napisy i rysunki, jakie towarzyszą filmowi, są autorstwa Krzysztofa, który kilka lat temu, nieoczekiwanie dla siebie odkrył nowy rodzaj ekspresji. W większości powstały specjalnie dla filmu, pełnią w nim specjalną rolę i są ważnym elementem mojej filmowej opowieści”.

*

Autorskie kino rządzi się swoimi prawami. To truizm, ale wart przypomnienia. Autorskie kino Doroty Kędzierzawskiej to twórczość, w której forma często dominuje nad treścią, a każda scena, ba, każde ujęcie, wydaje się częścią wysublimowanej konstrukcji bez mała architektonicznej.

Kędzierzawska w Snach pełnych dymu opracowała pełną koncepcję wizualną, była także montażystką. Kino autorskie tout court. Są plusy i minusy takiej drogi. Film ogląda się niczym świadomie ożywiony obraz, ruchome rysunki – wielokrotnie używany obiektyw ze zmienną osią ostrości, spowolnienia i przyspieszenia, skupienie na detalu: na kieliszkach pełnych wina, lustrach, powiewającej firanie i innych częściach wyposażenia Pałacu w Rząsinach, gdzie film był kręcony, sprawiają wrażenie przemyślanej, ekstrawaganckiej konstrukcji, która z wolna przestaje mieć wiele wspólnego z realizmem.

Realny jest za to Globisz. Wspaniały także i w tym filmie. Operujący zmarszczką na czole, spojrzeniem, uśmiechem i słowami, kalekimi słowami, niepełnymi słowami, które w przypadku Starego Lisa są naturalną potrzebą kontaktu. To bohater ambiwalentny, samotnik nie tylko z wyboru.

Żaneta Łabudzka ma charakterystyczny tembr głosu, ekranową siłę, jest aktorsko konsekwentnie poprowadzona.

Wierzę, że jak zawsze w przypadku Doroty Kędzierzawskiej, również i Sny… odnajdą swojego wiernego widza.

Zielona Góra nie mogła wybrać lepiej.

The post Sny pełne Globisza [z cyklu „Ultima Thule”] appeared first on Pro Libris.

]]>
Panie Profesorze, mam już teatr. Paweł Gabor [z cyklu „Ultima Thule”] https://prolibris.net.pl/panie-profesorze-mam-juz-teatr-pawel-gabor-z-cyklu-ultima-thule/ Wed, 04 Jun 2025 11:03:38 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16058 Łukasz Maciejewski

The post Panie Profesorze, mam już teatr. Paweł Gabor [z cyklu „Ultima Thule”] appeared first on Pro Libris.

]]>

Łukasz Maciejewski

Panie Profesorze, mam już teatr

Paweł Gabor

 

 

Cykl moich felietonów dla „Pro Libris” nazwałem „Ultima Thule”. Określenie to, użyte po raz pierwszy przez Wergiliusza i oznaczające mityczną krainę położoną na północy i wyznaczającą kraniec świata, stało się synonimem końca świata. Żyjemy trochę w takiej rzeczywistości. Co gorsze, przyzwyczajamy się do tego, a może już się przyzwyczailiśmy. Problemy globalne sprzed paru czy parunastu lat wydają się dzisiaj igraszką. Zamykając kolejny rok, wydaje się, że nie może być już gorzej, a jest gorzej, coraz gorzej.

 

W pierwszej z moich opowieści chciałbym uciec jednak od tematów uniwersalnych, żeby opowiedzieć o tragedii zupełnie indywidualnej, o odejściu jednego człowieka, młodego aktora, Pawła Gabora, pracującego do niedawna w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze. Chcę pisać o Pawle nie z perspektywy krytyka teatralnego, nie kolegi z pracy, lecz jego profesora, wykładowcy. A to szczególny rodzaj więzi.

W Szkole Filmowej w Łodzi od dwunastu lat prowadzę zajęcia na Wydziale Aktorskim. To specyficzny rodzaj kontaktu z wchodzącymi do zawodu artystami. Nie usiłuję nauczać, pouczać, na pewno nie daję aktorskich uwag, to nie jest moja specjalizacja. Na trwających przez cztery semestry zajęciach staram się natomiast – poprzez kontakt z praktykami, rozmowy o praktycznej stronie zawodu – dawać młodym aktorom wskazówki przydatne na trudne lata po skończeniu studiów.

Z Pawłem Gaborem spotykałem się na zajęciach aż przez trzy lata. Powtarzał rok, bynajmniej nie ze względu na wyniki w nauce. Ciężko zachorował, a rekonwalescencja okazała się na tyle uciążliwa, że uniemożliwiła mu kontynuowanie studiów, był jednak ambitny i zdeterminowany, wciąż zmagając się z konsekwencjami tak zwanego „long covid” dokończył studia, wspaniale zagrał w dyplomie, sumiennie pisał prace. Wyróżniał się. Wśród indywidualistów, bo tylko tacy młodzi ludzie wybierają ten kierunek, wciąż się wyróżniał. Kontrastowy. Z jednej strony, nieśmiały i wycofany, z drugiej – zawsze na pierwszym planie, ironiczny. Stałym elementem naszych spotkań były wizyty gości, najczęściej znakomitych aktorów, na zajęcia z rokiem Pawła przyjeżdżali między innymi Kuba Gierszał, Tomasz Schuchardt, ale i Jan Holoubek. Paweł na tych zajęciach był dociekliwy, zawadiacki. Tak jakby chciał uzyskać odpowiedzi na pozornie naiwne, a tak naprawdę podstawowe pytania dotyczące szarej zawodowej strefy, kłopotów i zwątpień. Nie wstydził się trudnych pytań, nie peszył. To była druga strona jego osobowości, uwidaczniająca się także w pracach pisemnych.

Studentom pokazuję filmy, najczęściej klasykę, ale nie chcę, żeby pisali recenzje, zawsze ważny jest temat, z którym muszą się zmierzyć. Wypracowania Pawła zapamiętałem szczególnie, wcale nie dlatego, że tak świetnie były napisane. Nie, językowo nie były napisane po mistrzowsko, ale były prowokacyjne, jadowite, operowały językową dezynwolturą. Ogromnie mi się to podobało.

*

Sentencjonalne stwierdzenie: „odszedł zbyt wcześnie” w przypadku Pawła jest czystym tragizmem. I dla bliskich, i dla przyjaciół.

Jego pierwsze role zagrane w Lubuskim Teatrze (Sancho Pansa w Przygodach Don Kichota, w spektaklu dla dzieci Jestem Ziarnkiem Maku na scenie Teatru Lalek, a wreszcie Grabiec w Balladynie w reżyserii Roberta Czechowskiego), spektakle dyplomowe (myślę przede wszystkim o neurotycznym Andrzeju w Trzech siostrach Czechowa w reżyserii Franciszka Szumińskiego), pierwsze role filmowe (film Idź pod prąd, serial Komisarz Alex) pozwalały mieć nadzieję, że Paweł odnajdzie swoje miejsce w zawodzie. I że będzie to droga pełna satysfakcji, dobrej, solidnej i uczciwej pracy. Przez lata, przez dekady.

On również to czuł. W prywatnych wiadomościach (nie straciliśmy kontaktu po studiach) pisał do mnie, że jest zadowolony z pracy w Zielonej Górze, wszystko się stabilizuje, niepokoje mijają, w końcu może powiedzieć o sobie: Aktor. W lutym zeszłego roku napisał do mnie: „Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wszystko zaczyna się bardzo dobrze układać. Panie profesorze, mam już teatr”.

Tak, miał już teatr, był ciekawym aktorem, a z latami byłby na pewno coraz bardziej interesujący. Był także człowiekiem. Wrażliwym, niepewnym siebie, albo zbyt wiele od siebie wymagającym, i tego człowieka w Pawle Gaborze żal mi najbardziej. Żałuję, że nie zobaczę go więcej – ani na scenie, ani w życiu, nie usłyszę od niego zaskakujących pytań, nie wiedząc do końca, co naprawdę ma na myśli. Że z chłopca, młodego mężczyzny, nie wyrośnie ciekawy człowiek, bogaty wewnętrznie, błyskotliwy i wartościowy.

Po śmierci Pawła kilka osób wysłało do mnie wiadomości na Messengerze, to byli jego przyjaciele z czasów licealnych, z ostatnich lat. Zainspirowani moim postem na Facebooku, chcieli podzielić się ze mną własnym smutkiem. Dowiedziałem się, że pisał 

wiersze i piosenki. Nie wiedziałam, za czym tęsknił, jakie miał plany.

Większość tajemnic Paweł zabrał na zawsze ze sobą. I to jest zawsze największa tragedia.

The post Panie Profesorze, mam już teatr. Paweł Gabor [z cyklu „Ultima Thule”] appeared first on Pro Libris.

]]>
Teatr to podróż https://prolibris.net.pl/teatr-to-podroz/ Tue, 29 Oct 2024 13:20:52 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14661 Michalina Majkowska

The post Teatr to podróż appeared first on Pro Libris.

]]>

Michalina Majkowska

Teatr to podróż

Teatr to niekończąca się podróż po krainie rozmaitości. Niekiedy trafia się rejs po spokojnym, bezkresnym morzu, a innym razem prawdziwa wyprawa w kosmos na inną planetę. Doświadczając sztuki teatru, nigdy nie jest się w miejscu. Zawsze gdzieś się zmierza. Oglądając spektakle, przenoszę się mentalnie lub rzeczywiście wyjeżdżam, aby doświadczyć tej magii. Każde widowisko jest inne. W odmienny sposób oddziałuje na moją duszę i ciało. Często jest to uczta zmysłów, wręcz synestezja, ale zdarza mi się też poczuć przytłoczenie czy zbytnie artystyczne naddanie. Słowem: każda sztuka niesie coś nowego.

Niebywałym przeżyciem był spektakl kierowany do najmłodszych odbiorców PRZY PRZY Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze w reżyserii Piotra Soroki. Okazuje się, że gesty potrafią więcej niż słowa, a delikatność światła i muzyki (którą stworzył Szymon Tomczyk) koi ciało lepiej niż najlepszy zabieg w salonie SPA. Wyświetlane na białej scenie kolory odpowiadały emocjom, budowanym przez muzykę, a ubrani w beżowe kostiumy aktorzy dookreślali ten obraz (kostiumy i scenografia: Adam Królikowski). Stworzona na scenie aura dopełniała przesłanie sztuki: dotyk i bliskość to podstawa egzystencji. Aktorzy (Joanna Wąż-Stasiewicz i Paweł Wydrzyński) bawili się ciałem i w choreografii ułożonej przez reżysera stworzyli niepowtarzalny obraz dziecięcej szczerości. Oglądając to niedługie przedstawienie, odpłynęłam na miękkiej chmurce w krainę buddyjskiej medytacji i kompletnego relaksu. Zupełnym przeciwieństwem tych odczuć była sztuka (również Lubuskiego Teatru) Pałac w reżyserii Roberta Kurasia (na podstawie powieści Wiesława Myśliwskiego). Niesamowite, jakie wrażenie wywarł na mnie ten spektakl. To był metafizyczny labirynt, który oszałamiał nadekspresją. Główny bohater wprowadził mnie w zawiłość swoich odczuć. Od pragnienia bycia w tytułowym pałacu – świecie bogactw i przepychu, po znalezienie się po drugiej stronie lustra i odkrycie jego ciemnej strony, która nigdy nie była zwykłemu człowiekowi dostępna. Robert Kuraś, który wciela się w rolę głównego bohatera – Jakuba, odmalował freudowski obraz człowieka. Widziałam, jak id (instynkt i pragnienia) przejmuje panowanie nad superego (zasadami, które nas porządkują w kulturze) i ego (chłodnym realizmem). Scenografia (zaprojektowana przez Adama Królikowskiego), choć prosta, jest idealnie dobrana do głównej myśli spektaklu. Ogromny kryształowy żyrandol zwisający nad sceną to miniatura pałacu, a jego szkiełka to zwierciadła odbijające kalejdoskop uczuć Jakuba. Do tego gra Magdy Kuraś, która wciela się w role kobiece (Jaśnie Pani oraz służących, chłopek), dopełniła mistyczny klimat spektaklu. Swoim głosem i scenicznymi ruchami stworzyła oprawę dla podróży w głąb ludzkiej psychiki, która nie zawsze jest taka przyjemna, jakbyśmy chcieli. Zbudowano czar pałacu – miejsca abstrakcyjnego, nieokreślonego na mapie świata, gdzie zło kłębi się w kątach jak zaległy kurz.

