Marcin Mielcarek Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/marcin-mielcarek/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Thu, 05 Jun 2025 08:44:17 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Marcin Mielcarek Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/marcin-mielcarek/ 32 32 Pisaniem tworzyć własne mity. Katarzyna Grabias-Banaszewska, Geranium: opowieści niedokończone https://prolibris.net.pl/pisaniem-tworzyc-wlasne-mity-katarzyna-grabias-banaszewska-geranium-opowiesci-niedokonczone/ Thu, 05 Jun 2025 07:30:34 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16210 Marcin Mielcarek

The post Pisaniem tworzyć własne mity. Katarzyna Grabias-Banaszewska, Geranium: opowieści niedokończone appeared first on Pro Libris.

]]>

Pisaniem tworzyć własne mity

Katarzyna Grabias-Banaszewska, Geranium: opowieści niedokończone, Towarzystwo Miłośników Zielonej Góry – Winnica, Zielona Góra 2024, 147 s.

Zacznę od tego, że nie myślałem, iż role kiedykolwiek się odtwórcą i to ja, jako były student, będę oceniał teksty napisane przez Katarzynę Grabias-Banaszewską. Nadarza się więc okazja do surowego rewanżu. Do przyjęcia roli wymagającego belfra i zajęcia pozycji z góry, dzięki której będę mógł pastwić się nad zaliczeniową pracą.

Jasne, że nie.

Raz, że nie mam do tego kompetencji, dwa – nigdy nie miałem problemu z prześlizgnięciem się na wykładach, a trzy i najważniejsze – Geranium można po prostu chwalić.

Lubię opowiadania, wydaje mi się nawet, że jeżeli chcemy poznać prawdziwą wartość prozaika, powinniśmy sięgnąć po jego krótsze formy. Zawarcie konkretnej myśli na kilku tylko stronach jest sztuką trudniejszą niż zaznaczenie jej w powieści. Wydaje się więc, że Katarzyna Grabias-Banaszewska zrobiła słusznie, zaczynając swoją pisarską karierę od zbioru. Jest to na swój literacki sposób naturalne.

Oczywiście przez tych czternaście opowiadań, przez cały niezbyt obszerny zbiór nie przebrnąłem jak błyskawica, ale to tylko źle świadczyłoby o samych tekstach. Większość z nich, ale nie wszystkie, pozostawia po sobie pewien zapach, który czuje się jeszcze długo po lekturze, zapach każący wracać myślami do przeczytanych historii. W zdaniach, między słowami, można również wyczuć coś ciężkiego, nieprzyjemnego. Jest to aura niepewności, która towarzyszy bohaterom opowiadań, a niemal namacalna wydaje się być w tekście otwierającym cały zbiór.

Geranium docenić trzeba za styl i koherentne względem osadzenia w czasie metafory – co często jest problemem wśród debiutujących pisarzy. Dialogi odzwierciedlają żywy język, postacie posiadają własne głosy, niektóre wydadzą się może lekko przerysowane, ale hiperbolizacja jest zabiegiem, który pozwala nakierować odpowiednio odbiorcę. Historia rodzin – ponoć w dużej mierze autentyczna – nie zaskakuje nas zwrotami akcji, ale nie na zjawiskowości zależało autorce, a na zobrazowaniu, uwiecznieniu przeszłości, przeniesieniu na papier anegdot i opowiastek ludzi, których już nie ma. Zgodzę się więc ze spostrzeżeniem Joanny Wawryk zawartym w posłowiu – mamy tutaj do czynienia z budowaniem prywatnej, rodzinnej mitologii.

Ciekawa jest też wartość obyczajowa, społeczna tych tekstów. Grupa przesiedleńców próbuje odtworzyć życie stamtąd tutaj – najlepiej ujmują to słowa Krysi z opowiadania Nie taki los. Wszystko takie same, życie jest takie samo niezależnie od miejsca i okoliczności, życie zwykłych ludzi. W tle dostrzec jeszcze można motywy niemieckości, które są i jeszcze długo, długo będą elementem naszej regionalnej tożsamości. Ceglane, poniemieckie budynki, które po wojnie zajęły polskie rodziny, przewijają się w opowieściach Grabias-Banaszewskiej, ale najbardziej metaforyczna, pozwalająca 

ująć w sposób symboliczny przeszłość i teraźniejszość naszego regionu, jest sytuacja z opowiadania Spinka – w konsekwencji którego cały zbiór powstał. Niemieckie ramki i niemieckie zdjęcia służące za podkład pod fotografie Polaków.

Sama roślina, geranium, przekazywana z pokolenia na pokolenie niczym rodzinne geny, jest ciekawym motywem spajającym wszystkie opowiadania. Ale jest to oczywiście i przede wszystkim symbolem przeprowadzki, która spotkała nie tylko bohaterów opowiadań, ale całą rzeszę ludzi – i tak, dobór słowa nieprzypadkowy. Roślina wyrwana ze swojej ziemi, tak jak ludzie oderwani od swojego świata i przeszczepieni niczym sadzonki na zupełnie nowy, obcy, niepewny grunt.

Osobiście najbardziej przypadło mi do gustu opowiadanie Jak ręką odjął. Być może dlatego, że sam oddałem się literackiej prostocie – rzecz jasna w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Krótki, zwarty, całkiem zabawny tekst, trochę nawet brzmiący jak żart i oderwany od reszty opowiadań. Wydaje się, że jest jak zaczerpnięcie powietrza przed skokiem do wody, bardzo ciemnej, głębokiej wody, czyli następnego opowiadania Spinka, o którym już wcześniej wspomniałem, a który bezapelacyjnie trzeba uznać za najjaśniejszy punkt Geranium.

Oczywiście również same ilustracje – zamieszczone w książce między kolejnymi opowiadaniami – zasługują na uwagę i słowo wspomnienia. Są to wycinanki autorstwa Katarzyny Grabias-Banaszewskiej. Ponoć nie były stworzone pod wspomniane teksty, ale oglądając je, trudno w to uwierzyć. Wkomponowały się idealnie, dopełniając te wszystkie dobre, ciekawe teksty swoim estetycznym blaskiem.

Moja konkluzja po lekturze Geranium jest następująca: ważna jest pamięć. Jeżeli chcemy wiedzieć, kim jesteśmy, a może nawet kim będziemy, trzeba pamiętać o tym, kim byliśmy. Pamięć jest kluczem. Zbiór ten to uhonorowanie przeszłości nie tylko konkretnej rodziny, ale też mieszkańców całego zachodu Polski, uhonorowanie pamięcią, w nieoczywistych, ale ciepłych historiach mówiących o nieciekawym czasie.

Marcin Mielcarek

 

 

The post Pisaniem tworzyć własne mity. Katarzyna Grabias-Banaszewska, Geranium: opowieści niedokończone appeared first on Pro Libris.

]]>
Obcowanie z delikatnością (Maria Fraszewska, W sidłach namiętności. Wirtualni ulicznicy) https://prolibris.net.pl/obcowanie-z-delikatnoscia-maria-fraszewska-w-sidlach-namietnosci-wirtualni-ulicznicy/ Wed, 30 Oct 2024 12:13:10 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14812 Marcin Mielcarek

The post Obcowanie z delikatnością (Maria Fraszewska, W sidłach namiętności. Wirtualni ulicznicy) appeared first on Pro Libris.

]]>

Obcowanie z delikatnością

Maria Fraszewska, W sidłach namiętności. Wirtualni ulicznicy, Wydawnictwo Magia Słów, Warszawa 2024, 236 s.

Książka Fraszewskiej jest czymś na rynku zdecydowanie nietypowym i wydaje mi się, że niewielu czytelników mogło spodziewać się tego, co znajdą w środku, oceniając ją przy pierwszym kontakcie, czyli oceniając po okładce. Bo wbrew pozorom nie jest to pozycja z nurtu erotyki, który jakiś czas temu wyznaczono przy pomocy E.L. James z tym swoim bijącym kobiety przystojniakiem-milionerem – zapomnijmy o Kancie czy nawet Jeremym Benthamie i uznajmy, że wyznacznikiem moralności jest po prostu kasa – tylko poważna powieść osadzona w gatunku jakoś tak bliskim erotyce w swojej formie, bliskim w treści, ale w przekazie już zdecydowanie nie. Oczywiście W sidłach namiętności. Wirtualni ulicznicy zawiera całkiem sporo seksu, a właściwie to nie seksu, ale rozmów o nim, ale przecież ta powieść nie jest o całym tym przewałkowanym w kulturze seksie, tylko o czymś zgoła innym.

Cofamy się do roku 2003, kiedy to pewnie wszystko było dużo prostsze, a internet nie był przesycony tym całym mikroplastikiem w ekspresowym tempie zatruwającym nasze dusze. Lata popularności wszelkich niezależnych forów, stron tematycznych i pierwszych komunikatorów, czyli na przykład zaznaczonym w powieści Gadu-Gadu, o którym już pewnie nikt dziś nie pamięta. Sieć była – oczywiście nadal jest – 

– pewnym szeroko otwartym oknem, a związana z nią anonimowość pozwala na wiele, na przykład na samorealizację i mówię teraz o bardzo różnych sferach tej samorealizacji – jak w powieści Fraszewskiej chodzi też o próby urzeczywistnienia swoich skrytych seksualnych fantazji, a przynajmniej tych dotyczących gorących rozmów. No tak, ja znowu o kopulacji, a przecież to nie jest książka o marzeniach związanych z seksem.

No więc o czym i czym jest ta powieść? Wydaje mi się, że Fraszewska stara się powiedzieć nam w specyficzny sposób – narracja przybiera różne stany, czyli dostajemy wgląd do rozmów telefonicznych, chatów, maili, a pod koniec przeradza się nam całość niemal w filozoficzny traktat – o próbie zrozumienia siebie i swoich potrzeb, swoich skrytych pragnień – z których zwierzają się poza narratorką mężczyźni, często (cholerka) żonaci. Oczywiście Fraszewska mówi też o miłości, mówi o niej pięknie, kwieciście, filozoficznie, ale o miłości, która nie ma prawa zaistnieć w realnym świecie.

To nie jest powieść łatwa, oczywiście tematyka wydaje się być zwiewna, ale sposób, w jaki podeszła do tematu autorka, robi z tak prozaicznej sprawy, jaką są stosunki mężczyzn i kobiet, ich intymne rozmowy z pozycji anonimowych użytkowników sieci coś, co zmusza do refleksji. Przeczytanie jednym tchem, w jeden wieczór tej powieści – krótkie, konkretne dialogi na to pozwolą – to duży błąd. Każdy rozdział godny jest dłuższej kontemplacji, są zdania, które na pewno trafią do mózgu i do serca. Należy powieść sobie dozować, brać po kawałku, nie spieszyć się – chyba tak samo jak w przypadku chociażby seksu, racja? Fraszewska bawi się językiem, bawi się połączeniem poezji i prozy, widać, że jest poetką przede wszystkim, ale sam nie określiłbym tej prozy poetycką. Oczywiście autorka serwuje nam ciekawe, zgrabne porównania, ładne metafory, zmysłowy erotyzm w słowach i nie udaje przy tym, że jest to książka dla każdego, bo czytelnikowi bez podstawowej chociaż znajomości filozofii ciężko momentami będzie zrozumieć, o czym Fraszewska do niego pisze.

Ci, którzy znają trochę moją pisaninę, na pewno wiedzą, że sam nie stronię od podobnej tematyki. Różnica jest jednak taka, że ja w tych sferach poruszam się zgrabnie, a nawet bardzo zgrabnie, czyli niczym wóz z węglem. Czytając powieść Fraszewskiej, obcujemy z delikatnością łabędzia lądującego z gracją na tafli ciemnego jeziora w księżycową noc.

Jeżeli o mnie chodzi, to brakuje mi w tym wszystkim jednej rzeczy do kompletu. Autografu w swoim egzemplarzu.

 

Marcin Mielcarek

 

The post Obcowanie z delikatnością (Maria Fraszewska, W sidłach namiętności. Wirtualni ulicznicy) appeared first on Pro Libris.

]]>
Twarz z okładki https://prolibris.net.pl/twarz-z-okladki/ Thu, 27 Jun 2024 09:05:29 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=13107 Marcin Mielcarek

The post Twarz z okładki appeared first on Pro Libris.

]]>

Marcin Mielcarek

Twarz z okładki

Nikodem zobaczył jej twarz na okładce starego podręcznika do języka polskiego, w księgarni, do której czasami zachodził. Trafił na tę książkę przez czysty przypadek, gdy przeglądał inne o tematyce historycznej. Tkwiła pośród nich, zupełnie obca, jakby inna, niemalże gorsza. Nie obejrzał dokładnie podręcznika, nawet go nie otworzył. Wpatrywał się tylko w twarz uśmiechniętej dziewczyny i czuł, jakby była mu bliska. Nie rozumiał tego.
Wziął książkę ze sobą i poszedł do kasy. Sprzedawca miał problem ze znalezieniem towaru w systemie i wyraźnie zdziwił go fakt, że mają u siebie jeszcze taki staroć.
– Jakiś czas temu pozbyliśmy się całej makulatury – oznajmił. – Jest pan nauczycielem? Nie potrzebuje pan jakiegoś świeżego materiału? To już ma swoje lata.
– Przyda mi się.
– W takim razie sprzedam ją panu po kosztach.
– W porządku.
Podczas płacenia Nikodem stwierdził na głos, że dziewczyna na okładce jest bardzo ładna.
– Może być – odparł sprzedawca, wzruszając ramionami. – To przecież tylko okładka.
Idąc do domu, raz po raz wyjmował podręcznik z papierowej torby, przystawał na kilka chwil i zafascynowany oglądał okładkę. Uśmiech dziewczyny napełniał jego serce czymś przyjemnym i dobrym, jakby pewną obietnicą. Zabrał ją do swojego mieszkania i cały wieczór po prostu wpatrywał się w jej ciemne, piękne oczy. Był pewien, że są żywe. Był też pewien, że zwariował, ale wcale nie czuł się z tego powodu źle.
Już pierwszej nocy mu się przyśniła. Byli gdzieś razem, chyba nad morzem, czuł ciepły piasek pod stopami, wiatr rozwiewał jej brązowe włosy, a usta smakowały truskawkami. Kiedy obudził się rano, dobrze pamiętał cały sen, zupełnie jakby chodziło o przywołanie wspomnienia. Nigdy przecież nie był nad morzem.
Po jakimś tygodniu postanowił wybrać się po ramkę na zdjęcia do sklepu z drobiazgami. Wziął podręcznik i przyciął nożyczkami okładkę na odpowiedni format. Zdjęcie postawił na szafce nocnej, tuż przy łóżku. Od teraz mógł zasypiać i budzić się w blasku jej uśmiechu i wystarczało mu to długo, bardzo długo.
Któregoś dnia jednak postanowił, że za wszelką cenę odnajdzie tę dziewczynę. Nie mogła przecież być tylko martwym obrazem na tekturze. Musiała istnieć. Musiała być prawdą.
W trakcie śniadania zaczął od przeglądania podręcznika, który – choć pozbawiony okładki – wciąż miał dla niego sakralną wartość, i dowiedział się, że wydano go prawie dziesięć lat temu. Zadzwonił pod numer podany na ostatniej stronie i na jego szczęście wydawnictwo wciąż istniało. Odebrał jakiś starszy mężczyzna o bardzo znudzonym głosie, który wydawał się zażenowany pytaniami Nikodema o dziewczynę.
– Jest pan jakimś zboczeńcem? – zapytał w końcu facet.
– Myślę, że nie.
– Co pan przez to rozumie?
– Potrzebuję po prostu skontaktować się z tą dziewczyną.
– Poszukuje pan fotomodelki czy jak?
Mężczyzna musiał wziąć ciszę po drugiej stronie telefonu za potwierdzenie.
– Wie pan, to było tak dawno temu – westchnął. – Zdjęcia robiła zewnętrzna firma. Musiałbym najpierw poszukać w dokumentach, kto w ogóle wykonał to zlecenie, a przecież po tylu latach to ten zakład fotograficzny dawno mógł paść.
– Bardzo mi zależy na odnalezieniu tej dziewczyny.
– Zobaczę, co da się zrobić, ale niczego nie obiecuję.
Do końca dnia telefon Nikodema milczał. Drugiego i trzeciego – też, więc zaczął już zastanawiać się, czy tamten facet po prostu go nie zbył. Czwarty dzień przyniósł jednak nadzieję. Udało się odnaleźć fotografa, który dziesięć lat temu robił owe zdjęcie.
– Ma pan szczęście, że trzymam wszystkie stare kontakty – oznajmił facet ochrypłym głosem. – Udało mi się znaleźć numer telefonu oraz mail do tej dziewczyny. Oczywiście nie mam pewności, czy wciąż są aktualne.
– Warto spróbować.
– Poza tym jest jeszcze jeden problem. A właściwie to dwa.
– O co chodzi?
– Pierwsze to pieniądze. Chciałbym coś z tego mieć. Rozumie pan, jaka to nietypowa sprawa, a panu chyba naprawdę zależy.
– O zapłatę nie musi się pan martwić. Proszę podać mi numer konta, a przeleję panu odpowiednią kwotę.
– W porządku.
– A ta druga rzecz?
– Wydaje mi się, że ona już dawno przestała pracować w modelingu.
– To nieistotne.
– Skoro pan tak mówi.
Ustalili kwestię ceny i Nikodem rozłączył się. Niemal natychmiast puścił przelew, ale nie otrzymawszy przez kilka pierwszych minut odpowiedzi ze strony fotografa, postanowił po prostu czekać, bo wiedział, że cierpliwość jest jedną z cnót i zwykle bywa nagradzana.
W głowie jednak miał teraz imię dziewczyny, które zdradził mu fotograf. Żaneta. Wymienił je kilka razy, głośniej i ciszej, nie mogąc się jednak przyzwyczaić. Żaneta. Wcześniej nie myślał o jej imieniu. Była po prostu twarzą, pięknym uśmiechem, hipnotyzującymi oczami. Żaneta. Miała na imię Żaneta. W końcu położył się do łóżka, wpatrując w twarz dziewczyny oświetlonej ciepłym światłem nocnej lampki.
Następnego dnia, gdzieś około południa, otrzymał od fotografa numer telefonu oraz adres mailowy. Nie zwlekając ani minuty, zadzwonił pod niego. Był w trakcie pracy.
– Podany numer nie istnieje – odpowiedział zimno automat.
Nikodem wybrał numer jeszcze kilka razy, wsłuchując się raz po raz w syntetyczny głos po drugiej stronie.
– Nikodem, co ty robisz? – Usłyszał za plecami głos kierowniczki. – Rozmowy telefoniczne uskuteczniasz w godzinach pracy?
– Bardzo przepraszam.
– Ja myślę, że przepraszasz. Wracaj do roboty. Widziałam klientów stojących od kilku minut na telewizorach.
Uśmiechnął się blado, pokiwał głową, poprawił kołnierzyk przy szyi i ruszył w ich stronę.
Z wiadomością mailową wahał się kilka dni. Była to jedyna szansa i bał się rezultatu. Przy pomocy butelki wina przemógł się jednak któregoś wieczora i napisał długiego maila, podobnego bardziej do listu w starym stylu. Nie napisał jednak prawdy, nie mógł przecież napisać o tym, że oszalał na punkcie jej zdjęcia zrobionego dziesięć lat temu. Podał się za przedstawiciela agencji reklamowej. Opisał, że chciałby się z nią spotkać i omówić kwestię potencjalnej współpracy.
W ciągu miesiąca wysłał kilka takich maili, bojąc się, że być może zostały przypadkiem niezauważone. Powoli jednak, podświadomie, godził się z faktem, że nigdy tej dziewczyny nie spotka. Nie przeszkadzało mu to jednak trzymać jej zdjęcia wciąż blisko siebie. Zrobił nawet skan przyciętej okładki i wydrukował go w różnych formatach. Jedno małe zdjęcie trzymał na biurku w pracy, a koledzy pytali go raz po raz, kim jest ta dziewczyna.
– Jest moja – odpowiadał. – Tylko moja.
Drugie zdjęcie nosił w portfelu. W wolnej chwili lubił spoglądać na jej twarz. Czuł się spokojny, mając ją zawsze przy sobie.
Pewnego czwartku, gdy w pracy obsługiwał wyjątkowo niezdecydowaną w kwestii pralki kobietę, dostał powiadomienie na telefonie. To była wiadomość mailowa od niej. Odpowiedź od Żanety. Bardzo krótka, z błędami, w jednej linijce.
Dziekuje za propzycje ale juz się tym nie zajmuje. Ppozdrawiam.
Pod pretekstem choroby zwolnił się z pracy i pognał do swojego wynajmowanego mieszkania. Jadąc autobusem, czytał w kółko wiadomość od Żanety i spoglądał na zdjęcie w portfelu, starając się połączyć oba elementy. Kiedy tylko wrócił, napisał kolejną wiadomość, na którą odpisała po godzinie. Znów mu odmówiła. Nie dając za wygraną i nie mogąc uwierzyć w jej realność, zaproponował spotkanie w jej obecnym miejscu zamieszkania. Napisał, że zapłaci za to spotkanie niezależnie od jej decyzji. Podała mu datę i adres jakiejś kawiarni w Rzeszowie. Mieli spotkać się w niedzielę.
Przez te dwie noce Nikodem nie potrafił zasnąć. Wpatrywał się w zdjęcie obok łóżka, brał je w dłoń, dotykał je i wąchał. Kilka razy nawet je pocałował. Nigdy wcześniej tego nie robił i sprawiało mu to potężną przyjemność. Miał też wrażenie, że jego życie zmieni się niedługo nie do poznania.
Z samego rana wsiadł w pociąg i przejechał połowę Polski, aby się z nią spotkać. Na miejsce zabrała go taksówka. W kawiarni znalazł się niemal godzinę przed czasem. Kiedy zaczęła zbliżać się umówiona godzina ich spotkania, prawie spanikował, gorączkowo rozglądając się po spacerujących dookoła ludziach. Wyjął portfel i zaczął przyglądać się jej zdjęciu. To zawsze go uspokajało.
Po pięciu minutach spóźnienia spostrzegł kobietę, która była bardzo podobna do tej z okładki starego podręcznika. Bardzo podobna. Ale inna. Starsza. Bledsza. Nieuśmiechnięta. Kiedy do niego podeszła, zrozumiał, że popełnił błąd. Oczywiście to była Żaneta. Z krwi i kości istota ludzka. Kobieta. Potrafiła się poruszać, przewracać oczami, zamykać je i otwierać. Potrafiła mówić.
Zrozumiał nagle, że on nie zakochał się w bezimiennej dziewczynie z okładki. Zakochał się w samej okładce. W fotografii. W wyobrażeniu.
Ich rozmowa przebiegła szybko. Żaneta uznała, że właściwie może spróbować wrócić do modelingu. Wydawała się szczęśliwa z takiego obrotu spraw, bo być może rozbudził w niej dawne emocje. Jakoś udało mu się jednak odwieść ją, wybrnąć, ponownie zabić w niej marzenie z młodości.
– Właściwie to znaleźliśmy już kogoś innego – oznajmił, unikając jej wzroku.
– Naprawdę?
– Tak.
– Wielka szkoda. Miałam taką nadzieję…
– Oczywiście zapłacę pani, tak jak się umawialiśmy.
Kiedy żegnali się już i wręczał Żanecie pieniądze, przemógł się i spojrzał w jej ciemne oczy, ale naprawdę nie odnalazł w nich niczego znajomego. Prawdziwa, żywa Żaneta nic dla niego nie znaczyła.
Wrócił nocnym pociągiem do swojego miasta, pieszo udał się z dworca do swojego mieszkania. Wziął długi prysznic, podczas którego zaczął płakać. Nie płakał od wieków. Kiedy wszedł do sypialni, spojrzał na włożoną w ramkę okładkę podręcznika. Powitała go dobrze znana mu twarz. Jej twarz. Usiadł naprzeciwko i po prostu na nią patrzył.
Niczego więcej nie potrzebował.

