Rafał Krzymiński Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/rafal-krzyminski/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Fri, 05 Apr 2024 12:30:46 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Rafał Krzymiński Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/rafal-krzyminski/ 32 32 Paczkomat https://prolibris.net.pl/paczkomat/ Tue, 19 Mar 2024 13:35:43 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=12326 Rafał Krzymiński

The post Paczkomat appeared first on Pro Libris.

]]>

Rafał Krzymiński

Paczkomat

I

Stał przy oknie pół godziny. Obserwował. To nie było łatwe zadanie. Widział jak przez mgłę. W prawym oku miał zaawansowaną kataraktę, w lewym silne zapalenie spojówki. Wiosna w pełni, zachęcała do spacerów, ale spuchły mu nogi. Okłady z rozbitych liści kapusty dawały efekt placebo. Gburowaty lekarz, wypalony zawodowo wiekowy Henio, zresztą kolega ze szkolnej ławy, nie stwierdził zakrzepicy żył ani niewydolności serca. Na szczegółową diagnostykę Wiesław się nie zdecydował, uznając, że w wieku 80 lat to kompletna strata czasu i resztek energii życiowej. W młodości z niemałymi sukcesami biegał na mistrzostwach Polski w maratonach, a teraz lekki truchcik do autobusu linii nr „8” sprawiał, że dochodził do siebie z kwadrans. Wniosek jest trywialny i smutny – oznajmił Wiesław przed archaicznym popękanym lustrem na korytarzu, podczas zajmującej konwersacji z samym sobą. – Twoja klepsydra z piachem, którą każdy otrzymuje od Stwórcy przy narodzinach, praktycznie sięga dna. Lejek skrupulatnie i bezlitośnie przepuszcza ostatnie kruche ziarenka. Właściwie ten pradawny mechanizm zaciął się, w przeciwnym wypadku leżałbyś w urnie z prochami w kolumbarium w starej części cmentarza przy ul. Wrocławskiej.
Wiesław od kilkudziesięciu lat konsekwentny agnostyk nie rozpaczał, nie żywił jednak przesadnych nadziei. Bo jak mawiał Bernard Russel, dziewiętnastowieczny brytyjski filozof, logik i matematyk: „Chrześcijanie twierdzą, że wiemy, że Bóg jest, ateiści – że wiemy, że Boga nie ma, natomiast agnostycy przyjmują, że nie ma dostatecznych podstaw, aby potwierdzić istnienie Boga lub mu zaprzeczyć”.
I tej dewizie Wiesław był wierny. Stojąc jednak 35 minutę przy oknie zlokalizowanym w południowej, nasłonecznionej części bloku z wielkiej płyty, miał pewność, że żaden system filozoficzny czy religia nie ruszą go z domu. Nawet gdyby wziął balkonik, przemieściłby się góra z 600 metrów, a potem wracał zlany potem. I wściekły na cały, młody i piękny świat, który właśnie podglądał. Majowy deszczyk nie wystraszył rosłych nastolatków od pojedynku jeden na jeden w ulicznej odmianie koszykówki na zniszczonym betonowym placu. Na głowy narzucili kaptury od markowej bluzy, ostro przepychali się łokciami i przeklinali. Co chwilę któryś z nich pluł na soczyście zielony trawnik, robił groźną minę i rzucał od niechcenia. Statystycznie rzecz biorąc, osiągnęli zapewne trzydzieści procent skuteczność w grze. Kogucikom alfa przyglądały się niezbyt uważnie znudzone dziewczyny, bardziej zainteresowane serwisami plotkarskimi. Zerkały na smartfona, wyraźnie wściekłe, że muszą udawać zapalone kibicki. Wiesław lekko uchylił okno, zafascynowanym tym młodzieżowym teatrum. Przerażony własną lekkomyślnością przyłapywał się na tym, że w myślach krzyczał, oburzał się, protestował, napominał i wychowywał. Tak jak jeszcze kilkanaście lat temu w pewnej szkole podstawowej na wielkim, brzydkim i smutnym osiedlu. Pantomima okienna trwała w najlepsze, jedynym jej widzem był zmizerniały gołąb, który znużony usiadł na parapecie i trzepotał mokrymi piórkami. Wiesław gestykulował namiętnie, przypominał stary zardzewiały zamek, zaatakowany przez korozję. Zamaszyście machnął prawą ręką, zamykając plastikowe okno. Tradycyjnie strącił różową pelargonię. Ziemia usypała się na panele podłogowe. Pobiegł po zmiotkę do kuchni. Potknął się o odkurzacz i uderzył we framugę łazienkowych drzwi. Z nosa kapała mu krew, ale niewidzialny kurek, odpowiedzialny za dostarczanie życiodajnego płynu, wykonywał swoje obowiązki, stosując włoski strajk. Krwi było tyle co kot napłakał. Następnych kilkanaście minut właściciel skromnej kawalerki o powierzchni 32 metrów kwadratowych próbował uporządkować zredukowany do minimum starczy świat. Wycieńczony zasnął na kanapie w sypialni i salonie w jednym. Przyśnił mu się rodzinny dom w Przytoku koło Zielonej Góry. W wakacje mama budziła go później, po 9.00. Na stole czekała jajecznica z kilkunastu jaj od własnych wiejskich kurek. Smakowała wybornie z boczkiem i szczypiorkiem. Do tego mama podawała chrupiące bułeczki i kakao. Po śniadanku z bratem Bartkiem szli na rower. To były dalekie wyprawy, z których wracali brudni, poobijani i… szczęśliwi. Wiesław nie chciał się zbudzić…

