Elżbieta Kuna-Kwiecińska Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/elzbieta-kuna-kwiecinska/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Fri, 05 Apr 2024 12:34:18 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Elżbieta Kuna-Kwiecińska Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/elzbieta-kuna-kwiecinska/ 32 32 Stylistka https://prolibris.net.pl/stylistka/ Tue, 19 Mar 2024 13:20:17 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=12312 Elżbieta Kuna-Kwiecińska

The post Stylistka appeared first on Pro Libris.

]]>

Elżbieta Kuna-Kwiecińska

Stylistka

Gabriela zajmowała się charakteryzowaniem zmarłych, odmawianiem różańca i śpiewaniem pieśni religijnych w kaplicach cmentarnych przed ceremonią wyprowadzania zwłok do pochówku. Praca przy nieboszczykach była dla niej zarówno ekscytująca, jak i rozwojowa. I choć będąc w otoczeniu nieżyjących, potrafiła konsumować z apetytem kiełbasę, nie oznaczało to, że popadła w rutynę. Do każdej osoby, która pożegnała świat doczesny, kobieta podchodziła bardzo indywidualnie i z pełnym szacunkiem. Ceniła sobie zasadę, że o zmarłych nie powinno mówić się źle. Mieszkańcy miasta, w którym mieszkała, nazywali ją nieelegancko: „babka od truposzy”. Ona mówiła o sobie z dumą: „stylistka martwych”.
Gabriela umiała umiejętnie zamykać swoim „klientom” otwarte usta i oczy nawet wtedy, kiedy byli już zupełnie zimni. Uwielbiała czesać im włosy w wymyślne fryzury. Bywało też, że farbowała im czupryny na przeróżne kolory. Przede wszystkim jednak potrafiła upiększać im lica makijażem. W tym była mistrzynią. Precyzyjny make-up przynosił olśniewające rezultaty. Nawet najbardziej oszpecona śmiercią twarz wyglądała jak żywa.
Z modlitwami za zmarłych było nieco inaczej. Kiedy w kaplicy cmentarnej odmawiała za nich swoim donośnym głosem różaniec, nie było czuć w nim takiej charyzmy jak jeszcze parę lat temu. Może dlatego, że ludzie nie doceniali, ile wkładała serca w modły, by przeprowadzić duszę zmarłą w spokoju na tamten świat i traktowali ją po macoszemu. Dla nich była ot Gabryśką, która za parę grosików ponoć tak solidnie klepnie różaniec, że nieboszczyk będzie miał niemal zaklepane miejsce w bożych szeregach. Kobieta będąc sam na sam z nieżyjącymi, bardzo lubiła udawać, że prowadzi z nimi dialog. Trochę bawiła się przy tym w aktorkę, lecz tylko po to, by umilić im ostatnie chwile przed pójściem do piachu. Oni nie mogli już nic zrobić ze swoim losem, tylko czekać, aż zostaną ulokowani w grobie, na którym będzie wkopany krzyż z danymi osobowymi i położone przez krewnych, przyjaciół, znajomych wieńce czy wiązanki ku – niby – wiecznej pamięci. A Gabriela, obserwując dzień w dzień cmentarną rzeczywistość, wiedziała, że te wszystkie wiąchy zielska w większości przypadków są jednorazowym aktem wyrażenia publicznie bólu po stracie bliskiego bądź mniej bliskiego człowieka. Że zanim zdążą zgnić kwiaty, prawie nikt o nim nie będzie pamiętał. Przyjdą do niego żywi może na Wszystkich Świętych, Boże Narodzenie, Wielkanoc… Z każdym rokiem coraz rzadziej i rzadziej… Takie to smutne czasy nastały – westchnęła.
Gabriela, choć głęboko wierząca w Boga, miewała chwile zwątpienia. Nie raz myślała, tak na chłopski rozum: czy po śmierci rzeczywiście istnieje życie, skoro żaden ze zmarłych nie zstąpił na ten ziemski grajdoł, by opowiedzieć, jak tam jest? Przecież gdyby tutejsi ludzie zostali poinformowani przez jakiegoś łącznika z zaświatów, że naprawdę istnieje piekło i raj, byliby lepsi. Mając niezbity dowód na istnienie Szatana i Boga, a co za tym idzie na pewność, iż istnieje kara i sprawiedliwość za postępowania w życiu doczesnym, naprawialiby samych siebie i postępowali według bożych przykazań. Przecież to jasne jak setki słońc, że nikt nie chciałby smażyć się na ogniu, błagając o kroplę wody. Ale tu musiałby dotrzeć ktoś, kto kiedyś żył na tym globie. I to w postaci cielesnej. Nie inaczej. Mistycy i wizjonerzy, to przecież żadni świadkowie. A jeśli założyć, że życie pozagrobowe na pewno istnieje, to czy jedne dusze zmarłych nie przygniatają się pod ciężarem innych dusz i umierają tak jak ciała? Królestwo Niebieskie, choć zapewne duże, też przecież musi mieć swoje granice. A może jest ono zupełnie małe? Tak maleńkie jak orzech włoski, a mimo to może się w nim pomieścić cała ludzkość? Dla Boga nie ma przecież rzeczy niemożliwych. Ale jak to jest istnieć wiecznie? Jak upływa w niebie czas? Czy z jego biegiem nie będzie można zanudzić się życiem na śmierć?
Kobieta utonęła w morzu nieposkładanych i targających jej sumienie myśli, a praca na nią czekała. Ocknęła się, poprawiła opadłe na samą końcówkę nosa okulary, wstała z ławki i ruszyła ciężkim krokiem do leżącej na katafalku dwudziestopięcioletniej kobiety, którą w przeciągu czterech miesięcy wykończył glejak wielopostaciowy. Podsunęła sobie krzesło przed trumnę, usiadła na nim tęgim pupskiem i śpiewając: „Piekarz musi zaś pracować, by nie brakło chleba, Anioł Stróż pilnuje duszy, by poszła do nieba”, przypudrowała młodej damie twarzyczkę, żeby nabrała kolorytu i nie wyglądała przeraźliwie kredowo. Potem wzięła paletę z cieniami do makijażu i położyła jej na powieki trochę seledynu, lilii oraz błękitu, które świetnie komponowały z barwną, w deseniu tęczy, żorżetową sukienką. Brwi podkreśliła węglem drzewnym, żeby pasowały do peruki imitującej wiernie jej czarne jak heban, naturalne włosy, a usta podbarwiła delikatnie surowym burakiem.
– No! Teraz wyglądasz idealnie, Jagódko! – krzyknęła z radością dumna z siebie Gabriela. – Masz buzieńkę jak u modelki, panie. A i figura w tej łaciatej kiecce jest niezła sobie. Bo ci gnaty z chudości nie sterczą. Możesz startować w niebiosach do konkursów piękności. Nikt cię nie prześcignie, ptaszyno. Spójrz jaka jesteś odstrzelona, panie! – Kobieta przystawiła umarłej do twarzy lusterko. – Widzisz? Wyglądasz teraz jak jakaś bogini.
Gabriela zatarła ręce, odsunęła nimi grzywkę u peruki Jagody, pocałowała dziewczynę w czoło, zaczesała starannie treskę swoim czyściutkim grzebieniem bez kilku szczebli i z powrotem przycupnęła na krześle.
– Ach, moja droga! – zwróciła się do nieboszczki. – To ci Jezusiczek kawał wywinął. Ty jesteś zbyt młoda, by stąd odchodzić. Coś ty się tym swoimi życiem nacieszyła? Ni w ząb, panie. Operacja na twojej głowie nie przyniosła pomyślnych rezultatów. Jeno ci mózg doktorzy poharatali. A ileż ty się przy tym choróbsku nacierpiałaś… I za co? Przecież byłaś samo dobro. Oj Boże, Boże, cóżeś ty uczynił najlepszego… Ażeby te wszystkie pijackie moczymordy odleźli z tego padołu, co to egzystują od balangi do balangi i świadomie rujnują własne zdrowie! Albo zbiry, którzy mordują, rabują, oszukują, a po wyjściu z ciupy robią to samo. Tylko po takich kostucha nie chce przychodzić. Pewnie sama ich się boi. A ty kochaniutka? Gdzie się teraz podziewasz? Czy jeszcze ciebie kiedyś zobaczę?
Kobieta posmutniała. Znów pogrążyła się w myślach. Nagle zobaczyła, że Jagoda podnosi się w trumnie do pozycji siedzącej i zaczyna do niej przemawiać.
– Nie martw się o mnie, proszę! Jestem już tam, gdzie nic mnie nie boli i nie trapi. Oglądam ziemię z góry i jak patrzę na to parszywe miejsce, to jednego żałuję.
– Czego? – zapytała przestraszona i zdezorientowana Gabriela. Zimny pot oblał jej ciało. Zaczęła się telepać.
– Nie bój się! Przecież znasz mnie od zawsze. Żałuję tego, że nie umarłam wcześniej – powiedziała dziewczyna, śmiejąc się od ucha do ucha.
– Wcześniej? Przecież ty jesteś bardzo młodziutka, panie!
– Gdybym umarła jako dziecko, byłabym już od kilkunastu lat w niebie, w którym jest cudownie! Takich wspaniałych doznań jak tutaj człowiek na ziemi nie jest w stanie doświadczać. Nawet gdyby miał setki zmysłów.
– Naprawdę? To dlaczego Bóg nie pozwala nikomu zejść na dół i opowiedzieć jak jest u góry?
– To nie tak! Stwórca na to pozwala. Może to nie do wiary, ale my w niebiosach też mamy wolną wolę. Tylko nikt, kto się tutaj dostał, nie chce nawet na moment wrócić na ziemię.
– Jak to?
– Po co? Żeby znów mieć do czynienia z grzechem? Z idylli powrócić na łono zła? Zresztą… Gdyby ludzie ujrzeli nas ponownie, usłyszeli od naocznych świadków, iż niebiosa to nie fikcja literacka, zmieniliby się na korzyść? Jaką moglibyśmy mieć gwarancję, że nie próbowaliby nas zabić, by przekonać się, czy możemy jeszcze raz umrzeć? Zapewne dalibyśmy im sposobność do popełniania kolejnych zbrodni. Na świecie działoby się jeszcze gorzej niż do tej pory.
– A czy byliby w stanie zabić przybyszy z nieba? Czy to możliwe, panie? – spytała Gabriela.
– Nie! Tylko to nie zmienia faktu, że człowiek w imię zaspokojenia swoich żądzy często staje się zezwierzęcony i posuwa do czynienia okrutnych rzeczy.
– Czy tylko na naszej planecie żyją ludzie?
– Nie! Ziemia jest jedynie plamką w kosmosie. W ogromnej czasoprzestrzeni zaprojektowanej przez Stwórcę żyje mnóstwo istot, które funkcjonują identycznie jak ziemskie.
– W takim razie jak duże jest Królestwo Niebieskie? Gdzie się znajduje i jak mieszczą się w nim ci, którym było dane do niego trafić? A może tam prawie nikt nie mieszka?
– Królestwo Boże jest nieskończone. To przestrzeń, której człowiek nigdy nie będzie w stanie zbadać i nigdy za życia tam nie dotrze, gdyż ono leży poza Wszechświatem. Choćby z biegiem lat nastąpił przeogromny postęp w nauce i technice, choćby rzesze naukowców i badaczy głowiły się nad rozwiązaniem zagadnienia jego tajemnicy, nikt tego nie uczyni. Nikomu to się nie uda!
Gabriela przetarła oczy, otworzyła je i zaczęła nerwowo spoglądać na trumnę. Jagoda leżała w niej nieruchomo. Kobieta zorientowała się, że ucięła sobie drzemkę, a to, co przed chwilą usłyszała z ust nieżyjącej, to był tylko sen. A jeśli tam u góry jednak nic nie ma? Gabrielę zakuło mocno serce. Wpadła w panikę na myśl, że mogłaby zostać zakopana w ciemnym dole i powoli skonsumowana przez robale. Te wszystkie glizdy, muchówki, kowale bezskrzydłe czy maskurki cmentarne
Jakże straszne byłoby takie zakończenie – pomyślała. Bała się. Po raz pierwszy poczuła potworny lęk przed skończonością życia. W myślach przebrnęła przez nie całe. Przez dzieciństwo, młodość, wiek średni… Aż do dzisiaj, kiedy jest babcinką. I aż do wczoraj, kiedy była babcią jeszcze żyjącej Jagódki. Czy niebo istnieje? Czy spotka się w nim ze swoją ukochaną wnuczką?
Jej rozterki przerwał huk. Z dłoni Jagody wypadła na podłogę książeczka do nabożeństwa, a wraz z nią obrazek z wizerunkiem Boga Ojca zasiadającego na tronie. Gabriela pochyliła głowę i zrobiła znak krzyża. Już nie odczuwała trwogi. Już znała odpowiedź.