The post Twarz z okładki appeared first on Pro Libris.

]]>
Nad górą wisi szara rzeczywistość (Marcin Mielcarek, Nad górą wisi zielone słońce) https://prolibris.net.pl/nad-gora-wisi-szara-rzeczywistosc-marcin-mielcarek-nad-gora-wisi-zielone-slonce/ Wed, 03 Apr 2024 11:02:13 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=12759 Maria Jolanta Fraszewska

The post Nad górą wisi szara rzeczywistość (Marcin Mielcarek, Nad górą wisi zielone słońce) appeared first on Pro Libris.

]]>

Nad górą wisi szara rzeczywistość

Marcin Mielcarek, Nad górą wisi zielone słońce,
Wydawnictwo Towarzystwo Miłośników Zielonej Góry WINNICA,
Zielona Góra 2023, 208 s.

Marcin Mielcarek to zielonogórski pisarz młodego pokolenia, specjalizujący się w pisaniu opowiadań (jak sam o sobie mówi). Jego pierwsza powieść Sztuka latania została nominowana w 2022 roku do Lubuskiego Wawrzynu Literackiego. Kolejne opowiadanie pt. Koty nie piją whisky wygrało w konkursie organizowanym corocznie przez Towarzystwo Miłośników Zielonej Góry WINNICA na wydanie książki, co też stało się w 2023 roku.

Tytuł Nad górą wisi zielone słońce, jak stwierdza sam autor, „w prosty sposób nawiązuje do Zielonej Góry, a w książce kilka razy pojawia się zielone słońce”.

Przeczytałam tę książkę z zainteresowaniem z kilku powodów. Pierwszym – zasadniczym – jest to, że podzielam zainteresowania położeniem ludzi wprowadzonych w różne sytuacje życiowe. Powstaje pewien obraz życia społecznego, który reprezentuje określone poglądy, myśli, poczynania, zachowania, postawy, emocje, wartości, zasady, sądy. Drugim jest spojrzenie młodego człowieka na tożsamą jego wiekowi grupę ludzi zamieszkałych w Zielonej Górze i jej perspektywy życiowe.

Pytanie, które sobie postawiłam, brzmi: czy zachodzą jakieś zmiany w funkcjonowaniu społeczeństwa w konkretnej skali wiekowej, tej, która buduje przyszłość bądź daje podstawę pod budowanie pokoleń przyszłości? Poszukam odpowiedzi w opowieści, której tytuł nadaje całości pozytywne brzmienie. Dwa słowa „góra” i „zielony” kojarzą się mieszkańcom Zielonej Góry właśnie z tym miastem. Ale kolor zielony symbolizuje również spokój i odświeżenie, a także nadzieję, jako zapowiedź życia, które wydaje owoce.

Myśl, która przyszła mi do głowy już w trakcie czytania pierwszego opowiadania Styczeń, była taka: młodego pisarza interesują ludzie i ich empatyczne postawy. Pochówek ukochanego kotka przez starego człowieka, a zwierzęta są najlepszymi nauczycielami empatii, czyli współodczuwania, rozpoczyna podróż przez miesiące, które zwiastują przebieg roku, a potem lat, a potem całości życia. I pozostaje pytanie: czy samotność musi się pojawiać i co było przed nią? Jak i czym wypełnić środek życia? Przemykanie przez miejskie blokowiska, w których toczy się życie… toczy się czy…?

Zadawanie pytań jest rzeczą ludzką, tym bardziej, gdy dotyczy kondycji ludzkiej. Treści opowiadań dotykają problemów życiowych, z którymi borykają się ludzie wchodzący w dorosłe i odpowiedzialne życie. Stoją u jego progu. Nie jest łatwo zrozumieć ludzi i zaakceptować ich postawy, zachowania, relacje. Jeszcze trudniej wniknąć w jednostkową osobowość i opisać człowieka w jego boju o przetrwanie, jego słabości i wady, zwątpienia i ogarniający go strach przed postawieniem kolejnego kroku. Chęć wycofania się, a jednocześnie zachowania się w sposób odpowiedzialny wobec siebie i innych. Poczucie samotności, bezradności, beznadziei, stanów depresyjnych przejawiających się bezsennością, to bolączki codzienności młodych ludzi. Pojawiają się sposoby radzenia sobie z uczuciem osamotnienia poprzez okazywanie troski drugiemu człowiekowi czy zwierzęciu, miłości, zainteresowania. Jak kochać i być kochanym, w jaki sposób okazywać miłość, przyjaźń, życzliwość? Czy bohaterowie zestawu opowiadań Mielcarka poprzez swoje jestestwo szukają sensu życia, czy zaledwie dbają o przesunięcie się w czasie, nie zdając sobie sprawy z przemijania chwil, które mają do dyspozycji i zagospodarowania właśnie teraz. Czy zadają sobie pytanie, jak zaplanować swoje życie, czy tylko płyną jego nurtem, odczuwając beznadzieję losu, nieświadomość i nieistotność własną?

A może autor, opisując fragmenty spędzanych dni, toczących się miarowo (w zasadzie jakby toczy się wszystko wokół, a bohaterowie tkwią w miejscu, zaledwie popychani przez wywołujące ich do odpowiedzi pojawiające się sytuacje), chce ukazać bezradność człowieka w trybach maszyny dnia i nocy, tygodni, miesięcy, lat? Od miesiąca do miesiąca, jak ziarenko do ziarenka, życie przesypuje się jego koniecznością.

Książka została skonstruowana w sposób, który narzuca powyższą interpretację. Składa się z dwunastu rozdziałów, a każdy nosi tytuł kolejnych miesięcy w roku. W każdy miesiąc wpasowana jest historia fragmentu życia ludzkiego mieszkańca Zielonej Góry. Problemy doskwierające młodym i starym ludziom, choroby i samotność połączone z niewygaszoną potrzebą bycia potrzebnym, gotowym do zaopiekowania, realizowanie troski, opieki, być może miłości, jeśli nie wobec współpartnera, to w relacji ze zwierzątkiem, kotkiem. Ukazywani ludzie sprawiają wrażenie, jakby wykonywali obowiązki zawodowe ze zwątpieniem i pewną ospałością. Pracują, jakby wykonywali swoistą karę, pracują z niechęcią lub znudzeniem.

Nie ma w tych opowiadaniach buntu. Jest natomiast niemoc i poddaństwo wobec losu pokoleń i niewiadomej przyszłości. Jest też głęboka luka, zadra dojrzałości, głęboka dziura, studnia bez dna, bo nie wiadomo, co jeszcze może się w tym dnie, na dnie tej studni, wydarzyć czy zalęgnąć. Obawy i lęk przed popełnieniem kolejnego kroku. A przecież osiągnięcie dojrzałości nie jest zbrodnią, a wręcz odwrotnie. Co to znaczy być dojrzałym, jakimi czynami przejawia się ta dojrzałość? Czy pojawia się mimowolnie, z dnia na dzień? Spotkać dziewczynę, chłopaka, połączyć się, czyli zamieszkać razem, a może zawrzeć związek małżeński, spłodzić dzieci i zapewnić im byt, jedzenie i dach nad głową i… przyszłość. Jaką? Niewiadomą jak na razie.

Jedyną wiadomą w tym obrazie jest starość i jej rama, czyli samotność, rozchorowane ciało, tęskniąca dusza i psychika za drugą bliską istotą, którą w ostateczności może być kot wzięty z ulicy bezdecyzyjnie i przypadkiem. Widać w tym neurasteniczny lęk młodego pokolenia i brak pomysłów na własne życie, ogrom szalejącej pustki w morzu niezdiagnozowanych potrzeb osiągnięcia dojrzałości i dorosłości, bowiem otrzymanie dowodu osobistego nie stanowi jeszcze wiedzy, która przyjdzie później.

Poczucie niespełnienia ważnej w życiu człowieka potrzeby motywuje do działania i podejmowania trudów, aby osiągnąć to wypragnione. Młody pisarz odwołuje się do piramidy potrzeb Masłowa, której hierarchiczny układ wyjaśnia funkcjonowanie człowieka. Jednak rozwój człowieka i droga ku dojrzałości nie następuje bez osobniczej zaangażowanej pracy nad sobą i dążeniami. Ich zaspakajanie związane jest z indywidualnymi potrzebami. Komuś wystarczy bezpieczny dach nad głową, ktoś inny będzie potrzebował auta stojącego w przyblokowym garażu, ktoś inny zapragnie willi i codziennego kateringu. Wszystko to są potrzeby podstawowe.

Kolejne wiążą się z więziami społecznymi, przyjaźnią, przynależnością, prestiżem społecznym i samorealizacją. To potrzeby wyższego rzędu. Ten uporządkowany system nie jest drabiną, która sama w sobie ma motywować lub strukturyzować poszczególne życia ludzkie. W teorii psychologa społecznego stanowi pewien opis całości motywacji i dążeń ludzkich. Zazwyczaj ludzie nic o tej hierarchii nie wiedzą, a przecież żyją, podejmując różnorodne wyzwania. Natomiast dojrzałości emocjonalnej można nie osiągnąć nawet w dorosłym życiu czy starości wiekowej.

W zakres dojrzałości wchodzi wiele elementów, oprócz biologicznej, emocjonalnej, mówimy też o społecznej, moralnej czy prawnej. Miarą jest zdolność oceny postępowania własnego i innych, świadome kierowanie swoim zachowaniem, w tym kontrolowanie własnych emocji, podjęcie pracy zgodnie z wykształceniem, założenie rodziny i zapewnienie jej bytu, ochrony i rozwoju, wypełnianie ról społecznych, życie według określonych zasad itp.

Marcin Mielcarek to wszystko wie, a opisując życie młodych ludzi, stawia ich w sytuacjach nakazujących rozważyć, jaki będzie ich następny krok. A z drugiej strony – podsuwa im wiele wątpliwości. Obok postaw zdroworozsądkowych brakuje tu tchnienia kobiecej miłości. Czyżby miłość istniała, obrazując się w postawie męskiego działania, czyli zapewnienia poczucia bezpieczeństwa, którym jest przede wszystkim dach nad głową? Co będzie potem? Nie wiemy, bo być może i autor nie wie tego sam. A może opisany stan w tych opowiadaniach jest na razie wystarczający? Każdy z nas dowiaduje się o życiu z jego doświadczania. Więc poczekajmy na kolejną książkę. Być może w niej otrzymamy odpowiedź, jaki będzie kolejny krok w rozwoju naszego młodego mieszkańca miasta.

Brak poczucia odpowiedzialności za siebie, za swoje zdrowie i życie. Brak ukazania, że człowiek może kierować swoim życiem, zamiast być tylko biorcą. Że dbanie o zdrowie to nie jest tylko mierzenie temperatury czy poziomu cukru. Ale przede wszystkim odpowiednia profilaktyka, która zmniejsza powstawanie czy nawet występowanie chorób w późniejszym wieku. Ludziom brak tego rodzaju świadomości. I to też ukazuje Marcin Mielcarek, opisując smutny koniec grudniowego miesiąca.

W każdych czasach i okresach życia rzeczywistość jest wymagająca. Jeśli chcemy się rozwijać i mieć ciekawe życie, to warto zanegować obecne, niezbyt fascynujące. Zakwestionować dotychczasowy sposób myślenia czy styl życia. A tu potrzebna jest odwaga dorosłego człowieka. Bez chęci, zamiaru, a potem umiejętności pokonywania przeszkód nie ma zmiany i innego niż dotychczasowe życie. Życie to wieczne poszukiwanie i sprawdzanie, to planowanie, dążenie i realizowanie. Wydobywanie potencjału wewnętrznego z siebie, szukanie diamentu i ujawnianie go. Podczas tego rodzaju drogi pojawia się sens. On nie pojawia się samoistnie i bezrefleksyjnie.

Niestety, potwierdza się stwierdzenie, że w kwestiach związanych z emocjami w postrzeganiu rzeczywistości jesteśmy niedojrzali. Nasze życie nie musi być puste i jałowe ani powierzchowne czy pospolite, jak wynika to z przedstawień Mielcarka. Jest to opis szarej masy ludzkiej zamieszkującej szare blokowiska, zamkniętej w szarej rzeczywistości. Opis życia niewiele wnoszący w rozwój społeczny, opis masy w procesie zanikania, zachowawczy i przechodni. Jeśli nad górą wisi zielone słońce, to jak się na nią wdrapać?

Maria Jolanta Fraszewska

The post Nad górą wisi szara rzeczywistość (Marcin Mielcarek, Nad górą wisi zielone słońce) appeared first on Pro Libris.

]]>
Ani w lewo ani w prawo [autofikcja] https://prolibris.net.pl/ani-w-lewo-ani-w-prawo-autofikcja/ Thu, 14 Mar 2024 12:28:17 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=12199 Marcin Mielcarek, Marek Krukowski

The post Ani w lewo ani w prawo [autofikcja] appeared first on Pro Libris.