II

Czekał pół godziny, czy telefon zadzwoni. Syn obiecał, córka też deklarowała częsty kontakt. Kręcił się po kuchni. Liczył płytki podłogowe jak w podstawówce. Wspominał babciny obiad, pyszny krupnik z toną marchwi i najlepszą kaszą jęczmienną, dyktando i algebrę – liczenie płytek w kuchni. A może to jego wnuk kiedyś tak liczył, nie on? I nie u babci, tylko u jego córy? Ktoś dzwoni nareszcie.
– Słucham? – powiedział radosnym głosem. – Tomaszku, synku, to ty?
– Dzień dobry. Z tej strony Melania Protasińska. Mamy dla pana wyjątkową ofertę. Nasze panele fotowoltaiczne są najlepsze na rynku. W domu o jakiej powierzchni pan mieszka?
– Nie mieszkam w domu jednorodzinnym, a w bloku – wyjąkał zawiedziony Wiesław.
– Czy myślał o pan o panelach słonecznych na dachu? – kontynuowała Melania Protasińska.
– No raczej nie myślałem. Moim blokiem zarządza wspólnota mieszkaniowa, nie pytała nas o to – odpowiedział zrezygnowany Wiesław.
– Na jaki adres mogę przesłać ofertę? – upierała się pani Melania.
– Dziękuję bardzo za zainteresowanie. Nie skorzystam jednak, bo mieszkam w bloku.
– W razie potrzeby proszę zadzwonić pod… – Wyłączył telefon, pewny, że uciął sobie pogawędkę z automatem.
Usiadł na kuchennym taborecie. Oddychał z trudem. Przymknął oczy. Mgiełka na prawym już prawie przysłaniała rzeczywistość, załzawione lewe oko dyskretnie dawało sygnał, że lepiej się oszczędzać. Zerknął na plastikowy, ścienny zegar. Chyba jest 9.00. Zaraz wyjrzy za drzwi, czy firma cateringowa dostarczyła posiłki. Na śniadanie będzie serek wiejski z ogórkiem i kukurydzą, na drugie śniadanie kluski na parze z dodatkami. Obiad? Pierogi z boczniakami i kaszą gryczaną. Jest i podwieczorek! To pudding chia z pieczonym jabłkiem. I wreszcie najprzyjemniejszy, bo najbardziej zakazany przez dietetyków wieczorny posiłek – kolacja. Tym razem będzie sałatka z farfalle i zielonymi warzywami.
Wiesław był dumny jak paw, jego syn Tomasz, światowej sławy anestezjolog, zarabiał tyle, że mógłby bez problemu stać się udziałowcem niejednego wielkiego polskiego banku. To on sponsorował te wszystkie dietetyczne, urozmaicone posiłki. A córka, Dagmara, prezeska wiodącej na rynku przychodni medycznej z amerykańskim kapitałem z siedzibą na warszawskim Nowym Świecie, też dokładała się do wszelkich frykasów. Mało tego, wspaniałomyślnie opłacała tacie czynsz, telefon, prąd i kablówkę. Kupowała lekarstwa. Z matczyną troską prosiła, aby pod żadnym pozorem nie otwierał nikomu drzwi i z nikim się nie kontaktował.
– Wszystko załatwiłam. Posiłki, medykamenty, chemię gospodarczą, środki higieny osobistej i papier toaletowy znajdziesz pod drzwiami. Zajmie się tym Karol, zaprzyjaźniony kurier. Wyślę ci esemesa z informacją, że przesyłka nadeszła. Musisz uważać, oszustów jest teraz na pęczki. I tu nie chodzi o pieniądze, które z Tomaszem po tobie odziedziczymy. Nie będzie nam ich żal, bo to dla nas marne grosze, ale chodzi nam o ciebie. Harowałeś całe życie, najpierw na dwa pokoje, które sprzedałeś za bezcen, potem na kawalerkę. No i ktoś może cię skrzywdzić – perorowała trzy lata temu z niepokojem w głosie córka. Od tej pory Wiesław jej nie widział, słyszał raz na kwartał.
Syn dzwonił częściej, raz na dwa miesiące, a i bywał dwa razy w roku na święta – Wielkanoc i Boże Narodzenie. Ale z Tomaszem zawsze lepiej się rozumieli, to i nie zostawił taty w potrzebie. Wynajął dobrego kumpla, fryzjera, aby raz na jakiś czas przystrzygł te resztki siwych ojcowskich włosów. Nastoletni syn fryzjera miał od czasu do czasu przytargać zakupy Wiesławowi. Lubił te spotkania z fryzjerem, opowiadał mu wtedy wszystko, co wydarzyło się przez ostatnie tygodnie. O kogucikach alfa rzucających niedbale do kosza i ich niezbyt rozumnych młodych partnerkach, o nieśmiałym, chorowitym gołębiu, który drugi miesiąc regeneruje się psychicznie i fizycznie na blokowym parapecie. Nie mógł nie wspomnieć o niejakiej Melanii Protasińskiej, sympatycznym automacie o metalicznym, piskliwym głosie przekonującym do instalacji nowoczesnej, ekologicznej instalacji fotowoltaicznej. Co prawda pani Melania nie prowadziła dialogu a monolog i troszkę zirytowała Wiesława, ale przyjemnie było kogoś posłuchać i odebrać ten obrażony w ostatnich miesiącach telefon, który z jakiegoś powodu nie dawał głosu. Była też mowa o sugestywnym śnie o mamie i o dietach pudełkowych. Znudzony fryzjer nerwowo zerkał na smartwatcha, słuchając o dobrodziejach fundujących te smakołyki.
– Panie Wiesławie, za dziesięć minut mam następnego klienta. Trochę się zasiedziałem. Dziękuję za malinową herbatkę i herbatniki. Naprawdę muszę już iść. – Fryzjer starał się być taktowny.
– Nie zostanie pan jeszcze na kwadransik? Zagramy w warcaby! Tylko dwie partyjki. Mecz i rewanż – nie dawał za wygraną starszy pan.
– To niestety nie wchodzi w rachubę. Proszę uwierzyć, następny klient nie jest sympatycznym starszym panem, który chce namówić mnie na niezobowiązującą grę w warcaby. To stary, złośliwy dziad i donosiciel przebrzydły. A jego tatuś pracuje w skarbówce i jak się dowie, że chodzę po domach i nie odprowadzam podatków, to tak szybko się z tego nie wytłumaczę – wyjaśnił fryzjer. I pożegnał się z Wiesławem, który po chwili znów przysnął. Zobaczył tatę z grubym, skórzanym pasem. Szukał go godzinę, bo dowiedział się, że mały Wiesiu poszedł z kolegami na szaber do sąsiada i nakradł kilka kilogramów jabłek, gruszek i czereśni. A po wszystkim oddali mocz i kał na grządki warzywne. Tata wywijał tym pasem i trafiał do celu. Tyłek dziesięciolatka był czerwony jak burak. Wiele by teraz dał, żeby zobaczyć ten ojcowski pas.

III

Wiesław w sobotę leniuchował bardziej niż zwykle. Nawet z łóżka się nie podniósł, bo nogi też spuchły mu bardziej niż zwykle. Przez chwilę lustrował je podejrzliwie, przypuszczając, że cierpi na słoniowatość kończyn dolnych. Machnął jednak ręką w swoim stylu i przekręcił się na drugi bok, stękając przy tym niemiłosiernie. Zasnął na dziesięć minut, zerwał się jak oparzony, bo nie mógł złapać powietrza. Zastanawiał się, czy to nie bezdech senny i już miał dzwonić do Henia, starego dziwaka, lekarza od siedmiu boleści, który w wieku 79 lat próbuje pozostać wierny przysiędze Hipokratesa. Nagle przyszedł esemes, ale jakiś taki wyjątkowo długi. Widocznie nadawca krzewił sztukę epistolografii poprzez smartfona. – Dziwactwo! – krzyknął Wiesław. Zapalenie spojówki lekko odpuściło, ale i tak niezbędne były okulary, dlatego sięgnął po nie do rozpadającej się nocnej szafki. Atmosfera końca, dekadencja – skwitował w myślach. Wszystko to wołało o zmianę: brudna tapeta, wytarte podłogi etc., etc. Tylko wspomniana klepsydra z piachem przywoływała nieokiełznane myśli do równowagi.
To esemes od córki. „Tato, ostatnio sporo o tobie myślałam i doszłam do wniosku, że nie jesteś jeszcze zgrzybiałym starcem, a bez przerwy siedzisz w czterech ścianach, jak niewyprowadzony na spacer piesek. Podzieliłam się tą złotą myślą z Tomaszem i jesteśmy w tej kwestii wyjątkowo zgodni – musisz wychodzić z domu. To nasza wina, dmuchamy na ciebie i chuchamy jak na cenną porcelanę, trzymamy pod kloszem, a ty musisz być samodzielny, do setki ci jeszcze przecież sporo brakuje. I właśnie dlatego, żeby zapewnić ci pewną dawkę świeżego powietrza i ruchu i jednocześnie kontakt z ludźmi, postanowiłam, że część niezbędnych produktów do utrzymania jednoosobowego gospodarstwa domowego otrzymasz do osiedlowego paczkomatu, oddalonego od twojego domu o zaledwie pięć, siedem minut. Spokojnie dasz sobie radę, to blisko jest. Nie będziesz musiał nawet wpisywać tych małych literek na wyświetlacz. Wystarczy, że smartfonem przyłożysz do wyświetlacza kod QR. To dziecinnie proste. Karol ci pokaże, w razie czego będzie do twojej dyspozycji, bo wciąż część przesyłek dostarczy tobie do domu, żebyś nie nabawił się poważnej kontuzji. Nie musisz dziękować. Wiem, że to docenisz. Kocham cię. Dagmara”.
Wiesław złapał się za głowę. Paczkomaty widział wielokrotnie, podobały mu się. Uważał za idealne rozwiązanie dla młodych, leniwych i wygodnych. Najpierw, siedząc w gaciach, wyszukują, co chcą w sieci, a potem po parominutowym spacerku wyciągają coś z tej magicznej konsumpcyjnej skrzyni. Ale kod QR? Co to jest? Zdenerwował się nie na żarty, a fryzjer, główny doradca i niańka, miał wyłączony telefon.

