Małgorzata Stachowiak-Schreyner Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/malgorzata-stachowiak-schreyner/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Wed, 22 Jan 2025 14:02:09 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Małgorzata Stachowiak-Schreyner Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/malgorzata-stachowiak-schreyner/ 32 32 Wiersze [Nieodwołalny termin zapadnięcia nocy, *** Biegną w światło, *** wiatr zapisał, *** w bólu] https://prolibris.net.pl/wiersze-nieodwolalny-termin-zapadniecia-nocy-biegna-w-swiatlo-wiatr-zapisal-w-bolu/ Wed, 22 Jan 2025 13:57:02 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15242 Małgorzata Stachowiak-Schreyner

The post Wiersze [Nieodwołalny termin zapadnięcia nocy, *** Biegną w światło, *** wiatr zapisał, *** w bólu] appeared first on Pro Libris.

]]>

Małgorzata Stachowiak-Schreyner

 

Nieodwołalny termin zapadnięcia nocy

 

 

***

Biegną w światło i ogień
a we wnętrzach dłoni budzą się pulsujące
jeszcze ciepłe zalążki kamieni

Biegną w miłość i ogień
wierząc – składają na ofiarne stosy
swoją bezbronną miękkość

Toczą się w chłód i ciszę
woda chłodzi rany, wybacza nieudane
zapomina

Przez palce płynie popiół
uwolniony z dłoni
przyszły niedokonany

kamień na dnie rzeki

 

 

 

 

***

Wiatr zapisał mnie w miejscach do których nie wrócę
zawiązał moje siwe włosy na gałęziach ściętych lip
moje zmarszczki na murach zburzonych kamienic
odbija echem kroki na schodach do wczoraj
puka do już na zawsze zatrzaśniętych drzwi

Wiatr zapisał we mnie historie których nie opowiem
twarze których nie dotknę, popękane struny
papilarne odciski ostygłych czułości
wielkie nieważne zwycięstwa i gesty
małe nieme cierpienia – popielaty pył

Chciałam być księgą, pomnikiem, skałą
wiecznym ogniem
Wiatr zapisał mnie drżącą fałdką powietrza
z lotnego piasku liter

 

 

 

 

***

W bólu nie ma niczego ze szlachetności
niczego nie naprawia nie nawraca
trwa
Ból śmierdzi bezradnością i niemytym ciałem
oddala w nieskończoność od wczoraj i dzisiaj
ucisza niewypowiadane prośby bądź i odejdź
tak daleko że coraz trudniej wracać
Ciepły promień słońca na ciężkich powiekach
prowadzi cię jak ślepca w kolejne sierpniowe południe
gdzie czujesz pod stopami wrzący oddech ziemi
i drobne pazurki suchych traw jak łapki chrząszczy
piszą ci nieznane mapy we wnętrzach dłoni

W bólu nie ma niczego
i nie ma nikogo
szorstka skóra jesionu oplata ci skronie
każdego dnia bardziej aż w końcu zupełnie
pełną piersią
odetchnie tobą
powietrze

 

 

The post Wiersze [Nieodwołalny termin zapadnięcia nocy, *** Biegną w światło, *** wiatr zapisał, *** w bólu] appeared first on Pro Libris.

]]>
Szkoła Słowa https://prolibris.net.pl/szkola-slowa/ Tue, 29 Oct 2024 10:37:18 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14611 Małgorzata Stachowiak-Schreyner

The post Szkoła Słowa appeared first on Pro Libris.

]]>

Małgorzata Stachowiak-Schreyner

Szkoła Słowa

 
Garderoba

Ta złota, elżbietańska sukienka jest jedną z najstarszych. Chyba jest już pełnoletnia. Ola, która grała w niej Blankę w Poskromieniu złośnicy, ma dwóch całkiem sporych już synów. Była śliczną, drobną blondyneczką i przez to zawsze lądowała jako drobna postać – Blanka, narzeczona Scrooge’a w Opowieści wigilijnej, elf w Śnie nocy letniej. Teraz jej miejsce zajęła ośmioletnia siostrzenica Blanki – Iga – delikatna blondyneczka…

Czarna peleryna z wielkim kapturem była dla tych, którzy chcieli, a bali się. Czasem przez rok przychodzili „tylko popatrzeć”, a kiedy już wystarczająco mocno chcieli, a nadal zbyt mocno się bali – na początek kariery trafiali w czarną pelerynę jako niemy i niewidoczny spod niej Duch Wigilijnej Przyszłości, a potem już jakoś szło.

