Patrycja Mierzejewska Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/patrycja-mierzejewska/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Mon, 19 May 2025 12:17:16 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Patrycja Mierzejewska Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/patrycja-mierzejewska/ 32 32 Krople https://prolibris.net.pl/krople/ Mon, 19 May 2025 12:16:15 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15642 Patrycja Mierzejewska

The post Krople appeared first on Pro Libris.

]]>

Patrycja Mierzejewska

Krople

 

Alfe ma wrażenie, że myje się światłem. Wszechobecna jasność wysusza krople spadające z prysznica, zanim zdążą dotknąć jego skóry. Powinien zakończyć kąpiel pięć minut temu, ale nadal zatacza myjką koła po pozbawionej sutków klatce piersiowej. Ciało jest już czyste, zapach nocy zniknął w odpływie. Ale Alfe nie może przestać, ruchy przyśpieszają. Porowate włókna drapią skórę. Spuszcza wzrok i zaczyna przyglądać się bliźnie na podbrzuszu. Błyszczy perłowo, symetrycznie ulokowana pomiędzy kolcami biodrowymi. Nieprzyjemny impuls przeskakuje przez mózg Alfego, okrężne ruchy ustają. Dotyka chromowanego zaworu, jakby chciał się jeszcze raz upewnić. Kurek stawia opór, zwiększenie ciśnienia w rurach jest niemożliwe. Alfe wyciąga rękę nad głowę, dotyka sitka słuchawki. Sucho, zupełnie sucho. Cała woda cofnęła się do wnętrza systemu hydraulicznego.

Słońce zalewa długą, szklaną galerię, która łączy Centrum Badawcze z kompleksem mieszkalnym. Alfe przechadza się wzdłuż wysokich na kilka metrów szyb, pozbawionych jakichkolwiek smug. Wszystko wokół jest idealnie czyste. Jak zawsze w całym Ośrodku. Ledwie dostrzegalny personel niezwłocznie eliminuje wszelkie zabrudzenia. Nigdy nie zajmuje to dłużej niż kwadrans. Alfe od jakiegoś czasu prowadzi grę – zostawia odciski palców w najmniej widocznych miejscach. Przystaje parę metrów dalej i odmierza czas. Prowadzi statystyki. W jakich porach dnia pojawiają się najszybciej? Z której części kompleksu nadchodzą? Szuka powtarzających się wzorów, w głowie konstruuje model. Zastanawia się czasem, czy kiedykolwiek zostanie o to zapytany.

Alfe patrzy na słońce. Przesunęło się po widnokręgu o trzy stopnie. Rusza w kierunku Centrum Badawczego, kontroluje długość kroków. Wybija miarowy takt na drewnopodobnym parkiecie. Podchodzi do skanera, zbliża tęczówkę do kamery. Hydrauliczne siłowniki otwierają stalową śluzę z cichym syknięciem. Kieruje się do gabinetu numer siedem, zgodnie z otrzymanymi rano wytycznymi.

Uchylone drzwi dezorientują Alfego, nie lubi rys na panującym w Ośrodku porządku. Każde pomieszczenie, bez żadnych wyjątków, zawsze powinno być zamknięte. Teraz więc waha się, czy wejść, czy zgodnie z procedurą czekać, aż lekarz po niego wyjdzie.

Proszę wejść, Alfe. – Kobiecy głos dobiega z wnętrza gabinetu.

Drzwi są zaskakująco ciężkie, nigdy wcześniej sam ich nie otwierał. „To pewnie ze względów bezpieczeństwa, ciekawe jaki to stop metali”myśli. Alfe przystaje tuż za progiem. Automatyczny zamek blokuje się za jego plecami.

Proszę usiąść, Alfe. Jestem doktor Mayer. Na pewno twój Przewodnik już o mnie wspominał. – Kobieta uśmiecha się, wykonuje zapraszający gest ręką. – Przez najbliższe miesiące będziemy razem pracować.

Przez najbliższe miesiące? Proszę doprecyzować, jeśli to możliwe. – Alfe zajmuje wskazane krzesło.

Ach tak, powinnam się już przestawić. Precyzja i szczegółowość przede wszystkim.

Alfe przygląda się kobiecie, przez głowę przelatują mu jakieś ulotne skojarzenia, ale nie jest w stanie ich zatrzymać. Uznaje to chwilowo za mało istotne, zastanowi się nad tym później. Teraz jest ciekawy. Od tygodnia czekał na spotkanie. Udzielono mu, inaczej niż zazwyczaj, tylko zdawkowych informacji. Najważniejsza z nich była taka, że w badaniach, jakie prowadzi doktor Mayer, jeszcze nigdy nie brał udziału. Ani on, ani nikt inny z Ośrodka. Wszyscy pensjonariusze wkraczają na nowy obszar. Zmodyfikowana zostanie dotychczasowa formuła, w której każdy miał swój indywidualny program rozwoju. Czeka ich wyzwanie, które być może otworzy zupełnie nowe możliwości.

Mayer odchyla się na krześle, trzyma w rękach teczkę z napisem „Alfe I”. Kartkuje powoli strony, słońce przesuwa się po widnokręgu. Alfe przeczuwa, że to jakiegoś rodzaju gra. Postanawia czekać.

Nic nie mówisz, Alfe.

Nie dostałem jeszcze żadnych instrukcji.

No dobrze, Alfe, powiedz mi więc, jak się dzisiaj czujesz?

Samopoczucie oceniam na 95%. Ciśnienie krwi 124 na 82, tętno w granicach 68-76 uderzeń na minutę. Temperatura ciała – 36,7 stopni Celsjusza, ale to standardowe wychylenie w moim przypadku. Saturacja na poziomie 98%.

To skąd brakujące 5% w ogólnej ocenie?

Obudziłem się kwadrans przed czasem.

Alfe odpowiada szybko, automatycznie. Ale nie mówi prawdy. Z nieznanego nawet jeszcze sobie powodu zataja fakt, że na jego dyspozycję wpłynęła poranna sytuacja pod prysznicem.

No dobrze, Alfe, dziękuję. Ale nie o to pytałam. Powiedz mi, jaki jest twój dzisiejszy stan?

Nie rozumiem, odpowiedziałem przed chwilą na to pytanie.

Alfe, mówili ci zapewne, że te badania będą inne niż dotychczas.

Tak, ale nadal nikt niczego mi nie wyjaśnił.

Kobieta wstaje z krzesła, podchodzi do okna. Opiera dłonie o marmurowy parapet. Alfe przygląda się, porównuje wzór żył na dłoniach z ornamentami na kamieniu. Nie dostrzega żadnych cech wspólnych.

Byłeś na zewnątrz, Alfe?

Poza Ośrodkiem?

Tak, poza Ośrodkiem. Powiedziano mi, że jeśli ktoś z was wyraża taką chęć, to Przewodnicy organizują, nazwijmy to, wycieczkę.

Byłem trzy razy. To nie jest miejsce dla nas.

Dlaczego tak uważasz?

Zbytnio się wyróżniamy. Budzimy niechęć.

Myślisz, że to tylko kwestia wyglądu?

Alfe milczy. Poprawia pozycję na krześle, prostuje plecy. Przychodzi mu do głowy, żeby poprosić o szklankę wody, chociaż wcale nie odczuwa pragnienia. Myśli o odległym, dusznym popołudniu, kiedy odwiedził Miasto ze swoim Przewodnikiem. Pamięta długie cienie pełzające po ulicach, które usiłował omijać. Starał się stawiać stopy tylko w plamach słońca. Pamięta śmieci wirujące nad popękanymi płytami chodnikowymi, unoszone przez podmuchy zatęchłego powietrza ziejącego z otworów wylotowych wentylacji. Pamięta moment, w którym zatrzymało ich czerwone światło. Tłum przy przejściu dla pieszych gęstniał, falował jak ektoplazma z wciąż generującymi się w niej nowymi bytami. Pamięta duszący zapach spoconych ciał. Pamięta szepty i komentarze. Nachalne spojrzenia.

Nie wiem, czy to nie jest wystarczający powód – odpowiada.

Czy jesteś w stanie przywołać w pamięci swój stan z któregoś z tych trzech dni?

Pamiętam wzrost stężenia kortyzolu i adrenaliny.

Co to dla ciebie oznacza?

To samo, co dla pani. Tu się akurat chyba zbytnio nie różnimy.

Alfe żałuje zbyt pochopnej odpowiedzi, chociaż jeszcze nie wie dlaczego. Doktor Mayer uśmiecha się, wraca na miejsce za biurkiem. Odchyla się na krześle, wzrok utkwiła gdzieś ponad głową Alfego.

Dlaczego odwołałeś się akurat do poziomu hormonów, a nie do innych parametrów życiowych?