IV

Wiesław polubił paczkomaty romantyczną, nieodwzajemnioną miłością Wertera. Gdyby posiadał zdolności nie tyle pisarskie, co rzemieślniczą umiejętność przelewania myśli na papier, z pewnością pokusiłby się o kontynuację dzieła Goethego. Przesyłki przychodziły regularnie, na ogół dwa razy w tygodniu, w poniedziałki i piątki, przed południem lub wczesnym wieczorem. Po otrzymaniu esemesa Wiesław celebrował każde wyjście do paczkomatu. Ubierał się odświętnie, na tę okazję wygrzebał ze staroświeckiej szafy z okleiny granatowy garnitur pogrzebowy, który na ostatnie pożegnanie swojej raczej nieskromnej osoby kupił podczas nocy wyprzedażowych w jednym z większych marketów w mieście. Dołożył krawat w groszki i czarno-białe lakierki. Za każdym razem narcystycznie oceniał swój wygląd przed archaicznym, umierającym lustrem na korytarzu. Opuchnięte nogi upychał w przyciasne nogawki spodni z materiału, odstające starcze uszy przykrywał przed osiedlową gawiedzią kaszkietem. Przez ostatnie dziesięć lat skurczył się o cztery centymetry i już nie mierzył 1,82. Słaby wzrok jednak chronił go przed rozgoryczeniem. Po trzech kwadransach korytarzowego pokazu mody w bojowym nastroju wychodził z domu. On – kandydat na matuzalema roku, w żółwim tempie zmierzał do magicznej konsumpcyjnej szafy z darami od córy. Za każdym razem odbywał się ten sam rytuał. Fryzjer, znajomy syna, nie odbierał telefonu, dlatego niespiesznym krokiem zbliżał się do paczkomatu, rozglądał w prawo i w lewo, potem znów w prawo, jak na przejściu dla pieszych. Trzęsącą się z przejęcia dłonią, z najwyższym trudem wygrzebywał taniego, chińskiego smartfona z rozbitą szybką. Po dosyć sprawnym uruchomieniu odpowiedniej aplikacji odnajdywał kod QR. I kolejne dziesięć minut bezskutecznie starał się otworzyć skrytkę. Bezradnie przejeżdżał smartfonem po powierzchni wyświetlacza. W międzyczasie druga osoba z na ogół czteroosobowej kolejki oferowała pomoc starszemu panu, otwierając w jego imieniu magiczną, konsumpcyjną skrzynię. Wiesław pięknie dziękował i przez następne dziesięć minut opowiadał nieznajomemu lub nieznajomej o kogucikach alfa rzucających niedbale do kosza i ich niezbyt rozumnych młodych partnerkach, o nieśmiałym, chorowitym gołębiu, który drugi miesiąc regeneruje się psychicznie i fizycznie na blokowym parapecie. O Melanii Protasińskiej, sympatycznym automacie, o diecie pudełkowej i szczodrych dzieciach. Szczęśliwy wracał do domu. Pewnego dnia w esemesie zwierzył się Dagmarze: „Córuś, miałaś rację, moje życie towarzyskie kwitnie”.

The post Paczkomat appeared first on Pro Libris.

]]>
Najważniejsza jest wolność – opowieść o dobrym Niemcu (Małgorzata Hellmann, Droga z przekonania) https://prolibris.net.pl/krzyminski-hellman/ Wed, 17 Jan 2024 18:34:34 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=11743 Rafał Krzymiński

The post Najważniejsza jest wolność – opowieść o dobrym Niemcu (Małgorzata Hellmann, Droga z przekonania) appeared first on Pro Libris.

]]>

Najważniejsza jest wolność – opowieść o dobrym Niemcu

Małgorzata Hellmann, Droga z przekonania, Hellmann Eurocolor (wydanie II poprawione),
Zielona Góra 2022, 136 s.

Są takie książki, po które warto sięgnąć, nie z uwagi na piękny, literacki i wytworny język. Nie znajdziemy w nich kunsztownych metafor ani eksploracji światów: strumienia świadomości czy Nowej Atlantydy. Małgorzata Hellmann w zamian proponuje nam powrót do przeszłości, dla pokolenia sześćdziesięciolatków nie tak znowu odległej, dla młodzieży to niemal wędrówka do epoki paleolitu. W przyszłym roku będziemy obchodzić 35. rocznicę upadku Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. To dobry moment, aby uzupełnić wiedzę z najnowszej historii Zielonej Góry. Małgorzata i Roland Hellmannem w 2017 roku przez aklamację otrzymali od rady miasta zaszczytny tytuł Honorowych Obywateli. Na takie honory zasługują najwybitniejsi, ludzie, którzy w mrocznych czasach wiele ryzykując, zorganizowali pomoc charytatywną dla pogrążonego w beznadziei ubogiego miasta, w którym wszystko było szare i ponure. Lekarstwa i sprzęt medyczny dla zielonogórskiego szpitala okazały się na wagę złota. Z Republiki Federalnej Niemiec, tzw. lepszego świata transportowano też żywność i odzież. I nie udałoby się tego dokonać, gdyby nie zaangażowanie garstki światłych, kochających wolność i demokrację mieszkańców Verden. To była akcja zwykłych Niemców, nieobojętnych na los zielonogórzan. Niemców empatycznych i szlachetnych, zatroskanych sąsiadów. I warto o tym pamiętać w kontekście pojawiających się w przestrzeni publicznej słów niemądrych i szkodliwych o rzekomo demonicznej roli zachodnich sąsiadów w Unii Europejskiej. Zamiast doszukiwać się w nich cynicznych hegemonów próbujących zwasalizować Polaków, prześledźmy losy Rolanda Hellmanna, Niemca, który od 2010 roku mieszka w Polsce, kraju, który stał się  la niego drugą ojczyzną. „Przez całe życie zależało mi na tym, aby Niemcy były wolnym i demokratycznym państwem, pragnąłem, aby mój kraj był bezpieczny i miał dobrą przyszłość. Będąc dzieckiem wojny wiele doświadczyłem, brałem też udział w odbudowie Niemiec, zniszczonych przez II Wojnę Światową” – tak wykłada swoje credo życiowe bohater opowieści, a prywatnie – mąż autorki. Roland Hellmann mógł mieć przecież żal do Polaków, gdyż jego pochodząca ze Śląska rodzina w 1946 roku została wysiedlona i pozbawiona ojczyzny. 