Tomasz Daiksler, Ikona Chrystusa Pantokratora, tempera, deska, złoto

The post Stylistka appeared first on Pro Libris.

]]>
Anorexia od czerwonych porzeczek(fragment powieści) https://prolibris.net.pl/anorexia-od-czerwonych-porzeczekfragment-powiesci/ Mon, 20 Feb 2023 16:55:38 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=6853 Elżbieta Kuna-Kwiecińska

The post Anorexia od czerwonych porzeczek(fragment powieści) appeared first on Pro Libris.

]]>

Elżbieta Kuna-Kwiecińska

Anorexia od czerwonych porzeczek

(fragment powieści)

 

 

31 maja 1991 roku

Julia

Julia była jedną z moich czterech przyjaciółek. Nie takich zwykłych do tańca i do różańca. Była z tych na śmierć i życie.

Zawsze umiarkowana w obchodzeniu się przy kwestiach, które dla mnie nie stanowiły momentu wahania, by użyć szarych komórek na głupoty, a potem zbierać konsekwencje ich nadużycia.

Miała dystans do siebie samej. Lubiła wdawać się w poważne dyskusje, ciągnąć kogoś za słówko, rzeknąć swoje słowo i przemyśleć je jak stary góral.

Być może dlatego, iż posiadała trzy starsze siostry, była obeznana w tematach, które nasi popeerelowscy rodzice trzymali przed dziećmi jak kasę w sejfie zamkniętą – według nich – na nieodszyfrowany szyfr…

To Julia nauczyła mnie tajemnicy poliszynela i obłudy świata.

Kiedy w wieku bitych szesnastu lat nie wiedziałam, czym jest dokonanie gwałtu na kobiecie przez mężczyznę, sądząc, że polega on na tym, iż jakiś frajer przytuli babkę mocno bez jej zgody do swojej klaty macho, albo skradnie jej niewinnego buziaka w ślepej uliczce, a potem zniknie jak „miszcz” gwałtownego znikania… Julka wytłumaczyła mi, na czym to wszystko polega i że za „tego całusa” można beknąć ładnych parę albo paręnaście lat w kiciu.

Lubiła matkować: Ubierz się ciepło, bo zmarzną ci na ostro jajniki. Te sandały na koturnie pasują do szczytu Tatr jak wielbłąd do nie-garbu, ta spódnica jest zbyt wąska, by nie roztrzaskać sobie kolan na zbitą papierówkę itp.

Wczesnym latem w 1990 roku odradziła mi umówienia się na randkę z pewnym dupkiem, który co prawda mądrością bardzo nie grzeszył, lecz w oczach młodych lasek uchodził za numerek „łan”, gdyż urodę miał wartą grzechu.

Nie posłuchałam jej za nic w świecie. Jak zwykle zrobiłam po swojemu.

Wystroiłam się bardziej niż „ta lala”. Dosłownie jak 150 lal z okładek poczytnych magazynów mody. Nowe buciki we wściekłym szkarłacie na obcasiku – kaczuszce, suknia wyprofilowana – przylegająca obciśle do ciała i wpasowana w styl projektantów mody od Cindy Crawford, make-up z francuskiego żurnala komponujący idealnie z wystającymi kośćmi policzkowymi Claudii Schiffer. Wyrazisty, wyostrzony, nieco przegięty… Szczerze rokujący szansę na to, że z tej randki wykluje się tzw. chodzenie ze sobą.