]]>

Marcin Mielcarek, Marek Krukowski

Ani w lewo ani w prawo
[autofikcja]

Siedziałem przy barze, piłem whisky na lodzie, jakiegoś tańszego sikacza znaczy, i pisałem na telefonie nowe, świeże, pachnące opowiadanie. Czasami mnie coś takiego brało, oczywiście niezbyt często. Zdarzało się w historii świata, że z takiego doskoku właśnie powstawały dobre teksty kultury – na przykład Paranoid Black Sabbath, które stworzyli w pół godziny, bo brakowało im piosenki do gotowego albumu. Opowiadanie było o kobiecie jak bluszcz, o ludziach jak bluszcz. O tym, że czasami za bardzo i za mocno przywiązujemy się do kogoś albo czegoś, przywiązujemy się na amen i zwykle jest to swego rodzaju klatka, więzienie, z którego wyjść wcale nie chcemy.
Maruś klepnął mnie w ramię i usiadł obok na stołku barowym. Już dawno temu zauważyłem, że często mnie dotykał, lubił to chyba, cholera, robić. Uznałem, że to w końcu zrozumiałe, był przecież stuprocentowym gogusiem i piszę to z sympatią, a nie zawiścią. W każdym razie gdyby nie to, że się w miarę lubiliśmy, to wybiłbym mu kilka zębów za takie akcje.
– Śliczny masz sweterek – powiedziałem.
– Coś z nim nie tak? – zapytał niemal przejęty.
– Nic. Gdybym był pedziem, też bym takie nosił.
– Przynajmniej nie widać mi brzucha. Zobacz, jak się roztyłem.
Uniósł kawałek swetra i złapał za małą fałdkę na skórze. Nic tam wcale takiego nie miał. Był raczej szczupłym gościem. Niewysokim. Delikatnym w pewnym fizycznym sensie. Był właściwie taki jak jego proza albo to jego proza była taka jak on.
– Pewnie wiele kobiet chciałoby mieć podobny problem – stwierdziłem.
– A faceci?
– Faceci się takimi rzeczami nie przejmują.
Chciał ze mną pogadać. Odezwał się tydzień temu i chodziło o jego nową książkę. Chyba byłem jednym z niewielu ludzi w tym mieście, cholera, jednym z niewielu na świecie, którzy czytali wszystkie jego książki. Miałem dzień wolny w robocie, bo upuścili mi rano pół litra krwi. Ktoś by powiedział, że to nawet szlachetne, takie przynajmniej jest społeczne przeświadczenie. Sęk w tym, że ja nienawidzę igieł, ale czasami robimy przecież coś, na co nie mamy ochoty – jak wojna, prohibicja, ubezpieczenia, jogging, szczepienia, wakacje, seks, imprezy firmowe, zdrowe żarcie i papierowe słomki. Ale mnie głównie chodziło o to, że mogłem przez resztę dnia leżeć do góry brzuchem. Czas spędzany w samotności miałem za najwyższą świętość.
Zanim przyszedłem do Szwejka, wypiłem cztery piwa. Zanim przyszedł Maruś, wypiłem dwie whisky.
Posiedzieliśmy chwilę przy kontuarze, ale potem poszliśmy do małego stolika. Obsługiwała nas miła blondynka. Pewnie trochę młodsza ode mnie. Nie była pięknością, ale miała niezłe ciało, więc trochę się na nią pogapiłem przez ten wieczór, bo gdzieś przecież musiałem podziać gały – nie mogłem patrzeć cały wieczór na Marusia, mógłby sobie coś jeszcze pomyśleć. Oczywiście problem z dzisiejszymi ludźmi jest taki, że posiadamy ciała, brzydkie twarze i jeszcze brzydsze dusze.
On chyba nie spojrzał na nią ani razu. W ogóle za bardzo się nie rozglądał.
– Zobacz, jaki piękny tomik wydali Roksanie – powiedział. – Debiut.
Wziąłem go do ręki i przeczytałem kilka wierszy. Nie były złe, znaczy były całkiem dobre, w każdym razie sam nie napisałbym lepszych. Nie w tym temacie.
– Dostanie Wawrzyn za poezję albo przynajmniej nagrodę dla debiutanta – oznajmiłem.
– Skąd wiesz?
– To oczywiste.
Nie wiedział chyba, co jest takie oczywiste, więc mu wyjaśniłem. A potem jasna sprawa, że chciał gadać o literaturze, a ja po prostu nie miałem za wiele do powiedzenia na temat literatury, tej lokalnej i polskiej, i europejskiej, i światowej. Stanęło na tym, że Ulysses Jamesa Joyce’a jakoś nam się nie spodobał. Nie do końca.
– Spotykamy się w trójkę i pracujemy wspólnie nad swoimi wierszami – powiedział. – Wiele nam to daje.
– Hemingway twierdził, że pisarz powinien pracować w samotności.
– Pisarze to nie poeci.
– Tym bardziej to pasuje.
– Chodzi o to, że „dopracowujemy” je wspólnie. Wtedy mamy pewność, że są najlepszą możliwą wersją. Że tekst jest dopieszczony.
– Ja wolę napisać kolejnych pięć niż męczyć bułę.
– Tak jak w przypadku picia, ochlapusie?
– Dokładnie tak.
Potem wyznał, że ostatnio na takim spotkaniu czytali na głos opowiadania z mojego najnowszego zbioru i że się z nich, ze mnie znaczy, nabijali. Odpowiedziałem mu, że skoro sprawia im to przyjemność, to mogą się śmiać. Nie ruszało mnie to. Zresztą ja też ciągle drwiłem ze wszystkich i wszystkiego. Ludzie potrafią być okrutni dla drugiego człowieka tylko dlatego, że mogą.
– Nie obraź się – przeprosił.
– Spływa to po mnie jak krople deszczu z niewidzialnej wycieraczki na szybie auta – odparłem.
– Uważaj, Mielcarek, bo sam zaraz zostaniesz poetą.
– Chyba mi to nie grozi.
– Do tego trzeba mieć talent, racja.
– O tym mówię.
Maruś miał swoją nową powieść, którą chciał wysłać różnym dużym wydawcom. Czytałem ją jakiś czas temu i powiedziałem, co o niej myślę. Wziął sobie chyba te uwagi do serca i zmienił tam kilka kwestii. To było gdzieś pół roku temu. Opowiedział mi to i owo, a ja poradziłem mu na tyle, na ile potrafiłem, podzieliłem się moją tajemną wiedzą. W międzyczasie dopijał pierwsze piwo. Ja obaliłem kolejne cztery. Miałem na sobie prawie pedalski golf i było mi w nim gorąco, ale nie chciałem go zdjąć, nie mogłem zdjąć tego pierdolonego golfu, bo pod spodem miałem wyciągnięty jak psu z gardła T-shirt z nadrukowaną uśmiechniętą żółtą buźką – podobną to tej, którą Duchovny nosił w jednym z odcinków Z Archiwum X. Poza tym zrobił mi się wielki siniak na prawej ręce od grubej igły i nie chciałem się z tym afiszować. Wyjść na mięczaka.
– Myślę, żeby wysłać to pod pseudonimem – powiedział. – Żeby myśleli, że napisała to kobieta. Bo przecież przeze mnie przemawia taka wewnętrzna kobieta. Sam tak powiedziałeś w końcu. Że moja proza…
Przerwałem mu, mówiąc, że jest tutaj jak w ulu. Ludzkie głosy zebrane do kupy w lokalu wydawały się jednym ogromnym owadzim szumem. Zaczęło mi to wadzić.
– Faktycznie – przyznał. – A wracając do tematu, to zrobię tak, jak mi poradziłeś. Napiszę, o czym to jest, takie krótkie streszczenie i będziemy to wysyłać. Pod pseudonimem. Te kilka wydawnictw, które interesują się dobrą prozą, te, które wymieniłeś. Chyba się uda, co?
Nie odpowiedziałem mu. Gapiłem się na tę kelnerkę, znaczy – przyznaję się – na jej ładny tyłek w czarnych, ciasnych leginsach. Potem natchniony osobliwą energią rzuciłem bardzo głośno:
– Dobra, chuj z tym wszystkim. Chodźmy stąd w pizdu.
Tak naprawdę musicie wiedzieć, że jestem miłym gościem. Ostatnio nawet pozwoliłem przywalić jednemu facetowi w moją mordę bez większych konsekwencji. W każdym razie Maruś pił to jedno pierdolone piwo przez cały wieczór – skwitował, że było za gorzkie. Ja wypiłem osiem plus dwie whisky. Oboje jesteśmy rzecz jasna mężczyznami, ale cholera wie, czym mierzyć męskość. To jest jakiś problem, jeden z wielu. Przynajmniej obaj odwiedziliśmy na koniec kibel z ludzikiem bez sukienki na drzwiach.
Wszedłem do środka i zacząłem odlewać się do blaszanego koryta i nie wiem dlaczego, ale pomyślałem o tych wszystkich komunach. Marek schował się w zamykanej kabinie – cholerny wstydniś. Po chwili do środka weszło dwóch facetów. Jeden stanął z lewej, drugi z prawej. Nic nie powiedzieli. Był tylko dźwięk oddawanego moczu.
– Sausage party – zażartowałem.
Czasami odpalał się we mnie klaun.
Ten z lewej się uśmiechnął. Drugi odwrócił się jakby zawstydzony. Poszli sobie, zanim wylazł Maruś. Umyliśmy rączki, poszedłem zapłacić za piwo, które wyżłopałem i zostawiłem jakiś tam napiwek tej kelnerce. W sumie to na mnie nie spojrzała, ale nie dziwiłem się jej. Też niechętnie patrzyłem na siebie w lustrze.
Więc wyszliśmy na ulicę i poszliśmy – formuła, cholera, jak w powieściach Hema – przed siebie, w tak zwaną siną dal. Powietrze miało w sobie coś brudnego i metalicznego, a noc wcale nie była taka czarna.
Powiedziałem mu, że mogę go odprowadzić i się zmywam, bo czeka na mnie ciepłe łóżko i kobieta, która mnie kocha. Zaczął mi coś gadać o tym, że chciałby spróbować życia w trójkącie i chodziło raczej o miłość niż seks. Szukali ze swoim partnerem, a właściwie to Maruś szukał, kogoś godnego. Poza tym ględził coś o potrzebie doświadczeń na użytek literacki.
– Tylko problem jest taki, że większość to typowe ruchadła na jedną noc – oznajmił.
– No widzisz, jak wam ten internet służy, pedały.
No i znowu muszę podkreślić, że tak naprawdę dobry ze mnie facet, żaden tam -ista czy -fob. Niedawno przygarnąłem kotkę z ulicy, co miesiąc kupujemy z Emilią karmę do schroniska, otwieram obcym kobietom drzwi, daję bezdomnym na piwo, segreguję śmieci i zamykam po niesfornych klientach pootwierane szufladki na pieczywo w Biedronce. Po prostu Maruś nie obrażał się, kiedy tak do niego mówiłem i to było cenne. Oczywiście on też oddawał celne strzały w moim kierunku i wcale nie miałem mu tego za złe. Były to w końcu tylko słowa. Dziś coś się ze światem popieprzyło i słowa zaczęły znaczyć więcej niż czyny. Myślę, że powinniśmy wyjąć kija z dupy – tak będzie nam wszystkim łatwiej – i wziąć się za prawdziwe problemy, trapiące nasze społeczeństwo. Na przykład kwestie przemocy domowej, wyzysk pracowników, korupcję władz, wszechobecną pornografię czy pauperyzację edukacji.
– Agnieszka pisze ostatnio naprawdę ciekawe wiersze – powiedział w którymś momencie.
– Też tak sądzę.
Agnieszka mnie nie lubiła, bo powiedziałem coś kiedyś o zbiorowej masturbacji odnośnie literackich kółek. Ja do niej nic nie miałem. Nie myślałem o niej, tak samo jak ona o mnie.
– Maria przypomina z wyglądu moją matkę – stwierdziłem i była to czysta prawda. – Darzę ją z tego względu szczególną sympatią. A może z tego powodu mam zamglony ogląd. Nie wiem. W każdym razie uważam, że jej nie doceniają.
– Bo bywa męcząca, o tych swoich murkach potrafi gadać na jednym oddechu przez bite dwie godziny. Ale swoją drogą mogłaby coś podobnego do murków zorganizować u nas, to byłaby naprawdę fajna sprawa – rozmarzył się Maruś.
Kiedy byłem w Krakowie, widziałem nocą jeden z jej wierszy wyświetlany na murze przy którejś tam ulicy. Piłem w jednym z barów, co ciekawe te wszystkie anegdoty o Angolach chlejących w Krakowie są prawdą. Była ich tam cała banda i kiedy wszedłem i usiadłem przy kontuarze, to barman zajechał do mnie na dzień dobry po angielsku. Jeden z Anglosasów – morda czerwona jak rak – odwalał tam numer z dymaniem krzesła. Było to całkiem zabawne, ale wyszedłem po jakiejś godzinie, bo jeden z nich uwiesił się na mnie i wypytywał mnie o to, komu kibicuję – cholerna piłka nożna. Gdybym mu wtedy powiedział zgodnie z prawdą, że Paris Saint-Germain, mógłbym wywołać w tym barze kolejną wojnę stuletnią – a jako Polakowi nie widziało mi się ponowne umieranie za Napoleona; uczmy się, cholera, na błędach, a nie po szkodzie.
Niedaleko Palmiarni Maruś zapytał mnie, co teraz czytam, odpowiedziałem, że Cząstki elementarne Houellebecqa, a niedawno przeczytałem na nowo Zniewolony umysł Miłosza.
– To ty czytasz taką literaturę? – spytał zdziwiony.
Słowo literatura i literackie wymawiał zawsze z ogromnym namaszczeniem, jakby zawierało albo stanowiło sacrum. Dla mnie to słowo było równie mdłe jak każde inne.
– Tak, kurwa – odparłem. – Czytam.
Oczywiście, że zdawałem sobie sprawę, że uważa mnie za robola i półkretyna. Najlepsze było to, że wcale się w swojej ocenie nie mylił. Już dawno sam stwierdziłem, że gdyby wciąż trwała komuna, to taki Hłasko mógłby mi czyścić buty. Autentycznie – mój pradziad był kowalem, a jeden dziadek murarzem. Drugi pijakiem. Dziękuję im obydwu.
Zahaczyliśmy jeszcze o Maka – jest przecież zima, więc normalne, że pić zaczęliśmy wcześnie. Wyznałem Marusiowi, że galerie handlowe przyprawiają mnie o mdłości. Że uważam je za świątynie hedonizmu. On nie miał takich obiekcji. Wychodząc, zerknęliśmy na witrynę w Empiku. Żaden z nas rzecz jasna nie miał wstępu na takie światowe salony.
Potem wyszliśmy i Maruś pierdolił coś o tym, że jest najlepszym pisarzem w tym mieście. Ja powiedziałem mu, że nie znam wszystkich pisarzy w tym mieście.
– To może chociaż najlepszym na ulicy Wrocławskiej…
– Słuchaj – zacząłem – takich wioch jak Zielona Góra jest w Polsce mnóstwo. Poza tym masz większe wiochy jak Warszawę, Kraków, Wrocław, Poznań czy Łódź. Takich Marusiów i Mielcarków są dziesiątki, jak nie setki. Powinniśmy przyjąć do wiadomości fakt, że nic nie znaczymy. Nic nie znaczymy, więc weźmy się w końcu może do uczciwej pracy. Nikt z nas nie zostanie kolejnym wieszczem.
– Ja jestem inny.
– Zobacz, ilu jest pisarzy, ilu jest poetów w tym mieście. Znanych i mniej znanych. Pewnie pół miasta pisze do szuflady, a ćwierć uważa się za literatów.
– Ale ja wiem, że jestem inny.
– Jasne, że jesteś inny, Maruś.
Nie potrafił się ze mną zgodzić w tej kwestii. Być może miał rację. Może ja miałem rację. Może obaj jej nie mieliśmy.
– Powinniśmy o tym napisać – zaproponował albo może ja to zaproponowałem, cholera wie.
– O czym?
– O tym wszystkim. Takie literackie zapiski z naszych spotkań. Wiesz, o co mi chodzi.
Rzucił, że mogłoby się to nazywać Przechadzki po Zielonej, ale uznałem, że brzmi to zbyt pedalsko. Śmialiśmy się z tego. Z nazwy i samego pomysłu. Odprowadziłem go do domu i rozstaliśmy się. Zacząłem wracać do siebie. Potem skręciłem w krzaki, bo postanowiłem się odlać. Kiedy kończyłem, jakiś facet zapytał mnie tonem gestapowca, co ja wyprawiam. Okazało się chwilę później, że to gliniarz.
Ale to już historia na zupełnie inny, odmienny tekst.

***

Uwięziona w obolałej klatce ciała przedzierałam się przez ciemne i nawilgłe warstwy miasta, na które jestem dożywotnio skazana: oblepiona jego swojską brzydotą, żółtym światłem ulicznych latarni i mgielnym oparem zimowego popołudnia. Niech moim wyjściem ewakuacyjnym, moim Exitem, będzie to, że opiszę ów wieczór z perspektywy kobiety, że w ogóle wydobędę z siebie jakiekolwiek słowa, bo coraz mniej we mnie sił, chęci, czegokolwiek, jedynie zimny wicher tam hula. Jedynie dławię się do środka.
Nie tyle szłam, co bezwładnie ześlizgiwałam się poczerniałą rynną ulicy aż do punktu czeskiej gospody, gdzie czekał na mnie przy kontuarze, popijając najtańszą whisky, nasz zielonogórski Bukowski (lepszy taki niż żaden). Na przywitanie dotknęłam delikatnie jego ramienia i zamówiłam dla nas po piwie. Będę je niechętnie sączyła, aż porzucę niedopite, kiedy on w tym samym czasie wyżłopie trzy kolejne.

Zacinam się.
Harmider rozmów wzbiera w kaskadę hałasu. Każde słowo, ale i każda sekunda milczenia, każdy oddech przybliżają mnie ku śmierci, przybliżają jego i ciebie. A jednak zachowujemy względny spokój. Siedzimy naprzeciwko siebie. Podajemy sobie słowa z ust do ust. Wstajemy od stolika. Opuszczamy nabrzmiały ul knajpy. Wychodzimy przejść się po deptaku, po tym naszym spacerniaku, kółeczko za kółeczkiem wokół ratuszowej wieży. Iskamy się za pomocą słów, my dwie wyłysiałe i zziębnięte małpy. Ocieramy się o siebie za pomocą słów i próbujemy się ogrzać w ich skromnym świetle. Słowa są jak iskry wypadające z naszych ust wprost w czeluść grudniowego mroku, gdzie wnet gasną.

