Opowiadanie Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/opowiadanie/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Wed, 26 Nov 2025 13:43:41 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Opowiadanie Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/opowiadanie/ 32 32 Parszywe wizje o umierającej literaturze https://prolibris.net.pl/parszywe-wizje-o-umierajacej-literaturze/ Wed, 26 Nov 2025 13:39:26 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16933 Patryk Żelazny

The post Parszywe wizje o umierającej literaturze appeared first on Pro Libris.

]]>

Patryk Żelazny

Parszywe wizje o umierającej literaturze

 

Literatura pozostaje tematem palącym, lecz żar ten nie ogrzewa już społeczeństwa, jak jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Mówi się, że ludzie (młodzież?) nie czytają już tak dużo. W roli antagonistów stawia się tutaj gry komputerowe, filmy i seriale, media społecznościowe. Inaczej powiedziawszy – jako poważnego konkurenta czytelnictwa uznajemy wszelkie media torpedujące odbiorców większą liczbą bodźców naraz, z każdej strony. Nasz umysł nie utrzymuje tak łatwo uwagi, jeśli nie okładamy go dopaminą jak zboże cepem. Świat pędzi, a my razem z nim, tracimy tzw. attention span, w luźnym tłumaczeniu: zakres uwagi. Potrzebujemy znacznie mniej czasu, aby uznać coś za niewarte naszej chęci poznania, a szczególnie narażeni są na to ludzie młodzi, z którymi sam jestem, całe szczęście, utożsamiany. Czy to prawda? I co za tym idzie: czy możemy dożyć czasów, w których literatura zostanie tylko miłym reliktem przeszłości, a w życiu codziennym – zainteresowaniem wymarłym?

Ewolucja pisma nie jest potrzebna…?

Wszystko wokół nas ewoluuje, a literatura nie pozostaje w tym bierna. Rozwija się, adaptuje do nowego środowiska – jednakowoż znacznie wolniej i słabiej, niż powszechnie się sądzi. Instynktownie porównujemy rozwój książek do rozwoju branży technologicznej, czyli tego ich wielkiego oprawcy. Na co dzień wydaje się, że ebooki i audiobooki stanowią już dużą część rynku książkowego – dodatkowo ciągle słyszy się o niedomagających księgarniach stacjonarnych, które upadają ze względu na wspaniale prosperujące sklepy internetowe. Nasuwa się zatem wniosek, że książki przechodzą mocną cyfryzację – i jest to myślenie błędne, przynajmniej na ten moment.

Szybkie zerknięcie w tzw. cyferki – chociażby za sprawą Biblioteki Narodowej – uświadamia nam, że w skali roku co najwyżej jeden na dwudziestu czytelników przeczytał książkę (książkę, nie książki!) przy pomocy ekranu tego złowieszczego komputera lub smartfona. Malejącą liczbę księgarń stacjonarnych można uznać za problem mocniej wybrzmiewający, ponieważ według jeszcze innych cyferek na przestrzeni tylko roku 2024 z naszych ulic zniknęły 82 punkty z 1648 zarejestrowanych. Jeśli zatem zaledwie pięć procent czytelników deklaruje zapoznawanie się z książkami za pomocą ekranów, raczej mówimy o cyfryzacji sprzedaży książek, a nie zapoznawaniu się ze słowem pisanym samym w sobie. Wystarczy wejść na dowolne media społecznościowe i wkroczyć w mały świat ludzi mówiących o literaturze, by co kilka sekund wpadać na posty zaczynające się od słów: „przyszła mi dzisiaj paczka z książką!”.

Natomiast my, jako naród, wcale nie czytamy tak mało. Około siedmiu procent społeczeństwa możemy uznać za „książkowych pożeraczy”, a w kontekście Europy jesteśmy mniej więcej na środku zaszczytnej drabinki. Nie czytamy tak dużo jak Szwajcarzy, ale tak mało jak Rumuni też nie. I to jest ten mały sukces, który powinien zasiewać radość w naszych biało-czerwonych sercach.

Temat ewolucji pisma – tylko w znacznie szerszym znaczeniu tych słów – poruszał już m.in. Jacek Dukaj w swoim zbiorze esejów Po piśmie*. Z jego wywodu można wywnioskować, iż pismo samo w sobie przetrwa ze względu na wiele różnych jego zastosowań komunikacyjnych, nawet jeśli książki, jakie znamy dziś, w formie papierowej, miałyby zostać kategorią eksponatów w muzeach.

Trudno z dzisiejszej perspektywy jednoznacznie orzec, czy książki będą wieczne, natomiast niewiele wskazuje, byśmy w najbliższym czasie ujrzeli jakkolwiek postrzegany upadek literatury skupiający się na zanikaniu czytelnictwa – takie zdanie mam jako, w pewnym sensie, jeden z reprezentantów tego młodego pokolenia. Z tegoż też powodu dogłębnie wierzę, że mój tok postrzegania tejże sprawy jest cenny.

Młodzież nie gardzi papierem

Trudno wskazać kogoś, kto nigdy nie usłyszał powtarzanej tezy, że „młodzież nie czyta już książek”. Niezależnie od gorliwości zwolenników tego wyznania, raczej nie jest to coś, czym powinno się szczególnie przejmować. Raczej jest to jedynie przejaw empiryczności wśród bardziej krzykliwych jednostek. Aczkolwiek łatwo odnieść wrażenie, że takie zdanie powiela zadziwiająco duże grono ludzi.

Otóż młodzi nieszczególnie się tym przejmują, ponieważ zajęci są zapoznawaniem się z różnego rodzaju czytadłami. Ich obecność w tym sektorze kultury jest na tyle zauważalna, że zagospodarowali sobie naprawdę dużą część rynku. Czytelników w wieku 15-18 lat jest najwięcej – według statystyk – a żeby ujrzeć ten rzekomy fenomen na własne oczy, wcale nie trzeba ani przenosić się w czasie, ani zwiedzać całego świata. Wystarczy wybrać się na duże targi książek, np. w Poznaniu, Krakowie czy Warszawie, gdzie z łatwością na własne oczy dostrzeżemy siłę młodych ludzi. Pojawiają się tam licznie oczywiście ze względu na to, że takie wydarzenia są w dużej mierze dedykowane właśnie im, aczkolwiek kolejny raz świadczy to o ich potędze.

Warto też napomknąć o rozbiciu gatunkowym w kategoriach książek. To, co kiedyś określilibyśmy zbiorczo jako literatura młodzieżowa, teraz zyskuje nowe podgatunki, jak na przykład young adult czy new adult – taka polaryzacja również świadczy o rozrastającym się segmencie rynku. Wydawcy odpowiadają na zapotrzebowanie, a w tym przypadku ludzie młodzi zaczęli dawać sygnały o potrzebie stworzenia nowych kategorii, które bardziej będą odpowiadać ich gustom czytelniczym.

Elitaryzacja czytania książek

Śmiało można rzec, iż jako społeczeństwo odchodzimy od przeświadczenia, że czytanie książek jest dla ludzi mądrych i jest przejawem wysokiej inteligencji. Teraz bardziej patrzy się na nie jako rozrywkę, odskocznię od pędzącego i przebodźcowanego świata, czy sposób na wyrażenie zamiłowania do kultury. Nie widzimy tego także jako nerdowskie godło – młodzież w ten sposób obcująca z kulturą nie jest postrzegana jako kujony. Czytanie staje się po prostu modne i dobrze odbierane przez ogół, a w najgorszym przypadku zbywane jest wzruszeniem ramion, zamiast być piętnowane.

Postrzeganie czytania jako czegoś dla lepszych nigdy dobrze nie służyło literaturze, bo i jaki to miałoby mieć cel, inny niż łechtanie swojego ego i zniechęcenie osób chcących wejść w ten świat? Takie same walory edukacyjne mogą mieć książki, jak i wykłady (mówione czy nagrywane), filmy albo gry komputerowe. W końcu media są wyłącznie pośrednikiem i forma przekazu nie ma znaczenia. Znaczenie natomiast ma, jak z danego źródła się korzysta. Odbiorca także nadaje wartość. Ten sam przedmiot w różnych rękach może zmieniać swoją rangę z perspektywy użytkującego, od ratującego życie po zupełnie bezużyteczny, choć obiekt sam w sobie nie ulega nawet najdrobniejszej zmianie. Zmienia się wyłącznie jego użytek.

Dlaczego więc utarło się, że właśnie słowa na papierze są wykwintne? Zapewne takie przeświadczenie wywodzi się z czasów, kiedy za cenę książki można było kupić małą wioskę wraz z ludnością i ich posiadanie dosłownie było pewnym wyznacznikiem statusu społecznego, wyraźnie świadcząc o majętności. Tylko że te czasy minęły. Książek mamy więcej, nie tylko pod względem samych tytułów, ale także nakładów, a ich ceny niewyobrażalnie wręcz spadły i są dostępne w zasadzie dla każdego. Tylko ile „dużo” równa się faktycznie dużo?

Książki masowym przekazem informacji

Każda osoba śledząca rynek literacki prędzej czy później zda sobie sprawę, że pomimo najszczerszych chęci, człowiek nie jest w stanie zapoznać się ze wszystkimi dostępnymi pozycjami. Wąskie grono najbardziej zagorzałych pożeraczy książek może osiągnie próg jednego procenta w skali roku. Tylko w 2024 na polskim rynku pojawiło się 33 957 nowych książek – średnio co około piętnaście minut ukazuje się nowy tytuł.

Tekstów literackich wydaje się coraz więcej. Jasne, część z tych pozycji to wydania naukowe finansowane przez najróżniejsze instytucje, państwowe i nie tylko, jednak najpopularniejszymi czytanymi gatunkami pozostają sensacja, kryminał, obyczaje i romanse – a w końcu literatura popularna kierowana jest do mas, więc spokojnie można założyć, że te pozycje stanowią najbogatszą część rynku zbytu. A należy pamiętać, że wydawnictwa, choć bez wątpienia podążają za jakimiś wyższymi celami, w wielu przypadkach bowiem założyciele są ogromnymi pasjonatami, pozostają firmami, których wręcz obowiązkiem jest zarabianie pieniędzy. Bez tego firma upadnie, a ludzie stracą pracę. Skoro wydaje się tyle pozycji popularnych, ergo nastawionych w dużej części na sprzedaż, rynek musi mieć się wcale nie tak źle.

Półżartem można też dodać o powtarzanym w mediach społecznościowych w ostatnim czasie przeświadczeniu, iż przecież czytanie i kolekcjonowanie książek są dwoma oddzielnymi hobby (a kupka wstydu rośnie), jednak pokazuje to również, że choć ponad siedem książek rocznie czyta zaledwie/aż siedem procent polskiego społeczeństwa, tak ci bardziej oddani czytelnicy potrafią pochłaniać od kilkudziesięciu do ponad stu książek w skali roku.

Temat mediów społecznościowych w odniesieniu do tekstów literackich to jeszcze zupełnie inna historia. W porównaniu do najbardziej popularnych tematów, w tym właśnie filmów, seriali i gier komputerowych, rynek książkowy ma się znacznie gorzej – lecz w ostatnim czasie rośnie w siłę. Platformy takie jak TikTok czy Instagram zdominowane są przez młodzież, a tam temat literatury jest poruszany bardzo często. Terminy takie jak booktoker czy bookstagramer nie są niczym dziwnym, a znalazły swoje miejsce w języku potocznym i używa się ich na porządku dziennym. Tylko czekać na moment, w którym będzie to postrzegane jako zawód.

