Esej Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/esej/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Wed, 26 Nov 2025 13:03:39 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Esej Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/esej/ 32 32 Sny pełne Globisza [z cyklu „Ultima Thule”] https://prolibris.net.pl/sny-pelne-globisza-z-cyklu-ultima-thule/ Wed, 26 Nov 2025 12:49:53 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16891 Łukasz Maciejewski

The post Sny pełne Globisza [z cyklu „Ultima Thule”] appeared first on Pro Libris.

]]>

Łukasz Maciejewski

Sny pełne Globisza

 

Sny pełne dymu, reż. Dorota Kędzierzawska

 

Tegoroczny laureat Grand Prix na „Kozzi Film Festivalu” – Sny pełne dymu to film pełen dumy, nie tylko dymu.

Wspólny film Doroty Kędzierzawskiej, jednej z najciekawszych rodzimych autorek filmowych, z główną rolą Krzysztofa Globisza, jednego z tych aktorów, którego zawsze, w każdych okolicznościach, chce się oglądać.

Sny pełne dymu są eksperymentem, również jeśli chodzi o przyzwyczajenia widza. Trochę chaplinowskim slapstickiem, trochę bajką, trochę moralitetem. Zafascynowana Globiszem (i z nim zaprzyjaźniona) reżyserka postanowiła napisać scenariusz dla ulubionego aktora. Jak na Kędzierzawską, latami przygotowującą kolejne filmy, sprawy potoczyły się szybko. Zdjęcia do Snów pełnych dymu realizowane były w ścisłej pandemii.

Postcovidowa atmosfera udziela się również oglądającemu. Film jest zamknięty, duszny, klaustrofobiczny. Albo wchodzi się w podobne rejestry, albo się z nich rezygnuje. Pod względem filmowej formy to chyba najbardziej radykalny tytuł w dorobku autorki Wron.

Fabuła jest pretekstowa. Był sobie mężczyzna w sile wieku – nazywany w filmie Starym Lisem (w tej roli oczywiście Krzysztof Globisz) i była sobie dziewczyna, Panna Crazy (fascynująco wyjęta jak gdyby z filmu noir Żaneta Łabudzka). Dziewczyna usiłowała popełnić samobójstwo, mężczyzna temu zapobiegł, a uprowadzając młodą kobietę do swojego oddalonego siedliska, dał jej schronienie.

Pomiędzy tą dwójką rozgrywa się seans milczenia, zwierzeń, monologów, papierosowego dymu i śpiewu, co i raz przetykanych, na wzór kina niemego, planszami rekapitulującymi wszystkie zdarzenia (plansze są autorstwa Krzysztofa Globisza).

„Scenariusz Snów pisałam z myślą o dwójce wyjątkowych aktorów – wybitnym artyście i wspaniałym człowieku, Krzysztofie Globiszu (Stary Lis) oraz młodej, nikomu nieznanej Żanecie Łabudzkiej (Crazy)” – mówiła Dorota Kędzierzawska. – „Napisy i rysunki, jakie towarzyszą filmowi, są autorstwa Krzysztofa, który kilka lat temu, nieoczekiwanie dla siebie odkrył nowy rodzaj ekspresji. W większości powstały specjalnie dla filmu, pełnią w nim specjalną rolę i są ważnym elementem mojej filmowej opowieści”.

*

Autorskie kino rządzi się swoimi prawami. To truizm, ale wart przypomnienia. Autorskie kino Doroty Kędzierzawskiej to twórczość, w której forma często dominuje nad treścią, a każda scena, ba, każde ujęcie, wydaje się częścią wysublimowanej konstrukcji bez mała architektonicznej.

Kędzierzawska w Snach pełnych dymu opracowała pełną koncepcję wizualną, była także montażystką. Kino autorskie tout court. Są plusy i minusy takiej drogi. Film ogląda się niczym świadomie ożywiony obraz, ruchome rysunki – wielokrotnie używany obiektyw ze zmienną osią ostrości, spowolnienia i przyspieszenia, skupienie na detalu: na kieliszkach pełnych wina, lustrach, powiewającej firanie i innych częściach wyposażenia Pałacu w Rząsinach, gdzie film był kręcony, sprawiają wrażenie przemyślanej, ekstrawaganckiej konstrukcji, która z wolna przestaje mieć wiele wspólnego z realizmem.

Realny jest za to Globisz. Wspaniały także i w tym filmie. Operujący zmarszczką na czole, spojrzeniem, uśmiechem i słowami, kalekimi słowami, niepełnymi słowami, które w przypadku Starego Lisa są naturalną potrzebą kontaktu. To bohater ambiwalentny, samotnik nie tylko z wyboru.

Żaneta Łabudzka ma charakterystyczny tembr głosu, ekranową siłę, jest aktorsko konsekwentnie poprowadzona.

Wierzę, że jak zawsze w przypadku Doroty Kędzierzawskiej, również i Sny… odnajdą swojego wiernego widza.

Zielona Góra nie mogła wybrać lepiej.

The post Sny pełne Globisza [z cyklu „Ultima Thule”] appeared first on Pro Libris.

]]>
Do pestki skłania się pragnienie. Psychoanalityczna wariacja na temat wiersza Obieranie jabłka https://prolibris.net.pl/do-pestki-sklania-sie-pragnienie-psychoanalityczna-wariacja-na-temat-wiersza-obieranie-jablka/ Tue, 25 Nov 2025 12:33:21 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16730 Iza Uroda

The post Do pestki skłania się pragnienie. Psychoanalityczna wariacja na temat wiersza Obieranie jabłka appeared first on Pro Libris.

]]>

Iza Uroda

Do pestki skłania się pragnienie.
Psychoanalityczna wariacja na temat wiersza Obieranie jabłka

 

Mówi Mieczysław J. Warszawski, leżąc na kozetce.

Nie wiem, który z panów zacząłby zadawać pytania. Podejrzewam, że pan, doktorze Freud, wolałby zacząć od matki. A pan, doktorze Jung, od archetypu. Ale zanim wsadzicie mnie między swoją teorię libido a Cień, pozwólcie, że powiem wam wiersz. Tak, z pamięci. Taki mam zwyczaj. Kiedy nie potrafię czegoś wyjaśnić – recytuję:

Niebo coraz niżej,
coraz mniej sadu
i ani zerwane wprost
z jabłonki, ani spadziowe…

To nie jabłko mnie wtedy interesowało, panowie. Wcale nie owoc, nie botanikę wspomnień uprawiałem. Ja tylko chciałem zrozumieć Ewę. Tamtą. Wszystkie. Może właśnie dlatego je obierałem. Cienko, powoli, jakby każde okrążenie skórki miało zedrzeć jeszcze jedną warstwę milczenia, jaką nakładają na kobietę wieki kultury i prywatnych rozczarowań.

I tak, Freudzie – miał pan rację. Jabłko w moim wierszu jest pełne popędu. Nie erotycznego jednak, ale poznawczego. Ja nie chciałem jej rozebrać – ja chciałem ją zrozumieć. Rozłożyć na czynniki pierwsze, jak esej. Jak zdanie z dwuznaczną składnią.

A że Ewa? Nazwałem ją Ewa, bo każde jabłko niesie grzech. Ale nie grzech, który karze. Grzech, który tłumaczy. Grzech bycia sobą – bez masek, bez skórek. Bo przecież, panowie, najgłębsze rzeczy zawsze są pod spodem. Pod ciałem, pod słowem, pod historią.

Nieważne też, czy to
papierówka, czy malinówka,
a być może złota
reneta […]

Wymieniam je, jakby miało to znaczenie, ale tylko po to, by pokazać, że nie ma znaczenia. Kobieta nie jest odmianą, nie da się jej sklasyfikować. Ani jej pamięci. Ani wspomnienia o niej. A przecież wspomnienie to jedyna rzecz, jaką miewamy naprawdę.

Dlatego właśnie, doktorze Jung, mówi pan o archetypach. Ale dla mnie portret Ewy – ten z wiersza – nie jest archetypem. To projekcja. Obraz tak przefiltrowany przez moją pamięć, że ona już dawno przestała być sobą. Stała się mną. Moją potrzebą rozumienia. Moją winą. Moim cichym pragnieniem, by ktoś – choć raz – pozwolił mi zdjąć skórkę z prawdy.

I jakby na paterze
podana martwa nasza
natura…

Zatrzymałem ją, panowie. W bezruchu. W nieruchomym geście martwej natury. Nie dlatego, że chciałem ją zaszufladkować – ale dlatego, że się bałem. Że jeśli się poruszy, odejdzie. A jeśli zostanie – zrani. Tak więc kładę jabłko na paterze. Niech sobie leży. Niech będzie wspomnieniem, nie kobietą. Obiekt można obierać. Człowieka – nie.

Poprzez słodycz miąższu
albo cierpką kwasotę
do pestki skłaniasz…

A tu już, panie Freud, wchodzimy w teren śliski. Cierpkość, słodycz, pestka. Och, wiem, co pan powie: oralna faza rozwoju, ambiwalencja emocji, trauma dzieciństwa. Ale niech pan posłucha jeszcze jednej interpretacji: miąższ to wspomnienia. Czasem słodkie, czasem cierpkie. A pestka? Pestka to to, czego nie mogłem wtedy powiedzieć. Co zostało we mnie – twarde, zamknięte.

I obierając, zbliżam się do niej. Nie po to, żeby ją połknąć. Ale po to, żeby ją zobaczyć. Bo każdy człowiek – panowie, i to mówię z doświadczenia emigranta, eseisty i człowieka dwóch ojczyzn – składa się z warstw. I nikt nie jest tym, czym się wydaje. I tylko niektórzy pozwalają się obrać.

Więc kiedy pytacie mnie, kim była Ewa – odpowiem: była pretekstem. Pretekstem, by zobaczyć siebie.

 

 

The post Do pestki skłania się pragnienie. Psychoanalityczna wariacja na temat wiersza Obieranie jabłka appeared first on Pro Libris.

]]>
Pamięć ciała https://prolibris.net.pl/pamiec-ciala/ Tue, 25 Nov 2025 12:26:51 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16719 Magdalena Wijatkowska

The post Pamięć ciała appeared first on Pro Libris.

]]>

Magdalena Wijatkowska

Pamięć ciała

Zdarza się, że pewien smak, zapach albo dotyk budzi w nas wspomnienie intensywniej niż słowo. Nie pamiętamy sytuacji – pamiętamy ciało, które w niej było. Skóra przypomina sobie chłód nocy, język – cierpkość pierwszego pocałunku, dłonie – ciężar jabłka, które wtedy podała. Wiersz Obieranie jabłka Mieczysława J. Warszawskiego wydaje się być właśnie takim wspomnieniem – nie intelektualnym, nie linearnym, ale cielesnym. To powrót do kobiety i relacji przez gest, smak i dotyk. I choć w tle majaczy archetyp Ewy, a jabłko kusi symboliką od stworzenia świata, to tym razem nie chodzi o grzech. Chodzi o pamięć – tę, którą nosi nie głowa, ale ręka.

Już pierwsze wersy wprowadzają nas w atmosferę zanikania: „Niebo coraz niżej,/ coraz mniej sadu”. Świat się kurczy – nie dosłownie, ale w wymiarze dostrzegalnym dla kogoś, kto czuje, że pamięć przestaje sięgać tak daleko, jak kiedyś. Niebo jako to, co wzniosłe, duchowe, odległe, zbliża się do człowieka – może po to, by go pochłonąć, może po to, by przypomnieć, że wszystko ostatecznie staje się ziemią. Sad – przestrzeń dojrzewania, życia i rozkwitu – znika. Zostaje pojedyncze jabłko. Reszta jest wspomnieniem.

