który rozstawiał namiot Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/ktory-rozstawial-namiot/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Tue, 21 Jan 2025 13:50:28 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png który rozstawiał namiot Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/ktory-rozstawial-namiot/ 32 32 Utkana z powietrza https://prolibris.net.pl/utkana-z-powietrza/ Tue, 21 Jan 2025 13:48:28 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15111 Monika Krawczak

The post Utkana z powietrza appeared first on Pro Libris.

]]>

Monika Krawczak

Utkana z powietrza

 

Dwóch bezdomnych zawieszonych pomiędzy wiekiem i płcią, tak jakby żadnej nie mieli i jakby urodzili się po prostu kiedyś i mieli umrzeć niedługo, wpisało się w krajobraz nieczynnego od lat budynku dworca w moim rodzinnym mieście. Umościli swoje legowisko w miejscu, w którym stała niegdyś pomarańczowa waga pocztowa. Kiedy dworzec tętnił jeszcze życiem, w kasie biletowej sprzedawano kartonikowe bilety na dwa okienka, a przy wyjściu na perony działał bar z zapiekankami i bilardem, miałam pięć lat, a waga wydawała mi się wtedy tak potężna i piękna. Olbrzymia tarcza ze wskazówką i cyframi, i zarysowana od przesuwania paczek platforma tak duża, że można by na niej postawić i zważyć słonia. Dworzec zamykano powoli, pogłębiając poprzednie zmiany, które mieszkańcy przyjmowali, jak gotujące się z wolna żaby. Najpierw zamknięto jedno okienko, potem bar, drugie okienko, następnie poczekalnię. A kiedy w końcu wyniesiono z budynku wagę i okna zabito płytą pilśniową, nikogo nadmiernie to nie zdziwiło.

Dworzec widmo i jego przezroczyści jak wiatr mieszkańcy w uwitym ze starych kołder i szmat gnieździe byli pewnego rodzaju stałą mojego dzieciństwa. Nie sądziłam jednak, że kiedy wrócę tu po piętnastu latach, spotkam ich dokładnie w tym samym miejscu. Znam ich dobrze. Najwidoczniej wracają tu od lat. Będąc dzieckiem, przyglądałam im się przez szparę pomiędzy parapetem okna a płytą pilśniową i wiele razy wyobrażałam sobie, że gdy do budynku zaczynał wdzierać się pierwszy mróz, oni odlatywali z niego jak żurawie, odfruwali na zimowisko, do ciepłych krajów, w miejsca, co do których miałam pewność, że nigdy nie dotrę. Każdej wiosny wypatrywałam ich skrzydeł, nasłuchiwałam krzykliwego śpiewu. Zimą zaś znosiłam pod drzwi dworca stare koce, żeby wiosną, po powrocie, mogli umościć sobie z nich kolejne gniazdo, jak z gałązek. Późną jesienią chciałam odlecieć, tak jak oni. Marzyłam, że jestem żurawiem odłączonym od stada. Tak jak oni podglądałam życie, poruszałam się po świecie, jak po plecach obrazu.

