Mirosława Szott Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/miroslawa-szott/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Fri, 28 Nov 2025 07:34:18 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Mirosława Szott Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/miroslawa-szott/ 32 32 Nie tylko szkice środowiskowe. Karol Maliszewski, Poeta jako krytyk (i inne szkice środowiskowe) https://prolibris.net.pl/nie-tylko-szkice-srodowiskowe-karol-maliszewski-poeta-jako-krytyk-i-inne-szkice-srodowiskowe/ Fri, 28 Nov 2025 07:23:06 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17052 Mirosława Szott

The post Nie tylko szkice środowiskowe. Karol Maliszewski, Poeta jako krytyk (i inne szkice środowiskowe) appeared first on Pro Libris.

]]>

Nie tylko szkice środowiskowe

Karol Maliszewski, Poeta jako krytyk (i inne szkice środowiskowe), Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław 2025, 356 s.

Nie jest tak prosto napisać o książce, której autorem jest Karol Maliszewski. To krytyk, na którego tekstach uczyłam się czytać i rozumieć poezję od czasu studiów. Chyba każdy, kto kończy polonistykę, zna na wyrywki legendarny tekst Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy. Krzysztof Siwczyk stwierdził: „Ostra kreska, którą oddzielił autorów o proweniencji herbertowskiej od bardziej zadziornych, punkowych rzezimieszków, miała w sobie coś z gestu premiera Mazowieckiego”[1]. Wywołało to dyskusję, jakiej krytyka literacka później już nie doświadczyła. Także na podwórku lubuskim bardzo ceniony i mający świetne rozeznanie (jurorujący m.in. w Lubuskich Wawrzynach). Nie będzie to zatem typowa recenzja czy ocena, ale raczej próba podziękowania (w swoim imieniu) za to, co Karol Maliszewski robi od kilkudziesięciu lat dla polskiej poezji.

Zamiast skupić się na jednej książce i poddać ją analizie, wypożyczyłam jeszcze kilkanaście innych, pozwalając sobie na niespieszne powroty i doczytywanie dawnych tekstów. Tak chyba powinna wyglądać relacja, którą chciałabym nawiązywać z książkami. Jednak szybko wpadłam w taki stan, kiedy myślałam, że nie jestem gotowa, żeby cokolwiek napisać (przecież nie poznałam jeszcze wielu szkiców[2]). I tu zdałam sobie sprawę, że trudno ogarnąć tak rozległą twórczość, która nawarstwiała się przez lata. Nie zapominajmy też, że obok krytyki literackiej Karol Maliszewski pisał i wydawał tomiki poetyckie, prozę, a także pracował naukowo (habilitacja uzyskana w 2018 roku). Jednak żaden tytuł naukowy nie był mu tak naprawdę potrzebny w osiągnięciu prestiżu, bo jego autorytet jest ponad tym.

Relacja z lektury

W końcu też przeczytałam książkę Poeta jako krytyk (i inne szkice środowiskowe). Chodziłam z zamiarem opisania

swojej lektury kilka tygodni, dyskutowałam w myślach, aż w końcu zaczęłam zapominać o jej strukturze, głównych myślach, trochę ją zinterioryzowałam. I podejrzewam, że dopiero druga lektura pomogła mi zrozumieć poetę-krytyka. Nie jest to kategoria oczywista. Maliszewski już na pierwszych stronach zauważa, że obok ścieżki dziennikarskiej i naukowej (wymienia je Dorota Kozicka, odnosząc się do tekstu Przemysława Czaplińskiego), które mogą prowadzić do krytyki literackiej, jest jeszcze trzecia – poetycka, którą on intuicyjnie wybiera już na początku. Ale Maliszewski postanawia przyjrzeć się w tej książce innym odpowiednikom takich praktyk czytania. Poświęca temu pierwszą część publikacji. Mamy tu przypadek Bogusława Kierca, który pisał o poezji Juliana Przybosia tak, że sam Przyboś miał „dreszcze niesamowitości”; jest Henryk Bereza, znany krytyk, który pod koniec życia zaczął pisać wiersze, a więc – jak tłumaczy Maliszewski – prosić o głos, szukać prawdy. Ponadto znajdziemy także analizę lektury wierszy Piotra Sommera, Piotra Matywieckiego, Michała Fostowicza. Po tym rzetelnym spojrzeniu na piszących kolegów z branży (pomija krytyczki-poetki, zaznacza to na wstępie), przechodzi do szkiców środowiskowych.

To moja ulubiona część. Bardzo osobista. Maliszewski pisze o Dolnym Śląsku, ale nie jako regionalista, ale ktoś emocjonalnie odczuwający tę przestrzeń, jej podwójną mitologię. Bliżej mu – wyjawia – do czeskich pisarzy z Sudetów niż nieznanych mu kolegów ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w Warszawie. Lokalność była tym pierwszym doświadczeniem i chyba – w całym rozrachunku – najsilniejszym. Krytyk uświadamia sobie (prowadzi nas przez ten proces), że najwięcej w swoim życiu napisał o książkach i ludziach tutejszych. Pokazuje też, jak odkrywał duchowy charakter miejsca, jego genius loci, i że była to pierwsza lekcja tolerancji i zrozumienia iluzoryczności granic.

Nieco dalej wspomina, jak zaczęła się działalność poetyckiego klubu w Nowej Rudzie „Ogma” w 1990 roku. Regularne spotkania miłośników literatury (kto z nas nie zna tego z autopsji?), podczas których czytano swoje literackich próby, ożywiło znacznie życie literackie w mieście. Wspomnę tylko, że na tych spotkaniach pojawiała się m.in. Olga Tokarczuk, która pracowała wtedy nad swoją debiutancką książką Podróż ludzi Księgi. Maliszewski przytacza też inicjatywę zjazdu poetek i poetów z okolic. W maju 1991 roku odbył się I Wspólny Wieczór Zaprzyjaźnionych Poetów Dolnośląskich (impreza po latach przekształciła się w trwające do dziś Noworudzkie Spotkania z Poezją). Spotkaniom zaczęły towarzyszyć konkursy poetyckie, co przyciągało coraz więcej uczestników. Tak mniej więcej wyglądają początki jego pasji. Maliszewski po nakreśleniu rysu historycznego, przechodzi do omówienia liryki kilkorga dolnośląskich poetek i poetów: Zofii Mirskiej, Davida Magena, Leszka Pułki, Mirki Szychowiak, Tomasza Hrynacza, Grzegorza Tomickiego i Miłosza Kamińskiego. Po tym przeglądzie widać (poza tym, jak różne są to poetyki), w jaki sposób Maliszewski ustawia kąt patrzenia, jakie ścieżki wybiera (za każdym razem inne) i co go różni od sztucznej inteligencji. Otóż poza wnikliwą intelektualną analizą (którą niestety za jakiś czas będzie można łatwo naśladować za pomocą GPT), jest też przeżywanie, wręcz somatyczne odczuwanie literatury, dawanie sobie przestrzeni na wątpienie lub nierozwiązywanie wszystkich spraw. Pewna nieprzewidywalność gestów. Gdzieniegdzie ironia.

W Aneksie, który stanowi jedną trzecią książki, kilka ciekawych artykułów. Na początku powraca casus Henryka Berezy, którego pozycja jako krytyka zmieniła się diametralnie po 1989 roku. Został zepchnięty na margines, a jego dorobek – zlekceważony. Maliszewski przypomina jego wstrząsającą spowiedź z 1994 roku na łamach „Nowego Nurtu” i walkę o autonomię literatury. O jego opinię upomniały się w swoim czasie następne pokolenia młodych.

W kolejnym podrozdziale Maliszewski skupia się na czasopiśmie „Nowy Nurt”, jego pokoleniowości oraz zjawisku „krytyki towarzyszącej” (dzieli pod koniec tę kategorię na krytykę towarzyszącą pokoleniową i krytykę towarzyszącą środowiskową). Ciekawe są kulisy bitwy młodziaków i starszaków (lub też dodatkowo średniaków), która rozgrywała się na tle pisma i zorientowanie go na młodoliterackość. Następnie pisze o wierszach dystansujących się od nadmiernego zaangażowania się w sprawy Polski jako tematu poezji. Przytacza m.in. wiersz Marcina Świetlickiego Polska oraz Miłosza Biedrzyckiego Akslop. W jego szkicu pojawiają się też inni poeci pytający o Polskę: Jakub Pszoniak, Paweł Podlipniak, Edward Pasewicz, Tomasz Dalasiński. Każdy z nich zasługiwałby na odrębny komentarz.

Wisienką na torcie jest artykuł dotyczący twórczości Olgi Tokarczuk i wiary noblistki w sprawczość literatury. Przedstawia on etapy rozwoju światopoglądowego pisarki, jej pierwsze publikacje i wreszcie moment sięgnięcia po esej. To właśnie na trzech książkach eseistycznych Tokarczuk (Lalka i perła, Moment niedźwiedzia i Czuły narrator) skupia się Maliszewski w tym szkicu, pokazując jej fascynacje i duchowe rozumienie naszych czasów. Bardzo ciekawie pisze też o koncepcji metaksy jako mityczno-symboliczno-literackiej krainy.

Czuły krytyk

Myślę, że Maliszewski jako krytyk to przede wszystkim czuły krytyk (na wzór czułego narratora). Pisanie jest w jego przypadku dokładnie tym, o czym przekonuje Tokarczuk: „świadomym, choć może trochę melancholijnym współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu”[3]. Poeta jako krytyk to zawsze poeta biorący w nawias swoje ego, żeby wyjść naprzeciw innemu poecie. Maliszewski przed laty napisał o swojej metodzie „wnikania” tak: „To kwestia skrócenia dystansu między opisującym a opisywanym. To kwestia intencjonalności, bezpośredniego przenikania, »serdecznego« wysiłku. Nie biorę do ręki kupy zszytego papieru ze słowami zapisanymi w maniakalnych rządkach, biorę do ręki człowieka, który wysyła z głębi swej inności […] sygnały stanowiące o jego istnieniu, to istnienie scalające”[4]. Nie zajmuje się więc abstrakcją, znakami, wyizolowanym językiem, ale człowiekiem-podmiotem wyrażającym się w tym języku. To duża odpowiedzialność, pamiętajmy, że krytyk wciąż jest jedynie człowiekiem.

Kiedy czytam książki Maliszewskiego, mam nieodparte wrażenie, że pisze on raczej uniwersalną powieść niż szkice krytycznoliterackie (które zazwyczaj okazują się doraźne i po chwili nieaktualne). Jest ona wciągająca i metarefleksyjna. Stanowi przeciwieństwo pisania aseptycznego, bo w dużej mierze bywa o nim samym.

Na koniec znowu Siwczyk: „Wydaje mi się, że Karolowi polska krytyka literacka nie zwróciła nawet części długu, jaki u niego ma”. Też tak myślę.

Mirosława Szott

 


[1]  K. Siwczyk, Trzecia kultura Siwczyka. Karol Maliszewski: Osobowość rosnąca z każdą przeczytaną książką, https://www.projektpulsar.pl/struktura/2263345,1,trzecia-kultura-siwczyka-karol-maliszewski-osobowosc-rosnaca-z-kazda-przeczytana-ksiazka.read [dostęp: 16 sierpnia 2025].

[2]  No właśnie, Karol Maliszewski lubi to określenie – szkic. Pewnie dlatego, że jest lekkie w przeciwieństwie do takich jak: artykuł, rozprawa, synteza.

[3]  O. Tokarczuk, Czuły narrator, Kraków 2020, s. 288.

[4]  K. Maliszewski, Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy. Szkice o nowej poezji, Bydgoszcz 1999, s. 5.

The post Nie tylko szkice środowiskowe. Karol Maliszewski, Poeta jako krytyk (i inne szkice środowiskowe) appeared first on Pro Libris.

]]>
Kutno – miasto wczesnej młodości Anny Tokarskiej https://prolibris.net.pl/kutno-miasto-wczesnej-mlodosci-anny-tokarskiej/ Tue, 25 Nov 2025 12:56:07 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16748 Mirosława Szott

The post Kutno – miasto wczesnej młodości Anny Tokarskiej appeared first on Pro Libris.

]]>

Mirosława Szott

Kutno – miasto wczesnej młodości Anny Tokarskiej

 

Postanowiłam jechać do Kutna właściwie z jednego powodu: nie byłam pewna daty śmierci Anny Tokarskiej ani tego, czy została rzeczywiście pochowana na cmentarzu w Kutnie. Grobonet o jej obecności na Cmentarzu Parafii św. Wawrzyńca w Kutnie milczy, choć są tam pochowani jej rodzice (Elżbieta i Roman Goździalscy) i prawdopodobnie babcia (Stanisława Goździalska). Minęło 12 lat od śmierci poetki i trudno uwierzyć, że nikt tego wcześniej nie zweryfikował. Autorka Portretu z ptakiem stała się po śmierci patronką Festiwalu Literackiego „Proza Poetów”, a jej twórczość jest odczytywana ciągle na nowo.

Nieprecyzyjne daty rzadko zdarzają się w XXI wieku. Zwłaszcza kiedy ktoś nie jest anonimowy. Jednak Zielona Góra o śmierci Tokarskiej została poinformowana przez jej syna po kilku dniach od odejścia. Nikt z jej przyjaciół nie miał szansy być na pogrzebie. Wszelkie źródła internetowe podają więc błędną datę 28 października; na moją prośbę dodano w Wikipedii prawidłową datę śmierci (obok drugiego wariantu).

*

Wybieram na tę czterogodzinną podróż pociągiem zimny, kwietniowy dzień. Na tyle zimny, że jadę w najcieplejszej kurtce. Na dworcu łapię taksówkę, pan z podbitym okiem nie wzbudza zaufania, ale szybko przełamuje dystans i pyta, po co przyjechałam. Najpierw mówię mu, że chciałam sprawdzić, co miał na myśli Tuwim, pisząc w wierszu „Rzuciłbym to wszystko, rzuciłbym od razu/ Osiadłbym jesienią w Kutnie lub Sieradzu”. A to nie wszystko – dorzuca pan – „O Kutno! O Kutno!/ wyprałoś mnie z uczuć jak płótno”. Zna pani? To Jeremi Przybora – dodaje, widząc w lusterku mój niepewny wzrok. W końcu wyjaśniam mu powód. Kierowca żywo interesuje się wątkiem zielonogórsko-kutnowskiej poetki. Wybieram adres „Warszawskie Przedmieście 22”, bo to jedyny ślad, który znalazłam w filmie dokumentalnym z 2018 roku Nieparzysta. Opowieść o Annie Tokarskiej *. Wysiadam z taksówki i zupełnie bez mapy rozglądam się po ulicy. Zaczyna padać śnieg. Jedna pani nie wpuszcza mnie, bo wyglądam, jakbym coś sprzedawała albo zbierała na chore dzieci. Dzwonię znowu, aż otwiera okno i pozwala mi dokończyć pytanie; Goździalscy nigdy tu nie mieszkali – słyszę. Trafiam na podwórko bardzo starej kamienicy z czerwonej cegły (to przecież był pruski zabór). Nie ma w okolicy nic, co wyglądałoby na starsze. Na podwórku dwóch panów 60+ rąbie drewno. Jeden z nich mówi, że żona wróci niedługo z zakupów i może ona będzie coś wiedzieć. Ojciec Tokarskiej zmarł w 1983 roku, więc jest szansa, że będzie pamiętać. Kręcę się po pobliskich uliczkach, śnieg zamienia się w deszcz. Po pół godzinie wracam i zastaję kobietę, która jednak nie kojarzy nazwiska „Goździalscy”. Mnóstwo kamienic zostało wyburzonych, ale też zmianie uległa numeracja domów – tłumaczy. To ważna dla mnie informacja. Dopiero teraz, wychodząc z podwórka kamienicy, widzę po drugiej stronie ulicy niebieską kapliczkę z Matką Boską.