Niestety „pustak” olał mnie gorzej, niżby ktoś mógłby kogoś olać mętnym moczem. Nie zjawił się na nasze rendez-vous. Czekałam ponad godzinę, intensywnie myśląc: Z pewnością coś istotnego mu wypadło. Pewnie, że coś musiało się stać! Ej tam! Czym ja się w ogóle zamartwiam… Kwadrans studencki przysługuje normalnym ludziom, tak jak podejrzanemu prawo do milczenia.

Piętnaście minut minęło niczym lekki wietrzyk, a ja myślałam dalej… Może koleś zachorował na wymiociny, może mama kazała mu wynieść śmieci, może tata poprosił o wykręcenie śrubki ze spróchniałej półki w piwnicy, może młodszy brat wyżebrał pomoc w odrabianiu matmy, może babcia uczy go, jak robić sweter na drutach, może…

Kurwa! Dopiero w sześćdziesiątej drugiej minucie warowania pod Bramą Piastowską niczym wierny pies, zrozumiałam, że dupek mnie wystawił.

Wyszło na to, że Julia miała rację. Zresztą nie pierwszy i nie ostatni raz.

Rozmarzyłam się we wspomnieniach.

– Wchodzisz czy zostajesz za drzwiami? – zapytała.

– Wchodzę, wchodzę, wchodzę – wyśpiewałam w rytmie Kapitańskiego tanga. Wiedziałam bowiem, że za tymi drzwiami czeka mnie jak zwykle świat pełen szalonych pomysłów i nierozsądnych zdarzeń.

– Wchodź, wchodź – wyrecytowała.

Eliza i Marta są już w środku. Na szczęście one nie należą do typu osób, którym trzeba wysyłać karetę…

 

Marta

Marty wszędzie było pełno. To był talent do obracania się w towarzystwie. Miała bardzo ładną twarz. Orzechowe oczy, ciemne wyraziste brwi i cudny pieprzyk na prawym policzku. Seksowny i bardzo modny. Taki do typowego pozazdroszczenia. Kiedy wylewała uśmiech, w polikach robiły się zabawne dołeczki, a zęby jak perełki lśniły mocno mocnym blaskiem. Gdyby nie ta solidna pupa, wydatne biodra i masywne nogi w czasach, gdy królowały dziewczyny o rozmiarach: 90 – 60 – 90, Marta miałaby powodzenie jak Catherine Zeta-Jones i z pewnością byłaby rozchwytywana przez wszelkie media.

Przez wzgląd na tak zwane puszyste ukształtowanie ciała nie należała do tych dziewczyn, za którymi faceci wodzą intensywnie wzrokiem i są tak gotowi na konsumpcję „babki”, aż ślina im cieknie po podbródku. Mimo to Marta i tak dorastała w świecie mężczyzn.

Miała przy sobie wielu kumpli, z którymi balowała, wariowała i „kradła konie”. Podkochiwała się od czasu do czasu w jakichś przystojniakach, lecz bez wzajemności. Pozwalała im na niewinne buziaki i przytulańce w parku pod gęstymi drzewami, albo w miejscu, gdzie żadne postronne oczy nie mogły przyjrzeć się jej intymności, by potem roznosić plotki tak intensywnie, jak listonosz kartki świąteczne w okresie Bożego Narodzenia.

Jej chęć pieszczotliwości z płcią przeciwną była normalną reakcją dorastającej kobiety podyktowaną potrzebą odczuwania ciepłego dotyku z nadzieją, iż w końcu pojawi się ten ktoś, który zechce utulić na stałe jej wdzięki.

Gdy miłością nie iskrzyło, nic sobie z tego nie robiła. Przechodziła nad tym do porządku dziennego, tłumacząc sobie, że widocznie „ten” ktoś nie był jej wart.

Była ogólnie lubiana. Umiała żartować i śmiać się do rozpuku nawet wtedy, kiedy inni stroili z niej żarty. Przyjmowała to z pogodą ducha, na luzie, bez obrażania się i jakichkolwiek pretensji. Dla niej najbardziej istotne było to, iż znajdowała się wtedy w centrum uwagi, że mogła czuć bijące pełnią pozytywnych emocji serce i dawać upust szczerej radości.

Co charakterystyczne – nie zamartwiała się tym, co będzie dziś czy jutro. Jej młodzieńczym mottem było słynne Carpe diem. Ona cała była wiernym przykładem z poezji Horacego: „Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują bogowie…”.

Pewnego listopadowego dnia w 1990 roku Marta zwierzyła się mi, że „fizyca” zadała tak trudne zadania do rozwiązania na domówkę, iż kompletnie nie umie sobie z nimi poradzić. Próbowałyśmy razem coś wymyślić. Ani rusz – nie dało rady. Wychodziło masło potrójnie maślane. Więdnące długopisy w obolałych od pisania palcach traciły tusz i przestawały z nami współpracować. Rozpaczliwie szukałyśmy wyjścia z sytuacji, lecz sytuacja była jasna: Z labiryntu rzadko komu udaje się znaleźć wyjście. Wtedy zobowiązałam się, że załatwię jej u sąsiada poprawny wynik. Chłopak był „kuty” z przedmiotu. Chodził na korki do jednego z najlepszych belfrów w mieście.

Zapukałam do drzwi Cezarego, przedstawiłam temat, zgodził się bez wahania. Miał całe trzy dni na wykonanie dzieła. Obiecał – nie zrobił.

Zadania z poprawnym rozwiązaniem miałam dostarczyć Marcie rano przed szkołą na pół godziny przed jej lekcją fizyki.

Szłam na spotkanie cała zaryczana, że ją zawiodę. Twarz opuchnięta po niewyspanej nocy wyglądała tak żałośnie, jakby ktoś napompował mi ją pompką do roweru. Nogi nie chciały iść do przodu. Uginałam się pod nimi, jakbym wychlała jednym duszkiem butlę wina „Kordiał”, by utopić w nim smutki, jak czynił to rasowy żul. W mózgu szumiał tragiczny scenariusz: Marta obrazi się na pięć śmierci, zacznie lamentować, oskarży mnie o celowość działania na jej szkodę, przestanie chcieć widywać, będzie tupać nogami albo odejdzie bez słowa na pięcie, zakończając definitywnie przyjaźń…

Przecież zdawałam sobie jasno sprawę, że za brak zadania domowego dostanie na bank pałę, a ja tę pałę będę mieć na swoim „niewdzięcznym” sumieniu.

A ona jak zwykle z uśmiechem na ustach poklepała mnie po ramieniu i powiedziała:

– Nie becz, bo zaraz ja zacznę beczeć. Przestań chcieć tłumaczyć się z gnojka, który nas wykręcił jak przepaloną żarówkę ze starego żyrandola. To nie twoja wina. Chciałaś jak najlepiej. Odpiszę sobie zadania od jakiegoś dupcia z klasy. Da mi je zwalić bez problemu. Mrugnęła sugestywnie oczkiem, aż spadła jej rzęsa na policzek. Od czego są w końcu parapety w budzie?

To była cała Marta. Dziewczyna, która zawsze umiała znaleźć cudowny środek.

Rysunek wykonany i wycieniowany ołówkiem. Stoi na nim kobieta z kokiem na głowie. Jej tułów jest w szaro białe paski. W tle za nią unoszą się balony podróżnicze.

The post Anorexia od czerwonych porzeczek(fragment powieści) appeared first on Pro Libris.

]]>
Konfesjonał nie rozgrzesza (fragment powieści) https://prolibris.net.pl/konfesjonal-nie-rozgrzesza-fragment-powiesci/ Mon, 20 Feb 2023 16:34:46 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=6823 Elżbieta Kuna-Kwiecińska

The post Konfesjonał nie rozgrzesza (fragment powieści) appeared first on Pro Libris.