W biało-granatowym mundurku w Wiele hałasu o nic Bartek oświadczył się swojej dziewczynie, w szarym biegał, strzelając z kija jako Marcin Kabat (Igraszki z diabłem Jana Drdy). Wtedy chyba pierwszy raz w życiu nie pomylił tekstu, tak bardzo chciał dorównać swojemu poprzednikowi, Danielowi. Daniela za to jest czarny cylinder w pajęczynki. Bardzo miał dość dorocznego przywdziewania go do roli ducha Marleya. Ostatni raz był nim, kiedy Róża wyjeżdżała na stałe do Londynu. Róża była fantastyczną Fiokłą w Ożenku. Nigdy nie bała się być na scenie brzydka – jej Fiokła na scenie miała wielki, wypchany tyłek.

To szlafrok Hugh Heffnera – tak nazywały go dzieciaki. Ebenezer Scrooge nosił go przez większość scen Opowieści wigilijnej. Najpierw Ebenezer – Oskar, dziś już ksiądz Oskar, potem Kuba. Kuba był dla mnie wielką szkołą nieoceniania książki po okładce. Na pierwszym spotkaniu tekst scenariusza sylabizował, do dziś mówił w jakiejś swojej własnej gwarze z przesuniętym akcentem – na scenie był tak charyzmatyczny i wiarygodny, że ludzie nie potrafili oderwać od niego wzroku. Czy był wiktoriańskim Scrooge’em czy Kaziukiem z Konopielki, czy zbójem Sarką-Farką.

Kostiumy idą ze mną, jak album ze zdjęciami – od dwudziestu lat przybywają kolejne, jak kolejne fotografie. Przeprowadzają się w kolejne miejsca. Z Domu Kultury do Liceum Pileckiego, potem do Sulechowskich Lochów, z Lochów w depozyt do nowosolskiego Terminus A Quo – a teraz do szkoły, gdzie prowadzę kółka teatralne. W każdej rzeczy zapisana jest historia grupy literackoteatralnej Szkoła Słowa – Scena Słowa. W każdej zapisane są wspomnienia moich teatralnych dzieci. Moich dzieci na zawsze. Jestem Pani Matka.

Teatr się w moje życie wprosił. Sam ewoluował z warsztatów literackich, a potem je połknął. Moja pierwsza trójka wystraszonych gimnazjalistów pojawiła się, kiedy doskonale pamiętałam własne wydeptywanie ścieżek z plikiem nagradzanych na ogólnopolskich konkursach wierszy i odbijanie się od ścian – nieznanego amatora. Potem szum wokół mojego tomiku, też wydanego jako nagroda w konkursie i wyróżnienie za debiut wiele zamkniętych drzwi pootwierały. Z jakąś dziką determinacją postanowiłam, że będę dla tych dzieciaków tym, czego mnie samej zabrakło – wsparciem. W sumie to nie jest dobre słowo. Wsparcie ma w sobie jakiś melodramatyzm… Zostałam osobą z misją ułatwiania młodym tego, co da się ułatwić. Potem okazało się, że podstawą jest słuchanie i pozwolenie im na realizowanie siebie. To, jak wspaniałe spektakle i koncerty wyłoniły się z prób wyglądających jak Armagedon, nawet dla mnie, jest trudne do uwierzenia.

Panią Matką przezwała mnie ekipa pierwsza. Zaczęło się od tego, że pracownicy SDK ilekroć się na nią skarżyli, tytułowali ją per „Twoje dzieci” i tak już zostało. A dzieci nie były grzeczne. Oj nie! Nie były też spokojne, więc trzeba było energicznych i komicznych sztuk, by przypadkiem Hamlet nie wybuchnął śmiechem na scenie, albo żeby nie miał białych adidasów, albo… Nie, reszta niech zostanie tajemnicą. Pięć lat temu zdobyłam się na refleksję podsumowującą pracę teatru. Zaktualizuję więc tylko ten cytat z samej siebie jak poniżej.