Alfe nie chce popełnić kolejnego błędu. Coś mu się nie podoba w kobiecie naprzeciwko, coś budzi w nim niepokój, którego wcześniej nie doświadczał. Ma wrażenie, że rozmowa jest pułapką, że na pozór zwykłe pytania prowokują ryzykowne odpowiedzi. Brał udział w dziesiątkach badań, ale żadne nie były nieprzyjemne. Nawet te trwające długie godziny i wyczerpujące fizycznie. Chciałby wyjść z gabinetu, przejść się po ogrodzie. Wymazać z pamięci doktor Mayer i jej nużące przepytywanie.

Czy możemy zakończyć badanie? Przysługuje mi takie prawo dwa razy w miesiącu. Proszę sprawdzić w systemie, od dłuższego czasu z niego nie korzystałem.

Nie muszę sprawdzać, Alfe. Jesteś wolny. Do zobaczenia jutro.

Alfe wybrał aleję cisów, która biegnie wzdłuż płotu. Gdzieniegdzie nieprzycięte gałęzie przeciskają się przez przęsła, sięgają poza bezpieczny teren Ośrodka. Usiadł na kamiennej ławce nagrzanej słońcem. Przyjemne ciepło rozchodzi się po jego ciele. Organizm powoli się uspokaja, oddech staje się wyrównany, tętno miarowe i stabilne. Alfe stara się skupić na kojącym otoczeniu, ale natrętne myśli wwiercają mu się w głowę. „Ona jest jak ci z zewnątrz. Gapi się na mnie tak, jak tamci. Kto ją tu w ogóle wpuścił? Dlaczego? Nie chcę tych badań. Nie chcę”.

Chrzęst żwiru na ścieżce wyrywa Alfego z rozmyślań. Odwraca się w kierunku nadchodzącego od strony zabudowań człowieka. Z daleka rozpoznaje sylwetkę, chociaż patrzy pod słońce. Delton jest najwyższy ze wszystkich, przerasta każdego o co najmniej metr. Mieszkają na jednym piętrze. Do Ośrodka przybyli w odstępie kilku dni, chociaż żaden z nich tego nie pamięta. Leżeli w sąsiednich łóżeczkach, zajmowały się nimi te same położne. Większość wolnego czasu od zawsze spędzali razem. Przez minione lata zdążyli wrosnąć w siebie nawzajem. Alfe już nawet nie zauważa, że skóra Deltona jest półprzeźroczysta. Pod delikatną powłoką uwidaczniają się karminowe włókna mięśni, bieleją ścięgna.

Cześć, Alfe, co słychać? Mogę usiąść?

Możesz, siadaj.

Co jest? Delton natychmiast wyczuwa napięcie.

Powiedz mi, miałeś dziś wodę pod prysznicem? – Alfe odwraca się gwałtownie w kierunku Deltona, jakby ruchem ciała chciał wymusić odpowiedź.

Tak, dlaczego pytasz?

U mnie chyba była jakaś awaria. To nic ważnego.

Alfe milknie, patrzy przed siebie. W prześwicie między gałęziami widać odległy płaskowyż, a na nim rozpłaszczone Miasto. Z tej odległości jest szarą masą betonu, z której gdzieniegdzie wystają strzeliste, szklane wieżowce. Promienie słońca odbijają się od lustrzanych powierzchni, puszczają zajączki w stronę Ośrodka.

Alfe, coś ci jest. Powiedz, o co chodzi.

Nic, naprawdę. Wydaje ci się, Delton. Obudziłem się przed czasem.

A jak ta nowa lekarka? Miałeś już sesję?

Tak, nie podoba mi się. Pytała mnie o zewnątrz. Nie wiem po co, wszystko ma w raportach.

Delton sztywnieje. Wspomnienie o wyprawie za bramę uruchamia w jego ciele wszystkie systemy alarmowe. Pamięta, jak bardzo chciał zobaczyć świat na zewnątrz, który wtedy wydawał mu się dużo prawdziwszy i pociągający od tego w Ośrodku. Świat wart wszelkiego ryzyka. Nie poprosił o wycieczkę z Przewodnikiem. Chciał doświadczyć wszystkiego sam, bez żadnych ram i ograniczeń. Ucieczka była błahostką. Dla Deltona technologia nie ma tajemnic, widzi przez chrom i przez stal. Z kryształów krzemu wyłuskuje algorytmy, które nagina do swojej woli. Sforsowanie zabezpieczeń w bramie głównej zajęło mu mniej niż minutę.

Do Miasta dotarł pieszo. Energia wygenerowana z ekscytacji pozwoliła mu pokonać dystans trzydziestu kilometrów w mniej niż pół dnia. Drugie pół próbował się ukryć. Początkowo przed wyrazem obrzydzenia na twarzach mijających go ludzi. Później, kiedy w poszukiwaniu schronienia skręcił w wąskie uliczki, przed lecącymi w jego kierunku obelgami i śmieciami. Schronienia szukał w bramach, łamał kolejne kody w drzwiach tylko po to, żeby napotykać coraz bardziej agresywnych ludzi. W końcu poddał się i wrócił do centrum. Usiadł na głównym placu i czekał, przerażenie sparaliżowało wolę Deltona. Przez długie godziny wysłuchiwał potoku nienawistnych słów. Musi być z centrum dziwolągów… Za nasze pieniądze toto chodzi po świecie… Może złapiemy przeźroczystego ciula i zobaczymy, co tam jeszcze ma w środku… Ej, ty, pokrako, do ciebie, kurwa, mówię. Wieczorem odnalazł go personel Ośrodka. Rekonwalescencja zajęła pół roku, które Delton spędził w całkowitym odosobnieniu. Na temat tego, co się wtedy działo, nie chciał rozmawiać nawet z Alfim.

Dlaczego o to pyta?

Nie wiem, Delton, naprawdę nie wiem.

Nie podoba mi się to. Było dobrze, tak jak było.

To prawda.

Alfe wyczuwa niepokój Deltona, interferuje z jego własnym. Obaj wstają z ławki, wymieniają spojrzenia i ruszają w przeciwnych kierunkach.

Alfe patrzy w okno. Odkąd przyszedł, słońce przesunęło się o dziewięć stopni po widnokręgu. Kolejna sesja przypomina poprzednie. Mayer wciąż próbuje drążyć, zmienia formę pytań. Alfe jest znużony, coraz trudniej ukryć mu narastającą irytację. Spotkania nie mają żadnych ram czasowych, czasem trwają kilka godzin, które wypełnia przedłużające się milczenie. Nagle znowu nieprzyjemny impuls przeskakuje przez mózg Alfego. Dyskomfort staje się nie do zniesienia.

Po co tu pani właściwie przyjechała? Proszę powiedzieć wprost. – Alfe wstaje z krzesła i odwraca się tyłem. Nie chce widzieć twarzy lekarki.

Alfe, spokojnie.

Jestem spokojny. Proszę odpowiedzieć na pytanie.

Dobrze, powtórzę to, co już mówiłam. Jestem tu, żeby sprawdzić, czy determinuje cię coś, czego nie jesteś w stanie ani monitorować, ani kontrolować.

Nadal nie rozumiem.

Alfe, potrafisz perfekcyjnie sczytywać dane płynące z twojego ciała, z imponującą dokładnością. A co jeśli to nie wszystko? Co jeśli w twoim mózgu są jakieś powidoki tego, czego w wyniku mutacji nie posiadasz?

Proszę do meritum, doktor Mayer. – Alfe odwraca się w jej kierunku, ale nie siada z powrotem na krześle.

Dobrze. Odpowiem najprościej, jak się da. Alfe, nie masz żadnych, nawet szczątkowych gonad – ani męskich, ani żeńskich. Masz za to bliznę na brzuchu, bo po twoim urodzeniu chciano się upewnić, czy tak faktycznie jest. Przecież wiesz, że byłeś jednym z pierwszych dzieci w Ośrodku.

Do czego pani zmierza?

Do czego razem zmierzamy, mam nadzieję.

Badano mnie już pod tym kątem. Alfe podnosi głos, ale nie stara się nad tym zapanować. Nie wykazuję żadnych zachowań płciowych. Nie reaguję na pornografię, monitorowano moje zachowania podczas oglądania filmów ze scenami we wszelkich możliwych konfiguracjach i układach. Robię jedynie to, co wykazano we wszelkich innych badaniach zapamiętuję każdy szczegół. Proszę zerknąć w raporty.

Alfe nagle czuje się zmęczony, siada ciężko na krześle. Wracają do niego seanse w kabinie wizyjnej i podpięte do ciała elektrody. Pamięta spocone, nagie ciała. Rozedrgany obraz, zbyt bliskie kadry, szczegóły anatomiczne. Nieadekwatność wypełniającą pomieszczenie. Pamięta niesmak i nudę. Dziwne drgania, biegnące wzdłuż kręgosłupa, których nie zarejestrowało żadne urządzenie monitorujące. Po obejrzeniu kilku filmów nauczył się wyłączać uwagę. Żaden i tak niczym go nie zaskoczył.

