„Zawsze była wśród tylu książek, programów, afiszy…” 

„Zawsze była wśród tylu książek, programów, afiszy…”

O Annie Tokarskiej z Waldemarem Matuszewskim, dyrektorem Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze (1991-1996), rozmawia Anna Polus
 

 

Jak zapamiętał pan Annę Tokarską? Pracowaliście razem pięć lat w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze, w czasie pana dyrektorskiej kadencji w tej instytucji.

Spotkałem panią Anię Tokarską w roku 91. ubiegłego wieku, oczywiście w Lubuskim Teatrze im. Leona Kruczkowskiego w Zielonej Górze, gdzie rozpocząłem, w duecie z dyrektorem Tomaszewiczem, pięcioletni okres dyrekcyjny.

 

Chodzi o pana Jana Tomaszewicza, który był pana zastępcą w kadencji 1991-1995?

Tak. Pani Ania w tym Teatrze była już od lat. I była, i pozostawała dobrym jego duchem. Była sekretarzem literackim, w wielu materiałach z tamtego czasu figuruje właśnie pod takim mianem. Czyli można powiedzieć, że była panią od literatury, od pięknej polszczyzny, od słowa. I przed reżyserią, mnie, z wykształcenia polonistę, połączyła właśnie z panią Anią polonistyka, literatura. To był nasz wspólny konik.

 

Pani Ania miała swój pokój, literacki, piętro wyżej, nad gabinetem dyrektorskim, ale właściwie codziennie kontaktowaliśmy się w różnych sprawach. Oczywiście podstawową sprawą było redagowanie ulotek reklamowych do spektakli, programów. Szliśmy rytmem premier. Naszą największą wspólną radością była część programu zatytułowana „Kronika TL” – w niej drobiazgowo uwiecznialiśmy wszystkie wydarzenia z życia Teatru; ten ówczesny zapis teraz – po latach – ma przeogromną wartość! Ale też pani Ania pomagała mi, kiedy pisaliśmy jakieś pisma okazjonalne, gratulacje, ważną korespondencję, zawsze służyła słowem. Lubiłem, jak pani Ania sprawdziła tekst od strony językowej, wtedy już byłem spokojny.

 

A więc pani Ania jako „Pani Profesor”?

Aaaaa, więc pani to wie… Powiem tak, śmiesznie się tytułowaliśmy z panią Anią. Pani Ania zwracała się do mnie per „Dyrekcjo”, ale było w tym dużo i żartu, i zabawy, i serdeczności, a ja tytułowałem panią Anię „Pani Profesor”, dlaczego? Bo jak przychodziłem do pokoju literackiego pani Ani, to ona zawsze była wśród tylu książek, programów, afiszy… A tam panowała taka specyficzna atmosfera – skupiona, trochę naukowa, badawcza. No i to czuwanie nad polszczyzną – pani Ania nie przepuściła w pismach wychodzących z Teatru, a tym bardziej w naszych drukach, jakiejkolwiek niezgrabności językowej, w tych sprawach była dla mnie wyrocznią. Stąd „Pani Profesor”. Pani Ania doskonale też znała historię Teatru Lubuskiego, dzięki temu nie gubiłem się w naszym kronikarstwie.

 

A jaka była w codzienności? Wyobcowana, zamknięta, jak często bywa u poetów, czy serdeczna, otwarta, radosna. A może po trosze i taka, i taka?

Między nami powstała taka serdeczna nić, związana właśnie z uwielbieniem literatury, języka polskiego. I było w tym trochę zabawy. Dlaczego zabawy? Dlatego, że pani Ania była duszą artystyczną. A artysta jest „dzieckiem podszyty”, więc zabawa to była jedna z cech pani Ani.

Na przykład mówiłem: „Pani Aniu, pamięta pani z Marcela Prousta taką piękną opowieść…” – w nawiązaniu do tego, że w naszej teatralnej pracy były różne dni, były lepsze, gorsze; czasami nam ta współpraca szła bardzo szybko, gładko, a czasami było gorzej – „o dniach górzystych i dniach spadzistych”? „Słucham?” „Proust mówi, że dni górzyste to takie, kiedy wszystko idzie jak z kamienia, nic się nie układa, i miewamy takie dni, i ten dzień się dłuży w nieskończoność. Ale bywają dni, kiedy wszystko idzie jak po maśle, jak z płatka i wtedy ten czas tak ucieka, jak szybko ucieka dziecku, które zjeżdża z góry na sankach”. Pani Ani ogromnie się to podobało: „dni górzyste” i „dni spadziste”. I mieliśmy takich wspólnych haseł kilka.