Okładka książki

Jego młodszy brat miał dużo szczęścia, że przeżył drogę. A przecież ci dobrzy Niemcy w kraju zaczadzonym nazizmem nie zasłużyli na taki podły los. Ojciec Rolanda jako zaciekły przeciwnik Hitlera był internowany do obozu pracy, a gdy zabrakło żołnierzy – wysłany na wschodni front jako mięso armatnie. Zapłacił za to wysoką cenę, amputowano mu nogi. Jak jednak wspomina Hellmann: „Ojciec mimo ciosów jakie zadało mu życie, wychował nas na ludzi dla których najważniejsza jest wolność, sprawiedliwość oraz pozytywne nastawienie do człowieka. Chciał abyśmy mieli zawsze swoje zdanie i nie ulegali większości”.

Hellmann nie bał się ani mówić, ani działać, i o mały włos w trakcie jednego z transportów nie został postrzelony. Zieloną Górę pokochał, mimo że trochę rozczarowała go polska mentalność. Pomimo wspomnianego honorowego obywatelstwa małżeństwo Hellmanów niestety nie do końca czuje się docenione przez Polaków.

Małgorzata Hellmann jest tłumaczką, przełożyła z niemieckiego na polski i polskiego na niemiecki wiele publikacji i filmów dla polskich i niemieckich telewizji. To m.in. albumy: Zielona Góra, moje ulubione miasto (2009 Guben-Gubin. Euromiasto w sercu Europy (2012) i Nowa Zielona Góra. Moje miasto i powieść Moja przemiana w dwóch ojczyznach z hitlerowskiego chłopca na mistycznego geniusza (2015).

Rafał Krzymiński

The post Najważniejsza jest wolność – opowieść o dobrym Niemcu (Małgorzata Hellmann, Droga z przekonania) appeared first on Pro Libris.

]]>
Apka https://prolibris.net.pl/apka/ Sun, 14 Jan 2024 08:39:40 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=11167 Rafał Krzymiński

The post Apka appeared first on Pro Libris.

]]>

Rafał Krzymiński

Apka

1.

