Piotr Prusinowski Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/piotr-prusinowski/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Tue, 25 Nov 2025 09:48:46 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Piotr Prusinowski Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/piotr-prusinowski/ 32 32 Czarna emalia (fragment) https://prolibris.net.pl/czarna-emalia-fragment/ Tue, 25 Nov 2025 09:46:38 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16651 Piotr Prusinowski

The post Czarna emalia (fragment) appeared first on Pro Libris.

]]>

Piotr Prusinowski

Czarna emalia

(fragment)

 

 

Uśpione drzewa wznoszą się nad promenadą, ochrzczoną imieniem, którego Elena za nic nie może sobie przypomnieć. Ich bezlistne konary spowija całun gęstej, nieprzeniknionej mgły. Choć latarnie o staroświecko zdobionych kloszach emanują intensywnym, wpadającym w pomarańcz blaskiem, to jednak wszystko wokół tonie w mętnym, zielonkawym pobrzasku nadchodzącego zmroku, niczym Atlantyda pogrążająca się w wodzie zanieczyszczonej glonami. Z kłębowiska splątanych krzewów o kolczastych łodygach wyrasta prostopadłościenny cokół, na którym majaczy dostojna postać nieokreślonej płci, obarczona ciałem ze spękanego marmuru. Porośnięta mchem i trawiona grzybem, statua roztacza wokół siebie aurę listopadowego spleenu, jakim sama Elena zdążyła już dawno nasiąknąć.

Wiatr, jakkolwiek mało porywisty, niesie ze sobą odgłosy przejeżdżających samochodów i tramwajów sunących po szynach. Bliskość miejskiego zgiełku wydaje się jednak złudna, gdyż krańca alei wciąż nie widać. Choć Elena zwiększa tempo marszu, to w dalszym ciągu odnosi wrażenie, jakby poruszała się w jednym i tym samym miejscu, jak na elektrycznej bieżni w klubie fitness.

Jej miedziane, z lekka pofalowane włosy, ścięte tuż poniżej linii ramion, wyłaniają się spod beretu z czarnej dzianiny, przyozdobionego metalową plakietką z Laibachowym suprematycznym krzyżem wpisanym w koło zębate. Pod względem kolorystycznym nakrycie głowy pasuje do pozostałych elementów jej dzisiejszej stylizacji: dobrze skrojonej ramoneski z szerokim kołnierzem i asymetrycznym ekspresem, bawełnianych rajstop z fantazyjnym motywem roślinnym oraz butów na średnim obcasie, zapinanych na metalowy suwak. Z różnymi odcieniami dominującej czerni współgra ciemna, militarna zieleń spódnicy o dopasowanym, ołówkowym kroju, sięgającej tuż za kolano. Uszyta z gładkiej, matowej ekoskóry, z tyłu zapięta na kryty, ale dobrze widoczny zamek, opina ciało w sposób, który skłania Elenę do chodzenia drobnymi, choć niekoniecznie wolnymi krokami. Pogłos, z jakim opadłe liście szeleszczą pod jej stopami, stwarza iluzję obecności kogoś, kto za nią podąża, co od czasu do czasu skłania ją do oglądania się za siebie z niepokojem, który w otoczeniu aż nazbyt spokojnym wcale nie musi być całkiem bezpodstawny.

Na horyzoncie można już dostrzec niewyraźny zarys czegoś, co dopiero po dłuższej chwili zaczyna nabierać czytelnych kształtów. W końcu z mglistej zawiesiny wynurza się neogotycka brama o pordzewiałych skrzydłach, udekorowana obliczem wyszczerzonego maszkarona, który w przedziwny sposób łączy w sobie cechy dzikiego kota i zimnokrwistego gada. Szerokie kamienne schody prowadzą Elenę w kierunku trotuaru, wyłożonego murszejącymi płytami betonowymi i usianego licznymi kałużami. Chmury fabrycznych wyziewów wzbijają się zza parawanu mniej lub bardziej zapuszczonych kamienic, eklektycznie przemieszanych z o wiele nowszymi, ale jeszcze bardziej zaniedbanymi budynkami o surowej, brutalistycznej formie. Nieliczne w tej okolicy rurki neonów migoczą w paralitycznym rytmie, odzwierciedlając stan funkcjonowania tutejszego sektora handlowo-usługowego.

Wzmożonej aktywności pojazdów towarzyszy stosunkowo niewielki ruch pieszych. Jedynie pojedyncze ludzkie sylwetki snują się gdzieś w oddali niczym cienie we mgle. Przechodząc na zielonym świetle, dziewczyna czuje na sobie spojrzenia kierowców, którzy być może dziwią się, że ktoś jeszcze używa nóg w charakterze środka lokomocji miejskiej. […]

Elena zatrzymuje wzrok na wystawie niewielkiego sklepu z obuwiem. Zapalając papierosa, posługuje się żarową zapalniczką o ściankach z chromowanej stali. Jedną z nich ozdobiono wizerunkiem pięciu skrzyżowanych mieczy, przebijających czaszkę wpisaną w heptagram. Specyficzny rodzaj piękna wyraża się w złożonej symetrii, jaka charakteryzuje ów symbol, ewokujący treści i nastroje właściwe muzyce Celtic Frost.