 

Na pewno stwierdzenie, że „artysta jest dzieckiem podszyty”, to też funkcjonowało między nami. I było dobrze, kiedy kogoś, jakiegoś realizatora czy aktora określaliśmy tym mianem, że jest „dzieckiem podszyty”, co nie było jego krytyką, ale wręcz wartością, znaczyło, że jest nasz.

 

Tę wrażliwość niewątpliwie dało się dostrzec przy pracy z tekstem literackim.

I pani Ania była szczególnie uwrażliwiona na to, kiedy w repertuarze pojawiała się dobra literatura. Pierwszą rzeczą, jaką robiliśmy, jedną z pierwszych, do której przygotowaliśmy program, był Romeo i Julia – Szekspir w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka. I kochaliśmy oboje tego Barańczaka, to było wtedy novum, bo te tłumaczenia były nowiutkie, prościutkie i mądre zarazem, no i poetyckie, to była czysta poezja. Bardzo nam się podobały. Na przykład, kiedy Julia biegnie na spotkanie z Romeem, u zakonnika, mówi: „Biegnę ku szczęściu, nikt mnie nie zatrzyma”. No więc ta fraza też weszła do naszego języka. I takich powiedzeń mieliśmy więcej, to był nasz wspólny, tajemny język.

 

Po Barańczaku była Antygona w tłumaczeniu Stanisława Hebanowskiego, wieloletniego kierownika literackiego Teatru Lubuskiego za czasów dyrekcji Marka Okopińskiego. Tutaj pani Ania szczególnie ukochała sobie chóry, tłumaczone przez Hebanowskiego, bardzo poetyckie, bardzo czułe i bardzo mądre zarazem; lubiliśmy te chóry czytać na głos, np. chór ostatni – kiedy wszystko się stało:

 

Mądrości, jedyne źródło szczęścia,
Ludzie, zuchwali w swej dumie,
chcieliby dorównać nieśmiertelnym.
Za późno los otwiera im oczy.
Za późno, u schyłku swoich dni,
poznają ciebie, mądrości, jedyne źródło szczęścia.

 

Umiłowanie słowa, literatury pięknej… Jednak nie samą poezją człowiek żyje…

Ale pani Ania nie tylko literaturą się interesowała w teatrze, żyła oczywiście spektaklami. I kiedy na przykład Tatiana Kołodziejska grała Antygonę w ruinach na dziedzińcu Teatru Lubuskiego, o północy, a była burza – taka dziwna, bez deszczu, natomiast z piorunami – i Antygona szła w tych ruinach, wśród piorunów nad naszymi głowami, po belce stropowej jakiejś dawnej konstrukcji, drżeliśmy z panią Anią, że Tatiana, która miała związane ręce, jako więzień idący na śmierć, spadnie stamtąd. I to były nasze niezapomniane teatralne chwile. Pani Ania była też zakochana w wystawieniu wspomnianego Romea i Julii na dziedzińcu zamku w Łagowie, majową nocą, wśród jaśminów. Tam rosną jaśminy, które kwitły i pięknie pachniały; pani Ania była w siódmym niebie. Bo wtedy wszystko się idealnie łączyło: poezja z teatrem, z nastrojem, sama ta sytuacja była już wierszem. To były niezapomniane chwile.

 

A więc nawet na co dzień ogromna wrażliwość, delikatność i czułość, wręcz eteryczność.

Mam tu piękną opowieść o tej cudownej wrażliwości, czy wręcz nadwrażliwości pani Ani. Wielką rzeczą było przygotowanie Hamleta, no i programu do spektaklu – ten tytuł to zawsze wielkie wyzwanie dla teatru. Przy każdym przedstawieniu staraliśmy się, żeby program trafiał w koncepcję reżysera. Tutaj akurat ja byłem reżyserem Hamleta w tłumaczeniu Barańczaka, Stanisława Barańczaka.

 

Pani Ania bardzo zachwycała się przejrzystością, lapidarnością i poetyckością tego tłumaczenia. Przyniosłem taki szczególny tekst do programu Hamleta. Pani Ania, okazuje się, tego tekstu akurat nie znała i stał się on krokiem milowym w naszej znajomości. Tekst o nadwrażliwości, która nie zawsze znajduje  zrozumienie, doskonale opisywał Hamleta w naszym ujęciu. Autorem tego niezwykłego tekstu, skierowanego do psychoneurotyków, jest profesor Kazimierz Dąbrowski, psychiatra. Tekst zachwycił panią Anię już wtedy. Ale po latach, jak teraz patrzę na to, co się wydarzyło, to stanowi on doskonałą dewizę, definicję, charakterystykę nadwrażliwości samej pani Ani. I dlatego, jeżeli można, to chciałbym odczytać ten tekst. Nie jest długi, dla pani Ani był niezmiernie ważny. Raz, że budził jej zachwyt, ale chyba dotykał jej jeszcze głębiej. I brzmi tak:

