Dramat Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/category/dramat/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Mon, 24 Nov 2025 13:53:25 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Dramat Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/category/dramat/ 32 32 PanzerFaust https://prolibris.net.pl/panzerfaust/ Mon, 24 Nov 2025 13:52:48 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16507 Przemysław Grzesiński

The post PanzerFaust appeared first on Pro Libris.

]]>

Przemysław Grzesiński

PanzerFaust

 

Osoby:
PIERWSZA
DRUGA
TRZECIA
FRIEDA

 

 

PIERWSZA: Frieda…

DRUGA: Frieda…

TRZECIA: Frieda…

PIERWSZA: Obudź się…

DRUGA: Obudź się już…

TRZECIA: Nie śpij… Zobacz, co dla ciebie mamy…

DRUGA: Zobacz, co dla ciebie uszyłyśmy…

PIERWSZA: Włókno lotosu, nie jakieś tam byle co.

TRZECIA: Nie, nie byle jaka nić. Specjalna. Najlepsza.

PIERWSZA: Halka jak marzenie.

DRUGA: Haleczka jak malowanie.

PIERWSZA: Długo wybierałyśmy nici.

TRZECIA: Długo szyłyśmy.

DRUGA: Długo dopasowywałyśmy.

PIERWSZA: Specjalnie dla ciebie.

TRZECIA: Dla nikogo innego. Wyjątkowe nici, dla wyjątkowej Friedy.

PIERWSZA: Daj spokój. Nie śpij już.

DRUGA: Obudź się.

TRZECIA: Obudź się już.

FRIEDA: Gdzie… Gdzie ja jestem?

DRUGA: Jak to gdzie? Tutaj.

FRIEDA: Kto? Kto tu jest?

TRZECIA: Jak to kto?

PIERWSZA: My.

TRZECIA: Zobacz. Zobacz, co mamy dla ciebie.

DRUGA: Zobacz, co dla ciebie uszyłyśmy.

PIERWSZA: I jak? Podoba ci się?

TRZECIA: Przymierzysz?

PIERWSZA: Och! Jaka ty jesteś piękna. Jaka ona piękna.

DRUGA: Daj dotknąć. Taka… gładka.

PIERWSZA: Taka… jędrna.

TRZECIA: Taka nie taka jak my.

PIERWSZA: Nie, nie taka. Inna taka.

TRZECIA: Inna.

DRUGA: Odsuń się Uczeszę ją.

PIERWSZA: Ja… ja potrzymam ci grzebień.

TRZECIA: A ja… ja podam wstążki.

PIERWSZA: Umaluję ją!

DRUGA: Umalujesz!

TRZECIA: To ja, ja podam ci puder i pędzelek.

DRUGA: A ja… Ja podam gąbkę.

PIERWSZA: I jak?

TRZECIA: Jeszcze wisiorek. Pamiętaj o wisiorku z kamieni.

PIERWSZA: Pamiętam, pamiętam.

DRUGA: Och!

TRZECIA: Ach!

PIERWSZA: Och!

DRUGA: A zatem Friedo, opowiadaj.

FRIEDA: Opowiadać? O czym?

DRUGA: Tak pięknie wyglądasz, że musisz nam coś opowiedzieć.

TRZECIA: Tak, tak, koniecznie. Prosimy.

DRUGA: Prosimy. Starych i brzydkich nikt nie słucha, ale ciebie…

PIERWSZA: Zamieniamy się w słuch.

FRIEDA: Kiedy ja… Naprawdę nie wiem. Nie mam nic do powiedzenia.

PIERWSZA: Taka piękna i taka skromna.

DRUGA: To idzie w parze, moja kochana.

TRZECIA: Dlatego my w trójkę. Nie do pary takie.

PIERWSZA: No, dalej.

DRUGA: Nie ponaglaj jej. Widzisz przecież, że dopiero co wstała. A ty już byś wszystko chciała. Więcej cierpliwości, moja droga. A może ona jest spragniona? Pomyślałaś o tym?

PIERWSZA: Nie. Nie pomyślałam. Wybaczysz mi, Friedo? Wybaczysz, że nie pomyślałam o tym, że chcesz pić? Ale ja tak bardzo, tak bardzo już czekam na twoją opowieść.

FRIEDA: Czy to pracownia krawiecka?

PIERWSZA: Widzisz? Poznaje!

FRIEDA: Pracowania krawiecka w „Der Treudank”.

PIERWSZA: Poznaje!

DRUGA: Ani przez chwilę w nią nie wątpiłam.

TRZECIA: A co ty się tak na mnie patrzysz? Ja też. Ja też w nią nie wątpiłam.

PIERWSZA: Napij się jeszcze. Jeszcze się napij.

DRUGA: Pracowania krawiecka…

FRIEDA: Tak. Teatralna. W Olsztynie. Ale ja, ja tu byłam tak dawno temu. I tylko raz. Kiedy to było? Nie pamiętam.

PIERWSZA: Przypomnisz sobie.

TRZECIA: Jesteś taka śliczna.

FRIEDA: Burczy mi w brzuchu.

DRUGA: Słyszałyście?! Ona jest głodna!

TRZECIA: Głodna!

DRUGA: Właśnie!

TRZECIA: A my ją ubieramy, malujemy, wypytujemy. Kiedy ona głodna!

DRUGA: Na pusty żołądek ma mówić? Przepraszamy!

TRZECIA: Przepraszamy, Friedo!

PIERWSZA: Już, już się tym zajmujemy.

TRZECIA: Może…

DRUGA: Może…

PIERWSZA: Może…

DRUGA: Może ciasto!

PIERWSZA: Właśnie!

DRUGA: Upieczmy jej ciasto!

PIERWSZA: Upieczemy ci ciasto!

TRZECIA: Chcesz?

DRUGA: Pewnie, że chce, głodna jest. Nie słyszałaś?

TRZECIA: Słyszałam.

DRUGA: To co się głupio pytasz?

TRZECIA: Sama jesteś głupia.

DRUGA: A ty nie lepsza, ale gorsza. Głupia! Głupia!

PIERWSZA: Przestańcie! Frieda na was patrzy! No już. Podajcie sobie rękę na zgodę i przeproście się.

TRZECIA: Przepraszam.

DRUGA: Ja też przepraszam.

PIERWSZA: Pomożesz mi upiec ciasto dla Friedy?

DRUGA: Tak. Tak. Pomogę.

TRZECIA: I ja też. Ja też pomogę.

PIERWSZA, DRUGA, TRZECIA: „Backe, backe Kuchen, Der Bäcker hat gerufen. Wer will guten Kuchen backen, der muss haben sieben Sachen, Eier und Schmalz, Zucker und Salz, Milch und Mehl, Safran macht den Kuchen gehl! Schieb, schieb in‘n Ofen ‚nein”.

(Upiecz, upiecz ciasto, Piekarz zawołał. Kto chce upiec dobre ciasto, musi mieć siedem rzeczy, jajka i smalec, cukier i sól, mleko i mąkę, szafran sprawi, że ciasto będzie żółte! Wsuń, wsuń do pieca).

PIERWSZA: I gotowe!

DRUGA: Smakuje ci?

FRIEDA: Tak. Jest pyszne. A wy takie dobre dla mnie. To ciasto, to ciasto przypomina mi to z restauracji w leśnym dworku „Neu Wadang” Karla i Hermanna Oschinskich. Niedaleko wsi Wadąg. Tutaj, niedaleko. Wiecie, gdzie to jest?

DRUGA: Wiemy.

TRZECIA: Wiemy, wiemy.

FRIEDA: Dużo wtedy żartowaliśmy. Na tarasie w „Neu Wadang”. Z Benno Bohnem, Gretą, Albertem. Z innymi nauczycielami z naszego żeńskiego gimnazjum Luisenschule. I to ciasto drożdżowe. Takie jak teraz. Podobno, podobno, aby spróbować tego drożdżowego ciasta, ludzie przyjeżdżali aż z Wrocławia. Ale i lokalizacja dworku była piękna. Jeziora, czyste powietrze, lasy jodłowe…

DRUGA: Friedo…

TRZECIA: Nie przerywaj jej! Przecież mówi.

DRUGA: Friedo… Dlaczego przyjechałaś do Olsztyna?

FRIEDA: Dlaczego przyjechałam? Dlaczego przyjechałam? Właściwie to nie do końca był mój wybór. To był wybór pruskiej administracji. Wcześniej żyłam w Kassel, gdzie mieszkałam u siostry Elsy i jej męża. Po ukończeniu Akademii Sztuk Pięknych w Kassel szukałam pracy. Artystka, malarka, portrecistka, czyli ja – Frieda Strohmberg, do usług.

DRUGA: Brawo!

TRZECIA: Brawo!

FRIEDA: I chociaż nie powiem, że nie miałam zleceń, bo miałam i to całkiem sporo… Ale… Życie portrecistki, nawet docenianej, nie jest usłane różami… Dlatego zdecydowałam się zrobić kurs pedagogiczny, by móc uczyć w gimnazjum. Zawsze lubiłam dzieci. Miałam dobry kontakt z młodzieżą, więc…

DRUGA: Zostałaś nauczycielką.

TRZECIA: Nie podpowiadaj jej.

DRUGA: Nie podpowiadam.

TRZECIA: Podpowiadasz. Tak się nie liczy. Głupia.

FRIEDA: Zostałam urzędnikiem państwowym. I jako urzędnik państwowy Rzeszy Niemieckiej zostałam skierowana na wolną posadę do Prus Wschodnich – do gimnazjum w Olsztynie. To był październik 1910 roku.

PIERWSZA: I jak, podobało ci się miasto?

FRIEDA: Urodziłam się w Schweinfurcie nad Menem, a kształciłam w Monachium, Brukseli i Kessel, więc… Olsztyn nie proponował w 1910 wielu atrakcji kulturalnych… Ale byłam młoda.