Następne punkty to: Muzeum Regionalne w Ratuszu, Biblioteka w Kutnie, Kutnowski Dom Kultury i na koniec Cmentarz Parafii św. Wawrzyńca. Na szczęście wszystko wydaje się blisko w tym 40-tysięcznym miasteczku. Idę pieszo, bo deszcz przestał padać (ale wiatr nie zwolnił), mijam mnóstwo lumpeksów. Po raz pierwszy też zauważam małe krzaczki róż. Nie jest to przypadek – Święto Róż organizowane jest we wrześniu w Kutnie od 50 lat.

Mimo dobrych chęci w Muzeum oraz Kutnowskim Domu Kultury nie znajduję podpowiedzi. Zostawiam tomik dla nieobecnej Oli Kołodziejek, z którą rozmawiam wieczorem przez telefon, a którą parę tygodni później poznaję bezpośrednio na Festiwalu Silesius we Wrocławiu. Trafiam jednak do miejsca szczególnego – Miejskiej i Powiatowej Biblioteki Publicznej im. Stefana Żeromskiego. Jedna z pań prowadzi mnie od razu do pana Andrzeja Olewnika, starszego kustosza, z którym natychmiast łapię kontakt przez kresowy temat – od 1996 roku jest członkiem Związku Sybiraków, a moja babcia była przesiedlona z okolic Wilna, co trochę słychać w melodii mojego głosu. Siedzimy i rozmawiamy dłużej niż godzinę. Opowiadam temu wnikliwemu regionaliście o najważniejszej zielonogórskiej poetce, która wiele lat spędziła w Kutnie (wyjechała dopiero na studia). Chyba nikt tu o niej nie słyszał, więc czuję głęboką satysfakcję, że zdradzam takie rewelacje. Daję panu Andrzejowi tomik Anny, zapisuję mu kilka faktów z jej życia na ostatniej stronie. Pan Andrzej obiecuje, że rozejrzy się po archiwach, parafialnych dokumentach. Ufam mu od razu, a w drodze powrotnej będę czytać w internecie jego biogram: nauczyciel, kronikarz parafialny, działacz Solidarności, kolporter podziemnych wydawnictw w latach 80. XX w., współredaktor podziemnego pisma. Nie mogłam trafić lepiej.

Zostaje mi ostatni i najważniejszy punkt wycieczki: cmentarz. Kupuję mały znicz i zapałki. Sektor 23, rząd 1, numer grobu 76. Trafiam bez problemu. Jest mała tabliczka z nazwiskiem Anna Tokarska. Data śmierci: 12.10.2013. Przedziwny to jest dla mnie moment. Jakiegoś wewnętrznego spokoju. Czyli tu jest pochowana Anna – jak zresztą zapewniał mnie Jarosław, jej syn (w co nie do końca wierzyłam). Zauważam, że pali się znicz, więc ktoś tu niedawno był. Pierwszą osobą, której wysyłam zdjęcie grobu, jest pan Andrzej. Po paru tygodniach odzywa się z nowymi informacjami o Annie. W esemesie wysyła zdjęcia akt z archiwum. Dzwonię do niego, proponuję mu, żeby ze mną napisał ten artykuł. I – wykorzystując jego otwartość – podsuwam jeszcze jeden interesujący trop: szkoły. W tym czasie zabieram stare drzwi od mieszkania Anny (zdeponowane w piwnicy Biblioteki Norwida). Odtąd leżą w moim garażu, bo mam na nie swój plan. Poniżej relacja pana Andrzeja.

 


*  Nieparzysta. Opowieść o Annie Tokarskiej [film], koordynator projektu Robert Rudiak, scenariusz Anna Klaudel i Maciej Klaudel, montaż Justyna Poniatowska, Lubuskie Stowarzyszenie Miłośników Działań Kulturalnych „Debiut”, Zielona Góra 2018.

Tablica nagrobna Anny Tokarskiej na Kutnowskim Cmentarzu Parafialnym, Fot. Andrzej Olewnik

The post Kutno – miasto wczesnej młodości Anny Tokarskiej appeared first on Pro Libris.

]]>
Czytelnia jednego wiersza: ksiądz Jan Twardowski Z Józefem Baranem rozmawia https://prolibris.net.pl/czytelnia-jednego-wiersza-ksiadz-jan-twardowski-z-jozefem-baranem-rozmawia/ Fri, 24 Jan 2025 08:47:56 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15305 Mirosława Szott

The post Czytelnia jednego wiersza: ksiądz Jan Twardowski Z Józefem Baranem rozmawia appeared first on Pro Libris.

]]>

Czytelnia jednego wiersza:

ksiądz Jan Twardowski

Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott

Którędy

Którędy do Ciebie
czy tylko przez oficjalną bramę
za świętymi bez przerwy
w sztywnych kołnierzykach
niosącymi przymusowy papier z pieczątką
może od innej strony
na przełaj
trochę naokoło
od tyłu
poprzez ciekawą wszystkiego rozpacz
poprzez poczekalnię II i III klasy
z biletem w inną stronę
bez wiary tylko z dobrocią jak na gapę
przez ratunkowe przejścia na wszelki wypadek
z zapasowym kluczem od Matki Boskiej
przez wszystkie małe furtki zielone otwierane z haczyka
przez drogę niewybraną
przez biedne pokraczne ścieżki
z każdego miejsca skąd wzywasz
nieumarłym nigdy sumieniem 

1970*

 

 Mirosława Szott: Którędy? To jest pytanie nie tylko o wiarę, ale też o relacje z ludźmi, poszukiwanie sensu, codzienne wybory, samodzielne ścieżki. Raczej nie te wypróbowane i uprawomocnione tradycją.

Józef Baran: Ulubionym powiedzeniem księdza Jana było, że ksiądz nie ma co robić między dewotkami i pobożnymi, powinien odwiedzać zagubionych; tam jest jego miejsce i o tym jest też ten piękny wiersz o wierze, do której można dochodzić pokracznymi/pokrętnymi ścieżkami, przez małe, zielone furtki na tyłach ogrodu.

Czy z wiarą nie jest trochę jak z poezją (że lepiej czasem „z biletem w inną stronę”)? Trudno dziś spojrzeć na poezję ks. Jana od nowa, prawda? To znaczy bez spłaszczania tych znanych wszystkim słów: „spieszmy się kochać ludzi – tak szybko odchodzą”. Czy jego popularność nie jest trochę kłopotliwa? Z drugiej strony, może każdemu poecie wystarczyłby jeden błyskotliwy i rozpoznawalny na całym świecie wers?

Zgadzam się z tym ostatnim Twoim stwierdzeniem. To i tak duży sukces, kiedy nawet parę linijek przeniknie tak mocno do krwiobiegu języka publicznego, że cytuje się je – jak w przytoczonym wierszu ks. Jana – na zaproszeniach ślubnych czy na nagrobkach. To wcale nie musi być najlepszy wiersz w mniemaniu krytyków. U Szymborskiej jest np. Nic dwa razy (wiersz śpiewany przez Korę i Sanah). U Miłosza Który skrzywdziłeś (wykuty na krzyżu Solidarności), u Herberta Potęga smaku, u Urszuli Kozioł powiedzmy: „Biłgoraju/ pajdo kraju”, bo to wpada w ucho, a u Barana – toutes proportions gardée – takie sobie maleństwo: Światy („można być w kropli wody/ światów odkrywcą/ można wędrując dokoła świata/ przeoczyć wszystko”) – wiersz stale cytowany (niedawno na Facebooku miał 8 tysięcy polubień i 3300 udostępnień na najróżniejsze strony; znajduje się też w podręczniku do klasy ósmej). Widocznie wiersz popularny musi mieć coś z aforyzmu, ze sloganu. Zresztą, kto przeniknął tajemnicę sukcesu wiersza czy bestselleru?

Jakie było Twoje pierwsze zetknięcie z poezją ks. Twardowskiego?

Jego pierwszy tomik dotarł do moich rąk w podtarnowskich Olszynach, gdzie byłem nauczycielem w latach 1969-1974. Tomik nazywał się chyba Znaki ufności. Pamiętam wielkie wrażenie, jakie na mnie zrobił.

Co najbardziej Cię zaskoczyło?

Że odnawiał język religijny, pozbawiał go namaszczenia, patosu, ba, nawet, powagi. Poeta mówił do Boga własnymi, bardzo osobistymi słowami, niepozbawionymi humoru. Wiersze były paradoksalne, co do mnie przemawiało, bo zawsze odbierałem życie jako paradoks, jako że sami złożeni jesteśmy ze sprzecznych wobec siebie zachceń i dążeń – ciała i duszy. Posługiwał się oksymoronami, czyli przenośniami opartymi na sprzecznościach. Dużo było w tych porównaniach i przenośniach dziecięcej świeżości, przeciwstawiania się przemądrzałemu intelektowi, któremu wydaje się, że posiadł wszelkie rozumy świata, czuło się, że poeta premiuje intuicyjne poznanie (bliższe Tajemnicy i Poezji). Ufam Bogu jak dziecko – takie było credo tych wierszy. Nigdy nie czytałem tak bliskich mi osobistych wierszy religijnych. A przy tym była to świetna liryka osobista. Jan był w tej kategorii wręcz rewolucjonistą, wyłamywał się ze schematów, poza tym nasycał obrazy znajomością świata przyrody, zwierząt, ptaków, był więc kontynuatorem św. Franciszka, jedynego świętego, który tak kochał przyrodę i braci mniejszych. Słowem – można rzec – że otwarł solidne, kute, mosiężne drzwi katedry i wpuścił wreszcie do kościoła śpiew ptaków.

Byłeś o ponad trzydzieści lat młodszy od ks. Jana. Różnica pokolenia. Kiedy dokładnie go poznałeś?

Anna Kamieńska, z którą się polubiliśmy, a która przyjaźniła się z ks. Janem, przekazała mu chyba w 1976 roku mój pierwszy tomik Nasze najszczersze rozmowy. Ksiądz po paru miesiącach przysłał z Warszawy uroczy liścik i napisał, że tomik sprawił mu dużą radość i że połknął go jak kubek czystej wody. „Wiersze są proste, a prostota jest niewinnością” – to jedna z konstatacji.

A później?

Potem odwiedziłem go parę razy w Kościele Wizytek. Na przełomie lat 70. i 80., a może i trochę później był bardzo modny (nakłady 700 tys. egzemplarzy!), czytali go katolicy i ateiści, wszyscy chcieli, żeby im dawał śluby. On sam natomiast zawsze dopytywał się, gdy bywałem u niego, czy naprawdę jest znany, czy naprawdę go czytają, jakby nie dowierzał. Raz zrobiłem z nim wywiad i pstryknęliśmy sobie zdjęcia na ławeczce przy jego kościele i plebanii, gdzie mieszkał z ks. Bozowskim. Pamiętam, że zaczął mi mówić na „ty”, co mnie zdziwiło, ale on po chwili, żebym też mu mówił na „ty”, bo dusze poetów są zawsze młode. Byliśmy więc na „ty”, o czym później, jak starsi ludzie (ja teraz), zapominał i przechodził na „pan”, a potem znowu na „ty”. Spotkaliśmy się dwa razy u profesora Sandauera, agnostyka, gdzie ksiądz był z honorami goszczony na kolacji. Pamiętam też Hindusa w turbanie. Kiedy Artur go odwiózł i wrócił do mieszkania, powiedział zdumiony do Erny i do mnie: „Wyobraźcie sobie, że ks. Twardowski zażyczył sobie, żebym się za niego pomodlił”. Swoją drogą bardzo mu się to spodobało. Tu dodam, że Sandauer napisał w latach 80. esej pochwalny o liryce Jana, a za to inny esej krytyczny wobec wierszy Wojtyły, za co mu się dostało od elit opozycyjnych.

Jeszcze coś zapamiętałeś ze spotkań z nim?

Pamiętam jego zdumiewające pytanie: „Czy pan, panie Józku, rozumie kobiety? To przecież zupełnie inne niż my istoty?!”. Później przeczytałem w biografii, że bardzo lubił się przyjaźnić z kobietami, jego fankami (wychował się między siostrami), ale po pewnym czasie wycofywał się z tych przyjaźni, jakby mu zagrażały.

Lubię jego wiersze o miłości, tęsknocie i samotności. Na przykład kiedy pisze o olśnieniu drugą osobą i dodaje: „kiedy ktoś nagle wydaje się piękny/ bliski od razu jak dom kasztan w parku/ […] taki swój na co dzień/ jakbyś mył włosy z nim w jednym rumianku/ ta jedna chwila co spada jak ogień” (Spotkanie).

Mawiał, że człowiek powinien się całe życie kochać, oczywiście dodawał, że chodzi o „czystą miłość”, nawet na stare lata, bo każda miłość uszlachetnia… Zwykle zadawał pytania. Stale pytał, pytał, pytał, jakby sam nic nie wiedział. Na przykład ciągle mnie pytał o poetę Dziedzica, a w końcu okazywało się, że chodzi mu o Ziemianina. Stale też wracał do mojego pierwszego tomiku Nasze najszczersze rozmowy, którym się zachwycał, mimo że wysyłałem mu inne. O nich nie wspominał, co wcale mnie nie zachwycało, ale udawałem, że owszem. Uroczy człowiek i poeta z krwi i kości… Bardzo uczony, ale ukrywający to skrzętnie, jakby się tego wstydził.

Jaki miał stosunek do innych poetów?

Raz u niego spałem na plebanii, a gdy odjeżdżałem, obdarował mnie grubym tomem wierszy wybranych z „Kultury” paryskiej. „Nie wiem, czy Pan zna tego poetę i pewnie się Panu nie bardzo to będzie podobało, ale trzeba to może poznać”. Chodziło o Czesława Miłosza. Pamiętam, że wtedy krzywił się trochę nad jego zbyt profesorskimi wywodami. Krzywił się też, gdy chodziło o Herberta i Harasymowicza, który się „wyboczył”. Tak, tak, ksiądz miał gołębie serce i mawiał, że piekła nie ma, a jeśli jest, to bezludne, ale jeśli chodzi o poezję, bywał bardzo krytyczny i po swojemu wymagający.

To widać nawet w puencie tego wiersza Którędy. Nieważne, jak dochodzimy do prawdy, ale istotny wydaje się ten wewnętrzny głos („nieumarłe sumienie”). A to wymaga pracy i trudu, więc mimo że ten wiersz jest lekki i pisany z poczuciem humoru, to jednak puenta waży już sporo i nie można przejść obok niej obojętnie. Czy rozmawialiście o pisaniu, np. kiedy powstają jego wiersze?

Właśnie, zdziwił mnie, że pisze tylko na urlopie, gdy wyjeżdża latem na wieś. Około 15 wierszy. I to miał być jego urobek roczny. Inna sprawa, że gdy odszedł na emeryturę, pisał za dużo i jego wiersze – przepraszam Cię, Janie, tam w Górze za te słowa – miały cechy autoplagiatu. Powtarzał się… A żył długo, ponad 90 lat, więc wierszy dużo napowstawało, choć mawiał, iż już się nie może doczekać odejścia, bo chciałby się dowiedzieć, co „tam” jest.