 

Bądźcie pozdrowieni, psychoneurotycy! Za to, że macie czułość w nieczułości świata, niepewność w pewności. Za to, że tak często odczuwacie innych jak siebie samych, za to, że czujecie niepokój świata, jego bezdenną ograniczoność i pewność siebie. Za wasze fobie mycia rąk z nieczystości świata, za wasze lęki przed zamknięciem ograniczonością świata, za wasz lęk przed bezsensem istnienia. Za delikatność niemówienia innym tego, co w nich widzicie. Za waszą niezaradność praktyczną i praktyczność w nieznanym, za wasz realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego, za waszą wyłączność i trwogę przed stratą bliskich, za waszą twórczość i ekstazę, za wasze nieprzystosowanie do tego, co jest, a przystosowanie do tego, co być powinno, za wasze wielkie uzdolnienia, często nigdy nie wykorzystywane. Za to, że niewczesne poznanie się na waszej wielkości nie pozwala na poznanie się na wielkościach takich samych, które przyjdą po was. Za to, że jesteście leczeni, zamiast leczyć innych, za to, że wasza siła niebiańska jest zawsze spychana przez siłę brutalną; za to, co w was przeczuwane, niedopowiedziane, nieogarnione. Za samotność i dziwaczność waszych dróg. Bądźcie pozdrowieni!*

 

Kiedy pani Ania przeczytała ten tekst po raz pierwszy, aż klasnęła w dłonie z zachwytu i mówi: „Dyrekcjo, kocham pana za ten fragment mówiący o myciu rąk – za wasze fobie mycia rąk z nieczystości świata”. To ją wtedy zachwyciło najbardziej – bo miała czystą, piękną duszę.

 

A potem… oczywiście ten tekst znalazł się na ulotce, znalazł się też w programie. Teraz po latach mogę powiedzieć, że ten tekst bardzo dużo mówi o wrażliwości samej pani Ani. Oczywiście on miał charakteryzować Hamleta, osobę nadwrażliwą. Ale taką właśnie nadwrażliwą osobą była przecież sama pani Ania Tokarska.

 

I to mi najbardziej utkwiło – ta spontaniczna, żywiołowa reakcja pani Ani na tekst profesora Dąbrowskiego.

 

Pani Ania we wspomnieniach tych, którzy ją znali bliżej, jest zawsze naturalna, szczera, opiekuńcza, bardziej nakierowana na innych niż na siebie.

Właśnie w czasie prób Hamleta wydarzyło się jeszcze coś, co jest też bardzo związane z panią Anią i co ją też bardzo charakteryzuje. Otóż w Teatrze Lubuskim, w pokoju gościnnym, na poddaszu, mieszkał rezydent, staruszek, dawny inspicjent, który czasami grywał epizody – pan Hieronim Mikołajczak. Pani Ania troskliwie opiekowała się panem Hieronimem, doglądała go. I kiedyś: odbywa się właśnie próba Hamleta, czytamy akurat fragment, w którym główny bohater mówi o śmierci (Hamlet czyni to raz po raz) i pani Ania przekazuje wiadomość, że pan Hieronim nie żyje. Pan Hieronim, jako człowiek teatru, spełnił pewnie swoje marzenie, żeby umrzeć na scenie, albo w teatrze.

 

I po tej śmierci starego inspicjenta znowu oczywiście na pierwszy plan wyszła literatura. Pan Hieronim Mikołajczak przygotowywał się do roli Firsta w Wiśniowym sadzie Czechowa, którego ostatecznie, ze względów zdrowotnych, nie mógł zagrać. Zastanawialiśmy się z panią Anią, co napisać na nagrobku tego Człowieka Teatru, który całe życie poświęcił teatrowi, a większość scenie teatralnej w Zielonej Górze.

 

Mówię: pani Aniu, a co by było, jakbyśmy kwestię Firsta, ostatnią kwestię w Wiśniowym sadzie wypisali na grobie pana Hieronima: „Wyjechali. A o mnie zapomnieli…” Przejmujące to słowa… Pan Hieronim spoczywa na cmentarzu zielonogórskim. Ten napis jest wyryty na jego płycie nagrobnej, ale to motto narodziło się w rozmowie z panią Anią, która była Aniołem Stróżem tego samotnego człowieka. Taka była pani Ania. To znaczy: wszystko wychodziło od literatury, ale do literatury też musiało wrócić. Nawet napis nagrobny.