DRUGA: Młoda…

PIERWSZA: My też… Też byłyśmy młode…

TRZECA: Co, co było dalej? Opowiadaj, Friedo. Opowiadaj, co było dalej, opowiadaj, co było wcześniej. Jesteśmy takie ciekawe.

DRUGA: Bardzo ciekawe.

TRZECIA: Takie wygłodniałe. Takie głodne twojej opowieści.

PIERWSZA: Jesteś jak to ciasto drożdżowe.

DRUGA: Taka wyrośnięta, pachnąca.

PIERWSZA: Taka świeża. Taka smaczna.

DRUGA: Opowiadaj…

FRIEDA: Kiedy… Nie wiem o czym… Mieszkałam w Olsztynie przy Langasse. Pracowałam w szkole. Udzielałam lekcji rysunku. Wiodłam zwykłe życie. Malowałam. A 8 lipca 1920 roku kupiłam sobie różową sukienkę w piwonie, bo w niedzielę 11 lipca był ważny dzień. Gorący poranek, słońce, delikatny wiatr. A my z Benno Bohmem poszliśmy do urn głosować w plebiscycie. Cały kraj był poruszony. Całe Niemcy.

DRUGA: Plebiscyt o przynależności Warmii i Mazur?

FRIEDA: Tak. Wielka akcja dyplomatyczna. Burmistrz Georg Zulch dwoił się i troił już kilka miesięcy wcześniej, żeby Olsztyn przypadł właśnie Niemcom. Polacy też mieli swoją akcję, ale to właśnie nam przypadły wówczas te tereny. Wszyscy byli tacy poruszeni. Dostawałam całe naręcza kwiatów. A w cztery lata później, w październiku 1924 roku August Feddersen, architekt, miał gotowy plan całego kompleksu. „Treudank-Gatstatten”. I tak powstał cały kompleks budynków – w tym teatr. „Der Treudunk” – podarunek dla mieszkańców, którzy wybrali przynależność do Rzeszy Niemieckiej. Czułam się wtedy dumna. Dumna i szczęśliwa. Czułam się…

DRUGA: Niemką?

PIERWSZA: Jeszcze wtedy była pani Niemką.

FRIEDA: Jeszcze wtedy?

DRUGA: Co było potem?

FRIEDA: Potem? Żyłam. Mieszkałam, tworzyłam. Moje obrazy trafiały na wystawy sklepowe, a później, odbyła się pierwsza premiera. 566 osób na widowni.

TRZECA: Faust.

FRIEDA: Faust Goethego. Moje prace trafiły do foyer teatru. To była ważna premiera. Nie tylko dlatego, że pierwsza. Zrobiona z rozmachem. Bankietem. Pięknymi strojami. Ernestowi Thielingowi gratulowano roli Fausta, a mnie wystawy obrazów. Czułam się ważna. No i oczywiście sam spektakl. Sam temat. Faust – filozof aspirujący do ważnej roli. Podobnie jak Olsztyn. Faust – poszukujący kamienia filozoficznego, wiedzy, Faust, który zawiera układ z Mefistofelesem i w zamian za realizację swoich życzeń oddaje duszę.

DRUGA: A później wyjechałaś.

FRIEDA: Tak. W 1927 roku do Berlina. Poznałam Alberta i wkrótce zostałam panią Jacoby. Żoną pana stomatologa.

TRZECA: Wtedy jeszcze była pani Niemką.

FRIEDA: Słucham?

DRUGA: Mów dalej, Friedo.

FRIEDA: Chodziliśmy na długie spacery. Bardzo lubimy chodzić na długie spacery. Ja i mój mąż.

PIERWSZA: Lubimy chodzić?

FRIEDA: Tak? Lubimy chodzić na długie spacery. To takie zaskakujące?

PIERWSZA: Bardzo.

DRUGA: Niestety bardzo.

FRIEDA: Jesteśmy małżeństwem, nie mamy dzieci. Może nie jest to wielka romantyczna miłość, ale na pewno się cenimy i spędzamy ze sobą sporo wolnego czasu.

TRZECIA: Nie wierzę.

PIERWSZA: To chcesz nam powiedzieć? Że chodzicie razem na spacery? Teraz?

FRIEDA: No, nie w tej chwili, ale tak.

PIERWSZA: I co jeszcze robicie razem. Teraz?

DRUGA: Rozmawiamy.

TRZECIA: Rozmawiacie.

DRUGA: Rozmawiają.

PIERWSZA: Patrz. Rozmawiają.

DRUGA: A o czym? O czym, Friedo, rozmawiacie?

FRIEDA: Na przykład o Hercie Berlin.

DRUGA: O klubie piłkarskim. O sporcie. Ona interesuje się teraz sportem.

TRZECIA: Ja też! Kupiłam sobie koszulkę Realu Madryt. Chcecie pooglądać?

DRUGA: Koniecznie.

PIERWSZA: O Hercie Berlin.

FRIEDA: Mój mąż się interesuje. Byliśmy razem na stadionie.

DRUGA: Byliście razem w czasie przeszłym?

FRIEDA: I pójdziemy w czasie przyszłym.

Cisza.

PIERWSZA: Czy wtedy pani już zrozumiała?

FRIEDA: Co takiego?

DRUGA: Że nie jest pani prawdziwą Niemką.

FRIEDA: Słucham?

TRZECIA: Głucha jesteś, szmato?

Maszyny do szycia jako maszyny do pisania.

Nazwisko?

FRIEDA: Słucham?

PIERWSZA: Przypierdol jej.

FRIEDA: Nie!

PIERWSZA: Nazwisko.

FRIEDA: Strohmberg.

PIERWSZA: Imię.

FRIEDA: Frieda.

PIERWSZA: Urodzona.

FRIEDA: Schweinfurt nad Menem.

PIERWSZA: Ojciec.

FRIEDA: Karol Strohmberg.

PIERWSZA: Matka.

FRIEDA: Amelia z domu Silberman.

PIERWSZA: Właśnie.

FRIEDA: Właśnie?

PIERWSZA: Nie było pytania.

FRIEDA: Nie?

PIERWSZA: Kim był ojciec?

FRIEDA: Bankierem.

PIERWSZA: Nie.

FRIEDA: Był bankierem.

PIERWSZA: Nie.

DRUGA: A matka?

FRIEDA: Matka. Matka zajmowała się domem. Co wy, co wy robicie? Dlaczego? Dlaczego tak się zachowujecie? Nie podoba mi się to wszystko. To ma być zabawa? Nic z tego nie rozumiem.

PIERWSZA: Bum!

FRIEDA: Co to?

PIERWSZA: Bum! Bum!

DRUGA: Wystrzały!

PIERWSZA: To panzerfaust. Niemiecki granatnik przeciwpancerny. Bum! Bum!

TRZECIA: Chować się! Strzelają z Panzerfausta!

DRUGA: Panzerfaust! Achtung! Bum! Bum!

PIERWSZA: Pakuj się!

DRUGA: Dalej, pakuj! Na co czekasz?

TRZECIA: Szybciej! Bo nie zdążysz!

FRIEDA: Już! Już! Pakuję! Gdzie ja jadę? Gdzie mam jechać?

DRUGA: Do Berlina. Do swojego męża.

TRZECIA: Będziesz chodzić do restauracji.

PIERWSZA: I na długie spacery.

DRUGA: I mecze Herty Berlin. Tylko się pospiesz.

TRZECIA: Bo ci pociąg odjedzie.

FRIEDA: Dobrze. Odjadę. Już. Wsiadam. Ale.

TRZECIA: Nie ma żadnego ale. Wsiadaj.

FRIEDA: Tu taki tłok.

TRZECIA: Wsiadaj, bo tu zostaniesz. Z nami.

DRUGA: Chcesz z nami?

FRIEDA: Nie!

DRUGA: Więc wsiadaj.

FRIEDA: Ale.

TRZECIA: Nie ma żadnego ale.

FRIEDA: Tu śmierdzi. Tu nie ma przedziałów. Jest tłok. Dlaczego tu taki tłok?

TRZECIA: Wsiadasz czy zostajesz?

FRIEDA: Nie ma innego pociągu?

PIERWSZA: Nie ma.

FRIEDA: Wsiadam.

DRUGA: Dobrze. Zamykaj.

FRIEDA: Ten pociąg. On powinien tu skręcać. Widziałam tabliczkę na Berlin. Nie jedziemy do Berlina.

TRZECIA: Nie przejmuj się.

PIERWSZA: Nie martw się. To długo nie potrwa.

FRIEDA: Co długo nie potrwa. Ta podróż. Już tyle trwa.

PIERWSZA: Później. Później będzie już szybciutko! Ziuuuu.

FRIEDA: Ziu?

DRUGA: Ziuuuuu!

TRZECIA: Ziuuu!

PIERWSZA: Ziuuuu!

TRZECIA: Ziuuuuu!

PIERWSZA: Ziuuuuu!

FRIEDA: Ja wiem. Ja wiem, co to znaczy. Wiem, co znaczy. Wiem, co znaczy ziuu. Wypuśćcie mnie. Wypuśćcie. Ja chcę stąd wysiąść. Chcę stąd wysiąść!

PIERWSZA: Kim był twój ojciec?

FRIEDA: Żydem!

PIERWSZA: Kim była matka?

FRIEDA: Żydówką!

PIERWSZA: Kim jesteś?

FRIEDA: Żydówką!

PIERWSZA: Czy już zrozumiałaś?

FRIEDA: Tak! Nie jestem prawdziwą Niemką! Wypuśćcie mnie.

PIERWSZA: Jedziesz dalej.

DRUGA: Jedziesz na mecz wyjazdowy.

TRZECIA: Hertha Berlin kontra Majdanek.

FRIEDA: Nie chcę. Błagam. Nie chcę. Ja. Ja chcę gdziekolwiek. Chcę do Belgii.

TRZECIA: Zatrzymaj pociąg. Zatrzymaj, mówię.

PIERWSZA: Czemu do Belgii.

FRIEDA: Nie wiem. Gdziekolwiek.

PIERWSZA: Gdziekolwiek, ale do Belgii.