Najchętniej położyłabym się do łóżka i przemilczała całą resztę, ale Marcel nalega:
– Opiszmy to! Wywołajmy jakiś skandal.
– To byłoby na rękę Mirce, naszej małej skandalistce – odpowiadam przekornie.
On śmieje się rubasznie. A ja śpiesznie spijam ten jego wibrujący śmiech aż po ostatnią srebrzystą nutkę. Najchętniej położyłabym się na jego brzuchu i słuchała, jak tam szumi i pieni się tych osiem piw, które wypił w ciągu tego wieczoru. Na inny skandal brak mi sił. Poza tym prawdziwy skandal to nasza letnia egzystencja na relanium, na tramadolu, na bupropionie. Wszyscy jedziemy na jednym wózku tej prowincjonalnej mieściny. Dzień po dniu przeżuwamy szarą papę codzienności w towarzystwie alkoholików, mężów przytroczonych do wózków, żon pogrążonych w klinicznej depresji, przyjaciół umierających pokątnie na raka, niańcząc niewydarzoną progeniturę lub przestarych rodziców, którzy jak na złość nie chcą wykitować. Oto my, nieczytani (nawet przez siebie nawzajem) frustraci lokalnej literatury, w większości grafomanii, złaknieni choćby listka figowego czyjejś atencji, choć gałązeczki z lubuskiego wawrzynu.
Marcel jeszcze się łudzi, jeszcze fika, chojraczy, ale i jego to miasto w końcu usadzi w jakimś M-4 z trzygodzinnym dostępem do słońca, na tym lub innym piętrze, w jakiejś samotności i ciszy, poprzecinanej hałasami dobiegającymi z mieszkań powyżej i poniżej, z zewnątrz, jak i z wewnątrz: szum samochodów, jęk roztapiających się kotów, wyjący alarm, bezdech, trzask klapy kubła przed północą i czyjś głuchy śmiech.

Zataczamy ślepe okrążenia po deptaku, a Marcel marudzi, że nawet po opróżnieniu ośmiu kufli piwa i dwóch szklaneczek whisky, prawie w ogóle nie jest pijany, prawie, że wcale.
– Bo ja, kochana, potrzebowałbym osuszyć całą Odrę alkoholu, żeby się wstawić.
– Biedactwo, napisz o tym opowiadanie.
– Ale kto by w to uwierzył? Albo w to, że w przeciągu jednej nocy potrafię doprowadzić moją kobietę do siedmiu orgazmów?
Ja bym uwierzyła, jednak nic już nie mówię, milczę… Chciałabym zasnąć i obudzić się w innym kraju, czasie, ciele.
– Tylko nie pisz o tym – przestrzegł mnie nagle Marcel.
– Dlaczego?
– Bo to nie przejdzie. To zbyt niesmaczne. Nie puszczą tego.
– Słucham? A co jest niby niesmacznego w kobiecym orgazmie?
– Niektórzy wciąż nie wiedzą, gdzie znajduje się łechtaczka, więc…
Wpatrywałam się w Marcela, mrużąc oczy i nie pojmując, o co mu właściwie chodzi? Dlaczego tak nagle się spłoszył?
– Dobra, rób, co chcesz – oświadczył pojednawczo. – Ale jeśli już będziesz chciała to wykorzystać, to załagodź to jakoś, żeby nie zabrzmiało jak tania przechwałka!
– Ależ oczywiście, naturalnie. A ty ze swojej strony mógłbyś porozsyłać moją najnowszą powieść po wydawnictwach.
– Tylko najpierw ją skończ.
Skończę, właściwie już skończyłam, niech tylko wykłaczy się ze mnie ostatni fragment o mojej przedawnionej i zakazanej relacji z przyrodnim bratem, podówczas jeszcze małoletnim (to dopiero skandal!). I niech przyjdzie mi do głowy jakiś sensowny tytuł, może coś mi podpowie Roksanka albo Adrian, moi dobrzy druhowie. Spotykamy się u mnie w miarę regularnie i wspólnie szlifujemy nasze teksty. Zaczęło się od tego, że Adrian podesłał mi swój niewydany, debiutancki tomik, a ja wraz z Roksaną dosłownie go przemieliłyśmy. Oby chłopakowi wyszło to na zdrowie, oby ktoś zechciał go teraz wydać.
Osobiście służą mi te nasze robocze spotkania. Po każdym z nich doznaję krzepiącego poczucia, że oto na ostatniej stroniczce przerabianego tekstu przystawiliśmy wspólnie stempelek z dużą literą „Q”.

Położyłam dłoń na ramieniu Marcela. Zewsząd napierały na nas warstwy ciemności. Oblepiał nas chłód. Wewnętrznie się zachwiałam, jak stara kobieta w płaszczu, która pochyla się nad przepaścią kostki brukowej. Od moich stóp rozpełzały się w każdym kierunku przerażające szczeliny, kamienne wąwozy nie do przebycia. Dobrze, że Marcel stał tuż obok — jego solidna kolumna ciała, z której wydobywał się tubalny głos, przywróciła mi strzępki równowagi. Rozejrzałam się po opustoszałym deptaku. Wyminął nas drobny Azjata, drobił kroczki jak zmokła kurka, gnał gdzieś przed siebie. Zapatrzyłam się za nim. Co tutaj porabiasz, biedny wędrowcze? Jak się zaplątałeś w te odległe, poniemieckie rejony? Pomyślałam, że jest w moim typie i że nigdy nie robiłam tego z Azjatą. Roześmiałam się do środka. Skoro jestem już skazana na istnienie, na to miasto, na siebie samą, to co mi szkodzi? Roześmiałam się jeszcze bardziej i niemal oparłam się o silne ramię Marcela.
– Odprowadzę cię do domu – zaproponował.
Skinęłam głową.

Rozochoceni i zgłodniali zahaczyliśmy po drodze o Maka. Marcel postawił mi małe frytki, które żarłam zachłannie, kiedy on zapychał się cheeseburgerem, nie przestając przy tym perorować:
– Opiszmy ten wieczór! I niech nam za to zapłacą. Załatw to. Co to dla ciebie! Moglibyśmy mieć nawet stałą rubrykę. Choć to wymagałoby jakiejś systematyczności, a ja mam tyle nowych opowiadań do napisania. Nawet nie jesteś w stanie sobie wyobrazić jak wiele! Ty moja ponętna literatko! – To ostatnie wycedził z jakimś rubasznym przekąsem.
Wewnętrznie chichotałam. Frytki były przesmaczne. Boże, kiedy ja ostatnio jadłam frytki? Nie potrafiłam sobie przypomnieć, a mimo to nigdy nie będę tak szczuplutka w talii, jak nasza kochana Mira. Nigdy nie będę tak wiotka i kokieteryjna, za co wszystkie w skrytości ducha pragniemy ją ukrzyżować. Ale nic to, nie będę sobie przecież psuła radości z rozkoszowania się słoną tłustością cieniutkich fryteczek z Maka.
Muszę się nimi solidnie pożywić do ostatniej kosteczki, do ostatniego okruszka, bo tegoroczna zima ścieląca się w mojej duszy jest naprawdę sroga.

W nocy przyśniła mi się Maria. Byłyśmy na jakimś wieczorku poetyckim, przed zgromadzonym audytorium próbowałam przeczytać jeden z jej króciutkich wierszy, ale litery na kartce rozmazywały się w jakieś przedziwne zawijasy, których mój język nie potrafił rozsupłać. Zaczęłam się jąkać i dukać. Przerażona pochwyciłam karcące spojrzenie Marii, unoszące się nad głowami zgromadzonych. Z widowni wstała postawna blondynka, która podeszła do mnie sprężystym krokiem i wyjęła kartkę z moich rozedrganych dłoni. W jej malinowych ustach wiersz nagle rozkwitł i nabrał sensu, pięknie popłynął na falach jej srebrzystego głosu. Opuściłam głowę, usiadłam zawstydzona, nie pojmując, co się ze mną stało. Przecież jestem wyśmienitą recytatorką!
Gdyby Marii faktycznie udało się zorganizować coś na kształt zielonogórskich murków, to mam gotowy jeden wierszyk:

Kupmy duży stary dom w lesie
duży stary dom rośnie we mnie
jak rozpacz

Autorzy przypominają, że fikcja to nie życie. I na odwrót.

Widok na ratusz w Zielonej Górze

The post Ani w lewo ani w prawo [autofikcja] appeared first on Pro Libris.

]]>
Najgorętszy język na wschód od Łaby https://prolibris.net.pl/najgoretszy-jezyk-na-wschod-od-laby/ Mon, 13 Nov 2023 13:59:34 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=10494 Marcin Mielcarek

The post Najgorętszy język na wschód od Łaby appeared first on Pro Libris.

]]>

Marcin Mielcarek

Najgorętszy język na wschód od Łaby

Pod koniec studiów miałem krótki epizod z wynajmowaniem pokoju w mieszkaniu czterdziestoparoletniej kobiety. Zostałem wyrzucony z akademika za bójkę, której nie sprowokowałem, ale tamten gość i tak poskarżył się władzom uczelni po tym, jak spuściłem mu staromodne manto. Wywalono nas obu. Z dnia na dzień wylądowałem na bruku, z całym swoim mizernym dobytkiem zapakowanym w czarne worki na śmieci. Miałem farta, że znalazłem ten pokój jeszcze tego samego dnia. Zostawiłem swoje graty w aucie i poszedłem na spotkanie z właścicielką.

Ogłoszenie pojawiło się z rana, a ja zadzwoniłem kilka godzin później, nie bardzo licząc na sukces. Odebrała za pierwszym razem, jej głos wydawał się przyjemny i cichy. Nie była zbyt rozmowna, wolała się spotkać na żywo, chociaż oznajmiła, że właściwie jest już zdecydowana wynająć ten pokój jakiejś dziewczynie z Ukrainy. Tylko moja żałosna historyjka sklecona na szybko skłoniła ją do dania mi szansy – oczywiście pominąłem powód eksmisji z akademika, nie chciałem uchodzić za agresywnego typa, pospolitego bandziora czy coś w tym stylu.

Mieszkanie znajdowało się na samym szczycie dziesięciopiętrowego wieżowca. Wszedłem do środka i od razu zorientowałem się, że nie jest to najpiękniejsze miejsce do życia – no, ale tak właśnie żyje przecież większość Polaków. Ściany wydawały się nieruszane od lat – pomalowane farbą olejną do połowy, odrapane, z czarnymi bohomazami. Do tego śmierdziało kurzem i gnijącymi śmieciami ze zsypu. Wpakowałem się do windy, która była w opłakanym stanie i pojechałem na samą górę. Brązowe drzwi znajdowały się na końcu korytarza po lewej. Zadzwoniłem. Otworzyła mi niemalże po sekundzie. Włosy w lekkim nieładzie i nieufne spojrzenie. Brak makijażu i podkrążone oczy. Ubrana w luźny, domowy dres. Nie była brzydka, pewnie w młodości uchodziła za ładną, ale wyobrażałem ją sobie trochę inaczej, chyba zmylił mnie jej delikatny głos. Stałem przez chwilę, czując dziwną blokadę, jakby ktoś wyrwał mi nie tyle język, co mózg.

– Myślałam, że będziesz wyglądał trochę inaczej – powiedziała na powitanie.

– Jak byłem dzieciakiem, to też wyobrażałem sobie, że będę wyglądał jak Brad Pitt.

– Nie, nie, źle mnie zrozumiałeś. Wyglądasz ciekawie, jesteś dosyć przystojny. Chodziło mi o to, że myślałam, że będziesz wyglądał na bardziej zmęczonego, bardziej jak…

– Bezdomny?

– Chyba tak.

Zaśmiałem się ciepło z tego żartu, a ona zaprosiła mnie do środka. Mieszkanie sprawiało wrażenie zadbanego, wszędzie panował porządek. Ściany były odświeżone, meble i dodatki też wyglądały na dosyć nowe. W powietrzu pachniało czymś przyjemnym, nie wiedziałem, jak to możliwe, ale chyba łąką w czasie wiosny. Pomyślałem, że byłoby mi tu naprawdę dobrze.

Zanim otworzyła drzwi po prawej, odwróciła się i powiedziała:

– Nie było dobrej okazji, przez telefon wyleciało mi twoje imię… Ja jestem Renata.

– Marcel.

Pokój prezentował się skromnie, ale całkiem przytulnie. Były w nim mała kanapa, biurko, stoliczek nocny, duża szafa do sufit i dywan na środku, trochę już sprany. Widok za oknem wychodził na miasto. Wieczorem musiało być tutaj ciekawie.

– No i tak to wygląda, to jest ten pokój – oznajmiła. – Nie wiem, co mam więcej powiedzieć, wszystko widzisz.

– Jest w porządku.

Później oprowadziła mnie po reszcie mieszkania. Jednak swojego pokoju czy też sypialni mi nie pokazała, ale przecież to zrozumiałe.

Oglądałem wszystko powierzchownie, bo wolałem przyglądać się Renacie, jej gestom, ruchom, mimice. Było w niej coś bardzo interesującego. W końcu usiedliśmy na kanapie, w tle grało TV.

– Kiedy chciałbyś się wprowadzić? – zapytała, podnosząc na mnie oczy znad kubka z kawą.

– Chociażby za pięć minut – odparłem szczerze.

– Czyli co? Naprawdę nie masz gdzie się podziać?

– Nie bardzo.

– A dom?

– Daleko i nieprawda.

Napiła się, a potem odstawiła powoli kubek i westchnęła ciężko.

– Właściwie jestem już umówiona z tamtą dziewczyną – oznajmiła powoli.

– Rozumiem.

– Nie jestem pewna, czy w ogóle chciałabym mieszkać z obcym facetem pod jednym dachem. Wiesz, jak jest, tyle się słyszy, no i w ogóle sam fakt mieszkania z nieznajomym mężczyzną, tylko ty i ja, nikogo więcej…

– To rozumiem tym bardziej.

Przez kilka chwil patrzyliśmy na siebie bez słów. Dobrze przyjrzałem się jej twarzy. Wyglądała dosyć ładnie, oczy miała ciemne, usta wydęte i nieduży nos. W jej spojrzeniu czaiło się jednak coś smutnego, miałem świadomość, że ta kobieta musiała wiele przejść. Zmarszczki i przebarwienia znaczyły jej twarz niczym znamiona. Musiała być z dwa razy starsza ode mnie. Będąc na miejscu Renaty, nie wynająłbym pokoju komuś takiemu jak ja.

– Wiesz, nie zdążyłam zapytać o podstawy. Co tak właściwie robisz? Studiujesz, pracujesz? – zapytała.

– Pracuję na magazynie, kończę właśnie studia.

– Jakie?

– Dziennikarstwo.

– A masz jakieś hobby?

– Trochę piszę.

– Co?

– Głównie opowiadania, ostatnio skończyłem powieść.

– Czyli jesteś pisarzem?

– Nie powiedziałbym.

Kiedy dopiliśmy kawę, Renata podniosła się z kanapy i podziękowała mi za przyjście, a ja podziękowałem jej za możliwość spotkania. Oznajmiła, że jeszcze dziś podejmie decyzję i ewentualnie się do mnie odezwie. Powiedziałem, że będę czekał na jej telefon, chociaż przyznałem ze szczerością, że na to nie liczę. Rozumiałem przecież jej położenie. Opuściłem mieszkanie i starą, pomalowaną na beżowo windą zjechałem na parter. Ktoś napisał tutaj czarnym markerem, że czas to najcenniejsze, co ma. Akurat, pomyślałem. Ja swój sprzedawałem bezpowrotnie za 19,70 brutto za godzinę. Poszedłem do auta i posiedziałem w nim jakiś czas, słuchając muzyki. Trochę mi zeszło. Kiedy miałem już odpalić i odjechać, zadzwonił mój telefon. Odebrałem.

– Marcelu, dzwonię ci powiedzieć, że możesz się wprowadzić – oznajmiła tym samym spokojnym głosem co wcześniej. Tym razem jednak była w nim jakby ulga. – Odmówiłam tamtej dziewczynie, właściwie to ona znalazła już coś innego.

– Cieszę się – odpowiedziałem.

– Możesz przyjechać nawet zaraz.

– Dobrze. Będę za trzy minuty.

– Za trzy?

– Zostałem pod blokiem. Może to dziwne, ale wiedziałem, że zadzwonisz.

– Wiedziałeś?

– Coś przeczuwałem.

Kilka sekund się nie odzywała, dobrze słyszałem jej oddech po drugiej stronie. W końcu rozłączyła się, a ja wysiadłem z auta i wziąłem już kilka gratów ze sobą. Niecałą godzinę później znów miałem miejsce, które mogłem nazywać domem. Chociaż przez jakiś czas.

Po dwóch tygodniach mieszkania razem wiedziałem już, co Renata lubi, a czego nie cierpi. Starałem się zachowywać porządek i sprzątać po sobie na bieżąco. Poza tym wynosiłem regularnie śmieci i dwa razy zrobiłem dla niej zakupy. Pracowała w jakiejś korporacji, więc wychodziła rano i wracała wieczorami, czasami późno w nocy. Szybko zdałem sobie sprawę, że to nie z kwestii finansowych wynajmowała ten pokój. Zwyczajnie musiała mieć kogoś obok siebie. Lubiła ludzi, potrzebowała ich. Mimo że nie zdawała sobie z tego sprawy.

W dwie pierwsze soboty wystroiła się gdzieś, wymalowała i uderzała na miasto, podobno z koleżankami. Teraz przyszła trzecia. Znów gdzieś wychodziła.

– Pięknie dziś wyglądasz, Renato – powiedziałem, kiedy pojawiła się w salonie. – Właściwie to zawsze pięknie wyglądasz.

Posłała mi pogodny uśmiech i przeszła obok mnie. Ta kobieta nie miała figury dwudziestolatki, widać, że czas zrobił swoje, ale mimo to prezentowała się naprawdę nieźle w tej czarnej sukience, rajstopach i szpilkach. Któregoś wieczora wyznała mi, że jako młoda dziewczyna urodziła dziecko, które musiała oddać. Po tym coś w niej pękło, zmieniło się, nigdy już nie była taka radosna jak kiedyś. Jej ciało również się wtedy zmieniło. Nie wiedziałem, dlaczego jest sama, nie pytałem o to. Nie pytałem też, czy kogoś szuka. Niektórym z nas bycie samemu po prostu służy. Pozostali czasami nie mają wyboru.

– Wychodzę na całą noc – oznajmiła, pryskając się delikatnie perfumami.

Ich zapach pozostał w powietrzu na długo po tym, jak wybyła z mieszkania.

Ja tego wieczoru też miałem plany, więc absencja Renaty bardzo mi pasowała. Wyszedłem na miasto wraz z przyjaciółką, która właściwie nią nie była, bo w naszej relacji chodziło głównie o seks. Odwiedziliśmy dwa lokale, jeden bar i w końcu – taki był cel – wylądowaliśmy w moim pokoju. Kaśka trochę za bardzo się spiła, ale zapewniała mnie, że sobie poradzimy. Będąc już w łóżku, zaczęła obcałowywać mnie od góry do dołu, zatrzymując się dłużej przy moim penisie. Leżałem jak długi, kiedy ona powoli wzięła go do ust i zaczęła się nim bawić. Trzonek objęła mocno dłonią, masowała z wyczuciem i pracowała tak, dopóki całkowicie nie stwardniałem. Potem założyłem prezerwatywę, ona usiadła na mnie, włożyła go sobie do środka i zaczęła powoli ujeżdżać. Dłońmi wodziłem po jej plecach i pośladkach. Kiedy się pochyliła i zaczęła mnie całować, doszedłem. Za szybko jednak.