Takie wewnętrzne podróże sprzyjają samoświadomości, ale warto przecież i prawdziwie wędrować. Miałam okazję obejrzeć Piątą stronę świata Teatru Śląskiego w Katowicach w reżyserii Roberta Talarczyka. Nie można sobie wyobrazić lepszej wizytówki Śląska niż właśnie ten spektakl. Znakomita gra aktorów, wypracowana mimika, rytmiczne ruchy sceniczne (za które odpowiada Katarzyna Kostrzewa) do akordeonowej muzyki (Przemysław Sokół) stworzyły prawdziwie śląski obraz. Sztuka jest jak lekcja historii w pigułce, ale nie nudna, na ostatniej lekcji, w ciepły piątkowy dzień. To spójna, wciągająca opowieść falująca w rytmie tożsamości kulturowej. Nie była potrzebna bogata scenografia (projektu Ewy Sataleckiej), aby opowiedzieć tak złożone losy mieszkańców Śląska, a zapadnie sceniczne dodały dynamizmu całej narracji. Podobnie efektownie wykorzystano ruch sceny w sztuce Pijacy w reżyserii Barbary Wysockiej. Obracająca się scena wirowała wraz z aktorami jak karuzela, potęgując ekspresję weselników, którzy niczym w filmie powtarzali swoje gesty (ruch sceniczny: Cezary Tomaszewski). Wciąż (niestety) aktualny tekst, XVIII-wiecznego twórcy Franciszka Bohomolca, w nowoczesny sposób jest realizowany na deskach Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Aktorzy na tle blokowiska z lat 90. XX wieku (scenografia: Magdalena Musiał) i ubrani we współczesne kostiumy zręcznie posługiwali się oświeceniowym tekstem. Gorzki wydźwięk sztuki okraszony został komizmem, przez co tragizm alkoholizmu nie ciążył na odbiorcy, ale pozostawiał pole do refleksji nad uzależnieniem, które niezaprzeczalnie niszczy człowieka i całe jego otoczenie. Niesamowitą postacią jest Roztropski (Roman Gancarczyk), który jak samo jego imię mówi, stara się być głosem rozsądku w świecie wiecznego upojenia. Do tego jeździ na wózku inwalidzkim, mimo że wcale nie potrzebuje, a na kolanach ma pluszowego kota, który przerywa jego racjonalne uwagi pojedynczymi miauknięciami. Ten spektakl warto zobaczyć dla kunsztownej gry aktorów i znakomitej adaptacji Barbary Wysockiej, gdyż historia sama w sobie przypomina pijaną Zemstę Aleksandra Fredry, ale zrealizowana w ten sposób nie nudzi, tylko bawi.

Teatr dostarcza całą gamę emocji. To niekończąca się wędrówka w kulturze, historii i po umyśle człowieka. Jak w górach: od szczytu, po dolinę i do schroniska. Uniesienia, zaskoczenia i odloty, a wszystko to na deskach teatru. Każdy spektakl pozostawia ślad w odczuciu i umyśle odbiorcy.

 

The post Teatr to podróż appeared first on Pro Libris.

]]>
Fantastyka naukowa na deskach Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze https://prolibris.net.pl/fantastyka-naukowa-na-deskach-lubuskiego-teatru-w-zielonej-gorze/ Tue, 29 Oct 2024 10:50:14 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14625 Piotr Prusinowski

The post Fantastyka naukowa na deskach Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze appeared first on Pro Libris.

]]>

Piotr Prusinowski

Fantastyka naukowa na deskach
Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze

 

9 grudnia 2023 roku Scena Kameralna Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze rozjarzyła się nieziemskim blaskiem w tonacji głębokiego, ciemnego błękitu, z miejsca przywołującym skojarzenia z bezmiarem kosmicznej przestrzeni. To wrażenie pogłębiały obłoki sztucznego dymu, które pod wpływem tego oświetlenia zamieniły się w obłoki międzygwiezdnego pyłu, do tego dochodziły projekcje autorstwa Sebastiana Siepietowskiego, wyświetlane na dwóch okręgach przypominających odległe planety. Plamy fluorescencyjnej farby mieniły się na zawieszonych pod sufitem sznurach niczym wielobarwne mgławice, a choinkowe lampki układały się w coś na kształt gwiazdozbioru. Oprócz scenografii zaprojektowanej przez Dominikę Chochołowską-Bocian, odzwierciedleniu nieskończoności Wszechświata służyła także muzyka Pauliny Derskiej, utrzymana w stylistyce ambient, oparta na kojących brzmieniach elektronicznych, wzbogaconych o elementy etniczne.

Ta nastrojowa, efektownie zrealizowana audiowizualna impresja wprowadzała najmłodszych widzów oraz ich rodziców lub opiekunów w świat spektaklu, który miał wówczas swoją prapremierę na deskach zielonogórskiej sceny. Jeszcze zanim wybrzmiały jakiekolwiek słowa, nie ulegało wątpliwości, że Pop! w reżyserii Magdaleny Młynarczyk jest przedstawieniem wpisującym się w ramy fantastyki naukowej – gatunku stosunkowo rzadko obecnego w teatrze, nie tylko zielonogórskim i nie tylko polskim, a chyba jeszcze rzadziej w spektaklach dla dziecięcej widowni. Zdaniem Andrzeja Niewiadowskiego i Antoniego Smuszkiewicza, formą prezentacji bardziej odpowiednią dla tej formy twórczości pozostaje – obok filmu – słuchowisko radiowe, ponieważ „nie wymaga bezpośredniej prezentacji, odwołuje się do wyobraźni słuchacza i dlatego częściej i z większym powodzeniem może wykorzystywać konwencję fantastyki naukowej”; teatr natomiast „z całą bezwzględnością ujawnia imitacyjny charakter świata przedstawionego i niszczy atmosferę fantastyczności”[1]. Założenie to można uznać za cokolwiek dyskusyjne w świetle faktu, że niezależnie od obranej konwencji – realistycznej lub fantastycznej – sceną teatralną zawsze w mniejszym lub większym stopniu rządzi pewna umowność, determinowana samym charakterem tej formy wypowiedzi artystycznej.

O potencjale fantastyki naukowej w tym aspekcie świadczył już międzynarodowy sukces, jaki odniosła sztuka Karela Čapka R.U.R. (1920), gdzie po raz pierwszy użyto słowa „robot”. Mimo to – jak konstatuje Marek Dybizbański – „estetyka science fiction nigdy właściwie nie wykształciła własnej odmiany dramatu i nie zadomowiła się w teatrze – z kilkoma wyjątkami traktowanymi przeważnie jako potwierdzenie reguły”[2]. Nie oznacza to jednak, że wśród tych „wyjątków” nie pojawiały się – również na gruncie polskim – dzieła znaczące i artystycznie wartościowe. W okresie międzywojennym wyróżniał się dramat Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej Kochanek Sybilli Thompson (1926), którego autorka – choć zastosowana przez nią futurologiczna rekwizytornia w dużej mierze nie oparła się próbie czasu – z zaskakującą celnością przewidziała wiele cywilizacyjnych, ekonomicznych, politycznych i obyczajowych tendencji XXI wieku (z tego zapewne względu sztuka po wielu latach nieobecności powróciła na scenę w roku 2015, w „odświeżonej” inscenizacji pt. Kto się boi Sybilli Thompson?, przygotowanej przez Ulę Kijak z warszawskiej Grupy Artystycznej Teraz Poliż). Z początku sporadycznie (Eden w reżyserii Andrzeja Rozhina, prem. 10 września 1970 w Teatrze Lalki i Aktora w Lublinie), a później nieco częściej sięgano do twórczości najwybitniejszego polskiego pisarza science fiction ery nowożytnej, Stanisława Lema. Spośród nowszych scenicznych adaptacji jego prozy Niezwykły lot pilota Pirxa w reżyserii Jerzego Machowskiego (prem. 25 lutego 2017 w Teatrze Miejskim w Gliwicach) spotkał się z żywiołowym przyjęciem dziecięcej publiczności. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat niejednokrotnie przenoszono na scenę jego najsłynniejszą powieść Solaris (wcześniej adaptowaną jedynie w formie słuchowisk radiowych), po raz pierwszy na deskach warszawskiego Teatru Rozmaitości (Solaris. Raport w reżyserii Natalii Korczakowskiej, prem. 2 października 2009), ostatnio zaś w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie (reż. Marcin Wierzchowski, prem. 19 czerwca 2020). Znacznie rzadziej na polskich scenach goszczą natomiast utwory zagranicznych klasyków gatunku: Jan Klata podjął się realizacji Trzech stygmatów Palmera Eldritcha według Philipa K. Dicka w Starym Teatrze w Krakowie (prem. 14 stycznia 2006), a Jakub Roszkowski wyreżyserował w gdańskim Teatrze Wybrzeże spektakl Stalker według powieści Arkadija i Borysa Strugackich Piknik na skraju drogi (prem. 18 maja 2012).

W ciągu ponad siedemdziesięciu lat działalności zielonogórskiego teatru w obrębie ziem polskich żadna spośród znanych powieści fantastycznonaukowych nie doczekała się scenicznej adaptacji, co nie znaczy, że science fiction była na tutejszej scenie zjawiskiem nieobecnym. Pierwszym utworem w tej konwencji, jaki został zaprezentowany na deskach Państwowego Teatru Ziemi Lubuskiej (jak go wówczas nazywano), był Powrót Adama Leszka Proroka, nieco już dziś zapomnianego pisarza, eseisty i dramaturga, swego czasu silnie związanego z życiem kulturalnym regionu (m.in. jako recenzent teatralny magazynu „Nadodrze” i członek Komitetu Porozumiewawczego Pisarzy Ziem Zachodnich). Wychodząc z założenia, że „komedia – wszelkiej maści – jest dziś najbardziej ponętną teatralną szansą”, autor stawiał pytanie: „Czemuż więc komedia nie miałaby towarzyszyć wielkiej dobie przekroczenia przez człowieka jego dotychczasowych granic kosmicznych?”[3]. Warto w tym kontekście podkreślić, że zielonogórska prapremiera sztuki w reżyserii Marii Straszewskiej miała miejsce 24 czerwca 1961 roku; zaledwie dwa miesiące wcześniej Jurij Gagarin – jako pierwszy człowiek na orbicie okołoziemskiej – stał się bohaterem zbiorowej wyobraźni. Trudno dziś ocenić artystyczną jakość powstałego przedstawienia, ale z komercyjnego punktu widzenia stworzenie spektaklu „na czasie” zapewne się opłaciło: „Kurier Poznański” informował, że „Powrót Adama zarówno w Zielonej Górze, jak też w innych miejscowościach Ziemi Lubuskiej został przyjęty żywo i życzliwie przez publiczność”[4].

Tytułowym bohaterem swojego utworu Prorok uczynił właśnie kosmonautę, który powraca do domu z międzygwiezdnego wojażu. Okazuje się, że w efekcie tzw. paradoksu relatywistycznego Einsteina, trzymiesięczna podróż trwała równowartość sześciu ziemskich dekad. Podczas gdy jego dzieci są już staruszkami, Adam Hust (Henryk Machalica) pozostaje młodym mężczyzną, jakim był w momencie startu swojej rakiety, a jego własna prawnuczka (Halina Winiarska) jest teraz niemal jego rówieśniczką…

Wszystko to prowadzi do wielu komicznych perypetii, które zajmują autora dalece bardziej niż naukowa ekstrapolacja, co zresztą sam podkreślał: „Powrót Adama nie rości sobie prawa do popularyzacji wiedzy kosmonautycznej, nie sili się także wyrokować o charakterze i upodobaniach ludzi XXI wieku. Nasi dalecy potomkowie na pewno będą inni niż rodzina Hustów i jej przyjaciele”[5]. Twórcy nie zlekceważyli jednak możliwości, jakie daje gatunkowy sztafaż science fiction. W didaskaliach autor sugeruje, że sceneria przyszłościowego wnętrza da się stworzyć w granicach teatralnej umowności:

Przestronne wnętrze. Abstrakcja w architekturze, w stroju i umeblowaniu. Lampy o niecodziennych kształtach, lub skryte dyskretnie źródła światła rozproszonego. Sprzęty oryginalnej formy i niewiadomego przeznaczenia. Głośnik, tafla telewizora i telefon, ukryte w ścianie. Na stoliczku podręczny, domowy magnetofon. Raz po raz rozlegają się przejmujące, ale raczej przyjemne tony muzyki elektronowej[6].

Projekt scenografii autorstwa Kazimierza Wiśniaka nie pozostawia wątpliwości, z jakim gatunkiem mamy do czynienia, choćby ze względu na obecność ciał niebieskich, kosmodromu oraz fotonowej rakiety Adama, mknącej ku gwiazdom. Ten sam artysta zaprojektował również futurystyczne kostiumy, przywołujące skojarzenia ze strojami komiksowych bohaterów albo postaci z ówczesnego kina SF (z dzisiejszej perspektywy rozbrajająco naiwnego).