FRIEDA: Tak. Do Belgii. Bo, bo się dało.

TRZECIA: Kiedyś? W przeszłości?

FRIEDA: Tak.

TRZECIA: Kiedy.

FRIEDA: Skończyły się spacery po Berlinie. Przyszli oni. Oni powiedzieli, że to my jesteśmy oni. I mamy się wynosić. Jeszcze zdążyliśmy. Wyjechaliśmy do Belgii. W 1936 roku.

TRZECIA: Więc nie chodzisz już na mecze Herty Berlin?

FRIEDA: Nie.

TRZECIA: I nie pójdziesz w przyszłym tygodniu?

FRIEDA: Nie.

TRZECIA: Bo za słabo grają?

DRUGA: Mogłaś sobie darować.

TRZECIA: Mogłam. Ale nie chciałam.

FRIEDA: Nie, nie dlatego, że Hertha Berlin słabo grała.

PIERWSZA: Co było dalej?

FRIEDA: Byliśmy coraz bardziej oni, a oni byli coraz bardziej my. W Belgii i na całym świecie. I przyszli też do Belgii. Chcieliśmy uciekać do Francji.

DRUGA: Ale?

FRIEDA: Ale się nie udało. Albert zginął pierwszy. W maju 1940 roku, około godziny dziesiątej rano. Ja zginęłam kilka minut po nim. Bombardowanie. Wielkie ciężkie głazy bomb.

DRUGA Tak się zastanawiam.

PIERWSZA: Nad czym?

DRUGA: Obok dworca są bardzo dobre zapiekanki. Myślicie, że mają z dowozem? Że dowiozą nam do teatru?

FRIEDA: Czy już? Czy mogę wysiąść?

PIERWSZA: Friedo, skarbeńku… Naprawdę myślisz, że to, że zginęłaś w 1940 roku, w jakikolwiek sposób cię uratuje? Że to już koniec?

DRUGA: Jedzie pociąg z daleka…

TRZECIA: Na nikogo nie czeka…

PIERWSZA: Konduktorze łaskawy…

PIERWSZA, DRUGA, TRZECIA: Byle nie do Warszawy…

FRIEDA: Nie!

PIERWSZA, DRUGA, TRZECIA: Byle nie do Warszawy!

FRIEDA: Nie!

PIERWSZA, DRUGA, TRZECIA: Byle nie do Warszawy!

FRIEDA: Wypuśćcie mnie! Błagam! Przecież ja nie żyję! Ja już zginęłam! Nie macie prawa! Nie macie! Zostawcie mnie!

PIERWSZA, DRUGA, TRZECIA: Byle nie do Warszawy!

DRUGA: Pociąg! Staaaać! Patrzcie, co znalazłam!

PIERWSZA: Czapka! Czerwonoarmisty!

TRZECIA: Masz tego więcej?

DRUGA: No nie, ta pracownia to jest jakaś skarbnica. Medal spod Lenino.

PIERWSZA: Pokaż. Autentyk.

TRZECIA: Ci to muszą mieć budżet!

PIERWSZA: Daj mi też ten mundur.

FRIEDA: Wypuśćcie mnie.

PIERWSZA: Gramofon!

Katiusza.

DRUGA: Jak zabawa, to zabawa!

FRIEDA: Zostawcie mnie! Ja nie żyję, do kurwy nędzy, już zginęłam!

PIERWSZA: A nam to nie przeszkadza!

DRUGA: Wyzwolimy cię!

TRZECIA: A potem cały pociąg!

PIERWSZA: A potem cały świat!

Pauza.

TRZECIA: Głowa mnie boli.

PIERWSZA: Mnie też.

DRUGA: Nic dziwnego. Wojna się skończyła.

TRZECIA: Wyzwolenie!

TRZECIA: Nie krzycz tak. Głowa pęka. Powachluj. Plakatem? Pierwsza premiera powojenna: Moralność pani Dulskiej.

DRUGA: O czym to było?

PIERWSZA: O kołtunach na głowie. A ja właśnie na te kołtuny na głowie coś mam. „Finezja”.

DRUGA: Jaka finezja?

PIERWSZA: Szampon „Finezja”.

DRUGA: Szampon. Rzeczywiście.

PIERWSZA: Pierwszy szampon PRL. Lata 60., XX wiek.

TRZECIA: Klasyka znaczy.

PIERWSZA: Jeszcze jaka.

DRUGA: I co z tym szamponem?

PIERWSZA: Pomyślałam, że mogłybyśmy umyć Friedzie włosy. Ma kołdun. Kołdun. I trochę już przeszła. Należy jej się trochę luksusu.

DRUGA: Zapytam jej, czy chce?

TRZECIA: Mamy taki szampon dla ciebie. Umyć ci włosy?

DRUGA: I co?

TRZECIA: Chyba się pogniewała.

DRUGA: Na kogo?

TRZECIA: Nie wiem. Nic nie mówi.

DRUGA: To może umyjmy jej te włosy.

PIERWSZA: Ładnie się pieni.

DRUGA: Nawet ładnie, rzeczywiście.

PIERWSZA: Podaj wodę. Nie za gorącą, ostudź ją trochę. Grzebień. I jak?

TRZECIA: No, mogło być lepiej.

PIERWSZA: Ale mogło być też gorzej. Słuchaj, ja ci nic nie poradzę. Dziewczynę wypieprzył pluton Armii Radzieckiej, ty się ciesz z tego, co jest. I tak nie jest źle.

DRUGA: Tylko halka się podarła.

PIERWSZA: Rzeczywiście.

TRZECIA: Halo.

PIERWSZA: Frieda.

DRUGA: I co?

PIERWSZA: Gówno co. Nic. Nie mówi.

DRUGA: Słyszę, że nie mówi.

PIERWSZA: To co się pytasz.

DRUGA: Pytam, bo pytam, nie czepiaj się.

TRZECIA: Uciszcie się! Frieda nie dokończyła swojej opowieści. Musimy jej pomóc.

DRUGA: A co my innego robimy przez cały czas?

TRZECIA: Napiszmy jej tekst.

DRUGA: Jaki tekst?

TRZECIA: Taki, który ją uruchomi. Coś optymistycznego. Na miarę naszych czasów.

DRUGA: Na miarę naszych czasów, ty siebie słyszysz?

TRZECIA: Przypierdolę jej zaraz.

DRUGA: No, już dobrze. Zgrywam się przecież. Już się tak nie denerwuj.

PIERWSZA: Mam. Wiem. Ten szampon to jest przeznaczenie.

TRZECIA: Zabierz stąd tę wariatkę.

PIERWSZA: To jest nić przeznaczenia. Frieda – premiera niemiecka Fausta – burza włosów, namiętność, piękno, pożądanie. Frieda – Moralność pani Dulskiej – Armia Radziecka i kołdun na łbie. I teraz – Frieda – kobieta naturalna, silna, wyzwolona. Kobieta, która używa szamponu dla kobiet, stworzonego przez kobiety, opracowanego przez kobiety, wymyślonego przez kobiety…

TRZECIA: Chyba najpierw wymyślonego, potem opracowanego, a potem stworzonego, co?

PIERWSZA: Będzie się teraz koleżanka czepiać każdego słówka, tak? Kierowniczka się znalazła. Posłuchajcie:
Ten szampon wybawi cię z grzechów przeszłości
Czy jesteś na diecie czy nie musisz już pościć

Brunhilda kłania się nisko.

DRUGA: 10 na 10 w skali krindż miesiąca.

PIERWSZA: Tak? To proszę. Spróbuj ty.

DRUGA:
Może dębowy, a może sosnowy
A może wykorzystasz nasz szampon brzozowy?

Bartel kłania się nisko.

PIERWSZA: Brzozowy? To chyba można wypić zamiast małpki?

TRZECIA:
Cicho. Teraz ja.
Szampon jak marzenie, jak z raju westchnienie
Wywołuje radość i cebulek drżenie
Stosuj o poranku, stosuj także w nocy
Będziesz wystrzałowa jak kamyczek z procy

Gustebalda kłania się nisko.

FRIEDA: Kamyczek.

DRUGA: Odezwała się.

FRIEDA: Kamyczek. Kamień. Kamień filozoficzny. Kamień na kamieniu nie zostanie. Kurhan.
Wiem, kim jesteście.
Wiem, kim jesteście naprawdę, baby.
Baby pruskie.
Kamienne posągi znajdowane na Warmii i Mazurach od czasów średniowiecza.
Kamienne posągi, którym przypisuje
Kamienne posągi.

TRZECIA: Nasza historia nie ma początku.

DRUGA: Nie ma końca.

PIERWSZA: Tkamy sobie.

TRZECIA: Nasza historia jest wspólna i oddzielna jednocześnie.

PIERWSZA: Pruska baba to charakter. Nie zostajesz nią po śmierci. Lecz przy narodzinach. Może po śmierci zamienisz się w kamień. Ale śmierć nie jest końcem. Opowieść trwa dalej. Twoje kamienne ciało obrasta bluszcz. Twoje kamienne ciało obmywa deszcz. Twoje kamienne ciało jest przenoszone.

DRUGA: Wystawiane na widok publiczny jak w mauzoleum.

PIERWSZA: Żyjesz dalej. Czy swoim życiem?

TRZECIA: Lubimy to miejsce.

PIERWSZA: Rupieciarnio nasza.

DRUGA: Graciarnio nasza.

PIERWSZA, DRUGA, TRZECIA:
Rekwizytornio nasza.
Pracownio krawiecka nasza.

PIERWSZA: Jesteśmy takie wspólne, jesteśmy takie samotne.

DRUGA: Zostaniesz z nami, Friedo.

TRZECIA: Babo pruska.

FRIEDA: Tak sobie myślę, że… tak gadacie te smutne kawałki, bo… bo brakuje wam jednej do brydża.

DRUGA: Będzie do nas pasować.

PIERWSZA: Zawsze pasowała.