Podróżnych, którzy wysiedli z pociągu razem ze mną, było zaskakująco wielu. Tłoczyli się, meandrując w labiryncie pomiędzy biało-czerwonymi barierkami oddzielającymi peron od placu przed dworcem, popychając mnie przy tym swoimi torbami. Jedna z kobiet przejechała nawet kółkiem walizki po moim bucie, zostawiając na nim brudny ślad. Oparłam się o fasadę dworca, próbując zetrzeć brud, choć tak naprawdę chciałam tylko, żeby wszyscy już wsiedli do swoich samochodów, odpięli rowery od metalowych stojaków i odjechali. Pamiętałam ją, tę kobietę z walizką. To Alicja, dawna sąsiadka. Moje pierwsze wyraźne wspomnienie nagiego kobiecego ciała związane jest właśnie z nią. Kiedy byłam dzieckiem, latem często obserwowałam opalających się na plaży – znajomych, sąsiadów, nauczycieli, ich brzuchy, znamiona, blizny, ich mokrych, spoconych i sennych. Widziałam wszystko to, co na co dzień ukrywali – ich ciężkie uda, wystające łopatki, pośladki i pępki, a także wszystko to, co później chciałam schować pod żebra, z nadzieją, że przykryte wstydem nie uczyni ze mnie kobiety. Pamiętam, jak przechodziłam obok głównego kąpieliska z głową wciśniętą między chude ramiona i z nadzieją, że bez zaokrąglonych bioder, żylaków na łydkach i piersi będę miała wybór. Szłam w kierunku jednego z wędkarskich pomostów, by spuścić z niego do chłodnej wody oblepione kurzem stopy, utopić wraz z brudem strach przed dorastaniem. Tego dnia tam jednak nie dotarłam. Na dzikiej plaży tuż przed nim opalała się bez stanika Alicja. Rozłożyła się gładko na trawie, a przymknięte oczy zwróciła ku niebu. Jej twarz wdzięczyła się do słońca, jak rozkwitające maciejki. Letnia sukienka w maki leżała złożona niedbale obok, a buty rozrzucone były daleko od siebie. Wokół niej, niczego nieświadome, rosły żółte mlecze. Przeszłam, udając, że nie patrzę, choć widziałam wyraźnie i czysto. Widziałam tak, że ślina stanęła mi w gardle, dłonie się spociły, a policzki zaszły czerwienią. Dziś zastanawiam się, ile radości i swobody straciłam po drodze i nie ze swojej winy. Jaka byłabym, będąc córką Alicji albo rodząc się sierotą, z morskiej piany. Czy potrafiłabym wtedy krzyknąć „Wynocha!”, kiedy Dziadek wchodził do łazienki podczas moich kąpieli, nie widząc zupełnie, że kulę się w wannie? Czy potrafiłabym uciec przed niezrozumiałym ciężarem jego ręki?

Pisk zwalniającego pociągu towarowego wyrwał mnie z zamyślenia. Z nawyku nabytego w dzieciństwie zaczęłam liczyć wagony. Liczba parzysta – szczęście, nieparzysta – pech. Zgubiłam się przy siedemnastym, nie wiedząc, co to oznacza. Mogłabym przysiąc, że kiedy byłam tu ostatni raz, przed budynkiem stały dwie ławki. Pamiętam dobrze, bo wyjeżdżając stąd do Warszawy, usiadłam na jednej z nich, dysząc głęboko ze stresu i ekscytacji ucieczką, a na drugiej położyłam torbę. Została już tylko jedna, bez desek w oparciu. Przysiadłam na niej, a krępująca, tak dobrze mi znana, rozpaczliwa potrzeba bycia ocaloną pojawiła się nieproszona. Zupełnie, jakby ilość bodźców uruchomiła jakiś rodzaj metabolizmu historii. Czułam się jak te irysy i różowe lwie paszcze przy nieczynnych toaletach dworcowych, które w desperacji wystawiały swoje drobne płatki ponad zielsko zdziczałych klombów. Zaschło mi w ustach i przypomniałam sobie, że nie piłam niczego od wyjazdu ze stolicy. Nie jestem pewna, czy zdołałabym kiedykolwiek opuścić dworzec, gdyby nie pragnienie. Ruszyłam więc w dół ulicy Dworcowej, mijając rozpadającą się i niedziałającą – podobnie zresztą jak dworzec – nastawnię, a zaraz potem zarośnięte ogródki przed niskimi blokami z czerwonej cegły, w których dawniej mieszkali pracownicy kolei. Żeby dotrzeć do sklepu spożywczego, musiałam przejść jeszcze przez skrzyżowanie z Działkową. Niestety okazało się, że działający tu, od kiedy pamiętam, sklep „Przy Torach” został zamknięty. Wodę musiałam kupić w powstałym zaraz naprzeciwko Lidlu. Zniechęcona, zamiast ruszyć do domu, w którym się wychowałam, zaraz po wyjściu z marketu, ruszyłam nad rzekę. Wystarczyło skręcić zaraz za sklepem w lewo i przejść kilkaset metrów w stronę lasu, polną drogą, przy której nie wiadomo skąd wyrosły małe domki z równo przyciętymi wzdłuż płotów tujami.