Obłoki dymu o korzennym aromacie sączą się z ust i nozdrzy Eleny, by wkrótce rozpłynąć się w chłodnym, przesyconym wilgocią powietrzu. Zarys jej sylwetki odbija się w szybie, za którą cztery manekiny o kobiecych kształtach, łysych głowach i pozbawionych wyrazu twarzach zastygły w bladej, jakby martwej poświacie. Ich garderoba ogranicza się do czarnych lakierowanych butów na niebotycznie wysokiej szpilce, różniących się chyba tylko znakiem firmowym. Oczy tych mlecznobiałych, połyskliwych figur, sklonowanych na taśmie produkcyjnej, pozostają utkwione w jakichś odległych punktach, dostrzegalnych tylko dla istot o ciałach z włókna szklanego.

Nad obumierającymi budynkami góruje stupiętrowy wieżowiec, zbudowany na planie sześciokąta. Monumentalny portal wejściowy zwieńczono szyldem KRISTALLPALAST, świecący intensywnym neonowym różem. W elewacji gmachu, złożonej z tysięcy okien o lustrzanych szybach, miasto może się przejrzeć i wystraszyć swoim własnym widokiem. Wystraszyć albo zachwycić…

Lampki z numerami kolejnych pięter zapalają się i gasną jedna po drugiej, z nieubłaganą koniecznością przybliżając ją do kresu podróży. Metalowe ściany windy pokryto skomplikowanym abstrakcyjnym ornamentem, przypominającym wektorową mapę metropolii. Z lustra w kształcie odwróconego trójkąta spogląda postać, która pod maską chłodu i opanowania próbuje ukryć emocje podszyte napięciem. Choć Elena nigdy nie miała problemów z zachowaniem „pokerowej twarzy”, to jednak ma świadomość, że z jej szarozielonych oczu da się sporo wyczytać. W kompulsywnym geście poprawia fryzurę, wystylizowaną w sposób przywołujący na myśl hollywoodzki glamour lat czterdziestych. Czyni to niemalże odruchowo, bo przecież doskonale widzi, że niczego poprawiać nie musi. To samo dotyczy ust, kształtem przypominających spłaszczone serce. Mimo to na wszelki wypadek jeszcze raz pociąga je karminową szminką, której barwa – intensywna, choć zarazem nieco chłodna – kontrastuje, a zarazem współgra z gładką cerą o jasnym, ale ciepłym, porcelanowym odcieniu. Podobną rolę spełnia lakier w kolorze z pogranicza marsali i klasycznej czerwieni, jakim Elena pomalowała paznokcie.

Dyskretne kolczyki z czarnej emalii i srebra, inkrustowane pojedynczymi cyrkoniami o brylantowym szlifie, tworzą komplet z pierścionkiem na środkowym palcu jej lewej dłoni. Ozdobiony ośmioma kryształkami, które osadzono w wąskim prostokącie ze stali chirurgicznej, ten element biżuterii jest niezwykle przyjemny w dotyku. Decyduje o tym charakter materiału, z jakiego został wykonany. Twarda, gładka i lśniąca, emalia ma tę niewątpliwą zaletę, że łączy subtelną estetykę z zadziwiającą odpornością na urazy mechaniczne i niesprzyjające warunki atmosferyczne. […]

 

 

The post Czarna emalia (fragment) appeared first on Pro Libris.

]]>
Fantastyka naukowa na deskach Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze https://prolibris.net.pl/fantastyka-naukowa-na-deskach-lubuskiego-teatru-w-zielonej-gorze/ Tue, 29 Oct 2024 10:50:14 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14625 Piotr Prusinowski

The post Fantastyka naukowa na deskach Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze appeared first on Pro Libris.

]]>

Piotr Prusinowski

Fantastyka naukowa na deskach
Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze

 

9 grudnia 2023 roku Scena Kameralna Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze rozjarzyła się nieziemskim blaskiem w tonacji głębokiego, ciemnego błękitu, z miejsca przywołującym skojarzenia z bezmiarem kosmicznej przestrzeni. To wrażenie pogłębiały obłoki sztucznego dymu, które pod wpływem tego oświetlenia zamieniły się w obłoki międzygwiezdnego pyłu, do tego dochodziły projekcje autorstwa Sebastiana Siepietowskiego, wyświetlane na dwóch okręgach przypominających odległe planety. Plamy fluorescencyjnej farby mieniły się na zawieszonych pod sufitem sznurach niczym wielobarwne mgławice, a choinkowe lampki układały się w coś na kształt gwiazdozbioru. Oprócz scenografii zaprojektowanej przez Dominikę Chochołowską-Bocian, odzwierciedleniu nieskończoności Wszechświata służyła także muzyka Pauliny Derskiej, utrzymana w stylistyce ambient, oparta na kojących brzmieniach elektronicznych, wzbogaconych o elementy etniczne.