Ze względu na popularność i sprzedawalność zgłaszali się do niego wydawcy z propozycjami. Chciał temu jakoś sprostać. Wychodziły też książeczki dla dzieci, krótkie kazania. Jednym słowem, z poety piszącego kilkanaście wierszy na rok zrobił się bardzo płodny literat.

Debiutował w prasie w 1933 roku w „Kuźni Młodych” (identycznie jak Irena Dowgielewicz!). Debiut książkowy z 1937 roku (Powrót Andersena) wydany w nakładzie 40 egzemplarzy przepadł w czasie wojny. A kolejna książka ukazała się dopiero w 1968 roku (O spacerze po cmentarzu wojskowym), był wtedy już wiele lat księdzem.

Z różnych względów, m.in. a może przede wszystkim dlatego, że księża i duchowni musieli mieć pozwolenie na publikowanie. Wyżsi hierarchowie kościelni w Polsce powojennej niezbyt łaskawym okiem patrzyli na łączenie dwu powołań: kapłańskiego i artystycznego, że wtedy niby wyzwala się próżność. Ale potem nastał Wojtyła, który pisał wiersze i drukował w „Tygodniku Powszechnym” pod pseudonimem (głównie jako Andrzej Jawień). A potem przyznał się nawet jako papież do poezji i w 2003 roku wydał Tryptyk rzymski, także w związku z tym nastąpił prawdziwy wysyp księży-poetów.

W tym też grafomanów… Znasz wielu księży, którzy piszą dobrą poezję?

To prawda, nie ma ich wielu. Moim zdaniem księża piszący mają z pisaniem pewien problem, np. z pisaniem erotyków – albo kamuflują, albo zatajają, albo jak piszą otwarcie o tym, to się jakoś krzywo na nich patrzy, bo „co to za księża”. Ksiądz Twardowski o dziwo dawał sobie radę i z cenzurą kościelną, i z autocenzurą, i z krytykami-ateistami. Jego wiersze brzmiały rozbrajająco szczerze.

Jaka była dla Ciebie najważniejsza lekcja, jaką wyciągnąłeś z tej poezji i znajomości z ks. Janem?

Wpadłem dzięki jego wierszom na odkrycie, że Bóg czy Logos, czy Kreator jest nie tylko wspaniałym umysłem inżynierskim, architektem i konstruktorem świata i matematykiem etc., ale również artystą, dba równie mocno o to, by świat był nieprawdopodobnie urozmaicony od strony artystycznej, estetycznej. Po co biedronka ma tyle kropek, a żyrafa ma taką długą szyję i po co w świecie przyrody istnieje tyle dziwacznych stworzeń na lądzie, w powietrzu i morzu, które zadziwiają, zachwycają swoimi kształtami, na pewno nie dla pragmatyki Istnienia, lecz także ot tak sobie a muzom. Ksiądz Jan o tym właśnie pisał i podziwiał poeta Poetę, czyli Pana Boga, że ma wyobraźnię, genialną fantazję i boskie poczucie humoru.

Dziękuję za rozmowę.

 

The post Czytelnia jednego wiersza: ksiądz Jan Twardowski Z Józefem Baranem rozmawia appeared first on Pro Libris.

]]>
Dar niedojrzałości (Wioletta Grzegorzewska, Tajni dyrygenci chmur) https://prolibris.net.pl/dar-niedojrzalosci-wioletta-grzegorzewska-tajni-dyrygenci-chmur/ Wed, 30 Oct 2024 09:56:56 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14766 Mirosława Szott

The post Dar niedojrzałości (Wioletta Grzegorzewska, Tajni dyrygenci chmur) appeared first on Pro Libris.

]]>
Obrazek przedstawia napis Recenzje i omówienia

Dar niedojrzałości

Wioletta Grzegorzewska, Tajni dyrygenci chmur, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2024, 272 s.

Może się wydawać, że tylko dziecko potrafi tak mistrzowsko odwrócić przyczynę i skutek, dostrzegając dyrygenta chmur w strachu na wróble. A nawet więcej: pominąć wiatr, który porusza zarówno chmury, jak i strachy. Wypchane kukły nie są – jak domyślamy się – tylko elementem krajobrazu, bezsensownym punktem wypełniającym przestrzeń bohaterki. Lola portretuje strachy, bo stanowią one poniekąd wyraz wiejskiej kreatywności, otwierają jej wyobraźnię. W tamtych czasach (lata 80. XX wieku) miały one zazwyczaj postać ludzi i były ubierane w stare i niepotrzebne ciuchy. Dorastająca Lola dopisuje im intencje, bawi się skojarzeniami, a następnie szkicuje je na końcu swojego zeszytu:

[…] napisałam kulfonami w ramce tytuł Atlas strachów na wróble i szkicowałam tam wszystkie wypchane słomą kukły z Hektarów: stracha z pola Sitków, który przechylał się w stronę młodej olchy, co wyglądało, jakby ją uwodził; stracha spod lasu z jednym tylko okiem, w beretce na bakier, w którego słomianym wnętrzu pod dziurawym swetrem uwił sobie gniazdo rudzik; stracha podobnego do mojego ojca, którego lubiły obsiadać ptaki.

Strachy są na szczęście niegroźne w ogólnym rozrachunku. Wypchane słomą, bez wnętrzności. Lola ma jednak własne strachy: zamordowaną w stanie wojennym ciocię Andzię, preparowane przez ojca zwierzęta, obłapującego Mundka, chmurę z Czarnobyla. Niby bezwolne, ale jednak potrafiące dyrygować dorastającą dziewczyną, oddziałujące na jej przyszłe życie („śmierć zalęgła mi się w głowie” – zauważa bohaterka). Do tego dochodzi krytyczne patrzenie na siebie, „bo w czasie odpustu jedna baba powiedziała drugiej babie, że jeśli idzie o urodę, to nie wdałam się w Zosię [mamę]”. Dziewczyna ma też sprawdzone sposoby na stres. Pruje sweter aż do samej obwódki pod szyją (stwierdza, że wygląda to, jakby ktoś poderżnął jej gardło), zjada to, co jadalne nie jest (papier, tynk ze ściany). Z tego powodu trafia ona do szpitala i zostaje u niej zdiagnozowany zespół Pica. Po czasie Lola zaczyna sobie radzić z rozpoznaną (autodestrukcyjną) chorobą i – w akcie odwagi – poddaje się rytuałowi: strzepuje dłonie, kładzie się pod kocem i „szuka w sobie niewidzialnej wystającej końcówki”, która uwiera (tu np.: słowa babci, przezwiska kolegów, kłótnie rodziców, dziura w skarpecie). Nazywanie tej uwierającej końcówki daje jej możliwość przełamania schematu, wyzwala ją.

Ważny jest też moment historyczny, czas PRL-u, poczucie nienasycenia, szczególne wzajemne relacje w rodzinie wielopokoleniowej. Ojciec, który pracuje w papierni, jest pszczelarzem, ale miewa problemy z alkoholem, interesuje się polityką i jest członkiem partii. To ze względu na chęć zaimponowania ojcu Lola zapisuje w zeszycie usłyszane nazwy gołębi, to jemu pragnie asystować (kiedy szkoli on w swoim fachu syna leśniczego), prasuje mu koszule, gdy jest pokłócony z mamą. Mama z kolei pracowała jako pomocnica murarska, jest kobietą zadaniową, córka lubi z nią spędzać czas (np. przy składaniu pościeli). Ich beztroska zostaje przerwana śmiercią cioci Andzi. Morderstwo okazało się głębokim zranieniem całej rodziny.

Jednym z istotnych tematów tej książki jest też etos pracy, któremu miejsca ustępuje nawet gorliwa religijność: „Mogłam nie odmawiać przed snem pacierza, zaspać w niedzielę na mszę, ale w pole musiałam iść, bo ziemia dla moich dziadków była największą świętością, tak jakby ich Bóg mieszkał pod nią, wśród korzeni roślin, a nie w niebie”. Lola potrafi wiele innych praktycznych rzeczy, np. pomaga robić kapustę, zwozić z pola korpiele, strzyże tatę oraz kilkunastu sąsiadów. Robi to, mimo że brzydzą ją nieumyte włosy, brudne kołnierzyki i wypryski u obcych. Podobnie jest z asystowaniem tacie przy preparacji zwierząt – dziewczyna przeżywa wewnętrzny bunt.

Poczucie ciężaru istnienia, zmysłowo-materialna rzeczywistość – to wszystko z jednej strony głęboko niepokoi, a z drugiej zachwyca (wyjątkowo dobre połączenie). Książka jest esencjonalna. Mocno nastawiona na estetyzację przekazu, czego dowodem niech będzie wprowadzający fragment opowiadania Korpiele: „Nadszedł wrzesień. Po zapadnięciu zmroku młode topole spacerowały wokół stawu. Nikt by nie uwierzył, że mogą się tak przechadzać jak siostry szarytki wokół ołtarza Czarnej Madonny na Jasnej Górze, ale daję słowo, że tak było […]”. Te poetyckie skojarzenia są często zestawione z bardzo przyziemnymi sprawami do załatwienia. Wydobywają się z Loli mimochodem.

Język wydaje się tak gęsty i czysty, że kiedy tylko zaczynam czytać jakąś historię, nabieram pewności, że chcę ją poznać do końca. I zastanawiam się, jak to możliwe, że najnowsza powieść Wioletty Grzegorzewskiej nie została dotąd dostrzeżona przy okazji ważniejszych nagród literackich w Polsce. Ufam, że to tylko kwestia czasu. Być może jest to wynik tego, że prozaiczka jest emigrantką, mieszka od wielu lat na Wyspach Brytyjskich, nie wchodzi też łatwo w układy środowiskowe. Nie widzę też u niej modnych tematów, koniunkturalizmu. Potrafi za to dostrzegać pewne paradoksy związane np. z festiwalami (i pisze o nich bez ogródek w swoich social mediach). Jak to nawet w dziecięcych zabawach bywa, trudno wpuścić do małej grupy kogoś nowego, a w dodatku zdolnego i szybko orientującego się w niepewnych regułach gry.

Tajni dyrygenci chmur są niewątpliwie nawiązaniem do Guguł. Ale nie jest to prosta kontynuacja, raczej intertekstualność, przeplatanie wątków, wchodzenie w przestrzenie wcześniej jedynie zarysowane. W Gugułach ojciec Wioli umiera, ale jest jedną z głównych postaci Tajnych dyrygentów. Monika Ochędowska stwierdziła: „Powrót do Hektarów wygląda na próbę powrotu do twórczych źródeł, która miała pomóc w odnalezieniu dawnej siły opowieści. Niestety ta próba udowadnia starą prawdę Jana Brzechwy – nie da się powtórnie otworzyć

drzwi tej samej baśni”[1]. Nie do końca przekonuje mnie przywołanie w tym przypadku parafrazy heraklitejskiej prawdy. Bo baśń o Hektarach ma wiele wejść. A Grzegorzewska wnikliwie przygląda się im i eksploruje. Autorka przyznaje w jednym z wywiadów, że wiele wspomnień uruchomił w niej pobyt w schronisku dla kobiet w trakcie pandemii Covid-19. Opowiadanie o wyjeździe na kolonię zaczęło się niespodziewanie rozrastać[2].

Debiut powieściowy Wioletty Grzegorzewskiej pt. Guguły (nominowany do Nagrody Literackiej Nike, Nagrody Literackiej Gdynia oraz do Nagrody Bookera) kończy się niezrealizowaną ucieczką Wioli z rodzinnej miejscowości. Wyjazd do miasta zaproponował o świcie kolega, Starszy Lajboś. Bohaterka idzie na przystanek autobusowy, jednak po chwili rezygnuje, związuje włosy gumką z dętki i boso wraca na Hektary. Ma przed oczami obraz załamanej matki, która jej szuka. Pierwsze opuszczenie wioski (legalne) Loli odbyło się dopiero w Tajnych dyrygentach chmur, a osobą, którą zastała w domu po powrocie, był ojciec (w Gugułach pojawia się wątek powrotu z kolonii na pogrzeb ojca, więc zapewne był to późniejszy wyjazd). Stanowiło to ważne wydarzenie, nie tylko ze względu na to, co się wydarzyło na kolonii, ale też dlatego, że oddaliła się od znanej przestrzeni, nabrała dystansu.

Pierwsze w życiu tygodnie spędzone poza domem zrobiły swoje i sprawiły, że wszystko w mojej wsi zmatowiało i wydawało się mniejsze. Wyblakły płoty i szyld sklepu spółdzielczego z zielonym kłosem żyta. […] Idąc kamienną drogą, już z daleka zauważyłam, że w czasie upałów ubyło wody w naszym stawie, trzcina pożółkła […].

Tajni dyrygenci chmur mają, jak Guguły, charakter inicjacyjny. Lola, której pisarski talent odkrywa już nauczycielka, zapisuje swoje spostrzeżenia, wchodzi na wyższy poziom samoobserwacji. Jest to dziewczyna, która czujnie lustruje otoczenie. Jednak od wyjazdu jej zmysł analizy wyostrzył się. Zaczęła się porównywać z innymi, wstydzić biedy, warunków życia, zauważać odrębność językową (mówi po „łykowemu” ze śląskimi naleciałościami). Z Hubertem weszła w nieśmiałą relację erotyczną (myśląc, że zadziałała magia różowej kokardki na środku majtek). Czując swoje nieobycie, zainteresowała się nawet książką Ireny Gumowskiej ABC dobrego wychowania (lubię to poczucie humoru!). Myślę, że ten wątek ma też istotny walor autobiograficzny. Intensywny powrót wspomnień nastąpił w wyniku emigracji z Polski. Zdarza się, że odległości wyostrzają reminiscencje, przywołują refleksy.

Jarosław Czechowicz pisze, że formalnie i literacko guguły Grzegorzewskiej dojrzały[3]. Ja jednak mam nadzieję, że one zawsze pozostaną w stanie niedojrzałości, że Grzegorzewska zrobiła z tego walor, dar (i wykorzystuje go na wielu płaszczyznach). Postanowiła eksploatować te tematy, które poprzednio zostawiła na marginesie.

Po przeczytaniu Tajnych dyrygentów chmur chciałoby się przytulić dorastającą Lolę z Hektarów, ale też przytulić siebie sprzed wielu lat. Bo tak wiele historii Grzegorzewska opisuje, jakby wiedziała o czytelniczkach/czytelnikach więcej, niż to jest możliwe. Maksymalnie osobiste i głęboko uniwersalne. Proza – jak przyznaje Iwona Gralewicz-Wolny – utkana z poezji[4]. Dodałabym: z wiatru.

 

Mirosława Szott

 


[1]  M. Ochędowska, Nie da się otworzyć drzwi tej samej baśni, „Książki: magazyn do czytania” 2024, nr 2/65.
[2]  S. Rerak, Powrót do miejsca, którego już nie ma. Rozmowa z Wiolettą Grzegorzewską o „Tajnych dyrygentach chmur”, https://booklips.pl/wywiady/powrot-do-miejsca-ktorego-juz-nie-ma-rozmowa-z-wioletta-grzegorzewska-o-tajnych-dyrygentach-chmur/ [dostęp: 1 września 2024].
[3]  J. Czechowicz, Melancholia minionego, http://krytycznymokiem.blogspot.com/2024/05/tajni-dyrygenci-chmur-wioletta.html [dostęp: 1 września 2024].
[4]  I. Gralewicz-Wolny, „Tysiąc wierszy”. O poezji Wioletty Grzegorzewskiej tropem „Guguł” (bądź odwrotnie), „Poznańskie Studia Polonistyczne” 2018, nr 33, s. 124.

