Wywiady Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/category/wywiady/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Fri, 19 Jun 2026 09:09:33 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Wywiady Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/category/wywiady/ 32 32 Archiwalia z kolekcji Eugeniusza Kurzawy Z Eugeniuszem Kurzawą rozmawia https://prolibris.net.pl/archiwalia-z-kolekcji-eugeniusza-kurzawy-z-eugeniuszem-kurzawa-rozmawia/ Fri, 19 Jun 2026 08:13:03 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17651 Ewa Mielczarek

The post Archiwalia z kolekcji Eugeniusza Kurzawy Z Eugeniuszem Kurzawą rozmawia appeared first on Pro Libris.

]]>

Archiwalia z kolekcji Eugeniusza Kurzawy

Z Eugeniuszem Kurzawą rozmawia Ewa Mielczarek

Ewa Mielczarek: Gienku, jak nazwałbyś potrzebę zbierania, archiwizowania, gromadzenia, która głęboko w tobie tkwi? Czy to świadome, twórcze działanie na rzecz przyszłych pokoleń? A może chęć zatrzymania przeszłości? Niektórzy powiedzieliby natręctwo, nieszkodliwa mania…

Eugeniusz Kurzawa: Wszystko razem. Z pewnością od najwcześniejszych lat było to działanie intuicyjne, spontaniczne, a potem się zracjonalizowało. Mam do dziś kilka swoich zeszytów od polskiego z pierwszej klasy podstawówki z zapisanymi ołówkiem literami; było to w 1961 roku, 65 lat temu. Można zadać pytanie: w jakim celu odłożyłem te zeszyty? Albo kalendarze ojca z 1961, 1962, 1963? Zachowałem też powielaczowe gazetki robione w szkole średniej. Jednak owe zeszyty, gazetki i inne papiery trudno nazwać początkiem archiwum. Odkładałem te rzeczy raczej odruchowo, traktując je jako drobne pamiątki. Od 1967 roku gromadziłem też listy. Wszystkie listy pisane do mnie! Uzbierało się ich przez lata tysiące. Niedawno rocznik „Filologia Polska” (11/2025) opublikował artykuł o tej korespondencji i wielu 

znakomitych korespondentach, tzw. wielkich nazwiskach, jak Ochman, Wajda, Strumiłło, Kwaśniewski, Passent, Pisarek, Toeplitz, Zemła. Gdy urodziła się córka, specjalnie dla dokumentacji kupiliśmy kamerę w Berlinie Zachodnim. Zachowała się cała szuflada filmów wideo, także parę albumów zdjęć. Archiwum na serio zacząłem gromadzić wraz z podjęciem w 1980 roku pracy zawodowej jako dziennikarz, czyli od przybycia do Suwałk. Wtedy właśnie, już świadomie, uzbierałem tony materiałów.

Minęło wiele lat, zbiorów przybywało. Nadszedł moment, w którym uznałeś, że pora pożegnać się z domowym archiwum. Stwierdziłeś, że już nie ma miejsca na tak bogate zbiory? A może jest problem z zachowaniem porządku w tak obszernej kolekcji?

Miejsce miałem, na wsi – gdzie mieszkam – nie ma z tym problemu. Wydzieliłem sobie specjalne pomieszczenie w budynku gospodarczym. Natomiast katalizatorem decyzji o pozbyciu się archiwaliów stały się, niespodziewane dla mnie, cztery z rzędu pobyty na Oddziale Kardiologii w 2024 roku. Uznałem, że wszystkie zbiory dokumentów w razie mojej nagłej śmierci „spadną na głowę” żony lub córki, które nie będą wiedziały, co z tymi „papierami” zrobić. To były bowiem dość specyficzne zbiory, o zawartości których nie miały pojęcia, zresztą sam wiele rzeczy odkrywałem powtórnie, otwierając w 2024 roku zakurzone teczki i pudła. Na przykład zbierałem od lat 90. ubiegłego wieku pierwsze numery wydawanych w Polsce różnych gazet i czasopism. Po co? Zabij, nie powiem…

Zacząłeś przekazywać zbiory różnorodnym instytucjom. Z pewnością poprzedzałeś te działania wcześniejszymi rozmowami, uzgodnieniami…

Przekazywałem tam, gdzie wcześniej – mówiąc górnolotnie – zaznaczyłem jakiś ślad. Tuż po studiach zamieszkałem w Suwałkach, potem w Białymstoku, dojeżdżałem też do pracy w Warszawie. Wreszcie wróciłem do Zielonej Góry. Organizowałem w tych miastach wydarzenia, zakładałem stowarzyszenia i czasopisma. Pisma często efemeryczne, przez co ciekawe do badań naukowych, prasoznawczych. Na przykład „Herold – bis” – biuletyn stowarzyszenia ziemian. Lub „Goniec Kresowy” – wychodzący do dziś, podobnie „Zbąszynianin” oraz „Komunikaty” i „Komunikaty 2” – dwa zielonogórskie periodyki kulturalne, przy czym ten drugi był zupełnie prywatny, drukowany za własne pieniądze, w nakładzie 45 egz. Ale ogólnopolski, rzekłbym z dumą. Skontaktowałem się zatem z kilkoma bibliotekami (Uniwersytecką i Książnicą Podlaską w Białymstoku), Muzeum im. Marii Konopnickiej w Suwałkach, oferując unikatowe maszynopisy lub rękopisy, np. z okresu tworzenia oddziału ZLP w Białymstoku (do czego walnie się przyczyniłem), powołania Towarzystwa Przyjaciół Grodna i Wilna i innych działań.

Żyjemy w czasach, które sprzyjają miniaturyzacji, cyfryzacji, digitalizacji posiadanych dokumentów. Czy spotykasz się z tego rodzaju interpretacją i odmową przyjęcia oryginalnych materiałów archiwalnych?

Zaskakujące dla mnie były odmowy ze strony Biblioteki Uniwersytetu Zielonogórskiego. Proponowałem różne rarytasy, np. czasopisma studenckie, w tym chyba jedyną w Polsce kolekcję czasopism studenckich uczelni wojskowych z okresu Polski Ludowej, dokumenty życia literackiego w Zielonej Górze i inne związane z Wyższą Szkołą Pedagogiczną. Odmawiano przyjęcia, informując, że jest zbyt mało miejsca – a to przecież w zasadzie nowa placówka – lub że te publikacje są przecież w Bibliotece Norwida. Być może. Ale czy to znaczy, że powinna nam wystarczyć jedna biblioteka na całą Polskę? Rozumiem odmowę biblioteki Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie, która przeżyła pożar i „nie miała głowy” czy też miejsca dla darów…

Którą instytucję uczyniłeś głównym „spadkobiercą” swoich zasobów? Opowiedz pokrótce jaką strategię przyjąłeś, aby twój zbiór został odpowiednio przechowany i przeznaczony do udostępniania, bo – jak się domyślam – ta idea przede wszystkim ci przyświeca.

Swoje materiały prasowe, prasoznawcze, wycinki dotyczące mojej aktywności na różnych polach, szczególnie literatury oraz kultury studenckiej, przekazałem Archiwum Państwowemu w Zielonej Górze. Dokładnie jest tego na półkach 9,39 metra bieżącego (to typowa miara w archiwistyce). Inaczej licząc – 253 jednostki archiwalne. Ale nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa – że sobie zażartuję… Bardzo duży zbiór rarytasów poetyckich, mam na myśli nietypowe tomiki wierszy, rzadkie, bo wydawane przez domy kultury, organizacje młodzieżowe, kluby lekarzy, grupy poetyckie, wzięła ode mnie Biblioteka Kórnicka PAN; tych książek nie ma nawet w Bibliotece Narodowej czy Bibliotece Jagiellońskiej. Inne materiały literackie chętnie przejęła Biblioteka Raczyńskich w Poznaniu. Natomiast rękopisy, pokreślone lub korektorskie maszynopisy wierszy i wydanych ongiś tomików i inne materiały związane z moją twórczością poetycką stale oddaję do zielonogórskiej Biblioteki Norwida, do Działu Zbiorów Specjalnych. Dodam, iż duże ilości czasopism przekazałem już kilka lat temu do obu wojewódzkich bibliotek, w Zielonej Górze i Gorzowie Wielkopolskim. Było tego wiele kartonów i w ten sposób oczyściłem niemal całkowicie prywatne „archiwum pod schodami”, jak je nazywam. Ostatnio pełne roczniki miesięcznika „Poezja” (1965-1990) i „Twórczość” (od 1946) oddałem prof. Małgorzacie Mikołajczak. Wszystko to przekazywałem z myślą, by w przyszłości może studenci albo doktoranci zechcieli podjąć się zbadania tych teczek i „dokopania się” do ciekawych spraw. A jest w nich naprawdę wiele interesujących tematów. Aż żal, że sam nie dam rady z tego skorzystać. Ostatnio siadłem do komputera i napisałem obszerny tekst o wspomnianym czasopiśmie „Poezja”, bo to jest naprawdę znakomity periodyk. Tylko kto z obecnej młodzieży, ba, podejrzewam, iż także z naukowców o tym wie? I komu chciałoby się przeglądać stare numery czasopism?

Czy są w twoim zbiorze archiwalne cymelia, z którymi nigdy się nie rozstaniesz?

W domu przechowuję cały księgozbiór, parę tysięcy książek z literaturą piękną. Stoją też oprawione przeze mnie roczniki czasopism, które ongiś założyłem, redagowałem i wydawałem. Jest też szafa tzw. zbąszynianów – materiałów dotyczących rodzinnego Zbąszynia, na które nie mam pomysłu. Chciałbym oddać je regionalnemu muzeum, ale mam obawy, że jako placówka samorządowa może łacno stać się pewnego dnia „bardzo potrzebnym” żłobkiem miejskim albo magazynem gminnym i zbiory te wylądują na strychu lub śmietniku. Trzymam także szyfonierkę pełną zdjęć, filmów, slajdów oraz cennych pamiątek rodzinnych. Sięgają czasów prapradziadków. Mam np. kantyczkę z podpisem „Franz Stroiński albo Stroiwąs”. Nie wiem, co z tym będzie…

Wykonywałeś w swoim życiu sporo zawodów, masz wiele pasji, talentów. Jesteś dziennikarzem, poetą, prozaikiem, redaktorem, animatorem kultury, prasoznawcą, propagatorem sztuki. Gdybyś miał możliwość cofnąć swój los, to czy wybrałbyś ścieżkę archiwisty?

Kto wie? Nie odrzucam takiej teoretycznej myśli. Zwłaszcza że siedząc w archiwum, miałbym pod ręką bardzo wiele ciekawych materiałów do wykorzystania. Cofniesz mój los?

Dla porządku na koniec podpowiem wszystkim chętnym, że zbiory, o których rozmawialiśmy, mieszczą się w Archiwum Państwowym w Zielonej Górze w zespole archiwalnym nr 89/2969 Kolekcja Eugeniusza Kurzawy. Ewidencja dostępna jest na stronie www.szukajwarchiwach.gov.pl po wpisaniu w wyszukiwarce nazwy zespołu archiwalnego.

Dziękuję za rozmowę.

The post Archiwalia z kolekcji Eugeniusza Kurzawy Z Eugeniuszem Kurzawą rozmawia appeared first on Pro Libris.

]]>
Naturalna forma komunikacji ze światem. Z Jakubem Biko Bitką rozmawia Ewa Mielczarek https://prolibris.net.pl/naturalna-forma-komunikacji-ze-swiatem-z-jakubem-biko-bitka-rozmawia-ewa-mielczarek/ Wed, 26 Nov 2025 10:16:48 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16856 Z Jakubem Biko Bitką rozmawia Ewa Mielczarek

The post Naturalna forma komunikacji ze światem. Z Jakubem Biko Bitką rozmawia Ewa Mielczarek appeared first on Pro Libris.

]]>

Naturalna forma komunikacji ze światem

Z Jakubem Biko Bitką rozmawia Ewa Mielczarek

 

 

Ewa Mielczarek: Jesteś już bardzo rozpoznawalnym artystą. Nie tylko w Zielonej Górze. Tę popularność przyniosły realizacje w postaci potężnych murali, które stały się swoistą mapą orientacyjną miasta. Znam ludzi, którzy umawiają się na spotkania przy „Rodowicz”, „Dudziak”, „Myślicielu” albo przy „Czterech Żywiołach”. Kiedy zrodził się pomysł na uprawianie wielkoformatowej sztuki malarskiej w przestrzeni publicznej?

Jakub Biko Bitka: Zawsze fascynowała mnie możliwość tworzenia dużych rzeczy przez człowieka. Pamiętam do dziś, że mając – zapewne – parę lat widziałem w telewizji, jak odbywało się rzeźbienie portretów prezydentów amerykańskich w skale. Nie wiem, czy to przez ten widok, czy po prostu instynktownie chciałem zmieniać świat wokół przez tworzenie. Pomysł z malarstwem wielkoformatowym ma swoje korzenie w graffiti. Jako młodzieniec miałem wymalowane ściany w pokoju. Potem bez pytania malowałem na ścianach na osiedlu – był to wyraz mojego buntu czy po prostu chęci bycia kimś innym w szarej postpeerelowskiej rzeczywistości. Z czasem takie działanie z farbą, w publicznej przestrzeni, stało się naturalną formą komunikacji ze światem.

Zajmujesz się także malarstwem sztalugowym. Podczas tegorocznej wystawy w Galerii Focus Mall prezentowałeś ekspozycję Biko – Obrazy nie ściany. Opowiedz o niej.

Ta przestrzeń ekspozycyjna w galerii handlowej to taki eksperyment spod szyldu Sztukarty.pl, czyli internetowej galerii malarstwa, którą stworzył Łukasz Chwałek. Oprócz moich i jego obrazów są tam też prace Jacka Milewskiego. W trójkę staramy się nakręcić takie niezależne przedsięwzięcie, gdzie artyści tworzący streetart mogą pokazać i sprzedawać swoje prace. W tej galerii odbyła się też moja indywidualna wystawa. Obrazy, które tam prezentowałem, powstały na przestrzeni ostatnich trzech lat, w nielicznych przerwach między tworzeniem murali. Są one dla mnie ważnym dowodem na to, że mogę eksplorować swoją własną ekspresję, intymność z dziełem po latach tworzenia murali, często na zamówienie. Nie są to płótna bardzo komercyjne, często zawierają pierwiastek mojego cienia, ukazują podświadome tajemnice i przypadkowe osobiste odkrycia, wynikają z czystej potrzeby tworzenia.

Tworząc wielkoformatowe dzieła na budynkach miejskich, upubliczniasz proces twórczy w sposób dosłowny. Już sam akt tworzenia dzieje się niejako na oczach przechodniów, obserwatorów. Gotowe dzieło jest dostępne dla każdego, kto znajdzie się w jego bliskości. Długo trwało, nim oswoiłeś się z tym odczuciem, czy też od początku nie miałeś z tym problemu?

Tworzenie na oczach przechodniów nigdy nie było dla mnie problemem. Za to wgląd w to, jak dzieło będzie oddziaływać i czym ma emanować, to już inne zagadnienie. Musiałem przekroczyć swoje obawy, zaufać procesowi. Mówi się, że sztuka to oswajanie się z nieznanym, tajemnicą. Ja nabrałem pewności dość szybko, jeśli chodzi o technikę, ale potrzebowałem oparcia wynikającego z dojrzewania osobistej koncepcji tworzenia. Malując bardziej klasycznie, na przykład robiąc szkic, potem podmalówkę, potem nakładając kolejne kolory, nie czułem, że zostawiam widzowi i sobie dostęp do procesu, było to dla mnie trochę martwe. Brakowało mi pewnej energii, jak podczas tańca albo sztuki walki z farbą, która przebijałaby się przez końcowy efekt. Koncepcja mojego podejścia do procesu malowania opiera się na zauważeniu dzieła jako odzwierciedlenia kolejności pewnych etapów porównywalnych do przebiegu życia. Najpierw działam jak dziecko albo dzikus, nieświadomie zaznaczając gestami powierzchnię, którą maluję. Obserwator może myśleć, że próbuję zniszczyć ścianę albo płótno. Następnie mój powtarzalny proces zakłada nadanie takiemu chaosowi pewnego logicznego porządku przez użycie kątów prostych, linii poziomych i pionowych, tworzy się rodzaj matrycy i podstawy kompozycji – to jakby odzwierciedlenie następnego etapu dzieła-życia, wprowadzenie
porządku jest jak wejście w dorosłość. Następnie kończę, nakładając jakąś liryczną warstwę obrazu inspirowaną fotografią lub kolażem. Ten etap odzwierciedla opowiadanie potomkom pewnej historii lub obserwacji z mojego życia. Takie podejście daje mi pewność co do integracji wewnętrznej. Jednak co do odbioru dzieła przez otoczenie, to zawsze będę skazany na dozę niepewności.

Zdarza się, że absolwenci uczelni artystycznych narzekają na brak przygotowania do wejścia w profesjonalne działania, które zapewnią im byt materialny. Czy UZ dał ci podstawy i możliwości działania zawodowego w przyszłości?

Myślę, że poprzednia odpowiedź ukazuje, że studiowanie pomogło mi zrozumieć i poczuć, co w tym tworzeniu jest ważne. Jestem wdzięczny, że mogłem studiować na UZ i poznać postawy innych dojrzałych artystów i wykładowców, takich jak Zenon Polus, Radek Czarkowski, Leszek Knaflewski, Wojtek Kozłowski, Ryszard Woźniak, Jan Berdyszak i wielu innych. Czas studiów bardzo wpłynął na moją twórczość, pomimo że nie udało mi się zdobyć statusu artysty stricte galeryjnego – zgaduję, że to dlatego, że podczas studiów nie zajmowałem się w ogóle marketingiem sztuki, a raczej jej kontemplacją i koncepcjami. To, że mogę utrzymać rodzinę dzięki malowaniu, wynika z umiejętności wyjścia do ludzi w czasie, gdy malarstwa ściennego w Zielonej Górze było mało. Często myślę, że był to szczęśliwy przypadek – to, co mnie fascynowało w tworzeniu, znalazło grunt w komercyjnym działaniu. Była w tym też determinacja, żeby nie iść do „zwykłej” pracy. Pierwsze dziecko urodziło nam się zaraz przed dyplomem. To była dodatkowa motywacja, aby stać się zawodowym muralistą. Przez czas studiowania wykonywałem już wiele zamówień i czułem, że mam fach w ręku, miałem pewne poczucie bezpieczeństwa i mogłem je oferować mojej młodej rodzinie. To taka sytuacja spowodowała krystalizację mojego sposobu na życie. Mogłem próbować iść w stronę sztuki tzw. galeryjnej, ale było mi to nie po drodze. Zawsze lubiłem wydeptywać własne ścieżki.

Sztuka murali, zwana przez niektórych uliczną, to nie tylko upiększanie miejskiej substancji. To – w moim mniemaniu – odkrywanie artystycznej wizji poprzez wyobraźnię, ekspresję, obnażanie często bardzo intymnych emocji. Mam rację?

Jest różnie. Teraz zdecydowana większość artystów streetart inwestuje raczej w płytkie powielanie wymyślonego znaku czy pamperka, mając za priorytet rozpoznawalność przez powtarzalność, to zagłusza tworzenie czegoś głębszego. Osobiście staram się, żeby w każdej mojej pracy – czy to na graffiti jamie, czy podejmując się zamówienia, czy malując obraz – był jakiś „przemyt” czegoś uniwersalnego, większego ode mnie. Oprócz procesu, o którym opowiadałem wcześniej, próbuję zawrzeć coś oryginalnego, coś, co zaskoczy mnie samego, jakąś tajemnicę albo zagadkę. Jest też dzisiaj ogromne ciśnienie na upiększanie i upamiętnianie za pomocą murali, ale tak naprawdę jest bardzo mało możliwości wypowiedzi osobistej na dużych ścianach, która nie byłaby obwarowana opiniami, sugestiami, wymogami. To stąd pojawiła się u mnie potrzeba swobodnego malowania obrazów i pewnie dlatego często są one niewygodne.

Sztuka, którą uprawiasz, wymaga nie tylko talentu, inwencji twórczej, ale całej logistyki przedsięwzięcia. Wybór miejsca/obiektu, w którym planujesz stworzyć mural, uzyskanie zgody (architekt miejski?) na lokalizację, przygotowanie projektu. Podejrzewam, że te wymienione (z pewnością niekompletne) działania są żmudne i wymagają ogromnego nakładu czasu i sztuki negocjacji… Opowiedz o tym, proszę.

Zazwyczaj zostaję zaproszony do realizacji muralu i – całe szczęście – nie muszę przechodzić drogi „załatwiania” ściany. Projekt należy do najtrudniejszego etapu malowania muralu. Przy większej liczbie ludzi decydujących o tym, czy projekt przejdzie, czy nie, zaczynają się schody. Dlatego chętniej podchodzę do projektów dla prywatnego zleceniodawcy, który daje mi wolną rękę. Chociaż i w takim przypadku czasem okazuje się, że moja wolna ręka może być pod ścisłym nadzorem. Całe szczęście widzę trend spadkowy takich sytuacji i zwiększenie zaufania do mnie jako artysty. Samo malowanie, szczególnie wysoko na rusztowaniu albo podnośniku, to dla mnie czysta przyjemność walki z materią. Dźwiganie wiader, chodzenie po drabinach, walka z chłodem lub upałem, to jest jak siłownia. Bez tego nie stanę się silniejszy.

Po tych przygotowaniach, akceptacji stosownych urzędów przystępujesz do konkretnego działania. To też, podejrzewam, nie jest łatwe. Począwszy od bardziej czy mniej sprzyjającej pogody, zamontowania specjalistycznego rusztowania, przygotowania podłoża (wyrównanie ewentualnych nierówności, uszczerbków w strukturze muru), naszkicowania zarysu muralu… Myślę, że jest nieskończenie długa lista składowych tego procesu.

Schemat powstawania muralu czy obrazu jest podobny. Po otrzymaniu zdjęć i wymiarów ściany i opisu zamawiającego (to mogę być ja sam, jeśli maluję dla siebie) najpierw poddaję się procesowi wewnętrznego przetwarzania wizji, pomysłów, następnie wykonuję bardzo uproszczone luźne szkice, szukam inspiracji w nieskończonym albumie internetu, a potem obrabiam to w Photoshopie, tworząc cyfrowy projekt. Do przenoszenia projektu używam różnych metod – rzutnika, siatki czy tzw. doodle grid. Ta ostatnia technika opiera się na nałożeniu cyfrowo na podkład z luźnych form przedstawienia, aby zachować proporcje. Maluję zazwyczaj za pomocą wałka gąbkowego, który daje wiele możliwości pracy.