Chyba jesteśmy bezpieczni

Bardzo łatwo zatracić się w myśli, że ludzie zgubią pociąg do czytania książek w dobie rozwiniętej elektroniki. Może dobrze by było przyjąć narrację, że czytanie jest modą, która z jednej strony dopiero się kreuje, ale z drugiej może doświadczać wzlotów i upadków popularności, a także z czasem wracać – jak np. spodnie „dzwony”.

Już teraz w zasadzie czytanie książek jest w pełni opcjonalne, a mimo to nieustannie mnóstwo osób decyduje się na taką rozrywkę. W jednym roku statystyki wyglądają lepiej, w drugim gorzej, lecz już mówi się o ustabilizowaniu, że czterech na dziesięciu Polaków czyta. I z pewnymi zawahaniami myślę, że przez jeszcze długi czas tak pozostanie. Bo czytanie nie jest przymusem ani statusem elitarności jednostki – jest przede wszystkim formą spędzania wolnego czasu, którą wiele osób wciąż wybiera, aby choć na chwilę uciec od niebieskiego światła ekranów, którymi karmione są nasze oczy całymi dniami.

*  J. Dukaj, Po piśmie II. Wyzwolenie z pisma, [w:] Po piśmie, pod red. A. Kasperek, Kraków 2019, s. 221.

The post Parszywe wizje o umierającej literaturze appeared first on Pro Libris.

]]>
Wolfsbeeren Leonie Ossowski. Po drugiej stronie lustra https://prolibris.net.pl/wolfsbeeren-leonie-ossowski-po-drugiej-stronie-lustra/ Wed, 26 Nov 2025 13:31:46 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16921 Joanna Kapica-Curzytek

The post Wolfsbeeren Leonie Ossowski. Po drugiej stronie lustra appeared first on Pro Libris.

]]>

Joanna Kapica-Curzytek

Wolfsbeeren Leonie Ossowski.
Po drugiej stronie lustra

W sierpniu 2025 roku mija setna rocznica urodzin niemieckiej pisarki Leonie Ossowski (1925-2019), urodzonej we wsi Osowa Sień, w powiecie wschowskim. Ogromna szkoda, że w naszym regionie nie jest szeroko znana jej twórczość, portretująca XX-wieczne realia pogranicza polsko-niemieckiego. Książki tej autorki mają dla mieszkańców Ziemi Lubuskiej znaczenie szczególne, bo są pięknym i przejmującym świadectwem przeszłości naszego regionu.

W polskim przekładzie ukazała się jedynie powieść Wilcze jagody (przekład: Eugeniusz Wachowiak, Dom Wydawniczy Rebis 1998). W oryginale została wydana w 1987 roku. Jest to pierwszy tom cyklu, na który składają się także utwory: Weichselkirschen (dzieło zekranizowane, w znakomitej obsadzie, w polsko-niemieckiej współprodukcji pod tym samym tytułem w 1979 roku) oraz Holunderzeit. Wydawnictwo Ullstein w 2003 roku wydało wszystkie trzy tytuły w jednym woluminie – i w tej edycji przyszło mi właśnie się z nimi zapoznać[1].

Więź z rodzinną ziemią

Leonie Ossowski to literacki pseudonim; pisarka naprawdę nazywała się Jolanthe von Brandenstein. W Osowej Wsi mieszkała do dwudziestego roku życia. Zimą 1945 roku wraz z rodziną podzieliła los Niemców przymusowo przesiedlonych na Zachód z ziem, które po drugiej wojnie światowej przypadły Polsce. To traumatyczne wydarzenie, jak się wydaje, nie przekreśliło emocjonalnych związków Jolanthe von Brandenstein ze swoją rodzinną ziemią. Nie zerwała z nią łączności. Na swój pseudonim wybrała polsko brzmiące nazwisko (Ossowscy byli właścicielami ziemskimi, między innymi dóbr w rejonie Wschowy). Wielokrotnie gościła w swoim dawnym miejscu zamieszkania, utrzymywała kontakt z samorządowcami ze Wschowy[2]. Do przedwojennej przeszłości wracała w swoich utworach, w których z dużą dozą pewności można się doszukiwać elementów autobiograficznych. Literacki talent odziedziczyła po matce, prozaiczce i poetce Ruth von Ostau (1899-1966), która publikowała, jeszcze zamieszkując w Osowej Wsi pod Wschową.

O wielkiej wartości twórczości Leonie Ossowski może świadczyć fakt, że pisarka w 2007 roku otrzymała od Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego odznakę honorową „Zasłużona dla Kultury Polskiej” za wkład w pojednanie polsko-niemieckie.

Sophie

Warto więc zastanowić się, czy z upływem czasu oraz w zmieniających się realiach niemiecko-polskiego sąsiedztwa dorobek literacki Leonie Ossowski nadal wart jest uwagi. Niniejsze omówienie będzie dotyczyć powieści Wolfsbeeren. Pod względem chronologii fabuły jest ona pierwszą częścią trylogii, choć napisana została jako druga, jedenaście lat po Weichselkirschen.

Akcja powieści rozgrywa się w latach 1918-1945. To historia życia Sophie, lat jej młodości (ujętych tu w formie spisywanych przez nią wspomnień) oraz okresu małżeństwa i macierzyństwa. Kobieta wychodzi za mąż za arystokratę, właściciela ziemskiego. Na świat przychodzą ich trzy córki. Można by powiedzieć: przyzwoita ziemiańska rodzina, żyjąca spokojnie i dostatnio, bez skandali ani dramatów. Tak to wygląda jedynie z daleka. Zadziwiająca jest historia młodości Sophie: dawniej mieszkała w Monachium i była po uszy zakochana w Filipie, radykalnym żydowskim socjaliście i dziennikarzu. To archetyp walczącego idealisty, niezdolnego do trwałego związku. (Podobną postacią był Marcin Śniadowski z Nocy i dni Marii Dąbrowskiej). Po jakimś czasie Sophie przenosi do Berlina, gdzie nawiązuje bliski kontakt z tamtejszą bohemą i zaprzyjaźnia się z ekscentryczną Margo (to bodaj najlepiej, a już na pewno najbardziej intrygująco sportretowana postać drugoplanowa). Obraz stolicy Niemiec z czasów Republiki Weimarskiej jest barwny, ale i dramatyczny. Życie naznaczone jest niedostatkiem i niepewnością jutra, spowodowaną przede wszystkim galopującą inflacją.

W Berlinie Sophie poznaje Clemensa, ambitnego wojskowego, pnącego się po szczeblach ministerialnej kariery. Dokąd zajdzie ten człowiek, gdy nastanie nowa władza narodowych socjalistów? Dla młodej kobiety znajomość z Clemensem to znaczący przełom. Wszystko wskazuje na to, że dojdzie do ich małżeństwa, ale tu następuje szereg dziwnych zbiegów okoliczności. Oto Sophie zostaje żoną kogoś zupełnie innego… Tworzy się swoisty trójkąt, bo Clemens i Leopold dobrze się znają. A nawet czworokąt, bo z orbity nie znika również Filip. Zadziwiające, że narzeczony jest w pełni świadomy przeszłości Sophie, ale uważa, że to nie zagrozi jego małżeństwu. To może być dla czytających mocno zaskakujące, bo przecież były to jeszcze czasy, gdy obowiązywały dosyć rygorystyczne normy obyczajowe.

Zwiebelmuster

Ale Sophie naprawdę potrafi być przykładną żoną Leopolda von Sarbacha. Małżonkowie mają ze sobą dobre relacje, nie ma w ich związku przemocy ani awantur. Prowadzą stabilne życie, a Sophie ma dużo swobody i do dyspozycji własny pokój, w którym maluje i spisuje wspomnienia z młodości. Są one przytaczane w retrospekcjach w pierwszej osobie, naprzemiennie z fabułą dotyczącą jej małżeńskiego życia.

Majątek od siedmiuset lat jest w rękach rodziny von Zertsch. Szlachectwo zobowiązuje – oboje wypełniają swoje obowiązki, dając poczucie stabilności służbie, wszystkim pracującym w ich majątku oraz trzem córkom. Ale być może też traktują swoją rolę z pewnym dystansem? Gdy Sophie niedługo po ślubie trafiła do nowego domu, pierwszą rzeczą, która przykuła jej uwagę, była ogromna witryna zastawiona kosztownym serwisem na 24 osoby (!) z fabryki porcelany z Miśni, z Zwiebelmuster, charakterystycznym kobaltowym wzorem z motywami roślinnymi na białym tle. Ściszonym głosem przyznała się mężowi, że nie przepada za tym wzornictwem, na co Leopold odpowiedział: „ja też nie”.

Von Zertschowie żyją z dala od wielkich metropolii, w majątku ziemskim Rohrdorf. Autorka nadała mu też polską nazwę: Ujazd. To fikcyjna miejscowość, ale jej położenie zostało dosyć precyzyjnie określone. Znajduje się na Śląsku (o którym, jak się okazuje, Sophie wcześniej nie słyszała, co można odczytać w ten sposób, że dla wielu Niemców ten region rzeczywiście był odległy i mocno peryferyjny). „Pochodzę z Pogranicza poznańsko-zachodniopruskiego[3], jak nazywa się ten nasz kawałek ziemi po przegranej wojnie”, wyjaśnia Leopold swojej przyszłej żonie. „Na południowy zachód od Poznania i na wschód od Głogowa. Majątek nazywa się Rohrdorf i leży dokładnie przy granicy z Polską”. Takie właśnie położenie ma prawdziwa Osowa Sień, czyli dawniejszy Röhrsdorf, rodzinna miejscowość Leonie Ossowski. Drobna różnica w pisowni fikcyjnej nazwy wsi wydaje się świadomym zabiegiem.

Świat, którego już nie ma

Sporo elementów autobiograficznych można odnaleźć w tych fragmentach powieści, gdzie pojawiają się opisy przyrody, prac na roli, zaplanowanych dokładnie według kalendarza natury, portrety ludzi pracujących na swój codzienny byt. Są piękne obrazy tradycji i kultywowanych obyczajów. Wśród książkowych postaci są także Polacy – przyjeżdżają z bliskiego sąsiedztwa do pracy, nawiązują zażyłe kontakty z miejscową ludnością. Ossowski miała świadomość, że odtwarza świat, którego już nie ma, miała z pewnością do swoich wspomnień z dzieciństwa i młodości głęboki stosunek emocjonalny. Jednak w Wolfsbeeren nie znajdziemy jakichkolwiek przejawów szowinizmu czy rewanżyzmu, tych nut, które po drugiej wojnie światowej często zniekształcały polsko-niemieckie relacje, a nawet całkowicie uniemożliwiały ich nawiązywanie.