 

The post Dar niedojrzałości (Wioletta Grzegorzewska, Tajni dyrygenci chmur) appeared first on Pro Libris.

]]>
Byśmy proste prawdy pojęli (Irena Dowgielewicz, Milczenia słuchajcie. Wiersze zebrane) https://prolibris.net.pl/bysmy-proste-prawdy-pojeli-irena-dowgielewicz-milczenia-sluchajcie-wiersze-zebrane/ Wed, 03 Jul 2024 10:42:34 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=13765 Czesław Sobkowiak

The post Byśmy proste prawdy pojęli (Irena Dowgielewicz, Milczenia słuchajcie. Wiersze zebrane) appeared first on Pro Libris.

]]>
Obrazek przedstawia napis Recenzje i omówienia

Byśmy proste prawdy pojęli

Irena Dowgielewicz, Milczenia słuchajcie. Wiersze zebrane, opracowała i posłowiem opatrzyła M. Szott, Wydawnictwo Pro Libris, Zielona Góra 2024, 94 s.

Pamiętanie jest miarą człowieczeństwa. To ważna sprawa, to zdolność postanowiona. Zwłaszcza gdy dotyczy nie tylko osobistych przeżyć i wrażeń, ale zostaje odniesiona do cudzych, twórczych, literackich dokonań. Wiadomo, co dzieje się po śmierci pisarza. Jego dzieło trafia do literackiego czyśćca. Często na bardzo długo. Poddawane jest próbie czasu. Tu decyduje się, czy autor wybitny za życia po latach także będzie za takowego uznawany. Czy zapomniany powróci w końcu do literackiego obiegu. Tworzenie, każde tworzenie, to ryzyko obejmuje. Trzeba poza tym szczęśliwego trafu, czyjegoś czytelniczego zafascynowania, humanistycznej misji, a nawet poświęcenia, aby mogło ponownie wrócić do życia. Powyższe rozważania niech będą kontekstem do twórczości poetyckiej Ireny Dowgielewicz. Po śmierci poetki w 1987 roku jej poezja nie była stricte zapomniana. Ukazały się bowiem wybory utworów: Znalazłam światło (1989), Tutaj mieszkam (2001). Te prezentacje wierszy bazowały wyłącznie na opublikowanych za życia tomikach. Zresztą, jakby nie patrzeć, niewielu. Nie dawały obrazu całości. Tak więc dopiero podjęta przez Mirosławę Szott idea przygotowania do druku i wydania w jednym zbiorze wszystkich utworów, które wyszły spod poetyckiego pióra, ziściła się ocalającą realizacją fundamentalnej pracy, której redaktorka nadała brzmiący oryginalnie

tytuł Milczenia słuchajcie (Wydawnictwo Pro Libris, Zielona Góra 2024, 94 s.). Zbiór zawiera, co ważne, cały liryczny dorobek gorzowskiej poetki. Czyli drogę, którą przeszła, zaczynając od pierwszych publikacji. Poetka debiutowała – jako nastolatka – wierszami w „Kuźni Młodych” w latach 1933-1936. To był pierwszy, inicjacyjny okres, pierwszy zarazem etap literacki. Po latach zaniechania twórczego, około roku 1960 przyszedł drugi etap, już dojrzalszy pod względem stylu poetyckiego, bardziej zindywidualizowany i refleksyjny, w którym dał o sobie znać talent poetycki. Ten etap trwał do 1977. Wtedy Irena Dowgielewicz najpierw publikuje pojedyncze utwory w „Nadodrzu” (1960), „Kierunkach” (1961), a następnie ukazują się oryginalne jej zbiorki: Sianie pietruszki (1963), Stadion dla biedronki (1970), Tutaj mieszkam (1973). Zasługą M. Szott jest dotarcie do rozproszonych utworów w wyniku wnikliwych poszukiwań, niejednokrotnych wyjazdów do Gorzowa, poszukiwań i rozmów z osobami mogącymi dać jakieś wskazówki i posiadać wiedzę biograficzną. Poszukiwania objęły, z pozytywnym skutkiem, Rozgłośnię Polskiego Radia w Zielonej Górze i Archiwum Państwowe w Zielonej Górze. Wyobrażam sobie tę cierpliwość, ten trud Mirosławy, warty docenienia. Medytację Czesława Miłosza, będącą mottem tego tomu:

Wystarczy mocno i wytrwale zastanawiać się nad
                                                    jednym życiem,
Pewnej kobiety na przykład, jak teraz robię,
A ukazuje się wielkość tych jakże słabych istot,
Które umieją być prawe i dzielne, cierpliwe
                                                   aż do końca.

jak najbardziej można odnieść do samej redaktorki Milczenia słuchajcie. Apoteoza kobiety „cierpliwej do końca” jest wielce sensowna. Ale wracając do zbioru – wymienione wyżej zbiorki gorzowskiej poetki ukazały się w czasie poniekąd obowiązywania tendencji formulistycznych, postawangardowych w poezji polskiej. Janusz Koniusz np. nie w pełni doceniał styl Dowgielewicz, dla niego bowiem znacząca była niemal wyłącznie poetyka J. Przybosia z jego ideą „najmniej słów”. Potencjał liryczny Dowgielewicz zawarty był w sferze szeroko prezentowanej konkretności, malarskości, np. Notatka – „Same rzeczy zwyczajne. Na głogu młode liście. (Roztulają się jak piąstki dziecięce)”, zmysłowości i cudownej zwyczajności spraw życia, które stawiała zdecydowanie na pierwszym miejscu, obok częstych odniesień martyrologicznych, wojennych: „…znów pędzą na mnie kare konie i znów druty O. F. Lager Brandenburg”, „w moim kraju ginęli dwunastoletni kaprale”. Nie pogrążała się we wspomnieniach. Jej głównym tematem była bieżąca codzienność, cała egzystencjalna rzeczywistość. W niej wszystkie życia trudy, a nawet przemijanie zostało zaakceptowane: „Nie ma w przemijaniu goryczy”, jest „zgoda na ból złuszczających się nerek” i po prostu dostrzeganie kolorów życia: „w kuchni koszyk marchwi z pietruszką bardzo jest kolorowy”, „w garnku mam źródła gorące: pęcherzyki, bąble, pryski, wrzenia”. Słusznie kładzie M. Szott akcent nie tylko na gloryfikowany jako rewelacja cud istnienia (więc „żaden cud nie jest mniejszy przez to, że się powtarza”), na apologię zwykłości życia, na samą czynność patrzenia („Najlepiej patrzeć z niska”, bowiem prawdziwie, nie władczo), ale i na dostrzeżoną wartość udomowienia poetyckiego ja. Tu, w przestrzeni domu, poetka znajdowała ważne dla siebie gwarancje bezpieczeństwa i pozytywności całej prywatnej egzystencji: „Wystarczy, że jesteś. W fotelu przy radio”. Wtedy jednak ta poezja pełna zatroskania o szczegół nie znajdowała odpowiednio pozytywnej perspektywy w oczach krytyki literackiej. A była cała zanurzona w życiu i istnieniu: „czułe zebry kaloryferów,/ mucha zbija powietrze na pianę,/ komar c wysokie zawiesił na włosku”. Zdzisław Morawski też nie bardzo cenił dokonania Dowgielewicz. A tyle w niej bogactwa dostrzeżonych rzeczy i tyle urody języka. Mogła mimo tego nawet wydawać się anachroniczną, naznaczona patyną dawności w nawiązaniach skamandryckich. Dzisiaj przywołanie poezji Dowgielewicz może jawić się opozycyjnie wobec panującego relatywizmu poznawczego, wirtualizacji rzeczywistości tudzież powszechnego dekadenckiego nastroju. Podczas gdy każdy jej wiersz wynikał ściśle z wnętrza ja lirycznego, jako rzeczywistego stanu duszy, dobierał się dotkliwie do jej skóry, podnosił wagę realności. Osobiście uważam, że można je obecnie czytać jako swoiste antidotum na pustkę współczesnej poezji. Jest jeszcze jedna cecha wierszy Dowgielewicz. Wyraża się w całościowym spojrzeniu na życie osobiste, na owo „mieszkam”, na los swojego pokolenia, które przeszło wojnę. To jest więc summa wszystkich osobistych doświadczeń, lęków i mimowolnych traumatycznych retrospekcji, towarzyszących codzienności, i jawi się ważna w sprawach prostych, prawdach pozornie drobnych, o których można mówić nawet patetycznie jako o „znalezieniu światła” w konkretności zmysłowej, która tu jest bardzo blisko sfery duchowej. Poniekąd mamy do czynienia z uczłowieczeniem świata dookolnego. Wiersze mają formę splotów z różnych odniesień semantycznych. Przez to są tak ujmujące. Zachowuje poetka przy tym równolegle do podejmowanych treści perspektywę metafizyczną, nie tylko w ważnym, definicyjnym wierszu Teologia: „Jest Bóg roślin: mleczów i jemioły,/ który patrzy i z uśmiechem schyla głowę”. Jak i w innych, w których apostroficznie zwraca się ze swoimi prośbami do Najwyższego.

Myślę o obecnym wyborze Mirosławy Szott Milczenia słuchajcie jako o bardzo cennej książce, dobrze opracowanej (nota biograficzna, posłowie Jedną ręką życie, a drugą lęk), pełnej prawdziwej poezji, miejscami jakby nawet nacechowanej turpistycznie, poświadczającej – chcę dodać – kobiecą, poetycką wrażliwość i oryginalność językowych określeń oraz celność obserwacji, które oddają naturze i ludzkiej codzienności należną jej wartość. Można rzec: będącą jak „nagłe uderzenie światła wiedzionego ręką cudzą”.

Czesław Sobkowiak

The post Byśmy proste prawdy pojęli (Irena Dowgielewicz, Milczenia słuchajcie. Wiersze zebrane) appeared first on Pro Libris.

]]>
Być o krok przed nimi (Roksana Polon, „Śliwki w czekoladzie”) https://prolibris.net.pl/byc-o-krok-przed-nimi-roksana-polon-sliwki-w-czekoladzie/ Tue, 02 Apr 2024 11:56:10 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=12715 Mirosława Szott

The post Być o krok przed nimi (Roksana Polon, „Śliwki w czekoladzie”) appeared first on Pro Libris.

]]>

Być o krok przed nimi

Roksana Polon, Śliwki w czekoladzie,
Towarzystwo Miłośników Zielonej Góry WINNICA, Zielona Góra 2023, 64 s.

Zacznijmy od śliwek w czekoladzie. To jest konkret. Być może nawet konkret egzystencjalny. Res extensa. Wspomniane śliwki pojawiają się w takim oto towarzystwie znaczeń:

boję się pisać o naszych wspomnieniach
bo czasem myślę, że wtedy umierasz
że wiesz, że cię żegnam i robię zapasy
śliwek w czekoladzie na kolejne święta

Są więc czymś więcej niż przypadkową, słodką przekąską, uderzeniem cukru. To coś nierozerwalnie skojarzonego z osobą bliskiej kobiety (babci – choć to określenie nie zostało użyte w książce), której odejście jest przeczuwane, a następnie – przeżywane. I nie jest istotne, czy śliwki były prezentem od niej czy dla niej, ale że stanowiły pewną tradycję, były stałym znakiem świąt w jej towarzystwie. I jednocześnie były też kompulsywnym sposobem radzenia sobie z przewidywaną śmiercią, próbą zaczarowania tego, co nastąpi. Śliwki i śmierć łączy też coś więcej (poza inicjalnym „ś”) – pojawiają się w książce Roksany Bach bardzo rzadko. Są zepchnięte na margines. A jednak to one stanowią o głównym temacie, który domaga się wypowiedzenia: „boję się nie pisać o naszych spojrzeniach/ bo czasem myślę, że wtedy umieram”.

Przy pierwszej lekturze uderzyła mnie intensywność niepokoju. Podmiotka jest aż nadto wyczulona na wszelki moment, bo „kiedy odwiedzę cię po raz ostatni/ nie będę wiedzieć, że to już ta chwila”. Więc stosuje zasadę: traktować każde spotkanie jako ostatnie z hiperdokładną percepcją, męczącą zapewne, bo angażującą w sposób totalny. Wyobraża też sobie kryzysową reakcję własnego ciała:

i może poczuję ten ścisk
gdzieś w żołądku, mdłości,
nerwy, szklaną zasłonę

Tomik otwiera proza poetycka pt. Telefony. Znajdziemy w niej taki fragment: „Dzwonię do ciebie z pewną obawą, a każdy przedłużający się sygnał połączenia tylko ją nasila. Ale w końcu odbierasz i niewypowiedziany lęk osiada na wilgotnych wargach, kiedy się witamy. Przeżuwam go, gorzko rozgryzam i w końcu połykam, aż jestem nim syta”. I coraz bardziej nabieram wrażenia, że te tytułowe śliwki są jakby metonimią lęku. Ich gromadzenie nie służy zaspokajaniu głodu. Raczej świadczy o braku bezpieczeństwa. Wyrazem uzewnętrznionego lęku był też wielokrotnie pojawiający się „koralik skrzepu” – umiejscowiony między palcem wskazującym a kciukiem kobiety. Widoczny, namierzony. Koralik brzmi jak zabawka, coś ozdabiającego, a jednak stanowi realne zagrożenie. Przypomina w każdej chwili o nieuniknionym („skrzep krąży w naszych spojrzeniach, rozpycha się nieregularnym kształtem i ostrą formą”), choć nie do końca jest pewne, czy był on bezpośrednią przyczyna zgonu, a kasandryczne stwierdzenie: „mówisz, że ten skrzep dojdzie w końcu do mojego serca” stało się rzeczywistością. I jestem w stanie sobie wyobrazić, że skrzep z ręki babci wędruje do serca bohaterki. Jest więc niebezpieczny podwójnie.

Kolejny utwór nazwany połączenia – prolog jest jakby esencją z poprzedniego tekstu, przytoczę go w całości:

trzy sygnały budzą niespokojne myśli
czwarty lęk
a piąty strach

odbierasz

jednak gramy od nowa

„Gra od nowa” to z jednej strony ulga, poczucie nowego rozdania, dodatkowego czasu. Ale z drugiej strony – prawdziwa ulga przychodzi dopiero ze śmiercią bliskiej osoby. Wydarza się coś, co i tak musiało nastąpić i wreszcie nastąpiło („a więc naprawdę cię nie ma”). Nadejście śmierci było mało okazałe, choć – jak podkreśla poetka – na jej zasadach: „umarłaś w łóżku, zupełnie tak jak chciałaś”. I nieco dalej dodaje: „ledwo zaczęłaś tydzień, a skończyłaś życie/ może pomyślałaś, że to tylko drzemka, spadek formy/ może przespałaś”. Została pustka. Nie wyobrażona, ale rzeczywista. Mieszkanie zostało sprzedane, a „dziś tylko na mapach Google/ żyjesz; za zasłoną, firanką” (zagłada mieszkania nr 10). I tu właśnie zaczyna się właściwa żałoba (już nie antycypująca). Przypomina mi to lekturę książki Joan Didion Rok magicznego myślenia i samoobserwację, jakiej dokonuje autorka w obliczu straty. Bohaterka Śliwek wyznaczyła sobie trudne zadanie: „chcę cię zapamiętać rzetelnie nieludzko/ każde tak, każde nie, machnięcie bez słowa dłonią”. Wymaga więc od siebie dogłębnej analizy, niemożliwej pracy pamięci. Nic bardziej nie przydałoby się bohaterce niż opanowanie technik zapominania – można pomyśleć.