]]>

Elżbieta Kuna-Kwiecińska

Konfesjonał nie rozgrzesza

(fragment powieści)

 

Kobieta usiadła za swoim biurkiem w Urzędzie Skarbowym. Zamyśliła się. Ubolewała nad tym, że przyczyną śmierci jej rodziców był jedynie „niewinny” czad ulatniający się z pieca kaflowego w ich sypialni, który w dodatku jest substancją bezwonną, a nie – jak sądziła – zapachową. Jak mogłam być tak głupia, żeby tego nie wiedzieć? – pytała samą siebie. Cóż! Z chemii zawsze byłam lipna. Niech to szlag! – zaklęła pod nosem. Wygląda na to, że moi starzy nie mieli najmniejszych szans, by poczuć choćby we śnie, jak pachnie ich własna śmierć. Powinni umrzeć w najgorszych mękach, a to był tylko bezbolesny, niedokuczliwy tlenek węgla – walnęła pięścią w poręcz krzesła. Wolałaby, żeby siłą sprawczą ich odejścia z ziemskiego padołu było choćby zatrucie gazem. On kojarzył się przecież z obozem koncentracyjnym. Niejednokrotnie, jeszcze za życia rodziców przychodziło jej na myśl, że tam powinni zdechnąć zaraz po tym, jak przyszła na świat w tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim roku. Uważała, że gdyby wychowywała się w przytułku, miałaby lepiej niż w domu bezdusznych hipokrytów, którzy modlą się za nienarodzone dzieci, a sami je zabijają. Może tam, wbrew opinii ogólnej o sierocińcach, czułaby gorączkę ludzkich serc? Teraz przypomniała sobie, że podczas ceremonii pogrzebowej swoich starych w jej głowie rodziły się pytania: I jak to się stało, że któreś z rodziców odkręciło kurki od kuchenki gazowej i nie zakręciło gazu? Jak mogli nie poczuć uwalniającej się trucizny? Twarz Jadwigi rozpromieniła się. W tym rozpromienieniu tkwiła jakaś nienormalna szczęśliwość. Kobieta rozchyliła szeroko usta, wystawiając na światło dzienne białe zęby, na których osadziła się bordowa pomadka. Opuszkami palców wystukiwała na blacie biurka takt dwie czwarte, po czym wirowała górną partią ciała w rytm muzyki, którą słyszała w umyśle, jakby poruszała się w diabolicznym tangu. Zamknęła oczy i odleciała w świat fantazji.

Widziała, jak jej matka odkręca jedną z gałek gazówki. Sięga po czajnik. Nalewa do niego wodę z kranu. Zamierza postawić go na płycie, lecz tego nie czyni. Czyjeś pukanie do drzwi sprawia, że wychodzi z kuchni na korytarz. Jest już po godzinie dwudziestej trzeciej. Czuje równocześnie niepokój, lęk i adrenalinę. Woła ojca. Ku ich zdziwieniu w progu domu stoi mały, zziębnięty chłopczyk. Błagalnym głosem prosi o coś do jedzenia. Ojciec nie ma nad nim litości. Chwyta dzieciaka za ubranie i wyprowadza z posesji, grożąc palcem. Matka wrzeszczy, żeby nigdy już nie kręcił się na ich włościach, bo wezwie milicję. W dali słychać głośny płacz malca. Rodzice wchodzą do domu. Kładą się spać. Gaz ciągle się ulatnia. Rano są zimni i sztywni. Z charakterystycznym, zastygniętym grymasem na twarzach. Sztucznym, a zarazem tak komicznym, że wyglądają jak para błaznów. Nieprzyjemny propan-butan, którego się nawdychali, to nie to, co delikatny tlenek węgla…

Jadwiga chciała wierzyć w swój wymyślony scenariusz, że matka własną ręką zgotowała sobie i ojcu śmierć. Nie mogła pogodzić się z faktem, że to jedynie los „połechtał” ich czadem i wpakował do piachu. Otworzyła oczy i wpadła w głośny, ironiczny śmiech. Śmiech, który brzmiał jak spazm osoby obłąkanej. Za chwilę rozpłakała się. Nałożony na rzęsy tusz spłynął po jej policzkach.

– Wszystko w porządku, pani kierowniczko? – jedna z pracownic weszła zaniepokojona do gabinetu szefowej.

– Tak. A co miałoby być nie w porządku? – odrzekła. Otworzyła księgi rachunkowe i zaczęła nanosić do nich liczby.

 

Grażynka

Niemożność zajścia w ciążę przez długie lata małżeństwa wywarła ogromny wpływ zarówno na świadomość, jak i podświadomość Jadwigi. Świadomie mówiła: Nie panikuj. Wszystko jest dobrze. Podświadomie wrzeszczała: Panikuj! Wszystko jest gorzej niż źle! Największa trwoga, że być może już nigdy nie zostanie matką, ogarniała ją wtedy, gdy widziała, jak inne kobiety pchają dumnie wózeczki ze swoimi pociechami, spędzają z nimi kreatywnie czas na placu zabaw, spacerują, trzymając silnie ich małe rączki w swoich dłoniach… Wtedy u Jadwigi wyzwalał się tak silny instynkt macierzyński, że zamiast cieszyć oczy widokiem szczęścia innych matek, dostawała szału. Trzęsła się z nerwów i mocno pociła. Niemal natychmiast stawała się tak mokra, jakby ją skropił obficie deszcz. Dlatego zawsze w torebce nosiła silne leki uspokajające, żeby w razie sytuacji stresogennej umieć zapanować nad emocjami.

Marzyła jej się córeczka. Pragnęła ubierać ją jak księżniczkę. W jedwabne i koronkowe sukieneczki z prawdziwymi perłami, spódniczki z haftami richelieu… Chciała zawieszać jej na szyję korale. Nie takie banalne z plastiku, jakie noszą przeciętne dziewczynki, lecz te z najcenniejszych bursztynów bałtyckich – sukcynitów, albo takie bardzo eleganckie – z ciemnego granatu… Dekorowałaby jej uszy złotymi kolczykami i klipsami z brylantem, szafirem, szmaragdem, rubinem, cymofanem, morganitem… Czesałaby swoją ślicznotkę w kitki, warkocze, kucyki, kłoski, koczki… A potem przystrajałaby te fantazyjne fryzury stokrotkami albo drobnymi różyczkami… Jadwiga chciała uczynić wszystko, żeby jej dziecko wyróżniało się wizualnie na tle innych dzieci. Mogła sobie na to pozwolić. Jej rodzice – Regina i Remigiusz, odchodząc z tego ziemskiego padołu, pozostawili po sobie mnóstwo kosztowności. To był prawdziwy skarbiec warty krocie. Cóż z tego? – zapytała samą siebie. Matka i ojciec podarowali jej wiele wartościowych pamiątek rodzinnych z zaznaczeniem, że są one dla niej i jej potomnych, a jednocześnie z pełną świadomością „okradli” ją z potomstwa. To brzmiało jak paradoks.

Mijały dni i miesiące. Mijał rok, a po nim kolejny. Jadwiga powoli zaczęła godzić się z myślą, iż nie wyda na świat własnego dziecka. Uznała, iż lepiej „zaprzyjaźnić się” z tym stanem, niźli robić sobie złudne nadzieje, a w związku z tą ułudą popadać w coraz większą destrukcję. Ostatecznie wspólnie ze swym mężem Emilianem podjęła decyzję o adopcji. Staranie się „o przydział” – jak to nazywała – nieswojego dzieciaka, wiązało się z przejściem przez różne procedury socjalne i prawne, a co za tym szło, z ciągłym czekaniem.