Rozkazałem Kaśce się położyć, mówiąc, że jestem jej winien jeden orgazm. Zaśmiała się, ale położyła na plecach i rozchyliła nogi. Jej wygolona cipka w pomarańczowym świetle lampy wyglądała jak ósmy cud świata. Uklęknąłem i zacząłem powoli ją obcałowywać, ale zachęcony jej pomrukami szybko przeszedłem do drażnienia językiem łechtaczki. Mój wskazujący palec powędrował do środka. Pracowałem jak mrówka, chcąc doprowadzić ją do szczytu. Znałem trochę jej ciało, wiedziałem, co lubi i jak lubi. Kaśka wiła się i jęczała głośno, w pokoju panował jej słowiczy głos. Nagle jednak coś usłyszałem, dźwięk z głębi mieszkania, jakby otwieranie drzwi, zamek w nich. Na chwilę zwolniłem, nasłuchując. To chyba wróciła Renata, takie odniosłem wrażenie. Nie mogłem jednak tego sprawdzić, bo Kaśka chwyciła mnie za włosy i rozkazała doprowadzić ją do obłędu. Przyspieszyłem, mój język pracował jak szalony i chwilę później trzymałem ją mocno za uda, kiedy całe jej ciało trzęsło się niczym rażone prądem.

Kaśka została do rana, ale nie zjedliśmy śniadania. Zaproponowałem jej to oczywiście, chciałem zrobić tosty i jajecznicę, ale odmówiła, tłumacząc, że musi uciekać. Obiecała odezwać się za jakiś czas. Kiedy wyszła, zdałem sobie sprawę, że przy drzwiach, na dywaniku, stoją buty Renaty. Wiedziałem już, że wróciła wczorajszej nocy, wróciła wcześniej, niż zapowiedziała. Zastanawiałem się, ile z tego, co wczoraj robiłem, usłyszała. Nie rozmawialiśmy jednak o tym. Niedziela minęła nam spokojnie, w dziwnej ciszy.

Jakoś w środku tygodnia, po południu, usłyszałem dzwonek do drzwi. Wyszedłem ze swojego pokoju i wyjrzałem przez wizjer. Na korytarzu stał jakiś obcy facet. Otworzyłem mu, bo mógł to być w końcu listonosz, gość od liczników czy ktokolwiek inny.

– Co ty tu, kurwa, robisz?! – spytał mnie autentycznie zdziwiony.

– Czasami sam się nad tym zastanawiam – odparłem.

– Mieszkasz tu?

– Tak.

– Renata nic mi nie mówiła.

Facet chciał przejść obok mnie i wleźć do środka, ale zablokowałem mu drogę. Spojrzał na mnie z prawdziwą nienawiścią w oczach. Był tego samego wzrostu co ja, ale znacznie starszy, krótko ogolony. Postury byliśmy podobnej, tyle że on był roztyty, a ja co jakiś czas chodziłem na siłownię i miałem krótki epizod z boksem.

– Przepuścisz mnie, do cholery? – To pytanie miało brzmieć groźnie i faktycznie brzmiało, z tym że nie trafiło na podatny grunt.

– Facet, nie mam pojęcia, kim ty jesteś – odpowiedziałem spokojnie.

– Renata zostawiła mi coś u siebie. Mam to zabrać. Więc mnie nie wkurwiaj, tylko mnie wpuść.

– Nie ma mowy.

Mężczyzna sprawiał wrażenie nieźle rozeźlonego. Jasne oczy mu zapłonęły, twarz poczerwieniała. Wyczułem też w jego oddechu alkohol, który mieszał się z zapachem wody kolońskiej.

– Wpuść mnie, do kurwy, i nie przeszkadzaj!

– Nie.

Byłem pewien, że czegoś spróbuje, nastawiłem się już na to, gotów w razie czego zareagować. On jednak jeszcze raz wyzwał mnie od najgorszych i zapowiedział, że przyjdzie, jak będzie Renata. Życzyłem mu powodzenia. Tego samego wieczoru kobieta spytała mnie o tę sprawę. Spytała, dlaczego nie wpuściłem tego gościa do środka.

– Nie znam typa – odparłem znudzony. – Skąd miałem wiedzieć, że mówi prawdę.

– Przecież podał ci moje imię – powiedziała i zabrzmiało to jak oczywistość.

– Każdy może znać twoje imię. To mógł być przecież jakiś złodziej.

– Ale nie był.

– To kim właściwie jest ten facet?

Renata westchnęła, a potem wyjaśniła, że to prawie życiowy partner, z którym średnio jej się układa. Mają lepsze i gorsze momenty. Teraz są te gorsze, dlatego nie utrzymują zbytnio kontaktu. Czekała, aż się między nimi ułoży i wierzyła, że to nastąpi. Prędzej czy później.

– Albert mocno się zdenerwował – oznajmiła mi po chwili. – Uważa, że jesteś jakimś moim nowym gachem czy kochankiem.

– A ja jestem tylko zwykłym psem stróżującym – stwierdziłem.

– Mówi, że o mało co by cię pobił.

– Mogę powiedzieć to samo w drugą stronę.

Uśmiechnęła się do mnie, potem przeprosiła i poszła się umyć. Kiedy zmierzała do łazienki, obejrzałem się za nią, jakby widząc ją na nowo. Pierwszy raz spojrzałem na nią w takim świetle – przez pryzmat jej fizyczności. Musiałem przyznać, że miała naprawdę świetne nogi i zgrabny, okrągły tyłek. Podobała mi się pomimo nadwagi i wiecznego zmęczenia widocznego na jej twarzy i w oczach.

Następną sobotę spędziłem w mieszkaniu, tak samo jak Renata. Oznajmiła mi, że nie ma chęci i siły wychodzić na miasto. I jakoś tak samo wyszło, że wieczorem usiedliśmy przy dwóch butelkach wina i telewizorze. Oglądaliśmy nudne, sztampowe produkcje i wyśmiewaliśmy ich naiwność. Renata siedziała ze spiętymi w koński ogon blond włosami, bez makijażu. W zwykłych dresach i koszulce – czyli podobnie jak ja. Poczułem się nagle, jakbyśmy byli parą, która żyje ze sobą od lat. Wydawało mi się, że teraz, po czasie, Renata była jakby mniej zagubiona niż na początku naszej znajomości, mniej smutna. Zerknąłem na nią, na jej profil i dopiero teraz zauważyłem, że ma mały, ciemny pieprzyk tuż pod okiem. Po chwili ona spojrzała na mnie i zapytała, o co chodzi.

– Nic takiego – odparłem i dokończyłem kieliszek wina.

Poszedłem do kuchni, wyrzuciłem pustą butelkę do kosza, a szkło wstawiłem do zmywarki. Wróciłem do salonu. Renata siedziała na kanapie z podciągniętymi nogami i przyglądała mi się osobliwie, coś krążyło po jej głowie.

– O co chodzi? – Teraz to ja zadałem to pytanie.

Kobieta poruszyła się i wskazała dłonią, abym usiadł obok niej. Zrobiłem to.

– Chciałabym o czymś z tobą pogadać – zaczęła niepewnie. – Wiesz, wróciłam tydzień temu wcześniej, a ty miałeś gościa. Myślałam o tym.

– Jeżeli ci to przeszkadza, to nikogo nie będę sprowadzał – powiedziałem szybko. – Nie chcę sprawiać kłopotów.

– Nie, nie o to chodzi. Widzisz, wiem, co tam robiliście, słyszałam, co tam robiliście…

– To tylko seks, nic takiego.

– Tak, ale…

Przez moment się zawahała, odwróciła wzrok. Pewny siebie, ująłem ją pod brodę i zwróciłem w swoją stronę. Jej oczy połyskiwały, blade światło telewizora odbijało się w ich czarnej toni.

– Ja uchyliłam trochę drzwi i zajrzałem przez nie – wyznała cicho.

– Podglądałaś? – Głos miałem opanowany.

– Tak.

– I co takiego zobaczyłaś?

– Ciebie… Na kolanach, między jej nogami… Jak robisz jej…

– Robię co?

– Całowałeś ją tam.

Odchyliłem się na miękkim oparciu i westchnąłem. Nie miałem pojęcia, co właściwie chodziło jej po głowie. Nie musiałem się jednak domyślać. Powiedziała mi wszystko. Wyznała, że nigdy czegoś takiego nie doświadczyła, nigdy, przez całe życie, żaden mężczyzna nie doprowadził jej do orgazmu ustami. Wydawało mi się to niepojęte – takie rzeczy w XXI wieku. Ale to była prawda.

– Chcesz, żebym zrobił ci to samo? – zapytałem, patrząc jej w oczy.

– Chciałabym. Ale się boję – wyznała.

– Czego?

– Że mi się nie spodoba. Że tobie się nie spodoba.

Nie potrzebowałem nic mówić. Zbliżyłem się do niej i musnąłem jej wargi swoimi. Chwilę później już się całowaliśmy, nasze języki splotły się ciasno i namiętnie. Potem po prostu znaleźliśmy się w sypialni, wszedłem tutaj po raz pierwszy. Pomyślałem, że zawsze są jakieś nowe pierwsze razy. Tak Renaty, jak i dla mnie. Nigdy wcześniej nie byłem z dojrzałą kobietą, nie miałem pojęcia, jak to jest, czułem się zielony. Mimo tego wykorzystałem swoje doświadczenie, zdobytą wiedzę, całą energię. Chciałem sprawić jej autentyczną przyjemność, prawdziwą radość. Zasługiwała na to jak nikt inny na świecie.

Rozebraliśmy się i podążając pocałunkami w dół, zbliżyłem się do miejsca przeznaczenia. Miała naprawdę duże piersi, z okrągłymi, różowymi brodawkami, które rozlewały się trochę na boki. Skórę bladą, pępek na jej brzuchu był głęboki. Tam też ją pocałowałem, wywołując małą falę rozbawienia. Niżej, w linii pasa, znajdowała się ciemniejsza, lekko wypukła pozioma blizna – błyskawicznie zdałem sobie sprawę, że to pamiątka po cesarskim cięciu. Powiedziała mi wtedy, że mam nie zwracać na to uwagi, a ja zapewniłem, że to nie ma znaczenia.

W końcu dotarłem właśnie tam, między jej uda. Bujne, ciemne włosy na wzgórku łonowym świadczyły o tym, że obcuję z prawdziwą kobietą i od razu przypomniałem sobie o tych wszystkich dziewczynach wygolonych na zero. Zacząłem działać powoli, z ogromnym wyczuciem, nie chciałem spalić tej przyjemności. Renata wstrzymała oddech w oczekiwaniu. Przyłożyłem swoje usta do jej miękkich, gorących sromowych warg. Zacząłem muskać delikatnie, składać jej cipce należny hołd. Całowałem ją, nie pominąłem żadnego skrawka. Kiedy poczułem, że się przede mną otwiera, przeniosłem się wyżej. Łechtaczka wyglądała jak pąk bordowej róży. Pociągnięciem języka niczym pędzlem przejechałem po niej powoli. Towarzyszyło mi przy tym cichutkie westchnienie Renaty. Potem kilkakrotnie powtórzyłem tę czynność. Od dołu do góry. I znowu. Od dołu do góry. W końcu odważyłem się zjechać niżej. Smaku jej wilgoci nie mogłem przyrównać do niczego innego, niczego, co bym znał. Wcale nie był odpychający, a raczej słodki i pełny. Jak dojrzały owoc. Brzoskwinia Nabokova. Zanurkowałem językiem głębiej, wierciłem nim spokojnie. Renata poruszyła się lekko, uniosła biodra, najwidoczniej chcąc, bym wszedł w nią jeszcze głębiej. Zrobiłem to i robiłem to długo i powoli. Nie spieszyłem się nigdzie, napawałem tą ulotną chwilą, tym boskim aktem. Czerpałem przyjemność z dawania. Naprawdę mi się to podobało. I jej najwidoczniej też. Wysunąłem język i zacząłem wodzić nim po całym jej łonie. Czułem się tak, jakbym nie tyle ją tam całował, co całował się z nią. Oddałem się w to cały. Kiedy zdałem sobie sprawę, że pora zbliżać się do końca, przyspieszyłem pracę ustami i językiem. Ssałem teraz i muskałem, skupiłem się głównie na tym jednym, czułym punkcie, czując i słysząc, że to jest właśnie to. Nagle Renata chwyciła moją dłoń i położyła ją sobie na prawej piersi. Chciała, abym zajął się nią również tam. Drażniłem więc palcami jej twarde niczym kamyki sutki.

– Ja chyba zaraz… – wyszeptała Renata, ale nie zdążyła dokończyć, nie pozwoliłem na to.

Wierzgnęła silnie, jakby chcąc uwolnić się, uciec spod mojej władzy. Ja jednak przytrzymałem ją i dokończyłem miłosne dzieło. Renata wydała po chwili głośny okrzyk spełnienia. Powieki miała zamknięte, usta ułożyły się w grymasie rozkoszy. Pomyślałem, że chyba dobrze się sprawiłem.

Po wszystkim powoli ją wyciszyłem, delikatnie całowałem łechtaczkę i wargi. Kiedy zaczęła chichotać, przestałem. W końcu położyłem się obok niej. Leżeliśmy teraz, patrząc sobie w oczy.

– Było aż tak źle? – zapytała mnie niepewnie.

– Ty mi powiedz.

– Mnie się podobało.

Pocałowałem ją lekko w rozchylone usta.

– I pomyśleć, że tyle lat żyłam w błogiej nieświadomości. Ostatnio przez pracę i stres nawet przestałam się masturbować, nie myślałam o tym nawet, jakby coś takiego jak seksualne zadowolenie w ogóle nie istniało – wyznała, patrząc w sufit.

– To prawie grzech – stwierdziłem.

– Kiedyś myślałam, że człowiek dorasta ukształtowany, że powinien wszystko znać, wiedzieć. Ale teraz już wiem, że uczymy się czegoś przez cały czas. Przez całe życie mamy prawo doświadczać nowego. Nie ma w tym nic złego, prawda?

– Pewnie jest tak, jak mówisz.

– Gdyby wszyscy faceci zajmowali się swoimi kobietami w ten sposób, to świat byłby o wiele spokojniejszy. Pomyśl tylko. Szczęśliwa, radosna żona w domu to czysta głowa mężczyzny. Zero awantur, zero kłótni. Facet wychodzi z domu spokojny, a nie pełen złej energii.

– Raczej by to nie zaszkodziło.

W końcu przewróciła się na bok, wsparła głowę na dłoni i zaczęła mi się badawczo przyglądać. Kosmyk jasnych, farbowanych włosów zakręcił się na czole. Odgarnąłem go palcem. Czarne oczy Renaty wpatrywały się we mnie usilnie. Coś wciąż czaiło się w jej myślach.

– Tak? – spytałem w końcu.

– Mógłbyś zrobić to jeszcze raz? Jeszcze raz tak samo?

– Jeżeli chcesz.

Chwilę później znowu wylądowałem między jej nogami. Tym razem zajęło mi to trochę krócej, ale działałem też bardziej intensywnie. Jej orgazm słychać było chyba na całym piętrze. Kiedy skończyłem, przytuliłem ją do siebie i gładziłem po włosach, aż usnęła.

Poszedłem do siebie dosyć późno – miasto za oknem już dawno śniło swoje zwyczajne, nudne sny. Ostrożnie wstałem z łóżka, nie chcąc obudzić Renaty. Zanim wyszedłem i zamknąłem cicho drzwi, obejrzałem się. W czasie snu wyglądała dużo spokojniej niż za dnia.

Pomieszkiwałem u niej jeszcze przez kilka następnych dni. Rozmawialiśmy trochę o tym, co zaszło między nami, ale nie powtórzyliśmy już nigdy tamtej nocy. Moja nowa przyjaciółka oznajmiła mi, że po tym jak powiedziała swojemu niby-partnerowi, co jej zrobiłem, wpadł w prawdziwy szał. Kłócili się, w ruch poszły bluzgi i drobne przedmioty. Omal go nie uderzyła. A potem złapał ją mocno, pocałował jak nigdy wcześniej i sam zaserwował jej długą, namiętną minetę. Nie chciała mi jednak zdradzić, który z nas zrobił to lepiej. Miała przecież do tego prawo.

Pakowałem się, a ona weszła do mojego pokoju. Usiadła na krawędzi wersalki i podziękowała mi za wszystko, co zrobiłem. Po chwili dodała, że wraz z Albertem postanowili dać sobie jeszcze jedną szansę. W tamtej chwili wyglądała najpiękniej, rozkwitła fizycznie i duchowo.

– I tak by nam nie wyszło – oznajmiła, a w jej oczach naprawdę dostrzegłem smutek. – Za dużo nas dzieli. Mamy ze sobą za mało wspólnego…

Być może miała rację.

Mężczyzna wprowadzał się do niej, więc musiałem się wynieść. Na szczęście Kaśka przygarnęła mnie do siebie na kilka dni, podczas których intensywnie piliśmy, paliliśmy, chodziliśmy na dzikie imprezy i pieprzyliśmy się. Tak, ta dziewczyna pieprzyła się albo rżnęła, nigdy inaczej. Nie miałem wyrzutów sumienia. Nie myślałem o Renacie. Nie potrafiłem i nie chciałem.

– Masz najlepszy język ze wszystkich facetów, jakich do tej pory spotkałam – sprzedała mi komplement Kasia którejś gorącej nocy. – Naprawdę masz najgorętszy język na wschód od Łaby.

– Dlaczego od Łaby?

– Bo tam najdalej byłam.

Zerknąłem na jej nagie, młode i chude ciało. Przejechałem palcami po jej małej piersi, a potem pocałowałem ją w czoło.

– Gdzie ty się tego nauczyłeś, co? – zapytała.

– Jestem samoukiem – stwierdziłem.

– Serio, Marcel, to prawdziwy, cholerny dar.

– To raczej przekleństwo, skarbie. Pierdolone przekleństwo.

The post Najgorętszy język na wschód od Łaby appeared first on Pro Libris.

]]>
Julia https://prolibris.net.pl/marcin-mielcarek-julia/ Wed, 28 Jun 2023 19:38:40 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=9568 Marcin Mielcarek

The post Julia appeared first on Pro Libris.