Uświadomiłam sobie, że zwlekam i odkładam spotkanie z Matką. Z każdym krokiem wzbijając w powietrze tumany kurzu, rosło we mnie coraz większe przekonanie, że niczego ono nie zmieni i w niczym nie pomoże. Owszem, myślałam o Matce. Bo czy nie jest tak, że myśląc o byciu matką dla kogoś innego, myśli się o swojej matce? I o matce jej matki? I o matce tamtej matki? O całych rojach matek, które rodzą się jedna z drugiej, wyrastają, jak kręgi na wodzie, gdy wrzucić do niej kamień? O tym, jak rozpychają się, niczym grzybnia pod mchem, rosną, dzielą się, potem znikają? Tak bardzo bałam się, że przekażę swoją niewidzialność dalej, że nie uniosę innego człowieka w swoim przezroczystym ciele.

Kiedy tylko dotarłam nad rzekę, zajęłam swoje ulubione miejsce pod starymi brzozami, z widokiem na most kolejowy. Wiatr poruszył delikatnie drobne kwiaty rosnących na drugim brzegu akacji i świat miał przez chwilę zapach miodu. Ja zaś poczułam się dokładnie tak samotna, jak dawniej. Zupełnie jakbym nigdy stąd nie wyjechała, nigdy nie dorosła, nie przestała wypatrywać roześmianych kajakarzy spływających tędy każdej wiosny. Jakbym wciąż czekała, by móc choć przez chwilę śledzić ich bezwstydną radość. Pamiętam, jak bardzo chciałam posmarować nią nos, dłonie, usta, oczy. Użyć jej jak kremu z filtrem, by chronił mnie przed wysuszeniem. Ale odpływali zbyt szybko, zbyt pewnie, jak morska fala przyciągana przez księżyc. Odpływali, nim zdążyłam nabrać ich radość na palec. Dlaczego właściwie nigdy nie wsiadłam w kajak? Nie popłynęłam za nimi? W tamtej chwili byłam pewna, że nawet jeśli ich dogonię, wcale mnie nie zauważą.

Szczekające gdzieś w oddali, jakby umówione na znak, którego nie rozpoznałam, psy przypomniały mi o Dorze. Mojej Dorze. Kiedy byłam dzieckiem, przychodziła tu ze mną – stara suczka o łagodnym usposobieniu, na krótkich łapach, w kolorze przypalonego biszkoptu, z puszystym ogonem i opadającym lekko lewym uchem. Byłam przegapionym dzieckiem. Nie złościłam się, nie płakałam, niewiele mówiłam, podglądałam czyjeś przyjaźnie, marzyłam nie swoje marzenia, bawiłam się w nie potem z Dorą. Siadałam na kocu z opadłych brzozowych liści i robiłam z nich dla niej wianek. Wplatałam w niego często historię o dziewczynce uwitej dawno temu przez wiatr, tylko z powietrza i nitek babiego lata. O tym, że była przez to niewidoczna dla ludzkiego oka i potrafiły dostrzec ją tylko zwierzęta. I o jej samotności głębokiej jak dno rzeki. Przez krótki moment poczułam się niemal tak spokojna, jak wtedy, głaszcząc miękkie futro Dory, w tym miejscu tuż pod pyskiem. Bezpieczna, widzialna, bez strachu w głowie. To jej bezwarunkowa miłość mnie ocaliła. Czy możliwe, by było to tak łatwe i trudne jednocześnie?