Wszystko jest relikwią

Śliwki w czekoladzie dotykają uniwersalnego doświadczenia wyjątkowości i jednocześnie obcości rzeczy po zmarłym. Poetka przywołuje m.in. biszkoptowy sweter, krzesła, zdjęcia, teczkę świadectw, plastikową miskę, filiżanki z Chodzieży, firankę, notes z wyliczeniami, ręcznik. Powstaje litania przedmiotów, z którymi nie wiadomo, co zrobić, bo np. firanka nie pasuje do żadnego innego okna. Jawi się ambiwalentność pozostawionych rzeczy: z jednej strony są na wagę złota, a z drugiej – na śmieci. Przychodzi mi na myśl bohaterka książki Bronki Nowickiej Nakarmić kamień, która przywłaszcza sobie grzebień i mówi: „Jeszcze jest w nim dziadek. Biorę sobie ciebie, grzebieniu, za pamięć”. Rzecz zaczyna odsyłać do człowieka, którego już nie ma. To oczywiście nie jedyny przykład zmagania się ze stratą poprzez rzeczy we współczesnej polskiej literaturze. Podobne doświadczenie było udziałem Marcina Wichy, który w nagrodzonej Nagrodą Literacką „Nike” książce pt. Rzeczy, których nie wyrzuciłem porządkował mieszkanie po rodzicach i zapisywał swoje myśli i rozterki. Językowo Roksanie Bach bliżej oczywiście do gęstej prozy Nowickiej (choć wątkiem głównym jej książki była przemoc wobec dziecka). Zielonogórska debiutantka sięgnęła po temat mocno uniwersalny i taki, który każdy z nas na pewnym etapie życia musi zaliczyć. Nie da się go obejść, pominąć. A jeśli się spróbuje odwrócić głowę, to i tak dotrze do nas z innej strony. Z jeszcze większą siłą rażenia. Roksana Bach poświęca Śliwki w czekoladzie swojej żałobie, uwolnieniu „czułości nieujarzmionej”. Ale takiej, która narastała od dziecka, bo ta książka to także studium dziecka wysoko wrażliwego, rozumiejącego i czującego ponad miarę. Uwidacznia się to najbardziej w krótkiej prozie bez tytułu: „[…] Jestem cicho, bo ciszą nie można nikogo zdenerwować. Jestem cicho i nie hałasuję, nie śpiewam głośno, nie krzyczę, nie zapominam się w zabawie. Nawet już cicho płaczę, bo płacz też denerwuje innych, zwłaszcza ją. A potem idę do szkoły i dostaję miano tego nieśmiałego dziecka, grzecznego, słuchającego się, uważnie obserwującego dorosłych. […] Być o krok przed nimi […]”.

Bohaterka tych wierszy – dorosła już – zdaje sobie sprawę ze swojej strategii funkcjonowania. Kontroluje całe otoczenie, a także siebie. Pisanie otwiera jednak przestrzeń, w której lęk może być bezkarnie wypowiedziany. Śmierć odblokowuje lęk, ale to poezja zamyka pewien etap.

*

Śliwki w czekoladzie są pełne delikatności, szczegółów, obserwacji i chłodu. Lubię sposób, w jaki poetka kieruje melodią wiersza, jak powtarza frazy, a robi to dosyć chętnie. I pamiętam doskonale, jak kilka lat temu spotkałam ją pierwszy raz na zajęciach z poezji, jak spodobał jej się wiersz Janusza Stycznia i jak podniosła głowę, chcąc przeczytać własny tekst, kiedy wszyscy inni patrzyli w podłogę. Powiedzmy, że mniej więcej od tamtej chwili czekałam na jej książkę.

Przeważa w tym tomiku poezja, ale znajdziemy też trzy fragmenty prozy. Co ważne, silnie ze sobą współgrające, dopełniające się. Poezja brzmi jak proza, a miniatury narracyjne – są skondensowane poetycko. Nie przywiązujmy się zbytnio do formy. Wtedy nie zdziwi nas, że lęk może być zapakowany w fioletowe papierki.

Mirosława Szott

The post Być o krok przed nimi (Roksana Polon, „Śliwki w czekoladzie”) appeared first on Pro Libris.

]]>
Chcę poszukiwać całości w złożoności, bo poszukiwaniem samej złożoności się zmęczyłem. Z prof. Mirosławem Lachowiczem, matematykiem stosowanym, rozmawia Mirosława Szott https://prolibris.net.pl/chce-poszukiwac-calosci-w-zlozonosci-bo-poszukiwaniem-samej-zlozonosci-sie-zmeczylem-z-prof-miroslawem-lachowiczem-matematykiem-stosowanym-rozmawia-miroslawa-szott/ Wed, 20 Mar 2024 13:34:12 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=12389 Mirosława Szott

The post Chcę poszukiwać całości w złożoności, bo poszukiwaniem samej złożoności się zmęczyłem. Z prof. Mirosławem Lachowiczem, matematykiem stosowanym, rozmawia Mirosława Szott appeared first on Pro Libris.

]]>

Chcę poszukiwać całości w złożoności,
bo poszukiwaniem samej złożoności się zmęczyłem

Z prof. Mirosławem Lachowiczem, matematykiem stosowanym, rozmawia Mirosława Szott

prof. Mirosław Lachowicz
Mirosława Szott: Czy zdziwiłeś się, Mirku, zaproszeniem do rozmowy o nieskończoności w piśmie o profilu literacko-kulturalnym? Jesteś w końcu profesorem matematyki.

Mirosław Lachowicz: Nie, Mirko, nie zdziwiłem się, bo znam środowisko czasopisma, którego jestem wiernym kibicem. Na pewno bardzo się ucieszyłem. Wierzę w sens przekraczania granic i martwi mnie, że nasza baza kulturowa bardzo to utrudnia. Już w szkole dowiadujemy się, że są całkowicie rozłączne przedmioty i wszyscy są jakoś przyporządkowani do nich na stałe. Oczywiście to porządkuje, ale jest z gruntu nieprawdziwe. Współczesne problemy ludzkości rodzą się na przecięciach różnych dziedzin i przyszłość widzę w skutecznym przekraczaniu barier. Nauki ścisłe (po angielsku po prostu science) i nauki humanistyczne ujmują prawdę o świecie i człowieku w różnych aspektach, ale ta prawda jest jedna, choć nie jest nam bezpośrednio dostępna. Od wielu lat chodzi mi po głowie rodzaj syntezy.

Powiesz o tym coś więcej? Zdajesz sobie sprawę z tego, że to brzmi jak alchemia?

To słowo „alchemia”, raczej całkowicie skompromitowane, może być tutaj ładną metaforą. Gdyby sir Isaac Newton (1642-1727) musiał się samookreślić w jakimś 

kwestionariuszu, to zapewne nie napisałby, że jest „jednym z najwybitniejszych matematyków wszechczasów” lub „jednym z najwybitniejszych fizyków”, lecz właśnie raczej, że jest alchemikiem. Grał w to, co umiał grać. Może dzisiaj nie mamy twardej podstawy intelektualnej do syntezy nauk ścisłych i sztuki, ale to nie znaczy, że nie powinniśmy szukać. Na pewno nie stracimy. Warto podkreślić, że ta nieprzekraczalna przepaść pomiędzy naukami ścisłymi i sztuką jest bardziej odczuwalna w „naszym kręgu kulturowym”. W krajach anglosaskich istnieją poważne czasopisma naukowe, w których ukazują się wyniki badań nad taką syntezą. Podam dwa przykłady: „Journal of Mathematics and the Arts” i „Journal of Humanistic Mathematics”. Chcę poszukiwać całości w złożoności, bo poszukiwaniem samej złożoności się zmęczyłem. Będziemy rozumieć świat, gdy połączymy różne spojrzenia i różne poziomy jego przetworzenia. Zarówno nauki ścisłe, w tym matematyka, jak i humanistyka, w tym literatura, są sposobami przetworzenia tego, co wiemy o świecie. Zwolennicy ewolucji powiedzieliby, że są sposobami przystosowania się naszych umysłów do świata. Tym więcej z tego świata zrozumiemy, im bardziej będziemy potrafili dokonać syntezy różnych, czasami odległych od siebie spojrzeń. O takiej syntezie pisał np. Edward Stachura (1937-1979) we Wszystko jest poezja w fenomenalnych dyskusjach z biofizykiem. Tym biofizykiem (Stachura konsekwentnie używa formy męskiej) była Barbara Czochralska (1928-2020), profesor chemii z Uniwersytetu Warszawskiego[1] Z książki Wszystko jest poezja pochodzi bardzo trafne określenie nauki (rozumianej jako science): „Jeżeli optymalnym opisem naukowym jest znak matematyczny, a nauka poprzez uogólnienie zdąża do opisywania zjawisk w formie najprostszej i, stale wiążąc nowymi relacjami różne dziedziny, zagęszcza swoją strukturę – to można sobie wyobrazić naukę przyszłości jako punkt o skomplikowanym ruchomym wnętrzu. Wnętrze tego punktu coraz bardziej się komplikuje i coraz bardziej zagęszcza. Sam punkt, zawierając w sobie jakiś obraz świata, jest w stosunku do świata przesunięty. Ostrość tego obrazu jest słaba, choć trudno to stwierdzić, ponieważ nie znamy innego intelektualnego obrazu świata. Można również nazwać naukę zamglonym okiem świata”. Zarówno sztuka, jak i nauka przetwarzają naszą wiedzę, nasze doświadczenia i nasze intuicje dotyczące świata. Przetwarzają w zupełnie inny sposób i zapewne inne elementy rzeczywistości. Niemniej mogą się dopełniać. Warto więc poszukiwać.

Jak to może wyglądać w praktyce?

Przenikania mogą być bardzo głębokie. Jest to temat na długie rozważania. Podam więc tylko jeden przykład. Bardzo ciekawe są dokonania francuskiej grupy literackiej Oulipo, powstałej w Paryżu w latach 60. ubiegłego stulecia. Za założycieli uważa się Raymonda Queneau (pisarza, poetę, wydawcę) i François Le Lionnais (inżyniera-chemika, matematyka, pisarza). Ten pierwszy zajmował się tzw. sekstyną – utworem literackim wymyślonym w XIII wieku w Prowansji – za jej wynalazcę uznaje się trubadura Arnaut Daniel. Analiza sekstyny i jej uogólnień (rzecz typowa w matematyce) doprowadziła do bardzo zaawansowanych matematycznych prac naukowych z teorii liczb. Co ciekawe, sam Queneau uczestniczył w tych badaniach. Dokonania tej bardzo ciekawej grupy to materiał na bardzo długą opowieść. Bardzo cieszę się, że utwory literackie grupy zaczęły się ukazywać ostatnio po polsku (za sprawą Wydawnictwa Lokator).

To jedno z moich ulubionych wydawnictw! Nie wyobrażam sobie być w Krakowie, odwiedzić Kazimierz i nie wejść do Lokatora. Ostatnio czytałam Księgę niepokoju Pessoi, wydaną tak wyjątkowo jak eseje Pereca. Wracając do powiązań, jest nurt kognitywistyczny w humanistyce, ale zawsze czuję się niezręcznie, kiedy np. językoznawcy wykorzystują nauki ścisłe w swoich badaniach (bo czuję, że sami sobie nie ufają). Nie spotkałam natomiast matematyka, który podjąłby się badań literaturoznawczych (w tę stronę byłoby chyba łatwiej?).

To jest temat na długą opowieść i może opasłą monografię, a i pewnie habilitację na tym można zrobić, choć nie wiem z jakiej dziedziny. Pierwszym przykładem są artykuły w wymienionych wcześniej czasopismach. Kolejnym jest wspomniana przed chwilą grupa Oulipo. Ich działania to było stosowanie zasad matematycznych do konstrukcji dzieł literackich. W szczególności uwielbiali kombinatorykę. Tu pojawia się ciekawy problem. Powszechnie uważa się, że poeta jest wolny w swoim wyrazie – może pisać, co chce i jak chce. Matematyk ma ograniczone pole manewru – musi posługiwać się ustalonymi regułami. Działania grupy Oulipo w literaturze pokazują, że formalne ograniczenia dają ciekawe możliwości nowego wyrazu. Tak naprawdę w ograniczeniach ukazuje się geniusz. Wyobraź sobie książkę napisaną po francusku bez użycia litery „e” (najczęściej występującej w języku francuskim) – zrobił tak wspomniany Georges Perec w Zniknięciu (w szczególności polecam komentarze polskich tłumaczy tej książki). Dodatkowo takie formalne ograniczenia mają istotną motywację. Z drugiej strony poszukiwania intelektualne Oulipowców były bazą do rozwoju teorii matematycznych, jak ta z teorii liczb, o której wspomniałem. Zatem relacja matematyki i literatury była tu podobna, może tylko z odrobiną przesady, do relacji pomiędzy matematyką i fizyką, które bez siebie istnieć, jak wiadomo, nie mogą. W telegraficznym skrócie można tu dorzucić Lwa Tołstoja z jego „całką historii” w Wojnie i pokoju. Niestety XIX-wieczny tłumacz polski (obecnie korzystamy z uwspółcześnionego tłumaczenia XIX-wiecznego) raczej nie przyłożył się do oddania w sposób zrozumiały idei Tołstoja – na szczęście tłumaczenie angielskie można znaleźć online (nie byłem tak zawzięty, by czytać po rosyjsku). Można wymienić Roberta Musila (1880-1942) i na przykład jego książkę Niepokoje wychowanka Törlessa (Die Verwirrungen des Zöglings Törless, 1906, wyd. pol. 1965), gdzie matematyka (liczby zespolone) odgrywa pewną rolę oraz np. inną jego książkę – Człowiek matematyczny i inne eseje (Warszawa 1995). Dodałbym dzieła mojego ulubionego Italo Calvina (1923-1985) – był członkiem honorowym Oulipo, a zgodnie ze statutem Oulipo: „skoro był, to jest” – bardzo inspirowane matematyką. Po włosku wyszedł zbiór opowiadań Opowieści Matematyczne (Racconti matematici, Einaudi, Torino 2014), zebrany przez matematyka Claudio Bartocciego z krótkimi utworami J.L. Borgesa, I. Asimova, I. Calvina, S. Lema (oczywiście!), D. Buzzatiego, J. Cortezara, U. Eco i innych. Można powiedzieć, że większa część dzieł Jorge L. Borgesa (1899-1986) i Stanisława Lema (1921-2006) inspirowana była matematyką[2]. Te powyżej omówione związki interesują mnie najbardziej, gdyż dają nadzieję na całościowe spojrzenie na człowieka i jego doświadczenie. Ale są też związki bardzo konkretne i znowu jest to temat-ocean.

To może chociaż jeden przykład z tego oceanu?