 

KONIEC

 

 

 

Utwór wyróżniony w konkursie literackim SZPRAJSA na tekst nawiązujący do Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie.

 

The post PanzerFaust appeared first on Pro Libris.

]]>
Sesja płatna z Krytykiem Wewnętrznym Dramat psychologiczny na jedną głowę (fragment) https://prolibris.net.pl/sesja-platna-z-krytykiem-wewnetrznym-dramat-psychologiczny-na-jedna-glowe-fragment/ Mon, 24 Nov 2025 10:03:01 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16432 Agnieszka Olszewska

The post Sesja płatna z Krytykiem Wewnętrznym Dramat psychologiczny na jedną głowę (fragment) appeared first on Pro Libris.

]]>

Agnieszka Olszewska

Sesja płatna z Krytykiem Wewnętrznym

Dramat psychologiczny na jedną głowę
(fragment)

 

Osoby:   ESTETYCZNA

                OSZCZĘDNA

                CIERPIĄCE

                KRYTYK

                JA

                TŁUM 1

                TŁUM 2

                TŁUM 3

                TŁUM 4

 

Scena I

Miejsce: Środek głowy. Rekwizyty postaci, krzesła. Na krzesłach na środku sceny siedzą kolejno od lewej: Estetyczna, Oszczędna, Cierpiące, Krytyk. Ja siedzi nieco z boku z prawej strony na czerwonej kanapie i czyta książkę. Pozostali ogrywają własne rekwizyty. Krytyk skreśla coś w notesie, Estetyczna pisze wiersz, Oszczędna liczy, Cierpiące nerwowo odpina i zapina torebkę. Przez scenę z lewej na prawą przechodzi atrakcyjna kobieta w dopasowanej sukience. Wszyscy na nią patrzą, odprowadzają ją wzrokiem do kulis.

ESTETYCZNA: (z rozmarzeniem) Podoba mi się. Pójdę się przebrać… Błękitna będzie doskonała.

KRYTYK: (zwracając się do Cierpiącego) Siedź! Zapomnij! Dwa rozmiary temu to było…

OSZCZĘDNA: (oblicza coś na kalkulatorze i mówi, zwracając się do Cierpiącego) Szkoda czasu. Poza tym już się dzisiaj dwa razy przebierało. Twoje dzisiejsze ubrania na zmianę mogą ważyć około 2,5 kilograma. Będzie to dodatkowy wsad do prania, a pralkę mamy na 5,5 kilograma wsadu. To daje dodatkowe pranie raz na dwa dni, dodatkowe wydatkowanie prądu, proszku i czasu pracy. Obliczyć zmarnowany czas pracy i zrobić szczegółową kalkulację kosztów?

ESTETYCZNA: Nie, dziękuję.

Cierpiące wyraźnie kuli się w sobie na krześle.

KRYTYK: (do Cierpiącego) Wyśmieją je, że po co znowu tak wystrojone wyszło. Żeby się komu pokazać? Że co, że kto na to popatrzy? Już się dość ośmieszyło, jak ubrało dresik jak żółtą piżamkę w szóstej klasie… Pamięta? Przypomnieć znów?

CIERPIĄCE: Nie!!! Proszę, nie!!! Nie chcę znów!!!

KRYTYK: To zapomni o błękitnej sukience.

ESTETYCZNA: (dalej z rozmarzeniem) Błękitna sukienka… Tu ten tak i tu takie, a tu tak, tak i tak.

Estetyczna wstaje i obrysowuje na sobie kształt sukienki z falbanami. Krytyk widząc to, przykłada gwizdek do ust.

CIERPIĄCE: Nie!!! Proszę… Nie! Tylko nie to!

Krytyk gwiżdże. Hałas. Wchodzi Tłum z krzesłami zza kulis z prawej strony. Cztery osoby z tłumu wyciągają Cierpiące siłą razem z krzesłem na przód sceny. Otaczają Cierpiące, siadając na krzesłach, pokazują Cierpiącemu coś w telefonach i komentują.

TŁUM 1: Piermodlęco.

TŁUM 2: No chyba, żółciu-cienkie jak skuj…

TŁUM 3: Weź, krumba, ale krindż.

TŁUM 1: A tu, popatrz tu, jak wygląda…

TŁUM 4: Nie, no nie mogę…

Cierpiące wygląda na coraz bardziej przestraszone, próbuje odwracać twarz, ale Tłum 4 wstaje i przytrzymuje mu głowę, żeby patrzyło.

TŁUM 3: Jak galwon w rompuku.

TŁUM 1: (do Cierpiącego) Ej, ej, patrz tu, uważaj, bo ci pryknie…

TŁUM 2: (do Cierpiącego) A to patrz, to po Spyrmodku masz czy co?

TŁUM 3: Krumba, ale chociej…

TŁUM 1: Ja Piermodlę… Ale skujowo…

Cierpiące wreszcie nie wytrzymuje. Wyrywa się, staje na krześle i wyjmuje z torebki szminkę. Maluje policzki na czerwono. Zza sceny słychać hałas. Jakby się coś zwaliło, jakby ktoś krzyczał zakneblowany. Tłum nasłuchuje. Cierpiące siada na krzesło.

TŁUM 4: Dobra, idziemy, bo mu odpymdrala. Jakaś drama się robi, nie będę się w tym bździł potem, ja sprymdalam.

TŁUM 1: Idziemy… Skuj z bambikiem…

TŁUM 2: Idziemy…

Tłum zabiera krzesła i wychodzi za kulisy w prawą stronę. Cierpiące siedzi na krześle pomalowane, przestraszone. Estetyczna podchodzi do Cierpiącego, całuje je w czoło. Potem wychodzi na środek sceny przodem do publiczności i czyta wiersz ze swojego zeszytu z wierszami.

ESTETYCZNA:

Kret
Jestem
Dwunastoletnim
Grubym chłopcem
Który składa się z kata, skazańca i skandującego tłumu
Jedyna droga ucieczki
To zapaść się pod ziemię
Umiem drążyć podziemne korytarze
Uciekać głuchym tunelem
Przed rozchodzącym się tupotem stóp
Rozczarowanych gapiów

Estetyczna zamyka zeszyt i podchodzi do Cierpiącego.

ESTETYCZNA: Przepraszam cię, bardzo cię przepraszam, że znów miałam życzenie błękitnej. Nie umiem tego pohamować. Nachodzi mnie to tęsknotą za wielkim błękitem. Przepraszam, działałam w zachwycie…

 

The post Sesja płatna z Krytykiem Wewnętrznym Dramat psychologiczny na jedną głowę (fragment) appeared first on Pro Libris.

]]>
No make up https://prolibris.net.pl/no-make-up/ Tue, 22 Oct 2024 12:09:35 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14082 Iwona Kusiak

The post No make up appeared first on Pro Libris.

]]>

Iwona Kusiak

No make up

(fragment)