Alfe, nie interesuje mnie pornografia. Interesują mnie twoje emocje. Na przykład te, które odczuwasz przed naszymi spotkaniami. Te, które czułeś w Mieście. I te, które być może odczuwasz w obecności któregoś z pensjonariuszy. Albo kogoś z personelu.

Alfe nie odpowiada. Po raz drugi w miesiącu wykorzystuje możliwość przerwania spotkania.

W Hologarium panuje cisza. Miękka wykładzina tłumi odgłos kroków Alfego. Przytłumione światło uśpionych hologramów pulsuje w powietrzu, wypełnia pomieszczenie subtelną wibracją. Wysoka sylwetka w rogu sali pochyla się nad szklanym stołem, w skupieniu kreśli kształty. Alfe podchodzi, łapie Deltona gwałtownie za ramię. Zapomina, że może naruszyć pergaminową skórę.

Mam tego dosyć.

Alfe, ciszej. Delton uwalnia się z uchwytu.

Mam dosyć Mayer i tych spotkań. Chcę wrócić do uczestnictwa w naszym zwykłym programie. Prosiłem Przewodnika, ale twierdzi, że to niemożliwe.

Nasz zwykły program jest zawieszony, dopóki Mayer nie skończy badań. Nikt ci o tym nie powiedział?

Nie przypominam sobie.

Alfe siada ciężko na sofie obok stanowiska. Jego parametry życiowe znacznie przekraczają normę, ale nawet nie próbuje ich wyrównać. Chowa skronie o dłonie. Delton wraca do przerwanego zajęcia, jednak po chwili zdecydowanym ruchem ręki zamyka system. Zajmuje miejsce koło Alfego.

Też mam tego dosyć.

Czy ty też masz wrażenie, że tu się coś dzieje?

Tak. Ale co z tego?

Nie wiem jeszcze, co z tego. Może jesteśmy zbyt obojętni?

Obojętni?

Pozwalamy się tak traktować. Ta cała Mayer, jakby chciała mnie złamać. Szuka słabych punktów. Wcześniej czułem się ważny, potrzebny. Moja praca, nasza praca, miała znaczenie. Trzeba coś z tym zrobić.

Alfe, bądź poważny. Dobrze wiesz, że nie mamy alternatywy.

Jesteś pewien? Może czas to sprawdzić.

Ciszej, nie tutaj.

Jesteśmy tylko ogniwami w układzie scalonym… Jesteśmy tylko ogniwami w układzie scalonym… Słowa Deltona natrętnie brzmią w uszach Alfego. Nie może zasnąć, rytm dobowy został zakłócony o ponad godzinę. Pokój wydaje mu się mniejszy niż dotychczas, jakby ściany przesunięto o kilkanaście centymetrów. Myśli o jutrzejszej nocy, o tym, co postanowił zrobić. Musi się dowiedzieć. Delton ma tylko odkodować system, resztą zajmie się sam. Instynktownie czuje, że nie powinien narażać najbliższej osoby. Chociaż w Ośrodku jeszcze nigdy nie doszło do złamania zasad, coś wewnątrz mówi mu, że wykroczenie może mieć zgubne konsekwencje. Alfe przewraca się z boku na bok. Układ nerwowy przestał odpowiadać na polecenia. Jesteśmy tylko ogniwami w układzie scalonym… Jesteśmy tylko ogniwami w układzie scalonym…

Centrum Badawcze pogrążone jest w ciszy i mroku. Punktowe oświetlenie przy listwach podłogowych wyznacza ścieżkę, którą idzie Alfe. W ręku niesie buty, bezgłośnie stawia kroki. „Nie mogę powiedzieć Deltonowi… Nie mogę mu powiedzieć…” Podjął decyzję, jednak ma wątpliwości, czy właściwą. Mija rząd ciężkich drzwi, za którymi o tej porze nie odbywają się żadne badania. Skrzydło budynku jest zupełnie puste. Myśli o tym, że ponad sześć tysięcy razy przemierzał ten korytarz. Pierwszy raz jednak robi to boso. Przystaje, kładzie całe stopy na posadzce. Chłód przenika do jego ciała, podąża w górę, aż do głowy, w której zagnieździła się nieodwracalna świadomość.

Raporty, które przeczytał, są jednoznaczne. Ani on, ani żaden inny pensjonariusz Ośrodka nie urodził się w wyniku spontanicznej mutacji, tak jak im wcześniej mówiono. Ich DNA programowano pod kątem określonych zdolności. Ale nie obyło się bez kosztów. Żaden człowiek nie jest w stanie mieć pełnej kontroli nad kodem genetycznym. Zespół naukowców pod przewodnictwem doktor Mayer stworzył legion mutantów, nad którym coraz trudniej utrzymać kontrolę.

Alfe przypomina sobie, że musi się spieszyć. Otrząsa się i rusza przed siebie. Chce jak najszybciej opuścić Centrum, które przestało być bezpieczne. Wąska smuga światła, padająca z gabinetu numer siedem przecina mu drogę. Alfe zamiera na moment, ale po chwili ostrożnie podchodzi do ościeżnicy i nasłuchuje. Z wnętrza dobiegają stłumione odgłosy. Dobrze wie, gdzie już takie słyszał. Nieprzyjemny impuls przeskakuje przez mózg Alfego. Nie może się powstrzymać i zamiast ruszyć do przodu zagląda przez uchylone drzwi. Nagle jest mu obojętne, czy zostanie zauważony.

Doktor Mayer siedzi na biurku, jest na wpół rozebrana. Ktoś jest między jej nogami, całym ciałem wykonuje gwałtowne ruchy. Schylił głowę, nie widać twarzy. Ale Alfe bezbłędnie rozpoznaje jednego z pensjonariuszy. Wiedziony atawistycznym impulsem rozpina spodnie i zaczyna dotykać blizny na podbrzuszu. Nie czuje niczego poza brakiem. Poza bólem, wynikającym ze świadomości, że to, co najistotniejsze i upragnione, pozostanie na zawsze niedostępne.

Delton czeka w umówionym miejscu. Niecierpliwi się, wszystko trwa dłużej, niż ustalili. Zanosi się na deszcz, zwaliste chmury widoczne są na tle nocnego nieba. Cisy falują pod naporem pierwszych podmuchów wiatru. Nagle czyjaś obecność wyrasta bezgłośnie za jego plecami. Delton obraca się z niepokojem, chociaż nie spodziewa się nikogo poza przyjacielem. Alfe nadal trzyma w ręku buty, a wyraz jego twarzy powstrzymuje Deltona przed zadawaniem pytań.

Nareszcie. Chodźmy już, zrobiło się późno. Zaraz będzie obchód.

Nie, Delton. Nie wracam z tobą. Mam ostatnią prośbę – wypuść mnie z Ośrodka.

Delton milczy, całe jego ciało zaczyna się wahać. Ale rusza w końcu wzdłuż ogrodzenia. Alfe zakłada buty i idzie jego śladem.

Alfe, jesteś pewien?

Delton nie odrywa wzroku od ciekłokrystalicznego ekranu, chociaż złamał już system i brama główna otwiera się z cichym zgrzytem. Alfe podnosi głowę, pierwsze krople deszczu spadają na jego skórę. Dotyka ramienia przyjaciela i rusza w ciemność.

The post Krople appeared first on Pro Libris.

]]>
Poemat [Osiem] https://prolibris.net.pl/poemat-osiem/ Thu, 14 Mar 2024 13:50:17 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=12235 Patrycja Mierzejewska

The post Poemat [Osiem] appeared first on Pro Libris.

]]>

Patrycja Mierzejewska

 

Osiem

miasto w sierpniowym żarze
pierwsze spotkanie
leżaki z widokiem na zieleń
rozmowa jak mecz o wszystko
dystans skracany przypadkiem
projekt kontra drinki
puste szklanki
krój bielizny pod sukienką
próbne zdjęcie na koniec
twoja nienaganna poza
spust migawki
w obiektywie kolor języka

zaczepny gest
nieudana prowokacja
czas na plany, ustalenia
twoja obrażona mina
moja kapitulacja
teatralny całus nad stołem
najpierw posiłek
chwila dla chwili
telefon w twojej dłoni
mozaika na talerzach
kawa na koszuli
moja wpadka

sesja po czasie
letni zmierzch
makijaż kontra upał
na posterunku stylistka
twoje zamknięte oczy
moje ciche spojrzenie
twój nagły wzrok
moja konsternacja
ostatnie ujęcia
puste studio
chłodny wermut
kostki lodu za koszulą
nadgarstki w moich dłoniach
niecierpliwość w ustach

tutaj, jeszcze przed chwilą
gorączkowe poszukiwania
to ta sztuka, pierwszy rząd
próby wyciszenia sytuacji
twoja wściekłość
moja niezawiniona wina
wskazówki za rubikonem
odwrócony wektor emocji
twarda podłoga
otarte plecy
twarda podłoga
miękki letarg

jesienny Bałtyk
błękit pod powiekami
piasek w uszach
cierpki cydr w twoim pępku
odwrócony wzrok przechodniów
kadry do prywatnej kolekcji
brak snu
niedosyt
brak snu
rewia przyjemności

pierwszy chłodny wieczór
twoja ulubiona restauracja
próba rozmów o kiedyś
twoje milczenie
moja desperacja
nieustępliwy dystans
rachunek za przystawki
puste miejsce przy stole
dyskretny kelner
pięć drinków zamiast towarzystwa
ostatni dzień w studio
oziębły profesjonalizm
jeszcze jeden film
innym aparatem
kolejne ujęcia
zmiany obiektywu
próba schwytania czasu
cisza po ostatnim zdjęciu
stylistka w odwodzie
trzaśnięcie drzwiami

twój wzrok nad moją głową
oschłe: tylko bez dramatów
bilet na samolot we wtorek
kontrakt, ważne sprawy
szorstka ściana za plecami
następny papieros w ustach
spust migawki
puste studio
ostateczny dowód braku
osiem kadrów, osiem dni
osiem
wertykalna nieskończoność

The post Poemat [Osiem] appeared first on Pro Libris.