]]>

Marcin Mielcarek

Julia

Sam do końca nie wiem, jak to się stało, że poznałem Julię. Byliśmy z dwóch różnych światów i, żeby doszło do ich zderzenia, nadarzyć się musiał niewyobrażalny fart, niemal porównywalny do Wielkiego Wybuchu. Ale tak się przecież ostatecznie stało, więc nie mam pojęcia, czy istnieje coś takiego jak przypadek, zrządzenie losu albo zapiski w księdze poczynione przez brodatego starca na chmurze. Zaczęliśmy chyba w barze albo na rockowym koncercie, albo gdzieś jeszcze indziej w tym stylu, bo tylko w takich miejscach bywałem. W każdym razie początek wyglądał tak jak przy każdej nowej znajomości – między mężczyzną a kobietą. Miała dziewiętnaście lat, farbowane na czarno włosy i świeże, żeby nie powiedzieć naiwne, spojrzenie na otaczający nas świat. Była pełna empatii i ciepła, ale swoją energię ogniskowała głównie w internecie, gdzie udzielała słownego wsparcia innym kobietom, uchodźcom, ofiarom rasizmu czy homofobii. Często pokazywała mi różne zrzutki dotyczące chorych zwierzaków i przeglądała schroniska, mówiąc, że najchętniej przygarnęłaby wszystkie te smutne kundle o martwych oczach. Nie pracowała, utrzymywali ją bogaci starzy, więc mogła skupić się na altruistycznych postawach i czasami na nauce. Na psychologię niestety jej nie wzięli, a po pół roku uczenia się coachingu przeszła na modny kierunek zwany gender studies. Ciągle powtarzała, że to najlepsza decyzja w jej życiu – ale kiedy o tym mówiła, zastanawiałem się zawsze, czy bardziej chce przekonać mnie czy samą siebie.

Znajomi odradzali mi spotykanie się z Julią, byli w tej kwestii bardzo uszczypliwi i mało konkretni. Mówili, że nie dam rady z nią wytrzymać, że to już inne pokolenie – a ja miałem przecież dwadzieścia pięć lat! Nie słuchałem ich, bo dobrze wiedziałem, że gadali tak ze zwykłej, tandetnej zazdrości. Mierziło ich pewnie to, że znalazłem taki cudowny kwiatek, a oni wieczorami mogli co najwyżej iść na randkę z Renią Rąsią. Julia prezentowała się olśniewająco, posiadała coś, co można nazwać klasą, bardzo rzadka sprawa – niespokojny duch zaklęty w formę niewysokiego, ponętnego ciała. Patrzyłem na nią, na jej ruchy i myślałem sobie, że trafiła mi się jak ślepej kurze ziarno. A co do tych cynicznych kumpli, to oni sami nie byli w żadnych związkach, więc mogli sobie gadać do woli – czytałem gdzieś artykuł o tym, że połowa młodych facetów nie posiada żadnego życia seksualnego, ale nie wiem, ile w tym prawdy, a ile fantazji autora. Chociaż musiałem przyznać, że widząc ich poczynania, byłem skłonny uwierzyć w taką tezę.

Jednak po czterech miesiącach coś się popsuło, rozleciało jak karciany domek, chociaż nie powiedziałbym, że stało się to nagle i że żyłem w sielance. Nasz związek od samego początku gnił. Gnił, aż spleśniał i nie nadawał się już do spożycia. Także pewne symptomy, że nic poważnego z tego nie wykujemy, dostrzegłem już bardzo wcześnie. Pierwsza randka odbyła się tradycyjnie w restauracji, ale wyszedł z tego miłosny trójkąt. Ja, ona i jej telefon. Nie potrafiła odkleić się od niego nawet w takim momencie, chociażby na kilka minut. Zignorowałem to, bo zaślepiała mnie jej uroda. Druga podejrzana sprawa to jej początkowy zachwyt na wiadomość, że jestem pisarzem – właściwie to ona mnie tak nazwała. Kiedy okazałem się daleki od takiego Remigiusza Mroza, bo z pisania wpadało raczej kieszonkowe, jej zainteresowanie tym, co robię, drastycznie spadło. Różniliśmy się właściwie wszystkim: podejściem do życia, systemem wartości, wyznawaną filozofią. Jej ogromny entuzjazm, jakim obdarzała innych ludzi, kontrastował z moją postawą introwertyka. Chodziła na różnego typu marsze za i przeciw, kiedy mnie takie rzeczy w ogóle nie interesowały, bo nie byłem ani za, ani przeciw. Wymagała mnóstwa atencji, chciała być gwiazdą, zdobyć za wszelką cenę sławę, chociaż nie robiła w tym kierunku nic ciekawego. Największym kontrastem między nami było jednak to, że Julia chciała zbawiać świat, kiedy mi świat totalnie zwisał. Dlatego od samego początku byliśmy skazani na porażkę. Mimo to trochę przy sobie trwaliśmy, bo chyba oboje dostrzegaliśmy w tym jakieś zalety. Małe, może puste, ale zawsze zalety.

Po trzech tygodniach zaczęła u mnie przesiadywać, a po miesiącu już normalnie zostawała na całą noc i dzień. Oczywiście podczas tego waletowania ani razu nie zajęła się domowymi pracami, nie wyniosła śmieci, nie zmyła nawet cholernego kubka, z którego przed chwilą piła kawę. Starałem się z nią o tym porozmawiać, i to nawet kilka razy, ale wynikały z tego jedynie kłótnie, w których zrównywała mnie z patriarchalnym entuzjastą niewolnictwa – często używała właśnie takiego zlepka słów i nie pytajcie, co to miało właściwie znaczyć. Dałem więc sobie spokój, przecież nie musiała tutaj nic robić. W końcu to ja wynajmowałem tę kawalerkę, przerobioną z pomieszczenia po starej suszarni, znajdującej się na samym szczycie wielkopłytowego wieżowca. Kiedy rok temu się tutaj wprowadziłem, całe wnętrze wyglądało ohydnie – brudne, odrapane ściany, zniszczone meble i panele, cieknący kran, drewniane okna z łuszczącą się farbą oraz inwazja karaluchów. Teraz był dzień do nocy, chociaż często zastanawiałem się, jak zareagowałaby na poprzednie warunki moja śliczna księżniczka. Siedziałem kiedyś w budowlance, a obecnie pracowałem w trzyosobowej firmie oferującej usługi alpinistyczne, więc fizyczną pracę zjadałem na śniadanie. Srogo zapieprzałem na tych wysokościach przy wycinaniu gałęzi, czyszczeniu dachów czy wchodzeniu do kominów. Nie mogłem narzekać, bo wypłata się przecież zgadzała. Stać mnie było na mieszkanie w pojedynkę, na tę namiastkę wolności. Oczywiście jako reprezentant klasy robotniczej stanowiłem dla Julii powód do wielu nieśmiesznych żartów. A o odrobinie szacunku mogłem sobie tylko pomarzyć.

Wróciłem któregoś wieczora po dziewiętnastej, styrany i śmierdzący, marząc tylko o długim prysznicu i śnie. Drzwi były otwarte, a Julia siedziała w moim jedynym pokoju i oglądała jakiś durny serial – dorobiła sobie klucze bez mojej zgody, ale machnąłem na to ręką. Kiedy tylko znalazłem się w środku, wyskoczyła do mnie jak pies zerwany z łańcucha. Przyłożyła telefon do mojej twarzy, pokazując mi jego zawartość.

– Zobacz – powiedziała przejęta – ten chłopak zbiera na operację zmiany płci za granicą i zamiast kasy leje się w necie hejt. Pomyślałam, że napiszę mu coś miłego, dodam otuchy. No i przelałam mu też dwie stówy na jego zrzutkę…

– Aż dwie? – zapytałem zdziwiony.

– Tylko dwie.

– A co na to rodzice?

– A co z nimi? Wiedzą, że przecież mądrze gospodaruję hajsem i nie przepieprzam na głupoty. A poza tym jak ładnie poproszę, to mi zawsze coś przeleją, więc luz.

– No to w porządku.

– Wiesz co? Przecież ty też mógłbyś się dołożyć. Jak myślisz?

– Raczej nie, dzięki.

Popatrzyła na mnie tak nieprzyjemnie, tak zjadliwie. Jej zielone oczy zapłonęły nienawiścią, robiąc się jeszcze większe niż zwykle. Znałem to aż za dobrze. To spojrzenie wyglądało zawsze tak samo, kiedy w jej mniemaniu zachowywałem się niepoprawnie, jak buc, robol i prostak.

– Nie masz w sobie za grosz empatii – fuknęła ze złością i wróciła na kanapę.

– Ty masz jej za nas dwoje, kochanie – rzuciłem, zaglądając do lodówki.

Szkoda tylko, że brakuje ci tych wszystkich altruistycznych uczuć, kiedy wracam głodny i styrany po robocie, pomyślałem zrezygnowany. Zamknąłem pustą lodówkę, westchnąłem ciężko i zerknąłem na Julię. Podwinęła nogi i przeglądała swój smartfon, nieświadomie przygryzając kolorowe paznokcie. Śmieszny widok. Wiedziałem, że spędziła tak cały dzień – napisała mi rano, że źle się czuje i nie idzie na wykłady. Często tak robiła. Nie chodziła na uczelnię i zostawała w domu przed telewizorem czy kompem. Właściwie to zrozumiałem któregoś dnia, że ona nie posiadała zainteresowań, takich prawdziwych zainteresowań, bo przecież scrollowania Instagrama albo zarywania nocek z kolejnym serialem Netflixa nie można liczyć. Nic nie robiła, autentycznie nic ją nie interesowało, nic, co w pewien sposób człowieka ubogaca, rozwija w takim czy innym stopniu, kierunku. Była pod tym względem jak metal. Twardy, zimny, obojętny metal.

Czułem piekielny głód, więc ostatecznie zamówiliśmy pizzę. Zawsze tak się kończyło – że to ja musiałem zamówić coś do jedzenia. Na szczęście jadła tyle co ptaszek, więc zawsze jakiś plus.

Innego dnia, bez zapowiedzi, przyprowadziła do mnie swojego kolegę ze studiów. Patryk miał na imię, wyróżniał się przepraszającym tonem głosu i wyglądem strasznej pierdoły. To nie jego wina, wiadomo, ale nie potrafiłem spojrzeć na niego sympatycznie – kolejny porażający przypadek społecznej inżynierii nad istotą męskości. Siedziałem sobie przy laptopie, słuchałem zapętlonego Where did you sleep last night Nirvany i starałem się napisać kilka sensownych słów, kiedy to usłyszałem zgrzyt w zamku i otwierane drzwi. Jak burza wpadli do mojej sypialni i salonu w jednym, wpakowali bez słowa przepraszam.

– Weź się ubierz i wyłącz ten staroć – oznajmiła z dezaprobatą. – Mamy gościa.

Siedziałem w samych gaciach, bo ten dzień postanowiłem spędzić na całkowitym luzie. No i poza tym byłem u siebie. Ubrałem się jednak bez słowa sprzeciwu. Oni puścili coś w telewizji i zaczęli gadać, ale kiedy tylko wyszedłem z łazienki, momentalnie zamilkli. Bezrozumny szum telewizora tylko potęgował nienaturalną ciszę. Poczułem się jak intruz we własnym domu. Poszedłem do kuchni, a oni znowu zaczęli swoją gadkę.

– Patryk, chcesz piwo? – krzyknąłem, bo chciałem być miły.

– Patryk nie pije alkoholu – oznajmiła za niego. – To niezdrowe i boomerskie.

– To sam się napiję.

– Ty też mógłbyś przestać tyle pić. Uśmiercasz sobie szare komórki.

– Tak, ale tylko te najsłabsze.

Przewróciła oczami i odchrząknęła, kiedy przysiadłem się do nich. Patryk wyglądał na zdenerwowanego, ale on w sumie wyglądał tak za każdym razem, kiedy go widziałem. Podejrzewałem, że na coś cierpi, może coś z głową, ale nigdy o to nie zapytałem. Posiadałem takt, którego właśnie często brakowało Julii. Jak teraz, kiedy poprosiła mnie, abym gdzieś wyszedł, najlepiej na długo, bo oni chcą w spokoju porozmawiać.

– Jak chcesz porozmawiać sobie z kumplem na intymne tematy, to idź do siebie – oznajmiłem i pociągnąłem z butelki, chcąc dodać słowom odpowiedniej mocy.

– Przecież wiesz, że u mnie w akademiku nie ma warunków. Moja współlokatorka to idiotka – syknęła.

– Moja chata, moja twierdza. Nigdzie nie idę.

Wbiła we mnie swój wężowy wzrok, ale się nie ugiąłem. W końcu wyszli, a słodkie kochanie wyglądało na strasznie zirytowane moim zachowaniem. Nawet mnie nie pożegnała, wychodząc. No przecież, że powinienem się wynieść z własnego mieszkania, nie? Szkoda tylko, że mnie też odechciało się na tamten wieczór wszystkiego i nie wróciłem już do pracy nad pierwszą książką.

Największa kłótnia, jaka między nami zaistniała, miała miejsce pod koniec tych czterech zwariowanych miesięcy. Julia przyszła do mnie, całkiem zapłakana, więc oczywiście starałem się ją pocieszyć. Szybko jednak z płaczu przeszła w autentyczny gniew. Chodziło o zaliczenie semestru, nie dawała sobie rady z połową przedmiotów i przez kilka minut ujadała na wykładowców. Dobrze wiedziałem, że to z lenistwa ma kłopoty z nauką, ale nie chciałem o tym głośno mówić.

– Nie masz nawet pojęcia, jaki to ciężki i ważny kierunek – oznajmiła zmęczonym głosem.

– Nie wiem, nie studiowałem go – przyznałem oschle.

– To ci mówię przecież. Zakres pojęć jest ogromny. To jest trudniejsze niż studia lekarskie, serio ci mówię.

– Nie powiedziałbym.

– Że co niby?

Ten jej opryskliwy ton, kiedy ośmieliłem się powiedzieć coś nie po jej myśli, ten cholerny wzrok, mający sprawić, żebyś czuł się jak gówno. Jeżeli tak zachowywała się wobec tych biednych profesorów, to nie dziwię się, że miała problem. Siejemy i zbieramy, prawda stara jak świat.

– Czyli co? Uważasz, że niby jakieś gówno studiuję, tak? – zaatakowała.

– Nie powiedziałem tego.

– Przecież sam jesteś po humanie, więc kto tu gówno studiował, no nie?

– Przecież nic nie mówię.

– No to nie mów.

Dopiłem resztkę piwa z butelki, spojrzałem na nią, a potem wziąłem tę butelkę i w przypływie rozdrażnienia rzuciłem nią o ścianę. Szkło posypało się po całym pokoju. Chwyciłem Julię za podbródek i patrząc prosto w jej oczy, powiedziałem wciąż w miarę spokojnym głosem:

– No to powiem, ale nie wiem, czy zrozumiesz. Dlatego słuchaj uważnie. Nic mnie te twoje studia nie obchodzą, rób, jak uważasz, twoje życie. Ale jeżeli chcesz znać moje zdanie, to powiem ci, że jako Zachód idziemy nie w tym kierunku, co trzeba. Kiedy my głupio badamy, czy są dwie, cztery czy pięćdziesiąt płci, to Chińczycy w tym czasie opracowują nowe napędy kosmiczne, systemy odsalania morskiej wody i tworzą sztuczne słońce, by pozyskać nielimitowaną energię. Dlatego uważam, że twój kierunek nie jest wcale taki trudny i istotny, jak może ci się wydawać.

Julia wyrwała mi się i podniosła z kanapy. Przez chwilę wyglądała jak tygrysica gotowa rozszarpać tętnicę swojej ofiary. Wiedziałem, co się kroi, ale i tak nie zdążyłem zareagować. Rzuciła się na mnie i swoimi kolorowymi hybrydami rozorała mi prawy polik.

– JAKI TY, KURWA, JESTEŚ OGRANICZONY! TY GŁUPI GNOJU! TY SZOWINISTO PIERDOLONY! JEBANY FASZYSTO TY! JESTEŚ NIC NIEWARTYM CHUJEM! JESTEŚ TOTALNYM ZEREM!

Szybko jednak złapałem ją za nadgarstki i przytrzymałem. Nadal wyrzucała mi najgorsze świństwa i starała się bezskutecznie wyrwać. Kiedy nabrała śliny i splunęła mi prosto w twarz, uznałem, że starczy na dziś tego dobrego. Postawiłem ją przed drzwiami i powiedziałem, że ma spadać. Użyłem dokładnie tego w miarę delikatnego słowa.

– Wyrzucasz mnie? – zapytała z przerażeniem w oczach.

– Tak. Oddawaj klucze – oznajmiłem twardo.

– Nie.

– Oddaj klucze do mojego mieszkania, nikt ci nie mówił, że masz prawo posiadać własną parę.

Zrobiła to, ale zamiast dać mi do ręki, rzuciła nimi w głąb mieszkania. Potem odwróciła się na pięcie i trzasnęła drzwiami. Nie odzywała się przez trzy dni. Po tych trzech dniach zadzwoniła, że chce do mnie przyjść się rozmówić. Zgodziłem się ciekaw konfrontacji.

Kiedy weszła, starała się zachować poważną minę. Jak zwykle wyglądała świetnie, ale jednak trochę inaczej. Pomyślałem o róży, która zaczyna powoli więdnąć. Nadal piękna, nadal posiadająca swój czar, ale już wiedziałeś, że koniec jest bliski, że niedługo się rozsypie. Usiedliśmy w kuchni, zapytałem, czy napije się herbaty. Odmówiła.

– Kiepsko to zniosłam, wiesz? Tę naszą kłótnię – zaczęła cicho, tak smutno, że prawie zrobiło mi się jej żal. – Jestem na to zbyt wrażliwa, podchodzę zbyt emocjonalnie. Prawie nie spałam w nocy, odpuściłam uniwerek. Miałam czarne myśli, przez moment chciałam się pociąć, odebrać sobie życie. Wiedziałeś, że ludzie wrażliwi, inteligentni częściej popadają w depresję? Że mają ciągoty samobójcze? Chyba tego nie zrozumiesz…

– Jasne – skwitowałem.

Spojrzała w okno, właściwie to na okno, wiedziałem, że nie patrzy przez nie, tylko na nie. To dziwne, ale tak właśnie robiła. Często patrzyła, ale niczego nie widziała.

– Właściwie to przyszłam tylko na chwilę, porozmawiać – oznajmiła pewniejszym głosem. – Wiesz, że do siebie nie pasujemy? Że musimy zerwać? Myślałam o tym przez całe trzy dni, o tym, co powiedziałeś i czuję, że musimy zerwać. Wiesz o tym?

– Też mi się tak wydaje – przyznałem, ale nie czułem żadnego żalu czy rozczarowania. Zupełna obojętność.

– Wiesz, jaki mamy problem? Taki problem, którego nie da się przeskoczyć?

– Jaki?