To jabłko nie ma już nazwy. Może to papierówka, może malinówka, może złota reneta – ale żadna z tych odmian nie zostaje rozpoznana. To nieistotne. Tak jak w neuronauce emocji – mózg nie musi pamiętać nazwy, by przypomnieć sobie uczucie. Smak aktywuje nie słowo, lecz przeżycie. Wspomnienie zapisuje się nie w opisie, ale w sieci zmysłowych impulsów. Dla bohatera wiersza jabłko jest tylko bramą do tego, co naprawdę istotne: „intryguje/ mnie przede wszystkim/ tylko twój portret”. I to właśnie tu zaczyna się obieranie nie owocu, lecz relacji.

Wiersz Warszawskiego można czytać jako próbę dotarcia do najgłębszej warstwy wspomnienia poprzez powtarzanie gestu. Obieranie jabłka to przecież ruch codzienny, mechaniczny, ale i intymny. W kontekście tego wiersza – niemal erotyczny. „Tak się właśnie/ poprzez słodycz miąższu/ albo cierpką kwasotę/ do pestki skłaniasz” – mówi podmiot liryczny. Nie jest to obiektywna obserwacja. To głęboko osobiste doświadczenie, w którym ciało zapamiętuje emocje lepiej niż pamięć logiczna. Jakby dłonie nadal pamiętały jej obecność, nawet jeśli reszta dawno ją zapomniała.

W neuronauce coraz częściej mówi się o tzw. pamięci somatycznej – czyli takiej, którą przechowują nasze mięśnie, nerwy, reakcje fizjologiczne. To ona sprawia, że słysząc zapomnianą melodię, czujemy ścisk w gardle, choć nie wiemy, dlaczego. To ona podpowiada palcom, jak trzymać dłoń ukochanej osoby, choć nie widzieliśmy jej od lat. I to ona – w wierszu – każe sięgać po nóż i jabłko. To nie tylko symbol. To akt przywoływania, performans pamięci. Obierając, podmiot nie tylko wspomina kobietę. On ją odtwarza. Jakby każdy pasek skórki był fragmentem rozmowy, ciała, spojrzenia.

Obraz „martwej natury” również zyskuje tu nowe znaczenie. „Jakby na paterze/ podana martwa nasza/ natura” – pisze Warszawski. Czy to martwa natura w sensie malarskim – zatrzymany moment, przedstawiony estetycznie i bez ruchu? A może martwa – bo relacja już nie żyje? Albo natura – ta instynktowna, cielesna, która teraz istnieje tylko jako ekspozycja, już nie w pełni realna, ale nadal fascynująca? Bohater wiersza nie analizuje, nie żąda – on patrzy. I obiera. Rytualnie. Jakby ten gest mógł przywrócić coś, czego nie da się odzyskać inaczej.

Wspomnienie kobiety staje się wspomnieniem smaku, tekstury, kwaśności. Nie potrzeba dialogów, nie potrzeba scen – wystarczy cierpkość. Wystarczy, że język przypomni sobie smak, który kiedyś należał do niej. W tym sensie jabłko jest jak medium – jak organiczny nośnik pamięci ciała. Pestka zaś – to esencja, jądro wspomnienia. Może nieprzydatna, może niejadalna, ale niezbędna, by jabłko było całością. I tak samo – może bolesna, ale nie do usunięcia – jest pamięć o kimś, kogo ciało pamięta lepiej niż rozum.

Ostatni wers – „odkrawając skórkę” – zostaje samotny, jak gest w pustym pokoju. Jest cichy, ale precyzyjny. Nie ma tu emocjonalnego wybuchu, nie ma patosu. Jest tylko ten ruch – znajomy, domowy, niemal bezwiedny. Ale w tym właśnie tkwi siła zakończenia. To nie słowa mają ostateczne znaczenie – to gest. Pamięć ciała nie krzyczy – ale nie daje o sobie zapomnieć. Można zapomnieć imię, adres, twarz. Ale nie sposób zapomnieć, jak się kogoś obierało z warstw – aż do środka, aż do pestki. Bo niektóre wspomnienia są ukryte głębiej niż język.

Leszek Frey Witkowski, „osad poetycki” do wiersza Mieczysława J. Warszawskiego Obieranie jabłka
Leszek Frey Witkowski, „osad poetycki” do wiersza Mieczysława J. Warszawskiego Obieranie jabłka

The post Pamięć ciała appeared first on Pro Libris.

]]>
Panie Profesorze, mam już teatr. Paweł Gabor [z cyklu „Ultima Thule”] https://prolibris.net.pl/panie-profesorze-mam-juz-teatr-pawel-gabor-z-cyklu-ultima-thule/ Wed, 04 Jun 2025 11:03:38 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16058 Łukasz Maciejewski

The post Panie Profesorze, mam już teatr. Paweł Gabor [z cyklu „Ultima Thule”] appeared first on Pro Libris.

]]>

Łukasz Maciejewski

Panie Profesorze, mam już teatr

Paweł Gabor

 

 

Cykl moich felietonów dla „Pro Libris” nazwałem „Ultima Thule”. Określenie to, użyte po raz pierwszy przez Wergiliusza i oznaczające mityczną krainę położoną na północy i wyznaczającą kraniec świata, stało się synonimem końca świata. Żyjemy trochę w takiej rzeczywistości. Co gorsze, przyzwyczajamy się do tego, a może już się przyzwyczailiśmy. Problemy globalne sprzed paru czy parunastu lat wydają się dzisiaj igraszką. Zamykając kolejny rok, wydaje się, że nie może być już gorzej, a jest gorzej, coraz gorzej.

 

W pierwszej z moich opowieści chciałbym uciec jednak od tematów uniwersalnych, żeby opowiedzieć o tragedii zupełnie indywidualnej, o odejściu jednego człowieka, młodego aktora, Pawła Gabora, pracującego do niedawna w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze. Chcę pisać o Pawle nie z perspektywy krytyka teatralnego, nie kolegi z pracy, lecz jego profesora, wykładowcy. A to szczególny rodzaj więzi.

W Szkole Filmowej w Łodzi od dwunastu lat prowadzę zajęcia na Wydziale Aktorskim. To specyficzny rodzaj kontaktu z wchodzącymi do zawodu artystami. Nie usiłuję nauczać, pouczać, na pewno nie daję aktorskich uwag, to nie jest moja specjalizacja. Na trwających przez cztery semestry zajęciach staram się natomiast – poprzez kontakt z praktykami, rozmowy o praktycznej stronie zawodu – dawać młodym aktorom wskazówki przydatne na trudne lata po skończeniu studiów.

Z Pawłem Gaborem spotykałem się na zajęciach aż przez trzy lata. Powtarzał rok, bynajmniej nie ze względu na wyniki w nauce. Ciężko zachorował, a rekonwalescencja okazała się na tyle uciążliwa, że uniemożliwiła mu kontynuowanie studiów, był jednak ambitny i zdeterminowany, wciąż zmagając się z konsekwencjami tak zwanego „long covid” dokończył studia, wspaniale zagrał w dyplomie, sumiennie pisał prace. Wyróżniał się. Wśród indywidualistów, bo tylko tacy młodzi ludzie wybierają ten kierunek, wciąż się wyróżniał. Kontrastowy. Z jednej strony, nieśmiały i wycofany, z drugiej – zawsze na pierwszym planie, ironiczny. Stałym elementem naszych spotkań były wizyty gości, najczęściej znakomitych aktorów, na zajęcia z rokiem Pawła przyjeżdżali między innymi Kuba Gierszał, Tomasz Schuchardt, ale i Jan Holoubek. Paweł na tych zajęciach był dociekliwy, zawadiacki. Tak jakby chciał uzyskać odpowiedzi na pozornie naiwne, a tak naprawdę podstawowe pytania dotyczące szarej zawodowej strefy, kłopotów i zwątpień. Nie wstydził się trudnych pytań, nie peszył. To była druga strona jego osobowości, uwidaczniająca się także w pracach pisemnych.

Studentom pokazuję filmy, najczęściej klasykę, ale nie chcę, żeby pisali recenzje, zawsze ważny jest temat, z którym muszą się zmierzyć. Wypracowania Pawła zapamiętałem szczególnie, wcale nie dlatego, że tak świetnie były napisane. Nie, językowo nie były napisane po mistrzowsko, ale były prowokacyjne, jadowite, operowały językową dezynwolturą. Ogromnie mi się to podobało.

*

Sentencjonalne stwierdzenie: „odszedł zbyt wcześnie” w przypadku Pawła jest czystym tragizmem. I dla bliskich, i dla przyjaciół.

Jego pierwsze role zagrane w Lubuskim Teatrze (Sancho Pansa w Przygodach Don Kichota, w spektaklu dla dzieci Jestem Ziarnkiem Maku na scenie Teatru Lalek, a wreszcie Grabiec w Balladynie w reżyserii Roberta Czechowskiego), spektakle dyplomowe (myślę przede wszystkim o neurotycznym Andrzeju w Trzech siostrach Czechowa w reżyserii Franciszka Szumińskiego), pierwsze role filmowe (film Idź pod prąd, serial Komisarz Alex) pozwalały mieć nadzieję, że Paweł odnajdzie swoje miejsce w zawodzie. I że będzie to droga pełna satysfakcji, dobrej, solidnej i uczciwej pracy. Przez lata, przez dekady.

On również to czuł. W prywatnych wiadomościach (nie straciliśmy kontaktu po studiach) pisał do mnie, że jest zadowolony z pracy w Zielonej Górze, wszystko się stabilizuje, niepokoje mijają, w końcu może powiedzieć o sobie: Aktor. W lutym zeszłego roku napisał do mnie: „Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wszystko zaczyna się bardzo dobrze układać. Panie profesorze, mam już teatr”.

Tak, miał już teatr, był ciekawym aktorem, a z latami byłby na pewno coraz bardziej interesujący. Był także człowiekiem. Wrażliwym, niepewnym siebie, albo zbyt wiele od siebie wymagającym, i tego człowieka w Pawle Gaborze żal mi najbardziej. Żałuję, że nie zobaczę go więcej – ani na scenie, ani w życiu, nie usłyszę od niego zaskakujących pytań, nie wiedząc do końca, co naprawdę ma na myśli. Że z chłopca, młodego mężczyzny, nie wyrośnie ciekawy człowiek, bogaty wewnętrznie, błyskotliwy i wartościowy.

Po śmierci Pawła kilka osób wysłało do mnie wiadomości na Messengerze, to byli jego przyjaciele z czasów licealnych, z ostatnich lat. Zainspirowani moim postem na Facebooku, chcieli podzielić się ze mną własnym smutkiem. Dowiedziałem się, że pisał 

wiersze i piosenki. Nie wiedziałam, za czym tęsknił, jakie miał plany.

Większość tajemnic Paweł zabrał na zawsze ze sobą. I to jest zawsze największa tragedia.

The post Panie Profesorze, mam już teatr. Paweł Gabor [z cyklu „Ultima Thule”] appeared first on Pro Libris.

]]>
Teatr to podróż https://prolibris.net.pl/teatr-to-podroz/ Tue, 29 Oct 2024 13:20:52 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14661 Michalina Majkowska

The post Teatr to podróż appeared first on Pro Libris.