]]>
Niedomówienia i determinacje (Patrycja Mierzejewska, Wchłanianie żelaza) https://prolibris.net.pl/wchlanianie-zelaza-recenzja/ Wed, 17 Jan 2024 17:15:26 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=11685 Czesław Sobkowiak

The post Niedomówienia i determinacje (Patrycja Mierzejewska, Wchłanianie żelaza) appeared first on Pro Libris.

]]>

Niedomówienia i determinacje

Patrycja Mierzejewska, Wchłanianie żelaza, Wydawnictwo Pro Libris, Zielona Góra 2023, 54 s.

Przeczytałem debiutancki, objętościowo niezbyt duży, tomik Patrycji Mierzejewskiej Wchłanianie żelaza, nie nudząc się. To nie zbiorek dopiero co wtajemniczający w poezję, ale już ukształtowany osobowościowo (rzekłbym) i myślowo, a jego autorka świetnie – w rozmowie z Mirosławą Szott – zaprezentowała się na wieczorze promocyjnym w Norwidzie. Tytuł tej książki nie jest wcale sentymentalny, więc wydaje się zupełnie niekobiecy. Trudno mi tytułowe „żelazo” łączyć z kobietą lub z liryczną poezją. A tak w nim jest. Metaforycznie oczywiście. I można zapytać, dlaczego to „wchłanianie” aż „żelaza”? W każdym razie chodzi o coś ciężkiego, twardego, nieczułego, dogłębnie bolesnego. Podmiot istnienie odczuwa jako skomplikowane i dotkliwe. Autorka pokazuje, że mocne i zmienne jest to odczuwanie, które poetycko wyraża, bo dokucza. To zarazem stało się jej życia determinantą. Dodam. Widać nawet, że jakiejś łagodnej czułości w słowach mało. Ale jest refleksja (s. 32, 33). Te  podobają mi się najbardziej. Nie zdarza się za często tkliwość, bo coś się nie spełniło, ktoś nie wypowiedział „choć słowa”, by podmiot mógł stać „się ciałem”. Tak więc chropowatość bytu jest tu nie bez przyczyny demonstrowana, np.: „Bliznowaciejesz/ zarastasz”. Co nie znaczy, że obraz świata całościowo jest taki. Jednak jakiś tego rodzaju proces trwa. Doznania podmiotu na styku z innymi jawią się ostro. Poza tym nuta pesymistyczna: „Czas zmarnowany/ jest czasem przyszłym”. To już otwarta formuła. Smutna. I obecna jest potrzeba zajmowania się swoim „ja”. Poetka z jakichś powodów wyjechała z Wrocławia. Zamieszkała w obszarze lubuskiej przyrody (w Kęszycy Leśnej), w bliskości z lasem, ale nie zajmuje się naturą w swojej liryce. Jednak odczuwa i obserwuje ją, a w zbiorku zamieściła kilka zdjęć natury. Podczas spotkania promocyjnego mówiła o swojej trosce. W poezji zaś pojawia się pytanie: „co nam pozostaje” i odpowiedź: „potajemnie/ z ukrycia/ podglądać śniące/ psy” (Tyle, s. 38). Czy „tyle” tylko jest możliwe? Być może, że coś innego jawiłoby się jako trywialne i nieprawdziwe. A tu znaczenie przecież mają osobiste sfery zawikłane czy nawet bolesne. Budzące lęk. Dezaprobatą opatruje ułudny, „jałowy taniec”. Coś też utkwiło w oczach, „dłoniach” jako „długie drzazgi”. Czyli odzywają się bolesne zawody życiowe. Nie ma tego, co się nazywa poetycką naiwnością. Czytam bardzo gorzki, wstrząsający wiersz Dzikie mięso: „od samego środka/ szczeciną dzikim/ dzikim mięsem porastam”. Czasami trzeba niejeden raz czytać określony utwór, zastanawiać się nad każdym słowem, żeby dojść do sedna poetyckich treści i wnioskowań subiektywnych, podmiotowych i ogólniejszych, by odsłonić ich konkretyzację. Lektura nie jest więc prosta. Ukryte znaczenia słów domagają się lub prowokują do refleksji (Zmiana czasu). Sformułowania nie są banalne, nie zawierają łagodności. Ale i nie zawsze są spójne i jasne. A czasem egotyczne. Poetka jest przy tym oszczędna w wyrazie i powściągliwa w opisie podmiotowego świata. Nawet wykropkowuje niektóre fragmenty. I wtedy jeszcze mniej wszystko robi się czytelne. Wytwarza tymi zabiegami napięcie. Owszem. Zapewne potrzebne. W zasadzie eskaluje niedopowiedzenie. Świata prostych emocji raczej nie widać, raczej, bowiem są znacząco wycofane. Ale są. Gdzieś ukryte. Widać natomiast, nawet na pierwszym planie, ścisłość wyrazu, nie żaden bałagan ani rozległość rzeczywistości. Poza tym ma znaczenie problem, krytyczna sytuacja i np. wniosek: „tym razem słodycz smakuje winą” (s. 36). Przedstawia go poetka, ale i unika szerokiego nazywania swoich doświadczeń, do czego oczywiście ma prawo, i raczej w sposób zamierzony, postanowiony, siebie zawoalowuje w swoich frazach, choćby takim pytaniem: „zakręca się w prawo czy w lewo?”. Pobrzmiewa to dowolnością znaczenia.

Okładka tomiku

Patrycja Mierzejewska buduje swój tomik, swoją poezję na trudnych faktach i międzyludzkich doświadczeniach, „cierpieniach” (s. 23), które obleka w wierszach w niedomówienia. I czyni to z premedytacją. Z dozą sprzeciwu wobec świata. Wyraźnie to widać. Ta metoda decyduje o kształcie i linii wypowiedzi. Odbiorca jednak może czuć, że jest coś jeszcze. Co zostaje pominięte, nieobjęte refleksją. Ale co? Determinacje są takie, jakie są, autorka wyznaczyła określony zakres refleksji, więc ma być uznana za wystarczającą. Skupienie się na rzeczach, ich szerszych opisach nie wchodzi w obszar poetycki, nie jest celem. To utrudnia lekturę tego zbiorku, bo czytelnik chce czuć w obrazie poetyckim wyraźnie także emocje i żywioł. Odnajdować i swoje emocje, a nie jedynie grę znaczeń i sytuacji. Dostrzec piękno. Nie gorzką dekadencję. Wiele z tych utworów może być odbieranych jako pierwsze myśli, wstępne wrażenia, momentalnie zanotowane skojarzenia i szkice, których szerzej poetka nie rozpisuje, bo uznaje, że tylko w takiej wersji bardziej będą intrygować jako pewniki. Taki to jest świat poetycki. Taki chce poetka ukazać. Rana rodzi konsekwencje. Wiem. Szkoda, bo bagaż doświadczeń autorka posiada sporych rozmiarów. I tenże determinuje.

Czesław Sobkowiak

The post Niedomówienia i determinacje (Patrycja Mierzejewska, Wchłanianie żelaza) appeared first on Pro Libris.

]]>
Bliskość po katastrofie (Patrycja Mierzejewska, Wchłaniania żelaza) https://prolibris.net.pl/gawin-mierzejewska/ Wed, 15 Nov 2023 12:06:52 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=10761 Rafał Gawin

The post Bliskość po katastrofie (Patrycja Mierzejewska, Wchłaniania żelaza) appeared first on Pro Libris.

]]>

Bliskość po katastrofie

Patrycja Mierzejewska, Wchłanianie żelaza, Pro Libris, Zielona Góra 2023, 54 s.