Mimo swojej lekkiej, humorystycznej formuły, w warstwie treściowej Powrót Adama niesie ze sobą pewne refleksje, dotyczące przetrwania elementarnych ludzkich wartości w stechnicyzowanym i emocjonalnie wyjałowionym społeczeństwie przyszłości, zahaczając tym samym o problematykę, którą już od dawna poruszali w dojrzalszej formie przedstawiciele „poważnej” literatury SF. Leszek Prorok chciał „jedynie zwrócić uwagę na dwie sprawy: na kłopoty i trud, jakie czekają nas jeśli przemiany w psychice i nawykach myślenia mają nadążyć za rozwojem techniki, a także na to, iż w najwspanialszej nawet cywilizacji technicznej nie należy rezygnować z pełnej kultury uczuć, które już dzisiaj ludzie powierzchowni skłonni są skazywać na pozorną lub faktyczną banicję”[7].

W innej stylistyce – pełnej sarkastycznego humoru, pod którym skrywało się autentyczne przerażenie – przedstawiał „szok przyszłości” Władimir Majakowski, autor do dziś wzbudzający kontrowersje, uwikłany w mechanizmy funkcjonowania totalitarnego ustroju. Choć ten radziecki futurysta dość rzadko bywa wymieniany w szeregu autorów SF, to jednak jego najsłynniejsze sztuki teatralne można z powodzeniem zaliczyć do groteskowo-katastroficznej odmiany tego nurtu. Pierwsza na zielonogórskiej scenie była Łaźnia w inscenizacji znanego scenografa Antoniego Tośty (prem. 9 listopada 1961), ale prawdziwym wydarzeniem stała się późniejsza Pluskwa w reżyserii ówczesnej dyrektorki Lubuskiego Teatru, Krystyny Meissner (prem. 30 stycznia 1982). Autor zawarł w swojej sztuce satyryczny obraz ery NEP-u, którą w dużej mierze uosabia główny bohater, Prisypkin (Krzysztof Krupiński). Zginąwszy w cokolwiek osobliwych okolicznościach, zostaje po latach odnaleziony w wielkiej bryle lodu. Rozmrożony i sztucznie przywrócony do życia, budzi się w „nowym wspaniałym świecie” roku 1979 (utwór powstał w 1929), jeszcze gorszym niż ten, którego on sam był przedstawicielem – świecie, który już bardziej przeraża, niż śmieszy. Ta wizja przyszłości daje się interpretować jako spełnienie wizji stalinowskich „inżynierów dusz ludzkich”: to rzeczywistość odhumanizowana, zautomatyzowana, odarta z uczuć i emocji, poddana absolutnej kontroli.

W momencie zielonogórskiej premiery, która przypadła na czas stanu wojennego i postępującej degeneracji PRL-owskiego systemu, sztuka Majakowskiego nieoczekiwanie nabrała niepokojącej aktualności, o czym pisał Czesław Sobkowiak na łamach „Nadodrza”:

Pokolenie z roku 1979 usiłuje dowiedzieć się czegoś o własnej przeszłości, próbuje zobaczyć własny ideowy pierwowzór. Dlatego postanawia się wskrzesić zamarzniętą istotę. Wstrząsający jest ów proces reanimacyjny. Jakże silne skojarzenia budzi nieznany Majakowskiemu obraz szpitala, w którym obróbce poddany zostaje Prisypkin. Jego tragedia dopiero teraz nabiera realnych kształtów. Jakże dziwnie znajome wydają się być sceny telewizyjne, ich sztuczność i manipulacja. W rezultacie Prisypkin doświadczony torturą szpitalnych ankiet i wywiadów stwierdza: „Nie dlatego zostałem odmrożony, by mnie teraz zasuszyli”. Zupełnie zignorowane są jego autentyczne pragnienia i marzenia. Raczej pluskwie ofiarowano wolność i życie, nobilitowano ją do rangi przedmiotu godnego szacunku. Jego samego zamknięto w klatce. Taka oto jest kondycja intelektualna przyszłości. I tu widownia współczuje Prisypkinowi. Doznaje bowiem poczucia pewnej tożsamości. Jeśli scenografię (Jorge Reina) pierwszej części znamionuje bogactwo, to tutaj podkreśleniu ulega sterylność, jałowość ludzkiego bytowania. Diagnoza społeczna jest aż nazbyt trafna. […][8]

Ostrzegając przed zagrożeniami, jakie może nieść ze sobą przyszłość, fantastyka naukowa częstokroć – w sposób jawny lub metaforyczny – poszukiwała źródeł tych problemów w bolączkach współczesnego świata. Tak było w przypadku Pluskwy, a nawet tak bezpretensjonalnego, rozrywkowego spektaklu jak Powrót Adama. Nie inaczej dzieje się we wspomnianym na wstępie przedstawieniu dla dzieci, zatytułowanym Pop! Bohaterkami tej sztuki, napisanej przez Miłosza Broniszewskiego w oparciu o pomysł reżyserki Magdaleny Młynarczyk, są dwie sympatyczne kosmitki (Romana Filipowska i Małgorzata Polak), mieszkanki planety zwanej Popkorlandią, zbudowanej z ziaren kukurydzy, które w wyniku postępującego gwałtownie ocieplenia klimatu zaczynają pęcznieć i eksplodować, coraz bardziej uprzykrzając życie mieszkańcom planety. W związku z tą sytuacją obie posłanniczki obcej cywilizacji, pod każdym względem różniące się od ludzi[9], przybywają na Ziemię z nadzieją na to, że właśnie tutaj uda im się znaleźć nowy dom dla siebie i swoich ziomków. W tym celu muszą znaleźć wspólny język z Ziemianami, zgodnie z interaktywną formułą spektaklu reprezentowanymi przez dziecięcą publiczność. Sądząc po spontanicznych reakcjach widowni, bohaterki radzą sobie pod tym względem całkiem dobrze.

Posługując się formą bajki ubranej w kostium SF, twórcy przedstawienia w nienachalny sposób uświadamiają najmłodszym widzom wagę problemów związanych z gwałtownymi zmianami klimatycznymi. Uczą ich również tego, jak istotna jest potrzeba wzajemnego kontaktu, zrozumienia dla odmienności i różnorodności. W dobie najzupełniej ziemskich konfliktów i postępującej migracji ludności kwestia ta nie dotyczy bynajmniej tylko relacji z istotami pozaziemskimi.

Nie jest to pierwszy zielonogórski spektakl dla dzieci, wykorzystujący konwencję fantastycznonaukową w celach o charakterze wychowawczym i edukacyjnym. Dużo wcześniej Andrzej Rettinger wyreżyserował lalkową Planetę Ma Sa Ru na podstawie tekstu Bogusławy Konstanty i Barbary Łukasiewicz (prem. 22 stycznia 1971), gdzie w dość pomysłowy sposób powiązano fantastyczną fabułę z przesłaniem dotyczącym konieczności przestrzegania reguł bezpieczeństwa na drodze. Jak tłumaczy jeden z bohaterów:

[…] nieoczekiwany rozwój cywilizacji i techniki spowodował, że na naszej planecie pojawiły się pojazdy mechaniczne, a wraz z nimi mechaniczna śmierć. Nasi uczeni znaleźli jednak sposób. Powstały fabryki, nie wytwórnie, ba całe kombinaty. Cały nasz przemysł nastawił się na produkcję duplikatów. […] Prawie wszyscy mieszkańcy naszej planety wyginęli, a ich miejsce zajęły automaty i stały się najważniejsze. Aż tu nagle pojawił się na naszej planecie przybysz z Ziemi i wprowadził zasady przestrzegania przepisów drogowych. A co za tym idzie nie było już wypadków. Zbuntowane automaty uwięziły go, gdyż to zagroziło ich interesom. Nie byłyby potrzebne[10].

Warto zwrócić uwagę, że sztuka wykorzystywała motywy znane już wcześniej w fantastyce naukowej, ale wśród najszerszych rzesz odbiorców spopularyzowane znacznie później, dzięki takim amerykańskim filmom jak Terminator (1984) Jamesa Camerona czy Matrix (1999) rodzeństwa Wachowskich.

Choć w Lubuskim Teatrze nie zrealizowano jak dotąd zbyt wielu spektakli wpisujących się w ramy gatunkowe SF, to jednak każdy z nich wniósł coś do historii zielonogórskiej sceny, wzbogacając jej repertuar o tematykę futurologiczną, która – wbrew obiegowej opinii – może znaleźć interesujące artystyczne odzwierciedlenie w przełożeniu na język teatralnych środków wyrazu.


[1]  A. Niewiadowski, A. Smuszkiewicz, Leksykon polskiej literatury fantastycznonaukowej, Poznań 1990, s. 262.
[2]  M. Dybizbański, O teatrze science fiction kilka uwag, „Przestrzenie Teorii” 2007, nr 7, s. 217.
[3]  L. Prorok, Wyznanie przed podniesieniem kurtyny, [w:] Powrót Adama [program], red. Z. Giżejewski, Zielona Góra 1961, s. 6.
[4]  Sztuka poznańskiego autora na lubuskiej scenie, „Głos Wielkopolski” 1961, nr 160, s. 7.
[5]  L. Prorok, dz. cyt.
[6]  Tenże, Powrót Adama. Komedia w 3 aktach z prologiem i epilogiem [scenariusz], Zielona Góra, s. 6.
[7]  Tenże, Wyznanie…, dz. cyt., s. 6.
[8]  C. Sobkowiak, Pluskwaspektakl czytelny, „Nadodrze” 1982, nr 1, s. 6.
[9]  Na scenie obie aktorki noszą czapki, dzięki którym mają upodobnić się do pozaziemskich istot o żółtych i zielonych głowach z wielkimi, wyłupiastymi oczami. Z tego względu – na co zwraca uwagę Agata Kostrzewska – „przypominają odrobinę kultowego kosmitę E.T.” z filmu Stevena Spielberga (1982), archetypiczną wręcz postać poczciwego i dobrodusznego przybysza z innej planety (zob. A. Kostrzewska, Kosmiczne poszukiwania, „Dziennik Teatralny Zielona Góra”, 12 grudnia 2023, http://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/kosmiczne-poszukiwania.html [dostęp: 24 sierpnia 2024]).
[10]  B. Konstanty, B. Łukasiewicz, Planeta Ma Sa Ru [scenariusz], Zielona Góra 1971, s. 25.

 

The post Fantastyka naukowa na deskach Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze appeared first on Pro Libris.

]]>
Szkoła Słowa https://prolibris.net.pl/szkola-slowa/ Tue, 29 Oct 2024 10:37:18 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14611 Małgorzata Stachowiak-Schreyner

The post Szkoła Słowa appeared first on Pro Libris.

]]>

Małgorzata Stachowiak-Schreyner

Szkoła Słowa

 
Garderoba

Ta złota, elżbietańska sukienka jest jedną z najstarszych. Chyba jest już pełnoletnia. Ola, która grała w niej Blankę w Poskromieniu złośnicy, ma dwóch całkiem sporych już synów. Była śliczną, drobną blondyneczką i przez to zawsze lądowała jako drobna postać – Blanka, narzeczona Scrooge’a w Opowieści wigilijnej, elf w Śnie nocy letniej. Teraz jej miejsce zajęła ośmioletnia siostrzenica Blanki – Iga – delikatna blondyneczka…

Czarna peleryna z wielkim kapturem była dla tych, którzy chcieli, a bali się. Czasem przez rok przychodzili „tylko popatrzeć”, a kiedy już wystarczająco mocno chcieli, a nadal zbyt mocno się bali – na początek kariery trafiali w czarną pelerynę jako niemy i niewidoczny spod niej Duch Wigilijnej Przyszłości, a potem już jakoś szło.

W biało-granatowym mundurku w Wiele hałasu o nic Bartek oświadczył się swojej dziewczynie, w szarym biegał, strzelając z kija jako Marcin Kabat (Igraszki z diabłem Jana Drdy). Wtedy chyba pierwszy raz w życiu nie pomylił tekstu, tak bardzo chciał dorównać swojemu poprzednikowi, Danielowi. Daniela za to jest czarny cylinder w pajęczynki. Bardzo miał dość dorocznego przywdziewania go do roli ducha Marleya. Ostatni raz był nim, kiedy Róża wyjeżdżała na stałe do Londynu. Róża była fantastyczną Fiokłą w Ożenku. Nigdy nie bała się być na scenie brzydka – jej Fiokła na scenie miała wielki, wypchany tyłek.