]]>

Michalina Majkowska

Teatr to podróż

Teatr to niekończąca się podróż po krainie rozmaitości. Niekiedy trafia się rejs po spokojnym, bezkresnym morzu, a innym razem prawdziwa wyprawa w kosmos na inną planetę. Doświadczając sztuki teatru, nigdy nie jest się w miejscu. Zawsze gdzieś się zmierza. Oglądając spektakle, przenoszę się mentalnie lub rzeczywiście wyjeżdżam, aby doświadczyć tej magii. Każde widowisko jest inne. W odmienny sposób oddziałuje na moją duszę i ciało. Często jest to uczta zmysłów, wręcz synestezja, ale zdarza mi się też poczuć przytłoczenie czy zbytnie artystyczne naddanie. Słowem: każda sztuka niesie coś nowego.

Niebywałym przeżyciem był spektakl kierowany do najmłodszych odbiorców PRZY PRZY Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze w reżyserii Piotra Soroki. Okazuje się, że gesty potrafią więcej niż słowa, a delikatność światła i muzyki (którą stworzył Szymon Tomczyk) koi ciało lepiej niż najlepszy zabieg w salonie SPA. Wyświetlane na białej scenie kolory odpowiadały emocjom, budowanym przez muzykę, a ubrani w beżowe kostiumy aktorzy dookreślali ten obraz (kostiumy i scenografia: Adam Królikowski). Stworzona na scenie aura dopełniała przesłanie sztuki: dotyk i bliskość to podstawa egzystencji. Aktorzy (Joanna Wąż-Stasiewicz i Paweł Wydrzyński) bawili się ciałem i w choreografii ułożonej przez reżysera stworzyli niepowtarzalny obraz dziecięcej szczerości. Oglądając to niedługie przedstawienie, odpłynęłam na miękkiej chmurce w krainę buddyjskiej medytacji i kompletnego relaksu. Zupełnym przeciwieństwem tych odczuć była sztuka (również Lubuskiego Teatru) Pałac w reżyserii Roberta Kurasia (na podstawie powieści Wiesława Myśliwskiego). Niesamowite, jakie wrażenie wywarł na mnie ten spektakl. To był metafizyczny labirynt, który oszałamiał nadekspresją. Główny bohater wprowadził mnie w zawiłość swoich odczuć. Od pragnienia bycia w tytułowym pałacu – świecie bogactw i przepychu, po znalezienie się po drugiej stronie lustra i odkrycie jego ciemnej strony, która nigdy nie była zwykłemu człowiekowi dostępna. Robert Kuraś, który wciela się w rolę głównego bohatera – Jakuba, odmalował freudowski obraz człowieka. Widziałam, jak id (instynkt i pragnienia) przejmuje panowanie nad superego (zasadami, które nas porządkują w kulturze) i ego (chłodnym realizmem). Scenografia (zaprojektowana przez Adama Królikowskiego), choć prosta, jest idealnie dobrana do głównej myśli spektaklu. Ogromny kryształowy żyrandol zwisający nad sceną to miniatura pałacu, a jego szkiełka to zwierciadła odbijające kalejdoskop uczuć Jakuba. Do tego gra Magdy Kuraś, która wciela się w role kobiece (Jaśnie Pani oraz służących, chłopek), dopełniła mistyczny klimat spektaklu. Swoim głosem i scenicznymi ruchami stworzyła oprawę dla podróży w głąb ludzkiej psychiki, która nie zawsze jest taka przyjemna, jakbyśmy chcieli. Zbudowano czar pałacu – miejsca abstrakcyjnego, nieokreślonego na mapie świata, gdzie zło kłębi się w kątach jak zaległy kurz.

Takie wewnętrzne podróże sprzyjają samoświadomości, ale warto przecież i prawdziwie wędrować. Miałam okazję obejrzeć Piątą stronę świata Teatru Śląskiego w Katowicach w reżyserii Roberta Talarczyka. Nie można sobie wyobrazić lepszej wizytówki Śląska niż właśnie ten spektakl. Znakomita gra aktorów, wypracowana mimika, rytmiczne ruchy sceniczne (za które odpowiada Katarzyna Kostrzewa) do akordeonowej muzyki (Przemysław Sokół) stworzyły prawdziwie śląski obraz. Sztuka jest jak lekcja historii w pigułce, ale nie nudna, na ostatniej lekcji, w ciepły piątkowy dzień. To spójna, wciągająca opowieść falująca w rytmie tożsamości kulturowej. Nie była potrzebna bogata scenografia (projektu Ewy Sataleckiej), aby opowiedzieć tak złożone losy mieszkańców Śląska, a zapadnie sceniczne dodały dynamizmu całej narracji. Podobnie efektownie wykorzystano ruch sceny w sztuce Pijacy w reżyserii Barbary Wysockiej. Obracająca się scena wirowała wraz z aktorami jak karuzela, potęgując ekspresję weselników, którzy niczym w filmie powtarzali swoje gesty (ruch sceniczny: Cezary Tomaszewski). Wciąż (niestety) aktualny tekst, XVIII-wiecznego twórcy Franciszka Bohomolca, w nowoczesny sposób jest realizowany na deskach Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Aktorzy na tle blokowiska z lat 90. XX wieku (scenografia: Magdalena Musiał) i ubrani we współczesne kostiumy zręcznie posługiwali się oświeceniowym tekstem. Gorzki wydźwięk sztuki okraszony został komizmem, przez co tragizm alkoholizmu nie ciążył na odbiorcy, ale pozostawiał pole do refleksji nad uzależnieniem, które niezaprzeczalnie niszczy człowieka i całe jego otoczenie. Niesamowitą postacią jest Roztropski (Roman Gancarczyk), który jak samo jego imię mówi, stara się być głosem rozsądku w świecie wiecznego upojenia. Do tego jeździ na wózku inwalidzkim, mimo że wcale nie potrzebuje, a na kolanach ma pluszowego kota, który przerywa jego racjonalne uwagi pojedynczymi miauknięciami. Ten spektakl warto zobaczyć dla kunsztownej gry aktorów i znakomitej adaptacji Barbary Wysockiej, gdyż historia sama w sobie przypomina pijaną Zemstę Aleksandra Fredry, ale zrealizowana w ten sposób nie nudzi, tylko bawi.

Teatr dostarcza całą gamę emocji. To niekończąca się wędrówka w kulturze, historii i po umyśle człowieka. Jak w górach: od szczytu, po dolinę i do schroniska. Uniesienia, zaskoczenia i odloty, a wszystko to na deskach teatru. Każdy spektakl pozostawia ślad w odczuciu i umyśle odbiorcy.

 

The post Teatr to podróż appeared first on Pro Libris.

]]>
Fantastyka naukowa na deskach Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze https://prolibris.net.pl/fantastyka-naukowa-na-deskach-lubuskiego-teatru-w-zielonej-gorze/ Tue, 29 Oct 2024 10:50:14 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14625 Piotr Prusinowski

The post Fantastyka naukowa na deskach Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze appeared first on Pro Libris.

]]>

Piotr Prusinowski

Fantastyka naukowa na deskach
Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze

 

9 grudnia 2023 roku Scena Kameralna Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze rozjarzyła się nieziemskim blaskiem w tonacji głębokiego, ciemnego błękitu, z miejsca przywołującym skojarzenia z bezmiarem kosmicznej przestrzeni. To wrażenie pogłębiały obłoki sztucznego dymu, które pod wpływem tego oświetlenia zamieniły się w obłoki międzygwiezdnego pyłu, do tego dochodziły projekcje autorstwa Sebastiana Siepietowskiego, wyświetlane na dwóch okręgach przypominających odległe planety. Plamy fluorescencyjnej farby mieniły się na zawieszonych pod sufitem sznurach niczym wielobarwne mgławice, a choinkowe lampki układały się w coś na kształt gwiazdozbioru. Oprócz scenografii zaprojektowanej przez Dominikę Chochołowską-Bocian, odzwierciedleniu nieskończoności Wszechświata służyła także muzyka Pauliny Derskiej, utrzymana w stylistyce ambient, oparta na kojących brzmieniach elektronicznych, wzbogaconych o elementy etniczne.

Ta nastrojowa, efektownie zrealizowana audiowizualna impresja wprowadzała najmłodszych widzów oraz ich rodziców lub opiekunów w świat spektaklu, który miał wówczas swoją prapremierę na deskach zielonogórskiej sceny. Jeszcze zanim wybrzmiały jakiekolwiek słowa, nie ulegało wątpliwości, że Pop! w reżyserii Magdaleny Młynarczyk jest przedstawieniem wpisującym się w ramy fantastyki naukowej – gatunku stosunkowo rzadko obecnego w teatrze, nie tylko zielonogórskim i nie tylko polskim, a chyba jeszcze rzadziej w spektaklach dla dziecięcej widowni. Zdaniem Andrzeja Niewiadowskiego i Antoniego Smuszkiewicza, formą prezentacji bardziej odpowiednią dla tej formy twórczości pozostaje – obok filmu – słuchowisko radiowe, ponieważ „nie wymaga bezpośredniej prezentacji, odwołuje się do wyobraźni słuchacza i dlatego częściej i z większym powodzeniem może wykorzystywać konwencję fantastyki naukowej”; teatr natomiast „z całą bezwzględnością ujawnia imitacyjny charakter świata przedstawionego i niszczy atmosferę fantastyczności”[1]. Założenie to można uznać za cokolwiek dyskusyjne w świetle faktu, że niezależnie od obranej konwencji – realistycznej lub fantastycznej – sceną teatralną zawsze w mniejszym lub większym stopniu rządzi pewna umowność, determinowana samym charakterem tej formy wypowiedzi artystycznej.

O potencjale fantastyki naukowej w tym aspekcie świadczył już międzynarodowy sukces, jaki odniosła sztuka Karela Čapka R.U.R. (1920), gdzie po raz pierwszy użyto słowa „robot”. Mimo to – jak konstatuje Marek Dybizbański – „estetyka science fiction nigdy właściwie nie wykształciła własnej odmiany dramatu i nie zadomowiła się w teatrze – z kilkoma wyjątkami traktowanymi przeważnie jako potwierdzenie reguły”[2]. Nie oznacza to jednak, że wśród tych „wyjątków” nie pojawiały się – również na gruncie polskim – dzieła znaczące i artystycznie wartościowe. W okresie międzywojennym wyróżniał się dramat Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej Kochanek Sybilli Thompson (1926), którego autorka – choć zastosowana przez nią futurologiczna rekwizytornia w dużej mierze nie oparła się próbie czasu – z zaskakującą celnością przewidziała wiele cywilizacyjnych, ekonomicznych, politycznych i obyczajowych tendencji XXI wieku (z tego zapewne względu sztuka po wielu latach nieobecności powróciła na scenę w roku 2015, w „odświeżonej” inscenizacji pt. Kto się boi Sybilli Thompson?, przygotowanej przez Ulę Kijak z warszawskiej Grupy Artystycznej Teraz Poliż). Z początku sporadycznie (Eden w reżyserii Andrzeja Rozhina, prem. 10 września 1970 w Teatrze Lalki i Aktora w Lublinie), a później nieco częściej sięgano do twórczości najwybitniejszego polskiego pisarza science fiction ery nowożytnej, Stanisława Lema. Spośród nowszych scenicznych adaptacji jego prozy Niezwykły lot pilota Pirxa w reżyserii Jerzego Machowskiego (prem. 25 lutego 2017 w Teatrze Miejskim w Gliwicach) spotkał się z żywiołowym przyjęciem dziecięcej publiczności. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat niejednokrotnie przenoszono na scenę jego najsłynniejszą powieść Solaris (wcześniej adaptowaną jedynie w formie słuchowisk radiowych), po raz pierwszy na deskach warszawskiego Teatru Rozmaitości (Solaris. Raport w reżyserii Natalii Korczakowskiej, prem. 2 października 2009), ostatnio zaś w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie (reż. Marcin Wierzchowski, prem. 19 czerwca 2020). Znacznie rzadziej na polskich scenach goszczą natomiast utwory zagranicznych klasyków gatunku: Jan Klata podjął się realizacji Trzech stygmatów Palmera Eldritcha według Philipa K. Dicka w Starym Teatrze w Krakowie (prem. 14 stycznia 2006), a Jakub Roszkowski wyreżyserował w gdańskim Teatrze Wybrzeże spektakl Stalker według powieści Arkadija i Borysa Strugackich Piknik na skraju drogi (prem. 18 maja 2012).