Najnowsza polska poezja to opowieść o utracie, urazie, braku, tęsknocie za czymś, co można zdefiniować, nie tylko miłością, która okazuje się w tym kontekście na tyle oczywista, że nie podejmuje się tej kwestii zbyt często w krytycznoliterackich dyskursach. I nie zmienią tego miłosne wybory wierszy Andrzeja Sosnowskiego czy metafizyczne Marcina Świetlickiego. Chodzi o jakiś punkt odniesienia, który mógłby stanowić fundament, uzasadniać istnienie jakiejś podmiotowości, a w skrajnie utopijnych przypadkach – całości. Jakiś rodzaj synergii, symbiozy, choćby nić porozumienia między światem wewnętrznym a zewnętrznym, między wyobrażonym i realnym. Między żywym a żywym w obliczu rychłej śmierci.

Możemy tu sobie wpasowywać modne nurty eko i posthomo, dać się drażnić panseksualnie kontrowersjami wynikającymi z bliskości reprezentantów różnych gatunków i królestw. Zbierając grzyby, doznawać iluminacji, że uchował się jeszcze, na cienkim marginesie aspołecznym, taki organizm jak wiersz, próba zapisu nienazwanego, a silnie doświadczanego. Psychosomatycznie, cząsteczkowo, pierwiastkowo: nie chodzi przecież o rozpoznania zgodne z jakąkolwiek skodyfikowaną nauką, a z wymykającym się prostym rozważaniom i postchrześcijańskim dychotomiom ciałem. Debiut poetycki Patrycji Mierzejewskiej, Wchłanianie żelaza, wpisuje się w ten (nie)porządek. I poprzednie zdanie może być wiarygodne wyłącznie z nawiasem; nie da się tu żądać ani pożądać jednoznacznych odpowiedzi, żeby niechcący nie zaprzeczyć idącym za tak skonstruowaną książką intuicjom czy wręcz intencjom.

Jak zbliżać?

„W to życie/  to my już/  teraz/  tak na poważnie?” – zaczepnie inauguruje podmiotka, a czytelniczka przy pierwszej lekturze jeszcze nie widzi w tym pytaniu piętrowości szczegółów, jaka się za nim kryje, a jaką odsłaniają kolejne teksty zbioru i ich (od)czytania. Aż do osiągnięcia poziomu dna (oka) i DNA, efekty specjalne to produkty uboczne interpretacji tych przecież minimalistycznie nieprzeszarżowanych, skupionych i jakże przy tym odważnych wierszy. Prawdopodobnie to jedyny dostępny mnie i zbyt nadgorliwemu, przez co za mało empatycznemu odbiorcy „poezji jako projektu”, „poezji jako systemu znaczeń”, zestaw narzędzi, żeby nie przesadzić z generalizacjami i klasyfikacjami, z uwzględnieniem tych, na co najmniej dwóch płaszczyznach, środowiskowych? Każdy wybór jest beznadziejny, nie trzeba parafrazy tytułu drugiego wiersza w tomie, by udowadniać, jak absurdalne może być działanie przyśpieszające śmierć.

„Kocia łapa”, oczywiście, to tutaj symbol, istotna zmiana paradygmatu w sposobie mówienia o braciach i siostrach już nie mniejszych, a równych, pełnoprawnych, ważnych, a często nawet najważniejszych. To nie zmierzch antropocenu, to nowy jego rozumny, emocjonalny, pozamerkantylny i pozakapitalistyczny etap. Tak samo idiomatycznie: już nie „życie na kocią łapę”, a raczej „życie za kocią łapę”, co nie wyklucza tego pierwszego. Pies nam świadkiem, tym cenniejszym, że uczciwym! Język, rozwijając się, niczego nie musi wypierać. Na sferę wyparcia najwięcej miejsca przeznaczył wiersz. W dobrym wierszu, jak u Mierzejewskiej, przestrzeń niedopowiedzeń niesie z sobą najwięcej w formie skonkretyzowanych przemilczeń albo przesunięć, także uwagi i środków ciężkości w pozorną lekkość. Przesadzam, czym przesądzam nadprogramowe spiętrzenia rozmytych dywagacji, przed którymi te teksty się bronią?

W trzecim wierszu „było już za późno”: od razu, na prawach instrukcji obsługi, dostajemy ten zabieg w formie czterech wersów z pojedynczą kropką każdy. Niby, wyjściowo, chodzi o imprezę, której się nie pamięta (liczba kropek to pokłosie „czterdziestki”?), ale to punkt wejścia w dyskurs o przemijaniu, tym bardziej uzasadniający pełniejsze „wchodzenie w życie” na kolejnych jego, coraz bardziej świadomych, przynajmniej pod tym względem, etapach. „Żal we włosach” (celowo abstrahuję od samej gry słownej i znaczeniowej z „kwiatami” czy „żelem”) stanowi stały składnik tempury opartej o pamięć, konsumowaną w różnych procesach, procesjach, nie wszystek umierającą, gdyż dzięki pozostawionym przez nią śladom teoretycznie kiedyś da się dotrzeć do źródła bólu i cierpienia. Do krwi i jej składników. I tyle z zabawy Wchłanianie żelaza może mieć do zaoferowania.

Gdzie uciekać?

Gdzie tymczasem gnieździ się i mości powszechne w społeczeństwach umorusanych chrześcijaństwem, począwszy od fazy analnej i oralnej w braku rozwoju człowieka na obraz i podobieństwo patriarchalnego boga, poczucie wstydu? „Prosto pod język/  aplikować winę” – konstatuje w Porze osoba mówiąca w wierszu, który kończy gromkie „Uciekać” (wielką literą). Jak hostię? Tabletkę na gardło? Papierek lakmusowy nasączony LSD? Czy zakonnice obchodzą Dzień Kobiet? Poczucie winy nie opuści nas jeszcze przez wieki, nawet jeśli zsekularyzujemy wszelkie obrządki świąteczne. Zostaje oswajanie tego najdzikszego ze zwierząt, regularnie wyprowadzanego na spacer przez wewnętrzne dziecko. Pod językiem jest o tyle bezpiecznie, że można liczyć na dodatkowe doznania. A żadne doświadczenie nie hańbi, przeciwnie – działa odwrotnie proporcjonalnie do przemijania: przybliża do życia. Choćby to był, jak w wierszu z siostrami, balejaż, wykonywany przez Jezusa, męczennika, który zawłaszczył sobie również kobiece cierpienie (patrz PS).

Granice dobrego smaku wyznaczają granice mojego ciała? Tylko jak go rozpoznać w świecie, w którym wszystko kosztuje, a „słodko smakuje/ i ropa/ i gruszka”? Na ile akt odwagi zasługuje na aplauz, a na ile chodzi o „przy(m/w)ykanie”, jakąś niezdefiniowaną zwyczajność, przeciętność, powtarzalność? „Ocalanie wszechświata” drobnymi gestami? Apokalipsą mogłoby się okazać wytrącenie z wypracowanej równowagi: w relacji z sobą, z oswojonym czy z obcym. Znajoma terapeutka radzi: „przepracowanie” to złe słowo. Praca nie czyni wolnym, nie gwarantuje bycia sobą, niecelebrowania „Święta Bezsilności”. Zakorzeniona, nie tylko w wierszu, podmiotka, nigdzie się więc nie wyrwie.

Kiedy dotykać?

Ale to nie znaczy, że z ugruntowanej i umocowanej nie do końca z własnej woli pozycji traci możliwość doświadczania. Zostaje dotyk. In spe, nie jedynie jako „międzygatunkowe esperanto” (wyjątek potwierdzający regułę, że tej książce służy niedomiar efektów specjalnych). Jako czułość? Zdecydowanie, pozbawiona nachalnej narratorki, bo dziejąca się niejako obok tych wierszy, a przecież na ich prawach. I wciąż – naiwnie, ale jak chce się wierzyć w takie diagnozy – pozostaje słowo (Zmiana czasu). W szczególności to najprecyzyjniejsze w danym momencie, punkcie, które się ucieleśnia w drugim. Poetyka tych wierszy, częściej różewiczowska niż sprozaizowana dłuższą frazą inkrustowaną interpunkcją (statystycznie: 30,5 : 2,5), pozwala takim słowom wyzwolić ich energię i ładunek emocjonalny, i to w taki sposób, by ten drugi nie wybuchł.

PS: Dobrze prześledzić całość przez pryzmat czasów, zwłaszcza przyszłych dokonanych. To w końcu osie tego rachunku mikrozysków i makrostrat, przecinające się w (znaczącej i znaczonej) pustce.