Spodziewam się, że tworząc mural, pokonujesz kolosalną ilość kilometrów… W pionie i poziomie.

Tak. Stąd moja dyscyplina codziennych, porannych ćwiczeń, aby wzmocnić ciało.

Biorąc pod uwagę fakt, że twoje dzieła skazane są na różnorodne warunki atmosferyczne, trzeba używać wysokiej jakości materiałów, które zapewnią długą żywotność muralowych obrazów. Są zapewne bardzo kosztowne.

Tak, to nie są tanie rzeczy.

Stworzyłeś sporo realizacji. Najwięcej pisano o muralu poświęconym Maryli Rodowicz, Urszuli Dudziak, narożnemu malowidłu na budynku Europejskiej Szkoły dr Rahn. Która jest ci najbliższa, najważniejsza?

Szczerze, to każda ma coś osobistego. Projektując mural dla Urszuli i Maryli, inspirowałem się zagadnieniem drogi życiowej artysty. Jej różnych etapów. Jest to coś, nad czym często sam kontempluję. Jeśli chodzi o mural ze słoniem na budynku szkoły Rahn, to użyłem tam wizerunków dzieci, między innymi moich własnych. Ten zabieg wykorzystuję już od wielu lat, właśnie żeby poczuć osobiste połączenie z treścią muralu. Czuję, że utrwalam życie osób dla mnie najbliższych. Muszę przyznać, że najbardziej osobisty mural, jaki udało mi się wykonać, to ten na Stołczynie w Szczecinie dzięki szczecińskiemu programowi muralistycznemu. To obraz ukazujący moją żonę w ogrodzie i mnie, mało widocznego, malującego na podnośniku.

Odwracając pytanie – która z dotychczasowych prac była najtrudniejsza do realizacji?

Nie mam chyba takiej. Łatwiej mi znaleźć pewne trudności. Na przykład mróz, podczas którego kończyliśmy zbiornik dla Accolade w Kisielinie albo ogrom powierzchni przy największej realizacji na zbiornikach przy ul. Chmielnej. Pamiętam też obawy przy odbiorze muralu do kościoła w Wilkanowie. Czasem też największą trudnością jest rozłąka z rodziną przy natłoku zamówień, daleko od domu. To są dla mnie trudności.

Fundacja Bezpieczne Miasto to organizacja będąca wsparciem dla twoich działań. Opowiedz, proszę, w jakiej formie służy pomocą.

Nie współpracujemy już z tą fundacją, ale była bardzo ważna nie tylko dla naszego rozwoju jako uczestników graffiti jamów przez nią finansowanych, ale dla całego zielonogórskiego środowiska streetartu. Dzięki pomocy prezesa, pana Zbyszka Bartkowiaka, mieliśmy zapewnione ściany, farby, a nawet kiełbaski na grilla. Udało się też pod jej szyldem wydać trzy albumy o zielonogórskim graffiti i zorganizować wiele wystaw. To dzięki niej powstał zielonogórski, coroczny festiwal graffiti Green Jam, teraz obsługiwany przez naszą fundację Kolabo, którą założyliśmy razem z Łukaszem Chwałkiem.

W Zielonej Górze odbywają się przedsięwzięcia, które uświadamiają, jak ważna jest estetyka miasta i jak wielki jest wpływ przestrzeni miejskiej na jej mieszkańców. Na przykład Wielkie Graffiti Jam czy Green Jam. Wraz z innymi doświadczonymi graficiarzami prowadziłeś na nich warsztaty. Opowiedz o tej sferze swoich aktywności.

Wspólne malowanie na jamach jest niezwykłą frajdą. Ma w sobie pierwiastek buntu i szaleństwa, i nie zawsze jest dobrze odbierane przez całość społeczeństwa. Dla mnie to wielka życiowa przygoda, pozwalająca na spotkania z przyjaciółmi. Niektóre przyjaźnie mają już ponad dwadzieścia lat. To daje poczucie przynależności do tego kreatywnego plemienia. Zdarza się, że jestem najstarszym uczestnikiem i daje mi to do myślenia.

Wiem, że cenisz sobie twórczość Łukasza „Waek” Chwałka. Intensywnie współpracujecie. Są jeszcze inne postaci ze środowiska graficiarzy, o których chciałbyś wspomnieć?

Trochę się ich nazbierało. Zawężając do lubuskiego, to tak: Baza, Datow, Unik, Chois, Rome, Fogi, Nikson, Tula, Kwazor, Saike, chłopaki z NOC i z OC, i ci, którzy już odeszli – Ybzho i Jutke.

Na koniec naszej rozmowy spytam o plany na przyszłe realizacje. Czy masz jakieś muralowe marzenia, a może zamysły, które nie są związane ze sztuką wielkoformatową?

Największe marzenie to ogarnięcie swojej działalności tak, żeby mieć większą przestrzeń na rodzinę i na osobistą sztukę we własnej pracowni. Uspokojenie życiowej zadymy i spokojne tworzenie nowych dzieł.

Oby udało się spełnić te marzenia. Dziękuję za rozmowę.

 

 

The post Naturalna forma komunikacji ze światem. Z Jakubem Biko Bitką rozmawia Ewa Mielczarek appeared first on Pro Libris.

]]>
Czytelnia jednego wiersza. Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott https://prolibris.net.pl/czytelnia-jednego-wiersza-z-jozefem-baranem-rozmawia-miroslawa-szott/ Tue, 25 Nov 2025 10:03:45 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16660 Mirosława Szott

The post Czytelnia jednego wiersza. Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott appeared first on Pro Libris.

]]>

Czytelnia jednego wiersza

Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott

 

 

Album

jest to żywy album
lubię go przeglądać
szczególnie w jesienne niedziele
przy świetle słońca
przerzucam wzrokiem
te pożółkłe strony
rodzinne

jak przewracane kartki
szeleszczą zasuszone liście sadu

tak to właśnie ten sad ta droga polna
rzeka i niebo
pozowały mi do dzieciństwa
a raczej odwrotnie
to ja przez moment im pozowałem

w tych stronach moja pamięć
zachowuje się niczym podstarzała ciotka w okularach
pokazując rodzinne fotografie*

 

 

*  J. Baran, Album, [w:] tegoż, Nasze najszczersze rozmowy, Kraków 1974, s. 15.

Mirosława Szott: Chyba jesteś trochę zaskoczony wyborem wiersza? Album to jeden z moich ulubionych utworów z twojego debiutanckiego tomiku Nasze najszczersze rozmowy (Wydawnictwo Literackie, 1974). Nigdy go nie przedrukowywałeś w wyborach wierszy, prawda?

Józef Baran: Rzeczywiście, nie przypominam sobie, żebym go przedrukował do któregoś wyboru wierszy, a było ich z siedem. Ten wiersz nie wydawał mi się na tyle ważki.

Zacznę może od puenty. Spodobała mi się ta podstarzała ciotka (wszyscy takie mamy!), która zapewne nie zwraca uwagi na ziewanie innych i opowiada. Dociera do każdego szczegółu z fotografii i każdego nazwiska. Tłumaczy, kto z kim i jak długo.

Tak, masz rację, to punkt programu niekoniecznie tylko u podstarzałych ciotek, bo i młode mamy pokazują swoje pocieszki i pociechy na fotografiach i ich wzrastanie z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc – jest to równie nudne dla kogoś postronnego, nawet jeśli jest z najbliższej rodziny, a co dopiero, gdy nie jest… Oczywiście zdarzają się, ale bardzo rzadko, właścicielki albo właściciele takich albumów, którzy są obdarzeni talentem gawędziarskim, ale oni przeważnie nie muszą się posiłkować fotografiami i pomijają te kiedyś ważne, a dziś dla słuchającego nieistotne szczegóły „kto z kim i jak długo?”.

Ty jesteś typem opowiadacza? Piszesz i wydajesz też dzienniki; niedługo w PIW-ie ukaże się kolejny tom, będący wyborem z poprzednich oraz poszerzony o najnowsze zapiski.

Nigdy nie byłem dobrym gawędziarzem. Stosowałem raczej skróty, kondensację. Chociaż moja poezja z tego tomiku po 50 latach od wydania może dawać złudzenie właśnie owej ciotki, która opowiada o świecie, którego już nie ma, co może nudzić bądź nic nie obchodzić współczesnego czytelnika. Reprezentujesz inne pokolenie, inne myślenie o literaturze i świecie, nie pochodzisz z rodziny chłopskiej ani ze wsi, nie znasz realiów tamtej mojej Arkadii. Jak ci się czyta ten tomik?

Mam problem z odpowiedzią na to pytanie, bo… lubię oglądać albumy i słuchać podstarzałych ciotek. A na bazarach przeglądam stare zdjęcia, choć oderwały się one już od swoich właścicieli (Jacek Dehnel zainspirował mnie swoim Fotoplastikonem i zbieram zdjęcia nieustannie). Twój debiutancki tomik jest z pewnością cały takim albumem z czasu dzieciństwa i znakiem żegnania tego dzieciństwa. Tylko że dotykasz w nim jakiejś części wspólnej, ogólnoludzkiej. Każdy pochodzi z jakiejś małej wspólnoty. Każdy ma jakieś zapachy dzieciństwa i obrazy rodziców. I nawet jeśli są inne – to docierasz do źródła. Tomik był wydany w latach 70. XX wieku, ale to bez znaczenia, bo jest uniwersalny.

Ktoś kiedyś powiedział mi – zdaje się, że Jerzy Harasymowicz – że bohaterem moich wierszy z pierwszego tomiku jest czas. Nie dał się zwieść folklorowi, kolorytowi, dzieciństwu.

Jeśli czas był głównym bohaterem tego tomiku, jak twierdził Harasymowicz, to zdecydowanie przeszły. Teraz jest go mniej w twojej poezji. Zresztą czas dla wiejskiego dziecka był kolisty, odmierzany porami roku, cyklami przyrody (w Albumie są jesienne niedziele, szeleszczące zasuszone liście sadu). W twoim najnowszym tomiku pt. Jaśń, który przygotowujesz, najwięcej odnajdzie się teraźniejszości, skupienia na chwili obecnej. I to jest jasny czas. Czy dałam się oszukać?

Nie wiem, trudno mi na siebie i moje wiersze spojrzeć z zewnątrz, choćby twoimi oczami. Kiedyś miałem przed sobą ogromną przestrzeń czasową do zagospodarowania przez wyobraźnię poetycką, teraz – pozostały mi chwile, drążę więc w chwili. Moją obsesją jako poety, ale również dziennikarza publicysty zajmującego się nie tylko tematyką kulturalną, bo piszącego też reportaże dla tygodnika, było takie pisanie, które by miało szanse przetrwać swój czas, tzn. zawierało w środku, w ośródce coś ponadczasowego. Niektóre z tych tekstów przetrwały i poszerzone znalazły się w obszernej książce eseistyczno-wywiadowej Tragarze wyobraźni. Żeby z chwili bieżącej ocalić chwilę wieczną, która jest w niej ukryta. W poezji nie umiałem utożsamić się z moimi rówieśnikami z Nowej Fali tworzącymi program „tu i teraz” i wjeżdżającymi do literatury na koniku polityki.

Jakim programem się kierowałeś?

Niepisanym programem „teraz i zawsze”.

Jak to pogodzić? To niemal przeciwieństwa. Chociaż mamy coś takiego jak coincidentia oppositorum.

To bardzo trudne, jednak każdy rasowy artysta chyba do tego dąży, by swoją sztuką przeciwstawić się nieuchronnemu przemijaniu, korozji czasu, pożarowi czasu, który trawi wszystko, co było żywą bieżączką. Chodziło mi o to, żeby pisać tak o chwili bieżącej, by było to żywe i aktualne dla czytelnika za lat 50 czy 100. Widziałem w swoim liczącym ponad pół wieku życiu literackim, jak modni, wynoszeni w swoim czasie na ołtarze, nagradzani i okrzyknięci przez recenzentów odkryciami sezonu gwiazdorzy młodej literatury kurczyli się, znikali ze sceny, a ich utwory ulegały właśnie tej korozji czasowej. Co ciekawe, najszybciej podlegali starzeniu się i przemijaniu poeci i prozaicy modni – moda najszybciej się starzeje; całą plejadę prozaików wypromował kiedyś w „Twórczości” w latach 80. krytyk skądinąd wybitny Henryk Bereza! Tylko niektórzy z nich coś dziś znaczą. Podobnie działo się z głośnymi w swoim czasie debiutantami, np. z tymi, których pasował na „młodych wieszczów” krytyk pracowity i zasłużony, ale może zbyt łagodny Karol Maliszewski. Historia literatury jest cmentarzyskiem wielu pogrzebanych nadziei.

Dziś w poezji też są różne mody. Na przykład ekologia, queer, wiejskość, szamanizm, cybernetyka. Pojawia się czasem koniunktura na coś – np. pisanie o rzekach. Raz jest fraza długa, rozciągnięta na całą stronę, innym razem – zwięzła i krótka, raz są uwielbiane przerzutnie, innych razem – nie ma po nich śladu.

„Mam to nieszczęście”, że żyję długo i obserwowałem wiele; nie jest mnie łatwo zwieść. Tylko niektórzy potrafili tak pisać, by ich dzieła miały walor ponadczasowy. Przy czym trzeba pamiętać, że nie chodzi mi o „neoklasyków” tworzących często piękne, ale puste wydmuszki.

O jaką ponadczasowość ci chodzi w takim razie?

Utwór powinien wyrastać ze swojego czasu, z chwili, z konkretu, ale powinien się też unosić wysoko w czasie uniwersalnym. Świat dawnej wsi – cepów, kosy i lampy naftowej – opisywany w moim pierwszym tomiku zapadł się, ale mam nadzieję, że został jakoś tam przetworzony w moich wierszach w baśń poetycką i dalej jest żywy, bo przecież poezja nie jest tylko mimetycznym odbiciem rzeczywistości jeden do jednego. Często bywa marzeniem – jak powinno być w idealnym świecie poety. Uczucia rodzinne, klimaty domowe zawsze mogą być żywe. Ale czy tak jest, czy ten pierwszy arkadyjski okres mojej twórczości dalej działa na wyobraźnię czytelnika – tego nie jestem pewien, ba, nie miałbym pojęcia, gdyby nie Facebook. Otóż zdarza mi się, że publikuję na Facebooku wiersz sprzed 50 lat, mam dużo polubień, a ktoś daje wpis: „No, teraz pan pisze świetne, dużo lepsze wiersze niż kiedyś!”.

(śmiech) Niezły komplement! Miałeś 27 lat, kiedy ukazał się twój debiut. Domyślam się, że ten poetycki powrót do rodzinnych stron był spowodowany m.in. tym, że nie mieszkałeś już wtedy w Borzęcinie. To musiały być wielkie emocje.

Z domu wyjechałem, mając 13 lat, a na wydanie Naszych najszczerszych rozmów czekałem chyba cztery lata (mimo świetnych recenzji wewnętrznych Wiesława Pawła Szymańskiego i Ewy Lipskiej). Nigdy już potem nie przeżywałem podobnych emocji. Ja też lubię ten tomik, bo ma w sobie coś „dziewiczego”, ta „dziewiczość” czy „prawiczość” została potem zgwałcona, że się tak brzydko wyrażę, przez świadomość warsztatową nabywaną z latami. A tu – jeszcze niewinność, świeżość, pewna urocza naiwność i pewien rodzaj szczerości. Mitologizacja dzieciństwa, domu rodzinnego, Arkadii etc. współgrała z ówczesnymi klimatami w literaturze – z prozą Nowaka, Myśliwskiego, Kawalca, Redlińskiego. Trochę na inny sposób Harasymowicza… Oni przygotowali grunt pod moje wejście do literatury czy np. mojego rówieśnika i przyjaciela, Adama Ziemianina, też prowincjusza, bo chłopaka z górskiej Muszyny. Odkrywanie poezji w tym, co najbliższe, rodzime, spotykało się wtedy z dużym wzięciem. Dla porównania po 1989 roku następuje odwrót od rodzimości i importowanie wszystkiego, co przynosił świat, nie tylko w poezji i prozie, także w muzyce, w malarstwie, w filmie też sporo szmiry, tandety i kiczu. Jak wiadomo ze Słowackiego są okresy, gdy chętnie bywamy pawiem i papugą. Ba, szczycimy się tym. Ale ja startowałem w innym okresie i cieszę się, że tak było i że trafiłem wówczas na swoją ścieżkę poetycką, skromną, ale własną. Dziś po wielu latach doświadczeń życiowych i przekopanych lekturach, mogę sobie już pozwolić na filozofowanie, uogólnianie, abstrahowanie, co czynię często-gęsto w dziennikach, ale też np. w tomie W wieku odlotowym (2020), który otrzymał czytelniczą nagrodę Orfeusza w Praniu.

Czytałam tekst Artura Sandauera w „Literaturze” z 1976 roku o twoim debiucie. Podkreślił w ostatnim zdaniu, że masz cenny kunszt trafiania bezpośredni do ludzkich serc (on też trafił z tą diagnozą).

Artur Sandauer mówił też o tym tomiku w „Pegazie” telewizyjnym, chwalili go ówcześni znani krytycy: Jerzy Kwiatkowski, Zbigniew Bieńkowski, Ryszard Matuszewski, Iwona Smolka etc. Tomik otrzymał Nagrodę im. Andrzeja Bursy. To się bardzo przydaje na jakimś etapie twórczości, dowartościowuje. Ale teraz wiem, że zawsze chciałem, żeby moja poezja trafiała bezpośrednio do czytelniczek i czytelników. Ich odbiór interesuje mnie najbardziej.

Wysoko postawili ci poprzeczkę krytycy. Ale zdaje się, że nie zablokowało cię to, bo za dwa lata opublikowany został twój kolejny tomik. Jerzy Kwiatkowski zauważył, że najczęstszym chwytem twojej poezji jest „trafnie dobrana i sugestywnie przeprowadzona przez cały wiersz metafora, która – bardziej lub mniej zaskakująco – odpowszechnia jeden z fragmentów wiejskiego świata, będącego jednocześnie światem dzieciństwa bohatera tych wierszy”. W wierszu Album świetnie rozwijasz metaforę do samego końca. Ale często też rozróżniasz małe i duże metafory, ceniąc wyżej te drugie.

Stanisław Barańczak napisał bardzo dobrą recenzję wewnętrzną tomu Na tyłach świata, dzięki czemu ukazał się on w krakowskim Wydawnictwie Literackim w 1977 roku. Ale przestrzegał mnie przed małymi dekoracyjnymi metaforami à la Gałczyński czy Harasymowicz, twierdząc, że moją siłą jest duża metafora zawarta w koncepcie, w konstrukcji wiersza (poważnie potraktowałem też uwagę Ewy Lipskiej, żeby nie nadużywać przenośni dopełniaczowej). Miał swoją rację, zapamiętałem ją na całe późniejsze lata, jednak nie do końca w nią uwierzyłem. Uważam, że małe metaforki też powinny być doszlifowane i piękne na choince wiersza. Wiersz ma świecić. Oczywiście nie zawsze; czasem przemawia ciemną głębią, ostrą prostotą. Nie ma jednej recepty, decyduje intuicja poety.

To kto komu pozował? Krajobraz twojemu dzieciństwu czy odwrotnie? Jak teraz na to patrzysz?

Kiedy przyjeżdżam na moją wieś, większość znajomych mieszka już na cmentarzu w Borzęcinie. Ja jeszcze przez chwilę będę pozował. Nie będzie nas, będzie las – jest takie trywialne powiedzenie. Jesteśmy jako osoby przejściowi. W Krakowie, gdzie mieszkam od pół wieku, stały jest Wawel, Kościół Mariacki, ludzie jako turyści są przejściowi, zmieniają się. Mury pozostają. Pozostaje też pieśń Kochanowskiego Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary śpiewana w kościele. Ludzie nawet nie wiedzą, że ona ma prawie 500 lat. Jest dalej żywa. I o to chodzi w poezji. Ale co zostanie z poety, co zostanie z poezji współczesnej, co przetrwa ze sztuki XX czy XXI wieku – tego nie potrafimy przewidzieć. Każdy poeta jednak marzy, żeby ocalić kawałek swojego świata, żeby jego poezja go przeżyła i żeby nie było jak w Makbecie Szekspira:

Życie jest tylko przechodnim półcieniem,
Nędznym aktorem, który swoją rolę
Przez parę godzin wygrawszy na scenie
W nicość przepada – powieścią idioty,
Głośną, wrzaskliwą, a nic nieznaczącą.

Perspektywa nihilistyczna jest może łatwiejsza do przyjęcia?

Poetyckie operowanie pojęciami, uogólnieniami może przerodzić się w późnym wieku poety w rezonerstwo, w pesymistyczne marudzenie, że „wszystko to marność i pogoń za wiatrem”, więc w najnowszym tomiku uciekam, może dla przekory, bo jestem człowiekiem przekornym – jak słusznie zauważyłaś – w chwilę, w epifanię, a nawet w pogodne zauroczenie chwilą. Słowem – próbuję dziecinnieć, tym bardziej, że za chwilę zacznę jako starzec naprawdę dziecinnieć (śmiech). Jednak kochamy życie, przekazujemy je dalej w sztafecie pokoleń, jest na tyle atrakcyjne, że nas wciąga i pociąga swoją urodą, swoim urokiem, kusi, nęci. Instynkt życia jest niesamowicie mocny. Niektórym samo życie wystarcza, niektórym (np. poetom) nie wystarcza i tworzą „wydanie drugie, poprawione”.

Ładnie to ująłeś. Dziękuję za rozmowę.

fot. Mirosława Szott

 

The post Czytelnia jednego wiersza. Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott appeared first on Pro Libris.

]]>
Staram się każdy dzień uczynić sensownym. Z Jerzym Gąsiorkiem (Gąsiorem) rozmawia Ewa Mielczarek https://prolibris.net.pl/staram-sie-kazdy-dzien-uczynic-sensownym-z-jerzym-gasiorkiem-gasiorem-rozmawia-ewa-mielczarek/ Thu, 29 May 2025 09:30:53 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16007 Ewa Mielczarek

The post Staram się każdy dzień uczynić sensownym. Z Jerzym Gąsiorkiem (Gąsiorem) rozmawia Ewa Mielczarek appeared first on Pro Libris.