W ciągu ponad siedemdziesięciu lat działalności zielonogórskiego teatru w obrębie ziem polskich żadna spośród znanych powieści fantastycznonaukowych nie doczekała się scenicznej adaptacji, co nie znaczy, że science fiction była na tutejszej scenie zjawiskiem nieobecnym. Pierwszym utworem w tej konwencji, jaki został zaprezentowany na deskach Państwowego Teatru Ziemi Lubuskiej (jak go wówczas nazywano), był Powrót Adama Leszka Proroka, nieco już dziś zapomnianego pisarza, eseisty i dramaturga, swego czasu silnie związanego z życiem kulturalnym regionu (m.in. jako recenzent teatralny magazynu „Nadodrze” i członek Komitetu Porozumiewawczego Pisarzy Ziem Zachodnich). Wychodząc z założenia, że „komedia – wszelkiej maści – jest dziś najbardziej ponętną teatralną szansą”, autor stawiał pytanie: „Czemuż więc komedia nie miałaby towarzyszyć wielkiej dobie przekroczenia przez człowieka jego dotychczasowych granic kosmicznych?”[3]. Warto w tym kontekście podkreślić, że zielonogórska prapremiera sztuki w reżyserii Marii Straszewskiej miała miejsce 24 czerwca 1961 roku; zaledwie dwa miesiące wcześniej Jurij Gagarin – jako pierwszy człowiek na orbicie okołoziemskiej – stał się bohaterem zbiorowej wyobraźni. Trudno dziś ocenić artystyczną jakość powstałego przedstawienia, ale z komercyjnego punktu widzenia stworzenie spektaklu „na czasie” zapewne się opłaciło: „Kurier Poznański” informował, że „Powrót Adama zarówno w Zielonej Górze, jak też w innych miejscowościach Ziemi Lubuskiej został przyjęty żywo i życzliwie przez publiczność”[4].

Tytułowym bohaterem swojego utworu Prorok uczynił właśnie kosmonautę, który powraca do domu z międzygwiezdnego wojażu. Okazuje się, że w efekcie tzw. paradoksu relatywistycznego Einsteina, trzymiesięczna podróż trwała równowartość sześciu ziemskich dekad. Podczas gdy jego dzieci są już staruszkami, Adam Hust (Henryk Machalica) pozostaje młodym mężczyzną, jakim był w momencie startu swojej rakiety, a jego własna prawnuczka (Halina Winiarska) jest teraz niemal jego rówieśniczką…

Wszystko to prowadzi do wielu komicznych perypetii, które zajmują autora dalece bardziej niż naukowa ekstrapolacja, co zresztą sam podkreślał: „Powrót Adama nie rości sobie prawa do popularyzacji wiedzy kosmonautycznej, nie sili się także wyrokować o charakterze i upodobaniach ludzi XXI wieku. Nasi dalecy potomkowie na pewno będą inni niż rodzina Hustów i jej przyjaciele”[5]. Twórcy nie zlekceważyli jednak możliwości, jakie daje gatunkowy sztafaż science fiction. W didaskaliach autor sugeruje, że sceneria przyszłościowego wnętrza da się stworzyć w granicach teatralnej umowności:

Przestronne wnętrze. Abstrakcja w architekturze, w stroju i umeblowaniu. Lampy o niecodziennych kształtach, lub skryte dyskretnie źródła światła rozproszonego. Sprzęty oryginalnej formy i niewiadomego przeznaczenia. Głośnik, tafla telewizora i telefon, ukryte w ścianie. Na stoliczku podręczny, domowy magnetofon. Raz po raz rozlegają się przejmujące, ale raczej przyjemne tony muzyki elektronowej[6].

Projekt scenografii autorstwa Kazimierza Wiśniaka nie pozostawia wątpliwości, z jakim gatunkiem mamy do czynienia, choćby ze względu na obecność ciał niebieskich, kosmodromu oraz fotonowej rakiety Adama, mknącej ku gwiazdom. Ten sam artysta zaprojektował również futurystyczne kostiumy, przywołujące skojarzenia ze strojami komiksowych bohaterów albo postaci z ówczesnego kina SF (z dzisiejszej perspektywy rozbrajająco naiwnego).

Mimo swojej lekkiej, humorystycznej formuły, w warstwie treściowej Powrót Adama niesie ze sobą pewne refleksje, dotyczące przetrwania elementarnych ludzkich wartości w stechnicyzowanym i emocjonalnie wyjałowionym społeczeństwie przyszłości, zahaczając tym samym o problematykę, którą już od dawna poruszali w dojrzalszej formie przedstawiciele „poważnej” literatury SF. Leszek Prorok chciał „jedynie zwrócić uwagę na dwie sprawy: na kłopoty i trud, jakie czekają nas jeśli przemiany w psychice i nawykach myślenia mają nadążyć za rozwojem techniki, a także na to, iż w najwspanialszej nawet cywilizacji technicznej nie należy rezygnować z pełnej kultury uczuć, które już dzisiaj ludzie powierzchowni skłonni są skazywać na pozorną lub faktyczną banicję”[7].

W innej stylistyce – pełnej sarkastycznego humoru, pod którym skrywało się autentyczne przerażenie – przedstawiał „szok przyszłości” Władimir Majakowski, autor do dziś wzbudzający kontrowersje, uwikłany w mechanizmy funkcjonowania totalitarnego ustroju. Choć ten radziecki futurysta dość rzadko bywa wymieniany w szeregu autorów SF, to jednak jego najsłynniejsze sztuki teatralne można z powodzeniem zaliczyć do groteskowo-katastroficznej odmiany tego nurtu. Pierwsza na zielonogórskiej scenie była Łaźnia w inscenizacji znanego scenografa Antoniego Tośty (prem. 9 listopada 1961), ale prawdziwym wydarzeniem stała się późniejsza Pluskwa w reżyserii ówczesnej dyrektorki Lubuskiego Teatru, Krystyny Meissner (prem. 30 stycznia 1982). Autor zawarł w swojej sztuce satyryczny obraz ery NEP-u, którą w dużej mierze uosabia główny bohater, Prisypkin (Krzysztof Krupiński). Zginąwszy w cokolwiek osobliwych okolicznościach, zostaje po latach odnaleziony w wielkiej bryle lodu. Rozmrożony i sztucznie przywrócony do życia, budzi się w „nowym wspaniałym świecie” roku 1979 (utwór powstał w 1929), jeszcze gorszym niż ten, którego on sam był przedstawicielem – świecie, który już bardziej przeraża, niż śmieszy. Ta wizja przyszłości daje się interpretować jako spełnienie wizji stalinowskich „inżynierów dusz ludzkich”: to rzeczywistość odhumanizowana, zautomatyzowana, odarta z uczuć i emocji, poddana absolutnej kontroli.

W momencie zielonogórskiej premiery, która przypadła na czas stanu wojennego i postępującej degeneracji PRL-owskiego systemu, sztuka Majakowskiego nieoczekiwanie nabrała niepokojącej aktualności, o czym pisał Czesław Sobkowiak na łamach „Nadodrza”:

Pokolenie z roku 1979 usiłuje dowiedzieć się czegoś o własnej przeszłości, próbuje zobaczyć własny ideowy pierwowzór. Dlatego postanawia się wskrzesić zamarzniętą istotę. Wstrząsający jest ów proces reanimacyjny. Jakże silne skojarzenia budzi nieznany Majakowskiemu obraz szpitala, w którym obróbce poddany zostaje Prisypkin. Jego tragedia dopiero teraz nabiera realnych kształtów. Jakże dziwnie znajome wydają się być sceny telewizyjne, ich sztuczność i manipulacja. W rezultacie Prisypkin doświadczony torturą szpitalnych ankiet i wywiadów stwierdza: „Nie dlatego zostałem odmrożony, by mnie teraz zasuszyli”. Zupełnie zignorowane są jego autentyczne pragnienia i marzenia. Raczej pluskwie ofiarowano wolność i życie, nobilitowano ją do rangi przedmiotu godnego szacunku. Jego samego zamknięto w klatce. Taka oto jest kondycja intelektualna przyszłości. I tu widownia współczuje Prisypkinowi. Doznaje bowiem poczucia pewnej tożsamości. Jeśli scenografię (Jorge Reina) pierwszej części znamionuje bogactwo, to tutaj podkreśleniu ulega sterylność, jałowość ludzkiego bytowania. Diagnoza społeczna jest aż nazbyt trafna. […][8]

Ostrzegając przed zagrożeniami, jakie może nieść ze sobą przyszłość, fantastyka naukowa częstokroć – w sposób jawny lub metaforyczny – poszukiwała źródeł tych problemów w bolączkach współczesnego świata. Tak było w przypadku Pluskwy, a nawet tak bezpretensjonalnego, rozrywkowego spektaklu jak Powrót Adama. Nie inaczej dzieje się we wspomnianym na wstępie przedstawieniu dla dzieci, zatytułowanym Pop! Bohaterkami tej sztuki, napisanej przez Miłosza Broniszewskiego w oparciu o pomysł reżyserki Magdaleny Młynarczyk, są dwie sympatyczne kosmitki (Romana Filipowska i Małgorzata Polak), mieszkanki planety zwanej Popkorlandią, zbudowanej z ziaren kukurydzy, które w wyniku postępującego gwałtownie ocieplenia klimatu zaczynają pęcznieć i eksplodować, coraz bardziej uprzykrzając życie mieszkańcom planety. W związku z tą sytuacją obie posłanniczki obcej cywilizacji, pod każdym względem różniące się od ludzi[9], przybywają na Ziemię z nadzieją na to, że właśnie tutaj uda im się znaleźć nowy dom dla siebie i swoich ziomków. W tym celu muszą znaleźć wspólny język z Ziemianami, zgodnie z interaktywną formułą spektaklu reprezentowanymi przez dziecięcą publiczność. Sądząc po spontanicznych reakcjach widowni, bohaterki radzą sobie pod tym względem całkiem dobrze.

Posługując się formą bajki ubranej w kostium SF, twórcy przedstawienia w nienachalny sposób uświadamiają najmłodszym widzom wagę problemów związanych z gwałtownymi zmianami klimatycznymi. Uczą ich również tego, jak istotna jest potrzeba wzajemnego kontaktu, zrozumienia dla odmienności i różnorodności. W dobie najzupełniej ziemskich konfliktów i postępującej migracji ludności kwestia ta nie dotyczy bynajmniej tylko relacji z istotami pozaziemskimi.