PS2: Książka została wyposażona w blurb Karola Maliszewskiego i posłowie Mirosławy Szott, pisane z podobnych pozycji, aczkolwiek zachowawczo, a więc z zachowaniem konwencjonalnych odczytań o końcu. Również tej herstorii. Zainteresowanych odsyłam do źródła. Życzyłbym tej książce, aby doczekała się dyskusji, polemik i refleksji nieoderwanych od niezmiennie żywej i rozedrganej afektywnie materii wierszy, jakie w sobie nosi, by wreszcie us(u)nąć w (nie)pokoju. W rytmie, jaki został poziomowi meta w oderwaniu od fizyki: „tam-pon/ tam-pon/ tam-pon”. Problem skali tu nie istnieje, to wyłącznie nazewnictwo, pączkujące podczas podziału: na dłuższą metę „mikro” i „makro” to zbliżenia, ponieważ oddalenie ukazujące całość w pełnej krasie uwypukla jej fundamentalne szczegóły.

 

Rafał Gawin

Okładka przedstawiająca schody do piwnicy.

The post Bliskość po katastrofie (Patrycja Mierzejewska, Wchłaniania żelaza) appeared first on Pro Libris.

]]>
Kulki https://prolibris.net.pl/kulki/ Sat, 11 Nov 2023 11:42:17 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=10110 Patrycja Mierzejewska

The post Kulki appeared first on Pro Libris.

]]>

Patrycja Mierzejewska

Kulki

Po trzech dniach namysłu doszłam do wniosku, że ktoś mnie musiał urodzić z litości, innego wyjścia nie ma. Z litości, na ten przykład, dokarmia się czasem kulawe psy. No więc czemu nie, można też było powić takiego dziwoląga jak ja. Zastanawiam się czasem, komu do łba strzeliło takie poświęcenie. Z pewnością nie była to Babka, bo każdy głupi na tym świecie wie, że babki nie rodzą wnuków. Mam pewne podejrzenia, zwłaszcza w stosunku do jednej sąsiadki, która nader często, bo aż trzy razy w roku, częstowała mnie ciastem. Przypadało to na święta i w moje urodziny – skąd niby miałaby wiedzieć, kiedy je obchodzę? Lecz o tej Jadzi z naprzeciwka, ale trochę po skosie, to później.

Z kolei Babka z litości podzieliła się ze mną imieniem – symetrycznym, więc łatwo było ciachnąć. Byłyśmy tak biedne, że nie stać nas było na dwa osobne. A tak ciach i jest. Dwa imiona z tych samych liter, teoretycznie można przeglądać się w sobie jak w lustrze. Ale jak wiadomo, teoria do praktyki ma się jak pięść do oka, to nijak nam to nie wychodziło. Nie byłyśmy ani podobne, ani różne. Nigdy nie udało nam się ustalić, która jest An, a która Na. Pilnowałyśmy obie, żeby nikt się nie dowiedział o ostatecznym dowodzie naszej skrajnej biedy. Kiedy wychodziłyśmy z domu, jedna pożyczała drugiej swoją sylabę i tak oto można było paradować po wsi w pełnym imieniu. Dobrze nam poszło, nabrałyśmy wszystkich.

Problemem bywała niedzielna msza, na którą zawsze musiałyśmy się pofatygować w duecie. Szczęśliwie cała uwaga kościoła skupiała się w pierwszej kolejności na sołtysie, bo jego córka zawsze robiła aferę. Jako dziecko darła się wniebogłosy już przed kazaniem, jako nastolatka nosiła tak krótkie spódnice, że zjadani przez korniki święci odwracali głowy. W drugiej kolejności do skupiania uwagi był ksiądz, bo każdy się bał, że dostanie za coś imienny ochrzan z ambony i później trzeba będzie świecić gałami przed sąsiadami, a w ramach pokuty wyglancować klechową furę. Dzięki temu udawało nam się nie zwracać na siebie uwagi. Bieda i nieszczęścia mają to do siebie, że dla innych są przeźroczyste.

Uwagi nie zwracać udawało mi się zresztą całkiem długo. Babka, dopóki mogła, trzymała mnie w obejściu. Nawet kiedy grzebała w grządkach, a tłuste dżdżownice wiły się w jej palcach jak niedzielny makaron w rosole, kątem oka sprawdzała, czy nie przekraczam zakazanej linii płotu. Brakowało tylko, żeby do szyi przypięła mi łańcuch, ten co został po Burku, którego chuć pognała ostatniej wiosny i nigdy nie wrócił. Kiedy ktoś pytał, czemu nie chodzę nad staw, do innych dzieci, odburkiwała tylko, że jestem opóźniona. Odburkiwała, znaczy była niemiła, bo gdyby ktoś nie wiedział, to Burki jednak szczekają, a nie odburkują.

Tak czy inaczej, dopóki nie przylazł babsztyl z gminnej komisji i nie orzekł, że jednak nie jestem aż tak opóźniona, żeby nie iść do szkoły trzy lata po terminie, dopóty nie znałam niczego poza podwórkiem, drogą do kościoła i sklepu oraz lasu na tyłach gospodarstwa, dokąd trzeba było chodzić zbierać jagody latem, a grzyby jesienią. Babka nie miała wyjścia, chcąc uniknąć pewnych jak amen w pacierzu kłopotów, pierwszego września ubrała mnie w najlepszą bluzkę oraz zaopatrzyła w oręż – miotacz obronny, naładowany słowem „spierdalaj”. Miałam nim ciskać zawsze, gdy próbował się do mnie zbliżyć ktoś oprócz nauczycielki czy księdza. Przez parę dobrych tygodni broń okazała się zupełnie bezużyteczna, bo wsiowe bachory po prostu ignorowały moją obecność. Miały swoje bandy i sojusze, a ja mogłam przypatrywać się wszystkiemu z boku, pierwszy raz widząc, jak to wszystko działa. Kłopoty, jak to z kłopotami bywa, przyszły i tak, tylko odroczone w czasie. I przypadły w udziale nie Babce, a mnie. W okolicach Zaduszek, kiedy trzeba hakać groby jak grządki, okazało się, że podczas przerw mogę zapewnić rozrywkę zdecydowanie tańszą niż lizaki ze sklepu.

Wsiowe bachory nie znały umiaru, przestawały tylko wtedy, gdy w zasięgu wzroku pojawiali się ksiądz lub nauczycielka. Ta druga przynajmniej udawała, że im zabrania takich wybryków. Bąkała pod nosem bzdury, że nie wolno tykać słabszych. Znaczy silniejszych chyba można, ale co to za atrakcja samemu finalnie dostać łomot. Ksiądz nawet nie udawał, że reaguje. Syknął mi kiedyś nad uchem: „dobrze ci tak, szatański pomiocie”. Nie wiedziałam, co to pomiot, ale chyba nic fajnego. Może więc na to wszystko zasłużyłam, skoro szatan miał coś z tym wspólnego. Pytałam później Babki, ale nie chciała mi wyjaśnić, kazała się zamknąć i iść zamiatać podwórko. Szło mi całkiem nieźle – trudno, żeby było inaczej, skoro w domu miałam taki wspaniały przykład.

Babka świetnie zamiatała pod dywan. W sumie to zachowywała się głupio – bo z jednej strony zawzięcie stamtąd wszystko wymiatała, a w miejsce tych kłębków kurzu i drobinek piasku utykała rzeczy, o których nie chciała mówić. Kiedy myślała, że nie patrzę, wypluwała dyskretnie słowa w dłonie, ugniatała z nich kulki i siup pod chodnik. Kulki chyba były turlane na drożdżach, bo z czasem zaczynały wyrastać. Podnosiły dywan, tworząc śmieszne wybrzuszenia. Lubiłam leżeć na brzuchu i patrzeć, jak się wydymają. Im bardziej patrzyłam, tym bardziej się wydymały. Jak rybie brzuchy tamtego lata, co pijany sąsiad spuścił wodę ze stawu i wszystkie karpie pozdychały. Chyba z gorąca tak spuchły, bo nie podejrzewam, że od wodorostów, te raczej nie są ciężkostrawne. Chociaż nie wiem, nigdy nie próbowałam. Trochę mi się chciało płakać, gdy tak patrzyłam na te ryby otwierające bezgłośnie pyski w błaganiu o ratunek. Ale jak wiemy, dzieci i ryby głosu nie mają, więc ratunek po prostu nie mógł nadejść. I to niczyja wina.

Od gorąca puchną zresztą różne rzeczy, nie tylko rybie brzuchy i drożdże. Babce, na ten przykład, puchną nogi. Przestaje być widać kostki, a ja muszę zaparzać wtedy pokrzywę, bo stara leży z kopytami do góry i każe się obsługiwać. Przestaje nawet dziabać w ogródku, co się wydarza jeszcze tylko w przypadku burzy. Jęczy do tego tak, jakby na te spuchnięte nogi miała umrzeć jak karpie. Niedoczekanie. Raczej moje niż jej.

W końcu zorientowałam się, że i ja puchnę, ale inaczej niż Babka i ryby. Puchłam niewidocznie, nikt nie był w stanie tego zauważyć. Kiedyś poskarżyłam się starej, że mnie w środku wszystko uwiera. Kazała mi przestać gadać głupoty, stanąć przed lustrem i zobaczyć, że wyglądam tak samo. Chyba miała rację, bo faktycznie nie dostrzegłam żadnej różnicy. A jednak wrażenie nie tylko nie chciało mnie opuścić, ale rosło z miesiąca na miesiąc. Najpierw myślałam, że coś zeżarłam, lecz musiało chodzić o coś innego, bo latanie za chałupę nic nie pomogło. A i tak to jeszcze nie wszystko.