Byłam tak stęskniona, że po prostu do niego pojechałam. No, może nie tak po prostu, wzięłam w piątek wolne, fryzjer, paznokcie, depilacja, nowa bielizna, tysiąc złotych, nawet nie patrzę na debet na koncie, nieważne. Jadę do niego, bo go kocham. To się nie mogło tak po prostu skończyć po dziesięciu miesiącach wysłuchiwania o problemach zdrowotnych jego matki, no nie! Biorę ubera i jadę, mam na sobie… niewiele mam na sobie, kierowca wie o tym, bo czuję jego lubieżny wzrok w lusterku, ale rozbrajam go swoim uśmiechem. Jadę ubrana w miłość i nadzieję! Nie, nie uprzedzam go o swoim przyjeździe, wtedy nie byłoby niespodzianki. Kurwa, oczywiście pada, jak w angielskim filmie, ale ja nie jestem pieprzoną Bridget Jones z zeszłego stulecia, mogłam sobie tego fryzjera darować, ale co tam, huk, trudno, nieważne, nie ma znaczenia! Ważne, że jestem, że się przełamałam, że jestem gotowa na związek, na stag… na stabilizację, na obiady z ciotkami i kuzynami, na wybieranie zastawy stołowej albo może nawet psa, tak, pies to będzie dobry początek, to będzie cudowny początek! Pojedziemy w poniedziałek do schroniska i wybierzemy jakiegoś najbrzydszego, najbardziej samotnego psa na świecie, no może nie aż tak okropnego, ale takiego, który już stracił nadzieję, który już nie wierzy, że zostanie uratowany, że coś mu się należy od świata, coś więcej niż miska, świat zza krat i spacer raz dziennie, takiego, którego nikt nie chce, którego nikt nigdy nie wybrał! Znacie takie psy, ludzie się zatrzymują i patrzą, jaki bidulek, albo jaki słodziak, i czasem pogłaszczą, czasem nawet na spacer wezmą albo wpłacą na zrzutkę, ale jest niewybieralny, nikt nie chce zaryzykować takiego psa! I my damy mu siebie, wreszcie, damy mu dom, damy mu… uratujemy go!
„Co tutaj robisz?” – usłyszałam, więc od razu wypalam, że musimy adoptować psa, nawet teraz, zaraz, możemy tam od razu jechać i uratować jakieś zwierzę. „Masz gorączkę? Pijana jesteś?” Rzucam mu się na szyję, ale odsuwa się od mnie i patrzy… „Po co przyjechałaś?” Nic nie zrozumiał o tym psie ani o tej nadziei, a mi przez gardło nie może przejść to słowo na M, nagle wydaje się idiotyczne, śmieszne wręcz, banalnie śmieszne, więc i ja zaczynam się śmiać, bo stoję na progu, trochę na zewnątrz, a trochę w środku, a on mnie nie wpuszcza, jakby się droczył ze mną, to na pewno jakaś gra, więc ja też się zaczynam śmiać i zrzucam resztki godności, czyli mój camelowy, wełniany trencz za jedną wypłatę i jeszcze trochę, rzucam go jak kostkę do gry i czekam na jego ruch, bo ja już stoję na swoim polu, moja figurka już czeka, aż ktoś ją przesunie oczko dalej, albo dwa, albo trzy. Czy ktoś ma pieprzoną instrukcję obsługi? Bo on nie rusza swojego pionka, nic go nie rusza, ja go nie ruszam, czujecie, JA-GO-NIE-RUSZAM! Dobra, może on ma karną kolejkę, więc ja sama ruszam do przodu, do niego, zbliżam się, przywieram do niego, oplatam go nogami i rękami, bardziej rękami, bo inaczej bym upadła, ale wpijam się w niego z całej siły… i… i… „Nawet mi nie stoi, jak na ciebie patrzę”. Potknęłam się spektakularnie o swój płaszcz, bo jakżeby inaczej. Nawet nie podał mi ręki, ręki mi nie podał, słyszycie? Kurwa…
„Idź już, zanim… ” – powiedział, chrząkając znacząco, a ja to chrząknięcie znam, ono nic dobrego nie wróży, chrząkał tak na mnie i na innych, jak mu się coś nie podobało, jak ja mu się nie podobałam. Ręki mi nie podał, dżentelmen. „Nawet nie ma ci co tam stanąć!” – krzyknęłam, gdy zatrzaskiwał mi drzwi przed nosem. A ja stałam w strugach deszczu, bardzo filmowego deszczu, który tak pięknie ze mnie zmył cały makijaż oczekiwań, i tusz, i wszystko, wszystko, i zgasił moją pochodnię.
A myślałam, że po rozwodzie nikt już mnie nie zrani. Zaraz, to ja się zraniłam. Chciałam, żeby to był ten jedyny, wiecie. Chciałam dla niego… Nigdy więcej, słyszysz, kretynko?! Musiałam krzyczeć do siebie naprawdę, to nie był mój wewnętrzny głos, na pewno nie, bo jakaś para obejrzała się na mnie spod parasola. A wierzcie mi, ja nie mówiłam, ja wyłam! Ostatni raz wtedy upadłam, dosłownie, przed facetem. No, może jeszcze potem raz, ale to po pijaku, tak dosłownie, literalnie upadłam, więc to się nie liczy. Po pijaku się nie liczy. Chyba, że zaraz zmienię zdanie, na wizycie. To wtedy będzie się liczyło na całe życie.
Coś wtedy się jednak zmieniło. Ja zmieniłam życie pewnego psa, bo następnego dnia pojechałam do schroniska. Adoptowałam psa. Wirtualnie na razie. Wiem, że to jak zmiana tapety w komórce, ale zawsze coś. Prawda? Prawda?
Tadamm, tadamm, to ja, mistrzyni dram. Była mistrzyni, korony nie przekażę, bo nie ma czego. Fajnie mi wtedy to upokorzenie wyszło. Ostatni raz, ale profesjonalnie. Dobra jestem, nie? Wiem, że jestem. Żałuję, że nie zdawałam kiedyś do szkoły teatralnej. Poszłam do pracy jeszcze na studiach. A mogłam być każdego dnia, każdego wieczora KIMŚ innym.
Inną kobietą. Innym życiorysem. Inną możliwością. Innym wyborem.
Być kimś innym niż korposuką, idealnie perfekcyjną i atrakcyjną larwą, której nikt nie nauczył, jak stworzyć dom, bo jej matka była zajęta innymi dziećmi i kolejnymi dramatami. Być czasem po prostu dojrzałą kobietą, która zawsze spełniała życzenia innych. O założeniu rodziny, na przykład. Podstawowej komórki rodzinnej. Bo tak trzeba. O idealnym ciele według obowiązujących standardów. O pięknym życiu w mediach społecznościowych. Uśmiech! O zapominaniu o sobie, codziennie, porzucaniu siebie, kawałek po kawałku.
O rolach, które są naszym marzeniem, ale dostała je inna kobieta. Właściwie każda inna, tylko nie ty. O rolach, które ktoś nam przydzielił bez naszej wiedzy. Bez konsultacji. Bez castingu nawet! Po warunkach.
Być kimś innym niż wieczną dublerką, zawsze w gotowości. Albo na zastępstwie, czekając cały czas na swoje pięć minut. Całe życie czekam. Aż schudnę. Aż znajdę lepszą pracę. Aż urosną mi włosy do pasa. Aż odłożę na wkład własny. Aż znajdę porządnego faceta. Aż… aż…
Tylko się nie udław, zawołałaby moja terapeutka. Tylko się nie zachłyśnij! Tak na marginesie, to nie jest już moją terapeutką, zrezygnowała nie tylko ze mnie, alleluja, nie ja jedna zostałam porzucona, ale ze wszystkich pacjentek i pacjentów, żeby szukać siebie, bo się zgubiła. Odkryła w wieku… słusznym, że jednak woli szparki, jest lesbijką, i zakochała się w kobiecie. I dobrze! Bardzo jej kibicuję, ale to nie zmienia mojej sytuacji życiowej i tak już skomplikowanej jak instrukcja obsługi gry planszowej dla sześciolatka, dwanaście stron bitego tekstu, „ale ciocia prezent wymyśliła”, usłyszałam na święta. A sposoby użycia życia to nikt nie odważy się spisać?
Gdybym była aktorką, a widzicie, że byłabym naprawdę zajebistą, kto napisałby, kurwa, jakąś porządną rolę dla mnie, na miarę moich możliwości? No kto? On, tam w górze? Nikogo tam nie ma. Los? Przypadek? No kto? A wam kto wam pisze scenariusze? Rodzice? Partner? Dzieci? Szefostwo? Instagram? Tinder?
Najtrudniej chyba zagrać siebie.
Tak bez publiczności. Jakby nikogo nie było. Tylko ja i pusta scena.
O, zapomniałam, że w moim życiu jest jeszcze ważna postać zwana „pindą piętro niżej”. Mój katalizator zdarzeń. Bo jak wróciłam powoli do siebie z tego upokorzenia i trochę przestałam parzyć, to musiała mi o tym upadku przypomnieć ona, złośliwa matrona. Wiedziała, że się wyprowadził niedawno, kolejny, któryś z kolei zatrzasnął z hukiem drzwi za sobą. Tak głośno, że piętro niżej otworzyła szampana. I przy pierwszej okazji na korytarzu prychnęła do mnie: „oliwa sprawiedliwa”. Słucham? „Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz” – burczy dalej i unosi dwa podbródki w geście zwycięstwa. Hola, hola, zagradzam jej drogę. I co jeszcze pani powie z księgi przysłów?
„Baba z wozu, koniom lżej!” – śmieje się i wzrusza pogardliwie ramionami matka pięciorga czy sześciorga, i tryumfuje, a jakże, bo ona prowadzi przykładne życie matki i żony, a ja…
Jeszcze jedno słowo…
„I co mi pani zrobi?” – purpurowieje wzorowa obywatelka. „A to pani zna? Kiedy mąż żony nie bije, to w niej wątroba gnije; a kiedy ją przechlasta, to w niej wątroba przyrasta?” – recytuję płynnie, a ona blednie. „Albo: Kiedy mąż do dziewiątej skóry dobija, wtedy dobra żona? To pani zna? Nie? To polecam lekturę, Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich, opracował Samuel Adalberg, Warszawa 1889-1894, zestawienie najbardziej seksistowskich i przemocowych przysłów”.
„Daj mi pani spokój… ” – stara się mnie ominąć, ale nie dam jej tej satysfakcji, o nie, nie po tym wszystkim. „Wiesz, dlaczego mój mąż odszedł, głupia krowo? Ten, który ci się kłaniał w pas i mówił grzecznie: dzień dobry? Wiesz, dlaczego, krowo?”
Dobra, powinnam powiedzieć: nazywanie cię krową jest obraźliwe dla tego zwierzęcia, ale klauzula sumienia mi nie pozwala, więc pozostałam przy głupiej, pizdę też sobie darowałam, bo kto wie, co ma między nogami? Tak, wiem, że to niepoprawne politycznie, ale przecież nie mówię, że jest grubą, głupią krową, chociaż trudno nie zauważyć jej gabarytów, więc liczę na waszą wyrozumiałość, bo ona naprawdę jest wkurzająca!

The post No make up appeared first on Pro Libris.

]]>
Kocina w śmietanie (fragment) https://prolibris.net.pl/kocina-w-smietanie/ Thu, 27 Jun 2024 11:58:46 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=13159 Andrzej Sienkiewicz

The post Kocina w śmietanie (fragment) appeared first on Pro Libris.

]]>

Andrzej Sienkiewicz

Kocina w śmietanie

(fragment dramatu)

Obsada aktorska:

  1. Hotelarz: Jan Marszałek (około 60 lat)
  2. Żona hotelarza: Pola Marszałek (około 40 lat)
  3. Gość z USA: Cathy Moczymorda (około 30 lat)
  4. Gość z Niemiec: Helmut Schicklgruber (około 60 lat)
  5. Gość z Rosji: Wladimir Dżugaszwili (około 50 lat)

Miejsce akcji: Słubice nad Odrą, hotel.

Epizod 1

Wyciemnione pomieszczenie w suterynie, sylwetki kilku osób (jedna powinna mieć chustę na głowie), przy długim stole, kręcących papierosy prostymi maszynkami w świetle biurowych lampek (widać jedynie ręce oraz duże pudełka z napisem „Tabak”). Okienka szczelnie zasłonięte.