Historia o tym, jak dwa (w sumie już trzy) pokolenia nastolatków
nie zjadły jednego słoika kiszonych ogórków

Z której strony by nie patrzeć, to jest piętnasty (za chwilę dwudziesty) wrzesień Szkoły Słowa, która z założenia miała być warsztatami literackimi, wymyślonymi, gdy ukazał się mój debiut książkowy i narobił trochę szumu. Jako że głupia byłam i głupia umrę, zadeklarowałam w SDK, że za pierwszy rok zajęć nie wezmę grosza, albowiem nie wiadomo, czy me wysiłki edukacyjne warte tego będą… Przyszłam pierwsza, potem ówczesna współprowadząca, potem trójka dość wystraszonych gimnazjalistów. Po drodze każdy od pracowników SDK usłyszał: TYLKO NIE ZJEDZCIE OGÓRKÓW! Okazało się, że w sali przygotowano jakąś cudaczną ekspozycję, która miała wyruszyć do miasta partnerskiego. Było tam dużo albumów kół łowieckich z powklejanymi zdjęciami pozabijanych zwierzątek i ogromny słój ogórków kiszonych…

Nikt nie zjadł ogórków, ale zawsze było coś, co tak jak one jakoś większą uwagę zajmowało niż to, co jest w naszym mieście najcenniejsze – CUDOWNI, UTALENTOWANI, MŁODZI LUDZIE!

Prowadziłam zajęcia i na trawniku, i w schowku na szczotki, kiedy nie było innej opcji, a ich było coraz więcej i więcej, a potem kiedy nie dali się rozsypać złym ludziom i wiatrom – powstało stowarzyszenie Stella Polaris. Przez te lata mamy laureatów ogólnopolskich konkursów i przeglądów, mamy dziesiątki spektakli i koncertów (ba, nawet musical!), konkursy, potyczki, warsztaty… Mamy tych (np. nowosolską artystkę i ceramiczkę Adę, poznańskiego animatora i reżysera Daniela i wielu innych), którzy wybrali kulturę, jako swoją drogę i szarpią się, kopiąc pustynię łyżeczką jako i ja, świadomie i dobrowolnie. Mijający czas niczego nie ułatwia… Zawsze jest za mało pieniędzy, za mało czasu, za dużo ważniejszych spraw i rachunków, ale jeśli przez ten czas udało mi się sprawić, że jałowy system edukacji w tych kilkudziesięciu wolnych duchach nie dał rady zgasić ognia… to znaczy, że było warto… że ciągle jestem ciekawa, czy gdzieś przetrwało to pomarańczowe alternatywne prześcieradło (?) prawdy objawionej.

Z czasem kończy się para w gwizdku. Najzwyczajniej brakuje energii, by po raz nasty kopać się z koniem np. o transport na spektakl, miejsce na darmowe przecież zajęcia, środki na kostiumy itp. Czuję, że dojechałam do zakrętu ze znakiem ograniczenia prędkości z napisem 50. Dzieci nie brakuje, w szkolnych kołach mam ich prawie czterdziestkę, brakuje po prostu siły, za często waliłam głową w mur bez skutku. Myślę, że „moje dzieci” wiedzą, że kiedy wrzucam hasło: robimy Opowieść wigilijną!, to znaczy, że tęsknię i chcę ich zobaczyć. Mam nadzieję, że one też tęsknią: za sceną, za sobą nawzajem i za mną na ostatku. Nic mnie tak nie wzruszyło jak słowa Marcina – jednego z tych, którzy zaczynali od czarnej peleryny – „Spędziłem w tym teatrze najlepszy czas mojego życia”. Młodych, utalentowanych ludzi nadal jest mnóstwo – wystarczy stworzyć dla nich przyjazną przestrzeń. Sądzę, że przez te dwadzieścia lat choć tyle mi się udało. Kiedy moje domowe dzieci były małe, podczas wakacji czytaliśmy teatralne Lato Muminków. Przytoczę ich fragment do zapamiętania na koniec tych wynurzeń: „Teatr to nie jest salon ani przystań dla statków. Teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, dlatego że tam pokazuje się ludziom, jakimi są, jakimi pragnęliby być, jakimi mogliby być, gdyby mieli odwagę”. Po to warto wygnać dzieciaka na zajęcia teatralne – bez odwagi żyjemy tylko namiastką własnego życia. No i jak mówią do człowieka „Pani Matko”, to też chyba jakiś sukces jest…

 

The post Szkoła Słowa appeared first on Pro Libris.

]]>
Animacja poklatkowa https://prolibris.net.pl/animacja-poklatkowa/ Mon, 18 Mar 2024 11:56:32 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=12271 Małgorzata Stachowiak-Schreyner

The post Animacja poklatkowa appeared first on Pro Libris.