Jednakże jak ogólnie wiadomo, życie pisze różne scenariusze i kiedy w trzydziestym piątym roku swojego istnienia Jadwiga nieoczekiwanie stała się ponownie brzemienna, jej świat został przewrócony – in plus – do góry nogami. Wiedziała, że musi dmuchać i chuchać na płód, by nie doszło do samoistnego poronienia. Nie była już przecież pierwszej młodości, jeśli brać pod uwagę macierzyństwo, choć jak na panią we wczesnym średnim wieku prezentowała się bardzo dobrze. Nikt nie dawał jej więcej jak dwadzieścia siedem, dwadzieścia osiem, góra – dwadzieścia dziewięć lat. Kobieta rzadko nakładała na twarz kremy, maseczki bądź jakiekolwiek mikstury zatrzymujące nieunikniony proces starzenia się. Po prostu takie miała geny. Nie musiała nic robić, aby wyglądać na niedotkniętą czasem. Z tego względu nie było widać różnicy wieku pomiędzy nią a jej o cztery lata młodszym małżonkiem, który mając trzydzieści jeden, wyglądał na kogoś, kto tyleż właśnie sobie liczy. Jadwiga niejednokrotnie była zapytywana przez koleżanki, czy nie obawia się mieć przy swoim boku młodszego faceta.

– Wiesz, Jadzia – znajoma z pracy o imieniu Barbara wtrąciła swoje pięć groszy. – Bycie z dużo młodszym mężczyzną to ryzyko. Teraz jakoś się trzymasz, ale gdy przybędzie tobie cyferek na karku, a i twarz zrobi się pognieciona, to nie wiadomo, czy twój mężuś nie będzie robił jakichś boków.

– Mój Emilian nie jest ode mnie dużo młodszy – odpowiedziała z sarkazmem w głosie. – Wolę młodego byczka niż takiego starego byka jak twój Wacio, który ogłada się za szesnastkami z puszkiem nadziei, że mrugną mu oczkiem.

– No wiesz co, Jadźka? Nie znałam cię z tej strony. Ja tylko sobie żartuję, a ty bezpodstawnie atakujesz mojego Wacława.

– Nie atakuję, tylko stwierdzam fakty. A jeśli nawet mój mąż będzie się kiedyś oglądał za młodszymi ode mnie, to z pewnością nigdy nie za tobą. Bo ty choć dopiero przed trzydziestką, wyglądasz tak, jakby ci co najmniej czterdziestka stuknęła.

– To bezczelność z twojej strony. A robisz z siebie taką świętoszkę. Jesteś lepsza niż Świętoszek Moliera. Gdyby nie różnica przestrzeni wieków, byłabym skłonna pomyśleć, że zadedykował go tobie. – Barbara czuła intuicyjnie, że jest jeden do jednego.

– Dziewczyny, przestańcie się kłócić! – zwróciła koleżankom uwagę Izabela. – Złość przecież piękności szkodzi.

– Piękności jak piękności… – Jadwiga wzięła głęboki oddech. – Oby nie zaszkodziła mojemu dziecku.

– Co?! – Barbara i Izabela krzyknęły równocześnie. – Spodziewasz się potomka?

– Chyba wreszcie Bóg mnie wysłuchał.

Ciąża Jadwigi przebiegała prawidłowo niemal do momentu rozwiązania. Problemy pojawiły się przy samym porodzie, który trwał prawie dwadzieścia godzin. Kobieta była bardzo osłabiona. Nie potrafiła przeć. Przeraźliwy ból odbierał jej resztki sił. Gryzła paznokcie. Kaleczyła do krwi opuszki palców. Jęczała i darła się wniebogłosy. Nagle ucichła. Kręciło jej się w głowie, miała wrażenie, że za chwilę straci przytomność. Już nawet zaczęło robić się jej błogo, gdy poczuła uderzenie w twarz i donośny, altowy głos:

– Niech pani prze, bo dziecko się udusi! – Położna jeszcze raz uderzyła ją w policzek. – Proszę przeć, bo dziecko umrze!

– Nie mogę. – Jadwiga ledwo co wycedziła słowa.

– Przyj! – krzyczała położna, wiedząc, że należący do rzadkich przypadków poród, kiedy dziecko ustawione jest nóżkami w stronę kanału rodnego, jest jednym z najcięższych. – Przyj, do cholery, kobieto, bo będzie za późno! Proszę! Jest już blisko!

– Nie mam sił.

– Przyj! Na litość boską! Słyszysz? To jest dziewczynka! Dasz radę! Dacie radę! – W głos położnej wkradła się nuta rozpaczy.

Kiedy kobieta usłyszała słowo: dziewczynka, wstąpiła w nią potężna, jakby nadprzyrodzona moc. Wydarła z siebie krzyk: Moja kochana córeczko! Chcę cię mieć przy sobie! Po kilku sekundach przyszło na świat dziecię o imieniu Grażynka.

Dziecina ważyła zaledwie dwa kilogramy i dziewięćset gramów. Wyglądała dziwnie, a nawet śmiesznie, gdyż na całej jej główce znajdowały się liczne pęcherze wypełnione treścią surowiczą. Tylko jeden „włos” dzielił ją od tego, by nie przywitała porannego słońca i życia, lecz widocznie los chciał inaczej. Pierwszego marca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego roku był dla Jadwigi jak szczęśliwa gwiazda.

 

The post Konfesjonał nie rozgrzesza (fragment powieści) appeared first on Pro Libris.

]]>
Konfesjonał nie rozgrzesza (fragment powieści) https://prolibris.net.pl/konfesjonal-nie-rozgrzesza/ Wed, 07 Dec 2022 15:16:22 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=4978 Elżbieta Kuna-Kwiecińska

The post Konfesjonał nie rozgrzesza (fragment powieści) appeared first on Pro Libris.

]]>

Elżbieta Kuna-Kwiecińska

Konfesjonał nie rozgrzesza

(fragment powieści)

Jadwiga

Jadwiga zaszła w ciążę, gdy miała szesnaście lat. Oddała się o trzy lata starszemu koledze ze szkoły podstawowej, w którym od zawsze była zakochana i święcie wierzyła, że bliskość ich ciał połączy ich serca. Koleżka nie miał w planach spędzić z nią wspólnego życia, uznając, że pakowanie się w pieluchy to zupełnie nie jego bajka. Dla niego właśnie nadszedł czas używania, a nie tracenia życia, stąd na ojcostwo – jak twierdził – był stanowczo za młody. Zresztą Jadwiga, choć atrakcyjna, nie była w jego typie osobowościowym. Brała wszystko zbyt poważnie, a im bardziej patrzyła na niego maślanymi oczami, tym bardziej on się od niej oddalał.

Felicjan, bo tak brzmiało imię chłopaka, wyrwał Jadwigę na jednorazowy seks, a po orgazmie umył od wszystkiego ręce, nie powiedziawszy nawet przepraszam. Pozostały po nim: nostalgia, pustka, śpiew wróbli za oknem i życiowy bagaż.

Kiedy Jadwiga nie dostawała oczekiwanej miesiączki, a poranne wymioty wyrzucały z gardła nawet jej ulubiony twaróg wiejski z kremową śmietaną, zapukała do sypialni rodzicieli i zakomunikowała, że najprawdopodobniej jest brzemienna.

Bardzo religijni państwo Regina i Remigiusz Mulerscy, stojący zawsze w pierwszych ławkach kościoła podczas mszy świętej, mający bardzo dobre koneksje z duchownymi, zareagowali trzeźwym umysłem: Boże! Boże! Jaki wstyd! Jak mogłaś? Zrujnujesz nas! Puścisz z torbami! Czy ty wiesz, co będą gadać ludzie? Nie możesz mieć dzieciaka! Trzeba to jak najszybciej usunąć… Jadzia szlochała:

– Nie chcę! Chcę urodzić! Chcę być matką!

Zamieszkiwali w liczącej sobie ponad dwa tysiące mieszkańców wiosce Zmierzchowo, w której plotki rozsiewają się jak samosiejka. Ten skandal mógłby przeszkodzić im w interesach handlowych i zepsuć reputację wśród lokalnego społeczeństwa. Mieli przecież własną, bardzo dobrze prosperującą małą rzeźnię i sklepik mięsno-wędliniarski, w którym sprzedawali swoje wyroby. Biznes szedł im nieźle, zważywszy na to, że zjeżdżali się do nich licznie klienci z pobliskich, małych i dużych miejscowości.