Powiem o dwóch, o których nie sposób nie wspomnieć. Nie można współcześnie uprawiać językoznawstwa bez odniesień do matematyki i informatyki. Jako konkretny przykład podam artykuł napisany przez katalońskich matematyków[3]. Tekst powstał, zanim Polska dołączyła do Unii. Autorzy informują, że na ulicach Katalonii, a w szczególności Barcelony, można zobaczyć napisy „Polacos, esta es Espaňa” („Polacy, tu jest Hiszpania”). Nie jest to bynajmniej chęć poinformowania polskich turystów, że są w Hiszpanii (na wypadek gdyby tego nie zauważyli), gdyż w tamtych czasach raczej niewiele osób z Polski odwiedzało Katalonię. Napisy te były związane ze zniecierpliwieniem Hiszpanów ze środkowej Hiszpanii (w tym z Madrytu), mówiących po hiszpańsku – „kastylijsku”, faktem, że w Katalonii mówi się po katalońsku. Język ten wydawał się na tyle dziwny, że określano go mianem „polskiego” (tak, jak my kiedyś coś niezrozumiałego określaliśmy, że brzmi po „chińsku”), a mówiących nim Katalończyków mianem Polaków. Autorzy artykułu zadają sobie pytanie, który z języków hiszpański czy kataloński jest bliższy polskiemu. Nie powiem, co im wychodzi, aby nie psuć zabawy osobom, które sięgną po ten artykuł. Kolejnym tematem-oceanem jest sztuczna inteligencja. Dzieje się na naszych oczach i niewątpliwie zmieni nasz świat, tak jak zmienił świat internet. Dyskutuje się o możliwych zagrożeniach, ale wpływ sztucznej inteligencji na nasze życie jest nieunikniony. Zmiany są tak szybkie, że trudno przewidzieć ich efekt za kilka lat. Czy będziemy mogli w przyszłości przestać pisać książki, komponować symfonie i malować obrazy, bo zrobią to za nas komputery? Nie sądzę. Jedno jest pewne: komputery nie zastąpią nas w uprawianiu matematyki (twierdzenie A. Turinga, 1912-1954). Sztuczna inteligencja, jak sądzę, może spowodować, że klasyczny podział na „umysły humanistyczne” i „umysły ścisłe” stanie się właśnie sztuczny.

Jak można mówić o nieskończoności?

Najpierw można się zastanawiać, czy jest sens mówić o nieskończoności w skończonym czasie, lub pisać na skończonym skrawku papieru. To jest pojęcie wyjątkowo niejednoznaczne i obarczane wieloma kontekstami. O nieskończoności można mówić w kolejce („czy mam tu stać w nieskończoność?”). Nad nieskończonością zastanawiają się filozofowie, za Arystotelesem zapewne przyjmując, że są możliwe dwie różne nieskończoności: potencjalna (najprostsza, wyrażająca nieograniczoność) i aktualna („dokonana”). Ta druga prowadzi do licznych paradoksów, takich jak np. paradoksy Zenona z Elei. Do listy tej matematyk Georg Cantor (1845-1918) dorzucił jeszcze nieskończoność absolutną, którą utożsamiał z Bogiem. Czy zatem kłótliwy facet z kolejki, matematyk, fizyk, filozof lub teolog (z chęcią użyłbym tu też form żeńskich), wypowiadając słowo „nieskończoność”, myślą o tym samym? Oczywiście tak nie jest. Włoski poeta i filozof Giacomo Leopardi napisał w pierwszej połowie XIX wieku dzieło L’Infitito (Nieskończoność. Wybór pieśni, Warszawa 2000). Może więc poeta-filozof, jeden z największych klasyków XIX-wiecznej literatury światowej, mógłby być przewodnikiem w rozumieniu nieskończoności? Niestety czytelniczka lub czytelnik ma prawo się rozczarować. W książce Leopardiego nieskończoności w zasadzie nie ma. Dla włoskiego poety jest ona tylko ułudą. To jedno z tych pojęć, które przez swą nieokreśloność są tak pojemne, że każda czytelniczka lub czytelnik może tam sobie podstawić swoje rozumienie i swoją interpretację. W ten sposób poezja, zdaniem Leopardiego, byłaby formą, której treść nadaje osoba czytająca.

Tak rzeczywiście bywa. Uzupełniamy pewne miejsca niedookreślone (tak je nazywał R. Ingarden) własnym doświadczeniem, wyobrażeniem. I to się zmienia przy każdej lekturze, więc dzieje się w nieskończoność. Jak to jest w Twojej dziedzinie?

No, właśnie, czy w nieskończoność? Siłą matematyki jest to, że nie ma w niej miejsca na indywidualną interpretację. Matematyka nie zależy od twórcy i odbiorcy. Bardziej niż jakikolwiek inny wytwór człowieka jest ona uniwersalna. Matematyka w Patagonii jest identyczna jak matematyka na Kamczatce. Tu żaden ideolog nic nie poradzi, choć próby zawłaszczenia matematyki w historii też się zdarzały. Tak jak okrąg jest idealizacją czegoś okrągłego, tak nieskończoność jest idealizacją czegoś bardzo dużego. Paradoksalnie mógłbym powiedzieć, że w zasadzie matematycy wcale nie potrzebują nieskończoności, choć chętnie o niej mówią. Przed wynikami wspomnianego już wcześniej Georga Cantora wielu matematyków wyrażało swój dystans do pojęcia nieskończoności (aktualnej), na przykład wielcy matematycy, Gottfried W. Leibniz (Leibnitz) (1646-1716) – „nie ma nic bardziej namacalnego niż absurdalność idei liczby właściwie nieskończonej” i Carl F. Gauss (1777-1855) – „nieskończoność jest raczej sposobem mówienia, prawdziwym sensem jest granica, która jest dowolnie blisko elementów”.

Lubisz czytać poezję? Czy męczy Cię ta wielość możliwych interpretacji?

Tu odpowiedź jest szybka: lubię i nie męczy. Choć nie będę ukrywał, że nie każdy rodzaj poezji jest dla mnie dostępny. Ze zdziwieniem zaobserwowałem, jak ważna jest poezja Wisławy Szymborskiej dla przedstawicieli nauk ścisłych za granicą, szczególnie we Włoszech. Jest to rzeczywiście fenomen, bazujący trochę na fakcie, że jej poezja jest względnie oczywista do tłumaczenia. Nie uznałbym się za połykacza poezji, ale niewątpliwie to, co przeczytałem w młodości, ukształtowało moją wrażliwość.

Spotkaliśmy się ostatnio na Festiwalu Experyment[4], który w 2022 roku nosił tytuł „Bezkres-infinity”. Miałeś tam wykład, na który przyszedł tłum ludzi (w najgorszym upale dnia). Nawiązywałeś do literatury, malarstwa, filozofii oraz… matematyki. Zacząłeś od przekazywania wstęgi Möbiusa i pytań wokół tej jednostronnej powierzchni. To był dobry chwyt! Pokazywałeś też m.in. prace Eschera, obraz Dalego pt. Ogon jaskółki wykorzystujący całki i linie odnoszące się do teorii katastrof René Thoma. I przyznam, że to było bardzo intrygujące (dla kogoś, kto matematyką zajmował się ostatni raz w szkole średniej).

Moje refleksje o nieskończoności, bazujące na wykładzie, który wygłosiłem na międzynarodowym festiwalu Experyment w Zbąszyniu w 2022, zawarłem w artykule „Experyment” z nieskończonością[5]. Na tym wykładzie byłaś i widziałaś. Było to dla mnie ciekawe przeżycie. Wcześniej, w roku 2013 zastanawiałem się, czym jest nieskończoność w matematyce stosowanej[6], a więc tej części matematyki, która bezpośrednio odnosi się do rzeczywistości.

No właśnie ­– jeśli się nie mylę, zaliczasz się do grupy matematyków stosowanych. Co to oznacza?

Matematyk stosowany to taki, który chce, by jego struktury matematyczne opisywały świat. Matematyka stosowana to budowanie (tworzenie) i analizowanie modeli matematycznych, czyli takich struktur (najczęściej równań), które ujmują pewne aspekty opisywanej rzeczywistości. Gdy matematyk (stosowany, oczywiście) tworzy równania mające opisywać, na przykład walkę układu immunologicznego z nowotworem, i gdy już wie, że jego równania mają rozwiązania, a te rozwiązania są jedyne (jednoznaczne), to zaczyna się interesować zachowaniem długoczasowym (asymptotyką czasową). Oznacza to, że bada zachowanie rozwiązań, gdy czas zbiega do nieskończoności. Jest to pierwszy krok do wyciśnięcia podstawowej informacji z równania: dla jakich parametrów zwycięży układ immunologiczny, a dla jakich nowotwór. Zatem prędzej czy później musimy w tym procesie przejść od konkretów świata rzeczywistego do świata abstraktów – świata idei matematycznych odzwierciedlających świat rzeczywisty. W świecie abstraktów mamy do czynienia z punktami, odcinkami, okręgami, płaszczyznami i… właśnie z nieskończonością. Żadnego z tych obiektów nie obserwujemy w świecie rzeczywistym, a jednak dobrze nam służą do zrozumienia tego świata. Za Theodorem Roethke, amerykańskim poetą, możemy powiedzieć, że wszystkie rzeczy skończone ujawniają nieskończoność.

Próbowałeś swoich sił w literaturze? Czegoś eksperymentalnego między wzorem a metaforą?

Nie, nie próbowałem. Zastanawiałem się nad tłumaczeniami. Kiedyś powiedziałem Katarzynie Kutzmann-Solarek, że przetłumaczę jej wiersze na język włoski. Po czym spędziłem cały dzień, zastanawiając się nad tym, jak przetłumaczyć tytuł, uznałem, że to przerasta moje możliwości (liczę, że Kasia mi wybaczyła). Naturalna dla matematyka chęć dokonania ścisłego przekładu praktycznie uniemożliwia translację. Jednak są znakomite przykłady, że tak nie zawsze jest. Niedawno zmarły wspaniały matematyk – Ryszard Engelking (1935-2023), zresztą mój nauczyciel – był doskonałym i często nagradzanym tłumaczem literatury francuskiej, w tym dzieł Flauberta i Baudelaire’a. Może niepotrzebnie się zniechęciłem? Jako anegdotę mogę opowiedzieć o wynurzeniach włoskiego tłumacza Wujaszka Wanii A. Czechowa. Na kilkunastu stronach wstępu tłumaczy się on z tego, jak usiłował przełożyć kluczowe niewątpliwie zdanie dramatu „Szto delat – nada zit” („cóż robić – żyć trzeba”). Każde jego podejście dawało wypowiedź raczej nadającą się do wieczoru w trattorii niż wyrażenia istoty bytu.

Przytoczyłeś kiedyś cytat Godfreya Hardy’ego, jednego z najbardziej znanych matematyków początku XX wieku, a jednocześnie współojca podstawowego prawa genetyki: „Piękno jest pierwszym sprawdzianem: na świecie nie ma miejsca dla brzydkiej matematyki”. Jak rozumiesz piękno?

Już starożytni Grecy próbowali zrozumieć fenomen piękna. Czy jest obiektywne, czy też subiektywne? Niektórzy matematycy (za Hardym) uważają, że matematyka może być tylko piękna, w tym sensie, że to, co nie jest piękne, w matematyce jest po prostu eliminowane z czasem. Jest tu podobny problem jak z muzyką. Symfonia albo jest piękna, albo nie ma jej wcale (po prostu nie jest grana). Ale jak wyrazić kryterium określające, która symfonia jest piękna? Podobny problem jest z malarstwem i literaturą. Jak do kryterium sztuki ma się dzieło Piera Manzoniego (1933-1963) pod tytułem Merde d’Artiste, wykonane, zresztą, w dużej liczbie kopii? Może gdybym już naprawdę był zmuszony do wyrażenia jakiejś formułki, to zgodziłbym się z tą klasyczną, że piękno jest w tym, co cieszy zmysły.

Wiele podróżujesz po świecie. Ostatnio byłeś w RPA i Bułgarii. To też pomaga Ci szukać tej syntezy, o której wspomniałeś na początku naszej rozmowy?

Tak, podróżowanie jest dla mnie bardzo ważne. Miałem zaplanowane w roku 2023 wyjazdy na Sycylię i do Portugalii, ale uniemożliwił je wypadek rowerowy. W podróżowaniu widzę poszukiwanie jedności świata. Mam bardzo sentymentalny stosunek do wszystkich miejsc, które odwiedziłem. Bardzo lubię Włochy, a w szczególności Sycylię, lubię też RPA. Niewątpliwą zaletą zajmowania się nauką jest możliwość podróżowania. Niezależnie od wyjazdów dalekich, praktycznie zawsze związanych z pracą zawodową, lubię podróże głównie rowerowe w bliższej okolicy, a także dłuższe spacery piesze. Mam wiele przemyśleń i anegdot z tym związanych. Może kiedyś to usystematyzuję?

Dziękuję za inspirującą rozmowę.

To ja bardzo dziękuję. Może wspólnie daliśmy impuls do dalszych poszukiwań? Może kiedyś powstanie polskie Oulipo? Proponowałbym nazwę Walipo, co ładnie można zinterpretować. Zakończę próbką działalności Oulipowców (nie twierdzę, że najbardziej znamienitą) – wierszem wspominanego F. Le Lionnais pt. Wiersz w stanie śladowym (nie wykluczam, że jest to polska prapremiera drukiem):

1, 2, 3, 4, 5,
6, 7, 8, 9, 10,
12?
11!

[1]  Barbara Czochralska historię znajomości ze Stedem przedstawiła w książce Ktoś spoza planety: spotkania z Edwardem Stachurą.

[2]  Związki J.M. Coetzee z matematyką opisałem w artykule Matematyka i literatura, J.M. Coetzee, „Delta” 2023, nr 1, s. 4-5 (dostęp online), a związek z samotnością opisałem w artykule Samotność i liczby, „Delta” 2023, nr 11, s. 17-19 (też dostęp online) – chodzi tu o książkę Paola Giordana (doktora fizyki) Samotność liczb pierwszych.

[3]  J. Miró, F. Rosselló, Czy w Unii Europejskiej mówiono po polsku?, „Delta”, 2004 (dostęp online).

[4]  Międzynarodowe spotkania artystów organizowane od 2001 roku w Zbąszyniu przez Katarzynę Kutzmann-Solarek i Ireneusza Solarka.

[5]  M. Lachowicz, „Delta”, 2023 nr 8, s. 1-3 (dostęp online).

[6]  Tenże, Nieskończoność – nieskończenie użyteczna, „Delta”, 2013, nr 7, s. 12 (dostęp online).

prof. Lachowicz

The post Chcę poszukiwać całości w złożoności, bo poszukiwaniem samej złożoności się zmęczyłem. Z prof. Mirosławem Lachowiczem, matematykiem stosowanym, rozmawia Mirosława Szott appeared first on Pro Libris.

]]>
Poznanie zmysłowe z perspektywy językoznawcy. Z prof. Piotrem Kładocznym rozmawia Mirosława Szott https://prolibris.net.pl/szott-kladoczny/ Mon, 13 Nov 2023 18:22:35 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=10551 Mirosława Szott

The post Poznanie zmysłowe z perspektywy językoznawcy. Z prof. Piotrem Kładocznym rozmawia Mirosława Szott appeared first on Pro Libris.

]]>

Poznanie zmysłowe
z perspektywy językoznawcy

Z prof. Piotrem Kładocznym rozmawia Mirosława Szott

Ile mamy tak naprawdę zmysłów?

Ile mamy zmysłów, jest pytaniem przede wszystkim do nauk biologicznych i psychologii poznawczej. Od starożytności uważano, że człowiek ma pięć zmysłów: wzrok, słuch, dotyk, węch i smak. Jednak od jakiegoś czasu wspomina się także o kilku dodatkowych zmysłach, do których należą ból (nocycepcja), napięcie mięśniowe (in. propriocepcja dotycząca świadomości ciała i położenia jego części) oraz równowaga i orientacja w przestrzeni. Ponadto rozwijana jest wiedza o szeroko pojętym dotyku, który nie odnosi się wyłącznie do prostego kontaktu z ludzkim ciałem, lecz wskazuje na wiele złożonych czynników. Możemy zatem mówić o odczuciu wilgoci, temperatury czy ciężaru. Gdyby policzyć wszystko można byłoby mówić nawet o 11 zmysłach, ale sprawa jest złożona, bo wiele odczuć łączy się, nakłada się na siebie lub funkcjonuje zamiennie. Przykładem może być ból, który bardzo często jest wywoływany intensywnym dotykiem, lub percepcja kształtu poznawanego zazwyczaj wzrokiem, ale również dotykiem. Można także podać przykład ognia, który daje odczucie zarówno ciepła, jak i jasności, czyli łączy doznania temperatury i wzroku.