To szlafrok Hugh Heffnera – tak nazywały go dzieciaki. Ebenezer Scrooge nosił go przez większość scen Opowieści wigilijnej. Najpierw Ebenezer – Oskar, dziś już ksiądz Oskar, potem Kuba. Kuba był dla mnie wielką szkołą nieoceniania książki po okładce. Na pierwszym spotkaniu tekst scenariusza sylabizował, do dziś mówił w jakiejś swojej własnej gwarze z przesuniętym akcentem – na scenie był tak charyzmatyczny i wiarygodny, że ludzie nie potrafili oderwać od niego wzroku. Czy był wiktoriańskim Scrooge’em czy Kaziukiem z Konopielki, czy zbójem Sarką-Farką.

Kostiumy idą ze mną, jak album ze zdjęciami – od dwudziestu lat przybywają kolejne, jak kolejne fotografie. Przeprowadzają się w kolejne miejsca. Z Domu Kultury do Liceum Pileckiego, potem do Sulechowskich Lochów, z Lochów w depozyt do nowosolskiego Terminus A Quo – a teraz do szkoły, gdzie prowadzę kółka teatralne. W każdej rzeczy zapisana jest historia grupy literackoteatralnej Szkoła Słowa – Scena Słowa. W każdej zapisane są wspomnienia moich teatralnych dzieci. Moich dzieci na zawsze. Jestem Pani Matka.

Teatr się w moje życie wprosił. Sam ewoluował z warsztatów literackich, a potem je połknął. Moja pierwsza trójka wystraszonych gimnazjalistów pojawiła się, kiedy doskonale pamiętałam własne wydeptywanie ścieżek z plikiem nagradzanych na ogólnopolskich konkursach wierszy i odbijanie się od ścian – nieznanego amatora. Potem szum wokół mojego tomiku, też wydanego jako nagroda w konkursie i wyróżnienie za debiut wiele zamkniętych drzwi pootwierały. Z jakąś dziką determinacją postanowiłam, że będę dla tych dzieciaków tym, czego mnie samej zabrakło – wsparciem. W sumie to nie jest dobre słowo. Wsparcie ma w sobie jakiś melodramatyzm… Zostałam osobą z misją ułatwiania młodym tego, co da się ułatwić. Potem okazało się, że podstawą jest słuchanie i pozwolenie im na realizowanie siebie. To, jak wspaniałe spektakle i koncerty wyłoniły się z prób wyglądających jak Armagedon, nawet dla mnie, jest trudne do uwierzenia.

Panią Matką przezwała mnie ekipa pierwsza. Zaczęło się od tego, że pracownicy SDK ilekroć się na nią skarżyli, tytułowali ją per „Twoje dzieci” i tak już zostało. A dzieci nie były grzeczne. Oj nie! Nie były też spokojne, więc trzeba było energicznych i komicznych sztuk, by przypadkiem Hamlet nie wybuchnął śmiechem na scenie, albo żeby nie miał białych adidasów, albo… Nie, reszta niech zostanie tajemnicą. Pięć lat temu zdobyłam się na refleksję podsumowującą pracę teatru. Zaktualizuję więc tylko ten cytat z samej siebie jak poniżej.

Historia o tym, jak dwa (w sumie już trzy) pokolenia nastolatków
nie zjadły jednego słoika kiszonych ogórków

Z której strony by nie patrzeć, to jest piętnasty (za chwilę dwudziesty) wrzesień Szkoły Słowa, która z założenia miała być warsztatami literackimi, wymyślonymi, gdy ukazał się mój debiut książkowy i narobił trochę szumu. Jako że głupia byłam i głupia umrę, zadeklarowałam w SDK, że za pierwszy rok zajęć nie wezmę grosza, albowiem nie wiadomo, czy me wysiłki edukacyjne warte tego będą… Przyszłam pierwsza, potem ówczesna współprowadząca, potem trójka dość wystraszonych gimnazjalistów. Po drodze każdy od pracowników SDK usłyszał: TYLKO NIE ZJEDZCIE OGÓRKÓW! Okazało się, że w sali przygotowano jakąś cudaczną ekspozycję, która miała wyruszyć do miasta partnerskiego. Było tam dużo albumów kół łowieckich z powklejanymi zdjęciami pozabijanych zwierzątek i ogromny słój ogórków kiszonych…

Nikt nie zjadł ogórków, ale zawsze było coś, co tak jak one jakoś większą uwagę zajmowało niż to, co jest w naszym mieście najcenniejsze – CUDOWNI, UTALENTOWANI, MŁODZI LUDZIE!

Prowadziłam zajęcia i na trawniku, i w schowku na szczotki, kiedy nie było innej opcji, a ich było coraz więcej i więcej, a potem kiedy nie dali się rozsypać złym ludziom i wiatrom – powstało stowarzyszenie Stella Polaris. Przez te lata mamy laureatów ogólnopolskich konkursów i przeglądów, mamy dziesiątki spektakli i koncertów (ba, nawet musical!), konkursy, potyczki, warsztaty… Mamy tych (np. nowosolską artystkę i ceramiczkę Adę, poznańskiego animatora i reżysera Daniela i wielu innych), którzy wybrali kulturę, jako swoją drogę i szarpią się, kopiąc pustynię łyżeczką jako i ja, świadomie i dobrowolnie. Mijający czas niczego nie ułatwia… Zawsze jest za mało pieniędzy, za mało czasu, za dużo ważniejszych spraw i rachunków, ale jeśli przez ten czas udało mi się sprawić, że jałowy system edukacji w tych kilkudziesięciu wolnych duchach nie dał rady zgasić ognia… to znaczy, że było warto… że ciągle jestem ciekawa, czy gdzieś przetrwało to pomarańczowe alternatywne prześcieradło (?) prawdy objawionej.

Z czasem kończy się para w gwizdku. Najzwyczajniej brakuje energii, by po raz nasty kopać się z koniem np. o transport na spektakl, miejsce na darmowe przecież zajęcia, środki na kostiumy itp. Czuję, że dojechałam do zakrętu ze znakiem ograniczenia prędkości z napisem 50. Dzieci nie brakuje, w szkolnych kołach mam ich prawie czterdziestkę, brakuje po prostu siły, za często waliłam głową w mur bez skutku. Myślę, że „moje dzieci” wiedzą, że kiedy wrzucam hasło: robimy Opowieść wigilijną!, to znaczy, że tęsknię i chcę ich zobaczyć. Mam nadzieję, że one też tęsknią: za sceną, za sobą nawzajem i za mną na ostatku. Nic mnie tak nie wzruszyło jak słowa Marcina – jednego z tych, którzy zaczynali od czarnej peleryny – „Spędziłem w tym teatrze najlepszy czas mojego życia”. Młodych, utalentowanych ludzi nadal jest mnóstwo – wystarczy stworzyć dla nich przyjazną przestrzeń. Sądzę, że przez te dwadzieścia lat choć tyle mi się udało. Kiedy moje domowe dzieci były małe, podczas wakacji czytaliśmy teatralne Lato Muminków. Przytoczę ich fragment do zapamiętania na koniec tych wynurzeń: „Teatr to nie jest salon ani przystań dla statków. Teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, dlatego że tam pokazuje się ludziom, jakimi są, jakimi pragnęliby być, jakimi mogliby być, gdyby mieli odwagę”. Po to warto wygnać dzieciaka na zajęcia teatralne – bez odwagi żyjemy tylko namiastką własnego życia. No i jak mówią do człowieka „Pani Matko”, to też chyba jakiś sukces jest…

 

The post Szkoła Słowa appeared first on Pro Libris.

]]>
Terminus A Quo https://prolibris.net.pl/terminus-a-quo/ Tue, 29 Oct 2024 10:18:06 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14592 Edward Gramont

The post Terminus A Quo appeared first on Pro Libris.

]]>

Edward Gramont

Terminus A Quo

 
O sobie w trzeciej osobie (ćwiczenie)

Brodacz i skandalista teatralny, wizjoner, mistrz pióra i twardej ręki reżyserskiej. Pisał i tworzył, tworzył i pisał, aż się zapisał. Powiadają, że miewał sny o sztuce, że śnił na jawie – miewał takie sny (potwierdzam). To wszystko działo się i nadal (o zgrozo!) się dzieje w mieście magicznym, jakim jest Nowa Sól vel Stary Cukier, gdzie uwięziony między biegunami N–S Edward Gramont wykuł swój wehikuł nieskończoności. Pomagali mu w tym początkowo anonimowi tragarze, później znani tu i ówdzie szerpowie sceniczni i obsceniczni, którzy próbowali dźwignąć z posad bryłę swego świata, swej nierzeczywistej rzeczywistości. Tak to mniej więcej widzę!

Moc

Od czego się zaczęło? Co powoduje, że wciąż i wciąż zagłębiam się w zawiłości twórcze sztuki teatralnej? Czy też skąd czerpię energię? – te pytania sprowadzają się do jednego podstawowego stwierdzenia, że stoi za tym moc trudna po poznania i zwerbalizowania. Ta moc owładnęła moją postacią i nie opuszcza. Skąd przyszła i jak się pojawiła – niestety nie da się tego określić. W takim razie historia będzie niekompletna, ale ważne, że zapisała się liczbą zrealizowanych spektakli, dokonanych przedsięwzięć, dni i godzin spędzonych na twórczości, bo to zaświadcza, że moc była i nadal jest. Jaką ma postać ta moc, co w sobie skrywa, to wszystko jest do odkrycia przez wnikliwych badaczy. Ja jedynie zaświadczam, usiłując pisać historię, że istotą sprawczą Teatru TERMINUS A QUO jest moc tworzenia.

Nasionko

Gdybym w tym miejscu napisał datę 4 stycznia 1976… Napisałem. No to wszystko jasne: jest początek, początek! Nasionko już jest, które jeśli ma siłę zakiełkować – zakiełkuje – no i zakiełkowało gdzieś w wiosce Zakęcie pod Nową Solą, w mieszkaniu Sylwii Stępień. Pytałem ją, siebie, czy jest możliwe, by zaistniał teatr. Podaliśmy sobie ręce. To był nasz ślub. Tak się stało. Podobała mi się ta matka przyszłych poczęć. Przyprowadzę ci na sznurku wszystkich chętnych – powiedziała. Przyprowadziła trzy osoby: Irenę, Bożenę i Kazię. Taki dziewczyński tercet. Ale dobra nasza – jest kapela – no to szafa gra; tylko teraz jak ją nastawić, co grać, i kto ma decydować? Nie było łatwo. Po dobrej chwili, jakiejś półtorej godziny, staliśmy wciąż pod ścianą w punkcie wyjścia, ilość dróg – ułożona naprędce sterta książek przerażała mnie. To był fakt niepodważalny. Z tego nic nie wyjdzie – skonstatowałem. Chwilę potem pędziłem na swoim ulubionym rowerze typu tandem (innego nie miałem) do domu, do domu, do domu, gdzie leżał sobie egzemplarz miesięcznika „Nowy Wyraz”, a w nim paliwo napędowe, bez którego ani rusz nie poszlibyśmy do przodu. No i to się zaczęło zatrybiać, jak tylko dotknęliśmy magicznych strof Jacka Gulli i jego Poematu o zbawieniu świata, obszernego poematu zalegającego na kilkunastu stronach. W ruch poszedł ołówek, który zakreślał poszczególne fragmenty i dopisywał imię osoby, która miała to przetrawiać. Tak powstał pierwszy scenariusz tego teatru.

Rozpoczęły się próby, by spektakl mógł zaistnieć i wtedy nieoczekiwanie po trzech miesiącach nastąpił rozwód z Sylwią, która pociągnęła za burtę, bez koła ratunkowego – Bożenę. Załoga została szybko uzupełniona i tak na pełnym morzu można było dostrzec Czesławę i Mirosława. Pogoda była raczej wiosenna i tak w pamiętne popołudnie 4 czerwca 1976 roku doszło do pierwszej premiery: Poemat o zbawieniu świata w reżyserii Edwarda Gramonta. Zaś zespół aktorski stanowili: Kazimiera Gesek, Irena Kasprzak, Czesława Soroczyńska, Mirosław Czernicki, Edward Gramont. Entuzjazm po spektaklu, który trwał dwie godziny i dwadzieścia minut, był tak wielki, że drugie tyle wypełniły podniecone rozmowy aktorów, kierownika domu kultury: Jerzego Szyndera i Mirosława Pietkiewicza, studenta UAM w Poznaniu. Wszyscy prześcigali się w komplementowaniu zjawiska, które właśnie zaistniało. Teatr wystąpił pod nazwą: Teatr poezji ZDK „Odra”. Irena Kasprzak wkrótce nie miała sobie równych w kreowanych postaciach, grając dynamicznie i wyraziście spektakle z kontestacyjną nutką, jak Ameryka, Biała wyspa, Poemat o zbawieniu świata, Prosto w twarz, Szkoła czarownic z brawurowo wykonanym tekstem Jamesa Joyce’a Anna Livia Plurabelle, czy też w moim autorskim spektaklu Modlitwa. Czesława Soroczyńska tworzyła postacie bardziej klasyczne; była stonowana, niemniej dramatyczna i budująca świetne nastroje, grając klasycznie w spektaklach Wariat i zakonnica czy Kobieta i mysz.