I wtedy zanurkowałam na sam dół swych rozmyślań. Bez butli z tlenem, bez okularków i bez ubezpieczenia. Przebiłam się przez dno. Dotarłam do lewej strony powierzchni mieszkalnej. Tak jakby koszulę wywinąć na drugą stronę, tylko dłużej i dalej. I zobaczyłam tam dziewczynkę utkaną z powietrza oraz siebie, dorosłą już kobietę, o tych samych szklanych oczach. I cały świat zwolnił, jakby zatopiony został w kisielu. Zmieszały się ze sobą dwie osoby w jednej formie, parzysta istota w tej samej skórze. To właśnie wtedy z przerażającą jasnością zrozumiałam, że jedyne, co mogę zrobić, by ochronić resztki siebie, to przestać udawać, że łzy tej niewidzialnej dziewczynki nie są moje. Że muszę schronić ją w moich kształtach. I że nie potrzebuję do tego już nikogo innego.

Wróciłam na dworzec tą samą trasą. Polna droga, Lidl, sklep „Przy Torach”, skrzyżowanie z Działkową i potem już cały czas prosto, choć lekko pod górę, Dworcową. Hasła wysprejowane na odpadającym tynku zaniedbanej fasady dworca niezmiennie informowały o sekretach, miłościach i wzajemnych niechęciach mieszkańców, oraz o tym, że w dwa tysiące osiemnastym był tu Słowik. Według aplikacji mój pociąg powrotny miał wjechać na tor pierwszy przy peronie pierwszym za szesnaście minut. Zanim wyszłam tym samym labiryntem barierek na peron, przy drzwiach dworca zostawiłam koc i trochę jedzenia – czekoladę, kilka bułek, ser, kefir – żegnając w ten sposób żurawie.

 

The post Utkana z powietrza appeared first on Pro Libris.

]]>
Zalecenia na napięcia https://prolibris.net.pl/zalecenia-na-napiecia/ Tue, 21 Jan 2025 13:26:48 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15092 Magdalena Turska

The post Zalecenia na napięcia appeared first on Pro Libris.

]]>

Magdalena Turska

Zalecenia na napięcia

 

Wyżywić żywioły pożywione wyżyciem, gdy chudniesz w sobie dzień za dniem, bo kurczysz się w wieku mijającym i nie możesz już na pewno powiedzieć, że to jeszcze młodość.

Na basenie tniesz długości byle szybciej i prześcignąć osobę z toru obok, która również przyspiesza – w końcu nie da za wygraną. Walka nie tylko dlatego, aby mieć figurę królowej Letycji, ale też, by stłamsić ból fizyczny, który jest odpowiedzią na długotrwale cierpiącą psyche. Droga krzyżowa bólu to wszechogarniający żywioł, który żywi się każdym organem, każdą tkanką, komórką, elementarny ból, niemijający, trudny, nieprzechodzący nawet, gdy prosisz ciało, błagasz mózg, kajasz się przed duszą – przestańcie, przestańcie, nie wytrzymam, a nie mam broni, żeby wsadzić w usta, nacisnąć i tyle.

Pozwól mi zapomnieć, wodo, że jakoś życie doświadczone. Równia pochyła i wspomnienia, które gromadzą się kłębami. Gdy cię żyłuję na torze dwudziestopięciometrowym, nie ma miejsca na myśl, oprócz liczenia ruchów ramion. Osiemnaście w tył. Dwadzieścia parę w przód żabką krytą wyuczoną w szkole podstawowej na lekcjach pływania – najlepsza lekcja wuefu, siatkówka może się schować.

Wodo, masz lecznicze właściwości. Rehabilitujesz mnie w oczach moich, które wciąż opluwają charakter mój. Który chwiejny, nie dość twardy, miętki jak miętkie jajko rozpływające się na talerzu, nieścięte prawie wcale, takie z tym białkiem przezroczystym, fuj, okropność!