]]>

Staram się każdy dzień uczynić sensownym

Z Jerzym Gąsiorkiem (Gąsiorem) rozmawia Ewa Mielczarek

 

Ewa Mielczarek: Jurku, jesteś wielowymiarowy. Przez lata pracy zawodowej, a później już jako emeryt z racji różnorodnych działań dałeś się poznać jako człowiek renesansu. Byłeś nauczycielem historii architektury i sztuki, kierownikiem działu wystaw w Muzeum Okręgowym (galeria Oficyna), potem założycielem i dyrektorem gorzowskiego BWA (26 lat dyrektorowania). Jeszcze pracując zawodowo, zacząłeś pisać wiersze. W 2001 roku ukazał się pierwszy tomik poezji (Z szuflady wyjęte), do tej pory wydałeś ich 13. W 2018 roku opublikowałeś książkę prozatorską Listy do praprawnuka. Jesteś artystą rzeźbiarzem, twórcą asamblaży. Wciąż tworzysz. Pora zadać to nazbyt już rozbudowane pytanie – kim czujesz się najbardziej? Która z tych ról jest ci najbliższa?

Jerzy Gąsiorek: Po trosze każda, bo i w rzeźbie, i w poezji można się wypowiadać. Najwięcej czasu poświęcam jednak asamblażom. Jestem raptusem, a technika asamblażu pozwala mi na w miarę szybką realizację, bo przecież posiłkuję się gotowymi elementami. Tradycyjna rzeźba jest jedynie uzupełnieniem moich artystycznych poczynań.

Kiedy zacząłeś rzeźbić? Co wyzwoliło tę potrzebę? Powszechnie wiadomo, że twoim mistrzem i drogowskazem na drodze twórczej był Władysław Hasior…

Późno, bo już jako dojrzały mężczyzna, no może młodzieniec… Od zawsze interesowałem się sztuką. Najpierw biernie, przeglądając albumy malarstwa, rzeźby, architektury, podziwiając mistrzów. Później aktywnie – rysując, malując i robiąc pierwsze asamblażowe kompozycje. I nagle odkryłem Hasiora! On już na zawsze pozostanie moim Mistrzem. Przeczytałem o nim w „Przekroju”, chyba w 1961 roku, później pochłonąłem książkę Andrzeja Banacha Hasior. To było to!

Podobnie jak Hasior wykorzystujesz „zużyte rekwizyty codzienności”, złośliwi nazwą je „rekwizytami biedy” rozbiórkowe drewno, żeliwne fajerki z pieca, rzeszota, stara szuflada, denko z blaszanej puszki, fragment rusztu… 

Skoro Mistrz Hasior, nic zatem dziwnego, że używam podobnego tworzywa. Nie da się ukryć, że moje pierwsze prace mocno trąciły Hasiorem. W szkole, w której uczyłem, wołano za mną „Hasior”. Nie zżymałem się, wręcz przeciwnie – imponowało mi to. Z czasem – tak sądzę – znalazłem swoje sposoby na tzw. gąsiorki. Mistrz Hasior jest rozbuchany, kolorowy, barokowy. Moje prace są siermiężne, monochromatyczne, bazujące głównie na drewnie, tkaninie i metalu. Unikam kolorowych rekwizytów.

Co jest pierwotne, a co wtórne pomysł na rzeźbę, asamblaż czy też pozyskany materiał staje się inspiracją do tworzenia dzieła?

Z tym bywa różnie. Często pozyskane tworzywo, jego kształt, pierwotne przeznaczenie sugerują mi temat. Ale bywa, że jakieś wydarzenie, zazwyczaj spektakularne i smutne, każe mi sięgać po nie i zmierzyć się z nim.

I w sztuce, i w literaturze najważniejszym podmiotem jest dla ciebie człowiek. Masz w sobie wiarę w ludzkość?

To prawda. Człowiek uwikłany w rzeczywistość, najczęściej ponurą, okrutną. Nieustające wojny, egzystencjonalne dramaty, kataklizmy każą mi interpretować te stany. Kiedy zdarzyła się tragedia z łodzią podwodną „Kursk”, niemal natychmiast stworzyłem swój Kursk. Wojna na Ukrainie zaowocowała instalacją z noszami… Mógłbym wymieniać tak wiele jeszcze prac. Wiara w ludzkość? Ambiwalentna. Zachwyca mnie geniusz człowieka, jego możliwości, osiągnięcia i – niestety – przytłacza jego podłość, zło, które nieustannie czyni. Takie odczucie chyba przeważa.

Tematyka sakralna stała się tobie najbliższa.

Słuszne spostrzeżenie. Tradycyjne, katolickie wychowanie, później nauka w Niższym Seminarium Duchownym w Słupsku pozwoliły na obcowanie z sacrum. Tematy biblijne o głębokim, uniwersalnym przesłaniu to naprawdę kopalnia tematów, inspiracji. Można je interpretować w nieskończoność.

Pasja, Misterium, Wojna, Bestiarium. Opowiedz o tych cyklach.

Pasja (cierpienie) występuje najczęściej w moim pisaniu i asamblażach. Jestem dzieckiem wojny i choć mojej rodzinie z małymi wyjątkami zaoszczędzono wojennych dramatów, to jednak dziecięca obserwacja, widok powojennych gruzów, zniszczeń, okaleczonych ludzi o kulach, z opaską na oku, mundurowe wojskowe ubrania pozostawiły trwały ślad w psychice. A później lektura, filmografia spotęgowały te tematy. I to po nie sięgałem często. Pasję najchętniej eksponuję w okresie Wielkiego Postu, jak w Muzeum Lubuskim w marcu 2024 roku czy – obecnie – w Magazynie Solnym w Nowej Soli. W okresie Bożego Narodzenia chętnie prezentuję szopki, madonny, anioły. To mi najbliższe, ale nie jedyne tematy. Tworzę świętych, wojów, don Kichoty, ptaki, zwierzęta, gęby, zakochanych i wiele innych. Te tematy są zdecydowanie radośniejsze, ale nie mają już takiej ekspresji.

W 1980 roku zorganizowałeś i objąłeś stery gorzowskiego BWA. Trudno wyobrazić sobie gorszy czas na otwarcie jakiejkolwiek działalności…

Gorzowskie Biuro Wystaw Artystycznych (niefortunna nazwa) powstało jako 46 placówka przy ówczesnych 49 województwach w ponad stutysięcznym mieście! Wcześniej przez 16 lat belfrowałem w Technikum Budowlanym i policealnej Szkole Architektury. Za namową ówczesnego prezesa Oddziału ZPAP Mieczysława Rzeszewskiego (wspaniała postać!) podjąłem pracę w Gorzowskim Muzeum, tworząc tam Galerię Sztuki „Oficyna”, a po trzech latach tworzyłem BWA, bazując na pozyskanych pomieszczeniach wielkiego „Stilonu”. Nic zatem dziwnego, że przez wiele lat placówka nosiła w nazwie „Art.-Stilon”. Czas rzeczywiście specyficzny, ale – o dziwo – miałem szczęście do światłych i życzliwych włodarzy miasta, łącznie z dominującą partią… Przyzwoite gabaryty sali wystawienniczej (ok. 300 metrów kwadratowych przy czterometrowej wysokości) pozwoliły mi na zapraszanie i realizację ekspozycji dorobku artystów znaczących. Byli więc: Abakanowicz, Chromy, Zemła, Kulon, Witkacy, Łukomski, Wilkoń, Owidzka, Sadley, siostry Wahl, Szajna, Beksiński, oczywiście Hasior (dwukrotnie). Długo by jeszcze wymieniać… Nie zapominałem o znakomitych artystach z Gorzowa i Zielonej Góry.

Przez 26 lat kierowania placówką prezentowałeś czołówkę polskich artystów drugiej połowy XX wieku. Stworzyłeś największą po zakopiańskiej galerię dzieł Hasiora, wymyśliłeś i organizowałeś ogólnopolskie Biennale Sztuki Sakralnej „Sacrum”, realizowałeś plenery tkackie. To nie były sprzyjające sztuce lata – zmiany polityczno-społeczne, transformacja. Jak to się stało, że w tym trudnym okresie osiągnąłeś spektakularne sukcesy?

Ta moja nieustająca fascynacja Hasiorem pozwoliła, ba, nakazała!, stworzenie stałej galerii jego prac. Kupowałem je sukcesywnie pod koniec lat 80. Kolekcja osiągnęła 32 pozycje. Jest to druga co do wielkości kolekcja, oczywiście po zakopiańskiej, prac tego twórcy. Do dziś eksponowane są na antresoli piętra sąsiadującej z główną salą BWA. Ze względu na duże gabaryty cztery sztandary pozostają w magazynie. Żałuję, że nie udało się zorganizować „drzewa gorejącego”, plenerowej rzeźby na skarpie przed galerią. Z opisaną kolekcją odwiedziłem kilkanaście miast w Polsce i klika w Europie. Ta druga fascynacja sztuką sakralną pozwoliła mi z kolei na zorganizowanie wystawy o tematyce religijnej. Stała się impresją cykliczną w formie biennale. Było to absolutne novum, biorąc pod uwagę, że tkwiliśmy w głębokiej komunie. Sacrum w państwowej placówce?! Dostało mi się nawet od władz centralnych (sic!). Nie wyrażono zgody na druk katalogu. Trzeba pamiętać, że w owych latach każdy, nawet najmniejszy druk musiał być ocenzurowany i opieczętowany, w tym także lista eksponowanych prac. Druk powyżej 16 stron wymagał zgody MKiSz w Warszawie. W ten sposób zdradziłem się z trefną ekspozycją. Oczywiście nie otrzymałem zgody. Miast katalogu była składanka i jak zawsze plakat. Kolejne ekspozycje organizowałem cichaczem. Władze miejscowe mi nie przeszkadzały. Po przemianie ustrojowej nie musiałem już się kamuflować, ba, honorowy patronat nad Biennale przejął bp ord. Józef Michalik. A skąd pomysł? W stanie wojennym artyści, na znak protestu, demonstracyjnie prezentowali swe prace w przykościelnych salach bądź w nowo budowanych kościołach, niekiedy w surowych ich murach. Oglądałem takie prezentacje, m.in. na Żytniej w Warszawie. Raził mnie sposób eksponowania prac, zachwycał ich poziom. Wtedy właśnie zrodził się pomysł, by owe znakomite prace pokazać w godniejszych, profesjonalnych pomieszczeniach, z pietyzmem, bez kamuflowania. Ucząc przez lata w wymienionych wcześniej szkołach historii architektury, sztuki, wciąż mówiłem o katedrach, kościołach, klasztorach i dziełach tam eksponowanych. Nie ma historii sztuki bez sacrum! Przyświecał mi też inny cel. Pomyślałem sobie, że prezentując prace wybitnych artystów w nietradycyjnej interpretacji, podpowiem, zasugeruję duchownym i wiernym, że owe dzieła mogłyby funkcjonować w nowoczesnych przestrzeniach sakralnych. Niektóre – niestety, nieliczne – zaistniały (vide Nowosielski, Zemla, Romecki). W sumie jednak poniosłem klęskę – wciąż panuje tradycyjna sztuka (vide Cicheń i kościoły w całym kraju). Dużym, udanym przedsięwzięciem były też plenery tkackie, organizowane we wrześniu w ośrodku wypoczynkowym „Stilonu” w Lubniewicach. Na zakończenie pleneru następowała prezentacja dokonań w przestrzeniach BWA. Novum owych plenerów było to, że tworzywem prac stało się włókno syntetyczne pozyskiwane z zakładów. Wiadomym powszechnie jest, że artyści tkacze zdecydowanie wolą szlachetną wełnę czy sizal. Plenery na bazie wymienionych materiałów odbywały się już wtedy w Kowarach. Ale, o dziwo, wspomniani artyści w większości uczestniczyli w plenerach zarówno kowarskich, jak i lubniewickich. Terminy nie kolidowały.

Podróże rowerowe po świecie Europa, Azja. Ta sfera twego życia również imponuje…

Nie tylko sztuką i literaturą żyje człowiek. Rower, podróże nim po kraju i Europie przyniosły mi wiele satysfakcji. Wszak rower jest sprzymierzeńcem wielu podróżników. Środek niezawodny, tani, pozwalający przy tym sprawdzić swoje fizyczne możliwości. W moim przypadku ciekawostką może być to, że większość dalekich podróży zrealizowałem po 65. roku życia, kiedy przeszedłem na zasłużoną emeryturę. O podróżach solo, częściej z kolegą mógłbym bardzo długo. Wymienię tylko te najdłuższe i najważniejsze: Armenia pod Ararat przez Ukrainę, Turcję, Gruzję (2007); Litwa, Łotwa, Estonia (2011); Santiago de Compostela (2012), Bornholm (2014); Rugia (2015); i jeszcze dwukrotnie przez Bieszczady, Słowację, Bułgarię do Rumunii. Parokrotnie też jeździłem do Sławna, miasta mego ciekawego dzieciństwa, gdzie mieszkałem przez sześć lat. To lekko 200 km. Owe podróże to nie tylko sprawdzian fizycznych możliwości. To cała gama doznań, doświadczeń, dotykania zabytków i przyrody. Prawie wszystkie wyprawy organizowaliśmy w czerwcu i lipcu, kiedy są najdłuższe dni i jest ciepło. Pozwalało to na spanie w śpiworach pod gwiazdami, namiot rozbijaliśmy tylko w wyjątkowych wypadkach.

Twoja poezja pomieszczona jest w książkach o jednolitej formie graficznej. Ascetyczny zamysł, prosta szara okładka z setką wierszy w każdym tomie. Opowiedz o tym projekcie.

To nie był projekt. Moje pisanie to rodzaj pamiętnika. Pisałem od lat studenckich, ot luźne refleksje. Odkładałem je bez entuzjazmu do szuflady. Sporo się tego nazbierało. Za namową ówczesnego prezesa Oddziału ZLP Irka Szmidta pojawił się w 2001 roku mój pierwszy tomik z banalnym tytułem Z szuflady wyjęty. A potem w odstępach dwu-, trzyletnich następne. I tak w 2019 roku wyszedł ostatni, 12 z kolei pt. Chcę do nieba. Piszę nadal, notuję otoczenie, zło, które się dzieje na oczach. A ja jestem bezradny i nie wiem, czy wydam kolejny. Może, jak zmieni się świat, Europa… A wspomniana skromna szata graficzna. Taka mi odpowiada, trochę chyba w nawiązaniu do treści i moich rzeźbiarskich poczynań. W sumie popełniłem około tysiąca wierszyków i żadnych z tego tytułu nagród, medali. Nic dziwnego. Żadnego utworu nie wysłałem i nie wyślę na konkurs. Nie interesuje mnie literacki wyścig. Jak wspomniałem, są to zapisy dnia codziennego, przeżyć, refleksji. Są tam relacje z podróży, opisy mego Santoka. Notabene większość owych wierszyków zrodziła się właśnie w wieży.

Postawa pełna pokory, skromność, ofiarność, wrażliwość, niechęć do celebry to cechy niezwykle rzadkie u artysty. Czy taki jesteś z natury, czy też życie (szkoła katolicka?) tak cię ukształtowało?

To chyba moja szczera natura. Gwoli prawdy zdaję sobie sprawę z moich ułomności, braków. Jestem pełen kompleksów, ale nie obnoszę się z nimi, a nawet kamufluję je. Tak sobie myślę, że te moje wielorakie działania na wielu polach to właśnie próba zamaskowania owych niedoskonałości. Swoisty eklektyzm. Mam prawo takim być, nade wszystko nie udawać. Staram się nadal uczynić każdy dzień sensownym, twórczym, oczywiście na miarę moich możliwości. Lepiej zużywać się niż rdzewieć – to moja dewiza życiowa.

Program kształcenia w latach 50. ubiegłego wieku powodował, że dwukrotnie zdawałeś maturę. Miałeś piekielnie trudny start w życiu.

Tak, to prawda. Mam dwie zdane matury. Pierwsza w 1958 po czterech latach nauki w Niższym Seminarium Duchownym w Słupsku. To była wspaniała szkoła. Dużo jej zawdzięczam. Dziękuję Bogu, że dane mi było ją zakończyć… I natychmiast dziękuję, że nie zostałem księdzem. Z moją wrażliwością, przy aberracji i krytyce kościelnych instytucji i kleru, wyludniających się seminariach i zakonach mógłbym nie podołać trudnym wyzwaniom. No może i nie tworzyłbym swoich asamblaży. A to już by była absolutna klęska. Seminaryjna matura nie była uznawana przez komunistyczne władze. Czułem się niedowartościowany,
kaleki. Zdałem drugą maturę – świecką. Tak znalazłem się w Gorzowie, gdzie w Liceum przy ul. Przemysłowej zaliczyłem maturę państwową w 1961 roku. Unikając wojska, skończyłem Gorzowskie Studium Nauczycielskie, a później podjąłem pracę we wspomnianych szkołach i studia zaoczne na Uniwersytecie w Poznaniu. Nie dane mi było skończyć studiów na ASP, ale będąc twórczo aktywnym, uzyskałem status artysty plastyka na podstawie dorobku MKiSz w Warszawie.

Santok i twoja kamienna wieża. Czy rzeczywiście miała udawać średniowieczną?

Santok i wieża to moja wspaniała życiowa przygoda. To nią bezustannie potrafię się chwalić! W lipcu tego roku osiągnie szacowny wiek 90 lat. Pochodzi z 1935 roku. Wzniesiono ją na polodowcowej morenie, na terenie dawnego zamku krzyżackiego na chwałę szalonego wodza Hitlera i ówczesnej NSDAP. Dziesięć lat cieszyła ich oczy. Budowniczym wieży na myśl nie przyszło, że budują ją dla… Gąsiora. Przejąłem, a właściwie wydzierżawiłem ją jako ruinę. Mozolną pracą, uporem, przy skromnych finansowych możliwościach, doprowadziłem wieżę do stanu używalności. Najkosztowniejsze okazało się doprowadzenie prądu i wody. W latach 90. XX wieku sfinalizowałem jej kupno. Pomieszkuję tam latem. Ściany wypełniają hasioro-gąsiory. To tu rodzą się pomysły prac, wiersze, pastele.

Książka Listy do praprawnuka to swoiste credo życiowe…

Świadom nieuchronnego przemijania i ulotności pamięci popełniłem książkę prozą w formie listów pisanych do przyszłego potomka. Opisałem pokrótce swoje życie, dołączając sporo materiału zdjęciowego.

Dojrzały wiek w twoim przypadku sprzyja – jak się okazuje – spektakularnym działaniom twórczym, wystawienniczym. Masz chwile zwątpienia i zmęczenia aktywnością, która towarzyszy twojemu życiu? Przecież sztuka, którą uprawiasz, to nie tylko wymyślanie koncepcji, ale także ciężka praca fizyczna.

„Gąsior chciał jak najlepiej, ale mu nie wyszło” – tak kończę wiersz – nagrobny napis. Nie przeczę, że trochę w tym humorystycznej kokieterii. Ale gwoli prawdy, mam poczucie, że zrobiłem za mało, że mógłbym więcej, treściwiej, owocniej. I wszystko to miernych lotów. Mój zmierzch życia (tak zatytułowałem przedostatni tomik) jest faktem. Przyspieszam, nadrabiam zaszłości, odważniej tworzę, wystawiam i – co najważniejsze – uśmiecham się! Smakuję życie. Cieszy mnie każdy przeżyty sensownie dzień, nie odczuwam fizycznego zmęczenia! Nulla dies sine linea – dewiza Pliniusza Starszego. Każda kolejna praca sprawia mi radość, tym większą, jeśli mogę się nią bezinteresownie podzielić. Moje anioły krążą po świecie i ponoć przynoszą uśmiech. Chwile zwątpienia dotykają nie tylko sfery poczynań, co świadomości nieuchronnego przemijania i niemożliwości zatamowania zła, wojen, kłótni w narodzie. Przekonania tych wielkich i małych, że doświadczamy fenomenu życia. Człowiek-pyłek w nieogarnionym kosmosie wciąż o tym zapomina i czyni przerażające rzeczy. Na zakończenie wyszło pesymistycznie, ale myślę pozytywnie.

Dziękuję za rozmowę.

The post Staram się każdy dzień uczynić sensownym. Z Jerzym Gąsiorkiem (Gąsiorem) rozmawia Ewa Mielczarek appeared first on Pro Libris.

]]>
Czytelnia jednego wiersza: Janusz Styczeń. Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott https://prolibris.net.pl/czytelnia-jednego-wiersza-janusz-styczen-z-jozefem-baranem-rozmawia-miroslawa-szott/ Wed, 21 May 2025 11:03:32 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15870 Mirosława Szott

The post Czytelnia jednego wiersza: Janusz Styczeń. Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott appeared first on Pro Libris.

]]>

Czytelnia jednego wiersza:

Janusz Styczeń

Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott

 
Janusz Styczeń
Dziewczyna niosąca filiżankę kawy

dziewczyna niesie filiżankę kawy, nie spieszy się,
kiedy doniesie kawę na miejsce, historia skończy się,
to miejsce: ten koniec, zostanie,
żeby dziewczyna doniosła kawę,
dziewczyna nie będzie wiedziała, co robić
na końcu świata,
czy wystarczy jej satysfakcja, że przeniosła
filiżankę kawy przez doczesność,
dziewczyna idzie przez miesiące, lata, dziesięciolecia,
dotąd nie wylała ani kropli kawy, i nie wyleje,
jej ręce nie drgnęły, i nie zadrżą,
wszyscy podziwiają, jak dziewczyna pilnuje
i drogi, i filiżanki,
i nie zwraca uwagi, czy ktoś z gapiów zachoruje,
upadnie, umrze,
wszyscy podziwiają, jak dziewczyna idzie przez Czas,
a może obok Czasu,
jak się nie spieszy,
jakby sam Czas ją podziwiał i się uśmiechał,
i dawał jej dużo czasu,
jakby sam Czas chciał napić się kawy,
już wystygłej, bardzo zimnej, zamierzchłej,
zamienionej w ciemne źródło,
i jakby Czas pozwalał dziewczynie spokojnie i powoli,
tak zupełnie poza Czasem,
tę kawę, do siebie, Czasu, donieść[1]

Józef Baran: Namówiłaś mnie, byśmy przypomnieli Janusza Stycznia, którego znałaś osobiście. Wywarł podobno na tobie duże wrażenie i jako poeta, i jako człowiek. Jak to możliwe, że o dwa pokolenia młodsza Mirka zetknęła się z nim prywatnie i dlaczego jego na poły surrealistyczna liryka tak cię zauroczyła?