Odłożyła smartfona, po raz trzeci. Jeszcze tylko najświeższy raport z wojny w Ukrainie – odcinek 600, jubileuszowy. Daleko do Klanu i Na Wspólnej – pomyślała i przyłapała się na tym, że jest cyniczna. Kiedy w lutym 2022 roku zobaczyła uchodźców w telewizjach informacyjnych, płakała jak bóbr. Teraz jest nimi znudzona. Wszystkim jest znudzona. Te telewizje i portale internetowe są już nie do odróżnienia. Wszędzie ci sami celebryci i politycy obu zwaśnionych ze sobą plemion. Te same ploty z warszawskiego magla i te same strachy: koniec świata, koniec Polski, utrata suwerenności, dyktatura, zniewolone media, 500
plus, Krajowy Plan Odbudowy, bomba atomowa na Warszawę, konflikt na Bliskim Wschodzie itp., itd.
A jednak o 23.45 wciąż czyta te same wiadomości. Z obrzydzeniem i poczuciem moralnej wyższości czyta. Ona jest lepsza, bo nie uczestniczy w tych wszystkich gierkach i manipulacjach, nie wierzy w teorie spiskowe. Ma uczciwą, choć średnio płatną robotę. Jest kierowniczką dużego sklepu osiedlowego. Zarabia niewiele więcej niż pensję minimalną, ale na usprawiedliwienie właściciela może powiedzieć, że najniższa dopuszczalna przez rząd płaca rośnie chyba nawet szybciej niż globalne ocieplenie i rabunkowa gospodarka leśna w Amazonii. Zresztą, Ewa się nie przejmuje, mąż rzeźnik od kilku lat powiększa dochód narodowy Republiki Federalnej Niemiec. Poświęcił się dla niej i dla pięcioletniego synka Kacpra. Wieczny domator i maminsynek tęskni za domem, niemal wyje do poduszki jak wilk do księżyca. W dodatku w młodości nie jadał mięsa, już sama konsumpcja ryby złowionej przez zaprzyjaźnionego sąsiada była dla niego przeżyciem. A teraz dzielnie uśmierca niewinne świnki, co prawda nie siekierą, a humanitarnie prądem.
Ale nie ma się co oszukiwać – dla mamony spalił na stosie wszystkie swoje ideały. Utwór Wieża radości, wieża samotności rockowej kapeli Sztywny Pal Azji już zawsze będzie wywoływał w Grześku nienazwany lęk, poczucie, że zawiódł ukochaną babcię, która dwadzieścia lat temu nawróciła go na wegetarianizm.
Wujek nie bez powodu wołał na niego „mały święty Franciszek”. Mały Grześ bezszelestnie i z gracją wspinał się na taboret, przykładał słoik do sufitu i ratował każde żywe stworzenie: ćmę, pasikonika, biedronkę, chrząszcza, a nawet namolnego komara. Każdy nieproszony lokator dziecięcego pokoju został wzięty pod opiekę. Mógł liczyć na bezpieczną teleportację z czwartego piętra do osiedlowego rezerwatu zlokalizowanego w sąsiedztwie odrapanej klatki schodowej. I teraz ten duchowy pobratymca obecnego papieża wyrabiał nadgodziny, skrupulatnie porcjując tuszę. Ewa szczerze mu współczuła, przecież wyszła za niego nie dla pieniędzy, a z miłości, ale od porywów serca zawsze ważniejszy był dla niej zdrowy rozsądek. I ten podpowiadał jej też, że 23.55 to już ostatni dzwonek na pożegnanie się ze smartfonem. Grzecznie powiedziała mu dobranoc. Jeszcze tylko ostatni rzut oka na jutrzejszą pogodę. Znów ma padać, czyli trzeba wstać o kwadrans wcześniej, żeby odwieźć młodego do przedszkola. Była fatalnym kierowcą, właściwie poruszała się wyłącznie kilkoma wybranymi trasami, niczym porządnie wyszkolony koń. A i on pewnie pognałby do przodu, nawet mając na grzbiecie wstawionego woźnicę. Ona miała problemy z najprostszymi manewrami na drodze, już zmiana pasa ruchu w godzinach szczytu w miejskiej samochodowej dżungli przyprawiała ją o palpitację serca. Nie może się wręcz doczekać masowej i taniej produkcji autonomicznych samochodów bez kierowcy. Wtedy nie będzie już zależna od miejskiej komunikacji i własnych motoryzacyjnych fobii. Wierzyła w postęp i nowoczesne technologie. Gdyby urodziła się w XVIII wieku na początku rewolucji przemysłowej, nie tylko nie niszczyłaby maszyn, a strzelałaby do wichrzycieli. Technika zapewni nam nieśmiertelność – mruknęła pod nosem i kwadrans po pierwszej, po czwartym i piątym odłożeniu smartfona na poduszkę obok, zasnęła snem sprawiedliwej wizjonerki. Obudziła się po książkowym przejściu czterech faz snu, około 3.05. Zaschło jej w gardle. Namoczyła usta w szklance gazowanej wody mineralnej, która przy wysokiej temperaturze w pomieszczeniu może nie zagotowała się, ale w smaku była nieświeża, kwaskowata. Ewa zaklęła siarczyście, wypluła wodę na krawędź łóżka. Wściekła się i rozbudziła. Klasyk. Cholerycy z genetycznym ADH tak już mają – przypomniała sobie słowa chełpliwej podwładnej, słynącej z błyskotliwych komentarzy i swobodnego podejścia do obowiązków zawodowych. Teraz bez powodzenia będzie kręciła się najbliższą godzinę i sięgnie po smartfona. To oczywiste, już samo niebieskie światełko z ekranu uspokajało ją. Zwykle w podobnych sytuacjach zakładała słuchawki i puszczała relaksacyjną muzykę. A czasem, jak teraz, wchodziła na serwisy z nowinkami technologicznymi. Chodziła jej po głowie samojezdna kosiarka, chyba poprosi o nią Grześka. Nie ma serca do tej dzierżawionej działki ogrodniczej, to nie jej pasja. No bo co przyjemnego jest w plewieniu grządek z marchewką albo groszkiem zielonym? To jakaś aberracja! I właśnie dlatego trzeba ułatwić sobie harówkę. Ten trawnik jest idealny dla robota koszącego, ma niemal idealnie płaską powierzchnię. Rośnie na nim tylko jedna stara jabłoń, pozostałe drzewka owocowe uschły, jej na złość. Teraz sąsiedzi pukają się w czoło i obmawiają poza plecami. Wiadomo, bo nie dość, że z nieróbstwa zrezygnowała z warzywnej części ogrodu, dumy byłego wegetarianina i dawnego przyjaciela mniejszych braci, to w dodatku nie utrzymała przy życiu dwóch wiśni i gruszy. Ewa za nic miała jednak złe, zawistne języki. Miała wolne zasoby gotówki i nie wahała się ich używać w dobrej sprawie, a do tej kategorii z pewnością zalicza się jej wygoda. Jakby tylko wymyślono ruchomą, funkcjonalną podłogę pasującą do trzypokojowego mieszkania w czteropiętrowym bloku, byłaby pierwszą w Zielonej Górze, która zamówi taki gadżet. Ba, chętnie zapisałaby się na listę kolejkową jak za czasów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Oczami wyobraźni widziała przesuwającą się przestrzeń i swoje unieruchomione, bezrobotne nogi. Podłoga przetransportowała ją na przystanek główny: łaźnia domowa, gdzie wcisnęła odpowiedni fioletowy guzik i momentalnie znalazła się we wnętrzu szczelnie zamkniętej kabiny prysznicowej. Kilka ruchów i robot myjący pracował już na pełnych obrotach. Delikatnie spienił lawendowy szampon i namydlił długie blond włosy. A następnie zmysłowo masował je około dwie
minuty. Po spłukaniu piany robot zabrał się za kolejną czynność pielęgnującą, wybrał masaż stóp. Dalej w kolejności były m.in. szorowanie pleców, prysznic, ubieranie. Kiedyś tak będzie – Ewa wyrwała się z zamyślenia. Odłożyła na minutę smartfona i zajrzała do pokoju Kacpra. Szczupły, śliczny jak z folderu reklamowego chłopczyk tradycyjnie spał kamiennym snem. Największy skarb Ewy, rozpieszczony jak dziadowski bicz jedynak, panicz, który kiwał małym paluszkiem i dostawał najnowsze gry na konsole i gigantyczną pizzę z pieczarkami, pomidorami i żółtym serem. Brzuszek mógł napełnić niezdrowym jedzeniem nawet w niedzielę o północy. Ewa doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to błąd rodzicielski wielkiej wagi. Nie odmawiała mu jednak niczego, bo był cudem urodzonym skrajnym wcześniakiem, na dwa i pół miesiąca przed rozwiązaniem. Rozczuliła się na to wspomnienie i przytuliła Kacperka, chłopczyk na chwilę otworzył oczy, uśmiechnął się i przekręcił na drugi bok. Jej szczęście. Trzymała go pod kloszem. Siostrzyczki i braciszka Kacpra nie była w stanie uchronić, zmarli w łonie matki, co Ewa przypłaciła blisko rocznym pobytem w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Torzymiu. Było z nią już bardzo źle, ale na pozór gruboskórny Grzegorz zdał wtedy egzamin z empatii i partnerstwa. Wyprowadził ją z otchłani i beznadziei, pozwolił na nowo się uśmiechać. Ewa po cichu jak kot wyszła z pokoju Kacpra i zaczęła rozmyślać, jak sprawić, żeby jej synek był jeszcze bezpieczniejszy. A może by tak postawić na aplikację monitorującą, taki rodzaj udoskonalonego lokalizatora, wyposażonego w szereg dodatkowych funkcji? Zaraz to sprawdzi. Nie, jutro to sprawdzi. Wybiła czwarta nad ranem.

2.

– Mamo, ja nie chcę tej całej głupiej apki! – upierał się chłopiec. – Nikt jej nie ma, ani Hubert, ani Szymon.
Po co mi ona?
– Kacperku, to dla twojego bezpieczeństwa – tłumaczyła spokojnym głosem Ewa i uśmiechała się serdecznie.
Chłopiec rozzłościł się nie na żarty.
– Nieprawda! Chcesz mnie podglądać cały czas. – Kacper zrobił marsową minę i buńczucznie skrzyżował ręce.
– Kochanie, obiecuję, nie będę ciebie podglądać. – Ewa starała się brzmieć wiarygodnie. – Aplikacja powiadomi mnie tylko na wypadek zagrożenia, np. jak będziesz chciał przejść w niedozwolonym miejscu, kiedy piłka wypadnie ci na drogę, albo wtedy, gdy podejdzie do ciebie nieznajomy.
– Ale ja nie lubię grać w piłkę nożną i nie rozmawiam z nieznajomymi – pieklił się Kacper i krzyczał. – Ty
chcesz mnie podglądać, czy cukierków nie jem w nocy.
– Kacperku, a jesz cukierki w nocy? – zapytała zaciekawiona Ewa.
– No właśnie. Nie chcę tej głupiej apki. Chcesz mnie podglądać cały czas – upierał się konsekwentnie
chłopiec. – I będę sobie jadł cukierki, kiedy tylko na to mam ochotę. I krówki, i czekoladowe! – zapowiedział
odważnie chłopiec i asekuracyjnie jeszcze wzmocnił przekaz:
– I powiem tacie, że chcesz mi tego zabronić i że chcesz mnie podglądać. Nie lubię ciebie – skończył Kacper i wybiegł jak opętany ze swojego pokoju. Zamknął się w łazience i śpiewał pierwszą piosenkę, jaka akurat przyszła mu do głowy. I nieprzypadkowo była to Baby Shark. Ewa, kiedy ją słyszała, wręcz gotowała się.
– Kacper, przestań to śpiewać i natychmiast wyjdź z łazienki! – powiedziała lekko podniesionym głosem Ewa, która dobrze wiedziała, że cokolwiek powie, mały, rozpuszczony uparciuch zaśpiewa hit z dziecięcej listy przebojów przynajmniej czterdzieści razy. A wyczerpany opuści domową łaźnię najszybciej za pół godziny. A to doskonałe okienko czasowe, aby prześledzić rodzicielskie fora internetowe. Co prawda nadreprezentacja frustratów w stosunku do ogółu populacji jest tam aż nadto widoczna. Z drugiej strony, mądrość zbiorowa bywa konstruktywna i rzeczowa. I skoro taka np. Alicja, prawniczka z Nowego Targu, w merytorycznym wpisie zachwala apkę-opiekunkę, to coś jest na rzeczy. „Od dziecka jestem panikarą i perfekcjonistką. Przed wyjściem z domu trzy razy sprawdzam gaz i upewniam się, że wszystkie krany są zakręcone. Drżę na samą myśl, że mogłabym wysadzić wieżowiec w powietrze lub zalać sąsiadów z niższego piętra. A już najbardziej boję się o Frania. W pracy siedzę jak na szpilkach. Przepraszam, należałoby użyć czasu przeszłego. Siedziałam. Ta cudowna aplikacja odmieniła moje życie o sto osiemdziesiąt stopni
i uratowała Frania przed groźnym zboczeńcem, jak się okazało – najciemniej jest pod latarnią. Okazał się
nim sympatyczny sąsiad, singiel przed czterdziestką. Mój telefon zaczął trzykrotnie wibrować i nadawać sygnał ostrzegawczy, kiedy sąsiad zadzwonił do drzwi i po krótkiej konwersacji z Frankiem wszedł do naszego mieszkania. Tłumaczył później, że tylko chciał zerknąć, czy u nas kablówka działa. Nie wierzę w te tłumaczenia. Z pewnością miał niecne intencje. Polecam każdemu aplikację. Dzięki niej Franio nie będzie przeżywał traumy do końca życia, nie grożą mu też zaburzenia orientacji seksualnej”. Klamka zapadła.