– Ja jestem jak piękny ptak, pełen energii, życia. Wypełnia mnie otwartość, radość i zrozumienie. Ptak, który chce latać, wzbijać się wysoko, pod samo słońce. A ty jesteś po prostu jak taki ogr. Najchętniej zaszyłbyś się w tej swojej norze i zapijał uprzedzenia do świata kolejną butelką piwa.

Popatrzyłem na nią i uśmiechnąłem się blado, niemal niewidocznie. Z napięciem na twarzy oczekiwała tego, co powiem. Złapałem ją za leżącą na blacie dłoń, uścisnąłem czule.

– Może i masz rację co do mnie, mała – oznajmiłem. – Ale zrozum, że ty wcale nie jesteś taka słodka i dobra, jak sobie wyobrażasz. Patrzysz na świat przez podwójne różowe okulary. To twój najcięższy grzech.

– Nie rozumiem.

– Kiedyś zrozumiesz, Julia. Ale to będzie bolało.

Po kilku minutach wyszła, wyszła na zawsze. Nie poczułem ulgi, nie poczułem złości ani tęsknoty. Wybyła z mojego życia i nie miało to znaczenia. Od tamtego czasu spotkałem ją może dwa razy w towarzystwie Patryka, ale nie wyglądali na parę. Julia tylko przefarbowała włosy na zielono, nic więcej się w niej nie zmieniło.

Oczywiście, jakiś czas moi szczerzy koledzy mieli ze mnie ubaw, ale wszystko przecież mija. Uznali, że dostałem lekcję od życia. Pewnej soboty siedziałem z jednym z nich w barowym ogródku. Piliśmy zimne piwo i gadaliśmy o głupotach, trochę o robocie, starając się zabić czas, zanim to czas dopadnie nas na amen. W pewnym momencie szturchnął mnie w ramię i powiedział:

– Ej, to nie ta twoja Julka czasem?

Przyjrzałem się dziewczynie, o której mówił. Nie. To nie była ona. Wyglądała podobnie, niemal identycznie jak ona, ale nie była Julią. Nie była nią. Na szczęście.

– Właściwie to one wszystkie są do siebie, kurwa, podobne – skwitował mój ziomek.

Uśmiechnąłem się, ale jakoś kwaśno, jakby opowiedział mi nieśmieszny żart. Miałem nadzieję, że się mylił. Że te wszystkie one, młode, dzielne, próżne, ambitne, waleczne, naiwne, z kolorowymi włosami, z kolczykami w nosie, z rewolucją na ustach – że one wszystkie koniec końców nie są takie same, że całe pokolenie Julii nie jest homogeniczną, seryjną produkcją. Bo jeżeli tak…

Nie miałem ochoty tam dłużej siedzieć, nie miałem ochoty już pić, więc wstałem, przeprosiłem mojego kumpla, zapłaciłem w barze i zostawiłem mały napiwek kelnerowi. A potem poszedłem wzdłuż ruchliwej ulicy, poszedłem dalej. Naprawdę nie miałem ochoty na nic. Szedłem w poszukiwaniu czegoś, nie wiem czego właściwie. Może czegoś, co mogłoby przede mną uchylić rąbka tajemnicy, zmotywować do realnego działania, do czegoś ważnego. Ludzie wymijali mnie z wrogością w spojrzeniu. Całkiem to zrozumiałe, przecież kroczył między nimi nikomu niepotrzebny dziś przeżytek, relikt starych czasów, przedstawiciel toksycznego wymiaru człowieka. Uprzywilejowany biały facet heteroseksualnej orientacji, noszący jeansy i koszulę. Winowajca wszelkich wojen oraz śmierci Jezusa, propagator niewolnictwa, czart XXI wieku, przeciwnik kobiet, wróg publiczny numer jeden, najgroźniejszy drapieżnik planety i przeterminowany produkt wieków z możliwymi genami neandertalczyka. Mający już swoje bezpowrotne pięć minut, wciąż jednak niegotowy oddać pałeczkę komuś nowemu.

Nie zatrzymałem się już nigdzie. Z obojętnością ominąłem lokal, do którego zabrałem Julię na pierwszą randkę. Szedłem powoli przed siebie, ciesząc się wolnością i dobrą pogodą, bo jutro podobno miał padać deszcz. Jutro i pojutrze. Do końca tygodnia.

The post Julia appeared first on Pro Libris.

]]>
Od redakcji https://prolibris.net.pl/od-redakcji-84/ Mon, 26 Jun 2023 19:02:20 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=9021 Żyjemy w świecie kultu młodości. Kojarzy się nam ona z tym, co najbardziej pożądane – ze zdrowiem, urodą, sukcesem, witalnością...

The post Od redakcji appeared first on Pro Libris.

]]>

Od redakcji

Żyjemy w świecie kultu młodości. Kojarzy się nam ona z tym, co najbardziej pożądane – ze zdrowiem, urodą, sukcesem, witalnością. Jest też jednym z ważniejszych etapów w życiu człowieka. To wówczas kształtuje się charakter, psychika, rodzą się zamiłowania. To także czas nauki, nie tylko instytucjonalnej, ale także proces odkrywania siebie i rozpoznawania, jaki jest świat, jakimi prawami się rządzi. Często poznawaniu otaczającej rzeczywistości towarzyszy odkrywanie własnych pasji, predyspozycji, które bywają zabawą, chwilową fascynacją, często zaś są zapowiedzią przyszłej życiowej drogi.

Redakcja „Pro Libris” od początku istnienia ma szczęście współpracować z młodymi twórcami. Niektórzy z nich, wraz z Pismem, nabrali dojrzałości twórczej (m.in. Krzysztof Koziołek, Mirosława Szott, Przemysław Grzesiński, Andriej Kotin, Karol Graczyk, Marcin Mielcarek, Konrad Krakowiak). Jedni są z nami do dziś, inni poszli swoją drogą. Są też tacy, którzy debiutując w naszym kwartalniku, zajęli się profesjonalną działalnością krytycznoliteracką, by dzisiaj współtworzyć z nami „Pro Libris”.

Numer POSZUKIWANIA tworzą ludzie młodzi, także bardzo młodzi, począwszy od uczennicy szkoły podstawowej, poprzez licealistów, studentów, a skończywszy na badaczach literatury czy osobach już pracujących, a parających się pisaniem. Zgodnie z założeniem redakcyjnym tym razem publikujemy teksty twórców, którzy bądź to dopiero wkraczają w świat literatury, bądź też mają osiągnięcia, które warto promować i upowszechniać.

Do współpracy zaprosiliśmy znanego w kraju poetę, krytyka i animatora kultury Rafała Gawina, który w szkicu Wraca temat, ironia się tępi omawia najnowsze trendy w polskiej poezji. Mirosława Szott natomiast przygląda się autorkom i autorom z regionu lubuskiego, wskazując na ważne zjawiska w ich tworzeniu, także na aktywność literacką młodych. Z kolei Joanna Wawryk dokonała przeglądu dorobku wydawniczego środowiska studentów Uniwersytetu Zielonogórskiego. Wśród autorów znajdują się poeci i prozaicy wyłonieni w regionalnych i ogólnopolskich konkursach, w tym w Konkursie na Debiut „Pro Libris”. Prace Patrycji Mierzejewskiej, Barbary Wauben-Czekalskiej, Ewy Franków, Barbary Czyżewskiej, Emilii Ćwik i Anny Cichej, najwyżej ocenione przez jurorów wspomnianego Konkursu, publikujemy w numerze. Łamy Pisma wypełniają ponadto utwory poetyckie Julii Kruszakin i Zofii Ścigaj, które znakomicie zaprezentowały się podczas finału 53. edycji Olimpiady Literatury i Języka Polskiego. Są także z nami młodzi autorzy, którzy kilkakrotnie publikowali w „Pro Libris”, a których rozwój obserwujemy z życzliwością i z podziwem: Marcin Mielcarek, Dorota Grzesiak, Julia Gwóźdź, Piotr Gulewski, Natalia Haczek, Joanna Nawlicka, Weronika Nawrocka, Joanna Marcinkowska i in. Warto ponadto sięgnąć do działu RECENZJE I OMÓWIENIA, w którym m.in. ocenie została poddana książka Jolanty Fainstein, debiutującej dramaturżki. Z kolei wytrawni krytycy starszego pokolenia – Czesław Sobkowiak i Robert Rudiak – zrecenzowali tym razem twórczość młodych autorek – Darii Walusiak i Joanny Marcinkowskiej.

Aby idei przewodniej tego numeru stało się zadość, do współpracy zaproszeni zostali uczniowie Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Zielonej Górze, których rysunki, obrazy i rzeźby zapewniły oprawę graficzną numeru.

Nie wszyscy twórcy zostali wymienieni z nazwiska, ale wszyscy stanowią nasz potencjał, który – mamy nadzieję – również Państwo docenią.

The post Od redakcji appeared first on Pro Libris.

]]>
Brud pod paznokciami https://prolibris.net.pl/brud-pod-paznokciami/ Sun, 19 Feb 2023 18:24:51 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=6649 Marcin Mielcarek

The post Brud pod paznokciami appeared first on Pro Libris.

]]>

Marcin Mielcarek

Brud pod paznokciami

 

Pierwsze, co zrobił po wyjściu z paki, to zadzwonił do niej i oznajmił, że wraca do domu. Potem wyżebrał od trzeciego z kolei przechodnia papierosa, zapalił go i poszedł na przystanek autobusowy. Nie oglądał się za siebie, jak zwykli robić to inni – ci inni, którzy chcieli zapamiętać obraz wysokich, grubych murów. Wiedział, że nie przyniesie mu to żadnej ulgi. Po prostu nie miał ochoty myśleć, że ostatnie pół roku spędził za kratami. Błąd, na który nie mógł już sobie nigdy więcej pozwolić.

Jadąc autobusem, a potem idąc kawałek na własne osiedle, szybko zorientował się, że świat niewiele się zmienił. Miał wrażenie, jakby wszystko zamarzło w czasie na tę krótką, podłą chwilę, kiedy nie było go w okolicy. Poczuł się z tym trochę lepiej, bo być może, ale tylko być może, wcale nie stracił tak dużo, jak wcześniej sądził. Wszedł do bloku, a klatka schodowa wciąż wyglądała na znajomą, żałosną i brudną. Jadąc na górę odrapaną windą, poczuł przyjemny, znajomy zapach. Jestem w domu, pomyślał z ulgą.

Drzwi otworzyła mu ona. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, jej błękitne oczy drżały delikatnie, a sine cienie pod nimi – spowodowane chyba wiecznym zmęczeniem – wydały mu się w tej chwili niezwykle urocze.

– Wejdziesz do środka, czy będziesz tak stał? – zapytała go spokojnie.

Przestąpił próg i od razu chwycił ją w ramiona. Całował ją, całował jej wargi, jej policzki, czoło, szyję. Próbowała uwolnić się z jego objęć, ale nie była w tym zbyt stanowcza. Nagle zaśmiała się w głos. Dźwięk pełen szaleństwa i bólu.

– Kocham cię – wyznał pod wpływem euforii.

W końcu postanowiła mu się wyrwać. Nie pozwolił na to, złapał ją za ręce, trzymał ciasno przy sobie. Była słaba, on był silniejszy, nie silny, tylko silniejszy. Był mężczyzną, do cholery, a ona była kobietą, jego kobietą.

– Kocham cię, Olu – ponowił, napierając na nią ciężarem ciała.

– Długo cię nie było – odparła niepewnie, odwracając wzrok.

– Wiem. Ale kocham cię i tylko to się liczy. Ty też mnie kochasz?

– No też.

Pocałował ją znowu, jej wargi jednak się nie rozwarły. W końcu puścił ją, zdjął buty i kurtkę.

– Gdzie jest mały? – zapytał.

– Śpi w sypialni – oznajmiła. – Nie wchodź tam, bo go obudzisz.

Nie posłuchał, nie w takiej chwili, chociaż po prawdzie nigdy za bardzo jej nie słuchał. Otworzył drzwi i ostrożnie wszedł do środka. Ciemne rolety były zaciągnięte, sprawiając, że w pokoju panowała senna szarość. Nachylił się nad łóżeczkiem syna. Widział go po raz pierwszy. Kiedy Ola rodziła w szpitalu, on właśnie rozpoczynał odsiadkę. Patrzył na niego i nie mógł uwierzyć w ten cud. Leżał tam, z małą główką, lekko różowy na twarzy, w niebieskim kombinezonie, zaciskając drobne piąstki. Usłyszał jego ciche westchnięcie. Małe oczy jednak się nie otworzyły.

– Daj spokój, obudzisz go jeszcze – szepnęła mu za plecami. – Nie wiesz, jak ciężko jest położyć Janka spać.

– Jest naprawdę mój? – zapytał w zachwycie.

– Twój, a czyj ma niby być?

Odwrócił się, wyszli z sypialni i zamknęli cicho drzwi.

– Dlaczego mnie nie odwiedzałaś? – spytał, łapiąc ją za podbródek. – Przyszłaś tylko raz, tylko raz i już nigdy więcej. Dlaczego?

– Nie potrafiłam – odparła, wyrywając mu się i udając do kuchni.

– Co to znaczy? Jak nie potrafiłaś? Ja potrafiłem tam tkwić przez sześć miesięcy, a ty nie potrafiłaś przyjść na kilka minut?

– Nie chcę teraz o tym rozmawiać. Nie dzisiaj.

Poszedł za nią do kuchni. Coś gotowało się w dwóch garnkach, pachniało bardzo przyjemnie. Stanął za Olą i objął ją w pasie. Delikatnie całując jej szyję w miejscu tuż za uchem, zaczął ją przepraszać za wszystkie błędy, które popełnił. Zapewniał, że się zmienił, że bardzo za nią tęsknił. Jego dłonie powędrowały na jej miękkie piersi.

– Przestań – warknęła.

– Bo?

– Moja matka jest w drugim pokoju.

– Twoja matka?

Uwolniła się i zaczęła nakrywać dla niego do stołu. Usiadł, złożył dłonie na blacie i zaczął się jej uważnie przyglądać. Naprawdę za nią tęsknił, każdej samotnej nocy w celi. Każdy sen z nią traktował jak błogosławieństwo. Pamiętał wszystkie. Teraz, kiedy widział ją na jawie, taką żywą i realną, wydawało mu się, że pragnie jej nawet bardziej. Nie tak wyobrażał sobie swój powrót, zupełnie nie tak. Zauważył, że Ola stara się na niego nie patrzeć. Czuł, że jest zła, ale właściwie to oczywiste. Nie miała przecież powodów do radości. Zawiódł ją, zawiódł Janka. Siebie też zawiódł. Musieli o tym porozmawiać. Zapytał jednak:

– Dlaczego twoja matka tutaj jest?

– A dlaczego nie? – odparła ze złością. – Potrzebowałam kogoś do pomocy, a ona jest ze mną od początku. Właściwie mieszka tutaj od samego powrotu ze szpitala. Po porodzie czułam się naprawdę kiepsko, cierpiałam, byłam zdesperowana. Były dni, że nie miałam sił ani ochoty wstawać do Janka. Płakał, a ja leżałam w łóżku i udawałam, że go nie ma, że nic nie słyszę. Z kasą też było krucho. Gdyby nie mama, naprawdę nie dałabym sobie z tym wszystkim rady…

Podniósł się z krzesła i znów był przy niej, gładził powoli jej jasne włosy.

– Już nie będziesz sama – wyszeptał. – Jestem tutaj z tobą. Już jestem.

– Na jak długo, co? – Jej pytanie zakłuło jak szpila.

– Na zawsze – odparł. – Na zawsze.

Po tych słowach ciałem kobiety wstrząsnął szloch. Jej łzy sprawiły mu prawdziwy ból. Przycisnął jej głowę mocno do swojej piersi i pocałował ją w czoło. Poczuł na koszulce gorącą wilgoć.

– Nie zawiodę cię już – wyznał cicho. – Już nie. Nigdy.

Nagle oboje usłyszeli otwierane drzwi. Wypuścił ją z rąk, a Ola odwróciła się plecami, pociągając nosem i spiesznie ocierając łzy w rękaw bluzy. Do kuchni wparowała matka Oli, Barbara. Na jego widok zatrzymała się i posłała mu złośliwy uśmiech. Nie lubili się, nie była to żadna nowość i tajemnica. Właściwie to ona bardziej nie lubiła jego niż on jej. Miała co prawda więcej powodów, zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Nie winił za to Barbary. Wiedział, że naprawdę kocha córkę i darzył ją za to szacunkiem. Matczyna miłość. Jak mógł za to nienawidzić?

– Czyli wyszedłeś – stwierdziła opryskliwie.

– Też dobrze mamę widzieć.

– Nie pamiętam, żeby Ola za ciebie wyszła. Nie pamiętam też, żebyś się jej chociaż oświadczył.

– To stare zwyczaje.

– Mężczyzna powinien być mężczyzną.

– Ma mama rację.

Ola poprosiła go, żeby usiadł. Nałożyła mu ziemniaków, kiszonych ogórków, sałaty i dwa dobrze wysmażone schabowe. Zaczął jeść. Pomyślał, że dawno nie miał tak dobrego jedzenia w ustach, to więzienne mogło spływać do szamba, którym właściwie było.

– Mamo, zostaw nas samych – poprosiła Ola.

Barbara przewróciła oczami i wyszła z kuchni. Usłyszał, że otwiera drzwi na balkon.

– Masz innego faceta? Zdradzałaś mnie? – zapytał ją bez ogródek.

– Boże, wychodzisz z więzienia i pierwsze, o co pytasz, to czy cię zdradzałam – powiedziała poirytowana.

– Proste i ważne pytanie. Tak czy nie?

– Nie.

– To jak?

– Po prostu sama się zadawalałam, ale bardzo rzadko, bo nie mam na to ochoty po porodzie. Pasuje ci taka odpowiedź?

Uśmiechnął się pod nosem. Pewnie, że mu pasowała.

Kiedy skończył jeść, wzięła od niego talerz i sztućce i wrzuciła do zlewu. Chciała pozmywać, ale wyręczył ją w tym. Często pomagał w kuchni w więzieniu, w ogóle wykonywał tam dużo prostych, dodatkowych czynności. Sprawiały, że się wyciszał.

– Co zamierzasz teraz zrobić? – zapytała, opierając się o kuchenny blat.

– Mam zamiar iść do łóżka i się z tobą pieprzyć – oznajmił, śmiejąc się, ale mówił całkiem poważnie.

– Nawet tak nie żartuj. Pytam cię o pracę. Masz zamiar poszukać pracy?

– Tak myślę.

– Gdzie?

– Jeszcze tego nie wiem.

– Miałeś chyba bardzo dużo czasu na rozeznanie się w temacie, co?

Przemilczał to pytanie.

Westchnęła ciężko, a on szybko skończył zmywać. Spróbował znów ją objąć, ale uciekła mu jak spłoszona łania. Nie spodobało mu się to.