W wiosce, choć geograficznie znajdującej się na uboczu, słychać z całą mocą echa toczącej się wokół wielkiej historii. Wydłużają się cienie zła. W latach 30. XX wieku, jak wiemy, wydarzenia toczyły się w szybkim tempie. Do Rzeszy przyłączono Austrię, zajęta została Czechosłowacja. Nazistowska partia stała się coraz bardziej atrakcyjna dla niektórych, co widać też w Rohrdorf. Leopold zaczyna się obawiać, że nowa władza wprowadzi reformę rolną: „To by nas zrujnowało”, mówi do żony. A poza tym ludzie zaczynają się przekonywać, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Bo gdy zaczyna się wkradać strach i niepewność jutra, nigdy nie warto mówić za dużo, nawet tym, których dobrze znamy.

Wolfsbeeren to po części także Bildungsroman, powieść o dojrzewaniu. W krótkim jej fragmencie na pierwszy plan wysuwa się Anna, córka Sophie i Leopolda. Jest bardzo inteligentna, ciekawa świata i ludzi, ma wielkie poczucie niezależności, chce wiedzieć jak najwięcej o sprawach dorosłych. (W drugim tomie cyklu, w Weichselkirchen zostanie pokazana jako dziennikarka, która powróci w swoje rodzinne strony).

Dorastanie Anny oznacza także przeżycie z bliska dramatu Nocy Kryształowej (9 listopada 1938) oraz doświadczenie wybuchu drugiej wojny światowej. Jej beztroskie dzieciństwo bezwzględnie się kończy. Do Rohrdorf dociera wojenna zawierucha. Na front wschodni zostaje powołany Leopold. Rodzina musi radzić sobie bez męża i ojca, a majątek – bez gospodarza.

Światło od wschodu

Nie brakuje w utworze licznych opisów relacji Niemców z Polakami, kształtujących się w bezpośredniej bliskości granicy. Losy niektórych postaci są bardzo dramatyczne, by wspomnieć Jana Orlińskiego czy Ludwika Janika. Są oni przedstawieni w pozytywnym świetle. Janik dokonuje bohaterskiego czynu, ratując dwie Polki zbiegłe we Wschowie z transportu do obozu pracy. Zostaje aresztowany. Ludwik będzie bardzo ważną postacią w kolejnym tomie cyklu.

Powieść Wolfsbeeren zamyka dramatyczna scena, gdy rodzina von Zertsch pakuje się i opuszcza swój majątek. Jest zima 1945 roku. Wielka historia zatrzęsła posadami ich świata i już nic nie będzie takie, jak dawniej. Gdy wyjeżdżają, za siebie ogląda się tylko najmłodsza córka, Maria. Nie patrzy jednak na swoją rodzinną posiadłość, ale na niebo, gdzie od wschodniej strony pojawia się słoneczne światło. To dla mnie także swoisty symbol przerwania ciągłości pokoleniowej i kulturowej.

Losy zwykłych ludzi

To spotkanie z twórczością Leonie Ossowski przekonuje mnie, że nie tylko opiera się ona próbie czasu, ale też wpisuje się wręcz idealnie w jeden z bardziej ostatnio popularnych nurtów powieści historyczno-obyczajowych, kreślących losy zwykłych ludzi, których życie zostało uwikłane w trudne historyczne realia. Ich głównymi bohaterkami są przeważnie inteligentne, zaradne kobiety. Nie brakuje przykładów książek, których fabuła skupia się na polsko-niemieckim sąsiedztwie. Z przyjemnością można zauważyć, że jest to twórczość, która ma zasięg ogólnopolski, a nie tylko regionalny. W kręgu powieści o tej tematyce swoje uznane miejsce ma wybitna trylogia Wendyjska winnica Zofii Mąkosy (Wyd. Książnica, 2017-2020). Dwa tomy cyklu Pomiędzy (Wyd. Książnica, 2024 i 2025) tejże autorki rozgrywają się również w podobnym czasie i dotyczą realiów pogranicza w Trzcielu – to tylko inne miejsce tej samej granicy, przebiegającej niedaleko Rohrsdorfu z powieści Leonie Ossowski!

Problemy trudnych niemiecko-polskich relacji i wspólnej przeszłości porusza R. A. Olek w Matilde (Wyd. Książnica, 2025), a także Barbara Wysoczańska, by wymienić takie jej utwory, jak Świat na nowo (Wyd. Filia, 2022) czy Nigdy się nie poddam (Wyd. Filia, 2024). Warto tu także przywołać powieść Niny Zawadzkiej Na wschód od Breslau (Wyd. Filia, 2023), skłaniającą do refleksji nad niemiecką przeszłością Wrocławia. Trudnymi relacjami polsko-niemieckimi zajmuje się też znakomita książka z gatunku literatury faktu – Poniemieckie Karoliny Kuszyk (Wyd. Czarne, 2019), zgłębiająca temat materialnego dziedzictwa Ziem Zachodnich i traumy polsko-niemieckiego sąsiedztwa.

Pogłębić relacje

Nawiązując pół żartem, pół serio do marketingowych sloganów wydawców, można z całą pewnością podsumować, że jeśli cenimy książki wymienionych wyżej autorów, sięgniecie po twórczość Leonie Ossowski będzie dobrym wyborem. Może tylko w porównaniu z tymi współcześnie napisanymi utworami powieści niemieckiej pisarki wydają się trudniejsze w odbiorze, chociażby z tej racji, że nie ma w nich zaznaczonych wyraźnie dialogów, w treści są bardziej zawiłe i refleksyjne, z pewnością mniej nastawione na rozrywkę i na spektakularną, wartką akcję.

Z perspektywy naszych czasów twórczość Leonie Ossowski jest doniosłym odkryciem. Przede wszystkim dlatego, że można ją odczytywać jako absolutnie bezcenne dopełnienie polskiej współczesnej literatury historyczno-obyczajowej. To daje nam niepowtarzalną możliwość przekonania się, co jest po drugiej stronie lustra… Jest to tym ważniejsze, że pozwala ona spojrzeć na polsko-niemieckie pogranicze z punktu widzenia naszych sąsiadów, a tym sposobem – znacząco pogłębić wzajemne relacje. To znakomita okazja zarówno do kontynuowania dialogu, jak i do poszerzenia wiedzy i pamięci o zróżnicowanej kulturowo przeszłości Ziem Zachodnich, w tym także regionu Ziemi Lubuskiej, a w szerszej perspektywie – historii Polski. Jest tam wiele trudnych rozdziałów, co do tego nie ma wątpliwości. Ale, jak napisał urodzony w Ełku niemiecki pisarz Siegfried Lenz, „Przeszłość należy do nas wszystkich, nie można jej dzielić ani wygładzać”.

 

 


[1]  L. Ossowski, Wolfsbeeren. Weichselkirchen. Holunderzeit, Ullstein, 2003.

[2]  K. Bodzińska, Wspomnienie o Leonie Ossowski, pochodzącej z Osowej Sieni popularnej pisarce, „Wschowa Nasze Miasto”, 21 lutego 2021, https://wschowa.naszemiasto.pl/wschowa-wspomnienie-o-leoni-ossowski-pochodzacej-z-osowej/ar/c1-5003658 [dostęp: 30 lipca 2025].

[3]  W oryginale: Grenzmark Posen-WestPreußen, region ten nosił też nazwę Marchia Graniczna Poznańskie – Prusy Zachodnie. Jego częścią były między innymi: Wschowa, Babimost, Międzyrzecz i Skwierzyna.

 

The post Wolfsbeeren Leonie Ossowski. Po drugiej stronie lustra appeared first on Pro Libris.

]]>
Upozowani w „społeczeństwie designu” https://prolibris.net.pl/upozowani-w-spoleczenstwie-designu/ Wed, 26 Nov 2025 13:16:46 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16910 Beata Czuba

The post Upozowani w „społeczeństwie designu” appeared first on Pro Libris.

]]>

Beata Czuba

Upozowani w „społeczeństwie designu”

 

Socjolodzy, poszukując najbardziej trafnych metafor opisujących współczesne społeczeństwo, mówią często o „społeczeństwie spektaklu”, „designu” czy „voyeryzmu”. Oznacza to, że ludzie bardziej niż kiedykolwiek koncentrują się na tym, co zewnętrzne, przywiązują wagę do formy, widoczności, estetyki swojego otoczenia i wyglądu. Dobrym przykładem są współczesne, immersyjne wystawy i muzea. Miejsca te znacząco różnią się od tradycyjnych ekspozycji, gdzie przedmioty mają swoje stałe miejsce; nie można ich dotykać, a widzowie, przechadzając się po kolejnych pomieszczeniach, oglądają (czasem zza szyby) dzieła twórców, zgodnie z projektem twórców wystawy.

Na przykład słynne ostatnio immersyjne wystawy poświęcone sztuce Fridy Kahlo, Vincenta van Gogha czy Michała Anioła (Kaplica Sykstyńska. Dziedzictwo) to nie tylko miejsca, które ukazują historię twórczości czy powstawania określonego produktu. To wydarzenia dostarczające narracji, która pozwala uczestnikom poczuć się, jakby byli „w środku” opowieści. Człowiek zwiedzający wystawę staje się jej częścią, aktywnym aktorem w wielobarwnym spektaklu. Zwiedzając może, jeśli zechce, położyć się albo poskakać, skosztować (na przykład czekolady w warszawskim muzeum czekolady), malować, rysować, we własnym tempie doświadczać tego, co jest do obejrzenia-wysłuchania-smakowania-odczuwania. Innymi słowy – projektowanie wystawy albo spektaklu stworzonego z kolorów, dźwięków, zapachów musi uwzględniać możliwość współuczestnictwa osoby zwiedzającej, pobudzać jej kreatywność i emocje.

Immersyjne wystawy to tylko fragment świata, który ma wywoływać intensywne emocje, co jest możliwe dzięki temu, że ich twórcy zaprojektowali doskonałą formę ekspozycji dzieła. Nowoczesne muzea i wystawy stają przed wyzwaniem, by przyciągnąć uwagę nowego odbiorcy. To człowiek, który docenia formę i design. Ważną rolę w jego życiu zajmuje projekt.

Projektem może być własne życie, związek z inną osobą, wychowanie dziecka, wystrój mieszkania, rozwój osobisty etc. Styl życia bywa starannie zaprojektowany i chociaż potrzeba odzwierciedlenia siebie w oczach innych jest znana od stuleci, zmieniają się narzędzia projektowania, rozszerzają możliwości wykorzystania rekwizytów i ekspozycji tożsamości osobistej. Dzieło, którym staje się tożsamość, jest nie tylko prywatną sprawą – jest przedmiotem nieustannej refleksji i domaga się zaprezentowania innym ludziom. Należy pokazać siebie w starannie wybranej pozie. Poza, z natury zmienna, domaga się utrwalenia. Często jest to tradycyjne zdjęcie, film nagrany telefonem, ale także blog, podcast etc. Możliwości zaprezentowania tego, co upozowane, są szeroko dostępne. Małe narracje na temat wydarzeń z życia zamieszczane w mediach społecznościowych, tworzą charakterystykę (lub iluzje) stylu życia, albo przynajmniej własnych aspiracji.