Każdego poranka puchło mi coś w gaciach od piżamy, a co gorsza było to całkiem przyjemne. Wystraszyłam się nie na żarty, bo jak coś jest przyjemne, to zawsze zwiastuje kłopoty. Po trzech dniach namysłu, trzęsąc się ze strachu, postanowiłam jednak udać się z tematem do Babki. Sprawa gaci w naszym domu była od zawsze omijana szerokim łukiem, stara więc dostała furii, kiedy próbowałam zapytać, co mam z tym zrobić. Zlała mnie ścierą i zabroniła dotykać miejsca między nogami, poza wypadkiem cosobotniej kąpieli i wizyt w wychodku. Wprowadziła też nową zasadę – żadnego korzystania ze szkolnej toalety, od teraz mam załatwiać się tylko w domu. Nie wolno kusić losu.

Los jednak został i tak skuszony, bo zakaz Babki spowodował, że któregoś dnia po prostu nie wytrzymałam i posrałam się w gacie. Pani nauczycielka wysłała mnie do domu, a następnego dnia zaczęła lekcje od tego, że nie wolno tak robić. Przy okazji dowiedziałam się, że nie mówi się „srać”, że to chamsko i niewskazane publicznie. Publicznie to raczej wcale na ten temat, a jak już mus, to mądrze, czyli defekować. Całą drogę powrotną do domu powtarzałam w myślach nowe słówko „defekować”. Znaczy się robić kupę. Tylko w wersji ą, ę – bułkę przez bibułkę. Muszę być teraz kulturalna, bo jadę do wielkiego miasta, zupełnie zapomniałam o tym wspomnieć.

No więc wyjeżdżam. Nie wiem, czy bardziej nie mogę uwierzyć w to ja, czy Babka. Wyjazd załatwiła Jadzia. Mówiłam od początku, że coś jest z Jadzią na rzeczy. Miała wtyki w szkole, jej kuzynka jest sprzątaczką. I tak przy okazji ścierania kurzy i podlewania paprotek biedna kobiecina stała się świadkiem tego, co mnie na tych szkolnych korytarzach spotyka. Nawet było mi jej trochę szkoda, że musiała na to patrzeć. Co sobotę przychodziła pomóc Jadzi w obejściu i chyba zabrakło im w końcu wioskowych tematów bieżących, skoro zaczęły gadać o mnie. Skutek był taki, że Jadzia się przejęła i zaczęła urabiać Babkę.

Babka rzucała się jak wesz na grzebieniu, Jadzia przychodziła trzy dni z rzędu i tłumaczyła jej jakieś różne, zawiłe rzeczy. Nie mogłam za bardzo podsłuchiwać, bo kazały mi wychodzić na podwórko i zamykały szczelnie okno. Słyszałam tylko podniesione głosy i strzępki słów, że to koniecznie, bo jak się dowiedzą, to mnie zabiją. Sztachetą od płotu albo tulipanem. Albo, co gorsza, puszczą chałupę z dymem i starej się też nie upiecze, albo właśnie wręcz odwrotnie. Jak znam Babkę i życie, to zadziałał ten drugi argument.

Tak więc postanowione, od września, to jest zaraz po wakacjach i zbieraniu jagód, jadę do internatu. Grzyby ogarnie sobie Babka sama. A w zasadzie – szkoły z internatem, bo o to pierwsze głównie chodzi. Jak już się zaczęłam uczyć, to muszę skończyć, nie ma rady. To szkoła tylko dziewczyńska, więc żadne wsiowe chłopaki nie będą mnie okładać po głowie, co z jednej strony było pocieszające, a z drugiej jednak dziwne. Bo jak to tak, z samymi babami? Z samymi, bo to na dodatek klasztor żeński, znaczy się księży w wersji damskiej. To dopiero jaja, albo właśnie wręcz odwrotnie. No trudno, może się przyzwyczaję.

Babka uznała, że w klasztorze będę tak samo przeźroczysta jak w kościele, więc muszę poradzić sobie z moją jedną sylabą, nie ma takiej opcji, żeby pożyczyła mi własną. Mogę sobie za to wedle uznania przestawiać literki, droga wolna. Specjalnie dla mnie kupiła dwie wyjściowe bluzki od obwoźnego kramarza, o rozmiar większe, żeby starczyły na cały rok. Prosiłam o dwa numery różnicy, bo bałam się, że opuchlizna da o sobie w końcu znać też i zewnętrznie, ale stara stwierdziła, że plotę bzdury i ma nadzieję, że mi zakonnice te banialuki z głowy klęczeniem na grochu wybiją. To trochę durny pomysł, bo groch można zjeść, z kapustą na ten przykład. Może Babce już ze starości zaczyna się mieszać we łbie, kto to wie.

Do miasta odwiozła mnie Jadzia, Babka wykręciła się reumatyzmem, który po prawdzie faktycznie wykręca, ale myślę, że akurat tym razem nic jej w kościach nie łamało, bo pogoda była dobra, ciepło i sucho w powietrzu. Stojąc przy płocie, chciała chyba wykonać jakiś gest w stylu pogłaskania mnie po głowie, ale skończyło się na nerwowym tiku, który przeobraził się w machanie na odchodne. Trochę to było dziwne, tak jechać w autobusie koło Jadzi, która na dodatek przypatrywała mi się uważnie i wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć. Może i ona puchła od środka, może to jakaś tajemnicza choroba, na którą chorują wszyscy mieszkańcy naszej wioski, tylko nikt się nie przyznaje i do lekarza nie lata.

Kiedy wysiadłyśmy na rynku, Jadzia obwieściła, że idziemy na lody. O mało nie padłam z wrażenia, bo Babka nigdy nie pozwalała jeść lodów, mimo że wszyscy przez całe lato wcinali je jak opętani. Kiedy siedziałyśmy nad pucharkami, Jadzia obwieściła poważnym tonem, że to najwyższa pora, żeby ktoś ze mną porozmawiał. I żebym się nie gniewała na Babkę, bo ona nie umie. Może by i umiała, ale nie chce, bo ma złe doświadczenia. Ale o tym później. Wydało mi się to dziwne, bo kto to widział rozmawiać z dziećmi. Może w mieście jest inaczej, może tutaj wolno.

Jadzia wiedziała o moim puchnięciu. Nie, nie tym od środka, tego nawet ona nie zauważyła, chociaż taka mądra. Chodziło o moje majtki. Kolejny dowód na to, że mogła mnie urodzić, bo kiedy indziej niby miałaby mnie widzieć bez gaci. Powiedziała, żebym na razie za dużo się nad tym nie zastanawiała. Bo to nic nie da i puchnięcie nie ustąpi. Jak już nie będę w ogóle mogła wytrzymać, to mam iść do toalety i zadziałać instynktownie. Instynkt kojarzył mi się mętnie z Burkiem i chucią, więc wolałam nie dopytywać. Tylko nikomu, jak coś, o tym ani słowa. Co w toalecie, zostaje w toalecie. To akurat była bardzo słuszna uwaga.

Przełożona zakonnic o wszystkim wiedziała i miała pilnować, żeby nikt się mnie nie czepiał. Coś z tym zrobimy, ale dopiero jak przyjdzie pora. Jeszcze nie teraz, bo jest za wcześnie, a jednocześnie już za późno. Jadzia gadała jak potłuczona, a najlepsze miało dopiero nadejść. Brat Babki miał to samo, wyobraźcie sobie. O mało nie spadłam z krzesła. Babka nigdy nie mówiła o bracie, tylko o siostrze, co ją Niemcy zabili podczas wojny. No więc to nie była siostra, tylko brat. I nie Niemcy, tylko swoi, i nie w naszej, a w innej wiosce. Nic nie rozumiałam, mimo tego, że byłam w mieście, jadłam lody i od tych dwóch rzeczy powinnam z automatu zmądrzeć, a przynajmniej dorosnąć.

Jadzia obiecała odwiedzać mnie co czwartą niedzielę i wyjaśniać różne rzeczy. „Nie wszystko na raz, bo ci głowa spuchnie” – tak powiedziała. Miałam już serdecznie dosyć puchnięcia, więc wcale mi się nigdzie nie spieszyło. Pomyślałam, że może tu, daleko od wioski, trochę mi przejdzie.

U zakonnic nie było tak strasznie, jak sobie wyobrażałam. Co prawda Babka miała rację z tym grochem, ale zdarzało się to tylko czasem, gdy ktoś nabroił i cała klasa musiała iść do kaplicy odmawiać różaniec w ramach pokuty. Podobało mi się, że cierpiałyśmy wtedy wszystkie, że Bozia ani nikogo nie wyróżniała, ani nie oszczędzała.