Repertuar (ach to dopiero są hocki, klocki: ach, ach, ach)

Zaczęło się świetnie, awangardowo, nowocześnie. Można powiedzieć, że teksty Jacka Gulli nie tylko zainspirowały mnie, ale także wyznaczyły kierunek twórczości TERMINUS A QUO. Poemat o zbawieniu świata ewoluował przez wiele lat, doczekawszy się aż pięciu wersji.

Wśród najważniejszych zrealizowanych przedsięwzięć wymienię tylko najważniejsze:
–    spektakle sceniczne: Abraxas; Adiafora; Amnestia; Anna Livia, Gotha Potwór; Antygona; Boski Fidel Castro; Derwisze; Do końca; Dziewczyna z żyletkami; Elektra; Fazy; Głowa zdrajcy; Historia Niesfornej Dziewczynki; Król Lear; Macario; Mara Wariatka; Mgła; Mistyfikacje; Modlitwa; Narzędzia Tortur; Nie do mówienia; Nowa Sztuka Zakopiańska; O ruchu i nieporuszeniu Douve; Pieśń Awrejmełe; Prosto w twarz; Przebudzenie; Ristić; Ruchawy zapalec; Same; Sceny symultaniczne; Sister Kate; Skowyt; Solo Głupiego Pastucha; Spokojnie; Spotkanie; Sublimat; Syndrom Ucieczki; Sysi; Sześcionóg; Szkoła Czarownic; Tangali – baśń brazylijska; Trans-Atlantyk; Trzciny; Trzy białe konie i Julia; Tyrania; Ukrzyżowanie Manekina; Usta/lenia; Usuwanie Alejandry; W Labiryncie Poszarpanych Skał; W ogrodzie Edenu; Wachlarze wyobraźni; Wariat i Zakonnica; Wieczny Odpoczynek; Wielka Woda; Wniebowzięcie; Wygnańcy; Zabawa w czekanie na zabawę; Zawołanie; Ziemia Jałowa; 832 upadki Lubomira Charliego.
–    monodramy: Altazor; Ataraksja; Bachanie; Biję na alarm; Cesarzowa Meksyku; Fiszki Psychowienia; Ja Ediczka; La malcastree; Liteti, manoli, hipete; Marzenka zagra nam na skrzypcach; Noc nie jest dziewicą; Stara Kastylijka; Węzeł Gordysjki.
–    spektakle plenerowe: GO!; Kraina Ułudy; Laski; Noc Kupały; Noc Świętojańska; Parada; Radżas; Smocza Łódź; Szelestnica; Wesele Łużyckie; Winne.

Aktorzy

W zbiorze aktorów, którzy zapisali się mocno na kartach twórczości tego teatru, widnieją oprócz mnie takie postacie jak: Eliasz Gramont, Cezary Molenda, Konrad Gramont, Irena Kasprzak, Magdalena Budzyniak, Adriana Boś, Agata Wojtkowiak, Agnieszka Buczkowska, Tomasz Michniewicz, Zdzisław Grabowski, Katarzyna Mikołajczak, Michał Kasprzak, Katarzyna Brzoza, Aneta Sznajdrowska, Marta Chorążyk, Katarzyna Peca, Wiesław Majos, Joanna Brzoza, Magdalena Teszner, Natanael Gramont, Marzanna Jasińska, Katarzyna Turok, Justyna Stasik, Agnieszka Brzóz, Jakub Kapral, Krzysztof Swereda, Anna Młynarczyk, Kinga Nowak, Marta Rudziakowicz, Joanna Miniach (Pałka), Tomasz Foltyn, Przemysław Kubicki, Agata Remfeld, Kamil Ksiądzyk, Aleksandra Samborska, Agnieszka Małecka, Natalia Baik, Agnieszka Szczepanik, Magdalena Różczka, Agnieszka Kołodyńska, Jarosław Bitner, Dorota Niemycka-Baturo, Sylwia Adamczak, Katarzyna Rybarczyk, Kinga Kaczmarek, Marek Cholewa, Robert Kunysz, Barbara Trzeciak, Marek Pisarczyk, Paweł Stawarz, Jakub Osypiński,

Paweł Kutny, Daniel Kalinowski, Dominik Złotkowski, Marlena Lis, Adrian Żukotyński, Patrycja Gandera, Anna Hofman, Joanna Bratuś, Agata Staszewska, Małgorzata Peca, Ewelina Szymańska, Sławomir Żarski, Sławomir Dębowicz, Tomasz Rybarczyk, Karol Kolba, Marek Wawrzyniak, Halina Lech, Emilia Kałuska, Anna Pukajło, Michał Bonicki, Ada Bednarek, Piotr Lewkowicz, Wiesław Majewski, Piotr Osypiński, Kazimiera Wiśniewska, Adrianna Kołpak, Nikola Bielska, Karolina Leszczyńska, Katarzyna Kuraczycka, Natalia Jedyńska, Monika Chojnacka, Bartosz Siudak, Jerzy Pruski, Katarzyna Jagiełło, Karol Mirowicz, Józef Talarczyk, Julita Łyko, Damian Kołtko, Andrzej Tokarski, Marta Brych, Wawrzyniec Teuerle, Czesława Soroczyńska, Małgorzata Paszkier, Jadwiga Bendowska, Alicja Chyżak, Waldemar Buśko, Aurelia Kaniewska, Katarzyna Arciszewska, Zbigniew Knaszak, Danuta Gąsiorek, Zuzanna Galor, Andrzej Palto, Justyna Dywańska i wielu innych.

Kogo tam jeszcze niesie

To może być zagadka, pytanie bez odpowiedzi, jak z tym powiedzonkiem o wilku… nosił wilk razy kilka… Zanim pojawiły się tytuły spektakli, zanim pojawiły się próby z aktorami, to przecież bywały chwile pełne ekscytacji i marzeń, podróży w nieznane, wędrówki po lasach. Lech Szokarski opowiadał o festiwalu teatru otwartego we Wrocławiu, Jerzy Szynder o Tatrach, a ja szukałem wektorów twórczych w poezji dla siebie. To mnie jarało – teatr i turystyka, czułem, że drzemie we mnie wulkan.

Idylla się skończyła

Tak nagle, tak niespodziewanie, że aż niewiarygodnie. Ledwie maszyna zaczęła dobrze działać, a tu krach – nagły stop, i to nie ze strony aktorów, a ze strony władz fabryki, Nowosolskiej Fabryki Nici, przy której teatr był doklejony. Partyjni aktywiści dostrzegli zło ideologiczne, które niekorzystnie mogło wpływać na załogę, na młodzież, na publikę. Bezpośrednim impulsem, który sprowadził szykany na moją głowę – jak się wydaje – było zaproszenie Teatru – Grupy Franciszkańskiej, który działał przy kościele pw. św. Antoniego, a który prowadził ksiądz Adam Białek.

Przeskok – Wniebowzięcie

13 maja 2024 – Ogród sztuk. Biblioteka Miejska im. Edwarda Stachury w Nowej Soli, koło pergoli wedle platana, dwóch młodzieńców (Natanael Gramont, Szymon Patrzykąt) zajadle walczy na materacach, obrzucając się dość obficie mąką, na przemian wyrzucając przy tym konwulsyjnie teksty Edwarda Stachury z książki Siekierezada albo zima leśnych ludzi, słońce oświetla plac walki i ludzi zgromadzonych na tę okoliczność. Wśród pergoli przechadza się dostojnie, później pochylając się nad wyczerpanymi walką młodzieńcami, piękność teatralna – Kinga Kaczmarek, która też sączy tekst Edwarda Stachury Się (trudno od niej oderwać wzrok). Chwila trwa wiecznie, Eliasz Gramont filmuje spektakl, Karol Kolba robi fotki, Tomek Michniewicz i Irena Kasprzak siedzą na krzesełkach wśród widzów. Idylla.

 

The post Terminus A Quo appeared first on Pro Libris.

]]>
To nie sentyment, to po prostu miłość totalna do Zielonej Góry! Z Alicją Stasiewicz i Lechem Mackiewiczem rozmawia Piotr Prusinowski https://prolibris.net.pl/to-nie-sentyment-to-po-prostu-milosc-totalna-do-zielonej-gory/ Tue, 29 Oct 2024 08:07:10 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14566 Piotr Prusinowski

The post To nie sentyment, to po prostu miłość totalna do Zielonej Góry! Z Alicją Stasiewicz i Lechem Mackiewiczem rozmawia Piotr Prusinowski appeared first on Pro Libris.

]]>

To nie sentyment, to po prostu miłość totalna do Zielonej Góry!

Z Alicją Stasiewicz i Lechem Mackiewiczem rozmawia Piotr Prusinowski

 

Piotr Prusinowski: Na tegorocznym Kozzi Film Festiwal zielonogórska publiczność miała okazję zapoznania się z waszymi nowymi projektami. Lech Mackiewicz (dla przyjaciół Czako) podjął się reżyserii czytania performatywnego sztuki Alicji Łukasik-Ścigaj Dni powszednie, czyli materiał do zbudowania dramatu rozpisanego na dwa głosy. Ty, Alicjo, zagrałaś główną rolę żeńską w filmie Jana Jakuba Kolskiego Wariaci. Są to dzieła bardzo różne zarówno pod względem tematyki, jak i stylistyki czy estetyki. Dostrzegam jednak coś, co je łączy – temat relacji jednostki z mechanizmami społecznymi oraz narzucanymi przez społeczeństwo wymaganiami i standardami. Czy zgodzicie się ze mną, że oba utwory łączy motyw konfliktu wynikającego z nieprzystawalności do tych standardów?

Lech Mackiewicz: Społeczeństwo ich wypluło. Narracja XXI wieku, tej rzeczywistości, która teraz nas otacza, jest mocno opresyjna i wypluwa tych ludzi, którzy nie nadążają, buntują się, a niekiedy nawet tych, którzy chcą do społeczeństwa przynależeć. Zarówno bohaterki Dni powszednich, jak i „wariaci” z filmu Kolskiego są przecież gotowi iść na pewnego rodzaju kompromis ze światem. Ten świat nie jest jednak światem przyjaznym dla ludzi takich jak oni i wyrzuca ich na margines. Alicjo, nie chcę mówić za Janka Kolskiego, ale sądzę, że on ustawiał i „filtrował” was pod siebie, on też czuje się outsiderem, a już na pewno tak właśnie czuje się autorka Dni powszednich. To taki wspólny mianownik. Zresztą myślę, że generalnie w świecie twórczości ludzi wrażliwych ten mianownik będzie wspólny dla wszystkich – no może nie dla wszystkich, ale na pewno można tu wskazać na pewien nurt dotyczący nieprzystawalności.

Alicjo, para, którą zagraliście z Erykiem Lubosem, to ludzie wrażliwi, o dobrych sercach, ale chyba właśnie ze względu na swoją inność i wrażliwość są miażdżeni przez tryby życia społecznego, na którego marginesie egzystują?

Alicja Stasiewicz: W czysto „życiowym” sensie są po prostu niezaradni, nie mają sprecyzowanej ścieżki kariery, nie umieją rozsądnie gospodarować pieniędzmi, zapewne nie mieli szans na zdobycie dobrego wykształcenia, na dodatek są pozbawieni oparcia w bliskich osobach. To wszystko sprawia, że muszą egzystować poza społeczeństwem. Mnie osobiście ciężko to sobie w ogóle wyobrazić, ponieważ ich świat nie jest moim światem. Ja sama żyję jednak w ramach tego społeczeństwa.

LM: Kiedy oglądałem was na ekranie, to absolutnie nie miałem wrażenia, że macie jakikolwiek kłopot ze zrozumieniem tych ludzi. Ty i Eryk jesteście bowiem bardzo specyficznymi aktorami, ze względu na wasz typ wrażliwości jesteście osobni. I chyba dzięki zawodowi, który wykonujecie, znaleźliście swoje miejsce na tym świecie, ale mnie – jako widzowi z boku – bardzo łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której zarówno ty, jak i Eryk nie przystawalibyście do tej rzeczywistości, bylibyście zmuszeni do tego, aby w taki czy inny sposób łatać, cerować, fastrygować swoje życie. Nie mówię oczywiście, że musielibyście – tak jak bohaterowie Wariatów – od razu kraść czy szukać innych wątpliwych rozwiązań, uciekać do lasu etc. Myślę jednak, że dlatego Jan wybrał do tych ról właśnie was, ponieważ wasza wrażliwość jest wrażliwością osób nieprzystających do XXI wieku. Takie mam wrażenie po kilkukrotnym już obejrzeniu Wariatów.