 

Dziś, kiedy poza wspomnieniami pozostały piękne wiersze pani Ani, możemy powiedzieć, że cała była poezją…

A jeżeli chodzi o panią Anię jako poetkę, co się dawało zresztą odczuć na każdym kroku, myślę, że jednym z najpiękniejszych wierszy pani Ani był jej syn Jarosław. Najlepiej napisany wiersz. Dlaczego? Widziałem to, kiedy pan Jarosław odwiedzał panią Anię w Teatrze Lubuskim, bo czasem przychodził do niej, do matki. Pani Ani wtedy rosła, wtedy była dumna jak paw i szczyciła się swoim synem. Pan Jarosław był zawsze bardzo obecny w jej życiu. Jak mówię, być może to był jeden z najpiękniejszych wierszy pani Ani.

 

Wyobrażam sobie, że codzienne obcowanie z panią Anią było cudownym doznaniem. Zresztą cały czas, wspominając ją, uśmiecha się pan. Od razu widać, jak serdeczna to była relacja i jak miłe są to wspomnienia.

Pani Ania była właśnie taką duszą z profesora Dąbrowskiego, taką, która nie chce zajmować za dużo miejsca, zabierać nikomu przestrzeni, a jednocześnie wychodzi naprzeciw innym ze swoją wrażliwością; jeżeli widzi, że ma do czynienia z kimś, kto tej wrażliwości nie chce, albo nie rozumie, wycofuje się. Pani Ania raczej była osobą właśnie wycofaną, ale za tym wycofaniem kryło się wielkie bogactwo i wielkie dziecko.

 

 
Czy chciałby pan coś jeszcze dodać do waszej teatralnej współpracy?

Jeszcze jedną rzecz warto powiedzieć – że właśnie nam, pani Ani i mnie, urodził się pomysł, że skoro życie teatru jest tak strasznie ulotne, to postanowiliśmy, odnotowywać wszystkie ważne fakty: premiery, festiwale, ale też i wydarzenia zwyczajne, albo spektakle wyjazdowe, bo dużo w tym czasie jeździliśmy. I w każdym programie pojawiała się kronika Teatru Lubuskiego. To był nasz wspólny pomysł i wykonanie pani Ani Tokarskiej. Teatr Lubuski w latach 1991-1995 zawdzięcza pani Ani wiele odnotowanych wydarzeń, które jak teatr – są ulotne, właśnie. Potem te „Kroniki Teatru Lubuskiego” przerodziły się w „Almanach Teatru Lubuskiego”. Każdy sezon kończył się wydaniem Almanachu, który zawierał wszystkie te wydarzenia. Ale po drodze te wydarzenia wyłapywała i spisywała pani Ania.

 

Zresztą w tych kronikach widać rękę pani Ani, jej duszę. Bo na przykład gramy gdzieś w plenerze, w maju Antygonę, powiedzmy 18-19 maja gramy w plenerze, a pani Ania pisze w nawiasie: „Przecież to wiosna” i to są te takie pani Ani znaczki…

 

 
Może jeszcze jakieś ciepłe wspomnienie na koniec tej miłej rozmowy?

Pani Ania była bardzo skromną osobą. Nigdy nie pchała się na plan pierwszy, w ogóle to słowo jest jej zaprzeczeniem. Opowiadała mi pewna pani pracująca w Teatrze, tuż przed moim przyjściem do Teatru Lubuskiego, za czasów dyrektora Kozłowskiego, piękną historię doskonale oddającą duszę dziecka w pani Ani. Pani Ania współpracowała z dyrektorem bardzo pięknie, tak jak właśnie z każdym dyrektorem, znam to.

 

Kiedyś ta pani, pracownik Teatru, wchodzi do gabinetu dyrektora, a na podłodze dyrektor, pani Ania i na siedząco składają z papieru jakieś ptaki, latawce – ewidentna dziecięca zabawa, która pewnie była zainspirowana jakimś spektaklem, albo jakiemuś spektaklowi miała służyć. Świadczyło to o takim szczególnym rodzaju porozumienia, jaki pani Ania nawiązywała z ludźmi. Jak mówię, to było wszystko „dzieckiem podszyte”.

 

Jaka piękna historia. A jest przecież taki wiersz pani Ani, jeszcze z lat 70., Papierowe ptaki. Może tamta sytuacja przypomniała coś z jego atmosfery…, a może po prostu obudziła w pani Ani dziecko…

 

…Pani Profesor Tokarska…

 
Dziękuję bardzo za tę szczególną rozmowę i piękne wspomnienie o pani Ani Tokarskiej.

Zielona Góra, 10 listopada 2018