Mirosława Szott: Tak, Janusz mógłby być moim dziadkiem. Wybierałam się do Wrocławia na jakąś konferencję oraz na Bruno Schulz. Festiwal i Jola Pytel podsunęła mi numer telefonu do Janusza Stycznia. On czasem bywał w Zielonej Górze, środowisko go ceniło. Oczywiście zadzwoniłam i umówiłam się. Mogło to być w 2014 roku. I za każdym razem, jak później byłam we Wrocławiu ze swoim mężem, to odwiedzaliśmy go, nagrywaliśmy te rozmowy od początku do końca. Wymieniłam z nim parę tradycyjnych listów, kiedyś zrecenzowałam jego tomik Pani Wyrocznia w „Toposie”. Styczeń debiutował w prasie w 1960 roku opowiadaniem pt. Requiem dla nieśmiałego, które pokazuje, że jego wyobraźnia od początku krążyła wokół niespełnionej miłości, delikatnej aury, niepewności, erotycznych muśnięć sukienką i zapachów. Styczeń, nazwany kiedyś przez Czesława Markiewicza ostatnim poetą onirycznym, adorował od zawsze w swoich tekstach czas (Czas), odmieniał go przez wszystkie możliwe przypadki. Interesowało go też malarstwo.

O czym rozmawialiście? Co ci utkwiło w pamięci?

Wróciłam do tych nagrań sprzed 10 lat i byłam zaskoczona, jakie szczegóły zapamiętałam, a jakie uleciały mi z pamięci. Przede wszystkim dużo czytał wierszy. Ale mówił też o swoim wujku, który uciekając przed gestapo, skrył się nad rzeką Uszwicą w wiklinie. Naziści byli blisko i wujek złożył w myślach przysięgę, że jeśli ocaleje, to wyjedzie na misję do Japonii. Dotrzymał przysięgi, a podobno nie był jakoś specjalnie religijny. Mama Stycznia wybrała mu zakon jezuitów. Opowiadał o wyjeździe do Irlandii z Jolą Pytel i Kasią Jarosz-Rabiej. Mnie najbardziej zainteresowała historia dziadka, Franciszka, który przeżył obóz w Oświęcimiu. Znał świetnie język niemiecki, dostał się do pracy w kuchni. I dzięki temu przetrwał pięć lat. Styczeń lubił też mówić o Karpowiczu, Faulknerze, Rilkem. Miał bystry umysł.

Uszwica to była też rzeka mojego dzieciństwa. Jakie miałaś wrażenia z pobytu w jego mieszkaniu?

14 piętro, ruchliwa ulica Wrocławia. To były skromne warunki. Ale mnóstwo książek (wszędzie), obrazy na ścianach (podobał mi się jego portret). Styczeń miał problemy z chodzeniem, dlatego kawa stała cały czas na stole w termosie. A ty, Józefie, lubiłeś jego poezję?

Czytałem kiedyś parę jego tomików podarowanych mi przez poetę, jeden wybór drukowany chyba w Ossolineum… Jak na mój gust były to piękne, czasem aż za piękne wiersze, bujające w obłokach nieziemskiej wyobraźni i fantazji. Baśniowa fantasmagoria na dłuższą metę – szczerze mówiąc – nużyła mnie. Wolę coś, co trzyma się konkretu i ziemi. Jeżeli nie dotknie się ziemi jak Anteusz, to repertuar się kiedyś wyczerpuje i wyjaławia. Oczywiście ma bujać w obłokach, ale najpierw wiersz – według mojego mniemania – powinien rozpędzać się jak samolot jakiś czas na pasie startowym, a potem dopiero podrywać się do lotu i frunąć. U Janusza tego konkretu, czyli rozpędzania się po ziemi było stosunkowo mało. Ja też lubię metafizykę, która jednak stoi nogami na ziemi i wynika z codzienności. Bogata symbolika, stuprocentowa metafizyka Janusza Stycznia budziła moje sprzeczne uczucia. On sam jako poeta mógł być wzorem dla innych piszących i darzyłem go sympatią. Wydawał się uosobieniem poety-pustelnika, poety-wizjonera. Jednak mnie to nie wystarczało. Nie widziałem u niego punktów zaczepnych w rzeczywistości tu i teraz. Nie ustawiałbym go w mojej prywatnej hierarchii tak wysoko jak np. Szymborską, Miłosza czy Różewicza, a nawet jak Harasymowicza, Bursę, Białoszewskiego czy Grochowiaka. Siedziałby sobie gdzieś niżej, w trzecim albo nawet czwartym rzędzie ważności… Niektóre jego wiersze – jak mi się wydawało – nawiązywały może do francuskiego surrealizmu Bretona czy Jacoba. W dużym wyborze wierszy budziły mój opór; to tak, jakby żywić się tylko deserem, kremówkami i pianką, choć w rzeczywistości poeta lubił „wtrąbić” schabowego. Brakowało mi po prostu w tej liryce mięsa.

 

To ciekawe, co mówisz, bo pamiętam, że u Stycznia na stole stała zawsze coca-cola i słodkie przekąski, ciastka – nic zdrowego. Przyniosłam mu kiedyś owoce i widziałam, że to go nie interesowało, więc następnym razem dostosowałam się i kupiłam czekoladki. Jego poezja raczej nie jest autobiograficzna (z wyjątkami, jak np. wiersz Powiedział jej to dopiero na strychu). Są symbole, emocje, raczej niedosyt. No i powtórzenia, które budują melodię, wprowadzają niepokój. Urodziliście się też trochę po sąsiedzku. To was zbliżało?

Tak, kiedy się spotykaliśmy gdzieś w Polsce, mieliśmy z Januszem wspólny, ziomkowski temat. Mianowicie Borzęcin (gdzie się urodziłem ja i gdzie ulągła się jego mama) i Biadoliny, oddalone parę kilometrów od Borzęcina, gdzie on przyszedł na świat, zanim jego rodzice nie wywędrowali na Ziemie Zachodnie. O ile sobie przypominam, Janusz parokrotnie w rozmowach zahaczał o jedną kwestię, że mój stryj, Jan Baranowicz (to jego pseudonim literacki), w latach młodości smalił cholewki do jego mamy, czyli – jak to się mówiło – „chodził do niej” (z Borzęcina Górnego do Dolnego), a to było parę dobrych kilometrów. Chodził, chodził, ale z tego Janusz się nie narodził, choć mogło tak być i wtedy bylibyśmy krewnymi. Jednak ostatecznie do tego nie doszło. Oczywiście mnie wtedy jeszcze nie było na świecie, podobnie jak Janusza, ale on znał to z legendy rodzinnej. Jako chłopak przyjeżdżał do krewnych w Borzęcinie Dolnym na wakacje i opowiadał, jak zapamiętał tamtą wieś i polne prace. Dużo mówiliśmy też o sławnym już wówczas w skali światowej Sławomirze Mrożku, również urodzonym w Borzęcinie, a przebywającym wtedy – w latach 70. – i potem, na emigracji w Paryżu. Poetę interesowała moja korespondencja z autorem Tanga.

Jak ty go zapamiętałeś?

Kiedy czytał wiersze, zmieniał głos, jakby był brzuchomówcą. Miał przy tym zawsze kamienny wyraz twarzy. Jego głos był jakby z innego świata, gdzie przebywali bohaterowie jego fantasmagorycznej poezji. Krążyły o nim różne anegdoty, poeta świetnie się do tego nadawał. Kilka razy obserwowałem, jak potrafił zjeść kilka obiadów. Zdarzało się, że na tych zjazdach poetyckich zostawały drugie dania, wtedy zgłaszano się do Janusza, który chętnie je pałaszował, ponieważ po pierwsze lubił jeść, co widać było po nim, a po wtóre miewał w swoim mieszkaniu we Wrocławiu okresy niedojadania, biedy po prostu, więc nie gardził paroma kotletami na wyrost. Pakował w siebie jak najwięcej, trochę na podobieństwo wielbłąda na pustyni, który po dotarciu do oazy żłopie wodę, ile potrafi zmieścić, żeby starczyło mu na pustynne dni. Mimo że Janusz też był duchownym w pewnym sensie (jako poeta), to jednak ciało miało też swoje wymagania i potrzeby. Poeta pustelnik imponował więc sybaryckim apetytem. Z samej poezji, wiadomo, nie dało się wyżyć, a on żył tylko z poezji i to surrealistycznej. Był poetą stuprocentowym, tzw. rasowym i nikim mniej ani więcej. Inni poeci bywali poetami raz na jakiś czas, pięćdziesięcioprocentowymi, dwudziestopięcioprocentowymi, poza tym urzędnikami, prezesami, redaktorami, nauczycielami etc., a on miał tylko jedną wybrankę serca i umysłu, jedną żonę i kochankę – POEZJĘ. W Krakowie takim lirykiem oddanym poezji był Jerzy Harasymowicz, o którym Julian Kornhauser powiedział kiedyś, że trzyma się stale jak pijany płotu poezji, co jest niekiedy niedobre, bo taki poeta czy ma natchnienie, czy nie, pisze i pisze, i pisze. Oczywiście Harasymowicz, kiedyś niezwykle popularny i wydający tomy wierszy w dużych nakładach, lepiej mógł prosperować niż Janusz. Ale to inna sprawa. Obaj byli wierzącymi w poezję…

Może gdyby kilkanaście lat temu Styczeń otrzymał Nagrodę Literacką „Nike” (nominowano jego Furię instynktu z 2011 roku), zmieniłoby to znacząco jego status jako pisarza. Ale z drugiej strony są artyści, którym tego typu nagrody literackie nie są potrzebne. Ich twórczość stanowi wartość niewymierną i nieporównywalną. W kontekście tej stuprocentowości poetyckiej Janusza zacytuję fragment wiersza Rafała Wojaczka Notatki do opisu Janusza Stycznia:

[…]
Janusz Styczeń
którego fotografię
ukradłem
onegdaj z tableau
wystawionego z okazji

i postawiłem sobie na biurku
by – gdy pracuję –
przed oczami zawsze mieć obraz prawdziwego
pisarza

Janusz Styczeń
imię i nazwisko
duch
i dosyć mdłe ciało
grube okulary

wyalienowany obecny
[…][2]

A pozostając przy wybranym przez ciebie wierszu Dziewczyna niosąca filiżankę kawy – bardzo pięknym i sugestywnym, takim do zapamiętania – wysuwam podejrzenie, że może był napisany pod wpływem nie tylko obrazu malarza Jeana-Etienna Liotarda z 1744 roku, ale i… Japonki.

 

Co ciekawe, Liotard zatytułował swój obraz Dziewczyna z czekoladą, ale Janusz był miłośnikiem kawy, więc zmienił zawartość filiżanki. Masz dobrą intuicję, Janusz był zakochany w jakiejś Japonce. Trochę opowiadał o niej. Wiesz o tej relacji coś więcej?

W środowisku literackim mówiło się romansie Janusza z Japonką, ale szczegółów nie znam, bo wtedy już się z Januszem nie widywałem. To ciekawy temat dla przyszłego biografa Stycznia. Styczeń mówił mi o swoich wujkach czy stryjkach (obaj mieli nazwisko Obłąk), którzy wybrali duchowną karierę (Jan – biskup, Tadeusz – misjonarz). Poznałem misjonarza. To ten ocalały, o którym opowiadał ci Janusz. Pewnego razu, kiedy przyleciał na lato do Polski i rezydował w Borzęcinie, zgłosiłem się do niego jako dziennikarz krakowskiego tygodnika „Wieści” i przeprowadzałem z nim rozmowę rzekę o Japonii, o misjach i polskich misjonarzach. Wtedy, w latach 80., to był egzotyczny temat. Powstały z naszej rozmowy trzy duże artykuły drukowane w kolejnych numerach pisma, z których był zadowolony i które trafiły też do Janusza, bo mówił mi potem o tym. Dwukrotnie biskupowi, jako człowiekowi już leciwemu, towarzyszyła w tych przylotach do Polski młoda Japonka, która mu – jak to mówili okoliczni ludzie – „posługiwała”. Jej obecność i posługiwanie budziły u borzęcan ciekawość i różne domysły, nawet o charakterze frywolnym. Twoja fotografia, Mirko, którą mi przysłałaś, prezentująca Janusza siedzącego na kanapce z Japonką, budzi przypuszczenia, że to może tamta Japonka wujka biskupa wpadła w oko jego bratankowi? Może wujek chciał zeswatać dziewczynę z poetą, starym i upartym kawalerem. Ostatni okres pobytu biskupa z Japonii w rodzinnej miejscowości trwał długo, bo „złapał” on jakąś kontuzję (może złamał nogę? – nie pamiętam), dość na tym, że wujek, pewnie z Japonką, bywał raz czy drugi u poety we Wrocławiu. Czy to jedna i ta sama Japonka?

Duże prawdopodobieństwo. Trudno byłoby o taki zbieg okoliczności. Dlaczego myślisz, że ona mogła być inspiracją tego wiersza?

Nie jestem znawcą obyczajów japońskich, ale wydaje mi się, że tajemnica tego wiersza może mieć jakiś punkt zaczepienia w żywych relacjach Janusza i jego orientalnej muzy. Oto kobieta, która służy mężczyźnie nie tylko herbatą, ale całą sobą. Posługiwaniem mu przez całe życie. Tradycyjny model relacji między przedstawicielami obojga płci. Co o tym myślisz, Mirko? Ten model oczywiście zużył się już w Europie, ale może w Japonii jest jeszcze żywy? Awangardowy poeta Janusz Styczeń może był w głębi ducha zatwardziałym tradycjonalistą?

Być może to się jakoś łączy. Ale nie widzę w nim tradycjonalisty. Mam wrażenie, że w wierszach Janusza mężczyźni wypadają dosyć słabo. Są przemocowi albo zbyt zachłanni. A poeta uwielbia kobiecą energię. Czasem, kiedy go czytam, to się zastanawiam, skąd on to wiedział (co może czuć kobieta), bo trafiał w sedno. Spotykaliście się często czy tylko od czasu do czasu?

Kiedyś, gdy jeszcze jako młody i ciekawy innych poeta brałem udział w różnych „spędach” poetyckich, stosunkowo często spotykaliśmy się z Januszem Styczniem, np. na festiwalu Warszawskiej Jesieni Poezji. Janusz był postacią charakterystyczną.

Był towarzyski?

Siedział przeważnie sam przy stoliku w pozycji tajemniczego sfinksa, nie przysiadał się do innych, to raczej inni mieli przysiadać się do niego, co nie oznacza, że kiedy ktoś przysiadał się do niego, nie ożywiał się i nie rozmawiał z nim. Zdarzało się, że nieoczekiwanie wysuwał lewą nogę do przodu, a prawą rękę do przodu i swoim tubalnym głosem „hukał” jak puchacz, jakby wszystkich poetów chciał przestraszyć albo dać znać, że JEST. To niespodziane „hukanie” było jak wojowniczy okrzyk Indian.

Myślę, że miał w sobie taką chęć budowania legendy za życia, zaskakiwania. Co myślisz o pisanym przez Stycznia wielką literą Czasie, który powtarza się obsesyjnie pod koniec utworu? Nie masz poczucia, że dziewczyna jest uwięziona? A kawa została zamieniona w ciemne źródło, z którego Czas chciałby się napić. To wszystko jest bardzo symboliczne i nierealne, zaplątane na podwójny supeł. Ale mnie wciąga ta jego przypowieść, bo lubię, jak poezja zostawia niedomówienia.

Myślę, że Styczeń chciał powiedzieć, że kobiety są mądrzejsze życiowo, tzn. lepiej radzą sobie z drogą przez Czas, czyli z Życiem.

Dziękuję za rozmowę.

 


[1]  J. Styczeń, Dziewczyna niosąca filiżankę kawy, [w:] tenże, Furia instynktu, Wrocław 2011, s. 5.

[2] R. Wojaczek, Notatki do opisu Janusza Stycznia, cyt. za: K. Kuzborska, Pani Wyrocznia kontroluje Czas, [w:] J. Styczeń, Pani Wyrocznia, Wrocław 2016, s. 127-130.

The post Czytelnia jednego wiersza: Janusz Styczeń. Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott appeared first on Pro Libris.

]]>
Czytelnia jednego wiersza: ksiądz Jan Twardowski Z Józefem Baranem rozmawia https://prolibris.net.pl/czytelnia-jednego-wiersza-ksiadz-jan-twardowski-z-jozefem-baranem-rozmawia/ Fri, 24 Jan 2025 08:47:56 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15305 Mirosława Szott

The post Czytelnia jednego wiersza: ksiądz Jan Twardowski Z Józefem Baranem rozmawia appeared first on Pro Libris.

]]>

Czytelnia jednego wiersza:

ksiądz Jan Twardowski

Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott

Którędy

Którędy do Ciebie
czy tylko przez oficjalną bramę
za świętymi bez przerwy
w sztywnych kołnierzykach
niosącymi przymusowy papier z pieczątką
może od innej strony
na przełaj
trochę naokoło
od tyłu
poprzez ciekawą wszystkiego rozpacz
poprzez poczekalnię II i III klasy
z biletem w inną stronę
bez wiary tylko z dobrocią jak na gapę
przez ratunkowe przejścia na wszelki wypadek
z zapasowym kluczem od Matki Boskiej
przez wszystkie małe furtki zielone otwierane z haczyka
przez drogę niewybraną
przez biedne pokraczne ścieżki
z każdego miejsca skąd wzywasz
nieumarłym nigdy sumieniem 

1970*

 

 Mirosława Szott: Którędy? To jest pytanie nie tylko o wiarę, ale też o relacje z ludźmi, poszukiwanie sensu, codzienne wybory, samodzielne ścieżki. Raczej nie te wypróbowane i uprawomocnione tradycją.

Józef Baran: Ulubionym powiedzeniem księdza Jana było, że ksiądz nie ma co robić między dewotkami i pobożnymi, powinien odwiedzać zagubionych; tam jest jego miejsce i o tym jest też ten piękny wiersz o wierze, do której można dochodzić pokracznymi/pokrętnymi ścieżkami, przez małe, zielone furtki na tyłach ogrodu.

Czy z wiarą nie jest trochę jak z poezją (że lepiej czasem „z biletem w inną stronę”)? Trudno dziś spojrzeć na poezję ks. Jana od nowa, prawda? To znaczy bez spłaszczania tych znanych wszystkim słów: „spieszmy się kochać ludzi – tak szybko odchodzą”. Czy jego popularność nie jest trochę kłopotliwa? Z drugiej strony, może każdemu poecie wystarczyłby jeden błyskotliwy i rozpoznawalny na całym świecie wers?

Zgadzam się z tym ostatnim Twoim stwierdzeniem. To i tak duży sukces, kiedy nawet parę linijek przeniknie tak mocno do krwiobiegu języka publicznego, że cytuje się je – jak w przytoczonym wierszu ks. Jana – na zaproszeniach ślubnych czy na nagrobkach. To wcale nie musi być najlepszy wiersz w mniemaniu krytyków. U Szymborskiej jest np. Nic dwa razy (wiersz śpiewany przez Korę i Sanah). U Miłosza Który skrzywdziłeś (wykuty na krzyżu Solidarności), u Herberta Potęga smaku, u Urszuli Kozioł powiedzmy: „Biłgoraju/ pajdo kraju”, bo to wpada w ucho, a u Barana – toutes proportions gardée – takie sobie maleństwo: Światy („można być w kropli wody/ światów odkrywcą/ można wędrując dokoła świata/ przeoczyć wszystko”) – wiersz stale cytowany (niedawno na Facebooku miał 8 tysięcy polubień i 3300 udostępnień na najróżniejsze strony; znajduje się też w podręczniku do klasy ósmej). Widocznie wiersz popularny musi mieć coś z aforyzmu, ze sloganu. Zresztą, kto przeniknął tajemnicę sukcesu wiersza czy bestselleru?

Jakie było Twoje pierwsze zetknięcie z poezją ks. Twardowskiego?

Jego pierwszy tomik dotarł do moich rąk w podtarnowskich Olszynach, gdzie byłem nauczycielem w latach 1969-1974. Tomik nazywał się chyba Znaki ufności. Pamiętam wielkie wrażenie, jakie na mnie zrobił.

Co najbardziej Cię zaskoczyło?

Że odnawiał język religijny, pozbawiał go namaszczenia, patosu, ba, nawet, powagi. Poeta mówił do Boga własnymi, bardzo osobistymi słowami, niepozbawionymi humoru. Wiersze były paradoksalne, co do mnie przemawiało, bo zawsze odbierałem życie jako paradoks, jako że sami złożeni jesteśmy ze sprzecznych wobec siebie zachceń i dążeń – ciała i duszy. Posługiwał się oksymoronami, czyli przenośniami opartymi na sprzecznościach. Dużo było w tych porównaniach i przenośniach dziecięcej świeżości, przeciwstawiania się przemądrzałemu intelektowi, któremu wydaje się, że posiadł wszelkie rozumy świata, czuło się, że poeta premiuje intuicyjne poznanie (bliższe Tajemnicy i Poezji). Ufam Bogu jak dziecko – takie było credo tych wierszy. Nigdy nie czytałem tak bliskich mi osobistych wierszy religijnych. A przy tym była to świetna liryka osobista. Jan był w tej kategorii wręcz rewolucjonistą, wyłamywał się ze schematów, poza tym nasycał obrazy znajomością świata przyrody, zwierząt, ptaków, był więc kontynuatorem św. Franciszka, jedynego świętego, który tak kochał przyrodę i braci mniejszych. Słowem – można rzec – że otwarł solidne, kute, mosiężne drzwi katedry i wpuścił wreszcie do kościoła śpiew ptaków.

Byłeś o ponad trzydzieści lat młodszy od ks. Jana. Różnica pokolenia. Kiedy dokładnie go poznałeś?

Anna Kamieńska, z którą się polubiliśmy, a która przyjaźniła się z ks. Janem, przekazała mu chyba w 1976 roku mój pierwszy tomik Nasze najszczersze rozmowy. Ksiądz po paru miesiącach przysłał z Warszawy uroczy liścik i napisał, że tomik sprawił mu dużą radość i że połknął go jak kubek czystej wody. „Wiersze są proste, a prostota jest niewinnością” – to jedna z konstatacji.

A później?

Potem odwiedziłem go parę razy w Kościele Wizytek. Na przełomie lat 70. i 80., a może i trochę później był bardzo modny (nakłady 700 tys. egzemplarzy!), czytali go katolicy i ateiści, wszyscy chcieli, żeby im dawał śluby. On sam natomiast zawsze dopytywał się, gdy bywałem u niego, czy naprawdę jest znany, czy naprawdę go czytają, jakby nie dowierzał. Raz zrobiłem z nim wywiad i pstryknęliśmy sobie zdjęcia na ławeczce przy jego kościele i plebanii, gdzie mieszkał z ks. Bozowskim. Pamiętam, że zaczął mi mówić na „ty”, co mnie zdziwiło, ale on po chwili, żebym też mu mówił na „ty”, bo dusze poetów są zawsze młode. Byliśmy więc na „ty”, o czym później, jak starsi ludzie (ja teraz), zapominał i przechodził na „pan”, a potem znowu na „ty”. Spotkaliśmy się dwa razy u profesora Sandauera, agnostyka, gdzie ksiądz był z honorami goszczony na kolacji. Pamiętam też Hindusa w turbanie. Kiedy Artur go odwiózł i wrócił do mieszkania, powiedział zdumiony do Erny i do mnie: „Wyobraźcie sobie, że ks. Twardowski zażyczył sobie, żebym się za niego pomodlił”. Swoją drogą bardzo mu się to spodobało. Tu dodam, że Sandauer napisał w latach 80. esej pochwalny o liryce Jana, a za to inny esej krytyczny wobec wierszy Wojtyły, za co mu się dostało od elit opozycyjnych.