AS: Jesteś chyba rekordzistą, jeśli chodzi o częstotliwość oglądania tego filmu…

LM: Myślę, że pod tym względem Jan bije mnie na głowę.

Alicjo, wiem, że twoja artystyczna przygoda z Wariatami zaczęła się od kandydatury do niewielkiej, właściwie epizodycznej roli właścicielki kina. Tymczasem reżyser dość szybko właśnie w tobie ujrzał główną bohaterkę filmu – Karolkę. I trudno się dziwić, znając chociażby twój występ w roli tytułowej bohaterki Marzenia Nataszy. To oczywiście dwie różne postacie, ale moim zdaniem jako Karolka przenosisz na ekran podobny rodzaj żywiołowości, zadziorności, a zarazem budzącej wzruszenie wrażliwości, którą emanowałaś wtedy na scenie. Czy istnieje jakaś choćby daleka paralela pomiędzy tymi dwiema kreacjami?

AS: To było wielkie szczęście, że mniej więcej rok przed castingiem do Wariatów zagrałam w Marzeniu Nataszy. Sama wybrałam ten tekst, poszłam z nim do dyrektora Czechowskiego, znalazłam odpowiednią reżyserkę, Magdalenę Drab. To wszystko było zatem bardzo moje, bardzo chciałam to zagrać. Później tak się fortunnie złożyło, że Jan napisał scenariusz, gdzie bohaterka jest trochę podobna do Nataszy. Wiadomo, dzieli je kraj, wiek, Natasza jest jeszcze nastolatką, a Karolka ma męża, ale niewątpliwie łączy je pewne podobieństwo. Cieszę się bardzo, że miałam szansę przećwiczyć sobie coś takiego na scenie. Gdy czytałam scenariusz Wariatów, postać Karolki nie była już dla mnie kompletnie obca, nie musiałam od zera obmyślać koncepcji tej roli. Wiedziałam już, że jest to coś, co po prostu lubię grać – wymarzona rola.

LM: To po prostu twój rodzaj wrażliwości. Nie jest przypadkiem, że takie role grasz i takich ról szukasz.

AS: Tak, szukam i tym bardziej się cieszę, że taka rola w zasadzie przyszła do mnie sama, że również ktoś inny – w tym przypadku Jan Jakub Kolski – widzi we mnie to, co ja sama widzę w sobie. Jan zobaczył we mnie to samo, co ja ujrzałam w sobie, wybierając rolę Nataszy. Jest jeszcze jedna paralela: Natasza na końcu idzie do więzienia, a Karolka w prologu Wariatów właśnie z niego wychodzi.

LM: Z przymrużeniem oka można powiedzieć, że Natasza wychodzi z więzienia, by stać się Karolką. W tym sensie Marzenie Nataszy to prequel Wariatów, a Wariaci – sequel Marzenia.

W imieniu Kolskiego odebrałaś nagrodę Klaps 2024, którą rada artystyczna festiwalu przyznała mu w kategorii „Film kryminalny, gangsterski, sensacyjny, czyli kino akcji”. Jak przebiegała twoja współpraca z reżyserem bardzo znanym, ale zarazem bardzo osobnym, który – o czym wspomniał już Czako – w pejzażu rodzimego kina zawsze pozostawał outsiderem?

AS: Ten jego wizerunek outsidera rzeczywiście znajduje odzwierciedlenie w życiu. Jan faktycznie pozostaje poza wszelkimi układami, robi wszystko sam, jest całkowicie niezależny. Spełniał zarówno funkcje scenarzysty i reżysera, jak i producenta, nie miał dookoła siebie tłumu ludzi, dzięki temu nie musiał się przed nikim tłumaczyć i spełniać czyichś oczekiwań. Zwykle jest tak, że gdy idziesz na casting, to najpierw musi cię zobaczyć reżyser castingowy, następnie zatwierdzić producent i jeszcze ktoś, kto wykłada kasę. Kiedy 

tyle osób macza palce w kompletowaniu obsady, to wszystko się gdzieś rozmywa i komplikuje. Jan obywa się bez tej całej świty, bo sam jest sobie żeglarzem, sterem i okrętem. Kiedy wybrał mnie do tej roli, to była wyłącznie jego decyzja – on tak chciał i koniec, niczego więcej już nie było trzeba. Należy mu się szacunek, bo na pewno nie jest mu łatwo, robienie wszystkiego w pojedynkę jest z pewnością niezwykle trudne. Taką wybrał sobie drogę – i dobrze, bo tak niezwykłe filmy realizuje właśnie dzięki temu, że nikt przy jego projektach nie grzebie, że wszystko przebiega dokładnie tak, jak on sam sobie obmyślił w głowie.

LM: Z Janem znaliśmy się już wcześniej środowiskowo, raz na jakiś czas nasze drogi się krzyżowały, ale do tego czasu nigdy u niego nie grałem. Lubiliśmy się, ale nie byłem jego typem aktora, ponieważ on preferuje typy ludyczne. Ostatnio zagrałem jednak tę epizodyczną rolę w Wariatach i bardzo się cieszę, że miałem okazję z nim pracować. Na planie jest delikatnym, wrażliwym i troskliwym człowiekiem, który słucha energii aktora.

AS: Jest też uczciwy i lojalny wobec aktorów. Niekiedy mogą się zdarzyć sytuacje, że gdy dostajesz rolę, reżyserzy kuszą cię i mamią, o pewnych rzeczach ci nie mówiąc. W rezultacie dopiero na sam koniec dowiadujesz się, że musisz zrobić coś przekraczającego twoje granice w taki czy inny sposób. U Jana wszystko było od początku jasne, nie stosował żadnych forteli typu, że najpierw mnie skusi, a na koniec powie: „tylko jeszcze musisz bardzo krótko ściąć włosy”. O tym, że muszę to zrobić, wiedziałam już od samego początku. Podobnie ze wszystkimi innymi scenami – również miłosnymi czy topless, których ostatecznie nie było. Nie korzystał ze swojej pozycji, nie kombinował, a kiedy już coś postanowił, to nigdy nie zmieniał zdania.

Alicjo, masz w swoim aktorskim dorobku role w dwóch dużych miniserialach, wkrótce zagrasz w dwóch filmach dyplomowych katowickiej Szkoły Filmowej im. Kieślowskiego. W Wariatach po raz pierwszy w swojej karierze zagrałaś główną rolę na dużym ekranie. I to rolę niezwykle wyrazistą, łączącą dramatyzm z humorem – taką, która wzbudza natychmiastową sympatię widza. Czy chciałabyś częściej niż dotychczas występować w filmach?

AS: Tak, oczywiście! To jest część aktorskiego zawodu. Do tej pory spełniałam się głównie na scenie, choć już od wielu lat próbowałam swoich sił w filmach. Wiąże się to jednak z wieloma trudnościami, castingi są dość rzadkie, o niektórych pewnie nawet nie wiedziałam, do niektórych się przygotowywałam, ale ostatecznie ich nie wygrałam. Zagrałam w jednym filmie kinowym Na chwilę, na zawsze w reżyserii Piotra Trzaskalskiego, a także w niejednym serialu. Rola w Wariatach była dla mnie ważną lekcją, z której wiele wyniosłam i oczywiście chciałabym się rozwijać w tym kierunku.

Czako, jakim doświadczeniem było dla ciebie reżyserowanie Dni powszednich? Moim zdaniem bez najmniejszej przesady można powiedzieć, że to, co miało być „tylko” czytaniem, stało się spektaklem już właściwie pełnym, gotowym.

LM: Miło mi to słyszeć. Tekst Alicji Łukasik-Ścigaj, choć dosyć krótki, był interesującym wyzwaniem. Jest rozpisany na dwa głosy, ale w tych głosach jest pewna wielowątkowość i różnorodność postaci. Miałem problem ze znalezieniem klucza do tego przedstawienia. Tematyka Dni powszednich jest bardzo kobieca, a zarazem powiązana z opresyjnością – to opowieść o kobietach w sytuacji ekstremalnego zagrożenia duchowego. Był taki czas, kiedy jeździliśmy z Alicją na strajki kobiet, co stało się adekwatnym punktem odniesienia. Tekst jest trudny, ale bardzo otwarty na interpretację. W związku z tym pozwoliliśmy sobie na pewną dowolność i w podziale ról, i w interpretacji. Wyodrębniliśmy z tego materiału trzy bardzo różne kobiety, które połączył wspólny cel. Tym celem było powiedzenie „nie” światu, który je odrzucał. Jeśli zacytować Kaczmarskiego – dążyły do tego, aby „wyrywać murom zęby krat”. Każda na swój sposób: jedna spokojnie, druga – buntem i bezczelnością, trzecia – sposobem. Dwa głosy stały się trzema.
Było to dla nas fajne ćwiczenie. Przygotowania trwały nieco dłużej, ale sama realizacja objęła trzy próby w ciągu zaledwie dwóch dni. Zawsze uważałem, że Lubuski Teatr dysponuje znakomitym zespołem aktorskim. Również tutaj dziewczyny – Ania Stasiak, Asia Wąż i Marta Frąckowiak – stanęły na wysokości zadania, za co im serdecznie dziękuję. Zapewne nie bez znaczenia jest tu fakt, że z każdą spośród nich wcześniej już pracowałem, a one ufają mi jako reżyserowi. Autorka rzuciła nam wyzwanie tym tekstem, my podjęliśmy rękawicę i chyba daliśmy radę, bo zadowolona była nie tylko widownia, nie tylko organizatorzy tego wydarzenia oraz my jako wykonawcy, ale także sama autorka sztuki.

Czy istnieje szansa, by w najbliższym czasie twój tekst doczekał się „materializacji” na scenie teatralnej – już nie w formie czytania, ale „pełnoprawnego” spektaklu?

LM: Będąc już spoza, a jednocześnie tak bardzo z Zielonej Góry, uważam, że moglibyśmy tu wrócić, aby wspólnie coś zrobić – i zrobilibyśmy to z wielką chęcią. Dni powszednie są w tym aspekcie jednym z tematów. Jeżeli znajdzie się partner do rozmowy na ten temat, jeśli również autorka będzie za, to jestem jak najbardziej otwarty. Również z Alicją mamy swoje artystyczne plany, być może kiedyś uda nam się je zrealizować. Napisałem również tekst pt. Legenda rzeki, pomyślany jako scenariusz widowiska plenerowego, osnuty tylko i wyłącznie wokół tematyki związanej z Ziemią Lubuską i rzeką Odrą. Na temat ewentualnej realizacji rozmawialiśmy już wstępnie z kompozytorem Danielem Grupą, z którym niejednokrotnie współpracowaliśmy. Sądzę, że ów tekst ma potencjał mitologiczny, można by go wystawić w plenerze podczas Winobrania albo Nocy Kupały.

Z pewnością dla publiczności z naszego regionu byłoby to cenne doświadczenie. Zresztą już wcześniej reżyserowałeś na deskach Lubuskiego Teatru własną sztukę Małgośka z Zielonej, a ty, Alicjo, tam grałaś. Ten spektakl również miał lokalny koloryt.

LM: Przedstawienia o tematyce związanej z regionem pobudzają lokalną dumę, lokalny patriotyzm, co bardzo mi się podoba.

AS: Na Śląsku pracujemy od niedawna, i to jako artyści „napływowi”, ale sądzimy, że jest to ogromnie pozytywne i integrujące, że również w dziedzinie teatru Ślązacy tak chętnie podkreślają swoją śląskość. To samo warto robić również na tutejszym gruncie.

LM: Małe ojczyzny są bardzo ważne. Choć ważne jest również to, żeby opowiadać o nich w sposób wolny od ideologicznych czynników. Wielka polityka może być tłem utworu, a ludzie sami muszą sobie wyrobić zdanie na ten temat. Dużo ważniejsze są losy jednostki – człowiek, człowiek i jeszcze raz człowiek.

Zapewne macie teraz dużo pracy w gliwickim teatrze, a jednak znajdujecie czas na to, by regularnie odwiedzać Zieloną Górę i uczestniczyć w życiu kulturalnym miasta, choćby przy okazji wspomnianego Kozzi Film Festiwal. To może pytanie retoryczne, ale czy to miasto działa na was nostalgicznie, a zarazem inspirująco?

AS: To nie sentyment, to po prostu miłość totalna do Zielonej Góry! Jestem co prawda gdańszczanką, ale kocham to miasto. Zawsze będziemy tu wracać. Mamy tu nie tylko silne rodzinne więzi, ale także naszych bliskich przyjaciół z Lubuskiego Teatru.