Głos z głębi pomieszczenia: Mein Name ist… (Nazywam się…)
Chórek: Majn Name yst.
Głos z głębi pomieszczenia: Guten morgen. (Dzień dobry.)
Chórek: Gu-ten mor-gen.
Głos z głębi pomieszczenia: Asyl. (Azyl.)
Chórek: Ayzzl.
Głos z głębi pomieszczenia: Gut. (Dobrze.)
Chórek: Gut.
Głos z głębi pomieszczenia: Ich will arbeiten. (Ja chcę pracować.)
Chórek: Ysz wyl arbajten.
Głos z głębi pomieszczenia: Ich nehme jede Arbeit an. (Biorę każdą pracę.)
Chórek: Isz neme jede arbajt an.
Głos z głębi pomieszczenia: Ich kann Schnee weg machen. (Potrafię odśnieżać.)
Chórek: Isz kan szne gut rojmen.
Głos z głębi pomieszczenia: Ich suche Arbeit. (Szukam pracy.)
Chórek: Isz such arb-ajt.
Głos z głębi pomieszczenia: Du hast da nichts zu suchen! (Nie masz tu nic do szukania!)
Rozbrzmiewa dzwonienie z telefonu komórkowego, przeraźliwe w formie, ale ciche.
Głos z głębi pomieszczenia: Feierabend. Fajrant. I ticho byti. (Starczy tych fajek, tego kręcenia na dziś.)
Szuranie krzesłami, oddychanie z ulgą, kroki.

Epizod 2

Jan otwiera drzwi hotelu, wychyla głowę na zewnątrz. Słychać rumor samochodów. Jan zamyka drzwi i otrząsa się z zimna. Nagle dobiega go odgłos ostrego hamowania, a po nim głuche uderzenie. Chce zawrócić, zobaczyć, co się stało, ale dzwoni telefon stacjonarny przy okienku recepcji, więc biegnie szybko w półmroku ku ladzie, uderza po klawiszach aparatu telefonicznego, włącza się głośne mówienie i zapala światło.

Jan: Guten Morgen. Hotel in Frankfurt-Oder-Słubice. Mein Name ist Marszałek. Wie kann ich behilflich sein? (Dzień dobry. Hotel in Frankfurt-Oder-Dammvorstadt-Slubice. Moje nazwisko Jan Marszałek. W czym mogę pomóc?)
W telefonie głos kobiety, mówi po niemiecku, polskie nazwiska wypowiada dość dobrze.
Kobieta: Hotel „Polonia”?
Jan: Ja. Bitte. Guten Morgen. (Tak. Proszę. Dzień dobry.)
Kobieta: Ich haette gern Herr Mickiewicz gesprochen. (Chciałabym rozmawiać z panem Mickiewiczem.)
Jan: Ja, aber wer sind Sie, bitte? (Tak, ale kim pani jest, proszę?)
Kobieta: Entschuldigung. Guten Morgen. Mein Name ist Bogumila Beka. Und der Herr Mickiewicz ist mein Vater. (Przepraszam. Dzień dobry. Nazywam się Bogumila Beka. A ten pan Mickiewicz jest moim ojcem.)
Jan: Ach, so. (Ach, to tak.)
Jan widzi, że uchylają się drzwi wejściowe; ktoś wrzuca do środka nieżywego, czarnego kota. Jan robi zdziwioną minę, ale nie przerywa rozmowy i szybko dodaje:
Jan: Sprechen Sie auch polnisch vielleicht? (Mówi pani może także po polsku?)
Kobieta: Ja, tak. Trochę.
Jan: Świetnie. Pani Bogusiu. Tak, pani ojciec jest naszym gościem. Byłem rano u niego zanieść mu śniadanie, bowiem nie może o własnych siłach wstać z łóżka. Ma bóle w krzyżu.
Kobieta mówi po polsku, z mocnym akcentem niemieckim:
Kobieta: W kszy-szu? Po niemiecku Bandscheibenvorfall. Nie wiem jak po polsku. Jestem lekarz. Rozumiem duszo.
Jan: Świetnie się składa. Telepatia, więzy uczuciowe. Może pani zaraz coś doradzi ojcu przez telefon. Ach, stop. Aparat telefoniczny w ich pokoju jest na biurku, daleko od łóżka.
Kobieta: Mieszka nie sam w pokoju?
Jan: Przyjechał z przyjacielem, który już poszedł za swoimi sprawami.
Kobieta: Z przyjacielem?
Jan: Znaczy z kolegą przyjechał, nie przyjacielem.
Kobieta: Z nieprzyjacielem?
Jan: Nie. Z kolegą. Zwykłym kolegą, do pomocy. Mają osobne łóżka.
Kobieta: Rozumiem.
Jan: Co w tej sytuacji robimy?
Kobieta: Proszę powiedzieć, sze córka dzwoniła. Nie! Nie, tak. Proszę tak: dzwoniła Bogusia. Stoimy w… Nie, nie tak! Stoi w kolejce aut przed granica i chce się spotkać.
Jan: Co mam mu powiedzieć?
Kobieta: Dzwoniła Bogusia. Stoi w kolejce do granica. Czy chce sie spotkać? Nie! Czy sie spotka? Zapamiętał pan? Niech pan powtarza.
Jan żachnął się, ale powtarza:
Jan: Dzwoniła Bogusia. Stoją przed granicą, bardzo długa kolejka. Chce się spotkać.
Kobieta: Nein! Nie tak. Czy mosze sie z nami spotykać?
Jan: Czy on może się spotkać?
Kobieta: Nie.
Jan: Czy ona?
Kobieta: Nie. Wystarczy, że pan powie, czy może się spotkać.
Jan: Czy może się spotkać?
Kobieta: Bardzo dobrze. Wszystko jasne? Zatelefonujemy później. Do usłyszenia.
Jan: Do widzenia.
Rozlega się sygnał przerwania połączenia. Jan odkłada słuchawkę, mówiąc do siebie:
Jan: Alles klar. Keiner weiss Bescheid, aber alle machen mit. (Wszystko jasne. Nikt nic nie wie, ale wszyscy robią to, co inni.)
Jan podchodzi do drzwi wejściowych, bierze za ogon nieżywego kota, na którego pysku jest świeża krew, zastanawia się i niesie go do kuchni. Znowu dzwoni telefon.
Jan: Guten Morgen. Hotel in Frankfurt-Oder-Słubice. Mein Name ist Marszałek. Was kann ich tun?
Tym razem męski głos w telefonie:
Mężczyzna: Hotel „Polonia”?
Jan: Ja. Jan Marszałek przy aparacie.
Mężczyzna: Mam dla pana propozycję sprzedaży…
Jan: Nie potrafi pan porządnie się przywitać? Nie ma pan nazwiska? Co to za zwyczaj w tym kraju? Wieczna konspiracja! Do jasnej cholery. Skoro wstydzi się pan swojego nazwiska, to niech je pan zmieni!
Rzuca słuchawkę i włącza radio.
Radio: Dziś sobota, 13 grudnia roku 2003. Rocznica wprowadzenia stanu wojennego w komunistycznej Polsce. Jest zimno, jak wtedy, tak samo było w ów mroźny poranek 13 grudnia roku 1981. Uzbrojeni po zęby…
Jan puka się w głowę, wyłącza radio i idzie na schody. Wtem rozlega się krótki dzwonek u drzwi głównych, ktoś uchyla je i wrzuca do środka miękką paczkę.

Epizod 3

Jan zbiega po schodach, podnosi paczkę, rozrywa opakowanie. Wpada Pola.