]]>

Małgorzata Stachowiak-Schreyner

Animacja poklatkowa

Metalowe kartoteki z łoskotem wysuwają się zza brudnej szyby szybko i regularnie. Nieustający hałas, w pozbawionym snu mózgu budzi zwierzę. Rosną kły. Czerwienieją białka oczu zapatrzonych w pędzące nic. Podkręcone nocnym czuwaniem zmysły wyłapują każdy szmer i zapach. Wyginają się szpony, mięśnie gotowe do skoku szarpią boleśnie pod powłoką skóry i dusznej ciemności. Mrok pali skórę, wypala źrenice. A jednak zasady współistnienia w społeczeństwie wbijane latami systemem edukacji unieruchamiają w miejscu jak żywą mumię. Piekące powieki dryfują góra – dół, góra – dół. Ciemno, ciemniej, zarys, rozblask. Grafit, grafit, popiel, popiel, brudna biel. Drzewa, domy, drzewa, wypatroszone z okien nieczynne stacje. Drzewa, piach, piach, budowa, pole. Zarys światła na krawędzi aluminiowej ramy świata. Drzewa, drzewa, drzewa. Dziesiąta godzina podróży tłucze konarami po neuronach. Tandeta wydobyta światłem. W budowie osiedle szeregowych domów, dla bogatych w budowie. Wszystko, wszyscy w budowie – wiadukt obwodnicy, moloch na betonowych zbrojonych nogach mamuta. Martwy mamut bez głowy. Na betonowym karku zamiast głowy drapieżna łapa koparki. Mały, blaszany drapieżnik wyżarł głowę mamutowi. Pomiędzy – tandeta wypacykowana w PRL-u na sprzedaż za dewizy – kawałek pola, na kawałku bażant, plama żywych kolorów, zagubiona jak pacjent psychiatryka. Beznadziejna, jaskrawa kreskówka. Nie na miejscu – na miejscu. Nienaturalna natura. Dalej.
Brudna klatka się rozwidnia, czerwona gęba, otwarte usta, zamknięte oczy, sopel śliny kap, kap…. Przez dziesięć godzin czerwona gęba opowiada odgrzewane dowcipy. Dowcipne dowcipy słuchane z poczuciem bomby zegarowej pod czaszką. Dowcipne do w cipy. Dowcipne pochwalne do w cipy. Nie każdy ma poczucie humoru. Nie każdy musi. Nie każdy ma poczucie.
Zaschnięta kobiecość, zasupłana pod nijakim płaszczem. Nijaka spłaszczona kobiecość. Oddech bzyczący jak uwięziona pszczoła. Pergaminowa dłoń zaciśnięta stalowo na rączce podróżnej torby. Starość przesuwająca bezgłośne słowa w poruszających się nieustannie wargach. W poruszających się nieustannie ziarnach wytartego różańca. Perpetuum mobile. Siedzenia jak żywe organizmy, pocą się potem tysiąca przypadkowych podróżnych. Zmęczone, niedomyte siedzenia. Wypluwają miazgę, katapultują na peron. Pospieszne szukanie rąk, nóg, walizek, mózgów, dzieci, kibla.
Budowa, przebudowa, rozcięty brzuch wypuszcza wnętrzności. Kable, szyny, maszyny, beton, zwały piachu zagrzebujące, zapadające. Dechy, bebechy, kładka dla tych, co dostąpili królestwa. Królestwo przesiadki czeka. Na głowie pył, wapno, jazgot wierteł udarowych, brak kasku. Na głowie krzaki przeżute koparko-spycharką. Żółta plama. Chusteczka, ruch mimowolny, wyuczony. Okulary rozwidnione żółto kwitnącą gałęzią forsycji. Wybebeszone korzenie, zielonożółte zdychanie, puls nitkowaty, takie życie. Kolejny ciemny wagon połyka łapczywie. Powolny przemarsz pasażerów w metalowych jelitach. Trawienie. Rozpad. Dalej.
Sen szuka szczelin. Dzieciak wrzeszczy. Ładny, znudzony dzieciak. Nikt nie karmiłby, nie znosił nieładnych. Podstęp natury omamił udręczoną matkę. Ładny dzieciak z gębą zatkaną czekoladowym batonem. Czekolada na pulchnych policzkach. Czekolada powoli rozlewa się po synapsach, czarna dziura. Sen.
Kontrola biletów. Szok pierwszego oddechu. Narodziny ze snu przeszywają płuca bólem. Oczy uciekają od światła w ciemność po czaszką. Dźwięk głosu wali w skronie stalowym młotem, młotkiem, młoteczkiem. Jeszcze piętnaście minut. Jeszcze dziesięć, pięć. Już.