LM: Oni są naszą teatralną rodziną. Mamy tu również swoich fanów, ale też sami jesteśmy fanami wielu ludzi i rzeczy związanych z tym miastem. Przyjaźniliśmy się z winiarzami, kolegowaliśmy z Patrykiem Dudkiem, a Falubaz był ważną częścią naszego życia.

AS: Lubuski to pierwszy teatr, w jakim podjęłam pracę, i na pewno nigdy tego miejsca nie zapomnę. Pamiętam nawet mój pierwszy casting. Byłam tu na etacie dziewięć lat, to ogrom czasu. Poza tym sama Zielona Góra ma w sobie coś takiego, że nie da się jej nie uwielbiać. Jest kameralna, śliczna, dużo dobrego się tutaj dzieje. Na deptaku zawsze można spotkać kogoś znajomego. Bardzo tęsknimy za tym miastem. To nie było łatwe rozstanie – konieczne, ale niełatwe. Zresztą wszystkie znane nam osoby, które tu przyjechały, a następnie stąd wyjechały, mówią dobrze o Zielonej Górze i za nią tęsknią.

Już nie po raz pierwszy gościliście na Kozzi Film Festiwal. Trzy lata temu reżyserowałeś w Zatoniu czytanie własnej sztuki Nie jesteś moim Abbą, w którym obok Alicji i ciebie wzięli udział także Anna Stasiak, Ernest Nita i Radek Walenda. Wtedy w ramach Zielonogórskich Konotacji miała swoją premierę filmowa wersja twojego spektaklu Ja ciebie też… Przy tej okazji przypomniano film z twoim udziałem – Warszawę Dariusza Gajewskiego. Twoje teksty, w tym również Nie jesteś moim Abbą, znalazły się ponadto w Antologii dramatu zielonogórskiego pod redakcją Andrzeja Bucka.

LM: Nie ukrywam, że jestem z tego powodu bardzo dumny. Cieszę się, że dyrektor Buck docenił moją twórczość i tym samym niejako uczynił mnie zielonogórzaninem i Lubuszaninem, którym ja zresztą faktycznie się czuję.

Jaka jest geneza powstania tego utworu? To ostatnia część twojej „australijskiej” trylogii, ale wymowa wydaje się raczej uniwersalna, czytelna pod różną szerokością geograficzną…

LM: Część pierwszą, NaGL – Not a Good Look wystawiłem w Sydney, druga zaś, Everyman & The Pole Dancers, miała swoją prapremierę w Melbourne, następnie była prezentowana w Tokio, a później czytana w zielonogórskim BWA. Opowiadały trochę o kraju, trochę o jednostkach, trochę o rodzinie, o rozpadzie rodziny jako komórki społecznej, także o niemożności odnalezienia się w rzeczywistości. To wszystko podane przez pryzmat humoru absurdalnego. W pierwszej części jest śmiesznie, ale źle się dzieje, w drugiej jest mowa o oczekiwaniu na koniec świata, jaki znamy, a trzecia, Nie jesteś moim Abbą, jest już zdecydowanie postapokaliptyczna. Pisanie tej sztuki kończyłem już w Zielonej Górze – będąc moją ostatnią australijską, jest zarazem moją pierwszą lubuską. Również i tutaj nie brakuje komicznych elementów.

À propos humoru, kojarzyła mi się nieco z dramaturgią Becketta. Czy słusznie?

LM: Tak, twórczość Becketta i Ionesco z pewnością była punktem odniesienia, jeśli chodzi o tego typu formę i stylistykę.

Waszym najnowszym wspólnym przedsięwzięciem jest inscenizacja Edukacji Rity Willy’ego Russella w Gliwicach. Nie tylko razem gracie w tym spektaklu, ale też go wspólnie reżyserujecie. Skąd wybór tej właśnie sztuki?

AS: O Edukacji Rity myśleliśmy już parę lat temu, kiedy jeszcze byliśmy na etacie w Zielonej Górze. Wielokrotnie pracowaliśmy razem, ale nie mieliśmy okazji zagrania razem w takim przedstawieniu, które stwarzałoby warunki do wykreowania większych interakcji między granymi przez nas postaciami. Ponieważ chcieliśmy zagrać dwie duże role razem, postanowiliśmy wziąć ten projekt we własne ręce i wyjść z taką inicjatywą. Na Ziemi Lubuskiej ostatecznie nie udało się wcielić tego zamierzenia w życie. Gdy później wróciliśmy do owego pomysłu, a dyrektor Teatru Miejskiego w Gliwicach zobaczył zdjęcia z naszych czytań w Dąbiu i Gubinie, wówczas sam uznał, że to świetny pomysł, abyśmy oboje podjęli się realizacji spektaklu.

LM: Wcześniej łączyliśmy siły w duetach reżyser-aktorka albo reżyserka-tłumacz, a teraz wspólnie reżyserujemy spektakl, w którym również gramy. Myślę, że to przedsięwzięcie otwiera przed nami nowe drogi. Edukacja Rity to sztuka niełatwa w realizacji, wymagająca co najmniej dwóch godzin wspólnego przebywania na scenie dwójki aktorów, którzy mają do zagrania 14 trudnych scen. Słodko-gorzka opowieść o relacji niemożliwej, a jednak możliwej, o tym, jak możemy się od siebie wzajemnie uczyć i na siebie wpływać, a zarazem się minąć, gdy próbujemy się nawzajem odnaleźć. Można ją zrealizować „po wierzchu”, jest wtedy śmieszna i tylko śmieszna, można „po naukowemu”, bo tam się sporo mówi o Szekspirze, Czechowie, Ibsenie. Wtedy to może wyglądać, jak…

AS: Jak lekcja polskiego.

LM: Tak, jak lekcja literatury, może troszkę nudna, ale zawsze jakaś. A przecież można to zrobić jeszcze inaczej – tak, żeby pogrzebać trochę w psychologii i genezie wszystkich ukrytych w niej znaczeń, bo jest ich bardzo dużo i funkcjonują na wielu płaszczyznach. Tym bardziej, że literatura, o której jest mowa na scenie, zawiera konteksty damsko-męskie, te zaś w taki czy inny sposób rzutują na samych bohaterów, odzwierciedlają łączące ich relacje. Z początku myśleliśmy, że uda nam się szybciej zrealizować nasz projekt, ale rzuciliśmy się na wodę głębszą, niż z początku myśleliśmy. Jesteśmy jednak pełni optymizmu. Wierzymy, że powstanie spektakl żywy, prawdziwy, wciągający, pulsujący emocjami i miłością w każdym tego słowa znaczeniu.

Trzymam mocno kciuki za powodzenie waszego projektu. Dziękuję za rozmowę!

 

The post To nie sentyment, to po prostu miłość totalna do Zielonej Góry! Z Alicją Stasiewicz i Lechem Mackiewiczem rozmawia Piotr Prusinowski appeared first on Pro Libris.

]]>
Czym jest moja Itaka? https://prolibris.net.pl/czym-jest-moja-itaka/ Tue, 29 Oct 2024 07:16:04 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14559 Natalia Sztegner

The post Czym jest moja Itaka? appeared first on Pro Libris.

]]>

Natalia Sztegner

Czym jest moja Itaka?

Wojna toczyła się we mnie, odkąd pamiętam. Bój pomiędzy nieokiełznanym Pragnieniem Twórczej Wolności a potężnym Strachem Przed Byciem Ocenianą powodował ogromne straty w moim wnętrzu. Rozjemcą w tym trudnym i bolesnym konflikcie stała się grupa herosów – Lubuska Siła Krytyczna, z dowódczynią Joanną Marcinkowską na czele. Biała flaga powiewała na wietrze przez dwa lata. W tym czasie Pragnienie i Strach żyły obok siebie bez wyraźnie zaznaczonej hegemonii. Nie przeszkadzały sobie wzajemnie. Zapanował względny spokój. Za sprawą delikatnych niczym promienie porannego słońca sugestii Lubuskiej Siły Krytycznej postanowiłam opuścić neutralny grunt zniszczony dotychczasowymi walkami dwóch przeciwstawnych sił i ruszyć na poszukiwanie swojej Itaki niczym mitologiczny Odyseusz.

Swoją tułaczkę rozpoczęłam od przekroczenia krainy Lubuskiego Teatru. Przemierzając kilometry korytarzy, dotarłam aż na balkon – Balkon Ordona w reżyserii Pawła Wolaka i Katarzyny Dworak-Wolak. Była to fascynująca historia o typowo polskiej rodzinie z najbardziej polskimi cechami. Niczym we fraszkach Krasickiego duet PiK uwypuklił i obśmiał wady naszych rodaków. Ten tragikomiczny spektakl delikatnie zburzył mur, który oddzielał mnie od prawdziwego celu mojego istnienia, którego tak szukałam. Był przepięknym i lekkim początkiem drogi do szczęścia o dosyć gorzkawym posmaku.

Z tym nieprzyjemnym smakiem fałszywej pobożności i patriotyzmu na języku ruszyłam w dalszą podróż. Dopłynęłam do brzegu. Znalazłam się w wielobarwnej zwierzęcej krainie Papugi, Koali, Sowy i innych futrzanych przyjaciół lasu. Była to przestrzeń w Teatrze Lalek, która została wykreowana podczas spektaklu Niezwykłe odkrycie papugi w reżyserii Dominiki Walo i Bartosza Jędrasia. Kolorowa scenografia i kostiumy dostarczyły moim oczom prawdziwej soczystej uczty, natomiast muzyczny koncert, jaki zaserwowała widzom dzielna Papuga, nakarmił mój zmysł słuchu. Tytułowy ptak pochwycił mnie za dłoń i pomógł rozbudzić tę dziecięcą ufność w lepszy świat.

Kolejnym punktem mojej podróży była wizyta w Chorzowie. Klimatyczny Teatr Rozrywki pochłonął mnie bez reszty. Po przekroczeniu progu tego budynku znalazłam się w… klasztorze? Ogromna scena. Rozbudowana scenografia, która przeistaczała się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Balansowałam pomiędzy klubem nocnym, komisariatem, aż na dłużej zostałam pomiędzy śpiewającymi siostrami zakonnymi. Taki wachlarz emocji dostarczył mi musical Zakonnica w przebraniu wyreżyserowany przez Michała Znanieckiego. Po raz pierwszy moje zmysły mogły chłonąć tak potężne widowisko, które swoją historią przypominało intrygujący kryminał Agathy Christie. Z wypiekami na twarzy i nowymi pokładami energii mogłam powrócić do murów rodzimego Lubuskiego Teatru.

Z mojego wnętrza wymazywałam Strach. Mój umysł otulało zapomnienie. Swoją cieniutką warstwą amnezji kawałek po kawałku okrywałam mojego najgroźniejszego przeciwnika. Chciałam, aby zapadł w sen zimowy i nigdy się już nie obudził. W taką senną, pokrytą mgłą krainę mogłam przenieść się podczas premiery sztuki Pałac w reżyserii Roberta Kurasia. Z lekką niepewnością i jeszcze nie do końca uśpionym we mnie strachem przyjęłam zaproszenie, aby odwiedzić to miejsce. Surowy wystrój, światło nadające klimat tajemniczości i on… mężczyzna leżący pod żyrandolem w pozycji embrionalnej. Przepadłam w tym świecie. Nie chciałam z niego wychodzić. Błądziłam po zakamarkach pałacu i, odwiedzając emocjonalnie każde z pomieszczeń, dowiadywałam się coraz więcej o sobie. Chłonęłam każde słowo bohatera Jakuba niczym gąbka. Potrzebowałam tych słów, jak spragniony wędrowiec na pustyni. Był to balsam na moje pokiereszowane i wystraszone wnętrze.

Po tym doświadczeniu moje postrzeganie sztuki uległo przeobrażeniu. Uwolniłam z ciemnego pokoju Kreatywność, która niczym pies zerwany ze smyczy próbowała odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Moje myśli biegały od jednego obejrzanego spektaklu do drugiego. Próbowałam wszystko ułożyć w całość. Zgłębiałam i przerabiałam w sobie to, co dał mi w tym sezonie Lubuski Teatr. Po zburzeniu muru, który oddzielał mnie od lepszego, nowego świata, chciałam się tam dostać czym prędzej. Wsiadłam w pociąg i dotarłam. Stolica. Miasto obce, nieznane mi dotychczas. Siedząc w fotelu na widowni Nowego Teatru, czułam się jak Kordian na szczycie Mount Blanc. Nad mgłą, pośród gór moje oczy mogły nasycić się widokiem fenomenalnych Aniołów w Ameryce w reżyserii mistrza Krzysztofa Warlikowskiego. Kilka godzin duchowej uczty. Szczyt teatru w Polsce. I ja. Wolna. Twórcza Wolność została rozbudzona w pełni. Strach zapadł w najdłuższy sen zimowy, o jakim człowiek jest w stanie pomyśleć. Powrót do Lubuskiego Teatru był inny. Był przepiękny. Mogłam wrócić, chwycić za długopis i pisać. Tworzyć to, czego w grupie Lubuska Siła Krytyczna uczyłam się od wielu miesięcy. Stworzyć namacalny dowód emocji i przeżyć, które zawdzięczam teatrowi.