Nie jest to pierwszy zielonogórski spektakl dla dzieci, wykorzystujący konwencję fantastycznonaukową w celach o charakterze wychowawczym i edukacyjnym. Dużo wcześniej Andrzej Rettinger wyreżyserował lalkową Planetę Ma Sa Ru na podstawie tekstu Bogusławy Konstanty i Barbary Łukasiewicz (prem. 22 stycznia 1971), gdzie w dość pomysłowy sposób powiązano fantastyczną fabułę z przesłaniem dotyczącym konieczności przestrzegania reguł bezpieczeństwa na drodze. Jak tłumaczy jeden z bohaterów:

[…] nieoczekiwany rozwój cywilizacji i techniki spowodował, że na naszej planecie pojawiły się pojazdy mechaniczne, a wraz z nimi mechaniczna śmierć. Nasi uczeni znaleźli jednak sposób. Powstały fabryki, nie wytwórnie, ba całe kombinaty. Cały nasz przemysł nastawił się na produkcję duplikatów. […] Prawie wszyscy mieszkańcy naszej planety wyginęli, a ich miejsce zajęły automaty i stały się najważniejsze. Aż tu nagle pojawił się na naszej planecie przybysz z Ziemi i wprowadził zasady przestrzegania przepisów drogowych. A co za tym idzie nie było już wypadków. Zbuntowane automaty uwięziły go, gdyż to zagroziło ich interesom. Nie byłyby potrzebne[10].

Warto zwrócić uwagę, że sztuka wykorzystywała motywy znane już wcześniej w fantastyce naukowej, ale wśród najszerszych rzesz odbiorców spopularyzowane znacznie później, dzięki takim amerykańskim filmom jak Terminator (1984) Jamesa Camerona czy Matrix (1999) rodzeństwa Wachowskich.

Choć w Lubuskim Teatrze nie zrealizowano jak dotąd zbyt wielu spektakli wpisujących się w ramy gatunkowe SF, to jednak każdy z nich wniósł coś do historii zielonogórskiej sceny, wzbogacając jej repertuar o tematykę futurologiczną, która – wbrew obiegowej opinii – może znaleźć interesujące artystyczne odzwierciedlenie w przełożeniu na język teatralnych środków wyrazu.


[1]  A. Niewiadowski, A. Smuszkiewicz, Leksykon polskiej literatury fantastycznonaukowej, Poznań 1990, s. 262.
[2]  M. Dybizbański, O teatrze science fiction kilka uwag, „Przestrzenie Teorii” 2007, nr 7, s. 217.
[3]  L. Prorok, Wyznanie przed podniesieniem kurtyny, [w:] Powrót Adama [program], red. Z. Giżejewski, Zielona Góra 1961, s. 6.
[4]  Sztuka poznańskiego autora na lubuskiej scenie, „Głos Wielkopolski” 1961, nr 160, s. 7.
[5]  L. Prorok, dz. cyt.
[6]  Tenże, Powrót Adama. Komedia w 3 aktach z prologiem i epilogiem [scenariusz], Zielona Góra, s. 6.
[7]  Tenże, Wyznanie…, dz. cyt., s. 6.
[8]  C. Sobkowiak, Pluskwaspektakl czytelny, „Nadodrze” 1982, nr 1, s. 6.
[9]  Na scenie obie aktorki noszą czapki, dzięki którym mają upodobnić się do pozaziemskich istot o żółtych i zielonych głowach z wielkimi, wyłupiastymi oczami. Z tego względu – na co zwraca uwagę Agata Kostrzewska – „przypominają odrobinę kultowego kosmitę E.T.” z filmu Stevena Spielberga (1982), archetypiczną wręcz postać poczciwego i dobrodusznego przybysza z innej planety (zob. A. Kostrzewska, Kosmiczne poszukiwania, „Dziennik Teatralny Zielona Góra”, 12 grudnia 2023, http://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/kosmiczne-poszukiwania.html [dostęp: 24 sierpnia 2024]).
[10]  B. Konstanty, B. Łukasiewicz, Planeta Ma Sa Ru [scenariusz], Zielona Góra 1971, s. 25.

 

The post Fantastyka naukowa na deskach Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze appeared first on Pro Libris.

]]>
Szkoła Słowa https://prolibris.net.pl/szkola-slowa/ Tue, 29 Oct 2024 10:37:18 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14611 Małgorzata Stachowiak-Schreyner

The post Szkoła Słowa appeared first on Pro Libris.

]]>

Małgorzata Stachowiak-Schreyner

Szkoła Słowa

 
Garderoba

Ta złota, elżbietańska sukienka jest jedną z najstarszych. Chyba jest już pełnoletnia. Ola, która grała w niej Blankę w Poskromieniu złośnicy, ma dwóch całkiem sporych już synów. Była śliczną, drobną blondyneczką i przez to zawsze lądowała jako drobna postać – Blanka, narzeczona Scrooge’a w Opowieści wigilijnej, elf w Śnie nocy letniej. Teraz jej miejsce zajęła ośmioletnia siostrzenica Blanki – Iga – delikatna blondyneczka…

Czarna peleryna z wielkim kapturem była dla tych, którzy chcieli, a bali się. Czasem przez rok przychodzili „tylko popatrzeć”, a kiedy już wystarczająco mocno chcieli, a nadal zbyt mocno się bali – na początek kariery trafiali w czarną pelerynę jako niemy i niewidoczny spod niej Duch Wigilijnej Przyszłości, a potem już jakoś szło.

W biało-granatowym mundurku w Wiele hałasu o nic Bartek oświadczył się swojej dziewczynie, w szarym biegał, strzelając z kija jako Marcin Kabat (Igraszki z diabłem Jana Drdy). Wtedy chyba pierwszy raz w życiu nie pomylił tekstu, tak bardzo chciał dorównać swojemu poprzednikowi, Danielowi. Daniela za to jest czarny cylinder w pajęczynki. Bardzo miał dość dorocznego przywdziewania go do roli ducha Marleya. Ostatni raz był nim, kiedy Róża wyjeżdżała na stałe do Londynu. Róża była fantastyczną Fiokłą w Ożenku. Nigdy nie bała się być na scenie brzydka – jej Fiokła na scenie miała wielki, wypchany tyłek.

To szlafrok Hugh Heffnera – tak nazywały go dzieciaki. Ebenezer Scrooge nosił go przez większość scen Opowieści wigilijnej. Najpierw Ebenezer – Oskar, dziś już ksiądz Oskar, potem Kuba. Kuba był dla mnie wielką szkołą nieoceniania książki po okładce. Na pierwszym spotkaniu tekst scenariusza sylabizował, do dziś mówił w jakiejś swojej własnej gwarze z przesuniętym akcentem – na scenie był tak charyzmatyczny i wiarygodny, że ludzie nie potrafili oderwać od niego wzroku. Czy był wiktoriańskim Scrooge’em czy Kaziukiem z Konopielki, czy zbójem Sarką-Farką.

Kostiumy idą ze mną, jak album ze zdjęciami – od dwudziestu lat przybywają kolejne, jak kolejne fotografie. Przeprowadzają się w kolejne miejsca. Z Domu Kultury do Liceum Pileckiego, potem do Sulechowskich Lochów, z Lochów w depozyt do nowosolskiego Terminus A Quo – a teraz do szkoły, gdzie prowadzę kółka teatralne. W każdej rzeczy zapisana jest historia grupy literackoteatralnej Szkoła Słowa – Scena Słowa. W każdej zapisane są wspomnienia moich teatralnych dzieci. Moich dzieci na zawsze. Jestem Pani Matka.

Teatr się w moje życie wprosił. Sam ewoluował z warsztatów literackich, a potem je połknął. Moja pierwsza trójka wystraszonych gimnazjalistów pojawiła się, kiedy doskonale pamiętałam własne wydeptywanie ścieżek z plikiem nagradzanych na ogólnopolskich konkursach wierszy i odbijanie się od ścian – nieznanego amatora. Potem szum wokół mojego tomiku, też wydanego jako nagroda w konkursie i wyróżnienie za debiut wiele zamkniętych drzwi pootwierały. Z jakąś dziką determinacją postanowiłam, że będę dla tych dzieciaków tym, czego mnie samej zabrakło – wsparciem. W sumie to nie jest dobre słowo. Wsparcie ma w sobie jakiś melodramatyzm… Zostałam osobą z misją ułatwiania młodym tego, co da się ułatwić. Potem okazało się, że podstawą jest słuchanie i pozwolenie im na realizowanie siebie. To, jak wspaniałe spektakle i koncerty wyłoniły się z prób wyglądających jak Armagedon, nawet dla mnie, jest trudne do uwierzenia.

Panią Matką przezwała mnie ekipa pierwsza. Zaczęło się od tego, że pracownicy SDK ilekroć się na nią skarżyli, tytułowali ją per „Twoje dzieci” i tak już zostało. A dzieci nie były grzeczne. Oj nie! Nie były też spokojne, więc trzeba było energicznych i komicznych sztuk, by przypadkiem Hamlet nie wybuchnął śmiechem na scenie, albo żeby nie miał białych adidasów, albo… Nie, reszta niech zostanie tajemnicą. Pięć lat temu zdobyłam się na refleksję podsumowującą pracę teatru. Zaktualizuję więc tylko ten cytat z samej siebie jak poniżej.

Historia o tym, jak dwa (w sumie już trzy) pokolenia nastolatków
nie zjadły jednego słoika kiszonych ogórków

Z której strony by nie patrzeć, to jest piętnasty (za chwilę dwudziesty) wrzesień Szkoły Słowa, która z założenia miała być warsztatami literackimi, wymyślonymi, gdy ukazał się mój debiut książkowy i narobił trochę szumu. Jako że głupia byłam i głupia umrę, zadeklarowałam w SDK, że za pierwszy rok zajęć nie wezmę grosza, albowiem nie wiadomo, czy me wysiłki edukacyjne warte tego będą… Przyszłam pierwsza, potem ówczesna współprowadząca, potem trójka dość wystraszonych gimnazjalistów. Po drodze każdy od pracowników SDK usłyszał: TYLKO NIE ZJEDZCIE OGÓRKÓW! Okazało się, że w sali przygotowano jakąś cudaczną ekspozycję, która miała wyruszyć do miasta partnerskiego. Było tam dużo albumów kół łowieckich z powklejanymi zdjęciami pozabijanych zwierzątek i ogromny słój ogórków kiszonych…

Nikt nie zjadł ogórków, ale zawsze było coś, co tak jak one jakoś większą uwagę zajmowało niż to, co jest w naszym mieście najcenniejsze – CUDOWNI, UTALENTOWANI, MŁODZI LUDZIE!

Prowadziłam zajęcia i na trawniku, i w schowku na szczotki, kiedy nie było innej opcji, a ich było coraz więcej i więcej, a potem kiedy nie dali się rozsypać złym ludziom i wiatrom – powstało stowarzyszenie Stella Polaris. Przez te lata mamy laureatów ogólnopolskich konkursów i przeglądów, mamy dziesiątki spektakli i koncertów (ba, nawet musical!), konkursy, potyczki, warsztaty… Mamy tych (np. nowosolską artystkę i ceramiczkę Adę, poznańskiego animatora i reżysera Daniela i wielu innych), którzy wybrali kulturę, jako swoją drogę i szarpią się, kopiąc pustynię łyżeczką jako i ja, świadomie i dobrowolnie. Mijający czas niczego nie ułatwia… Zawsze jest za mało pieniędzy, za mało czasu, za dużo ważniejszych spraw i rachunków, ale jeśli przez ten czas udało mi się sprawić, że jałowy system edukacji w tych kilkudziesięciu wolnych duchach nie dał rady zgasić ognia… to znaczy, że było warto… że ciągle jestem ciekawa, czy gdzieś przetrwało to pomarańczowe alternatywne prześcieradło (?) prawdy objawionej.