Projektowanie może przybierać postać bardziej długofalowego procesu realizowanego systematycznie, z poświęceniem wielu środków i czasu. Takim projektem jest doskonały związek – bliska relacja z drugim człowiekiem lub wychowanie dziecka (które powinno w pełni zrealizować swój potencjał). Ograniczeniem może być tylko wyobraźnia, która podsuwa pomysły, jak się ubrać, urządzić dom, na jakim tle wystąpić. Są również tacy, którzy wolą naśladować istniejące wzory. Projektowanie stało się egalitarne – wszyscy mogą to robić. Każdy bowiem ma dostęp do bardziej lub mniej doskonałych narzędzi projektowych. Powszechności tego zjawiska sprzyja, jak się wydaje, rozmyta granica pomiędzy sztuką „wysoką” i „niską”. Brak uniwersalnego kanonu, który pozwalałby stwierdzić, co jest w dobrym guście, a co niekoniecznie, co stanowi sztukę, a co nią nie jest, wreszcie – co jest prawdą, a co kłamstwem (fałszem, fake newsem, oszustwem, podróbką etc.). W procesie projektowania umyka czasem rozróżnienie pomiędzy światem realnym a iluzją.

Specjaliści w zakresie badania sztucznej inteligencji przewidują, że w niedalekiej przyszłości każdy będzie mógł (korzystając z aplikacji) zaprojektować, stosownie do własnych potrzeb, wirtualnego przyjaciela, z którym można porozmawiać na dowolny temat, który nigdy nie traci cierpliwości, nie porzuci i nie obrazi, nie zdradzi, nie zlekceważy, zawsze obdarzy uwagą i wsparciem. Już dzisiaj jest to możliwe, ale ze względu na stosunkowo wysokie koszty korzystania z zaawansowanej technologii – nie dla każdego dostępne. Jak się wydaje, są to kolejne wyzwania projektowe, które czekają społeczeństwo designu, spektaklu, ale także „społeczeństwo epidemii samotności, depresji i narcyzmu”. Projektowanie ma bowiem swoją jasną stronę oraz pułapki, w które wpadają ludzie zwabieni migoczącym światłem doskonałej formy… projektu.

 

The post Upozowani w „społeczeństwie designu” appeared first on Pro Libris.

]]>
Nie tak się to rusza. O designie w ruchu https://prolibris.net.pl/nie-tak-sie-to-rusza-o-designie-w-ruchu/ Wed, 26 Nov 2025 13:08:43 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16901 Rafał Blecharz

The post Nie tak się to rusza. O designie w ruchu appeared first on Pro Libris.

]]>

Rafał Blecharz

Nie tak się to rusza.
O designie w ruchu

 

Otoczeni na co dzień idealnie zaprojektowanym przedmiotami, odnosimy wrażenie, że powstały bez udziału człowieka, jakby wypączkowały z rzeczywistości. Swoją oczywistością zaludniają przestrzeń podobne jak obiekty natury. Nie tylko szklanki, czajniki, biurka, ale zwłaszcza dobrze zaprojektowane składniowe przestrzeni cyfrowej wydają się szczególnie bezosobowe i pozbawione autorstwa.

Aplikacje mobilne, interfejsy graficzne, strony internetowe, portale socialmediowe stanowią jednak zupełnie odrębną rzeczywistość, a ta rzeczywistość z kolei wytworzyła zapotrzebowanie na zupełnie nową dziedzinę projektowania, kategorię designu wchodzącego właśnie w swój Złoty Wiek. To jest motion designu.

Złota epoka motion designu

Na wstępie przełóżmy roboczo „motion design” jako „design w ruchu”. Motion design jest zjawiskiem stosunkowo świeżym, a jego złote lata przypadają na ostatnie dwadzieścia lat rozwoju kultury w kierunku upowszechnienia komunikacji wizualnej. Szczególnie rosnąca popularność rolek, shortów oraz form pośrednich filmu przyczyniły się do rozwoju „motionu”. Specjalistów odpowiedzialnych za produkcję materiałów wideo lub elementów animowanych nazywa się motion designerami albo animatorami, w opozycji do produkujących statyczne materiały projektantów. Motion designerzy pracują w studiach animacji, w studiach projektowania graficznego, agencjach reklamowych, a jedni z najlepszych – na freelansie.

Gdzie możemy spotkać rezultaty ich enigmatycznej pracy? Wchodzimy z nimi w interakcję częściej, niż nam się wydaje.

Z motion designem mamy do czynienia, oglądając czołówkę swojego ulubionego serialu, Gry o tron, Dr. House’a, Kompanii Braci. Spotykamy go w interfejsach gier komputerowych i w aplikacjach mobilnych, gdzie interaktywne ikony wypełniają się płynnie kolorem po kliknięciu. Spotykamy go w paskach postępu na stronach internetowych. Spotykamy wreszcie motion design w poruszających się maskotkach aplikacji edukacyjnych, takich jak Duolingo. Wszędzie tam, gdzie same nagrania video nie wystarczają i potrzebne jest stworzenie lub nadanie ruchu obiektom.

W klasycznym designie mamy do czynienia z formą i funkcją, a rezultatem prac designerskich jest fizyczny obiekt. Przede mną, na blacie, między papierami i dwoma monitorami przycupnął ten oto nakrapiany kubek. Służy do picia espresso – oto jego funkcja. Formą jest kolor, kształt, uchwyt lub ucho – brak uchwytu i ucha – decyzje, które zapadły w procesie projektowania odnośnie do materiałów, szkliwa. W sztuce projektowania motion design jest przypadkiem wyjątkowym i wcześniej nigdy niespotykanym, ponieważ nie wytwarza obiektu. Rezultat prac motion designerskich jest niefizyczny. Jego tkanką – i punktem dojścia – jest ruch.

A skoro motion design nie tworzy obiektu, warto spytać, co takiego tworzy?

Przedmiot motion designu

Rezultatem prac motion designerskich, z punktu widzenia praktycznego i użytkowego, jest najczęściej film cyfrowy lub element ruchomy.

Film ma to do siebie, że stanowi amalgamaty wszystkich innych form artystycznej ekspresji: literatury, muzyki, malarstwa, fotografii. Za Kubrickiem można powiedzieć, że jedynym wyjątkowym, a więc kluczowym, środkiem wyrazu filmu jest montaż, a więc długość i kolejność ułożenia ujęć względem siebie oraz znaczących przerw między nimi, pozwalających, na przykład, na nielinearną narrację. Montaż dotyczy jednak głównie filmu aktorskiego.

Dla motion designu, jako dziedziny związanej z filmem, istotną częścią składową oprócz montażu jest właśnie zjawisko ruchu samego w sobie, a to dlatego, że film rejestruje ruch, natomiast motion design go wytwarza.

Dumania filozoficzne na temat samego ruchu mogą wywołać i pewnie wywołują reakcję obronną pod postacią uśmiechu pełnego politowania. Zawieśmy przekonanie o tym, że wiemy, jak powstaje ruch, a okaże się, że praktyka nie jest wcale oczywista. Odpowiedzmy więc sobie na pytanie, jak się powołuje ruch do życia i przede wszystkim – czym jest – lub może być ruch dla nas, jako odbiorców.

O ruchu

Ruch stanowi równie istotny środek ekspresji, co kolor czy kompozycja, jest więc elementem języka całkiem niezależnego i nieredukowalnego. Motion design przy swoim eksplodującym tempie rozwoju forsuje konieczność powstawania całkiem nowego w polszczyźnie słownictwa, próbującego wyjaśnić subtelne rozróżnienia między poszczególnymi sposobami ruchu: „wyanimuj to, proszę, na twardo”, „na trójkach”, „poklatkowo”, „na sztywno”, „wyhamuj”, „z poślizgiem” i tym podobne zwroty stają się codziennością dla praktyków motion designu.

Jak jednak wytwarza się ruch technicznie? Standardowa taśma filmowa składała się z klatek, czyli następujących po sobie ramek lub obrazków. 24 obrazki wyświetlane na sekundę wystarczają, aby uzyskać dla ludzkiego oka poczucie płynności ruchu i po dziś dzień są standardem technicznym. Wspominam o tym, ponieważ historycznie zjawisko motion designu miało swój początek w sztuce filmowej. Najbardziej znanym przykładem będą tu rozbiegówki filmowe serii bondowskiej, prace Saula Bassa w Psychozie Hitchcocka czy intra Różowej Pantery z Peterem Sellersem. Jest to więc zjawisko z długą tradycją, wywodzące się z filmu, które zawsze stało w rozkroku między filmem, animacją i grafiką.

Motion design cechuje się tym, że nie rejestruje ruchu jak film aktorski, a preparuje go. Oto istotny dla zrozumienia poczucia ruchu paradoks: rotoskopia, czyli metoda polegająca na podrysowaniu nagranych ujęć aktorskich i upodobnienie ich do kreskówki, wykorzystana między innymi w klasycznej disnejowskiej Królewnie Śnieżce wypada dla widzów sztucznie. Paradoksem jest, że faktyczny, zarejestrowany ruch, po nadaniu plastyki, a więc przeprojektowaniu graficznym, powoduje u odbiorcy dysonans poznawczy. Jego odbiór wywołuje poczucie dyskomfortu, nieprawdziwości.

Rozwiązaniem tej dysocjacji emocjonalnej jest wytworzenie ruchu. W naszym odbiorze faktyczność ruchu stoi więc w sprzeczności z autentycznością uczuć. Ruch domaga się spreparowania, odręcznego wytworzenia i stylizacji. Ruch nie jest nam więc dostępny jako skończony „produkt” w samej rzeczywistości i nie jest bezpośrednio przenoszony w obręb motion designu – podobnie jak dźwięki tworzone przez Sound Designera na potrzeby aplikacji mobilnej nie występują w przyrodzie. Nie spotykamy nigdzie w naturze odgłosu przycisków, słyszanych podczas korzystania z aplikacji, a mimo to niektóre z nich wydają nam się trafione, gdy inne odczuwamy jako chybione. Podobnie sprawa ma się z ruchem.

Dlatego „motion design” możemy tłumaczyć zarówno jako „design w ruchu” – grafikę wprawioną w ruch – jak i „design ruchu” – projektowanie, tworzenie ruchu samego w sobie. Polszczyzna, jak widać, nie radzi sobie, grzęźnie, ale druga z wersji przekładu, niezgrabna i obcobrzmiąca, jest mimo wszystko trafniejsza merytorycznie.

Wiedząc to, co wiemy już o filmie i jego wymaganiach, według których 24 obrazki wyświetlone po sobie w ciągu sekundy są potrzebne do uzyskania wrażenia płynności, możemy stwierdzić, że ruch w motion designie to odpowiednio ułożone względem siebie w przestrzeni i w odpowiedniej długości wyświetlane po sobie obrazki lub rysunki.

Cała sztuka motion designu, jak i zresztą animacji – podobne medium i często synonimy – stanowi rodzaj iluzji optycznej i sztuczki magicznej. Jak każda sztuczka magiczna posługuje się metodą manipulacji. Motion design operuje na przecięciu zrozumienia ludzkiej psychologii, optyki, estetyki, do tworzenia iluzji oraz zasłon dymnych. Gdyby chciał zdradzić swoje sekrety, powiedziałby: „Patrz. Najpierw odwrócę twoje spojrzenie. Potem skupię twoją uwagę na tym, co mówię i mojej lewej ręce. I proszę, królik zawsze był w kapeluszu, twój portfel zawsze znajdował się za moim prawym uchem, prawda? Patrzyłeś tam, gdzie chciałem. Śledziłeś lewą rękę. A prawa cię oskubała. I nawet się nie zorientowałeś”.