Wodo, koisz, mimo to są momenty pamięci traumy topielca, którego stopa zobaczona w kostnicy (bo bałam się spojrzeć na twarz – może pokiereszowana, a ja chcę zapamiętać obraz żyjącego). Wtedy przyspieszam, liczę ruchy, wydycham, wdycham, zachłystuję się basenowym plugastwem z tą grzybicą, siuśkami i nie wiadomo czym jeszcze. Wściekła. Biję rekord na umartwianie się. On i tak nie zmartwychwstanie.

Żywioł wyżywił się moim bratem, który dryfował martwy przez kilkanaście godzin przyczepiony paskiem do swojej łódki*.

 

 

 


*  Po raz pierwszy piszę o śmierci Tomka. Zginął latem 2015 roku na Bałtyku. Sekcja zwłok wykazała, że był zdrowy. W czerwcu 2024 roku znowu zaczęłam pływać. Po dziewięciu latach wróciłam do mojej żywiołów pożywki.

 

The post Zalecenia na napięcia appeared first on Pro Libris.

]]>
O mężczyźnie, który rozstawiał namiot https://prolibris.net.pl/o-mezczyznie-ktory-rozstawial-namiot/ Tue, 21 Jan 2025 11:27:07 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15075 Aleksandra Rokicka

The post O mężczyźnie, który rozstawiał namiot appeared first on Pro Libris.

]]>

Aleksandra Rokicka

O mężczyźnie, który rozstawiał namiot

 

Był ciepły czerwcowy wieczór, właśnie skończyli jeść na tarasie przygotowane wspólnie krewetki na maśle z czosnkiem i pietruszką. Popijali białe wino, które, jak na jego gust było trochę za ciepłe, ale to pewnie dlatego, że trzymał kieliszek w dłoni już dość długo. Może to z powodu ilości jedzenia, a może ilości wina rozmowa wytraciła pierwotny impet. Dali sobie przyzwolenie na milczenie, które ich zupełnie nie krępowało. Mężczyzna zapatrzony w ćmę, latającą wokół stojącej pośród pustych talerzy świeczki, przebiegł w pamięci ich dzisiejsze spotkanie.

Zdał sobie sprawę, że przez cały wieczór wypytywała go o różne sprawy z jego życia: przyzwyczajenia, wydarzenia z przeszłości, co lubi, czego nie lubi. Wszystkie odpowiedzi w subtelny sposób komentowała. Aprobata to delikatny uśmiech i skinienie głowy. Westchnienie. „Och, super”. „A, to ciekawe”. „Opowiedz coś więcej”. Dezaprobata to uniesienie brwi. Pytanie. „Naprawdę?” „I tobie to nie przeszkadzało?” „A to ciekawe, opowiedz coś więcej”.

Chętnie opowiadał. Przecież nie ma nic przyjemniejszego niż mówienie o sobie i to jeszcze do osoby, która słucha z zainteresowaniem i której chce się odrobinę zaimponować. I nawet można stworzyć siebie trochę innego. Zabawniejszego. Inteligentniejszego. Bardziej wyrafinowanego.

Trochę ciekawszego. Przecież jeszcze cię nie zna. Nie zna twojej historii. Twoich przyjaciół i rodziny, którzy w najbardziej fascynującym momencie twojej opowieści mogliby krzyknąć: „To nie tak!”.

Ona słuchała dalej. I się dziwiła. Unosiła brwi. Pytała: „Naprawdę?”. Komentowała: „A to ciekawe”, „A tobie to nie przeszkadzało?”. „Nie lepiej by było, gdybyś…?” „A dlaczego tak zareagowałeś…?”