Z czasem kończy się para w gwizdku. Najzwyczajniej brakuje energii, by po raz nasty kopać się z koniem np. o transport na spektakl, miejsce na darmowe przecież zajęcia, środki na kostiumy itp. Czuję, że dojechałam do zakrętu ze znakiem ograniczenia prędkości z napisem 50. Dzieci nie brakuje, w szkolnych kołach mam ich prawie czterdziestkę, brakuje po prostu siły, za często waliłam głową w mur bez skutku. Myślę, że „moje dzieci” wiedzą, że kiedy wrzucam hasło: robimy Opowieść wigilijną!, to znaczy, że tęsknię i chcę ich zobaczyć. Mam nadzieję, że one też tęsknią: za sceną, za sobą nawzajem i za mną na ostatku. Nic mnie tak nie wzruszyło jak słowa Marcina – jednego z tych, którzy zaczynali od czarnej peleryny – „Spędziłem w tym teatrze najlepszy czas mojego życia”. Młodych, utalentowanych ludzi nadal jest mnóstwo – wystarczy stworzyć dla nich przyjazną przestrzeń. Sądzę, że przez te dwadzieścia lat choć tyle mi się udało. Kiedy moje domowe dzieci były małe, podczas wakacji czytaliśmy teatralne Lato Muminków. Przytoczę ich fragment do zapamiętania na koniec tych wynurzeń: „Teatr to nie jest salon ani przystań dla statków. Teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, dlatego że tam pokazuje się ludziom, jakimi są, jakimi pragnęliby być, jakimi mogliby być, gdyby mieli odwagę”. Po to warto wygnać dzieciaka na zajęcia teatralne – bez odwagi żyjemy tylko namiastką własnego życia. No i jak mówią do człowieka „Pani Matko”, to też chyba jakiś sukces jest…

 

The post Szkoła Słowa appeared first on Pro Libris.

]]>
Terminus A Quo https://prolibris.net.pl/terminus-a-quo/ Tue, 29 Oct 2024 10:18:06 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14592 Edward Gramont

The post Terminus A Quo appeared first on Pro Libris.

]]>

Edward Gramont

Terminus A Quo

 
O sobie w trzeciej osobie (ćwiczenie)

Brodacz i skandalista teatralny, wizjoner, mistrz pióra i twardej ręki reżyserskiej. Pisał i tworzył, tworzył i pisał, aż się zapisał. Powiadają, że miewał sny o sztuce, że śnił na jawie – miewał takie sny (potwierdzam). To wszystko działo się i nadal (o zgrozo!) się dzieje w mieście magicznym, jakim jest Nowa Sól vel Stary Cukier, gdzie uwięziony między biegunami N–S Edward Gramont wykuł swój wehikuł nieskończoności. Pomagali mu w tym początkowo anonimowi tragarze, później znani tu i ówdzie szerpowie sceniczni i obsceniczni, którzy próbowali dźwignąć z posad bryłę swego świata, swej nierzeczywistej rzeczywistości. Tak to mniej więcej widzę!

Moc

Od czego się zaczęło? Co powoduje, że wciąż i wciąż zagłębiam się w zawiłości twórcze sztuki teatralnej? Czy też skąd czerpię energię? – te pytania sprowadzają się do jednego podstawowego stwierdzenia, że stoi za tym moc trudna po poznania i zwerbalizowania. Ta moc owładnęła moją postacią i nie opuszcza. Skąd przyszła i jak się pojawiła – niestety nie da się tego określić. W takim razie historia będzie niekompletna, ale ważne, że zapisała się liczbą zrealizowanych spektakli, dokonanych przedsięwzięć, dni i godzin spędzonych na twórczości, bo to zaświadcza, że moc była i nadal jest. Jaką ma postać ta moc, co w sobie skrywa, to wszystko jest do odkrycia przez wnikliwych badaczy. Ja jedynie zaświadczam, usiłując pisać historię, że istotą sprawczą Teatru TERMINUS A QUO jest moc tworzenia.

Nasionko

Gdybym w tym miejscu napisał datę 4 stycznia 1976… Napisałem. No to wszystko jasne: jest początek, początek! Nasionko już jest, które jeśli ma siłę zakiełkować – zakiełkuje – no i zakiełkowało gdzieś w wiosce Zakęcie pod Nową Solą, w mieszkaniu Sylwii Stępień. Pytałem ją, siebie, czy jest możliwe, by zaistniał teatr. Podaliśmy sobie ręce. To był nasz ślub. Tak się stało. Podobała mi się ta matka przyszłych poczęć. Przyprowadzę ci na sznurku wszystkich chętnych – powiedziała. Przyprowadziła trzy osoby: Irenę, Bożenę i Kazię. Taki dziewczyński tercet. Ale dobra nasza – jest kapela – no to szafa gra; tylko teraz jak ją nastawić, co grać, i kto ma decydować? Nie było łatwo. Po dobrej chwili, jakiejś półtorej godziny, staliśmy wciąż pod ścianą w punkcie wyjścia, ilość dróg – ułożona naprędce sterta książek przerażała mnie. To był fakt niepodważalny. Z tego nic nie wyjdzie – skonstatowałem. Chwilę potem pędziłem na swoim ulubionym rowerze typu tandem (innego nie miałem) do domu, do domu, do domu, gdzie leżał sobie egzemplarz miesięcznika „Nowy Wyraz”, a w nim paliwo napędowe, bez którego ani rusz nie poszlibyśmy do przodu. No i to się zaczęło zatrybiać, jak tylko dotknęliśmy magicznych strof Jacka Gulli i jego Poematu o zbawieniu świata, obszernego poematu zalegającego na kilkunastu stronach. W ruch poszedł ołówek, który zakreślał poszczególne fragmenty i dopisywał imię osoby, która miała to przetrawiać. Tak powstał pierwszy scenariusz tego teatru.

Rozpoczęły się próby, by spektakl mógł zaistnieć i wtedy nieoczekiwanie po trzech miesiącach nastąpił rozwód z Sylwią, która pociągnęła za burtę, bez koła ratunkowego – Bożenę. Załoga została szybko uzupełniona i tak na pełnym morzu można było dostrzec Czesławę i Mirosława. Pogoda była raczej wiosenna i tak w pamiętne popołudnie 4 czerwca 1976 roku doszło do pierwszej premiery: Poemat o zbawieniu świata w reżyserii Edwarda Gramonta. Zaś zespół aktorski stanowili: Kazimiera Gesek, Irena Kasprzak, Czesława Soroczyńska, Mirosław Czernicki, Edward Gramont. Entuzjazm po spektaklu, który trwał dwie godziny i dwadzieścia minut, był tak wielki, że drugie tyle wypełniły podniecone rozmowy aktorów, kierownika domu kultury: Jerzego Szyndera i Mirosława Pietkiewicza, studenta UAM w Poznaniu. Wszyscy prześcigali się w komplementowaniu zjawiska, które właśnie zaistniało. Teatr wystąpił pod nazwą: Teatr poezji ZDK „Odra”. Irena Kasprzak wkrótce nie miała sobie równych w kreowanych postaciach, grając dynamicznie i wyraziście spektakle z kontestacyjną nutką, jak Ameryka, Biała wyspa, Poemat o zbawieniu świata, Prosto w twarz, Szkoła czarownic z brawurowo wykonanym tekstem Jamesa Joyce’a Anna Livia Plurabelle, czy też w moim autorskim spektaklu Modlitwa. Czesława Soroczyńska tworzyła postacie bardziej klasyczne; była stonowana, niemniej dramatyczna i budująca świetne nastroje, grając klasycznie w spektaklach Wariat i zakonnica czy Kobieta i mysz.

Repertuar (ach to dopiero są hocki, klocki: ach, ach, ach)

Zaczęło się świetnie, awangardowo, nowocześnie. Można powiedzieć, że teksty Jacka Gulli nie tylko zainspirowały mnie, ale także wyznaczyły kierunek twórczości TERMINUS A QUO. Poemat o zbawieniu świata ewoluował przez wiele lat, doczekawszy się aż pięciu wersji.

Wśród najważniejszych zrealizowanych przedsięwzięć wymienię tylko najważniejsze:
–    spektakle sceniczne: Abraxas; Adiafora; Amnestia; Anna Livia, Gotha Potwór; Antygona; Boski Fidel Castro; Derwisze; Do końca; Dziewczyna z żyletkami; Elektra; Fazy; Głowa zdrajcy; Historia Niesfornej Dziewczynki; Król Lear; Macario; Mara Wariatka; Mgła; Mistyfikacje; Modlitwa; Narzędzia Tortur; Nie do mówienia; Nowa Sztuka Zakopiańska; O ruchu i nieporuszeniu Douve; Pieśń Awrejmełe; Prosto w twarz; Przebudzenie; Ristić; Ruchawy zapalec; Same; Sceny symultaniczne; Sister Kate; Skowyt; Solo Głupiego Pastucha; Spokojnie; Spotkanie; Sublimat; Syndrom Ucieczki; Sysi; Sześcionóg; Szkoła Czarownic; Tangali – baśń brazylijska; Trans-Atlantyk; Trzciny; Trzy białe konie i Julia; Tyrania; Ukrzyżowanie Manekina; Usta/lenia; Usuwanie Alejandry; W Labiryncie Poszarpanych Skał; W ogrodzie Edenu; Wachlarze wyobraźni; Wariat i Zakonnica; Wieczny Odpoczynek; Wielka Woda; Wniebowzięcie; Wygnańcy; Zabawa w czekanie na zabawę; Zawołanie; Ziemia Jałowa; 832 upadki Lubomira Charliego.
–    monodramy: Altazor; Ataraksja; Bachanie; Biję na alarm; Cesarzowa Meksyku; Fiszki Psychowienia; Ja Ediczka; La malcastree; Liteti, manoli, hipete; Marzenka zagra nam na skrzypcach; Noc nie jest dziewicą; Stara Kastylijka; Węzeł Gordysjki.
–    spektakle plenerowe: GO!; Kraina Ułudy; Laski; Noc Kupały; Noc Świętojańska; Parada; Radżas; Smocza Łódź; Szelestnica; Wesele Łużyckie; Winne.