We wsi Gniazdkowo, położonej w odległości około stu kilometrów od miejsca, w którym znajdował się ich dom, znaleźli „doświadczoną akuszerkę”. Wiejską babkę w chustce na głowie, w wymiętym fartuchu i śmierdzących okrutnie potem buciorach na cholewkach, która nie posiadała elementarnej wiedzy medycznej. Mulerscy nie liczyli się z konsekwencjami swojej decyzji. Dla ratowania wizerunku ryzykowali tym, że ich córka przez powikłania poaborcyjne może już nigdy nie zostać matką. Ba! Może nawet umrzeć z powodu tych powikłań.

Kiedy przybyli na miejsce, „doktorowa” Kazimiera Jastrzębek wprowadziła ich do jednej z izb służącej jako – jak to nazwała – jej „gabinet kosmetyczny” i nakazała nastolatce położyć się na specjalną, bo z dorobionymi poręczami, metalową pryczę dla pacjentek, zaścieloną białym płótnem. Podmyła dziewczynę mocno ciepłą wodą i w tych niesterylnych warunkach zaproponowała rodzicom trzy sposoby usunięcia płodu. Mulerscy mieli do wyboru: cewnik, patyk okręcony gałganem albo nożyce.

– Więc tak – rzekła kobieta. – Jeśli wybierzecie ten gumowy cewnik ze stalowym drucikiem, to ja go wyparzę we wrzątku, wymoczę w czystej wódce, jodynie i włożę do „dziury” dziewki. Potem zabełtam kilka razy we wnętrzu. To najprawdopodobniej spowoduje obfity krwotok i usunie, co niepotrzebne…

– A ten drugi sposób? – zapytała Mulerska nieco przerażona.

– Jeśli użyję drewna, na który nawinę kawałek szmaty, to… – Jastrzębkowa wyciągnęła z plastikowego wiadra stojącego w rogu pomieszczenia solidny kij. – Włożę ten „sprzęt” do macicy, chwilę go w niej potrzymam. Tak nie dłużej niż dziesięć minut, żeby nie dopuścić do infekcji, a jak wyciągnę – będzie fertig.

– O rany! Aż dziesięć minut? – Mulerski przełknął ślinę i tak się nią zachłysnął, że krztuszenie uniemożliwiło mu przez chwilę prawidłowy oddech.

– Trzecia metoda jest najszybsza. Raz, dwa, trzy i po krzyku. Jak ja to mówię: rym cym cym bum tarara i po zabawie – skwitowała babka.

A że zarówno pani Regina, jak i pan Remigiusz nie mieli pojęcia, które z rozwiązań będzie najskuteczniejsze, kobieta zdecydowała za nich. Wydała rozkaz, żeby rodzice przytrzymali córce mocno ręce. Widząc jednak, że dziewczyna tak bardzo się szarpie, iż nie sposób jest ją poskromić, wyciągnęła ze starej komody tęgie powrozy i poleciła, by skrępować nimi nadgarstki nastolatki poprzez przywiązanie ich do poręczy łóżka. W tym czasie Jastrzębkowa wsadziła pomiędzy nogi panieneczki długie na pół łokcia nożyczki, przebijając – najprawdopodobniej – pęcherz płodowy, co wywołało poronienie. Wyjęła narzędzie z pochwy i powiedziała, zacierając entuzjastycznie dłonie z długimi, zaniedbanymi pazurami:

– Po robocie, po kłopocie. Doktorowa Jastrzębkowa poleca się na przyszłość.

Mulerscy zapłacili babce pokaźną sumkę, ale nie była ona aż tak wygórowana, jakby zabiegu dokonano w profesjonalnym gabinecie lekarskim albo w szpitalu. Ponoć w Szpitalu Dzieciątka Jezus w Warszawie brano dziesięć razy tyle.

Jadzia darła się z bólu wniebogłosy, jakby z niej skórę żywcem zdzierano. Z jej narządów rodnych wyciekała duża ilość wody. Pojawiła się nagle gorączka. Dziewczyna zemdlała z wyczerpania. Potem przeleżała te dolegliwości – zmęczona i opadnięta z sił – ponad miesiąc.

Śmierć Mulerskich

Rodzice Jadwigi odważając się na tak radykalny, popełniony w sposób barbarzyński czyn, doszczętnie zdemolowali jej psychikę. Kobieta nie potrafiła im tego wybaczyć. Dlatego, gdy Mulerscy zaczadzili się we własnym domu, dokładnie w dniu trzydziestych urodzin swojej jedynaczki, Jadwiga niespecjalnie się tym przejęła. Od czterech lat była szczęśliwą mężatką, adorowaną przez wybranka swojego serca niczym bóstwo. Surowi, radykalni, zakochani do cna w swoim biznesie rodzice byli jej do życia zupełnie niepotrzebni. Podczas gdy cała wiocha ubolewała nad ich tragicznym i niespodziewanym odejściem z tego świata, Jadwiga na pogrzebie nie uroniła ani jednej łzy. Obraz nieżyjących kojarzył jej się tylko z krzywdą, jaką jej uczynili. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bardzo ich nie kochała. Racjonalnie rozważała, że – z jednej strony – spadła na nich łaska pańska, bo zatruli się na amen tlenkiem węgla, będąc razem, jak przysięga małżeńska każe – aż do śmierci. Wspólnie przeżyli trzydzieści dwa lata. Z drugiej strony – rozważała Jadwiga – mogła to być kara boża za jej krzywdę, niemożność zajścia w ciążę. Z trzeciej zaś strony dostrzegała dobrodziejstwo, jakim stało się wyzwolenie spod jarzma rodzicielskiego, uwolnienie od udawanej przychylności wobec morderców swojej dzieciny, a także przejęcie ich majątku jako jedynej spadkobierczyni po zmarłych. Domu nie zamierzała się pozbywać, za to wielką uciechą był dla niej fakt, że będzie mogła opchnąć interes ze świniami, krowami i drobiem, do obrządku którego nigdy się nie nadawała.

Z racji, że rodzice posiadali hodowlę trzody chlewnej, miała spore nieprzyjemności w szkole. Co prawda interes szedł bardzo dobrze i byli zamożną rodziną. Być może jednak, że ze zwykłej, ludzkiej zazdrości przylgnęły do niej przezwiska – „Świniara”, „Świńska matka”, „Krowia niańka”. Pewnie gdyby wtedy inni wiedzieli,
że jest w ciąży, wywieźliby ją ze wsi na taczce, tak jak Jagnę Borynę, albo rozszarpali na strzępy, a wówczas i tak nie doczekałaby porodu. Czy gdyby jej dziecko pojawiło się jednak na świecie – Jadzia zastanawiała się nad swoim życiem – to czy ona skończyłaby liceum, zdała maturę, poszła na studia i poznała na nich swojego męża, studenta polonistyki? I choć naukę przerwała na trzecim roku, gdyż nie zdała egzaminu poprawkowego, a potem komisu z prawa podatkowego, to i tak dopięła swego. Pracuje w Urzędzie Skarbowym, w biurze. Ma pozycję. Jest kierowniczką w dziale księgowości. Ma pod sobą ludzi, którzy zwracają się do niej per „pani kierowniczko” z zaznaczeniem „pani”, a nie li tylko „kierowniczko”, jak tytułuje się bufetową albo sklepikarkę.