Jan: Dzień dobry, mój skowronku. Szybko się obrobiłaś.
Pola: Śnieg, zimno, cicho i spokojnie. Niemców na rynku tyle, co na lekarstwo. Kamele wypytują koleżków, jaka grupa celników na granicy, czy zabierają fajki, gdy masz więcej? Kolejka aut na naszej stronie niezbyt długa. Ale po tamtej stoją już na samej górze.
Jan: Sobota, czas na tanie tankowanie i zakupy.
Pola: Tak jest. Jasne. Pytania uzupełniające, obywatelu kapitanie?
Jan: Spocznijcie, obywatelko aktorko ze spalonego teatru.
Pola: Według rozkazu, obywatelu kapitanie ze spalonego komitetu partii.
Śmieją się. Jan otwiera paczkę.
Pola: Słyszałam, że telefon dzwonił, gdy przed drzwiami rozmawiałam z tym miłym młodzieńcem z poczty.
Jan: Spoglądał tobie głęboko w oczy i prawił cieplutkie słówka?
Pola: Wyobraź sobie, że tak.
Jan: On ma zdaje się kompleks mamusi, potrzebuje przytulanek odstawionych na progu dorosłości oraz ochotę na więcej.
Pola: Myślisz, że chciałby uprawiać ze mną seks?
Jan: Jestem tego pewien.
Pola: Przecież wie, że mam ciebie.
Jan: Natura nakazuje młodym byczkom rywalizować ze starymi. Im wydaje się, że taki stary, jak ja, seksu już nie uprawia. Po części prawda, ja faktycznie seksu nie uprawiam.
Pola: Jak to?
Jan: Uprawianie, uprawa to czynność dająca namacalny efekt. Ziemię się uprawia, orze ją, by mieć ziemiopłody. Zwierzęta uprawiają seks, bo ich celem jest spłodzenie potomka. Zero erotyki. Widziałaś byka smoktającego wymiona krowy lub krówkę zadawalającą swego byka oralnie?
Pola: Były prezydent USA też nie miał seksu ze stażystką.
Jan: Doskonały przykład. Ich sąd najwyższy potwierdził mniemanie tego saksofonisty. Bill i Monika nie uprawiali seksu: praktyki oralne, całuski to nie jest seks.
Pola: Za młodu jednak uprawiałeś seks i to z byle z kim i byle gdzie.
Jan uśmiecha się.
Jan: Kochanie, nie uprawiałem, a praktykowałem, trenowałem, dla wprawy, swojego zadowolenia, iście sportowo. Wiesz, gdzie młodzież chętnie ćwiczy?
Pola: Ze mną masz seks, ale go nie uprawiasz?
Jan: Tak, cudowny seks, ale go nie uprawiam. Ja go celebruję. Celebruję od pierwszego razu, od czasu, gdy ciebie poznałem. Czy wolałabyś, bym cię orał?
Pola śmieje się i odpowiada przekornie:
Pola: Czasami. Ale miło mi. Kto dzwonił?
Jan: Jakiś pośrednik. Narobiła się ich cała kupa, w najbrzydszym znaczeniu tego słowa. Typowy cwaniaczek bez nazwiska.
Pola: Czego chciał ten nasz pan reżyser? Widziałam go z daleka, jak zamykał drzwi, wsiadał do samochodu i szybko odjechał. Przygadałeś mu co?
Jan: Aaa, to był on. Nie. Skądże. Nie, nawet nie wszedł do środka.
Pola: Co to przyszło?
Jan: Flaga Unii Europejskiej. Wreszcie przysłali. Zapotrzebowanie ponoć ogromne i nieustające. Czeka się długo i jest drogo.
Pola: Nie mogłeś gdzie indziej zamówić?
Jan: Chciałem, ale uprzedzili mnie, że mają wyłączność.
Pola: Ciekawe, jak to sobie załatwili?
Jan: Spytaj brata. Działał w „Solidarności”. Musi dobrze wiedzieć, skoro załatwił sobie licencję na import śmieci z Niemiec. Chodzi im o bezpieczeństwo śmieciowe naszego kraju?
Pola: Coś taki zgryźliwy?
Jan: To chyba ta polityka, to ich szczucie od samego rana mi się udziela.
Pola: Tę flagę trzeba wyprasować. Strasznie pognieciona. Wygląda, jakby ktoś ją psu z gardła wyrwał.
Jan: Właśnie zamierzam to zrobić. Co kupiłaś?
Pola: PRL-owskie bułki.
Jan: Jakie?
Pola: Takie, co piekli za komuny. Nowy sklep powstał.
Jan: Przemysł pada lub idzie za grosze do obcych. Wokół handel pokątny, pośrednicy. Prawica rozdaje majątek narodowy, eksportuje siłę roboczą i mięso armatnie. Polacy budują obce państwa. Co solidnego zbudowano w tym kraju po komunie? Kilka przeszklonych wiat?
Pola nie słucha go.
Pola: Kupiłam te bułki, bo przy śniadaniu ten gość kwękał, że za takie wydmuszki, w królewskich czasach, piekarza chłostali publicznie. U nich, w Poznaniu, na rynku stoi jeszcze taki pręgierz.
Jan: Nie tylko w Poznaniu. Polecam jemu ten w Bytomiu Odrzańskim.
Pola: Pobiegłam więc zaraz do tej nowej piekarni. Jeden coś palnie i zaraz inni zaznają truć. Czepią się nas znowu, że my to komuchy, że oszukują, że tanie pieczywko.
Jan: Już raz jeden w telewizji nazwał mnie komuchem. Dzwonił potem, pytał, czy nie ma racji, bo dostał cynk, żem nietutejszy, ze Szczecina. Skąd mam kasę na taki hotel?
Pola: Bezczelny. Strzela podejrzeniami i ty tłumacz się. Samozwańczy pismak. Dziennikarzem śledczym każdy może się nazwać. Gadał tak samo, jak ten urzędas. Te same słowa.
Pola zaczyna naśladować tamtego:
Ten hotel chcesz pan nazywać „Marszałek”? Jaki marszałek? Ten ruski, którego sołdaty sforsowali Odrę? Czy Spychalski, ten PRL-owski minister obrony? Nie lepiej od razu marszałek Piłsudski? Hotel „Marszałek Józef Piłsudski”. Bardzo dobra nazwa byłaby. Tu przy Odrze. Na przestrogę Niemcom. Nazwij go, pan, tak i jest zgoda. Zrehabilitujesz się, pan, trochę za wysługiwanie się komuchom.
Pola zmienia ton głosu na swój naturalny.
Ty mu mówisz: ten hotel zbyt marny na taką pompatyczną nazwę. I po co drażnić Niemców. Oni znowu w 20 lat stali się potęgą gospodarczą i militarną. Nazwa neutralna jest lepsza. Polska też powinna teraz być neutralna, razem ze Szwecją i Austrią oraz byłymi demoludami powinna utworzyć bufor między Wschodem a Zachodem. Znowu pchamy się do gipsu. Owszem Piłsudski tu był.
Pola zmienia ton głosu:
Nasz bohater narodowy, marszałek Józef Piłsudski był tutaj? Nic mi nie wiadomo.
Pola znowu zmienia ton głosu:
Był, przejazdem. Z niemiecką obstawą wojskową. Dowodził nimi Harry von Kessler, dyplomata. Ten facet pertraktował z Piłsudskim w więzieniu pod Magdeburgiem, by powstała Polska, zapora dla Armii Czerwonej, która niechybnie planuje marsz na Zachód.
Pola znowu zmienia ton głosu:
Pertraktował? Co to znaczy pertraktował?
Pola znowu zmienia ton głosu:
Pertraktować znaczy chcieć zyskać coś za coś.
Pola zmienia ton głosu, tym razem na swój, normalny:
Ten facio dostał iście białej gorączki. Brzuch mu się trząsł, wydarł się.
Pola znowu zmienia ton głosu:
Skąd ty to wiesz?! Komunistyczna propaganda! Ja waszą czerwoną sitwę załatwię. Skąd masz kasę? Kim byłeś w tym wojsku? Historykiem?
Pola znowu zmienia ton głosu na swój, normalny.
Jan: Zgadza się. Ty masz pamięć. Ten urzędas miał alergię na czerwone.
Pola: Tydzień później wynieśli go z krzaków. Ludzie widzieli: zataczał się pijany, wpadł w zarośla i z nich już nie wyszedł. Pisali, że robota ubowców, a pokątnie gadano, że to robota mafii.
Jan: Właśnie…
Pola: Ten drugi gość był już na śniadaniu?
Jan: Zaniosłem mu je do pokoju i pomogłem wstać z łóżka. Cały obolały. Problemy z kręgosłupem. W rajchu jeździł autem po 80 tysięcy kilometrów rocznie.
Pola: Narobił się. Dzieci wykształcił. Teraz choroby i bidę ma.
Jan: Właśnie. Choroby i rentę taką, że musiał wrócić do Polski. Płacił niskie składki, bo z początku każdy fenig był potrzebny, to teraz mała renta.
Pola: Przyjechał do nas kurować swoje boleści?
Jan: Ma spotkać się ze swoją córką, z Niemiec. Ona jeszcze po tamtej stronie, stoją w kolejce przed granicą. Jakieś nienormalne mi to.
Pola: Co w tym nienormalnego? Kolejka? Za mało mostów do Europy?
Jan: Że spotyka się w hotelu ze swoją córką.
Pola: Nienormalne byłoby, gdyby spotykał się w hotelu z cudzą córką.
Jan śmieje się.
Jan: Racja. Cudze córki najbardziej kręcą facetów. Większość chce mieć seks z młodą i ładną, w wieku córki lub jeszcze młodszą. To zakrawa mi na pedofilię. Wierutna pedofilia!
Pola: Zapominał wół? Ty zakochałeś się we mnie, choć jestem od ciebie dużo młodsza.
Jan: Byłaś i jesteś o niejeden roczek młodsza oraz bardzo miła.
Pola: Zakochałeś się jednak na sam mój widok.
Jan: Nie tylko. Ty wykazałaś się charakterem, okazałaś się być bardzo odważna.
Pola: Odważna? Niby dlaczego?
Jan z rozrzewnieniem:
Jan: Mam ten obraz przed oczami. Wchodzę na salę restauracji „Bajka”. Światła gasną, orkiestra milknie, by zaraz zagrać tusz, bo oto zbliża się hit, najciekawszy punkt programu estradowego. Sensacja w PRL-u lat siedemdziesiątych! Dzisiaj nie do pomyślenia. Oczy wszystkich gachów, kobiet też, skierowane na scenę, podążają za światłem reflektora. Wtem zatrzymał się, kogoś zauważył, ktoś tu jest. Wraca powoli. Jest! Jest naga kobieta. Naprawdę, zupełnie goła? Nie ma nic na sobie? Kuli się więc, osłania i ucieka. On za nią. Ona rusza w tany. Śliczna i ślicznie tańczy. Pomyślałem wtedy: ta dziewczyna jest bardzo odważna. Ona odsłania piersi, jak Rejtan i wolność na barykadzie? Rozebrał się kiedy publicznie jakiś nasz polityk do naga? Ci mają wiecznie coś do ukrycia…
Pola ociera łezkę.
Pola: Upiększasz. Aż tak nie było. W gimnazjum chodziłam na lekcje baletu. Występy miałam nie tylko w „Kaskadzie” i w „Bajce”. We wszystkich teatrach mnie wtedy chcieli. Lecz wszędzie tylko jedna rola: seblykanie się na scenie, gdy ja chciałam więcej, bardzo chciałam być aktorką.
Jan: Niestety, tak wyszło. Dobrze, że pomagałaś charakteryzatorce. Przydaje się teraz… „Kaskada” była bardzo pięknym lokalem: dwie sale, jedna na górze, drugą pod nią, a w sufito-podłodze orkiestra grająca dla wszystkich.
Pola: Piękne szybko się kończy. „Kaskada” spaliła się, ciebie wylali z wojska, mnie z pracy i koniec naszej bajki. Wylądowaliśmy tutaj, bo nam nadarzyła się okazja na biznes, jeden kupił i szybko oraz tanio nam sprzedał i wyjechał… Dobra, zamykaj drzwi. Gadanie o przeszłości nic nam nie da. Dzisiaj jest sobota, nikt nie przyjedzie. Flagę wyprasujemy jutro.

The post Kocina w śmietanie (fragment) appeared first on Pro Libris.

]]>
Akcja Hiacynt (fragment dramatu) https://prolibris.net.pl/akcja-hiacynt/ Wed, 28 Jun 2023 18:13:27 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=9487 Konrad Pruszyński

The post Akcja Hiacynt (fragment dramatu) appeared first on Pro Libris.

]]>

Konrad Pruszyński

Akcja Hiacynt

(fragment dramatu)

 

Osoby:


JA – mężczyzna; ok. 20-25 lat

SEKS – płeć dowolna

NATAN – licealista, dorabia jako model

MIŁOSZ – partner Natana, ok. 25 lat

MELA – matka NATANA

ZUZANNA – psycholog

DANIEL – wokalista, ok. 20 lat

WOJTEK – tancerz, ok. 25 lat

EMIL – urzędnik, ok. 35-40 lat

KSIĄDZ

BISKUP

MILICJANT I

MILICJANT II

MILICJANT III

TYP 1

TYP 2

ZESPÓŁ TANCERZY

CHÓR

 

Część postaci funkcjonuje w realiach PRL.