Aktorzy

W zbiorze aktorów, którzy zapisali się mocno na kartach twórczości tego teatru, widnieją oprócz mnie takie postacie jak: Eliasz Gramont, Cezary Molenda, Konrad Gramont, Irena Kasprzak, Magdalena Budzyniak, Adriana Boś, Agata Wojtkowiak, Agnieszka Buczkowska, Tomasz Michniewicz, Zdzisław Grabowski, Katarzyna Mikołajczak, Michał Kasprzak, Katarzyna Brzoza, Aneta Sznajdrowska, Marta Chorążyk, Katarzyna Peca, Wiesław Majos, Joanna Brzoza, Magdalena Teszner, Natanael Gramont, Marzanna Jasińska, Katarzyna Turok, Justyna Stasik, Agnieszka Brzóz, Jakub Kapral, Krzysztof Swereda, Anna Młynarczyk, Kinga Nowak, Marta Rudziakowicz, Joanna Miniach (Pałka), Tomasz Foltyn, Przemysław Kubicki, Agata Remfeld, Kamil Ksiądzyk, Aleksandra Samborska, Agnieszka Małecka, Natalia Baik, Agnieszka Szczepanik, Magdalena Różczka, Agnieszka Kołodyńska, Jarosław Bitner, Dorota Niemycka-Baturo, Sylwia Adamczak, Katarzyna Rybarczyk, Kinga Kaczmarek, Marek Cholewa, Robert Kunysz, Barbara Trzeciak, Marek Pisarczyk, Paweł Stawarz, Jakub Osypiński,

Paweł Kutny, Daniel Kalinowski, Dominik Złotkowski, Marlena Lis, Adrian Żukotyński, Patrycja Gandera, Anna Hofman, Joanna Bratuś, Agata Staszewska, Małgorzata Peca, Ewelina Szymańska, Sławomir Żarski, Sławomir Dębowicz, Tomasz Rybarczyk, Karol Kolba, Marek Wawrzyniak, Halina Lech, Emilia Kałuska, Anna Pukajło, Michał Bonicki, Ada Bednarek, Piotr Lewkowicz, Wiesław Majewski, Piotr Osypiński, Kazimiera Wiśniewska, Adrianna Kołpak, Nikola Bielska, Karolina Leszczyńska, Katarzyna Kuraczycka, Natalia Jedyńska, Monika Chojnacka, Bartosz Siudak, Jerzy Pruski, Katarzyna Jagiełło, Karol Mirowicz, Józef Talarczyk, Julita Łyko, Damian Kołtko, Andrzej Tokarski, Marta Brych, Wawrzyniec Teuerle, Czesława Soroczyńska, Małgorzata Paszkier, Jadwiga Bendowska, Alicja Chyżak, Waldemar Buśko, Aurelia Kaniewska, Katarzyna Arciszewska, Zbigniew Knaszak, Danuta Gąsiorek, Zuzanna Galor, Andrzej Palto, Justyna Dywańska i wielu innych.

Kogo tam jeszcze niesie

To może być zagadka, pytanie bez odpowiedzi, jak z tym powiedzonkiem o wilku… nosił wilk razy kilka… Zanim pojawiły się tytuły spektakli, zanim pojawiły się próby z aktorami, to przecież bywały chwile pełne ekscytacji i marzeń, podróży w nieznane, wędrówki po lasach. Lech Szokarski opowiadał o festiwalu teatru otwartego we Wrocławiu, Jerzy Szynder o Tatrach, a ja szukałem wektorów twórczych w poezji dla siebie. To mnie jarało – teatr i turystyka, czułem, że drzemie we mnie wulkan.

Idylla się skończyła

Tak nagle, tak niespodziewanie, że aż niewiarygodnie. Ledwie maszyna zaczęła dobrze działać, a tu krach – nagły stop, i to nie ze strony aktorów, a ze strony władz fabryki, Nowosolskiej Fabryki Nici, przy której teatr był doklejony. Partyjni aktywiści dostrzegli zło ideologiczne, które niekorzystnie mogło wpływać na załogę, na młodzież, na publikę. Bezpośrednim impulsem, który sprowadził szykany na moją głowę – jak się wydaje – było zaproszenie Teatru – Grupy Franciszkańskiej, który działał przy kościele pw. św. Antoniego, a który prowadził ksiądz Adam Białek.

Przeskok – Wniebowzięcie

13 maja 2024 – Ogród sztuk. Biblioteka Miejska im. Edwarda Stachury w Nowej Soli, koło pergoli wedle platana, dwóch młodzieńców (Natanael Gramont, Szymon Patrzykąt) zajadle walczy na materacach, obrzucając się dość obficie mąką, na przemian wyrzucając przy tym konwulsyjnie teksty Edwarda Stachury z książki Siekierezada albo zima leśnych ludzi, słońce oświetla plac walki i ludzi zgromadzonych na tę okoliczność. Wśród pergoli przechadza się dostojnie, później pochylając się nad wyczerpanymi walką młodzieńcami, piękność teatralna – Kinga Kaczmarek, która też sączy tekst Edwarda Stachury Się (trudno od niej oderwać wzrok). Chwila trwa wiecznie, Eliasz Gramont filmuje spektakl, Karol Kolba robi fotki, Tomek Michniewicz i Irena Kasprzak siedzą na krzesełkach wśród widzów. Idylla.

 

The post Terminus A Quo appeared first on Pro Libris.

]]>
Czym jest moja Itaka? https://prolibris.net.pl/czym-jest-moja-itaka/ Tue, 29 Oct 2024 07:16:04 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14559 Natalia Sztegner

The post Czym jest moja Itaka? appeared first on Pro Libris.

]]>

Natalia Sztegner

Czym jest moja Itaka?

Wojna toczyła się we mnie, odkąd pamiętam. Bój pomiędzy nieokiełznanym Pragnieniem Twórczej Wolności a potężnym Strachem Przed Byciem Ocenianą powodował ogromne straty w moim wnętrzu. Rozjemcą w tym trudnym i bolesnym konflikcie stała się grupa herosów – Lubuska Siła Krytyczna, z dowódczynią Joanną Marcinkowską na czele. Biała flaga powiewała na wietrze przez dwa lata. W tym czasie Pragnienie i Strach żyły obok siebie bez wyraźnie zaznaczonej hegemonii. Nie przeszkadzały sobie wzajemnie. Zapanował względny spokój. Za sprawą delikatnych niczym promienie porannego słońca sugestii Lubuskiej Siły Krytycznej postanowiłam opuścić neutralny grunt zniszczony dotychczasowymi walkami dwóch przeciwstawnych sił i ruszyć na poszukiwanie swojej Itaki niczym mitologiczny Odyseusz.

Swoją tułaczkę rozpoczęłam od przekroczenia krainy Lubuskiego Teatru. Przemierzając kilometry korytarzy, dotarłam aż na balkon – Balkon Ordona w reżyserii Pawła Wolaka i Katarzyny Dworak-Wolak. Była to fascynująca historia o typowo polskiej rodzinie z najbardziej polskimi cechami. Niczym we fraszkach Krasickiego duet PiK uwypuklił i obśmiał wady naszych rodaków. Ten tragikomiczny spektakl delikatnie zburzył mur, który oddzielał mnie od prawdziwego celu mojego istnienia, którego tak szukałam. Był przepięknym i lekkim początkiem drogi do szczęścia o dosyć gorzkawym posmaku.

Z tym nieprzyjemnym smakiem fałszywej pobożności i patriotyzmu na języku ruszyłam w dalszą podróż. Dopłynęłam do brzegu. Znalazłam się w wielobarwnej zwierzęcej krainie Papugi, Koali, Sowy i innych futrzanych przyjaciół lasu. Była to przestrzeń w Teatrze Lalek, która została wykreowana podczas spektaklu Niezwykłe odkrycie papugi w reżyserii Dominiki Walo i Bartosza Jędrasia. Kolorowa scenografia i kostiumy dostarczyły moim oczom prawdziwej soczystej uczty, natomiast muzyczny koncert, jaki zaserwowała widzom dzielna Papuga, nakarmił mój zmysł słuchu. Tytułowy ptak pochwycił mnie za dłoń i pomógł rozbudzić tę dziecięcą ufność w lepszy świat.

Kolejnym punktem mojej podróży była wizyta w Chorzowie. Klimatyczny Teatr Rozrywki pochłonął mnie bez reszty. Po przekroczeniu progu tego budynku znalazłam się w… klasztorze? Ogromna scena. Rozbudowana scenografia, która przeistaczała się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Balansowałam pomiędzy klubem nocnym, komisariatem, aż na dłużej zostałam pomiędzy śpiewającymi siostrami zakonnymi. Taki wachlarz emocji dostarczył mi musical Zakonnica w przebraniu wyreżyserowany przez Michała Znanieckiego. Po raz pierwszy moje zmysły mogły chłonąć tak potężne widowisko, które swoją historią przypominało intrygujący kryminał Agathy Christie. Z wypiekami na twarzy i nowymi pokładami energii mogłam powrócić do murów rodzimego Lubuskiego Teatru.

Z mojego wnętrza wymazywałam Strach. Mój umysł otulało zapomnienie. Swoją cieniutką warstwą amnezji kawałek po kawałku okrywałam mojego najgroźniejszego przeciwnika. Chciałam, aby zapadł w sen zimowy i nigdy się już nie obudził. W taką senną, pokrytą mgłą krainę mogłam przenieść się podczas premiery sztuki Pałac w reżyserii Roberta Kurasia. Z lekką niepewnością i jeszcze nie do końca uśpionym we mnie strachem przyjęłam zaproszenie, aby odwiedzić to miejsce. Surowy wystrój, światło nadające klimat tajemniczości i on… mężczyzna leżący pod żyrandolem w pozycji embrionalnej. Przepadłam w tym świecie. Nie chciałam z niego wychodzić. Błądziłam po zakamarkach pałacu i, odwiedzając emocjonalnie każde z pomieszczeń, dowiadywałam się coraz więcej o sobie. Chłonęłam każde słowo bohatera Jakuba niczym gąbka. Potrzebowałam tych słów, jak spragniony wędrowiec na pustyni. Był to balsam na moje pokiereszowane i wystraszone wnętrze.

Po tym doświadczeniu moje postrzeganie sztuki uległo przeobrażeniu. Uwolniłam z ciemnego pokoju Kreatywność, która niczym pies zerwany ze smyczy próbowała odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Moje myśli biegały od jednego obejrzanego spektaklu do drugiego. Próbowałam wszystko ułożyć w całość. Zgłębiałam i przerabiałam w sobie to, co dał mi w tym sezonie Lubuski Teatr. Po zburzeniu muru, który oddzielał mnie od lepszego, nowego świata, chciałam się tam dostać czym prędzej. Wsiadłam w pociąg i dotarłam. Stolica. Miasto obce, nieznane mi dotychczas. Siedząc w fotelu na widowni Nowego Teatru, czułam się jak Kordian na szczycie Mount Blanc. Nad mgłą, pośród gór moje oczy mogły nasycić się widokiem fenomenalnych Aniołów w Ameryce w reżyserii mistrza Krzysztofa Warlikowskiego. Kilka godzin duchowej uczty. Szczyt teatru w Polsce. I ja. Wolna. Twórcza Wolność została rozbudzona w pełni. Strach zapadł w najdłuższy sen zimowy, o jakim człowiek jest w stanie pomyśleć. Powrót do Lubuskiego Teatru był inny. Był przepiękny. Mogłam wrócić, chwycić za długopis i pisać. Tworzyć to, czego w grupie Lubuska Siła Krytyczna uczyłam się od wielu miesięcy. Stworzyć namacalny dowód emocji i przeżyć, które zawdzięczam teatrowi.

Dopłynęłam do swojej Itaki. Kurtyna.

The post Czym jest moja Itaka? appeared first on Pro Libris.

]]>
Po co nam teatr? https://prolibris.net.pl/po-co-nam-teatr/ Tue, 29 Oct 2024 06:35:03 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14549 Joanna Marcinkowska

The post Po co nam teatr? appeared first on Pro Libris.

]]>

Joanna Marcinkowska

Po co nam teatr?