Motion designer podczas pracy stawia – lub powinien sobie stawiać – pytania: w jaki sposób sprawić, żeby człowiek patrzył w odpowiednie miejsca na ekranie, w odpowiednim czasie i jakich narzędzi użyć, aby skierować wzrok widza na najważniejszy przekaz: tekst, ruch, postać, obiekt. Jak wykorzystać ruch, a więc zmianę, do wzmocnienia komunikacji z użytkownikiem lub odbiorcą? I jak sprawić, aby ruch sam w sobie był już komunikatem?

Ruch stanowi rodzaj osobnego języka, a zadaniem motion designera jest znalezienie odpowiedniego, „naturalnego” sposobu poruszania się zadanego przedmiotu. Mimo że ruch, jak sobie wyjaśniliśmy, jest spreparowany, nosi jednak pozory prawdziwości, co z kolei prowadzi do interesujących konsekwencji.

Kiedy poprawiając film lub obiekt animowany, zwracamy uwagę, że coś się rusza „niepoprawnie”, nie mówimy wcale o tym jak przedmioty, ludzie lub obiekty poruszają się faktycznie w rzeczywistości, ale o naszych uczuciach wywołanych przez ten ruch. Z tego powodu nie mówimy lub nie powinniśmy mówić o tym, że coś rusza się ładnie lub design „jest ładny”, ponieważ nie poruszamy się w kategoriach estetycznych, a w kategoriach skuteczności. Szukamy odpowiedzi na pytanie, czy emocje wywołane przez dany obiekt są zgodne z założeniami projektowymi. Próbujemy antycypować emocje, które rezultatami swojej pracy wywołujemy.

Motion designerzy są więc architektami ruchu. Skoro ustaliliśmy jednak, że film i animacje, elementy ruchome nie są obiektami, czym są? Jak mamy je rozumieć? Szukając odpowiedzi, stwierdzamy, że jeśli nie są obiektami, wydają się bliższe wydarzeniom. Doświadczamy ich, zamiast z nich korzystać.

Emocje i pojęcie sztuki

Lubimy sobie dzisiaj nazwać wszystko, co nam się podoba i sprawia radość, „sztuką”. Mówimy, że przygotowanie krewetek to „prawdziwa sztuka”, mówimy o „sztuce projektowania ogrodów”, nazywamy sushi naszego ulubionego kucharza „dziełem sztuki”. Za tym niechlujstwem stoją rzecz jasna dobre intencje i nasz entuzjazm, za którym język nie nadąża.

Całe pomieszanie wynika z dwóch sposobów użycia terminu „sztuka” w naszym życiu codziennym, przy czym każde z nich służy innym celom. W pierwszym przypadku, kiedy mówimy o „sztuce”, mówimy o tym, że ktoś posiada umiejętności warsztatowe, jak w angielskim terminie craft. W drugim przypadku „sztuka”, nie jako umiejętność, określa rezultat działań artystycznych. Dzieło artystyczne przybliża nas do metafizycznego, poszerza nasze zrozumienie innego, porusza egzystencjalnie. Te dwa wykorzystania słowa „sztuka” nie mają ze sobą większego związku.

O ile potrafimy docenić sprawność kucharza i wykrzyknąć z uznaniem: „w swoim fachu? to artysta!”, mówimy o jego praktycznej zręczności, wizji wykorzystywania składników. Osobiście, jako smakosz, zafascynowany teoretycznymi aspektami kuchni, stwierdzam, że nasze doświadczenie jedzenia świetnie przyrządzonej kiełbasy jest dalekie od doświadczenia metafizyczności i przykrej przyjemności, jaką sprawia wysłuchanie lub przeczytanie historii, w której uczciwie przedstawiona została ludzka kondycji. Gdzie Kafka, gdzie kiełbasa? Kto pyta? Chyba nikt. Co wcale nie umniejsza szefom kuchni – nie takie stawiamy wobec nich chyba oczekiwania.

Design, posiadając własne ambicje, nie jest sztuką w takim rozumieniu, w jakim grafika użytkowa nie jest malarstwem, copywriting nie jest literaturą, sound design nie jest komponowaniem muzyki, praca nad filmem reklamowym nie jest pracą nad fabularną produkcją filmową, choć może ją przypominać czysto technicznie i w podejmowanych czynnościach. Design wykorzystuje jedynie środki artystyczne, czerpie z nich i przetwarza je w celach praktycznych. Plakaty wykorzystują plastykę i techniki oraz sposoby ekspresji Picassa, Basquiata, Muchy lub osiągnięcia wycinankowego kolażu Matisse’a. Design zawsze jest wobec sztuk plastycznych spóźniony, ponieważ wykorzystuje sprawdzone i ugruntowane znane rozwiązania do celów praktycznych, a najczęściej oczywiście komercyjnych.

Różnicę podkreśla samo intuicyjne rozróżnienie, z którego korzystamy, gdy mając na myśli zespół designerów, mówimy o „kreatywnych”, nigdy o „artystach”.

Motion design nie porusza się więc w antynomiach „ładne – nieładne, „prawdziwe – nieprawdziwe”, a w kategoriach skuteczności: „działa – nie działa”. Przede wszystkim, czy działa w samej warsztatowej sprawności (formie). Po drugiej, czy pełni swoją funkcję – na przykład czy wywołuje odpowiednie emocje, które skutecznie nakłonią do podjęcia przez konsumenta lub widza jedynej słusznej decyzji („kup nasz produkt”, „zamów już teraz”, „dowiedz się więcej”, „wybierz nas”, „uznaj naszą markę za fajną dla ciebie i twoich rówieśników”).

Gdzie szukać nadziei w kapitalizmie?

Ponieważ większość motion designerów jest z wykształcenia lub powołania artystami, monetyzują w sztuce użytkowej, a więc designie, swoje talenty – gust, oko, warsztatową sprawność, wiedzę. Jestem przecież artystą, chcieliby zakrzyknąć, ale nikt przecież nie pytał. Więcej: nikt nawet nie prosił o podzielenie się swoimi motywacjami. Moje końcowe refleksje mogą być gorzkie, ale nie muszą. Tak, motion design jest sztuką, z tym że rozumianą jako rzemieślnicza sprawność i zręczność w wykonaniu lub zamyśle.

Jak więc ten nieszczęsny, skomercjalizowany motion design, w który wchodzi się z przekonaniem o robieniu sztuki i który sztuką nie jest, odchamić, aby nie czuć się tylko trybikiem w kapitalistycznej maszynie?

Oto moja odpowiedź, a może prośba lub życzenie. Portale branżowe i informacyjne – Onety, Interie, Pudelki – fora internetowe czy też portale social mediowe – Facebooki, Instagramy, YouTuby, TikToki – są przestrzenią publiczną. Formalnie należą do osób prywatnych, koncernów, ale tworzą społeczności, a więc przestrzeń wspólną, którą to my, użytkownicy oraz twórcy designu, mamy do zagospodarowania w postaci contentu, czyli zawartości. Ta zawartość może być reklamowa, rozrywkowa, edukacyjna. Wraz ze swoim dojrzewaniem, zawsze zaczyna jednak przypominać ruchome tablice ogłoszeniowe.

I podobnie jak baneroza w małych miastach, a więc spiętrzenie i absurdalne nagromadzenie plakatów, reklam, szyldów, woła i prosi o wsparcie umiejętnościami designera, a więc uporządkowanie – aby łatwiej nam się poruszało, żyło i doświadczało przestrzeni – tak samo robotą motion designera i jego praktyką oraz misją codzienną powinna być troska o przestrzeń wspólną, jaką jest przestrzeń online. Zwłaszcza kiedy mościmy się w niej coraz bardziej, a mój telefon złośliwie przypomina, że spędzam przed jego ekranem około czterech godzin dziennie.

Uprasza się więc o troskę o naszą codzienność. Wytwarzanie reklam, a więc doświadczeń nieinwazyjnych. Zadbanie o to, aby elementy interfejsów ruszały się w sposób niemal niewidoczny dla oka i intuicyjny – oto misja, rola i zadania godne motion designera. Pożyteczna i wynagradzająca służba społeczeństwu. Nie gorsza od innych służb, o których moglibyśmy pomyśleć.

 

The post Nie tak się to rusza. O designie w ruchu appeared first on Pro Libris.

]]>
Kutnowski okres życia Anny Goździalskiej https://prolibris.net.pl/kutnowski-okres-zycia-anny-gozdzialskiej/ Wed, 26 Nov 2025 08:52:01 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16779 Andrzej Olewnik

The post Kutnowski okres życia Anny Goździalskiej appeared first on Pro Libris.

]]>

Andrzej Olewnik

Kutnowski okres życia Anny Goździalskiej

 

Kiedy chodzimy od lat po znanych uliczkach swego miasta, zwykle nie zastanawiamy się, co w tych miejscach działo się przed laty, kto w mijanych właśnie kamieniczkach ongiś mieszkał, kim był… Ot, takie życie… w biegu… Ale przecież „wczoraj też było”.

No właśnie – słowa te zostały nieśmiało wypowiedziane tu w Kutnie kilkadziesiąt lat temu przez jedną z uczennic Szkoły Podstawowej i Liceum Ogólnokształcącego im. Henryka Dąbrowskiego i są ważne. Ale zacznę od początku.

Tak, w kwietniowy dzień pierwszy raz usłyszałem o Annie Tokarskiej z Zielonej Góry. No właśnie – z dalekiej Zielonej Góry, ale nie tylko, bo też z Łodzi i oczywiście i z Kutna – jak opowiadała mi w mojej bibliotece Mirosława Szott… z Zielonej Góry (i też nie tylko).

„Kutnowską” część tej opowieści po krótkim czasie zacząłem uzupełniać i ja. Stąd właśnie późniejsze moje odwiedziny m.in. w Archiwum Państwowym w Płocku Oddział w Kutnie, I LO czy spacery po miejscach bliskich Annie Goździalskiej, po mężu Tokarskiej. To wreszcie rozmowy z nielicznymi już – niestety – licealnymi koleżankami i kolegami.

I tak zapełniał się obraz patronki zielonogórskiego Festiwalu Literackiego organizowanego przez Wojewódzką i Miejską Bibliotekę Publiczną im. Cypriana Norwida w tymże mieście.

Nie jest to jeszcze historia rodziny do końca poznana, ale może z czasem…

Rodzina Anny Goździalskiej-Tokarskiej, co już wiemy, przybyła do Kutna ze Zgierza, na przełomie września i października 1935 r. Jedyna córka Elżbiety i Romana – Anna Elżbieta urodziła się 17 lutego 1936 r. w Łodzi.

W linii męskiej (po mieczu) Goździalscy wywodzili się z obecnego województwa kujawsko-pomorskiego, z okolic Włocławka. Ojciec Anny urodził się 17 lipca 1904 r. w miejscowości Czerniewice parafii Grabkowo (obecnie gmina Choceń, powiat Włocławek).

W Kutnie Roman Goździalski był handlowcem w składzie żelaza starego. Z kolei matka Elżbieta w rubryce „zawód” podawała – przy mężu. Rodzina często zmieniała miejsce zamieszkania – w samym Kutnie także.