– Co jest? – zapytał ze złością. – Czemu jesteś taka?

– Jaka?

– Zimna.

– Pomyślmy. Co wydarzyło się przez ostatnie sześć miesięcy…

– Przepraszam cię, Olu.

– Pewnie. Przepraszasz. Co więcej możesz zrobić.

– To już się nie powtórzy.

Pokręciła głową i przeszła z kuchni do salonu. Poszedł za nią. Okno na balkon było otwarte, Barbara paliła tam papierosa. Ola usiadła na tapczanie i zaczęła gapić się w telewizor. Wyglądała jak zombie, jej wzrok był skupiony, ale dziwnie nieobecny. Przeszedł na balkon i poprosił teściową o papierosa.

Poczęstowała go w milczeniu.

– Nie pytam, jak było w więzieniu, bo to chyba oczywiste – powiedziała z przekąsem.

– Więc nie pytaj.

– To jakie masz plany?

Zaciągnął się fajką, oparł o żelazną barierkę i rozejrzał po okolicy. Plany, plany, plany, pomyślał zirytowany. Wszyscy oczekują, że już zacznie działać, robić coś. Wymagano od niego pokuty – teraz, od razu, w tej chwili. A on przecież jeszcze dwie godziny temu siedział zamknięty w celi. Potrzebował odpocząć, zresetować się. Dzień, dwa, góra tydzień. Jak, do cholery, miałby zrobić krok w przyszłość, nie zamykając wcześniej drzwi przeszłości?

– Niech się mama nie martwi, zaopiekuję się Olą – wyznał i dokończył papierosa. – Pobyt w kiciu mnie zmienił, naprawdę. Na lepsze zmienił.

Kobieta nie skomentowała tego wyznania. Chociaż tyle, przyznał w myślach i wrócił do mieszkania. Ola nadal siedziała tak jak wcześniej. W dziwnym, niby narkotycznym letargu. Worki pod jej oczami wydały mu się nagle jeszcze większe, a oczy matowe jak u śniętej ryby. Usiadł obok niej, nie odzywając się. Przez chwilę patrzył na program w TV. Wydawał mu się kompletnie nierealny, jakby zrobiony z plastiku. Oznajmił jej dobitnie, że prawdziwi ludzie tak nie żyją.

– Niektórzy żyją – oznajmiła ponuro. – Niektórzy naprawdę żyją jak w raju.

Wstał i nie mogąc o tym wszystkim myśleć, poszedł do łazienki. Musiał wziąć długi prysznic, wyszorować się, ogolić, umyć zęby – wciąż czuł na sobie smród więzienia. Siedział pod strugami gorącej wody dosyć długo, jakby chcąc obmyć się z grzechów, które popełnił. Później włożył nowy komplet dresów, który kupił jeszcze przed trafieniem za kratki. Nawet ich dobrze nie ponosił. Teraz miał jednak okazję. Leżały na nim jak ulał, w pace starał się zachować formę i najwidoczniej mu się udało. Zajrzał do sypialni. Janek nadal spał. Miał ochotę obudzić go i wziąć na ręce. Ola znowu wyrosła za jego plecami jak cień.

– Nie budź go, proszę – powiedziała.

Wyjątkowo jej posłuchał, przemógł się i odsunął się od łóżeczka. Wtedy rozdzwonił się jego telefon. Spojrzał i w środku ukłuło go coś nieprzyjemnego.

– Kto to? – zapytała Ola.

– Marek – odparł.

– Chyba nie odbierzesz, co?

– Muszę.

– Nie odbieraj, proszę cię.

Odebrał. Musiał przecież. Za oknem zaczynało robić się już ciemno.

– Tak? – zaczął.

– Stary, czemu muszę się dowiadywać od ludzi, że dziś wyszedłeś, co? – odezwał się Marek rozbawionym głosem.

– Chciałem najpierw wrócić do domu.

– Czyli jesteś u siebie. W porządku. Będę za dziesięć minut pod twoim blokiem. Dam ci znać, żebyś zszedł.

– Słuchaj, Marek…

Nie zdążył powiedzieć mu, że wcale nie ma ochoty się z nim widzieć.

– Czego on od ciebie znowu chce? – zapytała ze złością Ola.

– Nie wiem.

– Mało już ci zabrał? Przecież siedziałeś za niego.

– To nie tak.

– A jak niby? Jak?

Sam tego do końca nie wiedział. Jakoś tak wyszło, że to on trafił do paki na te pół roku, a jego najlepszy przyjaciel, kumpel od przedszkola, dla którego pracował, wymigał się od odsiadki. Felerna noc, całkowity przypadek i niefart. Zły układ gwiazd. Tak tłumaczył mu Marek. Był przecież i wciąż pewnie jest grubą rybą, pomyślał nagle. Ja jestem tylko zwykłą płotką. Dlatego chyba wyszło jak wyszło.

– Chyba nie chcesz się z nim zobaczyć?

– Muszę.

– O Boże…

Jej wrzask obudził małego Janka. Chłopiec zaczął zanosić się płaczem. Mężczyzna wziął go na ręce. Pierwszy raz, zrobił to pierwszy raz. Syn wydawał mu się taki drobny, taki lekki i bezbronny. Ten malec miał przecież tak niewiele. Miał matkę, miał babcię i jego, swojego ojca. Wciąż płakał, twarz poczerwieniała mu z wysiłku.

– Daj mi go – rzuciła jak rozkaz. – Boi się ciebie.

Odszedł na bok i patrzył, jak Ola uspokaja małego. Było w tym coś naprawdę dobrego i niewinnego, piękny obrazek, prawie święty.

Telefon w kieszeni jego dresów ponownie zaczął wibrować.

– Zaraz wracam – wyszeptał.

Nie skomentowała jego słów. Nawet nie spojrzała w jego stronę.

Wyszedł z mieszkania i schodami zbiegł na dół, sprawdzając nowe adidasy. Pod samym wejściem, na miejscu dla inwalidów, stało odpalone auto. Nowiutki, lśniący bielą mercedes z czarnymi jak noc szybami. Zdał sobie momentalnie sprawę z tego, że to auto kosztowało pewnie lekko pół miliona złotych. Szyba od strony kierowcy obniżyła się.

– Wskakuj do środka – rozkazał facet.

Obszedł auto od tyłu i wsiadł.

– Dawno się nie widzieliśmy, ale sam wiesz, jak było. Nie mogłem przyjść na widzenie, temat był zbyt gorący, sam musiałem się długo ukrywać – oznajmił mu powoli, jakby się tłumacząc, ale dobrze wiedział, że to tylko złudzenie. Marek nie miał w zwyczaju nikomu się tłumaczyć.

– W porządku – odparł. – Było, jak było. Przeżyłem.

– Przeżyłeś i jesteś silniejszy. Wciąż cię potrzebuję, stary.

Spojrzał na Marka, obejrzał dokładnie jego twarz, tak jakby ujrzał ją po raz pierwszy. Wciąż ten sam błysk w oku, nadal cwaniacki uśmiech, świadczący o tym, że ma się za lepszego niż całe otoczenie. Zadbany zarost, zdrowa cera. Promieniująca na kilometr woń wody toaletowej. Niewiele się zmienił, w sumie to wcale.

– Nie wiem, co o tym myśleć – przyznał.

– Ale że jak nie wiesz? – spytał Marek.

– Chodzi mi o to, że nie wiem, czy chcę dla ciebie dalej pracować.

Marek przyjrzał mu się, a potem wybuchnął śmiechem. Najwidoczniej go to rozbawiło. Jemu nie było do śmiechu.

– Mówię poważnie. Chcę zacząć od zera, ale na swoich zasadach. Uczciwie, normalnie. Dla Oli. Dla Janka.

– I co chcesz niby robić, co?

– Nie wiem. Poszukam jakiejś prawdziwej pracy, zrobię to jak człowiek. Może dostanę robotę w warsztacie samochodowym, może zostanę spawaczem czy kimś takim.

– Czy ty tam czasem na głowę się nie wypieprzyłeś pod tymi śliskimi prysznicami?

Milczał.

– Słuchaj – zaczął nawijać Marek – ty chyba sobie nie zdajesz sprawy, co teraz powiedziałeś. Masz zawiasy, siedziałeś w kiciu. Myślisz, że rynek na ciebie czeka z szeroko otwartymi ramionami? Jesteś radioaktywny, na marginesie. A nawet jeśli znajdzie się ktoś, kto cię zatrudni, to wiesz, ile zarobisz? Chcesz żyć do końca świata jako gównojad? Tego właśnie chcesz? Tego samego dla Janka, co sprezentował ci twój ojciec? Tego samego, co zaoferował mi mój stary? Tej pierdolonej, kurewskiej biedy?

– Nie będzie chyba tak źle. Czasy są inne.

– Stary, daję ci szansę na coś więcej niż życie od pierwszego do pierwszego. Pomyśl o tym, cholera. Życie masz, kurwa, tylko jedno. Jedno. Nie musisz marnować go w szambie wstawania z samego rana, jeżdżenia używanym wozem, robienia zakupów na promocji czy czekania w trzyletniej kolejce do lekarza na NFZ. Jesteś wart więcej niż to. Obaj jesteśmy.

Znów się nie odezwał. Myślał nad słowami Marka. W pewien sposób godziły w jego ambicję. Może dlatego podskórnie czuł, że ma całkowitą rację. Byli chłopakami z nizin, skazanymi na kiepskie życie. Zawsze musieli walczyć o swoje. Chcąc osiągnąć coś więcej, byli skazani na nierówną i nieczystą walkę.

Mężczyzna za kierownicą podgłośnił muzykę w aucie. On nie wiedział, co to takiego, chociaż dobrze znał ten motyw, słyszał go w filmach. Była to muzyka klasyczna, nigdy nie rozumiał tego zamiłowania Marka do klasyki. Wydawało mu się, że słuchał jej wyłącznie dla połechtania własnego ego, z czystego snobizmu.

– Co to takiego? – spytał w końcu.

Walkiria Wagnera – odparł zaskoczony kolega. – A co cię naszło?

– Nie wiem. Tak pytam. Nigdy nie pytałem, więc teraz pytam.

Marek westchnął, ale zignorował temat. Potem nachylił się.

– Wiem, stary, że dopiero wyszedłeś. Wiem, że potrzebujesz czasu. Musisz pobyć z rodziną, to ważne. Dlatego mam dla ciebie mały prezent – oznajmił i podał mu wypchaną kopertę. – Spraw coś małemu, zabierz gdzieś Olkę, kup sobie nowy telewizor albo jakieś meble. Zresztą zrób z tą kasą, co chcesz. Jeżeli cię to uszczęśliwi, to możesz wydać nawet na kurwy albo przepić. Nic mi do tego.

Przez chwilę się wahał. Wiedział, że nie powinien brać tej kasy. To transakcja wiązana. Nic za darmo. W życiu nigdy nic nie jest za darmo. Może być to nawet czas. Sześć miesięcy. Nieodwracalne, zmarnowane pół roku.

– Dzięki – powiedział, sięgnął po kopertę i schował ją do kieszeni dresów.

– Jak już się nacieszysz rodziną, to daj znać – oznajmił Marek. – Ale jak się nie odezwiesz za tydzień, to sam do ciebie wpadnę. Wiem przecież, gdzie cię szukać.

– W porządku. Pomyślę.

– Nie łam się, mordo. Ze mną nie zginiesz. Pamiętaj. Tym razem będzie zupełnie inaczej. Twoja odsiadka dała mi wiele do myślenia. Jesteś przecież moim jedynym przyjacielem.

Zanim wysiadł z auta, zapytał o jedną, ostatnią kwestię:

– To przez ciebie siedziałem pół roku?

– Dzięki mnie siedziałeś pół roku, a nie znacznie dłużej.

Trzasnął drzwiami i oddalił się, a biały mercedes powoli odjechał. Obejrzał się za autem Marka i zrobiło mu się momentalnie źle. Czuł się przy swoim kumplu jak wieśniak. Co się z nim stało? Przecież to on zapowiadał się lepiej, miał lepsze stopnie, był dobry z matmy, znał się na komputerach. Powinien zdać maturę, powinien pójść na studia i dziś pracować w jakiejś firmie IT, a nie zastanawiać się nad tym, czy powinien wrócić do „roboty” u Marka. Właściwie to Marek powinien pracować dla niego. Co poszło nie tak? Gdzie popełnił błąd? W którym momencie? Czy życie jest pasmem niesprawiedliwości i porażek? Cholera jasna.

Ruszył w stronę bloku, a potem usiadł na schodach przed drzwiami. Sięgnął po kopertę, ale zanim wyjął, rozejrzał się po okolicy. Kiedy uznał, że jest czysto, wyciągnął ją z kieszeni i zajrzał do środka. Przeszedł go dreszcz. Miał tam chyba dziesięć kawałków, nie liczył zbyt dokładnie. Schował kasę do bluzy. Przez chwilę nie wiedział, co ma zrobić. Uniósł palce do ust, obejrzał paznokcie. Spostrzegł, że wciąż miał pod nimi więzienny brud. Czarna, cienka otoczka, jak siniaki lub znamię. Spróbował wydłubać to zębami. Nie pomogło. Pomyślał nagle, że to osobliwe piętno zostanie z nim na zawsze. A potem usłyszał obok czyjś głos:

– Stary, jak dobrze cię widzieć! Obyś nigdy już tam nie wrócił, szkoda życia, chłopie!

Nie kojarzył tych dwóch gości, którzy zniknęli sekundę później za drzwiami do bloku. Westchnął ciężko i zaczął się zastanawiać. Czuł kopertę wbijającą mu się pod pachę. Paznokcie nadal miał brudne. W końcu roześmiał się w głos. Życie ma się przecież tylko jedno, można je wygrać bądź przegrać. To powinien wiedzieć każdy. Powinien wiedzieć nawet ktoś taki jak on. Podniósł się w końcu z zimnego betonu i powoli wrócił do mieszkania. Kiedy otworzył drzwi, nie dobiegł go żaden dźwięk. Było ciemno i cicho. Zupełnie jak nocą w celi, pomyślał. Zupełnie tak samo.

The post Brud pod paznokciami appeared first on Pro Libris.

]]>
Na pełnych obrotach https://prolibris.net.pl/na-pelnych-obrotach/ Sun, 11 Dec 2022 15:03:03 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=5920 Joanna Kapica-Curzytek

The post Na pełnych obrotach appeared first on Pro Libris.

]]>

Na pełnych obrotach

Marcin Mielcarek, Sztuka latania, Anagram, Warszawa 2022, 165 s.

Sztuka latania to niebanalna proza, łącząca w sobie elementy powieści obyczajowej oraz romansu z wątkami erotycznymi. Ale przede wszystkim to manifest młodości.

Książka stanowi debiut powieściowy urodzonego w 1996 roku Marcina Mielcarka, który wcześniej publikował krótsze formy prozatorskie. W 2021 roku ukazał się jego zbiór opowiadań pt. Parada myśli nocnych (wydany nakładem Miesięcznika Społeczno-Kulturalnego KREATYWNI).

Bohater powieści, dwudziestokilkuletni Karol, rozpoczyna nowy rozdział w swoim życiu. Przyjeżdża do dużego miasta, w którym wynajmuje pokój. Symbolicznie zrywa więzi z rodzicami i od tej pory zaczyna się jego samodzielne, dorosłe życie. Już od pierwszych stron bohater – a zarazem narrator – daje się poznać jako wnikliwy obserwator rzeczywistości, a przy tym ktoś bardzo wrażliwy. Te dwie cechy są jak najbardziej istotne, bo młody mężczyzna marzy o karierze pisarskiej.

Zanim jednak będzie mógł utrzymać się z pisania (czy rzeczywiście to możliwe?), musi się zatroszczyć o codzienny byt. Karol zahacza się w tymczasowej pracy, która nie daje specjalnie perspektyw, ale pozwala w miarę skromnie przeżyć. 

Szybko pochłania go życie „na pełnych obrotach” – czego zapis znajdziemy w Sztuce latania.

Powieść nawiązuje do idei powieści pikarejskiej. Mamy tu głównego bohatera – zawadiakę i trochę „łotrzyka”, idącego przez życie z uśmiechem i bez większych trosk. Inaczej niż w utworach klasycznych, nie jest on w żadnej mierze „czarnym charakterem”; Karol jest dobry, inteligentny, ma swój system wartości i wyrobione poglądy na wiele spraw. „Człowiek jest tylko raz młody”, pisał Ernest Heming- way. Chłopak korzysta z uroków młodości jak tylko się da: jest relacja „bez zobowiązań”, dobry seks, ale są też marzenia o idealnym, czystym uczuciu. Jak to wszystko ze sobą pogodzić?

Nie będę zdradzać zbyt wiele z fabuły, powiem tylko, że w niejednym miejscu czeka nas zaskoczenie. W powieści znajdziemy ciekawie zarysowane postacie. Są to bardzo zwyczajni, przeciętni ludzie. Każdemu tutaj o coś chodzi, każdy chce żyć na swoich warunkach. Czasami zdarza się, że losy niektórych bohaterów wchodzą ze sobą w kurs kolizyjny…

Sztuka latania raczej nie aspiruje do tego, by być literackim portretem pokolenia Z, które ma utrudniony start w dorosłość i stosunkowo niewiele perspektyw na stabilizację. Jednak bez wątpienia powieść tę można nazwać manifestem młodości – ze wszystkimi jej radościami i niepokojami. Symboliczny jest tytuł – żeby móc wyfrunąć z gniazda i polecieć daleko, aż „na koniec życia”, trzeba nauczyć się latać…

Marcin Mielcarek ma lekkie pióro, przez swój literacki świat prowadzi nas niezwykle swobodnie i z wyczuciem. Dialogi brzmią naturalnie i mają swój rytm. Niejedna scena ma w sobie potencjał satyryczny, choć można go było, jak sądzę, wykorzystać pełniej. Utwór zyskałby wtedy „to coś”, ponieważ są miejsca, w których trochę trudno nam odgadnąć, po co powstała ta książka. Ale to niekoniecznie musi być zarzut – autor po prostu pisze, bo potrafi, a co więcej – potrafi to robić naprawdę dobrze, angażując nasze emocje i uwagę. Przy okazji, warto byłoby jeszcze przejrzeć tekst pod kątem drobnych stylistycznych usterek w rodzaju: „ubraliśmy buty”, „wydawała się być” czy „ciężko zapamiętać”.

W Sztuce latania znalazły się refleksje Karola o pisaniu: „[…] słowa tworzące zdania, zdania zamieniające się w życie”. Tym właśnie jest ta powieść: samym życiem, które dodatkowo zamienia się w spełnione marzenia. To przywilej młodości!

Joanna Kapica-Curzytek

The post Na pełnych obrotach appeared first on Pro Libris.

]]>