A intuicja?

Intuicja określana jako szósty (dodatkowy) zmysł i przypisywana pewnym osobom to interpretacja kulturowa dodatkowej, raczej niecodziennej wiedzy człowieka, przeczucia, które sprawdza się częściej niż u innych ludzi. Nie ma nic wspólnego ze zmysłami „cielesnymi”. 

Które z wrażeń zmysłowych są według Pana najtrudniejsze do wyrażenia?

Nie zawsze to, co postrzegamy, jest łatwe do wyrażenia w języku. Mechanizm powstawania słów jest zwykle taki, że człowiek nazywa to, co dla niego ważne i dobrze rozpoznane (konceptualizowane). 

W związku z tym, obserwując ślady zmysłów w języku, można określić, które z nich człowiek uruchamia, a dokładniej, które i jak poddaje refleksji językowej. Biorąc pod uwagę, że wiele osób nie opisuje swoich doznań, a inni mogą je kreować, trzeba traktować opis językowy oraz poczynione na jego postawie refleksje jako przybliżoną wiedzę na temat ludzkiego poznania zmysłowego. Nazywamy ją językowym obrazem ludzkich zmysłów – tym zajmuje się językoznawstwo. Właściwie poza doznaniami wzrokowymi, słuchowymi i szeroko rozumianym dotykowymi wszystkie pozostałe wrażenia zmysłowe spotyka się o wiele rzadziej i na tej podstawie można sądzić, że dla człowieka są one trudniejsze do wyrażenia. Jednak w szczegółach bywa inaczej, bo każdy ma swoje indywidualne preferencje i dyspozycje, a ponadto niektórymi wrażeniami zmysłowymi zajmujemy się w określonych sytuacjach, np. o smakach mówimy przy degustacjach i spożywaniu posiłków, o węchu – gdy jakaś woń zrobi na nas wrażenie, ból staje się przedmiotem opisu chorób, wypadków lub walk. Można byłoby wyciągnąć wniosek, że rzadziej opisywane wrażenia zmysłowe są dla człowieka trudniejsze w rozpoznaniu, co może się wiązać z budową ciała ludzkiego lub preferencjami mózgu, bądź też są one dla człowieka mniej ważne. Być może tak jest, bo większość naszych doznań opiera się na wzroku i słuchu, ale łatwo wskazać przykłady, w których poszczególni autorzy swobodnie wyrażają się o zapachach czy smakach. Weźmy pod uwagę np. powieść Patricka Süskinda Pachnidło czy opisy smaków win sommelierów – one w ogromnej większości zostały poświęcone jednemu niedominującemu powszechnie zmysłowi. Zazwyczaj łatwo rozpoznajemy, że coś nas boli, wyczuwamy przyjemną woń lub dokuczliwy fetor i potrafimy to wyartykułować, ale nie zawsze o tym mówimy. Na przykład o równowadze zwykle się nie wspomina do czasu, gdy jest ona zaburzona (np. przejście przez bardzo wąską kładkę, upojenie alkoholowe, problemy z błędnikiem). Moje dotychczasowe badania wskazują, że dla opisu wrażeń wzrokowych i słuchowych mamy największą liczbę słów, co potwierdza łatwość wypowiadania się na ten temat (daje to szerokość i głębokość opisu). Z kolei wysoka frekwencja słownictwa tych zmysłów pozwala twierdzić, że są one dla człowieka najbardziej istotne z punktu widzenia rozpatrywanego przekazu, są po prostu aktywne cały czas, szczególnie wzrok, i to one sterują naszymi postrzeżeniami.

Czy zauważył Pan jakieś różnice w opisie wrażeń zmysłowych ze względu na płeć? Istnieją takie stereotypy, że mężczyźni są wzrokowcami, a kobiety – słuchowcami. Czy podobnie to wygląda w tworzonej przez nich literaturze?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie, bo nie prowadziłem aż tylu badań w tym kierunku. Jakiekolwiek pełne obserwacje dotyczące nawet jednej osoby są bardzo pracochłonne i nie sądzę, by w zakresie językoznawstwa udało się je szybko uzyskać. Z dotychczasowych wyników można wnioskować, że każda osoba ma swoje preferencje co do hierarchii zmysłów. Dodatkowo koncentracja określonego zmysłu w konkretnym przekazie zależy od jego tematu. W twórczości Jerzego Pilcha można zaobserwować, że w późniejszych utworach znacznie więcej uwagi poświęcał wrażeniom dotykowym, pisał także o równowadze, co wiązało się z podejmowaniem wątków choroby Parkinsona.

Dlaczego zainteresował się Pan jako językoznawca konceptualizacją zmysłów w twórczości różnych pisarzy i pisarek?

Zmysły zainteresowały mnie, gdy po napisaniu książki o polskim słownictwie dźwiękowym (Semantyka nazw dźwięków w języku polskim) szukałem kolejnej inspiracji do badań. Znalazłem metodę językoznawczego opisu jednego zmysłu i zacząłem ją przenosić na kolejne.

Na czym polega ta metoda?

Metoda służy przedstawieniu konceptualizacji zmysłów. Jest oparta na ramie semantycznej (zwanej też interpretacyjną) Charlesa Fillmore’a. Opisuje się w niej wybrane doświadczenia w określonych kategoriach ogólnych, charakterystycznych dla tego doświadczenia. Aby dokonać pełnego opisu, należy prześledzić wypowiedzi na dany temat, wskazać wszystkie kategorie, które bywają użyte, a następnie wypełnić je słownictwem. Między innymi z tego powodu mówi się raczej o rekonstrukcji poszczególnych ram niż o ich ustalaniu. Dla przykładu, o percepcji słuchowej mówimy w kategoriach źródła dźwięku (szerzej zdarzenia powodującego powstanie dźwięku), osoby percypującej (słyszącego), percepcji (słyszenia), obiektu percepcji (dźwięku) oraz cech obiektu percepcji (głośność, wysokość, barwa, długość, struktura). Wiele kategorii ma swoje podkategorie, a wypełnia je skromne lub całkiem liczne słownictwo. Weźmy pod uwagę choćby liczbę nazw dźwięków – jest ich kilkaset w postaci rzeczownikowej, a jeśli dodamy czasowniki i wykrzykniki onomatopeiczne, to uzyskamy kilka tysięcy słów w jednej kategorii. Tak można postąpić z każdą odmianą percepcji. Aby uzyskać w miarę pełny obraz konceptualizacji danego zmysłu, trzeba przebadać sporo materiału. Łatwiej o cząstkowe opracowania na podstawie wybranych tekstów czy twórczości wybranych autorów.

Czym się Pan kieruje, wybierając materiał do swoich badań?

Zainteresowanie twórczością poszczególnych twórców wynika z łatwości dostępu do materiału, ale dobór był raczej przypadkowy. W tej chwili poszukuję autorów, którzy ukierunkowują swój opis na zmysły o mniejszej randze. Szukam też przekazów osób niewidomych lub niesłyszących. Ich preferencje zmysłowe są dla mnie zagadką, którą chciałbym poznać lepiej.

Czy brał Pan pod uwagę twórczość Michała Kaziowa?

O Michale Kaziowie powiedziała mi koleżanka z pracy, przy okazji pożyczyła jego książkę autobiograficzną Gdy moim oczom. Przeczytałem ją i jeszcze drugą książkę biograficzną tego autora o innym wybitnym polskim ociemniałym Kazimierzu Dolańskim i obie opracowałem pod kątem konceptualizacji zmysłowej u tego autora. W warstwie treściowej są to niezwykłe historie osób, które w wyniku tragicznych okoliczności utraciły wzrok i przeżyły osobisty dramat. Jednak pomimo wielu przeciwności dzięki własnemu talentowi, ogromnej determinacji i pomocy innych ludzi udało im się ukończyć szkołę, zrobić studia, a nawet napisać doktorat. Wydawało się pierwotnie, że skoro utracili oni wzrok, to zmysł ten nie będzie dominował w opowiadaniu o życiu obu bohaterów, a większy udział będą miały inne, choćby słuch czy dotyk. Przecież w nocy, kiedy niewiele widać, wyostrzamy słuch i staramy się pomagać sobie dotykiem. Rzeczywiście pewne kwestie dotyczące osób ociemniałych zostały w tych tekstach wyeksponowane, np. wrażliwość słuchowa na głos ludzi i rozpoznawanie ich nastroju, dotyk pisma brajlowskiego i innych dotykowych pomocy dydaktycznych, ponadto potknięcia i obicia o sprzęty domowe, a także odczucia powiewu wiatru i umiejętność utrzymania równowagi na wąskich kładkach. Jednak biograficzne historie ludzi nawet tych niewidomych, to historie ich edukacji, problemów życiowych, urzędów, pracy itd. W tym wypadku ciągle napotykamy na korespondencje, dokumenty, starania o rozwiązanie kolejnych życiowych spraw. To wszystko opiera się na opisie obiektów wzrokowych. Niebagatelną rolę w życiu ociemniałych odgrywa Związek Niewidomych, który pomaga, wspiera, organizuje spotkania i decyduje o życiu swoich członków. Niewidomi, ociemniali ciągle poruszają wątek utraty wzroku i eksponują swój stan, więc tematyka wzrokowa jest tu obecna wciąż, nawet uzyskuje większą tematyczną uwagę. Ponadto utrata wzroku u osób, którzy mieli ten zmysł rozwinięty w pełni, sprawia, że potrzebują oni kogoś (lektorów, opiekunów, przyjaciół), kto im ten wzrokowy niedostatek zrekompensuje. To się wiąże z częstym opowiadaniem tego, co widać, by niewidomy mógł sobie to wyobrazić. Ponadto niewidomi dużo wspominają i bardzo lubią sny, bo tam ich wzrok wykreowany działa bez zakłóceń, jest kolorowo, choć czasem mają koszmary senne. Należy także wspomnieć, że życie wśród ludzi widzących, dla których wzrok jest dominujący, wymaga dopasowania do komunikacji i języka tych przedstawicieli społeczności, co pociąga za sobą stosowanie leksyki związanej z widzeniem.

A jak to wygląda w przypadku osób, które urodziły się niewidome lub utraciły wzrok bardzo wcześnie?

Może się okazać, że w ich przypadku zmysł wzroku przedstawia się inaczej. Jest to jednak praca badawcza, którą dopiero zamierzam podjąć.

Czy opisy doznań zmysłowych są współcześnie bogatsze czy raczej uboższe w porównaniu do opisów poprzednich pokoleń twórców?

To zależy, jak się podejdzie do zagadnienia. Współcześnie mamy dostęp do mnóstwa tekstów w wielu mediach, więc znajdziemy potwierdzenie wszystkich wrażeń zmysłowych ludzi interesujących się każdym tematem. Dawniej publikowano znacznie mniej, więc mamy dostęp głównie do literatury, a tam w zależności od preferencji autora i kreacji literackiej bywa różnie. Gdyby wziąć pod uwagę np. Stefana Żeromskiego, to należałoby powiedzieć, że był on bardzo wrażliwy na wszelkie zmysły. Słownik języka polskiego pod redakcją Witolda Doroszewskiego bardzo często dokumentuje dane słowo zmysłowe cytatem właśnie z Żeromskiego i wiele z tych słów to nienotowane wcześniej przykłady. Twórczość Adama Mickiewicza również jest bogata w słownictwo zmysłowe, choć ten autor nie tworzył neologizmów. Trzeba pamiętać, że słownictwo zmysłowe należy do bardzo podstawowego w języku, więc trudno, by dawniej ludzie go nie znali i nie używali. Małe dzieci uczy się mówić przy wykorzystaniu onomatopei. Czym innym jest zastosowanie tego w literaturze. Tu dawniej przeważnie dominowały wrażenia wzrokowe i słuchowe.

Jak często spotyka się Pan w swoich badaniach ze zjawiskiem synestezji?

Każdy, kto interesuje się zmysłami, napotyka na synestezję. Zmysły się mieszają, łączą, inspirują wzajemnie. Duża część doznań zmysłowych jest dla człowieka bardzo podstawowa i bezpośrednio dostępna, stąd staje się podstawą różnych porównań i odniesień obserwowanych w metaforach synestezyjnych. Łatwo to dostrzec choćby w odniesieniu do wzrokowego postrzegania jasności, która bardzo często służy do wyrażania wiedzy (jasny wywód, wyjaśnić co komu, wszystko jasne, światły człowiek, oświecony umysł, oświecenie), czasem synestezja łączy różne zmysły, jak w wyrażeniach: nuta smaku, barwa dźwięku, słodki zapach czy ostry/tępy ból. Według moich jeszcze nieukończonych obserwacji metaforyzacja obejmuje 5-10 procent wszystkich użyć leksyki zmysłowej. Nie jest to tylko efekt artystycznego wyrazu pisarzy, a znacznie częściej sposób na wyrażenie myśli przez zwykłych użytkowników języka.

Dziękuję za rozmowę.
Surrealistyczny rysunek przedstawiający różne kształty.

The post Poznanie zmysłowe z perspektywy językoznawcy. Z prof. Piotrem Kładocznym rozmawia Mirosława Szott appeared first on Pro Libris.

]]>
Młodzi Zielonej Góry i okolic – dwadzieścia jeden nazwisk i kilka refleksji ogólnych https://prolibris.net.pl/szott-mlodzi/ Tue, 27 Jun 2023 03:40:03 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=9088 Mirosława Szott

The post Młodzi Zielonej Góry i okolic – dwadzieścia jeden nazwisk i kilka refleksji ogólnych appeared first on Pro Libris.