Jako że rodzice bardziej okazywali uczucie swoim krowom niż córce, ona też nie potrafiła kochać. Miała chłodną osobowość. A może potrafiła kochać, tylko nie umiała tego uzewnętrznić? Raz przecież zakochała się na zabój i co z tego wyszło? Kompletna klapa. Facet zagrał na jej uczuciach, ulotnił się, zostawiając ją z kruszyną w brzuchu, a ona przeżyła w związku z tym bolesną traumę. A gdyby wtedy Felicjan chciał się nią zaopiekować? Miał wtedy już dziewiętnaście lat. Był pełnoletni. Jak potoczyłyby się jej losy? Czy opuściłaby rodzinną wiochę, zamieszkała wraz ze swoim wybrankiem i do dziś byliby rodziną? Jak wyglądałoby teraz jej dziecię, mające już czternaście lat. Czy byłby to chłopczyk, czy dziewczynka? Jakie imię nosiłby potomek i czy ona potrafiłaby podołać macierzyństwu, będąc wtedy sama dzieckiem? Czy dziś, tutaj, na pogrzebie swoich rodziców stałaby zamiast ze swoim obecnym małżonkiem Emilianem z tamtym chłopakiem? Jak to się stało, że jej matka i ojciec ulegli zaczadzeniu? Dlaczego akurat tej nocy, kiedy jej i Emiliana nie było w domu, gdyż wybrali się na dwudniową wycieczkę w góry w ramach świętowania jej trzydziestych urodzin? I jak to się stało, że któreś z rodziców odkręciło kurki od kuchenki gazowej i nie zakręciło gazu? Ale jak można gazu nie czuć? Mama i tata musieli być bardzo zmęczeni, zasnęli i już się nie przebudzili. Tylko to też było dziwne. Rodzice byli w kwiecie wieku. Mama miała pięćdziesiąt dwa, tata pięćdziesiąt cztery lata. Nie mieli demencji starczej. Oboje mieli doskonałą pamięć, co Jadwigę często irytowało, zwłaszcza gdy chodziło o przypominanie jej, iż czegoś nie zrobiła. Zresztą, rodziciele zawsze przed ułożeniem się do spania odmawiali modlitwy, co pochłaniało czas. Jadwiga znała to z autopsji. Jak mogli nie poczuć uwalniającej się trucizny? A może zażywali jakieś tabletki nasenne? Ostatnimi czasy narzekali na bezsenność. Wielokrotnie to od nich słyszała. Ta dolegliwość bardzo im doskwierała, gdyż po przemęczeniu wielogodzinną, codzienną pracą zamiast zasypiać nawet na przysłowiowym kamieniu, kręcili się w łóżku, aż jego skrzypienie było słychać w jej i Emiliana sypialni. A gdy ledwo co zasnęli, zaraz wybudzał ich budzik i przypominał, że muszą wstawać do roboty. Tak. Jadwiga doszła do wniosku, że mogło tak być, jak sądzi: zażyli tabletki, nie dokończyli modlitw, nie zdążyli poczuć na dobre uwalniającego się tlenku węgla, usnęli i przepadli.

Anastazja Makiełko – kobieta ze wsi, która ubierała i podmalowywała nieboszczyków – jak zwykle wykonała świetną robotę. Matka i ojciec wyglądali w trumnie przynajmniej dziesięć lat młodziej niż w rzeczywistości. Na szczęście rodzice, choć stosunkowo młodzi, byli zawsze przygotowani na ewentualne odejście z tego świata, więc Jadwiga nie miała problemu z zastanawianiem się, w co ich przywdziać do pochówku. Bielizna, ciuchy, buty były przygotowane na tę ewentualność. Zresztą, to śmieszne, ale mama z tatą zakupiwszy drogie ciuchy do trumny, dbali o to, by im się nie zmieniła figura. Co za absurdalne myślenie! – Jadwiga parsknęła śmiechem. Dbać o to, by nie przytyć, albo nie schudnąć, żeby po śmierci wpasować się idealnie w przygotowane do pochówku szmatki… Debilizm! Moi rodzice zawsze byli nieco stuknięci – pomyślała. Jedynie za co mogę być im wdzięczna, to wychowanie mnie w głębokiej wierze katolickiej. Za nic innego wdzięczna im nie jestem, a mojego straconego maleństwa nigdy, przenigdy im nie podaruję. Leżcie sobie spokojnie w ziemi „zakitrańce”, choć pewnie nie będzie wam ona lekka. Może to straszne, co w tej chwili myślę, ale będę się modlić do wszystkich świętych, żeby was piekło nie pochłonęło. Mam jednak nadzieję, że gdy spotkacie tam po drugiej stronie swoją wnuczkę albo wnuka, to nieźle da wam popalić. Oj! A może lepiej nie! Niech was w ogóle tam nie spotyka! Jeszcze byście mu mogli i tam u góry krzywdę wyrządzić.

Na drugi dzień po pogrzebie Jadwiga poszła normalnie do pracy. Nie wzięła krótkiego urlopu okolicznościowego. I choć wszyscy współpracownicy szczerze jej współczuli, ona odpowiadała z obojętnością: widocznie tak miało być.

The post Konfesjonał nie rozgrzesza (fragment powieści) appeared first on Pro Libris.

]]>
Zośniczka; Bogdan https://prolibris.net.pl/zosniczka-bogdan/ Sun, 25 Sep 2022 11:05:13 +0000 http://prolibris.net.pl/?p=795 Elżbieta Kuna-Kwiecińska

The post Zośniczka; Bogdan appeared first on Pro Libris.

]]>

Elżbieta Kuna-Kwiecińska

Zośniczka

Lalkę Zośniczkę rodzice podarowali mi jeszcze, zanim pojawiłam się na świecie. To trudne do uwierzenia. Brzmi jak totalny absurd, ale tak było i jest. Kiedy miałam zaledwie trzy miesiące, ugryzł mnie pająk krzyżak, który pozostawił na szyi trwały ślad. Lekarze długo zastanawiali się, co mi dolega. Podejrzewano raka. Przeszłam skomplikowaną operację. Przez kilka miesięcy mój policzek po prawej stronie twarzy wyglądał jak bańka mydlana. Wtedy, będąc maleńką dziewczynką, nie zdawałam sobie sprawy, że to „pająkowe” wydarzenie było na tyle niebezpieczne, że mogłam utracić nie tylko życie, ale wszystko to, co do niego mogłam wnieść w przyszłości. Może po raz pierwszy w historii medycyny udowodniłam swoim przykładem, iż jad pająka krzyżaka może być niebezpieczny dla człowieka? Tego nie wiem, ale mniejsza z tym…

Od tamtej pory nie bałam się pająków. Krzyżaki – paradoksalnie – były dla mnie inspiracją do dobrych wieści. Przyglądałam się, jak budują efektywnie swoje magiczne sieci i łapią na nie komary, muszki owocówki, ale też te grube, wypasione muchy, na które mówiono „złote”. Czasami zdarzało się im złapać mrówki, ale to naprawdę rzadkość.

Sądzę, że w dużej mierze strach pokonywałam dzięki Zośniczce. Ona zawsze potrafiła ochronić mnie od wszelkiego złego. Nie opuszczała mnie na sekundę. Umiała wprasować się w każdą moją fałdkę na sercu. Była mi alfą i betą…

W posiadłości moich dziadków przy ulicy Ogrodowej w miasteczku S. było wszystko potrzebne do tego, by mieć idealne dzieciństwo: sad owocowy, warzywniak, hektary zboża, w których można było bawić się z rówieśnikami w chowanego albo w cokolwiek. Były też chlewy ze zwierzątkami: koniki, krówki, owieczki, kozy… Któregoś wieczoru, a może nocy, bawiąc się z Zośniczką, przy jednym z chlewów zobaczyłam w pokrzywach psy.

– Dziadziusiu, dziadziusiu! – zwróciłam się do dziadka. Tam w chaszczach są pieski.

– Tam nie ma żadnych piesków.

– Są pieski. – Tupnęłam nóżką, po czym poszłam do stodoły, ułożyłam ciałko na sianie i czułam ten niedający się zapomnieć zapach letniego życia.

Zośniczka wciąż przy mnie była. Utulałam ją swoim długim wiersza płaszczem, który ułożyłam w głowie na poczekaniu i wyrecytowałam jej ekspresywnie, całą sobą jak w teatrze jednego – mojego – aktora.

Łóżko na strychu u dziadków było tak wielkie, że można było się w nim zagubić. Walały się na nim stare poduszki z wystającym pierzem, przesiąknięte mocno stęchlizną. Na nich były czarne „fasolki”. Spróbowałam jedną z nich, ale zupełnie mi nie smakowała. Po prostu nie była taka, jak ta zielona z ogródka. Leżałam na łożu i czytałam Anię z Zielonego Wzgórza. Wtedy mój wzrok spotkał się ze zwierzem.

– Babuniu, babuniu – mówię do babci z nutką enigmy. Na strychu są chomiki.

– Tam nie ma chomików, skarbie.

– Są chomiki – odpowiedziałam. – Widziałam je.