Co piątek, w ramach świętowania Męki Pańskiej na Krzyżu, zaraz po obiedzie, miałyśmy się spowiadać, znaczy wyznawać grzechy. Nie podobało mi się to wcale, bo zdążyłam się już przyzwyczaić do obecności samych kobiet. Pojawianie się spowiednika, znaczy mężczyzny, niechybnie zwiastowało kłopoty. Ten, co przychodził słuchać naszego stękania, był tak stary, że pewnie swoich przewinień już nie pamiętał, więc musiał się karmić naszymi. Ślina kapała mu na ornat, kiedyśmy tak po kolei szeptały mu do ucha.

Zawzięłam się i postanowiłam, że nie będę mówić. Nic a nic. Ani słowa o puchnięciu, ani tym bardziej o instynkcie. To, co mnie uwierało, wypluwałam w dłonie i w drodze do konfesjonału upychałam pod dywan przed ołtarzem. Kiedy czekałam na swoją kolej do spowiedzi, padałam na kolana. Że niby taka żarliwa jestem i najpierw chcę się pomodlić. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, bo wszystkie uczennice robiły w majty ze strachu, co tym razem mają powiedzieć. Ja miałam wyuczone całe dwa grzechy – zapomniałam odmówić pacierza i nie słuchałam przełożonej. Amen.

Podczas nabożeństw widzę czasem, jak dywan się wydyma. Zerkam wtedy na siostry, czy też to zauważają. Te jednak wpatrują się w księdza jak w jakiś obrazek. Cierpliwie czekam, aż przyjdzie pora i pewnego gorącego dnia kulki dojrzeją. Sfermentują całkiem i wyrosną większe niż drożdżowe baby na Wielkanoc. Wydostaną się spod dywanu, przetoczą przez ołtarz, poprzewracają figury świętych, wyleją wino z kielichów i powybijają szyby w kaplicy. Przedostaną się za mury, wszyscy będą stali jak wryci, kiedy eksplodują prawdą na klasztornym dziedzińcu.

Czarno biały surrealistyczny rysunek. Na pierwszym planie przedstawia hybrydę kobiety z obnażonymi piersiami i męskim członkiem między nogami oraz ptaka. W tle po prawej stronie znajduje się wzgórek z okiem, na którym pod drzewem siedzi postać Po lewej stronie znajduje się miasto, nad którym przelatuje uczepiony krzyża anioł.

The post Kulki appeared first on Pro Libris.

]]>
Wiersze [Na urlopie nie stroniłam od gramatyki, Książki miewają poważne braki, Humanitarne narzędzie do uśmiercania węgorzy, Bezokoliczniki ratują życie, podobno] https://prolibris.net.pl/mierzejewska-wiersze/ Tue, 27 Jun 2023 03:24:31 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=9073 Patrycja Mierzejewska

The post Wiersze [Na urlopie nie stroniłam od gramatyki, Książki miewają poważne braki, Humanitarne narzędzie do uśmiercania węgorzy, Bezokoliczniki ratują życie, podobno] appeared first on Pro Libris.

]]>

Patrycja Mierzejewska

 

Na urlopie nie stroniłam od gramatyki

powiedz mi coś

wystarczającego

rzuciłam od niechcenia

chociaż sierpień

miał się całkiem w porządku

kostki lodu

roztapiały zwątpienie

a wyschnięta kałuża zachwycała

mozaiką spękanego błota

czas zmarnowany

jest czasem przyszłym

 

Książki miewają poważne braki

na przykład

w żadnym podręczniku

nigdy nie wyjaśniono

dlaczego

ludzie starzeją się

dużo bardziej

od zwierząt

 

Humanitarne narzędzie do uśmiercania węgorzy

postawa etyczna

za niecałe trzydzieści złotych

kup teraz

blikiem

do paczkomatu

wije się

posolone współczucie

 

Bezokoliczniki ratują życie, podobno

obowiązek

w myślach powtarzać

nigdy o nic

nie prosić

mieć zajęte kończyny

robić

The post Wiersze [Na urlopie nie stroniłam od gramatyki, Książki miewają poważne braki, Humanitarne narzędzie do uśmiercania węgorzy, Bezokoliczniki ratują życie, podobno] appeared first on Pro Libris.

]]>
Od redakcji https://prolibris.net.pl/od-redakcji-84/ Mon, 26 Jun 2023 19:02:20 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=9021 Żyjemy w świecie kultu młodości. Kojarzy się nam ona z tym, co najbardziej pożądane – ze zdrowiem, urodą, sukcesem, witalnością...

The post Od redakcji appeared first on Pro Libris.

]]>

Od redakcji

Żyjemy w świecie kultu młodości. Kojarzy się nam ona z tym, co najbardziej pożądane – ze zdrowiem, urodą, sukcesem, witalnością. Jest też jednym z ważniejszych etapów w życiu człowieka. To wówczas kształtuje się charakter, psychika, rodzą się zamiłowania. To także czas nauki, nie tylko instytucjonalnej, ale także proces odkrywania siebie i rozpoznawania, jaki jest świat, jakimi prawami się rządzi. Często poznawaniu otaczającej rzeczywistości towarzyszy odkrywanie własnych pasji, predyspozycji, które bywają zabawą, chwilową fascynacją, często zaś są zapowiedzią przyszłej życiowej drogi.

Redakcja „Pro Libris” od początku istnienia ma szczęście współpracować z młodymi twórcami. Niektórzy z nich, wraz z Pismem, nabrali dojrzałości twórczej (m.in. Krzysztof Koziołek, Mirosława Szott, Przemysław Grzesiński, Andriej Kotin, Karol Graczyk, Marcin Mielcarek, Konrad Krakowiak). Jedni są z nami do dziś, inni poszli swoją drogą. Są też tacy, którzy debiutując w naszym kwartalniku, zajęli się profesjonalną działalnością krytycznoliteracką, by dzisiaj współtworzyć z nami „Pro Libris”.

Numer POSZUKIWANIA tworzą ludzie młodzi, także bardzo młodzi, począwszy od uczennicy szkoły podstawowej, poprzez licealistów, studentów, a skończywszy na badaczach literatury czy osobach już pracujących, a parających się pisaniem. Zgodnie z założeniem redakcyjnym tym razem publikujemy teksty twórców, którzy bądź to dopiero wkraczają w świat literatury, bądź też mają osiągnięcia, które warto promować i upowszechniać.

Do współpracy zaprosiliśmy znanego w kraju poetę, krytyka i animatora kultury Rafała Gawina, który w szkicu Wraca temat, ironia się tępi omawia najnowsze trendy w polskiej poezji. Mirosława Szott natomiast przygląda się autorkom i autorom z regionu lubuskiego, wskazując na ważne zjawiska w ich tworzeniu, także na aktywność literacką młodych. Z kolei Joanna Wawryk dokonała przeglądu dorobku wydawniczego środowiska studentów Uniwersytetu Zielonogórskiego. Wśród autorów znajdują się poeci i prozaicy wyłonieni w regionalnych i ogólnopolskich konkursach, w tym w Konkursie na Debiut „Pro Libris”. Prace Patrycji Mierzejewskiej, Barbary Wauben-Czekalskiej, Ewy Franków, Barbary Czyżewskiej, Emilii Ćwik i Anny Cichej, najwyżej ocenione przez jurorów wspomnianego Konkursu, publikujemy w numerze. Łamy Pisma wypełniają ponadto utwory poetyckie Julii Kruszakin i Zofii Ścigaj, które znakomicie zaprezentowały się podczas finału 53. edycji Olimpiady Literatury i Języka Polskiego. Są także z nami młodzi autorzy, którzy kilkakrotnie publikowali w „Pro Libris”, a których rozwój obserwujemy z życzliwością i z podziwem: Marcin Mielcarek, Dorota Grzesiak, Julia Gwóźdź, Piotr Gulewski, Natalia Haczek, Joanna Nawlicka, Weronika Nawrocka, Joanna Marcinkowska i in. Warto ponadto sięgnąć do działu RECENZJE I OMÓWIENIA, w którym m.in. ocenie została poddana książka Jolanty Fainstein, debiutującej dramaturżki. Z kolei wytrawni krytycy starszego pokolenia – Czesław Sobkowiak i Robert Rudiak – zrecenzowali tym razem twórczość młodych autorek – Darii Walusiak i Joanny Marcinkowskiej.

Aby idei przewodniej tego numeru stało się zadość, do współpracy zaproszeni zostali uczniowie Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Zielonej Górze, których rysunki, obrazy i rzeźby zapewniły oprawę graficzną numeru.

Nie wszyscy twórcy zostali wymienieni z nazwiska, ale wszyscy stanowią nasz potencjał, który – mamy nadzieję – również Państwo docenią.

The post Od redakcji appeared first on Pro Libris.

]]>