Prowincjonalne kocie łby prowadzą wyuczoną drogą. Kocie łby wytarte z futra. Zaryte szczękami w ziemi, wkopane po czubki czerepów idiotyzmem nazwy. Zaraczony, przedwojenny park. Drzewne hospicjum wilgotne i ciemne. Pisklę nagie i sine z olbrzymimi guzami niewidzących ślepi pełza pod drzewem na kikutach niewyklutych skrzydeł. Wielki łeb, nauczony tylko otwierać się na pokarm, nie chce oderwać się od ziemi. Podobieństwo do ludzkiego płodu wzbiera w gardle falą mdłości. Zmęczenie podsuwa obrazy ewolucji jednego bytu zatrzymanego wielokrotnie w czasie. Pisklęciu rosną ludzkie stopy i dłonie. Połyskliwa czernią kawka zlatuje z innego kadru wygłodniała. Celnym ciosem w siną czaszkę kończy egzystencjalny bełkot myśli. Ptasi trupek zwisa bezwładny z pazurów smakoszki. Nie krwawi. Nawet nie krwawi. Dalej.
Żółtoczerwona świątynia konsumpcji. Promocja. Wyprzedaż. Za pół ceny. Za pół ceny lepsze życie i pomidory, i kiełbasa. Dwa w cenie jednego, pięćdziesiąt procent gratis. Kup masło, kup mydło, kup sandały, trzeci gratis. Kup, kup, kup! Przeżuta kupa wyznawców wlewa się i wylewa z wiarą i nadzieją. Metalowe wózki pełne kupy z nadzieją. Przy wózkach Romeo i Julia. Julia z włosami wyżartymi kwasem. Czerwonogęba, brudna, łysa Julia. Zarośnięty, śmierdzący Romeo w srebrnym skafandrze z ortalionu. Całe szczęście w nalewce Miód-Lipa. Całe szczęście codziennie od ósmej do dwudziestej drugiej. Miód-Lipa takie szczęście. Lipa. Miód?
Dalej.
Stęchlizna stuletniej kamienicy. Grzyb pełza po ścianach grafitowym, wilgotnym welurem. Prowadzi w górę. Czarnym szronem osiada na płucach starych mężczyzn, kobiet i dzieci. Starych dzieci starością murów rozsadzanych powoli od środka nadmiarem życia i śmierci. Życia i śmierci przesiąkają z szeptem przez papierowe tapety, boazerie, regipsy. Pył, rozpad, kaszel. Kaszel, nieustanny kaszel rozeschniętych ram okiennych, skrzypiących drzwi, wilgotnych piwnic. Schizofrenia podważa antywłamaniowe szczęki. Macha rękami i całym rachitycznym ciałkiem dawno martwej starej kobiety, jak marionetką. Różowe rękawy szlafroka frotte pełne naftalinowych pretensji o zmarnowane życie i piłę tarczową chodzącą całą noc w pustym mieszkaniu. Piła chodzi w metalowych glanach codziennie po pustym od miesięcy mieszkaniu. Przeżyna w drobne plastry przesiąknięty zwidami mózg. Przetrawia zwoje na trociny. Naftalinowy oddech zaczepia się o kołnierz płaszcza. Naftalinowy oddech łapie za kark, puszcza, odpada, leci, trzask. Trzask i zgrzyt stalowych zębów. Zamknięte, zaryglowane. Twierdza wariatki nie do zdobycia. Nie do pokonania. Dalej.
Martwe mieszkanie pod mysim futrem kurzu. Kurz. Strzępy. Kawałki. Oczy schizofreniczki zalewa wrzątek kawy. Gorący wir mściwie wciąga, ucisza, zatapia. Głód porządkuje funkcje i czynności. Lodówka, szafka, szuflada. Lodówka, szafka, szuflada. Fotel. Rozmrożony w mikrofalówce chleb smakuje kąpielową gąbką. Po szklanym wazonie spływa zgnilizna dwumiesięcznych tulipanów. Trupi jad pasmami seledynu i żółci krąży pod oślizłym kożuchem pleśni. Larwy komarów tańczą pod nim obojętne. Wiotkie, delikatne pływające przecinki zamienią się mimowolnie w drobny, dokuczliwy ból. Drapiesz. Ból pęcznieje pod skórą i żąda więcej. Drapiesz. Skóra pod paznokciami podsiąka różową miazgą. Podsiąka ciemniej i ciemniej. Głowa zatrzymuje rękę. Strup zaczyna się w głowie. Rośnie. Jest. Strup na każdy dzień i każdą sekundę. Strupy i strupki. Instynkt przetrwania skręca je w kształty potrzebne właśnie teraz i tutaj. Właśnie tutaj. Właśnie teraz.


październik, 2018

The post Animacja poklatkowa appeared first on Pro Libris.

]]>