Jeszcze coś zapamiętałeś ze spotkań z nim?

Pamiętam jego zdumiewające pytanie: „Czy pan, panie Józku, rozumie kobiety? To przecież zupełnie inne niż my istoty?!”. Później przeczytałem w biografii, że bardzo lubił się przyjaźnić z kobietami, jego fankami (wychował się między siostrami), ale po pewnym czasie wycofywał się z tych przyjaźni, jakby mu zagrażały.

Lubię jego wiersze o miłości, tęsknocie i samotności. Na przykład kiedy pisze o olśnieniu drugą osobą i dodaje: „kiedy ktoś nagle wydaje się piękny/ bliski od razu jak dom kasztan w parku/ […] taki swój na co dzień/ jakbyś mył włosy z nim w jednym rumianku/ ta jedna chwila co spada jak ogień” (Spotkanie).

Mawiał, że człowiek powinien się całe życie kochać, oczywiście dodawał, że chodzi o „czystą miłość”, nawet na stare lata, bo każda miłość uszlachetnia… Zwykle zadawał pytania. Stale pytał, pytał, pytał, jakby sam nic nie wiedział. Na przykład ciągle mnie pytał o poetę Dziedzica, a w końcu okazywało się, że chodzi mu o Ziemianina. Stale też wracał do mojego pierwszego tomiku Nasze najszczersze rozmowy, którym się zachwycał, mimo że wysyłałem mu inne. O nich nie wspominał, co wcale mnie nie zachwycało, ale udawałem, że owszem. Uroczy człowiek i poeta z krwi i kości… Bardzo uczony, ale ukrywający to skrzętnie, jakby się tego wstydził.

Jaki miał stosunek do innych poetów?

Raz u niego spałem na plebanii, a gdy odjeżdżałem, obdarował mnie grubym tomem wierszy wybranych z „Kultury” paryskiej. „Nie wiem, czy Pan zna tego poetę i pewnie się Panu nie bardzo to będzie podobało, ale trzeba to może poznać”. Chodziło o Czesława Miłosza. Pamiętam, że wtedy krzywił się trochę nad jego zbyt profesorskimi wywodami. Krzywił się też, gdy chodziło o Herberta i Harasymowicza, który się „wyboczył”. Tak, tak, ksiądz miał gołębie serce i mawiał, że piekła nie ma, a jeśli jest, to bezludne, ale jeśli chodzi o poezję, bywał bardzo krytyczny i po swojemu wymagający.

To widać nawet w puencie tego wiersza Którędy. Nieważne, jak dochodzimy do prawdy, ale istotny wydaje się ten wewnętrzny głos („nieumarłe sumienie”). A to wymaga pracy i trudu, więc mimo że ten wiersz jest lekki i pisany z poczuciem humoru, to jednak puenta waży już sporo i nie można przejść obok niej obojętnie. Czy rozmawialiście o pisaniu, np. kiedy powstają jego wiersze?

Właśnie, zdziwił mnie, że pisze tylko na urlopie, gdy wyjeżdża latem na wieś. Około 15 wierszy. I to miał być jego urobek roczny. Inna sprawa, że gdy odszedł na emeryturę, pisał za dużo i jego wiersze – przepraszam Cię, Janie, tam w Górze za te słowa – miały cechy autoplagiatu. Powtarzał się… A żył długo, ponad 90 lat, więc wierszy dużo napowstawało, choć mawiał, iż już się nie może doczekać odejścia, bo chciałby się dowiedzieć, co „tam” jest.

Ze względu na popularność i sprzedawalność zgłaszali się do niego wydawcy z propozycjami. Chciał temu jakoś sprostać. Wychodziły też książeczki dla dzieci, krótkie kazania. Jednym słowem, z poety piszącego kilkanaście wierszy na rok zrobił się bardzo płodny literat.

Debiutował w prasie w 1933 roku w „Kuźni Młodych” (identycznie jak Irena Dowgielewicz!). Debiut książkowy z 1937 roku (Powrót Andersena) wydany w nakładzie 40 egzemplarzy przepadł w czasie wojny. A kolejna książka ukazała się dopiero w 1968 roku (O spacerze po cmentarzu wojskowym), był wtedy już wiele lat księdzem.

Z różnych względów, m.in. a może przede wszystkim dlatego, że księża i duchowni musieli mieć pozwolenie na publikowanie. Wyżsi hierarchowie kościelni w Polsce powojennej niezbyt łaskawym okiem patrzyli na łączenie dwu powołań: kapłańskiego i artystycznego, że wtedy niby wyzwala się próżność. Ale potem nastał Wojtyła, który pisał wiersze i drukował w „Tygodniku Powszechnym” pod pseudonimem (głównie jako Andrzej Jawień). A potem przyznał się nawet jako papież do poezji i w 2003 roku wydał Tryptyk rzymski, także w związku z tym nastąpił prawdziwy wysyp księży-poetów.

W tym też grafomanów… Znasz wielu księży, którzy piszą dobrą poezję?

To prawda, nie ma ich wielu. Moim zdaniem księża piszący mają z pisaniem pewien problem, np. z pisaniem erotyków – albo kamuflują, albo zatajają, albo jak piszą otwarcie o tym, to się jakoś krzywo na nich patrzy, bo „co to za księża”. Ksiądz Twardowski o dziwo dawał sobie radę i z cenzurą kościelną, i z autocenzurą, i z krytykami-ateistami. Jego wiersze brzmiały rozbrajająco szczerze.

Jaka była dla Ciebie najważniejsza lekcja, jaką wyciągnąłeś z tej poezji i znajomości z ks. Janem?

Wpadłem dzięki jego wierszom na odkrycie, że Bóg czy Logos, czy Kreator jest nie tylko wspaniałym umysłem inżynierskim, architektem i konstruktorem świata i matematykiem etc., ale również artystą, dba równie mocno o to, by świat był nieprawdopodobnie urozmaicony od strony artystycznej, estetycznej. Po co biedronka ma tyle kropek, a żyrafa ma taką długą szyję i po co w świecie przyrody istnieje tyle dziwacznych stworzeń na lądzie, w powietrzu i morzu, które zadziwiają, zachwycają swoimi kształtami, na pewno nie dla pragmatyki Istnienia, lecz także ot tak sobie a muzom. Ksiądz Jan o tym właśnie pisał i podziwiał poeta Poetę, czyli Pana Boga, że ma wyobraźnię, genialną fantazję i boskie poczucie humoru.

Dziękuję za rozmowę.

 

The post Czytelnia jednego wiersza: ksiądz Jan Twardowski Z Józefem Baranem rozmawia appeared first on Pro Libris.

]]>
To nie sentyment, to po prostu miłość totalna do Zielonej Góry! Z Alicją Stasiewicz i Lechem Mackiewiczem rozmawia Piotr Prusinowski https://prolibris.net.pl/to-nie-sentyment-to-po-prostu-milosc-totalna-do-zielonej-gory/ Tue, 29 Oct 2024 08:07:10 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14566 Piotr Prusinowski

The post To nie sentyment, to po prostu miłość totalna do Zielonej Góry! Z Alicją Stasiewicz i Lechem Mackiewiczem rozmawia Piotr Prusinowski appeared first on Pro Libris.

]]>

To nie sentyment, to po prostu miłość totalna do Zielonej Góry!

Z Alicją Stasiewicz i Lechem Mackiewiczem rozmawia Piotr Prusinowski

 

Piotr Prusinowski: Na tegorocznym Kozzi Film Festiwal zielonogórska publiczność miała okazję zapoznania się z waszymi nowymi projektami. Lech Mackiewicz (dla przyjaciół Czako) podjął się reżyserii czytania performatywnego sztuki Alicji Łukasik-Ścigaj Dni powszednie, czyli materiał do zbudowania dramatu rozpisanego na dwa głosy. Ty, Alicjo, zagrałaś główną rolę żeńską w filmie Jana Jakuba Kolskiego Wariaci. Są to dzieła bardzo różne zarówno pod względem tematyki, jak i stylistyki czy estetyki. Dostrzegam jednak coś, co je łączy – temat relacji jednostki z mechanizmami społecznymi oraz narzucanymi przez społeczeństwo wymaganiami i standardami. Czy zgodzicie się ze mną, że oba utwory łączy motyw konfliktu wynikającego z nieprzystawalności do tych standardów?

Lech Mackiewicz: Społeczeństwo ich wypluło. Narracja XXI wieku, tej rzeczywistości, która teraz nas otacza, jest mocno opresyjna i wypluwa tych ludzi, którzy nie nadążają, buntują się, a niekiedy nawet tych, którzy chcą do społeczeństwa przynależeć. Zarówno bohaterki Dni powszednich, jak i „wariaci” z filmu Kolskiego są przecież gotowi iść na pewnego rodzaju kompromis ze światem. Ten świat nie jest jednak światem przyjaznym dla ludzi takich jak oni i wyrzuca ich na margines. Alicjo, nie chcę mówić za Janka Kolskiego, ale sądzę, że on ustawiał i „filtrował” was pod siebie, on też czuje się outsiderem, a już na pewno tak właśnie czuje się autorka Dni powszednich. To taki wspólny mianownik. Zresztą myślę, że generalnie w świecie twórczości ludzi wrażliwych ten mianownik będzie wspólny dla wszystkich – no może nie dla wszystkich, ale na pewno można tu wskazać na pewien nurt dotyczący nieprzystawalności.

Alicjo, para, którą zagraliście z Erykiem Lubosem, to ludzie wrażliwi, o dobrych sercach, ale chyba właśnie ze względu na swoją inność i wrażliwość są miażdżeni przez tryby życia społecznego, na którego marginesie egzystują?

Alicja Stasiewicz: W czysto „życiowym” sensie są po prostu niezaradni, nie mają sprecyzowanej ścieżki kariery, nie umieją rozsądnie gospodarować pieniędzmi, zapewne nie mieli szans na zdobycie dobrego wykształcenia, na dodatek są pozbawieni oparcia w bliskich osobach. To wszystko sprawia, że muszą egzystować poza społeczeństwem. Mnie osobiście ciężko to sobie w ogóle wyobrazić, ponieważ ich świat nie jest moim światem. Ja sama żyję jednak w ramach tego społeczeństwa.

LM: Kiedy oglądałem was na ekranie, to absolutnie nie miałem wrażenia, że macie jakikolwiek kłopot ze zrozumieniem tych ludzi. Ty i Eryk jesteście bowiem bardzo specyficznymi aktorami, ze względu na wasz typ wrażliwości jesteście osobni. I chyba dzięki zawodowi, który wykonujecie, znaleźliście swoje miejsce na tym świecie, ale mnie – jako widzowi z boku – bardzo łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której zarówno ty, jak i Eryk nie przystawalibyście do tej rzeczywistości, bylibyście zmuszeni do tego, aby w taki czy inny sposób łatać, cerować, fastrygować swoje życie. Nie mówię oczywiście, że musielibyście – tak jak bohaterowie Wariatów – od razu kraść czy szukać innych wątpliwych rozwiązań, uciekać do lasu etc. Myślę jednak, że dlatego Jan wybrał do tych ról właśnie was, ponieważ wasza wrażliwość jest wrażliwością osób nieprzystających do XXI wieku. Takie mam wrażenie po kilkukrotnym już obejrzeniu Wariatów.

AS: Jesteś chyba rekordzistą, jeśli chodzi o częstotliwość oglądania tego filmu…

LM: Myślę, że pod tym względem Jan bije mnie na głowę.

Alicjo, wiem, że twoja artystyczna przygoda z Wariatami zaczęła się od kandydatury do niewielkiej, właściwie epizodycznej roli właścicielki kina. Tymczasem reżyser dość szybko właśnie w tobie ujrzał główną bohaterkę filmu – Karolkę. I trudno się dziwić, znając chociażby twój występ w roli tytułowej bohaterki Marzenia Nataszy. To oczywiście dwie różne postacie, ale moim zdaniem jako Karolka przenosisz na ekran podobny rodzaj żywiołowości, zadziorności, a zarazem budzącej wzruszenie wrażliwości, którą emanowałaś wtedy na scenie. Czy istnieje jakaś choćby daleka paralela pomiędzy tymi dwiema kreacjami?

AS: To było wielkie szczęście, że mniej więcej rok przed castingiem do Wariatów zagrałam w Marzeniu Nataszy. Sama wybrałam ten tekst, poszłam z nim do dyrektora Czechowskiego, znalazłam odpowiednią reżyserkę, Magdalenę Drab. To wszystko było zatem bardzo moje, bardzo chciałam to zagrać. Później tak się fortunnie złożyło, że Jan napisał scenariusz, gdzie bohaterka jest trochę podobna do Nataszy. Wiadomo, dzieli je kraj, wiek, Natasza jest jeszcze nastolatką, a Karolka ma męża, ale niewątpliwie łączy je pewne podobieństwo. Cieszę się bardzo, że miałam szansę przećwiczyć sobie coś takiego na scenie. Gdy czytałam scenariusz Wariatów, postać Karolki nie była już dla mnie kompletnie obca, nie musiałam od zera obmyślać koncepcji tej roli. Wiedziałam już, że jest to coś, co po prostu lubię grać – wymarzona rola.

LM: To po prostu twój rodzaj wrażliwości. Nie jest przypadkiem, że takie role grasz i takich ról szukasz.

AS: Tak, szukam i tym bardziej się cieszę, że taka rola w zasadzie przyszła do mnie sama, że również ktoś inny – w tym przypadku Jan Jakub Kolski – widzi we mnie to, co ja sama widzę w sobie. Jan zobaczył we mnie to samo, co ja ujrzałam w sobie, wybierając rolę Nataszy. Jest jeszcze jedna paralela: Natasza na końcu idzie do więzienia, a Karolka w prologu Wariatów właśnie z niego wychodzi.

LM: Z przymrużeniem oka można powiedzieć, że Natasza wychodzi z więzienia, by stać się Karolką. W tym sensie Marzenie Nataszy to prequel Wariatów, a Wariaci – sequel Marzenia.

W imieniu Kolskiego odebrałaś nagrodę Klaps 2024, którą rada artystyczna festiwalu przyznała mu w kategorii „Film kryminalny, gangsterski, sensacyjny, czyli kino akcji”. Jak przebiegała twoja współpraca z reżyserem bardzo znanym, ale zarazem bardzo osobnym, który – o czym wspomniał już Czako – w pejzażu rodzimego kina zawsze pozostawał outsiderem?

AS: Ten jego wizerunek outsidera rzeczywiście znajduje odzwierciedlenie w życiu. Jan faktycznie pozostaje poza wszelkimi układami, robi wszystko sam, jest całkowicie niezależny. Spełniał zarówno funkcje scenarzysty i reżysera, jak i producenta, nie miał dookoła siebie tłumu ludzi, dzięki temu nie musiał się przed nikim tłumaczyć i spełniać czyichś oczekiwań. Zwykle jest tak, że gdy idziesz na casting, to najpierw musi cię zobaczyć reżyser castingowy, następnie zatwierdzić producent i jeszcze ktoś, kto wykłada kasę. Kiedy 

tyle osób macza palce w kompletowaniu obsady, to wszystko się gdzieś rozmywa i komplikuje. Jan obywa się bez tej całej świty, bo sam jest sobie żeglarzem, sterem i okrętem. Kiedy wybrał mnie do tej roli, to była wyłącznie jego decyzja – on tak chciał i koniec, niczego więcej już nie było trzeba. Należy mu się szacunek, bo na pewno nie jest mu łatwo, robienie wszystkiego w pojedynkę jest z pewnością niezwykle trudne. Taką wybrał sobie drogę – i dobrze, bo tak niezwykłe filmy realizuje właśnie dzięki temu, że nikt przy jego projektach nie grzebie, że wszystko przebiega dokładnie tak, jak on sam sobie obmyślił w głowie.

LM: Z Janem znaliśmy się już wcześniej środowiskowo, raz na jakiś czas nasze drogi się krzyżowały, ale do tego czasu nigdy u niego nie grałem. Lubiliśmy się, ale nie byłem jego typem aktora, ponieważ on preferuje typy ludyczne. Ostatnio zagrałem jednak tę epizodyczną rolę w Wariatach i bardzo się cieszę, że miałem okazję z nim pracować. Na planie jest delikatnym, wrażliwym i troskliwym człowiekiem, który słucha energii aktora.

AS: Jest też uczciwy i lojalny wobec aktorów. Niekiedy mogą się zdarzyć sytuacje, że gdy dostajesz rolę, reżyserzy kuszą cię i mamią, o pewnych rzeczach ci nie mówiąc. W rezultacie dopiero na sam koniec dowiadujesz się, że musisz zrobić coś przekraczającego twoje granice w taki czy inny sposób. U Jana wszystko było od początku jasne, nie stosował żadnych forteli typu, że najpierw mnie skusi, a na koniec powie: „tylko jeszcze musisz bardzo krótko ściąć włosy”. O tym, że muszę to zrobić, wiedziałam już od samego początku. Podobnie ze wszystkimi innymi scenami – również miłosnymi czy topless, których ostatecznie nie było. Nie korzystał ze swojej pozycji, nie kombinował, a kiedy już coś postanowił, to nigdy nie zmieniał zdania.

Alicjo, masz w swoim aktorskim dorobku role w dwóch dużych miniserialach, wkrótce zagrasz w dwóch filmach dyplomowych katowickiej Szkoły Filmowej im. Kieślowskiego. W Wariatach po raz pierwszy w swojej karierze zagrałaś główną rolę na dużym ekranie. I to rolę niezwykle wyrazistą, łączącą dramatyzm z humorem – taką, która wzbudza natychmiastową sympatię widza. Czy chciałabyś częściej niż dotychczas występować w filmach?

AS: Tak, oczywiście! To jest część aktorskiego zawodu. Do tej pory spełniałam się głównie na scenie, choć już od wielu lat próbowałam swoich sił w filmach. Wiąże się to jednak z wieloma trudnościami, castingi są dość rzadkie, o niektórych pewnie nawet nie wiedziałam, do niektórych się przygotowywałam, ale ostatecznie ich nie wygrałam. Zagrałam w jednym filmie kinowym Na chwilę, na zawsze w reżyserii Piotra Trzaskalskiego, a także w niejednym serialu. Rola w Wariatach była dla mnie ważną lekcją, z której wiele wyniosłam i oczywiście chciałabym się rozwijać w tym kierunku.

Czako, jakim doświadczeniem było dla ciebie reżyserowanie Dni powszednich? Moim zdaniem bez najmniejszej przesady można powiedzieć, że to, co miało być „tylko” czytaniem, stało się spektaklem już właściwie pełnym, gotowym.

LM: Miło mi to słyszeć. Tekst Alicji Łukasik-Ścigaj, choć dosyć krótki, był interesującym wyzwaniem. Jest rozpisany na dwa głosy, ale w tych głosach jest pewna wielowątkowość i różnorodność postaci. Miałem problem ze znalezieniem klucza do tego przedstawienia. Tematyka Dni powszednich jest bardzo kobieca, a zarazem powiązana z opresyjnością – to opowieść o kobietach w sytuacji ekstremalnego zagrożenia duchowego. Był taki czas, kiedy jeździliśmy z Alicją na strajki kobiet, co stało się adekwatnym punktem odniesienia. Tekst jest trudny, ale bardzo otwarty na interpretację. W związku z tym pozwoliliśmy sobie na pewną dowolność i w podziale ról, i w interpretacji. Wyodrębniliśmy z tego materiału trzy bardzo różne kobiety, które połączył wspólny cel. Tym celem było powiedzenie „nie” światu, który je odrzucał. Jeśli zacytować Kaczmarskiego – dążyły do tego, aby „wyrywać murom zęby krat”. Każda na swój sposób: jedna spokojnie, druga – buntem i bezczelnością, trzecia – sposobem. Dwa głosy stały się trzema.
Było to dla nas fajne ćwiczenie. Przygotowania trwały nieco dłużej, ale sama realizacja objęła trzy próby w ciągu zaledwie dwóch dni. Zawsze uważałem, że Lubuski Teatr dysponuje znakomitym zespołem aktorskim. Również tutaj dziewczyny – Ania Stasiak, Asia Wąż i Marta Frąckowiak – stanęły na wysokości zadania, za co im serdecznie dziękuję. Zapewne nie bez znaczenia jest tu fakt, że z każdą spośród nich wcześniej już pracowałem, a one ufają mi jako reżyserowi. Autorka rzuciła nam wyzwanie tym tekstem, my podjęliśmy rękawicę i chyba daliśmy radę, bo zadowolona była nie tylko widownia, nie tylko organizatorzy tego wydarzenia oraz my jako wykonawcy, ale także sama autorka sztuki.

Czy istnieje szansa, by w najbliższym czasie twój tekst doczekał się „materializacji” na scenie teatralnej – już nie w formie czytania, ale „pełnoprawnego” spektaklu?

LM: Będąc już spoza, a jednocześnie tak bardzo z Zielonej Góry, uważam, że moglibyśmy tu wrócić, aby wspólnie coś zrobić – i zrobilibyśmy to z wielką chęcią. Dni powszednie są w tym aspekcie jednym z tematów. Jeżeli znajdzie się partner do rozmowy na ten temat, jeśli również autorka będzie za, to jestem jak najbardziej otwarty. Również z Alicją mamy swoje artystyczne plany, być może kiedyś uda nam się je zrealizować. Napisałem również tekst pt. Legenda rzeki, pomyślany jako scenariusz widowiska plenerowego, osnuty tylko i wyłącznie wokół tematyki związanej z Ziemią Lubuską i rzeką Odrą. Na temat ewentualnej realizacji rozmawialiśmy już wstępnie z kompozytorem Danielem Grupą, z którym niejednokrotnie współpracowaliśmy. Sądzę, że ów tekst ma potencjał mitologiczny, można by go wystawić w plenerze podczas Winobrania albo Nocy Kupały.