]]>

Mirosława Szott

Młodzi Zielonej Góry i okolic –
dwadzieścia jeden nazwisk
i kilka refleksji ogólnych

Kiedy myślę sobie o młodych, zdolnych i dostrzeganych autorkach i autorach Zielonej Góry, którzy są w stanie zaistnieć też poza tym miastem, to przychodzi mi do głowy przede wszystkim tych troje: Paulina Korzeniewska, Michał Banaszak i Marcin Mielcarek. Wszyscy zostali dostrzeżeni podczas tegorocznej gali Lubuskich Wawrzynów (Paulina i Marcin – nominowani do Wawrzynu Literackiego, Michał – laureat w kategorii poezji). Paulina i Michał ukończyli studia poza Zieloną Górą, ale wrócili tu po kilku latach, obronili swoje doktoraty z literaturoznawstwa i wydali kilka książek w wydawnictwach spoza regionu. W najnowszym tomiku Korzeniewskiej Mniej znaleźć można przejmującą relację z pogranicza życia i śmierci, bardzo mocny i kobiecy język. U Banaszaka z kolei w Exicie sporo lęków współczesnego świata, dylematy i poszukiwanie sensu. Świetny rytm, przy którym trudno czasem złapać oddech (podobnie jak bohaterowi jego wierszy). Natomiast Marcin Mielcarek, który dopiero od kilku lat mieszka na zachodzie Polski, to absolwent zielonogórskiej filologii polskiej, prozaik, który ma na swoim koncie debiut w „Twórczości” (2020) oraz debiut powieściowy (Parada myśli nocnych. Sztuka latania). Ostatnio laureat ósmej edycji Zielonogórskiej Nagrody Literackiej „Winiarka”. Warto też wspomnieć o Dorocie Grzesiak, która choć nie mieszka już na Ziemi Lubuskiej, chętnie tu publikuje. Bywa też dostrzegana w prestiżowych konkursach w całej Polsce (np. zajęła drugie miejsce w konkursie im. Kazimierza Ratonia, gdzie notabene Banaszak został laureatem). Przywołam też Bartosza Konopnickiego (ongiś studiującego w Zielonej Górze), autora czterech tomików poetyckich, obecnie związanego z Krakowem. Jest też Natalia Haczek, która wprowadza moim zdaniem nową jakość do lubuskiej poezji – jej teksty charakteryzuje czarny humor i podejmowanie problemów tożsamościowych. Jest też autorką ciekawych krótkich form prozatorskich (większość jeszcze przed wydaniem). Ciekawi mnie też bardzo Jolanta Fainstein, o której zrobiło się głośno za sprawą dramatu mama ma szorstkie ręce – dotarł on do finału pierwszej edycji Konkursu o Nagrodę Dramaturgiczną im. Tadeusza Różewicza, a został niedawno wydany przez Pro Libris – Wydawnictwo WiMBP. Warto jeszcze zaznaczyć, że to twórcy urodzeni w latach 80. i 90. Co z młodszymi? Czy oni są widoczni w tym mieście lub poza nim?

Pamiętam dosyć dobrze tekst Roberta Rudiaka sprzed równo dziesięciu lat („Pro Libris” 2013, nr 1), w którym autor utyskiwał na stan literatury lubuskiej i jej starzejący się charakter (wyliczył średnią wieku członków lubuskich stowarzyszeń i otrzymał takie oto liczby: 61,2 w oddziale zielonogórskim ZLP; 61,3 w gorzowskim oddziale ZLP; 55,3 w Klubie Literackim w Żarach i 63 w SPP). Wyniki jego analiz (prowokujące – bo odpowiedziało na nie kilkunastu autorów) wynikały właśnie z brania pod uwagę jedynie zrzeszonych twórców. A warto dodać, że już wtedy prawie nikt z ówczesnej młodzieży nie działał w związkach i stowarzyszeniach. Ta tendencja wydaje się utrzymywać – młodzi wybierają niezależność. I co ciekawe, ani Korzeniewska, ani Grzesiak nie zostały wskazane przez Roberta Rudiaka (Paulina wydała arkusz poetycki już w 2006 r., Dorota Grzesiak – w 2009 r., pozostali, których wymieniam, byli jeszcze przed debiutem), za to niektórzy opisani przez badacza zdążyli już zawiesić pisanie poezji (np. Karol Graczyk, Jakub Rawski).

Myślę, że numer „Pro Libris” ph. Poszukiwania to świetna okazja, żeby przyjrzeć się młodym twórcom Zielonej Góry, których jest sporo, choć działają oni nieco inaczej niż ich starsi koledzy po piórze. Rzadko kiedy publikują swoje teksty indywidualnie w formie książki. Wyjątek od reguły stanowi np. Daria Walusiak, licealistka, dwukrotna stypendystka Prezydenta Miasta Zielona Góra w dziedzinie literatury. W 2022 roku wydała ona swój prozatorski debiut, na który składa się kilka opowiadań.

Na pewno najprościej zauważyć młodych poprzez konkursy i publikacje zbiorowe. Szósta edycja Konkursu na Debiut Pro Libris pozytywnie nas zaskoczyła. Konkurs został wznowiony po pięciu latach (w piątej edycji nie wyłoniono laureata, bo liczba zgłoszeń była zbyt mała, a jakość tekstów – niezadowalająca). Formuła konkursu uległa w 2022 roku rozszerzeniu, bo zaproszeni do udziału zostali twórcy w dwóch kategoriach wiekowych: 15-25 lat oraz powyżej 26 lat. Ponadto przyjmowano teksty poetyckie, prozatorskie i dramatyczne. W sumie nadesłano 11 zgłoszeń w pierwszej kategorii wiekowej i 14 zgłoszeń – w drugiej. Laureatkami zostały: Barbara Czyżewska, licealistka z Sulechowa, oraz Patrycja Mierzejewska, mieszkanka Kęszycy Leśnej, która w tym roku została także finalistką Połowu Biura Literackiego. W obecnym numerze zaprezentowane są fragmenty ich tekstów, które jeszcze w tym roku zostaną wydane w formie książki. Na uwagę zasługują też bardzo ciekawe utwory pozostałych nominowanych.

Myślę, że ciekawe teksty pisze także Roksana Bach (przed debiutem książkowym), która często zostaje laureatką imprez poetyckich i slamów, a także konkursów ogólnopolskich. Niecierpliwie czekam na jej książkę.

Ale być może konkursy to mylący trop? Wydaje się, że ta forma zaistnienia powoli odchodzi do lamusa, bo – jak zauważam od kilku lat – wielu studentów prowadzi własne blogi, videoblogi, kanały oraz działa w mediach społecznościowych. Nie interesuje ich tak bardzo papier. Zapewnia im to większe zasięgi niż wydanie – mogłoby się wydawać – najlepszej książki. Bo kto ze współczesnych autorów np. poezji może liczyć na 100 tys. odbiorców? Całe szczęście, bo gdyby patrzeć jedynie na tradycyjną aktywność literacką (wydawane czasopisma, publikacje indywidualne i zbiorowe) studenckiego środowiska literackiego, to nie napawa mnie ona optymizmem. Podam jeden przykład z brzegu: od paru lat zostają wydawane książki zbierające opowiadania studentów I roku dziennikarstwa Instytutu Filologii Polskiej (do tej pory ukazały się dwa tytuły: Piętnaście czarnych sukienek i W lustrze snów). Niestety myślę, że wypadałoby zadbać o lepszą ich jakość. Co innego, gdyby Instytut Filologii Polskiej wydawał co roku antologię najlepszych tekstów studentów UZ (bez względu na kierunki, wydziały). Wymagałoby to zapewne różnych działań redaktorów, którzy musieliby dotrzeć do studentów i dokonać wyboru najlepszych tekstów. Wyjątkiem jest zdaje się Julia Gwóźdź (przed debiutem książkowym), która bywa na turniejach jednego wiersza i promocjach książek, a ponadto publikuje swoje teksty w lokalnych czasopismach. Wielu innych zapewne potraktowało to jako jednorazową przygodę pisarską bez zobowiązań, w ramach projektu na zaliczenia jakiegoś przedmiotu w planie studiów. Mam nadzieję, że się mylę, bo kilka z tych osób ma potencjał.

Na oddzielną uwagę zasługują siostry Tola Grupa i Zuzanna Grupa – znane na YouTube jako „Zaksiążkowane”. Śledzi je w mediach społecznościowych ponad 200 tys. osób. Popularne polskie booktuberki i bookstagramerki opowiadają o książkach, czyli uprawiają krytykę literacką lub bardziej może popkrytykę. Są skuteczne, błyskotliwe, zabawne i potrafią przyciągnąć rzesze odbiorców. Mieszkają w Zielonej Górze, ale znane są w całej Polsce. Czy krytyka akademicka potrafiłaby zrobić dziś to, co one? Gdyby tylko zielonogórskie szkoły (i nie tylko szkoły) potrafiły i chciały wykorzystać ich talent do mówienia dzieciom i młodzieży o literaturze.

Warto też wspomnieć o Weronice Nawrockiej, Joannie Nawlickiej, Annie Madaj czy Gabrieli Matkowskiej, piszących systematycznie swoje teksty krytycznoliterackie lub relacje z artystycznych wydarzeń do lokalnej prasy. To także ważna część literackiej działalności, niszowa, choć równie autorska i oryginalna, pokazująca subiektywny odbiór i interpretację, dająca czasem drogocenny dla twórców feedback. Zauważę też Joannę Marcinkowską, teatrolożkę i ciekawą poetkę, która już drugi sezon prowadzi cykl warsztatów recenzenckich (pt. Lubuska Siła Krytyczna) w Lubuskim Teatrze i która regularnie pisze teksty do portalu dziennikteatralny.pl. Dla swojej własnej twórczości wybrała już drugi raz pozainstytucjonalny selfpublishing. Moją uwagę wśród jej podopiecznych zwraca szczególnie Zofia Ścigaj, tegoroczna absolwentka liceum, dwukrotna finalistka Olimpiady Literatury i Języka Polskiego oraz Olimpiady Artystycznej, autorka wielu tekstów recenzenckich dotyczących wydarzeń teatralnych. Przed nią wybór studiów, zapewne gdzieś poza regionem, mogę mieć jedynie nadzieję, że kiedyś powróci do Zielonej Góry i będzie mogła się tu rozwijać.

Na koniec jeszcze kilka refleksji z warsztatów literackich, które miałam okazję prowadzić w I LO im. Edwarda Dembowskiego i zielonogórskiej bursie, a do których chciałabym zaprosić w przyszłym roku szkolnym kolejne placówki. Najbardziej owocne były zdaje się zajęcia w bursie – pewnie dlatego, że przychodziła na nie grupka kilkunastu naprawdę zainteresowanych osób w swoim czasie wolnym (nie podczas zajęć szkolnych, co istotne, bo motywacje opuszczenia zajęć bywają różne). Byli bardzo kreatywni podczas warsztatów, prowadzili ciekawe dyskusje i spory. Mieli dużo do powiedzenia. Wydaje mi się jednak, że propozycja publikacji ich tekstów w czasopiśmie nie była dla nich dość atrakcyjna, żeby chcieli jeszcze nad nimi pracować. Choć są wyjątki – własne teksty zaprezentował Szczepan Macholak, który próbuje swoich sił w poezji, prozie i dramacie.

Mam jeszcze poczucie, że ci najbardziej ciekawi twórczo młodzi ludzie po prostu mają też inne niż humanistyczne plany na życie. Na szczęście. Trudno nie zgodzić się z Kornelem Filipowiczem, który przestrzegał młodych pisarzy przed studiowaniem polonistyki i radził, żeby wybrać biologię, matematykę, chemię lub zawody mające bliski związek z żywiołem, jak rolnik, kamieniarz lub marynarz.

*

Wypada na koniec spuentować te dość chaotyczne refleksje na temat młodych twórców i twórczyń. Najważniejsze to chyba dać im czas. Niczego nie przyspieszać, nie oczekiwać, po prostu się przyglądać i dać swobodę działania. I mieć nadzieję, że nic nie zaszkodzi talentowi (a z drugiej strony największy literacki coach nie uleczy grafomanii). Patrzę z wielką ciekawością w przyszłość.

Naszkicowana węglem postać.

The post Młodzi Zielonej Góry i okolic – dwadzieścia jeden nazwisk i kilka refleksji ogólnych appeared first on Pro Libris.

]]>
Od redakcji https://prolibris.net.pl/od-redakcji-84/ Mon, 26 Jun 2023 19:02:20 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=9021 Żyjemy w świecie kultu młodości. Kojarzy się nam ona z tym, co najbardziej pożądane – ze zdrowiem, urodą, sukcesem, witalnością...

The post Od redakcji appeared first on Pro Libris.

]]>

Od redakcji

Żyjemy w świecie kultu młodości. Kojarzy się nam ona z tym, co najbardziej pożądane – ze zdrowiem, urodą, sukcesem, witalnością. Jest też jednym z ważniejszych etapów w życiu człowieka. To wówczas kształtuje się charakter, psychika, rodzą się zamiłowania. To także czas nauki, nie tylko instytucjonalnej, ale także proces odkrywania siebie i rozpoznawania, jaki jest świat, jakimi prawami się rządzi. Często poznawaniu otaczającej rzeczywistości towarzyszy odkrywanie własnych pasji, predyspozycji, które bywają zabawą, chwilową fascynacją, często zaś są zapowiedzią przyszłej życiowej drogi.

Redakcja „Pro Libris” od początku istnienia ma szczęście współpracować z młodymi twórcami. Niektórzy z nich, wraz z Pismem, nabrali dojrzałości twórczej (m.in. Krzysztof Koziołek, Mirosława Szott, Przemysław Grzesiński, Andriej Kotin, Karol Graczyk, Marcin Mielcarek, Konrad Krakowiak). Jedni są z nami do dziś, inni poszli swoją drogą. Są też tacy, którzy debiutując w naszym kwartalniku, zajęli się profesjonalną działalnością krytycznoliteracką, by dzisiaj współtworzyć z nami „Pro Libris”.

Numer POSZUKIWANIA tworzą ludzie młodzi, także bardzo młodzi, począwszy od uczennicy szkoły podstawowej, poprzez licealistów, studentów, a skończywszy na badaczach literatury czy osobach już pracujących, a parających się pisaniem. Zgodnie z założeniem redakcyjnym tym razem publikujemy teksty twórców, którzy bądź to dopiero wkraczają w świat literatury, bądź też mają osiągnięcia, które warto promować i upowszechniać.

Do współpracy zaprosiliśmy znanego w kraju poetę, krytyka i animatora kultury Rafała Gawina, który w szkicu Wraca temat, ironia się tępi omawia najnowsze trendy w polskiej poezji. Mirosława Szott natomiast przygląda się autorkom i autorom z regionu lubuskiego, wskazując na ważne zjawiska w ich tworzeniu, także na aktywność literacką młodych. Z kolei Joanna Wawryk dokonała przeglądu dorobku wydawniczego środowiska studentów Uniwersytetu Zielonogórskiego. Wśród autorów znajdują się poeci i prozaicy wyłonieni w regionalnych i ogólnopolskich konkursach, w tym w Konkursie na Debiut „Pro Libris”. Prace Patrycji Mierzejewskiej, Barbary Wauben-Czekalskiej, Ewy Franków, Barbary Czyżewskiej, Emilii Ćwik i Anny Cichej, najwyżej ocenione przez jurorów wspomnianego Konkursu, publikujemy w numerze. Łamy Pisma wypełniają ponadto utwory poetyckie Julii Kruszakin i Zofii Ścigaj, które znakomicie zaprezentowały się podczas finału 53. edycji Olimpiady Literatury i Języka Polskiego. Są także z nami młodzi autorzy, którzy kilkakrotnie publikowali w „Pro Libris”, a których rozwój obserwujemy z życzliwością i z podziwem: Marcin Mielcarek, Dorota Grzesiak, Julia Gwóźdź, Piotr Gulewski, Natalia Haczek, Joanna Nawlicka, Weronika Nawrocka, Joanna Marcinkowska i in. Warto ponadto sięgnąć do działu RECENZJE I OMÓWIENIA, w którym m.in. ocenie została poddana książka Jolanty Fainstein, debiutującej dramaturżki. Z kolei wytrawni krytycy starszego pokolenia – Czesław Sobkowiak i Robert Rudiak – zrecenzowali tym razem twórczość młodych autorek – Darii Walusiak i Joanny Marcinkowskiej.

Aby idei przewodniej tego numeru stało się zadość, do współpracy zaproszeni zostali uczniowie Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Zielonej Górze, których rysunki, obrazy i rzeźby zapewniły oprawę graficzną numeru.

Nie wszyscy twórcy zostali wymienieni z nazwiska, ale wszyscy stanowią nasz potencjał, który – mamy nadzieję – również Państwo docenią.

The post Od redakcji appeared first on Pro Libris.

]]>