3.

Wycieczka we dwoje, dla uspokojenia nastrojów rodzinnych. Tylko ona i jej młody panicz. Zbuntowany i kapryśny, prawie zawsze stawiający na swoim. Tym razem jednak Ewa była górą. Zwolenniczka rodzicielskiego państwa minimum, podobnie jak libertarianie w polityce, w kwestii bezpieczeństwa uznawała prymat wspólnoty nad prawami jednostki. Grzesiek ją poparł. Wakacyjno-świąteczny tatuś, którego młody widział głównie na komunikatorze internetowym, nie miał innego wyjścia. Liberum veto oznaczałoby, że bierze na siebie pełną odpowiedzialność za działania degeneratów, którzy każdego dnia na wszelkie sposoby obmyślają, jak tylko skrzywdzić latorośl.
– Ewcia, mam do ciebie bezgraniczne zaufanie. Jeśli uważasz, że taka elektroniczna smycz dla młodego to dobry pomysł, nie mam zamiaru torpedować twojej inicjatywy – powiedział pewnego poniedziałkowego popołudnia podczas telefonicznej pogawędki. – Proszę cię tylko o jedno, nie mów Kacprowi za dużo na ten temat. Cisza zadziała na naszą korzyść – dodał przekonany o swojej racji były wegetarianin.
Ewa posłuchała Grześka. Wokół apki panowała zmowa milczenia. Młody zaakceptował reguły gry. Nie marudził, o nic nie pytał. Ostentacyjnie okazywał pogardę aplikacji. Nie kusiło go, aby zobaczyć, jak działa. Obsługa smartfona to dla Kacpra pestka i pewnie by coś wywęszył. Ewa z kolei unikała jak ognia gadulstwa. Posługiwała się krótkimi żołnierskimi komunikatami, używając terminologii zaczerpniętej z języka reklamy, dyskretnie lokowała produkt, a tym była wyprawa do Łagowa. Magiczne miejsce, to tam Ewa poznała pierwszego chłopaka, wagarowicza i złodzieja. Ale szelma miał to coś. Matka roku zapomniała
tylko o jednym, o ważnym przeglądzie technicznym seata arony.
– Z wycieczki nici, Kacperku. Bardzo cię przepraszam. W zamian możemy iść na długi spacer po Wzgórzach Piastowskich – zaproponowała załamana Ewa, która panicznie bała się reakcji panicza. O dziwo zaskoczył ją dojrzałością, jakby dorósł w okamgnieniu.
– Spoko, mama. Nie lubię Łagowa. Możemy połazić – odparł zawadiacko Kacper.
I w sierpniową niedzielę doszli do urokliwego strumyka Pustelnik. Otoczenie cieku wodnego na Wzgórzach Piastowskich przeszło ostatnio metamorfozę, dla niektórych zielonogórzan niezbyt udaną. Ale matka i syn tym się nie przejmowali. Kapryśny panicz, syn rzeźnika i energiczna kierowniczka dużego osiedlowego sklepu śmiali się i wariowali tak głośno, że pewien zniecierpliwiony spacerowicz poprosił o ciszę. Bo jak się wyraził, kontemplował piękno przyrody. Ewa pozwoliła młodemu na samodzielną peregrynację po okolicy. Do przejścia miał zaledwie dwieście metrów, no i znajdował się pod opieką elektronicznej niańki. W tym czasie Ewa postanowiła przejrzeć informacje z kraju i ze świata. Rzecz jasna spodziewała się samych doskonałych
wiadomości, dlatego mruknęła pod nosem sama do siebie: – Zobaczmy, co słychać w globalnym wariatkowie.
Odpaliła smartfona. Za dwa miesiące wybory parlamentarne. Starcie gigantów – pomyślała Ewa i pochwaliła się za jej zdaniem elokwentne podsumowanie sytuacji politycznej w kraju. Z kolei serwis plotkarski donosił o możliwym kryzysie w związku popularnej pary aktorskiej, która brawurowo zagrała w kultowym serialu Ranczo. Ta niespodziewana informacja mocno ją zasmuciła. Przyłapała się na bezmyślnym przewijaniu serwisów społecznościowych. Ocknęła się, gdy krzykliwy jegomość temperował psa, latającego za wiewiórką. I dostrzegła, że młody panicz zniknął. W duchu uśmiechnęła się, Kacperek prawie na pewno znalazł elegancką kryjówkę między drzewami, jak ją sam nazywa. Daleko nie poszedł, mój syn to
leniuch – Ewa kilkukrotnie ziewnęła, znudzona powtarzającym się spektaklem. Udała jednak zmartwioną,
teatralnie złapała się za głowę.
– Synku, syneczku, nie opuszczaj mamusi – kpiła w żywe oczy. – Mamusia będzie płakać.
– Pani dobrze się czuje? – zapytał życzliwie jegomość od krnąbrnego psa i jego towarzyszki wiewiórki.
– Świetnie – odpowiedziała speszona. – Udaję, że nie mogę znaleźć synka. To taka zabawa.
– Jest pani pewna, że zabawa? A jak wygląda chłopiec?
– Ma pięć lat, wysoki jak na swój wiek, szczupły, śliczny blondynek. Ubrany w spodenki dresowe, po-
rządne buty sportowe, bluzę – wyrecytowała Ewa odrobinę zbita z pantałyku.
– Proszę pani, ten chłopiec biegł przestraszony przed siebie około pięć minut temu. Chciałem go za-
trzymać, ale chyba mnie nie usłyszał. Gonił go duży piesek, wilczur. To wasz? Ewa zbladła. Próbowała się ruszyć, ale nogi miała jak z waty. Ręce też były bezwładne, niczym w paraliżu sennym. Straciła orientację w czasie i przestrzeni, zapomniała swojego imienia, profesji. Bezwolna kukła miewała więcej życia od kierowniczki dużego sklepu osiedlowego. Ze stanu komy wyprowadził ją Kacperek.
– Mamusiu, dlaczego ciągle gapisz się w tego smartfona?
– Kochanie, synku, skarbie, gdzie byłeś?
– Gonił mnie wielki pies. Bałem się. Miał kły jak potwór. Boję się takich dużych piesków. Ale nic się nie
martw, taka gruba pani mi pomogła. Wygoniła potwora.
– A gdzie jest ta pani? Chcę jej podziękować.
– Poszła przytulać się do drzewka. Powiedziała, że nie ma nawet telefonu. Na pewno jest bardzo biedna. Kupimy jej coś do jedzenia, mamusiu? – Kacperek był przejęty i zatroskany.
– Kacperku, pokaż mi telefon. Chcę coś sprawdzić. – Ewa włączyła aplikację. Nie wyświetlił się błąd.
– Kochanie, przepraszam cię – wydusiła z siebie Ewa i ze wstydu spuściła głowę.
– Mamusiu, wiesz, co mówiła ta pani? – Kacperek wyglądał na jeszcze bardziej przejętego niż dwie
minuty temu.
– Nie wiem, kochanie.
– Że jestem biedny, ale to ona jest biedna, mamusiu. Nie ma nawet telefonu. Ja jej już nie lubię!