Do połowy 1940 r. był to dom przy ulicy Mickiewicza 70 na terenie byłej osady fabrycznej cukrowni „Konstancja”. Do zmiany miejsca zamieszkania rodzina zmuszona została, kiedy niemieckie władze okupacyjne miasta (a trwała już przecież II wojna światowa i Kutno przyłączone zostało do Kraju Warty III Rzeszy) rozpoczęły przygotowania do tworzenia na tym terenie getta dla kutnowskich Żydów. Sam budynek do naszych czasów nie przetrwał, dzisiaj na tym miejscu jest plac.

Po wysiedleniu Anna z rodziną zamieszkała w budynku przy ulicy Sowińskiego 3/3 (choć według innych źródeł przenieśli się tam jeszcze przed wybuchem wojny). Rodzina przebywała pod tym adresem do sierpnia 1940 r., kiedy została kolejny raz zmuszona opuścić mieszkanie. Od tego czasu zameldowani byli w budynku przy ulicy Warszawskie Przedmieście 22/12, ale mieszkali kątem także u przyjaciół, gdy 25 sierpnia
1942 r. aresztowany został ojciec Anny, a majątek rodziny okupanci zarekwirowali.

Roman Goździalski wojnę przeżył. Po aresztowaniu przez 11 miesięcy przebywał w więzieniu, skąd na kolejny miesiąc trafił do męskiego Rozszerzonego Więzienia Policyjnego dla mieszkańców Kraju Warty łamiących okupacyjne prawo niemieckie w Łodzi-Radogoszczy. Stąd został wywieziony do nazistowskiego obozu koncentracyjnego w Auschwitz. W obliczu zbliżającej się Armii Czerwonej, w ekstremalnie mroźnych warunkach wraz ze współwięźniami ewakuowany został w „marszu śmierci” do Konzentrationslager Mauthausen w Austrii, gdzie po pięciu miesiącach doczekał wyzwolenia przez armię amerykańską. Do Kutna powrócił po 10 lipca 1945 r., po odbyciu przymusowej kwarantanny. W Kutnie Roman Goździalski ponownie zajął się prowadzeniem składu żelaza.

Początki były bardzo trudne. Nie było bowiem żadnej szansy na odzyskanie zarekwirowanego przez Niemców mienia lub nawet jego części czy równowartości, aby móc ponownie uruchomić działalność.

Zgodnie ze zgłoszeniem szkód wojennych przyjętym przez Łódzki Urząd Wojewódzki w sierpniu 1945 r., rodzina w czasie wojny utraciła m.in.: samochód osobowy Ford, meble, radio, maszynę do szycia i opał. W składzie żelaza odnotowany został brak 30 ton kutego żelaza. Niebawem zresztą skład został upaństwowiony. Rodzina wówczas zamieszkała w budynku przy ulicy Matejki 2.

Anna po zakończeniu działań wojennych zapisana została do szkoły podstawowej. Do roku 1948 ukończyła jej siedem klas i z rokiem szkolnym 1948/1949 przyjęta została do klasy VIII utworzonej na wzór sowiecki jedenastoletniej Szkoły Podstawowej i Liceum Ogólnokształcącego im. Henryka Dąbrowskiego przy ulicy Kościuszki w Kutnie. Placówka miała bardzo dobrą kadrę pedagogiczną, była świetnie wyposażona – posiadała 16 sal wykładowych, salę gimnastyczną, świetlicę, dwie szatnie, gabinet fizyczny, chemiczny, pracownię biologiczną, bibliotekę, gabinet lekarski, jadalnię, kuchnię i internat żeński i męski.

Jej wychowawcą został Józef Mierzwiński, Kresowiak, żołnierz 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej, Sybirak, a po powrocie do kraju wieloletni nauczyciel szkół kutnowskich i dyrektor II LO. Annę Goździalską uczył przedmiotu nauka o konstytucji.

Liceum Anna Goździalska ukończyła zdaniem egzaminu maturalnego 27 maja 1953 r. przed Państwową Komisją Egzaminacyjną z następujących przedmiotów: język polski, historia, nauka o konstytucji, matematyka i fizyka. Po ukończeniu szkoły w 1956 r. wyjechała do Łodzi i jeszcze w tymże samym roku do Zielonej Góry.

Po trudach życia, w 2013 r., na zawsze spoczęła w Kutnie, w rodzinnym grobie razem z babcią i rodzicami. Teraz, dzięki Mirosławie Szott, po latach zapomnienia pamięć o Annie Goździalskiej-Tokarskiej powróciła i do Kutna. Przecież „wczoraj też było” – to oczywiście słowa Anny, które przypomniała sobie w rozmowie ze mną jej szkolna koleżanka.

Grób rodziny Goździalskich na Kutnowskim Cmentarzu Parafialnym (sektor 23, rząd 1, grób 76. Fot. Andrzej Olewnik
Grób rodziny Goździalskich na Kutnowskim Cmentarzu Parafialnym (sektor 23, rząd 1, grób 76. Fot. Andrzej Olewnik

Źródła (wybór):

Archiwum Państwowe w Płocku Oddział w Kutnie

  • Akta miasta Kutna sygn. 212. Księga kontroli ruchu ludności miasto Kutno Tom I 1935 r., k. 54.
  • Akta miasta Kutna sygn. 213. Księga kontroli ruchu ludności miasto Kutno 1936 r., k. 25.
  • Akta miasta Kutna sygn. 223. Spisy wyborców z 1939 r.
  • Liceum Ogólnokształcące im. gen. J.H. Dąbrowskiego w Kutnie zespół 51/264/0. Arkusz ocen Anny Goździalskiej sygn. 73, k. 40.
  • Starostwo Powiatowe w Kutnie 1945-1950 sygn. 15. Kwestionariusz dotyczący szkód wojennych k. 123-125.

I Liceum Ogólnokształcące im. gen. J.H. Dąbrowskiego w Kutnie. Muzeum szkolne

  • Kronika Szkoły Podstawowej i Liceum Ogólnokształcącego im. H. Dąbrowskiego w Kutnie. Absolwenci rok 1952/53, k. 47.

I Liceum Ogólnokształcące im. gen. J.H. Dąbrowskiego w Kutnie. Archiwum zakładowe

  • Protokół egzaminu dojrzałości w Liceum Ogólnokształcącym. Rok 1953. Protokół nr 25 Anny Goździalskiej.

Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna im. S. Żeromskiego w Kutnie

  • Wachnik Bronisław, Zarys historii Szkoły Podstawowej i Liceum Ogólnokształcącego imienia H. Dąbrowskiego w Kutnie. Przebojem. Jednodniówka jubileuszowa, 1958, s. 7-16.

The post Kutnowski okres życia Anny Goździalskiej appeared first on Pro Libris.

]]>
Kutno – miasto wczesnej młodości Anny Tokarskiej https://prolibris.net.pl/kutno-miasto-wczesnej-mlodosci-anny-tokarskiej/ Tue, 25 Nov 2025 12:56:07 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16748 Mirosława Szott

The post Kutno – miasto wczesnej młodości Anny Tokarskiej appeared first on Pro Libris.

]]>

Mirosława Szott

Kutno – miasto wczesnej młodości Anny Tokarskiej

 

Postanowiłam jechać do Kutna właściwie z jednego powodu: nie byłam pewna daty śmierci Anny Tokarskiej ani tego, czy została rzeczywiście pochowana na cmentarzu w Kutnie. Grobonet o jej obecności na Cmentarzu Parafii św. Wawrzyńca w Kutnie milczy, choć są tam pochowani jej rodzice (Elżbieta i Roman Goździalscy) i prawdopodobnie babcia (Stanisława Goździalska). Minęło 12 lat od śmierci poetki i trudno uwierzyć, że nikt tego wcześniej nie zweryfikował. Autorka Portretu z ptakiem stała się po śmierci patronką Festiwalu Literackiego „Proza Poetów”, a jej twórczość jest odczytywana ciągle na nowo.

Nieprecyzyjne daty rzadko zdarzają się w XXI wieku. Zwłaszcza kiedy ktoś nie jest anonimowy. Jednak Zielona Góra o śmierci Tokarskiej została poinformowana przez jej syna po kilku dniach od odejścia. Nikt z jej przyjaciół nie miał szansy być na pogrzebie. Wszelkie źródła internetowe podają więc błędną datę 28 października; na moją prośbę dodano w Wikipedii prawidłową datę śmierci (obok drugiego wariantu).

*

Wybieram na tę czterogodzinną podróż pociągiem zimny, kwietniowy dzień. Na tyle zimny, że jadę w najcieplejszej kurtce. Na dworcu łapię taksówkę, pan z podbitym okiem nie wzbudza zaufania, ale szybko przełamuje dystans i pyta, po co przyjechałam. Najpierw mówię mu, że chciałam sprawdzić, co miał na myśli Tuwim, pisząc w wierszu „Rzuciłbym to wszystko, rzuciłbym od razu/ Osiadłbym jesienią w Kutnie lub Sieradzu”. A to nie wszystko – dorzuca pan – „O Kutno! O Kutno!/ wyprałoś mnie z uczuć jak płótno”. Zna pani? To Jeremi Przybora – dodaje, widząc w lusterku mój niepewny wzrok. W końcu wyjaśniam mu powód. Kierowca żywo interesuje się wątkiem zielonogórsko-kutnowskiej poetki. Wybieram adres „Warszawskie Przedmieście 22”, bo to jedyny ślad, który znalazłam w filmie dokumentalnym z 2018 roku Nieparzysta. Opowieść o Annie Tokarskiej *. Wysiadam z taksówki i zupełnie bez mapy rozglądam się po ulicy. Zaczyna padać śnieg. Jedna pani nie wpuszcza mnie, bo wyglądam, jakbym coś sprzedawała albo zbierała na chore dzieci. Dzwonię znowu, aż otwiera okno i pozwala mi dokończyć pytanie; Goździalscy nigdy tu nie mieszkali – słyszę. Trafiam na podwórko bardzo starej kamienicy z czerwonej cegły (to przecież był pruski zabór). Nie ma w okolicy nic, co wyglądałoby na starsze. Na podwórku dwóch panów 60+ rąbie drewno. Jeden z nich mówi, że żona wróci niedługo z zakupów i może ona będzie coś wiedzieć. Ojciec Tokarskiej zmarł w 1983 roku, więc jest szansa, że będzie pamiętać. Kręcę się po pobliskich uliczkach, śnieg zamienia się w deszcz. Po pół godzinie wracam i zastaję kobietę, która jednak nie kojarzy nazwiska „Goździalscy”. Mnóstwo kamienic zostało wyburzonych, ale też zmianie uległa numeracja domów – tłumaczy. To ważna dla mnie informacja. Dopiero teraz, wychodząc z podwórka kamienicy, widzę po drugiej stronie ulicy niebieską kapliczkę z Matką Boską.

Następne punkty to: Muzeum Regionalne w Ratuszu, Biblioteka w Kutnie, Kutnowski Dom Kultury i na koniec Cmentarz Parafii św. Wawrzyńca. Na szczęście wszystko wydaje się blisko w tym 40-tysięcznym miasteczku. Idę pieszo, bo deszcz przestał padać (ale wiatr nie zwolnił), mijam mnóstwo lumpeksów. Po raz pierwszy też zauważam małe krzaczki róż. Nie jest to przypadek – Święto Róż organizowane jest we wrześniu w Kutnie od 50 lat.