Dopłynęłam do swojej Itaki. Kurtyna.

The post Czym jest moja Itaka? appeared first on Pro Libris.

]]>
Po co nam teatr? https://prolibris.net.pl/po-co-nam-teatr/ Tue, 29 Oct 2024 06:35:03 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14549 Joanna Marcinkowska

The post Po co nam teatr? appeared first on Pro Libris.

]]>

Joanna Marcinkowska

Po co nam teatr?

 

Samotność – cóż po ludziach, czym [teatr] dla ludzi?
Gdzie człowiek, co z mej pieśni całą myśl wysłucha,
Obejmie okiem wszystkie promienie jej ducha?
(parafraza fragmentu Wielkiej Improwizacji z III części Dziadów Adama Mickiewicza)

Mogłoby się wydawać, że po surrealistycznym czasie pandemii nie tak szybko nastąpi odrodzenie korzystania z kultury i chętny powrót widowni do sal teatralnych. Wszystko jednak zaczęło powracać do normalności stosunkowo szybko, ponieważ okazało się, że kontakt z żywym artystą jest niezwykle cenny, a przeżycia „przez szybę” (ekranów) jednak niezbyt interesują odbiorców na dłuższą metę.

W sezonie 2023/2024 odbyłam bardzo dużo podróży teatralnych. Pasjonuję się teatrem od ponad 20 lat. Mam wykształcenie teatrologiczne, a wieloletnia współpraca z „Dziennikiem Teatralnym” daje mi możliwość pisania recenzji o spektaklach w całej Polsce. Poza tym, jako że pracuję w teatrze, warto zwyczajnie „przewietrzyć głowę” i sprawdzić, co innego/ciekawego można zobaczyć na scenach innych teatrów. Wybór jest ogromny, bo właściwie gdzie nie spojrzymy – tam realizowany jest potencjalnie interesujący spektakl.

Inna rzecz jest taka, że staram się po prostu (w miarę możliwości) być na bieżąco z tym, co dzieje się aktualnie na scenach teatralnych w Polsce. W mojej opinii teatr w naszym kraju stoi na bardzo wysokim poziomie: jest różnorodny, nowoczesny, a podejmowane tematy są uniwersalne. Oczywiście, wybierając spektakle, dokonuję pewnej selekcji i skupiam się na rzeczach, które w mojej intuicji oraz według mojej wiedzy wydają się być najciekawsze czy najważniejsze. Nie da się być też wszędzie, bo często istotne wydarzenia dzieją się symultanicznie, w różnych miastach. Nie da się zobaczyć wszystkiego.

Co ciekawe – zauważyłam, że kiedy przyjedzie się do dużego miasta (jak Warszawa, Kraków, Poznań) i będzie się chciało spontanicznie pójść na jakiś spektakl, okaże się, że nie ma biletów. Oczywiście, można próbować dostać wejściówkę przed samym rozpoczęciem spektaklu, ale wiąże się to z niepewnością, czy w ogóle wejdziemy na spektakl. Wydawałoby się, że (stereotypowo) nikt do teatru nie chodzi i nadal jest to rozrywka dla elit. Nic bardziej mylnego.

Trzeba zauważyć, że w ostatnich latach zmienił się sam sposób ubierania się do teatru – jakkolwiek samo wyjście do teatru nadal jest pewnego rodzaju „świętem”, to jednak w operze wciąż obowiązują stroje wizytowe, natomiast w teatrze ubiór stał się o wiele bardziej „liberalny”. Ważne, żeby było schludnie, ale może być absolutnie „na luzie”. Teatr jest miejscem spotkania, dyskusji, randki, rozrywki, ale przede wszystkim – przeżycia.

Poprzednia władza miała ambicje niszczenia instytucji kultury – takich jak teatr – które uczą krytycznego myślenia, ale też twórczego spojrzenia na rzeczywistość. Zadania sobie wielu pytań na temat tego, co dzieje się wokół nas i próby indywidualnej odpowiedzi na nie. Zastanowienia się także, dlaczego taka a nie inna tematyka aktualnie nurtuje twórcę i w jak dużym stopniu związana jest z tym, co możemy obserwować na co dzień. Myślowy ferment, fundamentalne pytania i potem długie „nocne Polaków rozmowy” – to przecież niebezpieczne!

Można sobie zatem zadać pytanie: po co w ogóle jest teatr? Po co teatr w kraju, w którym spektakle wyprzedawane są z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem jak koncerty rockowe? Dlaczego informacja, że Krzysztof Warlikowski zaczął w Warszawie próby do nowego spektaklu rozpala część naszych obywateli podobnie jak ogłoszenie, że na Stadionie Narodowym zagra Metallica? Skala zainteresowania biletami będzie podobna: po kilku godzinach od startu sprzedaży będzie o nich można tylko pomarzyć.

Właśnie dlatego – jest potrzebny, ponieważ w ludziach jest głód sztuki. Teatr jest dodatkowo ulotny: film po latach będzie wyglądał dokładnie tak samo, będzie można go bez problemu odtworzyć. Rejestracja filmowa spektaklu nigdy nie będzie tym samym, co zobaczenie spektaklu na żywo. Choć tu można podać przykład transmisji na żywo musicalu 1989 w reżyserii Katarzyny Szyngiery, stworzonego w koprodukcji Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie i Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. Sam spektakl robi furorę i jego transmisja w ramach odświeżonego po wyborach Teatru TV zgromadziła sporą widownię przed ekranami, co nie wpłynęło jednak na frekwencję na samym spektaklu, który nadal pozostaje jednym z hitów i „pozycji obowiązkowych”. W ogóle może warto zauważyć, że sama „reaktywacja” Teatru Telewizji spowodowała niemal „zryw narodowościowy”, bo nagle okazało się, że poniedziałkowy wieczór w większości przypadków ludzie spędzają przed ekranami telewizorów bynajmniej nie po to, żeby oglądać kolejny film sensacyjny, tylko właśnie spektakl teatralny. I nagle okazuje się, że są pokolenia, które właśnie na Teatrze Telewizji się wychowały, co jest swego rodzaju fenomenem.

Oczywiście, można zarzucić, że mówię tylko o zawężonej grupie teatromanów i co kogo teatr interesuje, jak za płotem jedna wojna, jeszcze dalej kolejna, a obok ludzie umierają w lasach. Nie chodzi o to, że ja tego nie zauważam, a twórcy teatralni mają to gdzieś – absolutnie! Teatr jest miejscem, które na bieżąco reaguje na to, co dzieje się wokół nas. Twórcy teatralni nie są zamkniętymi w bezokiennych najczęściej salach teatralnych, oderwanymi od rzeczywistości „zombiakami”. To wykształceni ludzie, którzy swoją sztuką, używając metafor, odnoszą się do świata i życia.

W polskim teatrze powstają produkcje, które odciskają swoje piętno na odbiorcy na lata. Wstrząsający spektakl Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję w reżyserii Mateusza Pakuły (koprodukcja Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie oraz Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach) podejmuje wciąż spychany na margines temat eutanazji ciężko chorych ludzi i „krucjaty” szpitalnej w walce o swoje zdrowie. Kontemplacyjne Balkony. Pieśni miłosne w reżyserii Krystiana Lupy (Teatr Polski w Podziemiu z Wrocławia) są o tym, że zawsze mamy do dyspozycji wycinek rzeczywistości, który zinterpretujemy według naszej wiedzy i doświadczenia. Elisabeth Costello. Siedem wykładów i pięć bajek z morałem w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego (Nowy Teatr w Warszawie) to wielowątkowe, filozoficzno-egzystencjalne rozważania o naszym świecie i o tym, jak na niego wpływamy (mówiąc najogólniej). Brawurowy monodram Pogo w reżyserii Kingi Dębskiej (Teatr Polonia w Warszawie) uświadamia nieprawdopodobny koszt psychofizyczny pracy ratowników medycznych. Dotarłam też w końcu na fantastyczną Wierę Gran w reżyserii Barbary Sass do Teatru Kamienica w Warszawie, żeby otrzeć się o niełatwą historię niezwykłej artystki. Dosyć interesujące okazały się propozycje z mniejszych teatrów – Dzieje grzechu. Opowiedziane na nowo w reżyserii Darii Kopiec o tym, co robią z nami uczucia (Teatr im. J. Modrzejewskiej w Legnicy) oraz Miarka za miarkę w reżyserii Szymona Kaczmarka o intrygach władzy (Teatr im. W. Siemaszkowej w Rzeszowie). Rozczarował mnie natomiast chaotyczny i niespójny Ulisses w reżyserii Mai Kleczewskiej (Teatr Polski w Poznaniu).

Warto wspomnieć jeszcze o jednej, niezwykle istotnej rzeczy. Są w polskim teatrze spektakle, grane do dziś z przerwami, które mają już status klasyki/legendy, na których też widownia jest zawsze pełna. W sezonie 2023/2024 odbył się dwusetny pokaz Rodzeństwa w reżyserii Krystiana Lupy (Narodowy Stary Teatr im. H. Modrzejewskiej w Krakowie, 28 lat po premierze), natomiast w Nowym Teatrze w Warszawie zagrano setny raz Anioły w Ameryce w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego (spektakl gościnny TR Warszawa, 17 lat po premierze). Wrócił też kolejny raz (19 lat po premierze) Krum w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego (koprodukcja TR Warszawa i Narodowego Starego Teatru im. H. Modrzejewskiej w Krakowie, grana w Nowym Teatrze w Warszawie). Dodatkowo Narodowy Stary Teatr od kilku lat regularnie kończy sezon Weselem w reżyserii Jana Klaty, który również zbliża się do setki wystawień.

Znów można zadać pytanie – po co? Dlaczego te spektakle nie są „wygaszane” i wciąż wracają do repertuaru jak bumerang? Po pierwsze dlatego, że wyznaczają pewne nie tylko standardy, ale też są to swego rodzaju „kamienie milowe” na teatralnej drodze w naszym kraju. Po drugie – nie straciły na aktualności. Rodzinne piekiełko, brak akceptacji nieheteronormatywności, samotność dojrzałego człowieka czy współcześnie odczytany Wyspiański – te spektakle zachwycają do dziś, są wciąż polecane, a nawet mają swoich fanów! Podejrzewam, że takim wciąż wznawianym widowiskiem stanie się też wspomniany już musical 1989, który historię odczytuje i podaje w sposób oszałamiająco trafny i przemyślany. Do tego wszystkiego mamy (wcale nieskandalizujące!) Dziady w reżyserii Mai Kleczewskiej (Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie).

Kiedy na koncert do Krakowa przyjechał kilka lat temu Sting, bilety rozeszły się bardzo szybko. Prawie 70-letni muzyk w świetnej kondycji dał koncert, złożony właściwie z samych hitów. Starsi przyszli powspominać, młodsi – zobaczyć go na żywo. Póki mogą (ja też byłam jedną z tych osób). Spektakle mają to do siebie, że możemy zobaczyć je „tu i teraz”, na żywo, a ich twórcy są nadal wśród nas – korzystajmy z tego. Kiedy w czerwcu 2017 roku w Krakowie był koncert Linkin Park, nikt nie przypuszczał, że będzie to jeden z ostatnich ich występów przed samobójczą śmiercią ich wokalisty Chestera Benningtona. Co to ma wspólnego z teatrem? To, że w tym sezonie zmarło dwóch ważnych twórców teatralnych: reżyser i dyrektor artystyczny Teatru Polskiego we Wrocławiu – Jan Szurmiej oraz aktor i reżyser Jerzy Stuhr. Jeden nie zrobi więcej spektakli, drugiego już nigdy nie zobaczymy na scenie. To, że jeśli interesuje nas jakaś dziedzina sztuka, szczególnie taka ulotna, jaką jest teatr – doświadczajmy go, póki możemy. Oglądajmy na żywo spektakle, które są dostępne „tu i teraz”, które tworzą przeżycia, ale też świadczą o artystycznych przemianach. Parafrazując klasyka: spieszmy się kupować bilety, tak szybko się rozchodzą!

The post Po co nam teatr? appeared first on Pro Libris.

]]>