 

Samotność – cóż po ludziach, czym [teatr] dla ludzi?
Gdzie człowiek, co z mej pieśni całą myśl wysłucha,
Obejmie okiem wszystkie promienie jej ducha?
(parafraza fragmentu Wielkiej Improwizacji z III części Dziadów Adama Mickiewicza)

Mogłoby się wydawać, że po surrealistycznym czasie pandemii nie tak szybko nastąpi odrodzenie korzystania z kultury i chętny powrót widowni do sal teatralnych. Wszystko jednak zaczęło powracać do normalności stosunkowo szybko, ponieważ okazało się, że kontakt z żywym artystą jest niezwykle cenny, a przeżycia „przez szybę” (ekranów) jednak niezbyt interesują odbiorców na dłuższą metę.

W sezonie 2023/2024 odbyłam bardzo dużo podróży teatralnych. Pasjonuję się teatrem od ponad 20 lat. Mam wykształcenie teatrologiczne, a wieloletnia współpraca z „Dziennikiem Teatralnym” daje mi możliwość pisania recenzji o spektaklach w całej Polsce. Poza tym, jako że pracuję w teatrze, warto zwyczajnie „przewietrzyć głowę” i sprawdzić, co innego/ciekawego można zobaczyć na scenach innych teatrów. Wybór jest ogromny, bo właściwie gdzie nie spojrzymy – tam realizowany jest potencjalnie interesujący spektakl.

Inna rzecz jest taka, że staram się po prostu (w miarę możliwości) być na bieżąco z tym, co dzieje się aktualnie na scenach teatralnych w Polsce. W mojej opinii teatr w naszym kraju stoi na bardzo wysokim poziomie: jest różnorodny, nowoczesny, a podejmowane tematy są uniwersalne. Oczywiście, wybierając spektakle, dokonuję pewnej selekcji i skupiam się na rzeczach, które w mojej intuicji oraz według mojej wiedzy wydają się być najciekawsze czy najważniejsze. Nie da się być też wszędzie, bo często istotne wydarzenia dzieją się symultanicznie, w różnych miastach. Nie da się zobaczyć wszystkiego.

Co ciekawe – zauważyłam, że kiedy przyjedzie się do dużego miasta (jak Warszawa, Kraków, Poznań) i będzie się chciało spontanicznie pójść na jakiś spektakl, okaże się, że nie ma biletów. Oczywiście, można próbować dostać wejściówkę przed samym rozpoczęciem spektaklu, ale wiąże się to z niepewnością, czy w ogóle wejdziemy na spektakl. Wydawałoby się, że (stereotypowo) nikt do teatru nie chodzi i nadal jest to rozrywka dla elit. Nic bardziej mylnego.

Trzeba zauważyć, że w ostatnich latach zmienił się sam sposób ubierania się do teatru – jakkolwiek samo wyjście do teatru nadal jest pewnego rodzaju „świętem”, to jednak w operze wciąż obowiązują stroje wizytowe, natomiast w teatrze ubiór stał się o wiele bardziej „liberalny”. Ważne, żeby było schludnie, ale może być absolutnie „na luzie”. Teatr jest miejscem spotkania, dyskusji, randki, rozrywki, ale przede wszystkim – przeżycia.

Poprzednia władza miała ambicje niszczenia instytucji kultury – takich jak teatr – które uczą krytycznego myślenia, ale też twórczego spojrzenia na rzeczywistość. Zadania sobie wielu pytań na temat tego, co dzieje się wokół nas i próby indywidualnej odpowiedzi na nie. Zastanowienia się także, dlaczego taka a nie inna tematyka aktualnie nurtuje twórcę i w jak dużym stopniu związana jest z tym, co możemy obserwować na co dzień. Myślowy ferment, fundamentalne pytania i potem długie „nocne Polaków rozmowy” – to przecież niebezpieczne!

Można sobie zatem zadać pytanie: po co w ogóle jest teatr? Po co teatr w kraju, w którym spektakle wyprzedawane są z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem jak koncerty rockowe? Dlaczego informacja, że Krzysztof Warlikowski zaczął w Warszawie próby do nowego spektaklu rozpala część naszych obywateli podobnie jak ogłoszenie, że na Stadionie Narodowym zagra Metallica? Skala zainteresowania biletami będzie podobna: po kilku godzinach od startu sprzedaży będzie o nich można tylko pomarzyć.

Właśnie dlatego – jest potrzebny, ponieważ w ludziach jest głód sztuki. Teatr jest dodatkowo ulotny: film po latach będzie wyglądał dokładnie tak samo, będzie można go bez problemu odtworzyć. Rejestracja filmowa spektaklu nigdy nie będzie tym samym, co zobaczenie spektaklu na żywo. Choć tu można podać przykład transmisji na żywo musicalu 1989 w reżyserii Katarzyny Szyngiery, stworzonego w koprodukcji Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie i Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. Sam spektakl robi furorę i jego transmisja w ramach odświeżonego po wyborach Teatru TV zgromadziła sporą widownię przed ekranami, co nie wpłynęło jednak na frekwencję na samym spektaklu, który nadal pozostaje jednym z hitów i „pozycji obowiązkowych”. W ogóle może warto zauważyć, że sama „reaktywacja” Teatru Telewizji spowodowała niemal „zryw narodowościowy”, bo nagle okazało się, że poniedziałkowy wieczór w większości przypadków ludzie spędzają przed ekranami telewizorów bynajmniej nie po to, żeby oglądać kolejny film sensacyjny, tylko właśnie spektakl teatralny. I nagle okazuje się, że są pokolenia, które właśnie na Teatrze Telewizji się wychowały, co jest swego rodzaju fenomenem.

Oczywiście, można zarzucić, że mówię tylko o zawężonej grupie teatromanów i co kogo teatr interesuje, jak za płotem jedna wojna, jeszcze dalej kolejna, a obok ludzie umierają w lasach. Nie chodzi o to, że ja tego nie zauważam, a twórcy teatralni mają to gdzieś – absolutnie! Teatr jest miejscem, które na bieżąco reaguje na to, co dzieje się wokół nas. Twórcy teatralni nie są zamkniętymi w bezokiennych najczęściej salach teatralnych, oderwanymi od rzeczywistości „zombiakami”. To wykształceni ludzie, którzy swoją sztuką, używając metafor, odnoszą się do świata i życia.

W polskim teatrze powstają produkcje, które odciskają swoje piętno na odbiorcy na lata. Wstrząsający spektakl Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję w reżyserii Mateusza Pakuły (koprodukcja Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie oraz Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach) podejmuje wciąż spychany na margines temat eutanazji ciężko chorych ludzi i „krucjaty” szpitalnej w walce o swoje zdrowie. Kontemplacyjne Balkony. Pieśni miłosne w reżyserii Krystiana Lupy (Teatr Polski w Podziemiu z Wrocławia) są o tym, że zawsze mamy do dyspozycji wycinek rzeczywistości, który zinterpretujemy według naszej wiedzy i doświadczenia. Elisabeth Costello. Siedem wykładów i pięć bajek z morałem w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego (Nowy Teatr w Warszawie) to wielowątkowe, filozoficzno-egzystencjalne rozważania o naszym świecie i o tym, jak na niego wpływamy (mówiąc najogólniej). Brawurowy monodram Pogo w reżyserii Kingi Dębskiej (Teatr Polonia w Warszawie) uświadamia nieprawdopodobny koszt psychofizyczny pracy ratowników medycznych. Dotarłam też w końcu na fantastyczną Wierę Gran w reżyserii Barbary Sass do Teatru Kamienica w Warszawie, żeby otrzeć się o niełatwą historię niezwykłej artystki. Dosyć interesujące okazały się propozycje z mniejszych teatrów – Dzieje grzechu. Opowiedziane na nowo w reżyserii Darii Kopiec o tym, co robią z nami uczucia (Teatr im. J. Modrzejewskiej w Legnicy) oraz Miarka za miarkę w reżyserii Szymona Kaczmarka o intrygach władzy (Teatr im. W. Siemaszkowej w Rzeszowie). Rozczarował mnie natomiast chaotyczny i niespójny Ulisses w reżyserii Mai Kleczewskiej (Teatr Polski w Poznaniu).

Warto wspomnieć jeszcze o jednej, niezwykle istotnej rzeczy. Są w polskim teatrze spektakle, grane do dziś z przerwami, które mają już status klasyki/legendy, na których też widownia jest zawsze pełna. W sezonie 2023/2024 odbył się dwusetny pokaz Rodzeństwa w reżyserii Krystiana Lupy (Narodowy Stary Teatr im. H. Modrzejewskiej w Krakowie, 28 lat po premierze), natomiast w Nowym Teatrze w Warszawie zagrano setny raz Anioły w Ameryce w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego (spektakl gościnny TR Warszawa, 17 lat po premierze). Wrócił też kolejny raz (19 lat po premierze) Krum w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego (koprodukcja TR Warszawa i Narodowego Starego Teatru im. H. Modrzejewskiej w Krakowie, grana w Nowym Teatrze w Warszawie). Dodatkowo Narodowy Stary Teatr od kilku lat regularnie kończy sezon Weselem w reżyserii Jana Klaty, który również zbliża się do setki wystawień.

Znów można zadać pytanie – po co? Dlaczego te spektakle nie są „wygaszane” i wciąż wracają do repertuaru jak bumerang? Po pierwsze dlatego, że wyznaczają pewne nie tylko standardy, ale też są to swego rodzaju „kamienie milowe” na teatralnej drodze w naszym kraju. Po drugie – nie straciły na aktualności. Rodzinne piekiełko, brak akceptacji nieheteronormatywności, samotność dojrzałego człowieka czy współcześnie odczytany Wyspiański – te spektakle zachwycają do dziś, są wciąż polecane, a nawet mają swoich fanów! Podejrzewam, że takim wciąż wznawianym widowiskiem stanie się też wspomniany już musical 1989, który historię odczytuje i podaje w sposób oszałamiająco trafny i przemyślany. Do tego wszystkiego mamy (wcale nieskandalizujące!) Dziady w reżyserii Mai Kleczewskiej (Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie).

Kiedy na koncert do Krakowa przyjechał kilka lat temu Sting, bilety rozeszły się bardzo szybko. Prawie 70-letni muzyk w świetnej kondycji dał koncert, złożony właściwie z samych hitów. Starsi przyszli powspominać, młodsi – zobaczyć go na żywo. Póki mogą (ja też byłam jedną z tych osób). Spektakle mają to do siebie, że możemy zobaczyć je „tu i teraz”, na żywo, a ich twórcy są nadal wśród nas – korzystajmy z tego. Kiedy w czerwcu 2017 roku w Krakowie był koncert Linkin Park, nikt nie przypuszczał, że będzie to jeden z ostatnich ich występów przed samobójczą śmiercią ich wokalisty Chestera Benningtona. Co to ma wspólnego z teatrem? To, że w tym sezonie zmarło dwóch ważnych twórców teatralnych: reżyser i dyrektor artystyczny Teatru Polskiego we Wrocławiu – Jan Szurmiej oraz aktor i reżyser Jerzy Stuhr. Jeden nie zrobi więcej spektakli, drugiego już nigdy nie zobaczymy na scenie. To, że jeśli interesuje nas jakaś dziedzina sztuka, szczególnie taka ulotna, jaką jest teatr – doświadczajmy go, póki możemy. Oglądajmy na żywo spektakle, które są dostępne „tu i teraz”, które tworzą przeżycia, ale też świadczą o artystycznych przemianach. Parafrazując klasyka: spieszmy się kupować bilety, tak szybko się rozchodzą!

The post Po co nam teatr? appeared first on Pro Libris.

]]>