Mimo dobrych chęci w Muzeum oraz Kutnowskim Domu Kultury nie znajduję podpowiedzi. Zostawiam tomik dla nieobecnej Oli Kołodziejek, z którą rozmawiam wieczorem przez telefon, a którą parę tygodni później poznaję bezpośrednio na Festiwalu Silesius we Wrocławiu. Trafiam jednak do miejsca szczególnego – Miejskiej i Powiatowej Biblioteki Publicznej im. Stefana Żeromskiego. Jedna z pań prowadzi mnie od razu do pana Andrzeja Olewnika, starszego kustosza, z którym natychmiast łapię kontakt przez kresowy temat – od 1996 roku jest członkiem Związku Sybiraków, a moja babcia była przesiedlona z okolic Wilna, co trochę słychać w melodii mojego głosu. Siedzimy i rozmawiamy dłużej niż godzinę. Opowiadam temu wnikliwemu regionaliście o najważniejszej zielonogórskiej poetce, która wiele lat spędziła w Kutnie (wyjechała dopiero na studia). Chyba nikt tu o niej nie słyszał, więc czuję głęboką satysfakcję, że zdradzam takie rewelacje. Daję panu Andrzejowi tomik Anny, zapisuję mu kilka faktów z jej życia na ostatniej stronie. Pan Andrzej obiecuje, że rozejrzy się po archiwach, parafialnych dokumentach. Ufam mu od razu, a w drodze powrotnej będę czytać w internecie jego biogram: nauczyciel, kronikarz parafialny, działacz Solidarności, kolporter podziemnych wydawnictw w latach 80. XX w., współredaktor podziemnego pisma. Nie mogłam trafić lepiej.

Zostaje mi ostatni i najważniejszy punkt wycieczki: cmentarz. Kupuję mały znicz i zapałki. Sektor 23, rząd 1, numer grobu 76. Trafiam bez problemu. Jest mała tabliczka z nazwiskiem Anna Tokarska. Data śmierci: 12.10.2013. Przedziwny to jest dla mnie moment. Jakiegoś wewnętrznego spokoju. Czyli tu jest pochowana Anna – jak zresztą zapewniał mnie Jarosław, jej syn (w co nie do końca wierzyłam). Zauważam, że pali się znicz, więc ktoś tu niedawno był. Pierwszą osobą, której wysyłam zdjęcie grobu, jest pan Andrzej. Po paru tygodniach odzywa się z nowymi informacjami o Annie. W esemesie wysyła zdjęcia akt z archiwum. Dzwonię do niego, proponuję mu, żeby ze mną napisał ten artykuł. I – wykorzystując jego otwartość – podsuwam jeszcze jeden interesujący trop: szkoły. W tym czasie zabieram stare drzwi od mieszkania Anny (zdeponowane w piwnicy Biblioteki Norwida). Odtąd leżą w moim garażu, bo mam na nie swój plan. Poniżej relacja pana Andrzeja.

 


*  Nieparzysta. Opowieść o Annie Tokarskiej [film], koordynator projektu Robert Rudiak, scenariusz Anna Klaudel i Maciej Klaudel, montaż Justyna Poniatowska, Lubuskie Stowarzyszenie Miłośników Działań Kulturalnych „Debiut”, Zielona Góra 2018.

Tablica nagrobna Anny Tokarskiej na Kutnowskim Cmentarzu Parafialnym, Fot. Andrzej Olewnik

The post Kutno – miasto wczesnej młodości Anny Tokarskiej appeared first on Pro Libris.

]]>
Do pestki skłania się pragnienie. Psychoanalityczna wariacja na temat wiersza Obieranie jabłka https://prolibris.net.pl/do-pestki-sklania-sie-pragnienie-psychoanalityczna-wariacja-na-temat-wiersza-obieranie-jablka/ Tue, 25 Nov 2025 12:33:21 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16730 Iza Uroda

The post Do pestki skłania się pragnienie. Psychoanalityczna wariacja na temat wiersza Obieranie jabłka appeared first on Pro Libris.

]]>

Iza Uroda

Do pestki skłania się pragnienie.
Psychoanalityczna wariacja na temat wiersza Obieranie jabłka

 

Mówi Mieczysław J. Warszawski, leżąc na kozetce.

Nie wiem, który z panów zacząłby zadawać pytania. Podejrzewam, że pan, doktorze Freud, wolałby zacząć od matki. A pan, doktorze Jung, od archetypu. Ale zanim wsadzicie mnie między swoją teorię libido a Cień, pozwólcie, że powiem wam wiersz. Tak, z pamięci. Taki mam zwyczaj. Kiedy nie potrafię czegoś wyjaśnić – recytuję:

Niebo coraz niżej,
coraz mniej sadu
i ani zerwane wprost
z jabłonki, ani spadziowe…

To nie jabłko mnie wtedy interesowało, panowie. Wcale nie owoc, nie botanikę wspomnień uprawiałem. Ja tylko chciałem zrozumieć Ewę. Tamtą. Wszystkie. Może właśnie dlatego je obierałem. Cienko, powoli, jakby każde okrążenie skórki miało zedrzeć jeszcze jedną warstwę milczenia, jaką nakładają na kobietę wieki kultury i prywatnych rozczarowań.

I tak, Freudzie – miał pan rację. Jabłko w moim wierszu jest pełne popędu. Nie erotycznego jednak, ale poznawczego. Ja nie chciałem jej rozebrać – ja chciałem ją zrozumieć. Rozłożyć na czynniki pierwsze, jak esej. Jak zdanie z dwuznaczną składnią.

A że Ewa? Nazwałem ją Ewa, bo każde jabłko niesie grzech. Ale nie grzech, który karze. Grzech, który tłumaczy. Grzech bycia sobą – bez masek, bez skórek. Bo przecież, panowie, najgłębsze rzeczy zawsze są pod spodem. Pod ciałem, pod słowem, pod historią.

Nieważne też, czy to
papierówka, czy malinówka,
a być może złota
reneta […]

Wymieniam je, jakby miało to znaczenie, ale tylko po to, by pokazać, że nie ma znaczenia. Kobieta nie jest odmianą, nie da się jej sklasyfikować. Ani jej pamięci. Ani wspomnienia o niej. A przecież wspomnienie to jedyna rzecz, jaką miewamy naprawdę.

Dlatego właśnie, doktorze Jung, mówi pan o archetypach. Ale dla mnie portret Ewy – ten z wiersza – nie jest archetypem. To projekcja. Obraz tak przefiltrowany przez moją pamięć, że ona już dawno przestała być sobą. Stała się mną. Moją potrzebą rozumienia. Moją winą. Moim cichym pragnieniem, by ktoś – choć raz – pozwolił mi zdjąć skórkę z prawdy.

I jakby na paterze
podana martwa nasza
natura…

Zatrzymałem ją, panowie. W bezruchu. W nieruchomym geście martwej natury. Nie dlatego, że chciałem ją zaszufladkować – ale dlatego, że się bałem. Że jeśli się poruszy, odejdzie. A jeśli zostanie – zrani. Tak więc kładę jabłko na paterze. Niech sobie leży. Niech będzie wspomnieniem, nie kobietą. Obiekt można obierać. Człowieka – nie.

Poprzez słodycz miąższu
albo cierpką kwasotę
do pestki skłaniasz…

A tu już, panie Freud, wchodzimy w teren śliski. Cierpkość, słodycz, pestka. Och, wiem, co pan powie: oralna faza rozwoju, ambiwalencja emocji, trauma dzieciństwa. Ale niech pan posłucha jeszcze jednej interpretacji: miąższ to wspomnienia. Czasem słodkie, czasem cierpkie. A pestka? Pestka to to, czego nie mogłem wtedy powiedzieć. Co zostało we mnie – twarde, zamknięte.

I obierając, zbliżam się do niej. Nie po to, żeby ją połknąć. Ale po to, żeby ją zobaczyć. Bo każdy człowiek – panowie, i to mówię z doświadczenia emigranta, eseisty i człowieka dwóch ojczyzn – składa się z warstw. I nikt nie jest tym, czym się wydaje. I tylko niektórzy pozwalają się obrać.

Więc kiedy pytacie mnie, kim była Ewa – odpowiem: była pretekstem. Pretekstem, by zobaczyć siebie.

 

 

The post Do pestki skłania się pragnienie. Psychoanalityczna wariacja na temat wiersza Obieranie jabłka appeared first on Pro Libris.

]]>
Pamięć ciała https://prolibris.net.pl/pamiec-ciala/ Tue, 25 Nov 2025 12:26:51 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16719 Magdalena Wijatkowska

The post Pamięć ciała appeared first on Pro Libris.

]]>

Magdalena Wijatkowska

Pamięć ciała

Zdarza się, że pewien smak, zapach albo dotyk budzi w nas wspomnienie intensywniej niż słowo. Nie pamiętamy sytuacji – pamiętamy ciało, które w niej było. Skóra przypomina sobie chłód nocy, język – cierpkość pierwszego pocałunku, dłonie – ciężar jabłka, które wtedy podała. Wiersz Obieranie jabłka Mieczysława J. Warszawskiego wydaje się być właśnie takim wspomnieniem – nie intelektualnym, nie linearnym, ale cielesnym. To powrót do kobiety i relacji przez gest, smak i dotyk. I choć w tle majaczy archetyp Ewy, a jabłko kusi symboliką od stworzenia świata, to tym razem nie chodzi o grzech. Chodzi o pamięć – tę, którą nosi nie głowa, ale ręka.

Już pierwsze wersy wprowadzają nas w atmosferę zanikania: „Niebo coraz niżej,/ coraz mniej sadu”. Świat się kurczy – nie dosłownie, ale w wymiarze dostrzegalnym dla kogoś, kto czuje, że pamięć przestaje sięgać tak daleko, jak kiedyś. Niebo jako to, co wzniosłe, duchowe, odległe, zbliża się do człowieka – może po to, by go pochłonąć, może po to, by przypomnieć, że wszystko ostatecznie staje się ziemią. Sad – przestrzeń dojrzewania, życia i rozkwitu – znika. Zostaje pojedyncze jabłko. Reszta jest wspomnieniem.

To jabłko nie ma już nazwy. Może to papierówka, może malinówka, może złota reneta – ale żadna z tych odmian nie zostaje rozpoznana. To nieistotne. Tak jak w neuronauce emocji – mózg nie musi pamiętać nazwy, by przypomnieć sobie uczucie. Smak aktywuje nie słowo, lecz przeżycie. Wspomnienie zapisuje się nie w opisie, ale w sieci zmysłowych impulsów. Dla bohatera wiersza jabłko jest tylko bramą do tego, co naprawdę istotne: „intryguje/ mnie przede wszystkim/ tylko twój portret”. I to właśnie tu zaczyna się obieranie nie owocu, lecz relacji.