Sylwetka postaci za mgłą

The post Apka appeared first on Pro Libris.

]]>
Głucha https://prolibris.net.pl/glucha/ Mon, 13 Nov 2023 12:47:56 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=10427 Rafał Krzymiński

The post Głucha appeared first on Pro Libris.

]]>

Rafał Krzymiński

 

Głucha

Malwina Koper wstała lewą nogą. Wszystko ją irytowało. Pal licho, że zamiast zaplanowanych w opasce monitorującej sen siedmiu godzin przespała zaledwie sześć. Najwyżej do dwóch kaw rozpuszczalnych z syropem piernikowym z Torunia zaaplikuje sobie trzecią. Przebolała też końską muchę i komara, które jakimś cudem przedostały się przez dwukrotnie reklamowaną moskitierę. Machnęła ręką na dwa głośne esemesy od szefowej. W końcu to jej wina, tradycyjnie nie wyciszyła smartfona. Zlekceważyła nawet ścinanie trawy kosiarką spalinową. Chyba nie będzie miała innego wyjścia i zainicjuje internetową zbiórkę na porządny (cichy) traktorek dla dozorcy. Arogancki e-mail od członków zarządu wspólnoty mieszkaniowej „Nowoczesność” doprowadził ją jednak do szału. Jak oni mogą domagać się natychmiastowego ogrodzenia osiedla? U progu recesji gospodarczej, w drugiej połowie roku?! Koper teatralnie łapała się za głowę! „Kiedy wprowadzaliśmy się na osiedle, gwarantowano nam ciszę jak makiem zasiał, anielski spokój, idylliczne miejsca z bujną zielenią”. Skąd im się wzięły takie literackie określenia w urzędowej skądinąd korespondencji? Malwina zagotowała się do tego stopnia, że sypała wulgaryzmami niczym Cumulonimbus nocnym opadem. Oczywiście musieli wyartykułować wszystkie swoje wydumane pretensje w formie pisemnej. Nie mogli jak kulturalni ludzie, Europejczycy, użyć smartfona, aby umówić się na spotkanie i w cywilizowany, dyplomatyczny sposób wyłożyć kawę na ławę? W drugiej wersji dla leniwych wystarczyło użyć któregoś z mediów społecznościowych lub komunikatorów internetowych. Nie, oni musieli kwiecistym językiem wylewać żale z ostatnich kilku lat. Koper ponownie chwyciła się za głowę, zerwała się z łóżka na równe nogi i rzuciła laptopa na kołdrę. I to na tyle niezręcznie, że ten prawie zsunął się na ulubiony dywanik z owczej skóry. Wściekła prawie pobiegła do kuchni, przygotowała tradycyjną latte z ekspresu i już spokojniejsza usiadła w salonie na kanapie. I myślała, czy powinna w jakiś sposób odnieść się do tych zarzutów lub zaproponować zebranie, na którym wytłumaczy pieniaczom, że to wszystko nie jest takie proste. Najchętniej skapitulowałaby, w tym była najlepsza. Nigdy nie przejawiała skłonności do ryzyka, brakowało jej elementarnej odwagi cywilnej. Psycholodzy prawdopodobnie orzekliby, że ma osobowość borderline, którą cechuje między innymi częsta zmiana nastroju i chwiejność emocjonalna. Malwina wyśmiewała podobne diagnozy. Nie lubiła się wychylać – to wszystko i dzięki temu zawsze spadała na cztery łapy. Niczym sprytna lisica najpierw na kogoś nakrzyczała, potem kiedy wymagała tego sytuacja, przepraszała. Bo trzeba być lisem i lwem, jak pisał Machiavelli. I taka była, uległa albo agresywna, ale nie asertywna. I dlatego, choć uważała większość propozycji lokatorów za niedorzeczne, zgodzi się na wszystkie. W końcu od dekady jest jednym z najbardziej rozchwytywanych zarządców nieruchomości w mieście. Na spokojnie wypunktuje postulaty mieszkańców i zaproponuje tzw. mapę drogową ich realizacji. W pierwszej kolejności zaakceptuje dodatkowe ogrodzenie placu zabaw i zakaz wejścia dla dzieci spoza osiedla, to drobiazg, ale pokaże, że ma dobre intencje. Na funduszu remontowym uzbierała się już całkiem spora sumka i kawałek „siatki” nie sprawi przecież, że zbankrutują. Co prawda miejska opinia publiczna zapewne wyrazi dezaprobatę wobec tego posunięcia. No, ale jak odmówić mieszkańcom, którzy piszą tak: „Opłacamy panią z naszych składek członkowskich, czyli pani jest pracownikiem do naszej dyspozycji”. To bezczelne, ale prawdziwe. Nie będzie przecież walić głową w mur.