Coś w jej pytaniach go uwierało. Wydawały się neutralne, ale nie były. Może ton? Może melodia zdania? Chciał to nazwać. Szukał słowa. Potępia? Nie, za mocne. Poucza? Nie, zbyt dosadne. To było dużo bardziej subtelne. Ona go strofowała. Tak, to było to słowo. Z pewną pobłażliwą łagodnością dawała mu swoimi pytaniami i zadziwieniami do zrozumienia, w którym kierunku chciała, żeby zmierzały jego odpowiedzi. Robiła to dla niego. Chciała, żeby wypadł przed nią jak najlepiej. Gdy dotarło do niego, co się właśnie dzieje, zatrzymał się na chwilę. Spojrzał na nią. Skóra schodziła jej z nosa, miodowe oczy miały jeszcze bardziej miodowy odcień od ciepłego światła świecy. A nad jej głową latały muszki i ćmy. Ona też zatrzymała na nim wzrok

– Co się stało? – zapytała, kręcąc winem w kieliszku.

– Wiesz, jest taki rodzaj zmrożonego deszczu. On sobie pada i pada, i nic strasznego się nie dzieje, aż w którymś momencie człowiek, szczególnie gdy odsłoni twarz, zdaje sobie sprawę, że ten deszcz kłuje. I że to jest nieprzyjemne.

– Nie rozumiem – zdziwiła się. Wyciągnęła w jego stronę pusty kieliszek.

Sięgnął po butelkę z winem, dolał jej, a potem sobie. Ponownie na nią spojrzał.

– Jaki chcesz, żebym był?

– O co ci chodzi? Nadal nie rozumiem.

Wpatrywała się w niego intensywnie, powoli rozumiejąc, że rozmowa, którą teraz toczą, jest bardzo ważna. Poczuła nieprzyjemny ucisk w okolicy żołądka.

– Chcesz, żebym był jakiś. Określony przez twoje pragnienia i oczekiwania. Już wiemy, że taki nie jestem. To jaki chcesz, żebym był?

– Co ty mówisz? Podobasz mi się taki, jaki jesteś. Inteligentny, dowcipny, odrobinę staroświecki, to też mi się podoba. Skąd takie pytanie? – Wkurzyła się na niego. Uważała, że to, co mówi, jest zupełnie absurdalne. Naprawdę jej się podobał.

– Bo kłuje, gdy wystawiam twarz. Te drobinki niezadowolenia są kłujące. Jak drobinki lodu. Ale wiesz, mam taki namiot. Pamiętasz, kiedyś były takie małe namioty, tzw. chińskie dwójki? – Patrzył na nią, szukając potwierdzenia, że wie, o czym mówi. Skinęła głową na znak, że pamięta. Kontynuował: – To mój namiot jest jeszcze mniejszy. To właściwie chińska jedynka. – Zaśmiał się zadowolony ze swojego porównania. – On jest przezroczysty i jak go rozstawię, to w pierwszej chwili go nie zauważysz. – Zamilkł na chwilę. – Będę mógł tam wejść za każdym razem, gdy miły wiosenny deszczyk zmieni się w ostrą mżawkę. – Gwałtowniej nabrał powietrza. I mówił dalej: – Tylko wtedy wiesz… jestem tak jakby spowity mgłą. Obraz i dźwięk są rozproszone. Nie mogę cię już dotknąć. Nie czuję twojego zapachu. A ty nie możesz dotknąć mnie. Nawet jeżeli oboje bardzo tego potrzebujemy. Najgorzej jest, jak zasunę poły wejścia do tego namiotu. Wtedy kontakt zupełnie się ucina. – Raptownie zamilkł. Patrzył na nią znad krawędzi kieliszka.

Nabrała powietrza. Odgoniła latające przed twarzą muszki. Chciała zaprotestować. Spojrzał na nią spokojnie. Tym razem to ona się zatrzymała. Po dłuższej chwili odetchnęła głęboko. Wypuściła powietrze. Opuściła dłonie i ramiona.

– Rozstawiłeś już? – zapytała po chwili milczenia.

– Nie. Ale mówię ci, że mam.

 

The post O mężczyźnie, który rozstawiał namiot appeared first on Pro Libris.

]]>