Z pewnością dla publiczności z naszego regionu byłoby to cenne doświadczenie. Zresztą już wcześniej reżyserowałeś na deskach Lubuskiego Teatru własną sztukę Małgośka z Zielonej, a ty, Alicjo, tam grałaś. Ten spektakl również miał lokalny koloryt.

LM: Przedstawienia o tematyce związanej z regionem pobudzają lokalną dumę, lokalny patriotyzm, co bardzo mi się podoba.

AS: Na Śląsku pracujemy od niedawna, i to jako artyści „napływowi”, ale sądzimy, że jest to ogromnie pozytywne i integrujące, że również w dziedzinie teatru Ślązacy tak chętnie podkreślają swoją śląskość. To samo warto robić również na tutejszym gruncie.

LM: Małe ojczyzny są bardzo ważne. Choć ważne jest również to, żeby opowiadać o nich w sposób wolny od ideologicznych czynników. Wielka polityka może być tłem utworu, a ludzie sami muszą sobie wyrobić zdanie na ten temat. Dużo ważniejsze są losy jednostki – człowiek, człowiek i jeszcze raz człowiek.

Zapewne macie teraz dużo pracy w gliwickim teatrze, a jednak znajdujecie czas na to, by regularnie odwiedzać Zieloną Górę i uczestniczyć w życiu kulturalnym miasta, choćby przy okazji wspomnianego Kozzi Film Festiwal. To może pytanie retoryczne, ale czy to miasto działa na was nostalgicznie, a zarazem inspirująco?

AS: To nie sentyment, to po prostu miłość totalna do Zielonej Góry! Jestem co prawda gdańszczanką, ale kocham to miasto. Zawsze będziemy tu wracać. Mamy tu nie tylko silne rodzinne więzi, ale także naszych bliskich przyjaciół z Lubuskiego Teatru.

LM: Oni są naszą teatralną rodziną. Mamy tu również swoich fanów, ale też sami jesteśmy fanami wielu ludzi i rzeczy związanych z tym miastem. Przyjaźniliśmy się z winiarzami, kolegowaliśmy z Patrykiem Dudkiem, a Falubaz był ważną częścią naszego życia.

AS: Lubuski to pierwszy teatr, w jakim podjęłam pracę, i na pewno nigdy tego miejsca nie zapomnę. Pamiętam nawet mój pierwszy casting. Byłam tu na etacie dziewięć lat, to ogrom czasu. Poza tym sama Zielona Góra ma w sobie coś takiego, że nie da się jej nie uwielbiać. Jest kameralna, śliczna, dużo dobrego się tutaj dzieje. Na deptaku zawsze można spotkać kogoś znajomego. Bardzo tęsknimy za tym miastem. To nie było łatwe rozstanie – konieczne, ale niełatwe. Zresztą wszystkie znane nam osoby, które tu przyjechały, a następnie stąd wyjechały, mówią dobrze o Zielonej Górze i za nią tęsknią.

Już nie po raz pierwszy gościliście na Kozzi Film Festiwal. Trzy lata temu reżyserowałeś w Zatoniu czytanie własnej sztuki Nie jesteś moim Abbą, w którym obok Alicji i ciebie wzięli udział także Anna Stasiak, Ernest Nita i Radek Walenda. Wtedy w ramach Zielonogórskich Konotacji miała swoją premierę filmowa wersja twojego spektaklu Ja ciebie też… Przy tej okazji przypomniano film z twoim udziałem – Warszawę Dariusza Gajewskiego. Twoje teksty, w tym również Nie jesteś moim Abbą, znalazły się ponadto w Antologii dramatu zielonogórskiego pod redakcją Andrzeja Bucka.

LM: Nie ukrywam, że jestem z tego powodu bardzo dumny. Cieszę się, że dyrektor Buck docenił moją twórczość i tym samym niejako uczynił mnie zielonogórzaninem i Lubuszaninem, którym ja zresztą faktycznie się czuję.

Jaka jest geneza powstania tego utworu? To ostatnia część twojej „australijskiej” trylogii, ale wymowa wydaje się raczej uniwersalna, czytelna pod różną szerokością geograficzną…

LM: Część pierwszą, NaGL – Not a Good Look wystawiłem w Sydney, druga zaś, Everyman & The Pole Dancers, miała swoją prapremierę w Melbourne, następnie była prezentowana w Tokio, a później czytana w zielonogórskim BWA. Opowiadały trochę o kraju, trochę o jednostkach, trochę o rodzinie, o rozpadzie rodziny jako komórki społecznej, także o niemożności odnalezienia się w rzeczywistości. To wszystko podane przez pryzmat humoru absurdalnego. W pierwszej części jest śmiesznie, ale źle się dzieje, w drugiej jest mowa o oczekiwaniu na koniec świata, jaki znamy, a trzecia, Nie jesteś moim Abbą, jest już zdecydowanie postapokaliptyczna. Pisanie tej sztuki kończyłem już w Zielonej Górze – będąc moją ostatnią australijską, jest zarazem moją pierwszą lubuską. Również i tutaj nie brakuje komicznych elementów.

À propos humoru, kojarzyła mi się nieco z dramaturgią Becketta. Czy słusznie?

LM: Tak, twórczość Becketta i Ionesco z pewnością była punktem odniesienia, jeśli chodzi o tego typu formę i stylistykę.

Waszym najnowszym wspólnym przedsięwzięciem jest inscenizacja Edukacji Rity Willy’ego Russella w Gliwicach. Nie tylko razem gracie w tym spektaklu, ale też go wspólnie reżyserujecie. Skąd wybór tej właśnie sztuki?

AS: O Edukacji Rity myśleliśmy już parę lat temu, kiedy jeszcze byliśmy na etacie w Zielonej Górze. Wielokrotnie pracowaliśmy razem, ale nie mieliśmy okazji zagrania razem w takim przedstawieniu, które stwarzałoby warunki do wykreowania większych interakcji między granymi przez nas postaciami. Ponieważ chcieliśmy zagrać dwie duże role razem, postanowiliśmy wziąć ten projekt we własne ręce i wyjść z taką inicjatywą. Na Ziemi Lubuskiej ostatecznie nie udało się wcielić tego zamierzenia w życie. Gdy później wróciliśmy do owego pomysłu, a dyrektor Teatru Miejskiego w Gliwicach zobaczył zdjęcia z naszych czytań w Dąbiu i Gubinie, wówczas sam uznał, że to świetny pomysł, abyśmy oboje podjęli się realizacji spektaklu.

LM: Wcześniej łączyliśmy siły w duetach reżyser-aktorka albo reżyserka-tłumacz, a teraz wspólnie reżyserujemy spektakl, w którym również gramy. Myślę, że to przedsięwzięcie otwiera przed nami nowe drogi. Edukacja Rity to sztuka niełatwa w realizacji, wymagająca co najmniej dwóch godzin wspólnego przebywania na scenie dwójki aktorów, którzy mają do zagrania 14 trudnych scen. Słodko-gorzka opowieść o relacji niemożliwej, a jednak możliwej, o tym, jak możemy się od siebie wzajemnie uczyć i na siebie wpływać, a zarazem się minąć, gdy próbujemy się nawzajem odnaleźć. Można ją zrealizować „po wierzchu”, jest wtedy śmieszna i tylko śmieszna, można „po naukowemu”, bo tam się sporo mówi o Szekspirze, Czechowie, Ibsenie. Wtedy to może wyglądać, jak…

AS: Jak lekcja polskiego.

LM: Tak, jak lekcja literatury, może troszkę nudna, ale zawsze jakaś. A przecież można to zrobić jeszcze inaczej – tak, żeby pogrzebać trochę w psychologii i genezie wszystkich ukrytych w niej znaczeń, bo jest ich bardzo dużo i funkcjonują na wielu płaszczyznach. Tym bardziej, że literatura, o której jest mowa na scenie, zawiera konteksty damsko-męskie, te zaś w taki czy inny sposób rzutują na samych bohaterów, odzwierciedlają łączące ich relacje. Z początku myśleliśmy, że uda nam się szybciej zrealizować nasz projekt, ale rzuciliśmy się na wodę głębszą, niż z początku myśleliśmy. Jesteśmy jednak pełni optymizmu. Wierzymy, że powstanie spektakl żywy, prawdziwy, wciągający, pulsujący emocjami i miłością w każdym tego słowa znaczeniu.

Trzymam mocno kciuki za powodzenie waszego projektu. Dziękuję za rozmowę!

 

The post To nie sentyment, to po prostu miłość totalna do Zielonej Góry! Z Alicją Stasiewicz i Lechem Mackiewiczem rozmawia Piotr Prusinowski appeared first on Pro Libris.

]]>
Hłasko był dla mojego pokolenia legendą. Z Andrzejem Buckiem, dyrektorem Festiwalu Filmu, Teatru i Książki, rozmawia Piotr Prusinowski https://prolibris.net.pl/hlasko-byl-dla-mojego-pokolenia-legenda-z-andrzejem-buckiem-dyrektorem-festiwalu-filmu-teatru-i-ksiazki-rozmawia-piotr-prusinowski/ Mon, 01 Jul 2024 09:26:40 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=13345 Piotr Prusinowski

The post Hłasko był dla mojego pokolenia legendą. Z Andrzejem Buckiem, dyrektorem Festiwalu Filmu, Teatru i Książki, rozmawia Piotr Prusinowski appeared first on Pro Libris.

]]>

Hłasko był dla mojego pokolenia legendą

Z Andrzejem Buckiem, dyrektorem Festiwalu Filmu, Teatru i Książki,
rozmawia Piotr Prusinowski

Piotr Prusinowski: Zwieńczeniem tegorocznego Kozzi Film Festiwalu będzie maraton filmów inspirowanych twórczością Marka Hłaski. Czy mógłby Pan zdradzić, jakie tytuły zostaną zaprezentowane w ramach przygotowywanego projektu „Hłaskover”?

Andrzej Buck: Rzeczywiście, twórczość Marka Hłaski będzie towarzyszyć nam podczas Festiwalu Filmu, Teatru i Książki. Sejm RP wybrał patronów roku 2024, honorując m.in. tego właśnie autora. Powszechnie wiadomo, że pisał dialogi, a jego proza stała się inspiracją scenariuszy kultowych polskich filmów fabularnych. Nawiasem mówiąc, Hłasko często nie był zadowolony z pracy reżyserów tych ekranizacji… Na 14 czerwca planowana jest debata z udziałem dwojga ekspertów: Paulina Potasińska ma w swoim dorobku pracę Kult, mit i kompleks. Figury autokreacji w twórczości Leopolda Tyrmanda, Marka Hłaski i Tadeusza Konwickiego, natomiast drugi z zaproszonych gości – prozaik i literaturoznawca Konrad Ludwicki – dał się poznać m.in. jako autor monografii Kino Marka Hłaski. Jak Pan wspomniał, zaplanowałem, aby w programie Festiwalu znalazł się maraton filmów opartych na prozie Marka Hłaski lub nakręconych z jego udziałem w funkcji scenarzysty bądź autora dialogów. W ramach tego wydarzenia odbędą się projekcje następujących obrazów: Baza ludzi umarłych (reż. Czesław Petelski), Pętla (reż. Wojciech J. Has), Ósmy dzień tygodnia (reż. Aleksander Ford), Koniec nocy (reż. Julian Dziedzina, Paweł Komorowski, Walentyna Uszycka), Zbieg (reż. Stanisław Jędryka), Sonata marymoncka (reż. Jerzy Ridan), Skarb kapitana Martensa (reż. Jerzy Passendorfer). Jako eksperta i moderatora tego cyklu festiwalowego zaprosiliśmy ks. prof. Andrzeja Dragułę.

    

Planowane jest również czytanie Pętli. Czy będzie to adaptacja, którą przygotował Pan 20 lat temu z myślą o spektaklu w reżyserii Zdzisława Wardejna? Czy wydarzenie to będzie przywoływać pamięć o tamtym przedstawieniu, będącym pierwszą i jak dotąd jedyną „przygodą” Lubuskiego Teatru z twórczością Hłaski? Czy w trakcie pracy nad adaptacją odwoływał się Pan wyłącznie do literackiego pierwowzoru? Czy też – w jakimś stopniu – do innych interpretacji tego opowiadania, chociażby do słynnej ekranizacji w reżyserii Wojciecha J. Hasa?

Hłasko był dla mojego pokolenia legendą. Na zajęciach ze studentami Uniwersytetu Wrocławskiego czytałem we fragmentach jego Cmentarze – z wydania podziemnego na tzw. małej poligrafii. Ekscytował mnie też Pierwszy krok w chmurach. Nie mniej silną inspiracją była dla mnie ekranowa wersja Pętli w reżyserii Hasa, urzekła mnie zwłaszcza scena w Barze pod Orłem w kreacji Gustawa Holoubka i Tadeusza Fijewskiego. Co prawda, zaprzątał mnie wówczas niezwykle ważny projekt pn. Scena Młodych Reżyserów i Nowej Dramaturgii, w ramach którego wystawialiśmy w Lubuskim Teatrze m.in. Powrót, Koronację, Opowieści o zwyczajnym szaleństwie, Czaszkę z Connemara, Halo nazi! Jednak Hłasko też był istotny, choć trudno dostępny lekturowo. Punktem wyjścia do rozważań nad fenomenem twórczości Marka Hłaski jest pytanie o znaczenie prozy tego autora, odczytywanej na rozmaite sposoby. Pytamy np. o literackich „sąsiadów” pisarza – polskich i zagranicznych, towarzyskich i politycznych, w kraju i na emigracji. Zastanawiamy się nad naukową i publicystyczną hłaskologią, a zwracając uwagę na historię edycji prozy Hłaski, nie zapominamy, że prowadził on bogatą korespondencję, a ta kierowana do niego pozostaje wciąż rozproszona. Osobne miejsce zajmuje relacja Hłaski z filmem albo też filmu z Hłaską. Mówimy o legendzie czy może pseudolegendzie Hłaski, jednocześnie unikając zamykania go w niej na klucz. Zastanawiamy się nad relacją pisarza z Warszawą i miejscem, które zajmowała w jego twórczości.

Trochę odbiegłem od zadanego pytania, przepraszam… Tak, planowany jest tzw. czytany teatr: Hłasko performatywny, otwarta próba czytana nawiązująca do spektaklu Pętla z roku 2003 w mojej adaptacji, w reżyserii Zdzisława Wardejna. Mam nadzieję, że uda się skompletować ekipę aktorską jak przed laty – z aktorskim udziałem Marty Artymiak, Kingi Kaszewskiej, Artura Belinga i Wojtka Czarnoty.

„Pętla” w Lubuskim Teatrze, 2003. Od lewej Wojciech Czarnota, Artur Beling

Ponadto czytaniu będzie towarzyszyć promocja specjalnego wydania kwartalnika „Pro Libris. Lubuskiego Pisma Literacko-Kulturalnego”, które już od 23 lat jest nieprzerwanie obecne na rynku wydawniczym, posiada utrwaloną markę najważniejszego w województwie periodyku o tym profilu, ma swoją stronę internetową (prolibris.net.pl), dociera w najdalsze zakątki województwa i do ważniejszych ośrodków kulturalnych w kraju. Realizując koncepcję Fundacji Lotto w aspekcie programu Patroni Roku, nagłaśniamy i propagujemy wybrane przez Sejm i Senat sylwetki twórców ze świata literatury, w tym Marka Hłaski. Ponadto w numerze odnajdą Państwo wartościowe teksty uczonych, prowadzących badania nad spuścizną Hłaski (m.in. autorstwa profesora Mariana Kisiela).

Skąd przyszedł pomysł, żeby akurat w tamtym czasie, na przełomie 2003 i 2004 roku, zaadaptować opowiadanie Hłaski na potrzeby zielonogórskiej sceny? Czy chodziło przede wszystkim o uczczenie 70. rocznicy urodzin pisarza?

Nigdy nie myślę i nie kierowałem się kategoriami rocznic. Chociaż niektórzy krytycy taką motywację niekiedy sugerowali (np. red. Artur Łukasiewicz w „Gazecie Wyborczej”). Hłasko skupiał moją uwagę jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku, kiedy badałem prasę literacką młodych. Jej elementem było tzw. drugie „Po Prostu”, w którym Hłasko pracował w okresie 1955-1957. Piszę o tym w mojej książce pt. Czasopisma literackie młodych po roku 1945.

Dlaczego spośród wszystkich utworów Hłaski zdecydował się Pan właśnie na Pętlę?

Nim odpowiem na to pytanie, przytoczę ważną w kontekście Pętli postać Zdzisława Wardejna, z którym przyjaźnię się od lat. Najpierw zafascynowała mnie jego legenda, przedziwny epizod z życia przyszłego aktora (jego domniemana śmierć podczas tzw. Wydarzeń Poznańskiego Czerwca 1956), o czym wielokrotnie opowiadał. Na kanwie tej historii powstał film dokumentalny Michała Dudziewicza pt. Paradoks o konduktorze, w którym – notabene – Wardejn wcielił się w narratora. Podczas przygotowań do kolejnego jubileuszu Lubuskiego Teatru pojawiła się w rozmowach legenda Marka Okopińskiego (dyrektora LT w latach 1960-1963) i trzy nazwiska – Machalicy, Wardejna, Winiarskiej – osób, które z tym wybitnym reżyserem pracowały. Wardejn, po skończeniu studiów aktorskich w Warszawie, zrezygnował z pracy na tamtejszych scenach i przyjechał do Zielonej Góry. Okopiński dawał mu wolność wyboru roli, możliwość podejmowania dużych wyzwań aktorskich oraz swobodę konkretyzacji postaci. Po latach, w 1996 roku, wymienieni aktorzy zagościli na deskach LT podczas Winobraniowych Spotkań Teatralnych. Zdzisław Wardejn zagrał w Nocnym życiu, Henryk Machalica – w Tylko umrzeć, a Halina Winiarska – w Ośmiu kobietach. Potem zaprosiłem Wardejna do roli w Szalonych nożyczkach – farsie interaktywnej Paula Pörtnera w reżyserii Grzegorza Matysika. W następnej kolejności, pod wpływem fascynacji twórczością francuskiej dramatopisarki Yasminy Rezy, zaprosiłem Wardejna do wyreżyserowania w LT Przypadkowego człowieka. Natomiast Pętla

 

Pętla w Lubuskim Teatrze
"Pętla" w Lubuskim Teatrze, 2003. Od lewej Kinga Kaszewska, Wojciech Czarnota

Jak wspomniałem wcześniej – Marek Hłasko był dla naszego pokolenia idolem, symbolem nonkonformizmu. Szedł za tym jego mit – najpierw, w 1956 roku, Nagroda Literacka Wydawców i trzy wydania Pierwszego kroku w chmurach, potem ważny artykuł w „Trybunie Ludu” (Primadonna jednego tygodnia) zapoczątkowujący tzw. batalię o Marka Hłaskę, następnie stypendium i wyjazdy zagraniczne (m.in. Francja, Niemcy, Izrael, USA). Były też konotacje z polskim Jamesem Deanem, legenda „pisarza przeklętego”, a wszystko na tle skandalizujących historii z życia Hłaski, jego związków z kobietami (m.in. Agnieszką Osiecką i Sonją Ziemann), artystycznych przyjaźni (m.in. z Krzysztofem Komedą), spotkań w Kazimierzu nad Wisłą, wojaży do Ameryki… Tak, Hłasko to kultowa postać… W Lubuskim Teatrze wystawiliśmy jego wspomnianą wcześniej Pętlę, opowieść o tragicznych losach człowieka uzależnionego od alkoholu.

 

 

W tym miejscu pozwolę sobie przytoczyć fragment rozmowy redaktor Danuty Piekarskiej z reżyserem Pętli, Zdzisławem Wardejnem, o inspiracjach, które towarzyszyły powstawaniu spektaklu:

– Co pana skłoniło do sięgnięcia po Pętlę Marka Hłaski?

– Dwa powody. Jeden związany z autorem: twórczość Marka Hłaski zawsze bardzo mnie inte­resowała. Dawno temu w Teatrze Ochota w Warszawie zrobiłem Wieczór autorski Marka Hłaski, spektakl nagrodzony zresztą na festiwalu w Szczecinie. Po latach postanowiłem znów wrócić do jego prozy.

– A drugi powód?

– Wciąż ważny temat alkoholizmu.

– Proponuje pan spektakl o alkoholizmie? Zapachniało dydaktyką…

– Zapraszam na spektakl o miłości, o nienawiści, o różnych uczuciach, jakie towarzyszą nam w trudnej życiowej sytuacji, którą rodzi alkoholizm bliskiej osoby.

– Gdyby miał pan jednym zdaniem określić, o czym jest przedstawienie, jakie dziś zobaczymy?

– O poszukiwaniu miłości. Na przekór wszystkim i wszystkiemu. O wierze w człowieka – na przekór wszystkiemu.

– W programie napisano też o straszliwej mocy słowa, które zależnie od tego, jak zostanie użyte, może człowieka uskrzydlić, ale może też pozbawić wiary i siły.

– Nie umiem tak pięknie pisać… Ale o tym również mówi przedstawienie Pętla[1].

Zawodowa znajomość z Wardejnem i Małgosią Pritulak przerodziła się w zażyłość i zaowocowała dalszymi działaniami. Zaprosiłem tę artystyczną parę do współpracy w ramach 2. Festiwalu Filmu i Teatru. I tak 21 czerwca 2013 roku w klimatycznej scenerii Przystanku Teatralnego – Stacja Agathy Christie wystawiliśmy premierę teatralną Festiwalu Witolda Gombrowicza Iwonę, czyli „te okropne godziny” (reż. Zdzisław Wardejn i Andrzej Buck, z udziałem Wardejna, Andrzeja Nowaka i Marty Bieławy).

Od lewej: Zdzisław Wardejn, Andrzej Buck

Przygotowując sceniczną adaptację Pętli, nie próbował Pan tej historii uwspółcześniać. Czy z perspektywy czasu, jaki upłynął od pierwszego wydania utworu, ważne stało się również to, aby przybliżyć współczesnemu widzowi realia i koloryt minionej epoki, jaką były lata 50.?

Sądzę, że to drugie, choć trudno mówić tu o kolorycie wobec szarości tego okresu. Dla mojego pokolenia tamten czas to emocjonalna zagadka. Podsycali ją moi ówcześni mentorzy – prof. Kazimierz Wyka czy Andrzej K. Waśkiewicz, którzy wpoili we mnie pokoleniowość w spojrzeniu na literaturę. Przeczytałem wówczas Ucieczkę z kamiennego świata prof. Tadeusza Drewnowskiego i pojawiła się fascynacja Tadeuszem Borowskim. Z kolei Lesław Bartelski nakierował mnie na Gajcego, Trzebińskiego i Bojarskiego. Wszyscy wymienieni ginęli jako redaktorzy naczelni „Sztuki i Narodu”. Kazimierz Wyka natomiast spowodował, że biografia Krzysztofa Baczyńskiego stała mi się bliska, także jego postawa buntu i niezgody. I chociaż Stanisław Grochowiak twierdził, że „bunt się ustatecznia”, to nie dotyczy to Hłaski. On zajął postawę z wiersza Kopniaki Andrzeja Bursy, autora Ogrodu Luizy. Bogdan Rudnicki natomiast opisał legendę Hłaski. To była pierwsza książka, która usystematyzowała moją wiedzę i apetyt na legendę. I czekanie na pełne wydanie tekstów.