Pozostałe współczesne.

 

„– Patrz! Pościnano hiacyntom głowy…
Pomiędzy trawę upadł kwiat różowy,
Purpurą krasząc zielone kobierce…
(O, jak tym kwiatom jest bliskie – me serce!)”

 

Safona, Hiacynty, tłum. Jan Pietrzycki

Prolog – Chaos

/ WSZYSTKIE POSTACI
/ SCENA PUSTA

 

 

JA wchodzi z głębi widowni. Pali papierosa. Przystaje przed kurtyną i wypuszcza dym w górę. Na kurtynie wyświetla się motto przedstawienia.

Kiedy JA wchodzi na scenę, kurtyna podnosi się. Ostre, czerwone światło. Muzyczny motyw SEKSU (mocna, beatowa muzyka). W Chaosie SEKS kreuje i dekonstruuje zastany świat – posługuje się w tym celu jasnymi, ale nazbyt dosłownymi symbolami. Światło gaśnie. Cisza.

 

Scena I. Początek

/ JA, WOJTEK, DANIEL, TANCERZE I i II,
MILICJANT I i II, NATAN, SEKS

/ UKŁAD I: (ŁAWKA)

 

JA stoi z boku na proscenium. DANIEL czyta tomik wierszy. WOJTEK oraz TANCERZ I i TANCERZ II ćwiczą układ taneczny. W tle muzyka. MILICJANT I w głębi sceny pali papierosa. Po chwili na scenę wpada MILICJANT II. Wychodzą. WOJTEK wyłącza muzykę.

 

WOJTEK

Dobra, panowie, chwila przerwy, bo jak tak dalej pójdzie, to dzisiaj wieczorem wykituję.

WOJTEK podchodzi do DANIELA.

WOJTEK

Co czytasz?

DANIEL

Nie spodoba ci się.

WOJTEK

Chyba zbyt pochopnie mnie oceniasz. Dopiero co pochłonąłem Czarodziejską górę.

DANIEL

Mam ci uwierzyć?

WOJTEK

 No gadaj, co tam czytasz, mały.

DANIEL

Mały?

WOJTEK

No co, nie czepiaj się słówek – pokaż lepiej…

DANIEL

Spadaj, Wojtek. Jak będę chciał, to ci powiem. Na razie opanuj pośladki.
Powiedz lepiej, co szykujecie?

WOJTEK

Czekaj, czekaj. Ty mi nie chcesz powiedzieć, kogo czytasz, a ja mam ci zdradzić,
co szykujemy? Coś tu jest nie halo.

DANIEL

Oj, Wojtek…

WOJTEK

A na randkę mogę chociaż liczyć?

DANIEL

A ostatnie ci nie wystarczyły?

TANCERZ I

 Wojti, dawaj z powrotem. Muszę jeszcze lecieć do wujka odebrać jakąś przesyłkę dla starych, a my nie mamy zakończenia…

WOJTEK

Już, już, moment… to co?

DANIEL

Staff.

WOJTEK

Co?

DANIEL

Staff. Leopold Staff. Czytam Staffa.

WOJTEK

Aaa… to miło. Ale wiesz, że nie o to pytałem?

DANIEL

Tak? Zdawało mi się, że właśnie o to.

Na scenie pojawia się NATAN oraz SEKS (na razie w cieniu). DANIEL wychodzi, kierując się w głąb sceny.

WOJTEK

Daniel. Nie uciekaj znowu.

DANIEL

Bardzo fajna poezja. Inspiruje mnie.

WOJTEK

Przyjdziesz dzisiaj do klubu?

DANIEL

Zobaczy się.

WOJTEK ogląda się za odchodzącym DANIELEM. Potem wraca do ćwiczeń.
NATAN wyciąga telefon, wpatruje się w ekran, po czym dzwoni.

NATAN

Mamo? Jesteś?… Gdzie jesteś?… Możesz zadzwonić?… Jak to do kogo? Do tej psycholożki… Tej, co mi ostatnio polecałaś. Tak, wiem, że nie chciałem, ale… ale teraz chcę, rozumiesz? Proszę cię. Nie, nic się nie stało – to znaczy nie więcej niż zwykle.. Tak, tak… Mamo, proszę cię – po prostu mnie umów. Dzisiaj. Szybko. Jak najszybciej… No pa.

Zmiana świateł. Punktówki oświetlają NATANA oraz SEKS. Motyw Seksu.

OFF

Eee, chłopczyku – jakichś męskich ubrań nie mieli?
Mama za mało zarabia czy tatuś lubi poruchać synusia?

Ty, widziałeś? Pacz tutaj. On się maluje.

Biednemu pedałkowi pryszcz wyskoczył…
To takie obleśne mieć pryszcza…

Co za pajac. I taki do katola chodzi…

 

Scena II. Terapia

/ NATAN, ZUZANNA
/ UKŁAD II: GABINET (KRZESŁO, STOLICZEK)

 

ZUZANNA z notesem i piórem w dłoni.

ZUZANNA

Czy mówiłeś o wszystkim swojej mamie? Jak się zachowała?

NATAN

W szkole mówią, że to ze mną jest coś nie tak.

ZUZANNA

Próbowaliście…

NATAN

Tak, wszystkiego próbowaliśmy! Oni mają rację, rozumie pani? Oni nie mogą się mylić. Dyrektor, katechetka, psycholog szkolna, ci… wszyscy. Oni po prostu mówią prawdę.

ZUZANNA

Dlaczego tak uważasz?

NATAN

Pani serio pyta?

ZUZANNA

Tak. Chcę poznać twoje zdanie.

NATAN

Nie wiem… Po prostu tyle osób nie może się mylić.

ZUZANNA

A twoja mama?

NATAN

Co moja mama?

ZUZANNA

Myślisz, że uważa jak oni?

NATAN

Ona mnie kocha.

ZUZANNA

A twój chłopak? Mówiłeś, że masz partnera.

NATAN

Miłosz? Jesteśmy ze sobą zbyt krótko…

ZUZANNA

Ale akceptuje cię takiego, jakim jesteś?

NATAN

Nie wiem. Tak. Chyba tak.

ZUZANNA

A…

NATAN

Tylko niech pani nie pyta o ojca.

ZUZANNA

Wiem od twojej mamy, że ojciec was opuścił. Skąd ta reakcja?

NATAN

Czy naprawdę musimy o tym rozmawiać?

ZUZANNA

Nie musimy.

NATAN

Czy może mi pani coś przepisać?

ZUZANNA

Dlaczego postanowiłeś wrócić do terapii? Spokojnie, Natan. Mamy czas.

NATAN

Czy może mi pani coś przepisać?

ZUZANNA

Co się dzieje?

NATAN

Boję się.

ZUZANNA

Czego się boisz?

NATAN wgapia się ślepo w ZUZANNĘ.

ZUZANNA

Musisz powiedzieć mi coś więcej, żebym mogła pomóc.

NATAN

Co mam pani powiedzieć?

ZUZANNA

Jak się czujesz. Czego się boisz. Jak…

NATAN

Jak się czuję? A jak się mogę czuć? Jak śmieć się czuję. Jak zero. Nic niewarte zero. Boje się, bo na każdym kroku ktoś chce mi zrobić krzywdę, udowodnić, jakim jestem nikim. Jak zacząłem nosić różaniec w formie pierścionka, to wyciągnęli mnie na środek stołówki, wsadzili mi łapę do talerza z gulaszem i krzyczeli: „Pedał, nawet tutaj nie może się powstrzymać! Rucha kurczaka na talerzu!”. I to jest szkoła katolicka, rozumie pani? Spłukałem go w kiblu. Tego się boję. Ludzi. Ludzie są najgorsi.

 

Scena III. Rozkaz

/ MILICJANT I, II, III, SEKS

/ UKŁAD III: KOMENDA (BIURKO, DWA KRZESŁA)

SEKS płoży się w nogach milicjantów.

 

MILICJANT III

Dziś po południu przyszedł nowy rozkaz. Piętnastego listopada rozpoczynamy akcję
o kryptonimie „Hiacynt”. Tutaj macie szczegóły. (Podaje teczkę) Sam generał Kiszczak przekazuje wam instrukcje. Oczekuję, że przyłożycie się do pracy. To ważne.

MILICJANT I

Mamy wyłapywać pederastów?

MILICJANT III

Znaleźć, przesłuchać, założyć kartotekę. Przydatnych nakłonić do współpracy.
Na waszym biurku leży już wzór kwestionariusza i oświadczenia.

MILICJANT II

Jak długo ma to potrwać?

MILICJANT III

Tak długo, jak będzie trzeba. Są uzasadnione obawy co do działania tych, jak to nazwaliście, pederastów. To środowisko kryminogenne. Poza tym tyle się mówi na Zachodzie o tym całym AIDS. Nie możemy sobie pozwolić na wpuszczenie tego do nas. To byłoby niebezpieczne
dla partii. Potrzebujemy informacji, żeby temu cholerstwu przeciwdziałać. Przynajmniej taką wersję macie przekazywać na zewnątrz.

MILICJANT II

To jest wersja oficjalna, jaka…

MILICJANT III

Innymi wersjami przejmować się nie musicie, towarzyszu. Nie wasza rzecz.
Jest rozkaz, robicie swoje.

MILICJANT I

A jeśli nie będą chcieli współpracować?

MILICJANT III

Doczytajcie wytyczne do końca, potem zadawajcie pytanie. Meldujcie mi o postępach
w sprawie. Do roboty!

Obrazek ozdobny. Bliżej nieokreślone kształty.

The post Akcja Hiacynt (fragment dramatu) appeared first on Pro Libris.

]]>