 

II

We wtorkowe popołudnie na placu zabaw było gwarno. Maluchom nie przeszkadzała patelnia, jaką zafundowało lipcowe słońce. Termometr o 15.00 wskazał 37 stopni w cieniu, ale dwóch czterolatków wyrywało sobie wiaderka z gorącym piachem. – To moje! Nie, moje! Głupi jesteś! Sam jesteś głupi! Rodzice nie reagowali, znużeni upałem, gapili się w smartfony. Ukraina właśnie przeprowadza udaną kontrofensywą na południu kraju – bił po oczach artykuł jednego z opiniotwórczych portali. Drugi przedstawiał alternatywną opinię, Rosja zmieniła taktykę i dowódców i po spodziewanym zwycięstwie na Ukrainie zaatakuje państwa bałtyckie, a potem przyjdzie kolej na Polskę – straszył dziennikarz. Niczego nieświadomi Franek i Łukasz woleli atakować swoje niezbyt urodziwe babki z piasku. Przyłączyła się do nich Zuzia, piegowata dwulatka, ale nie zwrócili na nią uwagi. Na skromnym placu zabaw była jeszcze dziesiątka innych dzieci, które ganiały się jak pijane muchy na suficie. Chaos jest zbyt delikatnym słowem na określenie nieskoordynowanych ruchów wokół własnej osi, czyli piaskownicy, domku ze ścianką wspinaczkową i bujaka. Zabawa nie miała lidera ani liderki, pomysłu i energii. Już chyba nawet wspomniane leniwe muchy miały więcej werwy. Można było odnieść wrażenie, że całe to zbiegowisko utnie sobie drzemkę w hiszpańskim stylu. Nagle metalowa bramka przy wejściu otworzyła się za sprawą małych, nieśmiałych rączek odrobinę przestraszonej dziewczynki. Rozglądała się na wszystkie strony świata, niezdecydowana czy wejść. Pięcioletnia Julia miała głęboki niedosłuch. Na lewym uszku zamontowano jej aparat słuchowy, w prawym miała niewidoczny, wszczepiony pod skórą implant ślimakowy. Jego zewnętrzna część, składająca się z zausznego procesora mowy i kabelka łączącego procesor z anteną, przykuła uwagę chłopców. Julia nosiła opaskę podtrzymującą procesor. Uczyła się mówić, od kilku miesięcy rozumiała otoczenie i komunikowała się z rodzicami i braciszkiem. Dziewczynka wślizgnęła się bezszelestnie na plac zabaw, wdrapała na drewniany domek i zjechała ze ślizgawki. Głośno krzyczała.

– Ale kosmitka! Tato, zobacz, jaki dziwoląg! – krzyczał jeden z chłopców.

– Czego tak się drzesz? – skarcił syna gburowaty jegomość. Miał wytatuowane prawe ramię i groźne spojrzenie. Podszedł do dziewczynki. Delikatnie ściągnął ją ze ślizgawki i wyniósł z placu zabaw.

– Więcej tu nie wchodź, to nowoczesne osiedle, nie cyrk! – powiedział spokojnie jegomość. I rzucił do siebie pod nosem. – Ta Koper to jest jednak nieudolna!

Julia nie płakała. Stała i ze smutkiem patrzyła w furtkę.

– Jestem zepsuta – wyszeptała cichutko.

Surrealistyczny rysunek przedstawiający różne kształty.

The post Głucha appeared first on Pro Libris.

]]>
Zmaganie z żywiołem (Mateusz Pojnar, Rzeka ma zawsze rację. Nowa Sól i powódź 1997. Zmaganie z żywiołem) https://prolibris.net.pl/rzeka-ma-zawsze-racje/ Wed, 22 Feb 2023 17:28:22 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=7563 Rafał Krzymiński

The post Zmaganie z żywiołem (Mateusz Pojnar, Rzeka ma zawsze rację. Nowa Sól i powódź 1997. Zmaganie z żywiołem) appeared first on Pro Libris.

]]>

Zmaganie z żywiołem

Mateusz Pojnar, Rzeka ma zawsze rację. Nowa Sól i powódź 1997, brak wydawcy, Nowa Sól 2022, 265 s.

To ważna książka. Nieprzypadkowo powstała w 2022 roku – 25 lat od „powodzi tysiąclecia”, która w lipcu 1997 roku mocno doświadczyła południową i zachodnią Polskę, Czechy, Niemcy i Austrię. Za granicą zginęło ponad sto osób, w kraju 56. Miałem wtedy zaledwie 18 lat i przygotowywałem się do matury, dlatego właściwie nie śledziłem bieżących wydarzeń w telewizji. Z jednym wyjątkiem – relacji z powodzi. Za każdym razem byłem poruszony ogromem tragedii, nie tylko ludzkiej. Zdarzało się, że zagrożeni przez żywioł wyrzucali przez okno psy i koty na łodzie ratunkowe. Ale ja przecież mieszkałem w bezpiecznej Zielonej Górze, sąsiednia Nowa Sól wydawała się leżeć… gdzieś na końcu świata. Autor, Mateusz Pojnar, rodowity nowosolanin (rocznik 1993) pamięta powódź jak przez mgłę, co sam przyznaje. „Chłopczyk jest w domu babci, która mieszka niespełna sto metrów od rzeki. Niektóre meble w pokoju są już pokryte folią. Za chwilę dorośli wyniosą dużą część na strych. Boją się. Chłopiec niewiele rozumie, ale czuje ich strach”.

Czy książka to próba „przepracowania” nieuświadomionej traumy z wczesnego dzieciństwa? Być może. Na pierwszy plan wysuwa się jednak solidna reporterska robota. Literatura faktu (non-fiction) ma się obecnie bardzo dobrze, nie tylko w Polsce. 

Okładka książki. Na Górze jest napsiany tytuł: Rzeka ma zawsze rację. Obrazek przedsatwia budynki zabezpieczone przed wodą workami z piachem oraz rozmawiających ludzi. Dwie postaci za barykadą z worków i dwie przed barykadą.

Rzeka ma zawsze rację… zawiera wszystko, czego od tego gatunku można oczekiwać: bohaterów z krwi i kości i trzymającą w napięciu „konstrukcję fabuły”. Niemal każdy rozdział to odrębna historia ludzi zmagających się z żywiołem. Reporter nie lukruje rzeczywistości. Pokazuje zarówno postawy szlachetne, jak i powodowane najniższymi instynktami. Nie ukrywajmy jednak, że w ujęciu całościowym jest to jednak „pomnik” dla ludzkiej solidarności. Bo nowosolanie, zarówno władze, jak i może przede wszystkim mieszkańcy zdali wtedy najważniejszy egzamin z człowieczeństwa. Na wysokości zadania stanęli wtedy nawet ludzie, których na co dzień można było spotkać głównie przed sklepem alkoholowym. „Nowa Sól jako pierwsza – na tyle, na ile się dało – odparła atak rzeki. Głogów się obronił, ale tam jest zupełnie inne położenie miasta. To co wydarzyło się u nas, było heroizmem, który zrobił duże wrażenie i znalazł się na czołówkach gazety. Byliśmy dumni. Można było dostrzec strach, ale i entuzjazm, szczególnie w sprzątaniu miasta”.

Pojnar jest dziennikarzem nowosolskiego „Tygodnika Krąg” i współpracownikiem „Wyborczej” w Zielonej Górze. W „Tygodniku Powszechnym” opublikował m.in. reportaż Odra, piękna i groźna o „powodzi tysiąclecia”. Autor był nominowany do Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego i w 2022 roku do prestiżowej Nagrody im. Bolesława Prusa w kategorii Młody Dziennikarz. Został laureatem nagrody „Gazety Lubuskiej” dla wyróżniającego się młodego dziennikarza w ramach Lubuskich Wawrzynów za 2019 rok.

Rafał Krzymiński

The post Zmaganie z żywiołem (Mateusz Pojnar, Rzeka ma zawsze rację. Nowa Sól i powódź 1997. Zmaganie z żywiołem) appeared first on Pro Libris.

]]>