Wiersz Warszawskiego można czytać jako próbę dotarcia do najgłębszej warstwy wspomnienia poprzez powtarzanie gestu. Obieranie jabłka to przecież ruch codzienny, mechaniczny, ale i intymny. W kontekście tego wiersza – niemal erotyczny. „Tak się właśnie/ poprzez słodycz miąższu/ albo cierpką kwasotę/ do pestki skłaniasz” – mówi podmiot liryczny. Nie jest to obiektywna obserwacja. To głęboko osobiste doświadczenie, w którym ciało zapamiętuje emocje lepiej niż pamięć logiczna. Jakby dłonie nadal pamiętały jej obecność, nawet jeśli reszta dawno ją zapomniała.

W neuronauce coraz częściej mówi się o tzw. pamięci somatycznej – czyli takiej, którą przechowują nasze mięśnie, nerwy, reakcje fizjologiczne. To ona sprawia, że słysząc zapomnianą melodię, czujemy ścisk w gardle, choć nie wiemy, dlaczego. To ona podpowiada palcom, jak trzymać dłoń ukochanej osoby, choć nie widzieliśmy jej od lat. I to ona – w wierszu – każe sięgać po nóż i jabłko. To nie tylko symbol. To akt przywoływania, performans pamięci. Obierając, podmiot nie tylko wspomina kobietę. On ją odtwarza. Jakby każdy pasek skórki był fragmentem rozmowy, ciała, spojrzenia.

Obraz „martwej natury” również zyskuje tu nowe znaczenie. „Jakby na paterze/ podana martwa nasza/ natura” – pisze Warszawski. Czy to martwa natura w sensie malarskim – zatrzymany moment, przedstawiony estetycznie i bez ruchu? A może martwa – bo relacja już nie żyje? Albo natura – ta instynktowna, cielesna, która teraz istnieje tylko jako ekspozycja, już nie w pełni realna, ale nadal fascynująca? Bohater wiersza nie analizuje, nie żąda – on patrzy. I obiera. Rytualnie. Jakby ten gest mógł przywrócić coś, czego nie da się odzyskać inaczej.

Wspomnienie kobiety staje się wspomnieniem smaku, tekstury, kwaśności. Nie potrzeba dialogów, nie potrzeba scen – wystarczy cierpkość. Wystarczy, że język przypomni sobie smak, który kiedyś należał do niej. W tym sensie jabłko jest jak medium – jak organiczny nośnik pamięci ciała. Pestka zaś – to esencja, jądro wspomnienia. Może nieprzydatna, może niejadalna, ale niezbędna, by jabłko było całością. I tak samo – może bolesna, ale nie do usunięcia – jest pamięć o kimś, kogo ciało pamięta lepiej niż rozum.

Ostatni wers – „odkrawając skórkę” – zostaje samotny, jak gest w pustym pokoju. Jest cichy, ale precyzyjny. Nie ma tu emocjonalnego wybuchu, nie ma patosu. Jest tylko ten ruch – znajomy, domowy, niemal bezwiedny. Ale w tym właśnie tkwi siła zakończenia. To nie słowa mają ostateczne znaczenie – to gest. Pamięć ciała nie krzyczy – ale nie daje o sobie zapomnieć. Można zapomnieć imię, adres, twarz. Ale nie sposób zapomnieć, jak się kogoś obierało z warstw – aż do środka, aż do pestki. Bo niektóre wspomnienia są ukryte głębiej niż język.

Leszek Frey Witkowski, „osad poetycki” do wiersza Mieczysława J. Warszawskiego Obieranie jabłka
Leszek Frey Witkowski, „osad poetycki” do wiersza Mieczysława J. Warszawskiego Obieranie jabłka

The post Pamięć ciała appeared first on Pro Libris.

]]>
Docieranie do prawdy https://prolibris.net.pl/docieranie-do-prawdy/ Tue, 25 Nov 2025 12:01:35 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16710 Marcin Głowa

The post Docieranie do prawdy appeared first on Pro Libris.

]]>

Marcin Głowa

Docieranie do prawdy

Wiersz Obieranie jabłka Mieczysława J. Warszawskiego, choć na pierwszy rzut oka opisuje prostą czynność, ujawnia przy uważniejszym odczytaniu bogactwo metafor i egzystencjalnych odniesień. To subtelna, ale niezwykle gęsta znaczeniowo medytacja nad relacją dwojga ludzi, nad czasem, który przemija, oraz nad próbą uchwycenia sensu poprzez najbardziej codzienne gesty.

Centralnym symbolem jest jabłko – owoc silnie zakorzeniony w kulturze, religii i literaturze. Jego obecność przywołuje biblijną historię Ewy i grzechu pierworodnego. W kontekście dedykacji „Ewie” może to wskazywać na osobistą historię – być może partnerki, kobiety będącej inspiracją, ale też symboliczną „inicjatorką” duchowego przebudzenia. Autor jednak nie moralizuje; jabłko przestaje być zakazanym owocem, a staje się narzędziem introspekcji, czymś, co pozwala dotknąć głębi emocji i doświadczenia.

Obieranie jabłka, gest czuły i codzienny, zyskuje w utworze wymiar intymnego rytuału. Skupienie na tej czynności ujawnia potrzebę zrozumienia drugiej osoby – nie powierzchownie, ale poprzez cierpliwe docieranie do jej wnętrza. Warstwy jabłka – skórka, miąższ, pestka – odzwierciedlają etapy tego procesu. Skórka to fasada, pozór. Miąższ to to, co codzienne, cielesne, zmysłowe. Pestka – ukryta w środku – może być zarówno gorzką prawdą, jak i ziarnem przyszłości.

Tym samym jabłko staje się także metaforą miłości – związku, który przechodzi przez różne fazy: początkowy zachwyt, słodycz bliskości, aż po konfrontację z tym, co trudne, bolesne, często przemilczane. Czy związek przetrwa tę konfrontację? A może „pestka” to już tylko martwy środek – obraz końca, ale i nadziei na nowy początek?

W tym świetle szczególnego znaczenia nabierają wersy: „coraz mniej sadu” i „niebo coraz niżej”. Obraz zanikającego ogrodu i opadającego nieba staje się sugestywną wizją schyłku. To nie tylko koniec relacji, ale też przemijanie jako takie – może starość, może żałoba, może egzystencjalne wypalenie. To świat, w którym owoce już nie dojrzewają, a wszystko, co żywe, ulega zatrzymaniu.

Ten klimat potęguje motyw „martwej natury” i „portretu”. Portret – zastygła, niematerialna obecność – przywołuje nie tylko pamięć ukochanej osoby, ale także doświadczenie nieobecności. Martwa natura to coś, co zostało utrwalone, ale już nie żyje – jak relacja, która przeszła w fazę wspomnienia. Emocje, choć intensywne, są zatrzymane, „podane na paterze” jak eksponat – coś pięknego, ale bez życia.

Choć Warszawski posługuje się prostym językiem, jest to poezja nasycona ciszą, niedopowiedzeniem i głęboką emocjonalnością. Nie znajdziemy tu wielkich słów, lecz właśnie dzięki tej powściągliwości wiersz staje się jeszcze bardziej przejmujący. Obieranie jabłka nie jest tu opisem fizycznym – to zapis wewnętrznej wędrówki, kontemplacji, próby uchwycenia tego, co ulotne.

Ostatecznie Obieranie jabłka to poetycka próba dotarcia do prawdy – o sobie, o drugiej osobie, o przemijaniu. To utwór o tym, że nawet najprostszy gest może być lustrem całego życia, a jabłko – symbolem raju utraconego, z którego wszyscy zostaliśmy wygnani.

 

 

The post Docieranie do prawdy appeared first on Pro Libris.

]]>
Pozwolić się obrać https://prolibris.net.pl/pozwolic-sie-obrac/ Tue, 25 Nov 2025 11:42:38 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16701 Julia Mickiewicz

The post Pozwolić się obrać appeared first on Pro Libris.

]]>

Julia Mickiewicz

Pozwolić się obrać

Wiersz Obieranie jabłka Mieczysława J. Warszawskiego to nie tylko obraz codziennej czynności, ale także subtelna medytacja nad bliskością, intymnością i tym, co dzieje się, gdy pragniemy dotrzeć do sedna drugiego człowieka. Choć oparty na obrazie jabłka – owocu tak zwykłego, że niemal przezroczystego w swojej symbolice – tekst ten sięga głębiej, stając się metaforą poznania, miłości i odsłaniania prawdy.

Już sam tytuł sugeruje gest: obieranie, zdejmowanie czegoś z powierzchni. Warstwa po warstwie. To jabłko nie zostaje ugryzione ani przekrojone, ale właśnie obrane – z czułością, powoli, z namysłem. Jakby autor wiedział, że prawda nie leży na wierzchu. I że nie da się jej zdobyć przemocą. Trzeba podejść z szacunkiem.

Wiersz dedykowany jest Ewie – imię to nieprzypadkowo przywodzi na myśl biblijną Ewę i rajski owoc poznania. Ale tu nie chodzi o grzech. Tylko o miłość. Taką, która nie zatrzymuje się na tym, co powierzchowne. Taką, która chce poznać do końca. Nawet jeśli po drodze napotka cierpkość albo ból.

Autentyczność człowieka odsłania się dopiero wtedy, gdy dotkniemy jego wnętrza, nawet jeśli to wnętrze czasem boli. Bo to, co prawdziwe, rzadko bywa gładkie i wygodne. Pod delikatną skórką – jak pod skórką jabłka – oprócz słodyczy kryje się także cierpkość, ślady dawnych zranień, zapach wspomnień, lęki i czułości. Zbliżenie się do tej esencji drugiego człowieka to akt największej intymności – ryzykowny, bo można dotknąć czegoś kruchego. Ale właśnie tam, gdzie jest ból, zaczyna się głęboka prawda. Nie ta, którą pokazujemy światu, lecz ta, która szeptem mówi: „oto jestem”. I być może to właśnie ona najbardziej zasługuje na miłość.

Martwa natura, choć pozornie nieruchoma i zamknięta w swojej formie, w tym wierszu zyskuje nowe życie. Staje się metaforą relacji, która zatrzymała się w czasie. Jabłko na paterze to może już nie owoc miłości, lecz jej wspomnienie – piękne, ale nietknięte. Obieranie go to próba ponownego zbliżenia się do tego, co było kiedyś żywe. To gest pełen czułości, skupienia i zadumy, jakby poprzez ten codzienny rytuał chciało się na nowo dotrzeć do sedna: do miąższu uczuć, które być może nadal istnieją pod skórką obojętności. Martwa natura w tym świetle to nie tyle znak końca, co zawieszenia – moment, w którym można jeszcze wszystko przemyśleć, zanim pestki zostaną odrzucone lub zasiane na nowo.

„Obieranie jabłka” to więc cały proces. To podróż – przez smak, dotyk, zapach i wspomnienia – do najgłębszego punktu bycia razem. Do pestki. Do rdzenia. Do tego, co zostaje, gdy już wszystko inne zostanie zdjęte.

To wiersz o zaufaniu. O gotowości, by pozwolić się obrać. I o odwadze, by obierać drugiego człowieka z jego masek. Nie po to, by go ocenić, ale by naprawdę go zobaczyć. Może właśnie taka jest istota miłości: widzieć do końca i nie odwracać wzroku.

 

 

The post Pozwolić się obrać appeared first on Pro Libris.

]]>