Zaśmiała się Zośniczka w głos. Była ewidentnie po mojej stronie. Czułam to.

Kiedy otworzyłam starą antyczną szafę, krzyknęłam:

– Dziadziulku, dziadziulku… Z szafy wyfruwają motylki!

– Tam nie ma motylków, kochanie.

– Są motylki! Naprawdę są!

Nikt mi nie wierzył, ale wierzyła mi Zośniczka. Ona zawsze we mnie wierzyła.

Kiedy w Parku Kolejowym w miasteczku S. znów mnie coś ukąsiło… Wróciłam do domu z bolącą tak bardzo nóżką, że trzeba było wzywać pogotowie.

– Mamusiu, mamusiu, pogryzła mnie Pszczółka Maja.

– Koteczku. – Przytuliła mnie mamcia. – Pszczółka Maja nigdy by ciebie nie skrzywdziła.

– Zrobiła to! – krzyknęłam.

Tak naprawdę u dziadków przy chlewach nigdy nie było piesków. To były szczury. Na strychu nie było chomików. To były myszy. W szafie nie było motylków. To były mole. Pszczółką Mają była osa.

Któregoś ranka po tych wszystkich tajemniczych zdarzeniach wyrwał mnie do życia dziwny, choć w moim odczuciu piękny sen. Obudziłam się mokra. Jakby skropiona deszczem podczas burzy. I wtedy pojęłam tak jak dziecko w podstawówce pojmuje literki… Tej lalki nigdy nie było. Tą Zośniczką jestem ja.

 

Bogdan

Gdy zobaczyłam jego zdjęcie w necie, dostałam czkawki. Jeszcze mnie nie zna, a już o mnie myśli? – westchnęłam ubawiona swoim infantylizmem. Pluskał się w leśnym strumyku na tle rosnących dwóch prawdziwków ceglastoporych. Nie miał na sobie odzienia. Miał tylko szarą ozdobę na szyi, która oddawała wiernie jego przynależność do świata.

Ciemna karnacja dodawała mu urody, choć sam w sobie był nadzwyczaj urodziwy. Mógłby posiąść do towarzystwa każdą upatrzoną przez siebie damę. I dżentelmena też. Zafascynowały mnie jego uszy. Nie dotknęłam ich, a już przez monitor kompa czułam, że są jak waciane poduszeczki. Miękka małżowina uszna u mężczyzn zawsze wyzwalała we mnie chęć ich pieszczenia i inspirowała do tego, by pisać o nich „nieopierzone” erotyki. Wiem. To fanaberia. Ale któż z normalnych ludzi nie jest pod jakimś względem dziwakiem? Rozmarzyłam się przed moim niebieskim ekranem czasu, a wraz z tym rozmarzeniem odleciałam wirtualnie w Sudety. Tam, gdzie jest dom Bogdana – trzystuletni dwór w małej wiosce w Dolnośląskiem o imieniu „M” – jak miłość.

Nie konwersowaliśmy – o dziwo – online. On nie potrafi obsługiwać nowoczesności. Komunikowaliśmy się poprzez jego osobistą sekretarkę. To ona zamieściła jego wizerunek w sieci. Nie! Nie! Nie! Nic z tych spraw, gdyby komukolwiek przyszło do głowy, iż on jest starej daty i to jego tłumaczy, by z techniką nie być na ty. Jest ode mnie wiele lat młodszy, choć nie do końca w przeliczeniu na naukowe liczby. Nie zna obsługi komputera. Nigdy nie będzie miał ku temu predyspozycji. Ci, którzy są w jego skórze, dobrze wiedzą, że gdyby umiał ogarnąć klawisze, stałby się groteskowy.

Któregoś dnia ujrzałam go twarzą w twarz. Nie wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia. Przecież do niej prowadzi kilka etapów. Najpierw jest „zachłyśnięcie się”, potem zauroczenie, dalej zakochanie się i zakochanie się, i zakochanie się… Po tym wszystkim – dopiero – serce łapie w swoje sidła.

A jednak stało się tak, jak w przypadku Romea i Julii albo Tristana i Izoldy, choć z innym finałem. W jednym przebłysku nieposkładanych myśli uświadomiłam sobie, że nasze oczy są takie same – ciemnobrązowe z czarną obwódką wokół tęczówki. Patrzył na mnie z wywieszonym językiem, jakby chciał mnie schrupać na deser po obiedzie. Patrzyłam na niego podobnie, tylko bardziej po człowieczemu. Czyżby to przeznaczenie? Wkomponowaliśmy się spojrzeniem w kadr, który z pewnością chcieliby uchwycić ekscentryczni malarze, a potem spisać go w swój niepowtarzalny obraz i zawiesić na jednej ze ścian domu, by ten mógł na zawsze oddychać ciepłem drewna z kominka.

Przy przywitaniu Bogdan nie wręczył mi kwiatów. Nie pocałował w rękę. Podał mi ją ledwo co. Zwiotczałą i umazaną po łokieć w błocie, które pachniało końskim zadkiem. Paznokcie miał długie. Takie jak kobieta, która robi „żelówki”. Tylko zamiast różu albo brokatu był na nich powgryzany brud. Dziwny jest ten świat – pomyślałam – słysząc w głowie treść melodii słów Czesława Niemena.

W domu Bodzia rozgoszczono mnie awangardowo. Zamiast do pokoju zostałam zaproszona do cepeliowskiej kuchni z piecem kaflowym i belkowym – antycznym – stropem. Jego osobista sekretarka przyrządzała nam wodę z imbirem, cytryną oraz miętą, podczas gdy on wyciągnął sobie z mojej rozklekotanej walizy – bez przyzwolenia – prezent, który miał ode mnie dostać dopiero następnego dnia. Nie wiem, jakim cudem wyczuł, iż to coś bardzo ekstrawaganckiego, schowanego w moim kufrze było przeznaczone dla niego, ale ten fakt potwierdza teorię, iż nie tylko kobiety mają szósty zmysł. Spodobało mu się to niewinne bawidełko. Wiedziałam, jak sprawić, by wciągnąć go do gry…

W nocy zakradł się do mojego łóżka. Położył się pod moimi stopami. Najpierw je obwąchał, potem zaczął je lizać. To lizanie przypominało mi smak dzieciństwa. Wróciłam do wspomnień kultowego lizaka w kolorowe paski o nazwie „Kojak”, którego można było kupić dawniej w kiosku z gazetami.

Bogdan nie próbował ściągać ze mnie kaszmirowej haleczki. Przez całą noc rozpychał się na naszym posłaniu, robiąc sobie dobrze. Gdy nastał świt, zastałam siebie zimną na podłodze, podczas gdy on rozciągał się w ciepłych pieleszach, szarpiąc silnymi zębami kołdrę z haftami richelieu. Zaraz po tym ekscesie wyleciał bez jakiegokolwiek okrycia ciała do ogrodu barokowego. W nim wyłożył całe swoje jestestwo na wczesnym słońcu, udając modela, szykującego się do sesji zdjęciowej na okładkę – przynajmniej – z „Elle Man”. Po kilku minutach wstał. Pomachał swoim sterczącym ogonem wzdłuż i wszerz. W ten sposób chciał pokazać całemu wszechświatowi, że nie czuje nic prócz radości. Widziałam tę scenę przez zazdroskę z okna pokoju, w którym spędziliśmy noc i pozazdrościłam jemu tej cholernej swobody życia…

Wybiegłam do niego w założonej w biegu bieliźnie. Chwyciłam za prezent, który wywęszył w mojej walizce – różową piszczałkę w kształcie kości. Rzuciłam mu ją w dal i dałam polecenie: aport.

Bogdan – jest labradorem o czekoladowej maści. Jego imię w oryginale brzmi BO – z francuskiego: Piękny. Tak nazwała go osobista sekretarka, jego właścicielka i opiekunka. Jaka byłam głupia, myśląc, że Bogdan mógłby rzucić ją dla mnie.

Gałązka z liśćmi i owocami wiśni

The post Zośniczka; Bogdan appeared first on Pro Libris.

]]>