Niedługo później przygotował Pan adaptację książki Barbary Samson Piekło siedemnastolatki. Byłam dziewczyną narkomana. Spektakl w reżyserii Beaty i Artura Belingów, zatytułowany po prostu Byłam dziewczyną…, to kolejna po Pętli premiera Lubuskiego Teatru. Czy bliskie sąsiedztwo w czasie obu tych spektakli wpisywało się w pewien szerszy artystyczny projekt, zmierzający do uświadomienia widzom – zwłaszcza młodym – problemów związanych z niebezpiecznymi nałogami?

Nie lubię w teatrze publicystyki, zatem trudno mówić o bezpośrednim przełożeniu. Bardziej doszukiwałbym się tu inspiracji sprowokowanej przez współpracę z reżyserem Krzysztofem Rościszewskim – reżyserem, który na początku mojej dyrekcji zrealizował w Lubuskim Teatrze Narkomanów na podstawie książki Byłam dziewczyną narkomana Barbary Rosiek. Ja sięgnąłem do Barbary Samson…

Zdzisław Wardejn swoją karierę zaczynał w latach 60. ubiegłego wieku na deskach zielonogórskiej sceny. Po niemal czterech dekadach powrócił gościnnie do współpracy z Lubuskim Teatrem, gdzie – oprócz występu w komedii Szalone nożyczki – dał się poznać jako reżyser trzech spektakli (m.in. Pętli). To wszystko w okresie Pańskiej dyrekcji. Jak zaczęła się ta twórcza współpraca, kontynuowana zresztą niejednokrotnie również w Bibliotece Norwida?

Warto jeszcze pamiętać – jak już wspomniałem – o Przypadkowym człowieku Yasminy Rezy z Andrzejem Nowakiem i Tatianą Kołodziejską. Z Wardejnem robiliśmy wspólnie Zielonogórski Salon Poezji, Czytelnię Dramatu, Drama Festiwal. Nie ukrywam, że artyści dekad poprzednich, minionych, interesowali mnie zawsze (np. Malanowicz, Zbrojewicz, Gryń, Kierc, Grochowiak…). Towarzyszyła mi w tym zainteresowaniu ówczesna krytyka, w tym wybitni dziennikarze: Jasiu J. Dębek, Danuta Piekarska, Snobka i Zdzisław Haczek. Wykorzystywali oni obecność tych aktorów, pisząc o nich i o tradycji zielonogórskiego Teatru. Ja sam prawie namówiłem Henryka Machalicę na pracę przy Learze. Nie zdążył, ale chciał.

 

Programowo robiliśmy tzw. Tryptyk szekspirowski (Poskromienie złośnicy Grzegorza Matysika, Makbeta Wiesława Hejno i Leara Tomka Mana). Wardejn często opowiadał mi o tych pierwszych latach funkcjonowania teatru. Ja poznawałem LT dopiero za krótkiej dyrekcji Ryszarda Żuromskiego w latach 1974-76, więc siłą rzeczy ten wybitny aktor, jakim jest Wardejn, budował we mnie legendę zielonogórskiego teatru. Zaszczepił we mnie także fascynację Helmutem Kajzarem, z którym pracował w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu i Warszawie. Tej postaci nie sposób pominąć. To twórca teatru meta-codzienności, który związaną ze zwykłym, codziennym życiem powtarzalność i prostotę obejmował czułym, uważnym spojrzeniem. Już wkrótce minie 40 lat od jego śmierci.

Wardejn opowiadał wielokrotnie, jak trafił na zielonogórską scenę. To cenne. Warto by tę wiedzę zatrzymać. Tak jak to uczynił nestor Lubuskiego Teatru, Zdzisław Grudzień, w dwóch tomach wspomnień zatytułowanych W kulisach i na scenie.

Dziękuję za rozmowę

Kazimierz Dolny, Piekarnia Sarzyński, 2003. Po próbie „Pętli”. Od lewej: Andrzej Buck, Artur Beling, Cezary Sarzyński, Zdzisław Wardejn, Kinga Kaszewska, Wojciech Czarnota

[1] D. Piekarska, O poszukiwaniu miłości, „Gazeta Lubuska” 2003, nr 102, s10.

 

The post Hłasko był dla mojego pokolenia legendą. Z Andrzejem Buckiem, dyrektorem Festiwalu Filmu, Teatru i Książki, rozmawia Piotr Prusinowski appeared first on Pro Libris.

]]>
Chcę poszukiwać całości w złożoności, bo poszukiwaniem samej złożoności się zmęczyłem. Z prof. Mirosławem Lachowiczem, matematykiem stosowanym, rozmawia Mirosława Szott https://prolibris.net.pl/chce-poszukiwac-calosci-w-zlozonosci-bo-poszukiwaniem-samej-zlozonosci-sie-zmeczylem-z-prof-miroslawem-lachowiczem-matematykiem-stosowanym-rozmawia-miroslawa-szott/ Wed, 20 Mar 2024 13:34:12 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=12389 Mirosława Szott

The post Chcę poszukiwać całości w złożoności, bo poszukiwaniem samej złożoności się zmęczyłem. Z prof. Mirosławem Lachowiczem, matematykiem stosowanym, rozmawia Mirosława Szott appeared first on Pro Libris.

]]>

Chcę poszukiwać całości w złożoności,
bo poszukiwaniem samej złożoności się zmęczyłem

Z prof. Mirosławem Lachowiczem, matematykiem stosowanym, rozmawia Mirosława Szott

prof. Mirosław Lachowicz
Mirosława Szott: Czy zdziwiłeś się, Mirku, zaproszeniem do rozmowy o nieskończoności w piśmie o profilu literacko-kulturalnym? Jesteś w końcu profesorem matematyki.

Mirosław Lachowicz: Nie, Mirko, nie zdziwiłem się, bo znam środowisko czasopisma, którego jestem wiernym kibicem. Na pewno bardzo się ucieszyłem. Wierzę w sens przekraczania granic i martwi mnie, że nasza baza kulturowa bardzo to utrudnia. Już w szkole dowiadujemy się, że są całkowicie rozłączne przedmioty i wszyscy są jakoś przyporządkowani do nich na stałe. Oczywiście to porządkuje, ale jest z gruntu nieprawdziwe. Współczesne problemy ludzkości rodzą się na przecięciach różnych dziedzin i przyszłość widzę w skutecznym przekraczaniu barier. Nauki ścisłe (po angielsku po prostu science) i nauki humanistyczne ujmują prawdę o świecie i człowieku w różnych aspektach, ale ta prawda jest jedna, choć nie jest nam bezpośrednio dostępna. Od wielu lat chodzi mi po głowie rodzaj syntezy.

Powiesz o tym coś więcej? Zdajesz sobie sprawę z tego, że to brzmi jak alchemia?

To słowo „alchemia”, raczej całkowicie skompromitowane, może być tutaj ładną metaforą. Gdyby sir Isaac Newton (1642-1727) musiał się samookreślić w jakimś 

kwestionariuszu, to zapewne nie napisałby, że jest „jednym z najwybitniejszych matematyków wszechczasów” lub „jednym z najwybitniejszych fizyków”, lecz właśnie raczej, że jest alchemikiem. Grał w to, co umiał grać. Może dzisiaj nie mamy twardej podstawy intelektualnej do syntezy nauk ścisłych i sztuki, ale to nie znaczy, że nie powinniśmy szukać. Na pewno nie stracimy. Warto podkreślić, że ta nieprzekraczalna przepaść pomiędzy naukami ścisłymi i sztuką jest bardziej odczuwalna w „naszym kręgu kulturowym”. W krajach anglosaskich istnieją poważne czasopisma naukowe, w których ukazują się wyniki badań nad taką syntezą. Podam dwa przykłady: „Journal of Mathematics and the Arts” i „Journal of Humanistic Mathematics”. Chcę poszukiwać całości w złożoności, bo poszukiwaniem samej złożoności się zmęczyłem. Będziemy rozumieć świat, gdy połączymy różne spojrzenia i różne poziomy jego przetworzenia. Zarówno nauki ścisłe, w tym matematyka, jak i humanistyka, w tym literatura, są sposobami przetworzenia tego, co wiemy o świecie. Zwolennicy ewolucji powiedzieliby, że są sposobami przystosowania się naszych umysłów do świata. Tym więcej z tego świata zrozumiemy, im bardziej będziemy potrafili dokonać syntezy różnych, czasami odległych od siebie spojrzeń. O takiej syntezie pisał np. Edward Stachura (1937-1979) we Wszystko jest poezja w fenomenalnych dyskusjach z biofizykiem. Tym biofizykiem (Stachura konsekwentnie używa formy męskiej) była Barbara Czochralska (1928-2020), profesor chemii z Uniwersytetu Warszawskiego[1] Z książki Wszystko jest poezja pochodzi bardzo trafne określenie nauki (rozumianej jako science): „Jeżeli optymalnym opisem naukowym jest znak matematyczny, a nauka poprzez uogólnienie zdąża do opisywania zjawisk w formie najprostszej i, stale wiążąc nowymi relacjami różne dziedziny, zagęszcza swoją strukturę – to można sobie wyobrazić naukę przyszłości jako punkt o skomplikowanym ruchomym wnętrzu. Wnętrze tego punktu coraz bardziej się komplikuje i coraz bardziej zagęszcza. Sam punkt, zawierając w sobie jakiś obraz świata, jest w stosunku do świata przesunięty. Ostrość tego obrazu jest słaba, choć trudno to stwierdzić, ponieważ nie znamy innego intelektualnego obrazu świata. Można również nazwać naukę zamglonym okiem świata”. Zarówno sztuka, jak i nauka przetwarzają naszą wiedzę, nasze doświadczenia i nasze intuicje dotyczące świata. Przetwarzają w zupełnie inny sposób i zapewne inne elementy rzeczywistości. Niemniej mogą się dopełniać. Warto więc poszukiwać.

Jak to może wyglądać w praktyce?

Przenikania mogą być bardzo głębokie. Jest to temat na długie rozważania. Podam więc tylko jeden przykład. Bardzo ciekawe są dokonania francuskiej grupy literackiej Oulipo, powstałej w Paryżu w latach 60. ubiegłego stulecia. Za założycieli uważa się Raymonda Queneau (pisarza, poetę, wydawcę) i François Le Lionnais (inżyniera-chemika, matematyka, pisarza). Ten pierwszy zajmował się tzw. sekstyną – utworem literackim wymyślonym w XIII wieku w Prowansji – za jej wynalazcę uznaje się trubadura Arnaut Daniel. Analiza sekstyny i jej uogólnień (rzecz typowa w matematyce) doprowadziła do bardzo zaawansowanych matematycznych prac naukowych z teorii liczb. Co ciekawe, sam Queneau uczestniczył w tych badaniach. Dokonania tej bardzo ciekawej grupy to materiał na bardzo długą opowieść. Bardzo cieszę się, że utwory literackie grupy zaczęły się ukazywać ostatnio po polsku (za sprawą Wydawnictwa Lokator).

To jedno z moich ulubionych wydawnictw! Nie wyobrażam sobie być w Krakowie, odwiedzić Kazimierz i nie wejść do Lokatora. Ostatnio czytałam Księgę niepokoju Pessoi, wydaną tak wyjątkowo jak eseje Pereca. Wracając do powiązań, jest nurt kognitywistyczny w humanistyce, ale zawsze czuję się niezręcznie, kiedy np. językoznawcy wykorzystują nauki ścisłe w swoich badaniach (bo czuję, że sami sobie nie ufają). Nie spotkałam natomiast matematyka, który podjąłby się badań literaturoznawczych (w tę stronę byłoby chyba łatwiej?).

To jest temat na długą opowieść i może opasłą monografię, a i pewnie habilitację na tym można zrobić, choć nie wiem z jakiej dziedziny. Pierwszym przykładem są artykuły w wymienionych wcześniej czasopismach. Kolejnym jest wspomniana przed chwilą grupa Oulipo. Ich działania to było stosowanie zasad matematycznych do konstrukcji dzieł literackich. W szczególności uwielbiali kombinatorykę. Tu pojawia się ciekawy problem. Powszechnie uważa się, że poeta jest wolny w swoim wyrazie – może pisać, co chce i jak chce. Matematyk ma ograniczone pole manewru – musi posługiwać się ustalonymi regułami. Działania grupy Oulipo w literaturze pokazują, że formalne ograniczenia dają ciekawe możliwości nowego wyrazu. Tak naprawdę w ograniczeniach ukazuje się geniusz. Wyobraź sobie książkę napisaną po francusku bez użycia litery „e” (najczęściej występującej w języku francuskim) – zrobił tak wspomniany Georges Perec w Zniknięciu (w szczególności polecam komentarze polskich tłumaczy tej książki). Dodatkowo takie formalne ograniczenia mają istotną motywację. Z drugiej strony poszukiwania intelektualne Oulipowców były bazą do rozwoju teorii matematycznych, jak ta z teorii liczb, o której wspomniałem. Zatem relacja matematyki i literatury była tu podobna, może tylko z odrobiną przesady, do relacji pomiędzy matematyką i fizyką, które bez siebie istnieć, jak wiadomo, nie mogą. W telegraficznym skrócie można tu dorzucić Lwa Tołstoja z jego „całką historii” w Wojnie i pokoju. Niestety XIX-wieczny tłumacz polski (obecnie korzystamy z uwspółcześnionego tłumaczenia XIX-wiecznego) raczej nie przyłożył się do oddania w sposób zrozumiały idei Tołstoja – na szczęście tłumaczenie angielskie można znaleźć online (nie byłem tak zawzięty, by czytać po rosyjsku). Można wymienić Roberta Musila (1880-1942) i na przykład jego książkę Niepokoje wychowanka Törlessa (Die Verwirrungen des Zöglings Törless, 1906, wyd. pol. 1965), gdzie matematyka (liczby zespolone) odgrywa pewną rolę oraz np. inną jego książkę – Człowiek matematyczny i inne eseje (Warszawa 1995). Dodałbym dzieła mojego ulubionego Italo Calvina (1923-1985) – był członkiem honorowym Oulipo, a zgodnie ze statutem Oulipo: „skoro był, to jest” – bardzo inspirowane matematyką. Po włosku wyszedł zbiór opowiadań Opowieści Matematyczne (Racconti matematici, Einaudi, Torino 2014), zebrany przez matematyka Claudio Bartocciego z krótkimi utworami J.L. Borgesa, I. Asimova, I. Calvina, S. Lema (oczywiście!), D. Buzzatiego, J. Cortezara, U. Eco i innych. Można powiedzieć, że większa część dzieł Jorge L. Borgesa (1899-1986) i Stanisława Lema (1921-2006) inspirowana była matematyką[2]. Te powyżej omówione związki interesują mnie najbardziej, gdyż dają nadzieję na całościowe spojrzenie na człowieka i jego doświadczenie. Ale są też związki bardzo konkretne i znowu jest to temat-ocean.

To może chociaż jeden przykład z tego oceanu?

Powiem o dwóch, o których nie sposób nie wspomnieć. Nie można współcześnie uprawiać językoznawstwa bez odniesień do matematyki i informatyki. Jako konkretny przykład podam artykuł napisany przez katalońskich matematyków[3]. Tekst powstał, zanim Polska dołączyła do Unii. Autorzy informują, że na ulicach Katalonii, a w szczególności Barcelony, można zobaczyć napisy „Polacos, esta es Espaňa” („Polacy, tu jest Hiszpania”). Nie jest to bynajmniej chęć poinformowania polskich turystów, że są w Hiszpanii (na wypadek gdyby tego nie zauważyli), gdyż w tamtych czasach raczej niewiele osób z Polski odwiedzało Katalonię. Napisy te były związane ze zniecierpliwieniem Hiszpanów ze środkowej Hiszpanii (w tym z Madrytu), mówiących po hiszpańsku – „kastylijsku”, faktem, że w Katalonii mówi się po katalońsku. Język ten wydawał się na tyle dziwny, że określano go mianem „polskiego” (tak, jak my kiedyś coś niezrozumiałego określaliśmy, że brzmi po „chińsku”), a mówiących nim Katalończyków mianem Polaków. Autorzy artykułu zadają sobie pytanie, który z języków hiszpański czy kataloński jest bliższy polskiemu. Nie powiem, co im wychodzi, aby nie psuć zabawy osobom, które sięgną po ten artykuł. Kolejnym tematem-oceanem jest sztuczna inteligencja. Dzieje się na naszych oczach i niewątpliwie zmieni nasz świat, tak jak zmienił świat internet. Dyskutuje się o możliwych zagrożeniach, ale wpływ sztucznej inteligencji na nasze życie jest nieunikniony. Zmiany są tak szybkie, że trudno przewidzieć ich efekt za kilka lat. Czy będziemy mogli w przyszłości przestać pisać książki, komponować symfonie i malować obrazy, bo zrobią to za nas komputery? Nie sądzę. Jedno jest pewne: komputery nie zastąpią nas w uprawianiu matematyki (twierdzenie A. Turinga, 1912-1954). Sztuczna inteligencja, jak sądzę, może spowodować, że klasyczny podział na „umysły humanistyczne” i „umysły ścisłe” stanie się właśnie sztuczny.

Jak można mówić o nieskończoności?

Najpierw można się zastanawiać, czy jest sens mówić o nieskończoności w skończonym czasie, lub pisać na skończonym skrawku papieru. To jest pojęcie wyjątkowo niejednoznaczne i obarczane wieloma kontekstami. O nieskończoności można mówić w kolejce („czy mam tu stać w nieskończoność?”). Nad nieskończonością zastanawiają się filozofowie, za Arystotelesem zapewne przyjmując, że są możliwe dwie różne nieskończoności: potencjalna (najprostsza, wyrażająca nieograniczoność) i aktualna („dokonana”). Ta druga prowadzi do licznych paradoksów, takich jak np. paradoksy Zenona z Elei. Do listy tej matematyk Georg Cantor (1845-1918) dorzucił jeszcze nieskończoność absolutną, którą utożsamiał z Bogiem. Czy zatem kłótliwy facet z kolejki, matematyk, fizyk, filozof lub teolog (z chęcią użyłbym tu też form żeńskich), wypowiadając słowo „nieskończoność”, myślą o tym samym? Oczywiście tak nie jest. Włoski poeta i filozof Giacomo Leopardi napisał w pierwszej połowie XIX wieku dzieło L’Infitito (Nieskończoność. Wybór pieśni, Warszawa 2000). Może więc poeta-filozof, jeden z największych klasyków XIX-wiecznej literatury światowej, mógłby być przewodnikiem w rozumieniu nieskończoności? Niestety czytelniczka lub czytelnik ma prawo się rozczarować. W książce Leopardiego nieskończoności w zasadzie nie ma. Dla włoskiego poety jest ona tylko ułudą. To jedno z tych pojęć, które przez swą nieokreśloność są tak pojemne, że każda czytelniczka lub czytelnik może tam sobie podstawić swoje rozumienie i swoją interpretację. W ten sposób poezja, zdaniem Leopardiego, byłaby formą, której treść nadaje osoba czytająca.

Tak rzeczywiście bywa. Uzupełniamy pewne miejsca niedookreślone (tak je nazywał R. Ingarden) własnym doświadczeniem, wyobrażeniem. I to się zmienia przy każdej lekturze, więc dzieje się w nieskończoność. Jak to jest w Twojej dziedzinie?

No, właśnie, czy w nieskończoność? Siłą matematyki jest to, że nie ma w niej miejsca na indywidualną interpretację. Matematyka nie zależy od twórcy i odbiorcy. Bardziej niż jakikolwiek inny wytwór człowieka jest ona uniwersalna. Matematyka w Patagonii jest identyczna jak matematyka na Kamczatce. Tu żaden ideolog nic nie poradzi, choć próby zawłaszczenia matematyki w historii też się zdarzały. Tak jak okrąg jest idealizacją czegoś okrągłego, tak nieskończoność jest idealizacją czegoś bardzo dużego. Paradoksalnie mógłbym powiedzieć, że w zasadzie matematycy wcale nie potrzebują nieskończoności, choć chętnie o niej mówią. Przed wynikami wspomnianego już wcześniej Georga Cantora wielu matematyków wyrażało swój dystans do pojęcia nieskończoności (aktualnej), na przykład wielcy matematycy, Gottfried W. Leibniz (Leibnitz) (1646-1716) – „nie ma nic bardziej namacalnego niż absurdalność idei liczby właściwie nieskończonej” i Carl F. Gauss (1777-1855) – „nieskończoność jest raczej sposobem mówienia, prawdziwym sensem jest granica, która jest dowolnie blisko elementów”.

Lubisz czytać poezję? Czy męczy Cię ta wielość możliwych interpretacji?

Tu odpowiedź jest szybka: lubię i nie męczy. Choć nie będę ukrywał, że nie każdy rodzaj poezji jest dla mnie dostępny. Ze zdziwieniem zaobserwowałem, jak ważna jest poezja Wisławy Szymborskiej dla przedstawicieli nauk ścisłych za granicą, szczególnie we Włoszech. Jest to rzeczywiście fenomen, bazujący trochę na fakcie, że jej poezja jest względnie oczywista do tłumaczenia. Nie uznałbym się za połykacza poezji, ale niewątpliwie to, co przeczytałem w młodości, ukształtowało moją wrażliwość.

Spotkaliśmy się ostatnio na Festiwalu Experyment[4], który w 2022 roku nosił tytuł „Bezkres-infinity”. Miałeś tam wykład, na który przyszedł tłum ludzi (w najgorszym upale dnia). Nawiązywałeś do literatury, malarstwa, filozofii oraz… matematyki. Zacząłeś od przekazywania wstęgi Möbiusa i pytań wokół tej jednostronnej powierzchni. To był dobry chwyt! Pokazywałeś też m.in. prace Eschera, obraz Dalego pt. Ogon jaskółki wykorzystujący całki i linie odnoszące się do teorii katastrof René Thoma. I przyznam, że to było bardzo intrygujące (dla kogoś, kto matematyką zajmował się ostatni raz w szkole średniej).

Moje refleksje o nieskończoności, bazujące na wykładzie, który wygłosiłem na międzynarodowym festiwalu Experyment w Zbąszyniu w 2022, zawarłem w artykule „Experyment” z nieskończonością[5]. Na tym wykładzie byłaś i widziałaś. Było to dla mnie ciekawe przeżycie. Wcześniej, w roku 2013 zastanawiałem się, czym jest nieskończoność w matematyce stosowanej[6], a więc tej części matematyki, która bezpośrednio odnosi się do rzeczywistości.

No właśnie ­– jeśli się nie mylę, zaliczasz się do grupy matematyków stosowanych. Co to oznacza?

Matematyk stosowany to taki, który chce, by jego struktury matematyczne opisywały świat. Matematyka stosowana to budowanie (tworzenie) i analizowanie modeli matematycznych, czyli takich struktur (najczęściej równań), które ujmują pewne aspekty opisywanej rzeczywistości. Gdy matematyk (stosowany, oczywiście) tworzy równania mające opisywać, na przykład walkę układu immunologicznego z nowotworem, i gdy już wie, że jego równania mają rozwiązania, a te rozwiązania są jedyne (jednoznaczne), to zaczyna się interesować zachowaniem długoczasowym (asymptotyką czasową). Oznacza to, że bada zachowanie rozwiązań, gdy czas zbiega do nieskończoności. Jest to pierwszy krok do wyciśnięcia podstawowej informacji z równania: dla jakich parametrów zwycięży układ immunologiczny, a dla jakich nowotwór. Zatem prędzej czy później musimy w tym procesie przejść od konkretów świata rzeczywistego do świata abstraktów – świata idei matematycznych odzwierciedlających świat rzeczywisty. W świecie abstraktów mamy do czynienia z punktami, odcinkami, okręgami, płaszczyznami i… właśnie z nieskończonością. Żadnego z tych obiektów nie obserwujemy w świecie rzeczywistym, a jednak dobrze nam służą do zrozumienia tego świata. Za Theodorem Roethke, amerykańskim poetą, możemy powiedzieć, że wszystkie rzeczy skończone ujawniają nieskończoność.

Próbowałeś swoich sił w literaturze? Czegoś eksperymentalnego między wzorem a metaforą?

Nie, nie próbowałem. Zastanawiałem się nad tłumaczeniami. Kiedyś powiedziałem Katarzynie Kutzmann-Solarek, że przetłumaczę jej wiersze na język włoski. Po czym spędziłem cały dzień, zastanawiając się nad tym, jak przetłumaczyć tytuł, uznałem, że to przerasta moje możliwości (liczę, że Kasia mi wybaczyła). Naturalna dla matematyka chęć dokonania ścisłego przekładu praktycznie uniemożliwia translację. Jednak są znakomite przykłady, że tak nie zawsze jest. Niedawno zmarły wspaniały matematyk – Ryszard Engelking (1935-2023), zresztą mój nauczyciel – był doskonałym i często nagradzanym tłumaczem literatury francuskiej, w tym dzieł Flauberta i Baudelaire’a. Może niepotrzebnie się zniechęciłem? Jako anegdotę mogę opowiedzieć o wynurzeniach włoskiego tłumacza Wujaszka Wanii A. Czechowa. Na kilkunastu stronach wstępu tłumaczy się on z tego, jak usiłował przełożyć kluczowe niewątpliwie zdanie dramatu „Szto delat – nada zit” („cóż robić – żyć trzeba”). Każde jego podejście dawało wypowiedź raczej nadającą się do wieczoru w trattorii niż wyrażenia istoty bytu.

Przytoczyłeś kiedyś cytat Godfreya Hardy’ego, jednego z najbardziej znanych matematyków początku XX wieku, a jednocześnie współojca podstawowego prawa genetyki: „Piękno jest pierwszym sprawdzianem: na świecie nie ma miejsca dla brzydkiej matematyki”. Jak rozumiesz piękno?

Już starożytni Grecy próbowali zrozumieć fenomen piękna. Czy jest obiektywne, czy też subiektywne? Niektórzy matematycy (za Hardym) uważają, że matematyka może być tylko piękna, w tym sensie, że to, co nie jest piękne, w matematyce jest po prostu eliminowane z czasem. Jest tu podobny problem jak z muzyką. Symfonia albo jest piękna, albo nie ma jej wcale (po prostu nie jest grana). Ale jak wyrazić kryterium określające, która symfonia jest piękna? Podobny problem jest z malarstwem i literaturą. Jak do kryterium sztuki ma się dzieło Piera Manzoniego (1933-1963) pod tytułem Merde d’Artiste, wykonane, zresztą, w dużej liczbie kopii? Może gdybym już naprawdę był zmuszony do wyrażenia jakiejś formułki, to zgodziłbym się z tą klasyczną, że piękno jest w tym, co cieszy zmysły.

Wiele podróżujesz po świecie. Ostatnio byłeś w RPA i Bułgarii. To też pomaga Ci szukać tej syntezy, o której wspomniałeś na początku naszej rozmowy?

Tak, podróżowanie jest dla mnie bardzo ważne. Miałem zaplanowane w roku 2023 wyjazdy na Sycylię i do Portugalii, ale uniemożliwił je wypadek rowerowy. W podróżowaniu widzę poszukiwanie jedności świata. Mam bardzo sentymentalny stosunek do wszystkich miejsc, które odwiedziłem. Bardzo lubię Włochy, a w szczególności Sycylię, lubię też RPA. Niewątpliwą zaletą zajmowania się nauką jest możliwość podróżowania. Niezależnie od wyjazdów dalekich, praktycznie zawsze związanych z pracą zawodową, lubię podróże głównie rowerowe w bliższej okolicy, a także dłuższe spacery piesze. Mam wiele przemyśleń i anegdot z tym związanych. Może kiedyś to usystematyzuję?

Dziękuję za inspirującą rozmowę.

To ja bardzo dziękuję. Może wspólnie daliśmy impuls do dalszych poszukiwań? Może kiedyś powstanie polskie Oulipo? Proponowałbym nazwę Walipo, co ładnie można zinterpretować. Zakończę próbką działalności Oulipowców (nie twierdzę, że najbardziej znamienitą) – wierszem wspominanego F. Le Lionnais pt. Wiersz w stanie śladowym (nie wykluczam, że jest to polska prapremiera drukiem):

1, 2, 3, 4, 5,
6, 7, 8, 9, 10,
12?
11!

[1]  Barbara Czochralska historię znajomości ze Stedem przedstawiła w książce Ktoś spoza planety: spotkania z Edwardem Stachurą.

[2]  Związki J.M. Coetzee z matematyką opisałem w artykule Matematyka i literatura, J.M. Coetzee, „Delta” 2023, nr 1, s. 4-5 (dostęp online), a związek z samotnością opisałem w artykule Samotność i liczby, „Delta” 2023, nr 11, s. 17-19 (też dostęp online) – chodzi tu o książkę Paola Giordana (doktora fizyki) Samotność liczb pierwszych.

[3]  J. Miró, F. Rosselló, Czy w Unii Europejskiej mówiono po polsku?, „Delta”, 2004 (dostęp online).

[4]  Międzynarodowe spotkania artystów organizowane od 2001 roku w Zbąszyniu przez Katarzynę Kutzmann-Solarek i Ireneusza Solarka.

[5]  M. Lachowicz, „Delta”, 2023 nr 8, s. 1-3 (dostęp online).

[6]  Tenże, Nieskończoność – nieskończenie użyteczna, „Delta”, 2013, nr 7, s. 12 (dostęp online).

prof. Lachowicz

The post Chcę poszukiwać całości w złożoności, bo poszukiwaniem samej złożoności się zmęczyłem. Z prof. Mirosławem Lachowiczem, matematykiem stosowanym, rozmawia Mirosława Szott appeared first on Pro Libris.

]]>
Poznanie zmysłowe z perspektywy językoznawcy. Z prof. Piotrem Kładocznym rozmawia Mirosława Szott https://prolibris.net.pl/szott-kladoczny/ Mon, 13 Nov 2023 18:22:35 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=10551 Mirosława Szott

The post Poznanie zmysłowe z perspektywy językoznawcy. Z prof. Piotrem Kładocznym rozmawia Mirosława Szott appeared first on Pro Libris.

]]>

Poznanie zmysłowe
z perspektywy językoznawcy

Z prof. Piotrem Kładocznym rozmawia Mirosława Szott

Ile mamy tak naprawdę zmysłów?

Ile mamy zmysłów, jest pytaniem przede wszystkim do nauk biologicznych i psychologii poznawczej. Od starożytności uważano, że człowiek ma pięć zmysłów: wzrok, słuch, dotyk, węch i smak. Jednak od jakiegoś czasu wspomina się także o kilku dodatkowych zmysłach, do których należą ból (nocycepcja), napięcie mięśniowe (in. propriocepcja dotycząca świadomości ciała i położenia jego części) oraz równowaga i orientacja w przestrzeni. Ponadto rozwijana jest wiedza o szeroko pojętym dotyku, który nie odnosi się wyłącznie do prostego kontaktu z ludzkim ciałem, lecz wskazuje na wiele złożonych czynników. Możemy zatem mówić o odczuciu wilgoci, temperatury czy ciężaru. Gdyby policzyć wszystko można byłoby mówić nawet o 11 zmysłach, ale sprawa jest złożona, bo wiele odczuć łączy się, nakłada się na siebie lub funkcjonuje zamiennie. Przykładem może być ból, który bardzo często jest wywoływany intensywnym dotykiem, lub percepcja kształtu poznawanego zazwyczaj wzrokiem, ale również dotykiem. Można także podać przykład ognia, który daje odczucie zarówno ciepła, jak i jasności, czyli łączy doznania temperatury i wzroku.

A intuicja?

Intuicja określana jako szósty (dodatkowy) zmysł i przypisywana pewnym osobom to interpretacja kulturowa dodatkowej, raczej niecodziennej wiedzy człowieka, przeczucia, które sprawdza się częściej niż u innych ludzi. Nie ma nic wspólnego ze zmysłami „cielesnymi”. 

Które z wrażeń zmysłowych są według Pana najtrudniejsze do wyrażenia?

Nie zawsze to, co postrzegamy, jest łatwe do wyrażenia w języku. Mechanizm powstawania słów jest zwykle taki, że człowiek nazywa to, co dla niego ważne i dobrze rozpoznane (konceptualizowane). 

W związku z tym, obserwując ślady zmysłów w języku, można określić, które z nich człowiek uruchamia, a dokładniej, które i jak poddaje refleksji językowej. Biorąc pod uwagę, że wiele osób nie opisuje swoich doznań, a inni mogą je kreować, trzeba traktować opis językowy oraz poczynione na jego postawie refleksje jako przybliżoną wiedzę na temat ludzkiego poznania zmysłowego. Nazywamy ją językowym obrazem ludzkich zmysłów – tym zajmuje się językoznawstwo. Właściwie poza doznaniami wzrokowymi, słuchowymi i szeroko rozumianym dotykowymi wszystkie pozostałe wrażenia zmysłowe spotyka się o wiele rzadziej i na tej podstawie można sądzić, że dla człowieka są one trudniejsze do wyrażenia. Jednak w szczegółach bywa inaczej, bo każdy ma swoje indywidualne preferencje i dyspozycje, a ponadto niektórymi wrażeniami zmysłowymi zajmujemy się w określonych sytuacjach, np. o smakach mówimy przy degustacjach i spożywaniu posiłków, o węchu – gdy jakaś woń zrobi na nas wrażenie, ból staje się przedmiotem opisu chorób, wypadków lub walk. Można byłoby wyciągnąć wniosek, że rzadziej opisywane wrażenia zmysłowe są dla człowieka trudniejsze w rozpoznaniu, co może się wiązać z budową ciała ludzkiego lub preferencjami mózgu, bądź też są one dla człowieka mniej ważne. Być może tak jest, bo większość naszych doznań opiera się na wzroku i słuchu, ale łatwo wskazać przykłady, w których poszczególni autorzy swobodnie wyrażają się o zapachach czy smakach. Weźmy pod uwagę np. powieść Patricka Süskinda Pachnidło czy opisy smaków win sommelierów – one w ogromnej większości zostały poświęcone jednemu niedominującemu powszechnie zmysłowi. Zazwyczaj łatwo rozpoznajemy, że coś nas boli, wyczuwamy przyjemną woń lub dokuczliwy fetor i potrafimy to wyartykułować, ale nie zawsze o tym mówimy. Na przykład o równowadze zwykle się nie wspomina do czasu, gdy jest ona zaburzona (np. przejście przez bardzo wąską kładkę, upojenie alkoholowe, problemy z błędnikiem). Moje dotychczasowe badania wskazują, że dla opisu wrażeń wzrokowych i słuchowych mamy największą liczbę słów, co potwierdza łatwość wypowiadania się na ten temat (daje to szerokość i głębokość opisu). Z kolei wysoka frekwencja słownictwa tych zmysłów pozwala twierdzić, że są one dla człowieka najbardziej istotne z punktu widzenia rozpatrywanego przekazu, są po prostu aktywne cały czas, szczególnie wzrok, i to one sterują naszymi postrzeżeniami.

Czy zauważył Pan jakieś różnice w opisie wrażeń zmysłowych ze względu na płeć? Istnieją takie stereotypy, że mężczyźni są wzrokowcami, a kobiety – słuchowcami. Czy podobnie to wygląda w tworzonej przez nich literaturze?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie, bo nie prowadziłem aż tylu badań w tym kierunku. Jakiekolwiek pełne obserwacje dotyczące nawet jednej osoby są bardzo pracochłonne i nie sądzę, by w zakresie językoznawstwa udało się je szybko uzyskać. Z dotychczasowych wyników można wnioskować, że każda osoba ma swoje preferencje co do hierarchii zmysłów. Dodatkowo koncentracja określonego zmysłu w konkretnym przekazie zależy od jego tematu. W twórczości Jerzego Pilcha można zaobserwować, że w późniejszych utworach znacznie więcej uwagi poświęcał wrażeniom dotykowym, pisał także o równowadze, co wiązało się z podejmowaniem wątków choroby Parkinsona.

Dlaczego zainteresował się Pan jako językoznawca konceptualizacją zmysłów w twórczości różnych pisarzy i pisarek?

Zmysły zainteresowały mnie, gdy po napisaniu książki o polskim słownictwie dźwiękowym (Semantyka nazw dźwięków w języku polskim) szukałem kolejnej inspiracji do badań. Znalazłem metodę językoznawczego opisu jednego zmysłu i zacząłem ją przenosić na kolejne.

Na czym polega ta metoda?

Metoda służy przedstawieniu konceptualizacji zmysłów. Jest oparta na ramie semantycznej (zwanej też interpretacyjną) Charlesa Fillmore’a. Opisuje się w niej wybrane doświadczenia w określonych kategoriach ogólnych, charakterystycznych dla tego doświadczenia. Aby dokonać pełnego opisu, należy prześledzić wypowiedzi na dany temat, wskazać wszystkie kategorie, które bywają użyte, a następnie wypełnić je słownictwem. Między innymi z tego powodu mówi się raczej o rekonstrukcji poszczególnych ram niż o ich ustalaniu. Dla przykładu, o percepcji słuchowej mówimy w kategoriach źródła dźwięku (szerzej zdarzenia powodującego powstanie dźwięku), osoby percypującej (słyszącego), percepcji (słyszenia), obiektu percepcji (dźwięku) oraz cech obiektu percepcji (głośność, wysokość, barwa, długość, struktura). Wiele kategorii ma swoje podkategorie, a wypełnia je skromne lub całkiem liczne słownictwo. Weźmy pod uwagę choćby liczbę nazw dźwięków – jest ich kilkaset w postaci rzeczownikowej, a jeśli dodamy czasowniki i wykrzykniki onomatopeiczne, to uzyskamy kilka tysięcy słów w jednej kategorii. Tak można postąpić z każdą odmianą percepcji. Aby uzyskać w miarę pełny obraz konceptualizacji danego zmysłu, trzeba przebadać sporo materiału. Łatwiej o cząstkowe opracowania na podstawie wybranych tekstów czy twórczości wybranych autorów.

Czym się Pan kieruje, wybierając materiał do swoich badań?

Zainteresowanie twórczością poszczególnych twórców wynika z łatwości dostępu do materiału, ale dobór był raczej przypadkowy. W tej chwili poszukuję autorów, którzy ukierunkowują swój opis na zmysły o mniejszej randze. Szukam też przekazów osób niewidomych lub niesłyszących. Ich preferencje zmysłowe są dla mnie zagadką, którą chciałbym poznać lepiej.

Czy brał Pan pod uwagę twórczość Michała Kaziowa?

O Michale Kaziowie powiedziała mi koleżanka z pracy, przy okazji pożyczyła jego książkę autobiograficzną Gdy moim oczom. Przeczytałem ją i jeszcze drugą książkę biograficzną tego autora o innym wybitnym polskim ociemniałym Kazimierzu Dolańskim i obie opracowałem pod kątem konceptualizacji zmysłowej u tego autora. W warstwie treściowej są to niezwykłe historie osób, które w wyniku tragicznych okoliczności utraciły wzrok i przeżyły osobisty dramat. Jednak pomimo wielu przeciwności dzięki własnemu talentowi, ogromnej determinacji i pomocy innych ludzi udało im się ukończyć szkołę, zrobić studia, a nawet napisać doktorat. Wydawało się pierwotnie, że skoro utracili oni wzrok, to zmysł ten nie będzie dominował w opowiadaniu o życiu obu bohaterów, a większy udział będą miały inne, choćby słuch czy dotyk. Przecież w nocy, kiedy niewiele widać, wyostrzamy słuch i staramy się pomagać sobie dotykiem. Rzeczywiście pewne kwestie dotyczące osób ociemniałych zostały w tych tekstach wyeksponowane, np. wrażliwość słuchowa na głos ludzi i rozpoznawanie ich nastroju, dotyk pisma brajlowskiego i innych dotykowych pomocy dydaktycznych, ponadto potknięcia i obicia o sprzęty domowe, a także odczucia powiewu wiatru i umiejętność utrzymania równowagi na wąskich kładkach. Jednak biograficzne historie ludzi nawet tych niewidomych, to historie ich edukacji, problemów życiowych, urzędów, pracy itd. W tym wypadku ciągle napotykamy na korespondencje, dokumenty, starania o rozwiązanie kolejnych życiowych spraw. To wszystko opiera się na opisie obiektów wzrokowych. Niebagatelną rolę w życiu ociemniałych odgrywa Związek Niewidomych, który pomaga, wspiera, organizuje spotkania i decyduje o życiu swoich członków. Niewidomi, ociemniali ciągle poruszają wątek utraty wzroku i eksponują swój stan, więc tematyka wzrokowa jest tu obecna wciąż, nawet uzyskuje większą tematyczną uwagę. Ponadto utrata wzroku u osób, którzy mieli ten zmysł rozwinięty w pełni, sprawia, że potrzebują oni kogoś (lektorów, opiekunów, przyjaciół), kto im ten wzrokowy niedostatek zrekompensuje. To się wiąże z częstym opowiadaniem tego, co widać, by niewidomy mógł sobie to wyobrazić. Ponadto niewidomi dużo wspominają i bardzo lubią sny, bo tam ich wzrok wykreowany działa bez zakłóceń, jest kolorowo, choć czasem mają koszmary senne. Należy także wspomnieć, że życie wśród ludzi widzących, dla których wzrok jest dominujący, wymaga dopasowania do komunikacji i języka tych przedstawicieli społeczności, co pociąga za sobą stosowanie leksyki związanej z widzeniem.

A jak to wygląda w przypadku osób, które urodziły się niewidome lub utraciły wzrok bardzo wcześnie?

Może się okazać, że w ich przypadku zmysł wzroku przedstawia się inaczej. Jest to jednak praca badawcza, którą dopiero zamierzam podjąć.

Czy opisy doznań zmysłowych są współcześnie bogatsze czy raczej uboższe w porównaniu do opisów poprzednich pokoleń twórców?

To zależy, jak się podejdzie do zagadnienia. Współcześnie mamy dostęp do mnóstwa tekstów w wielu mediach, więc znajdziemy potwierdzenie wszystkich wrażeń zmysłowych ludzi interesujących się każdym tematem. Dawniej publikowano znacznie mniej, więc mamy dostęp głównie do literatury, a tam w zależności od preferencji autora i kreacji literackiej bywa różnie. Gdyby wziąć pod uwagę np. Stefana Żeromskiego, to należałoby powiedzieć, że był on bardzo wrażliwy na wszelkie zmysły. Słownik języka polskiego pod redakcją Witolda Doroszewskiego bardzo często dokumentuje dane słowo zmysłowe cytatem właśnie z Żeromskiego i wiele z tych słów to nienotowane wcześniej przykłady. Twórczość Adama Mickiewicza również jest bogata w słownictwo zmysłowe, choć ten autor nie tworzył neologizmów. Trzeba pamiętać, że słownictwo zmysłowe należy do bardzo podstawowego w języku, więc trudno, by dawniej ludzie go nie znali i nie używali. Małe dzieci uczy się mówić przy wykorzystaniu onomatopei. Czym innym jest zastosowanie tego w literaturze. Tu dawniej przeważnie dominowały wrażenia wzrokowe i słuchowe.

Jak często spotyka się Pan w swoich badaniach ze zjawiskiem synestezji?

Każdy, kto interesuje się zmysłami, napotyka na synestezję. Zmysły się mieszają, łączą, inspirują wzajemnie. Duża część doznań zmysłowych jest dla człowieka bardzo podstawowa i bezpośrednio dostępna, stąd staje się podstawą różnych porównań i odniesień obserwowanych w metaforach synestezyjnych. Łatwo to dostrzec choćby w odniesieniu do wzrokowego postrzegania jasności, która bardzo często służy do wyrażania wiedzy (jasny wywód, wyjaśnić co komu, wszystko jasne, światły człowiek, oświecony umysł, oświecenie), czasem synestezja łączy różne zmysły, jak w wyrażeniach: nuta smaku, barwa dźwięku, słodki zapach czy ostry/tępy ból. Według moich jeszcze nieukończonych obserwacji metaforyzacja obejmuje 5-10 procent wszystkich użyć leksyki zmysłowej. Nie jest to tylko efekt artystycznego wyrazu pisarzy, a znacznie częściej sposób na wyrażenie myśli przez zwykłych użytkowników języka.

Dziękuję za rozmowę.
Surrealistyczny rysunek przedstawiający różne kształty.

The post Poznanie zmysłowe z perspektywy językoznawcy. Z prof. Piotrem Kładocznym rozmawia Mirosława Szott appeared first on Pro Libris.

]]>