Ta nastrojowa, efektownie zrealizowana audiowizualna impresja wprowadzała najmłodszych widzów oraz ich rodziców lub opiekunów w świat spektaklu, który miał wówczas swoją prapremierę na deskach zielonogórskiej sceny. Jeszcze zanim wybrzmiały jakiekolwiek słowa, nie ulegało wątpliwości, że Pop! w reżyserii Magdaleny Młynarczyk jest przedstawieniem wpisującym się w ramy fantastyki naukowej – gatunku stosunkowo rzadko obecnego w teatrze, nie tylko zielonogórskim i nie tylko polskim, a chyba jeszcze rzadziej w spektaklach dla dziecięcej widowni. Zdaniem Andrzeja Niewiadowskiego i Antoniego Smuszkiewicza, formą prezentacji bardziej odpowiednią dla tej formy twórczości pozostaje – obok filmu – słuchowisko radiowe, ponieważ „nie wymaga bezpośredniej prezentacji, odwołuje się do wyobraźni słuchacza i dlatego częściej i z większym powodzeniem może wykorzystywać konwencję fantastyki naukowej”; teatr natomiast „z całą bezwzględnością ujawnia imitacyjny charakter świata przedstawionego i niszczy atmosferę fantastyczności”[1]. Założenie to można uznać za cokolwiek dyskusyjne w świetle faktu, że niezależnie od obranej konwencji – realistycznej lub fantastycznej – sceną teatralną zawsze w mniejszym lub większym stopniu rządzi pewna umowność, determinowana samym charakterem tej formy wypowiedzi artystycznej.

O potencjale fantastyki naukowej w tym aspekcie świadczył już międzynarodowy sukces, jaki odniosła sztuka Karela Čapka R.U.R. (1920), gdzie po raz pierwszy użyto słowa „robot”. Mimo to – jak konstatuje Marek Dybizbański – „estetyka science fiction nigdy właściwie nie wykształciła własnej odmiany dramatu i nie zadomowiła się w teatrze – z kilkoma wyjątkami traktowanymi przeważnie jako potwierdzenie reguły”[2]. Nie oznacza to jednak, że wśród tych „wyjątków” nie pojawiały się – również na gruncie polskim – dzieła znaczące i artystycznie wartościowe. W okresie międzywojennym wyróżniał się dramat Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej Kochanek Sybilli Thompson (1926), którego autorka – choć zastosowana przez nią futurologiczna rekwizytornia w dużej mierze nie oparła się próbie czasu – z zaskakującą celnością przewidziała wiele cywilizacyjnych, ekonomicznych, politycznych i obyczajowych tendencji XXI wieku (z tego zapewne względu sztuka po wielu latach nieobecności powróciła na scenę w roku 2015, w „odświeżonej” inscenizacji pt. Kto się boi Sybilli Thompson?, przygotowanej przez Ulę Kijak z warszawskiej Grupy Artystycznej Teraz Poliż). Z początku sporadycznie (Eden w reżyserii Andrzeja Rozhina, prem. 10 września 1970 w Teatrze Lalki i Aktora w Lublinie), a później nieco częściej sięgano do twórczości najwybitniejszego polskiego pisarza science fiction ery nowożytnej, Stanisława Lema. Spośród nowszych scenicznych adaptacji jego prozy Niezwykły lot pilota Pirxa w reżyserii Jerzego Machowskiego (prem. 25 lutego 2017 w Teatrze Miejskim w Gliwicach) spotkał się z żywiołowym przyjęciem dziecięcej publiczności. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat niejednokrotnie przenoszono na scenę jego najsłynniejszą powieść Solaris (wcześniej adaptowaną jedynie w formie słuchowisk radiowych), po raz pierwszy na deskach warszawskiego Teatru Rozmaitości (Solaris. Raport w reżyserii Natalii Korczakowskiej, prem. 2 października 2009), ostatnio zaś w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie (reż. Marcin Wierzchowski, prem. 19 czerwca 2020). Znacznie rzadziej na polskich scenach goszczą natomiast utwory zagranicznych klasyków gatunku: Jan Klata podjął się realizacji Trzech stygmatów Palmera Eldritcha według Philipa K. Dicka w Starym Teatrze w Krakowie (prem. 14 stycznia 2006), a Jakub Roszkowski wyreżyserował w gdańskim Teatrze Wybrzeże spektakl Stalker według powieści Arkadija i Borysa Strugackich Piknik na skraju drogi (prem. 18 maja 2012).

W ciągu ponad siedemdziesięciu lat działalności zielonogórskiego teatru w obrębie ziem polskich żadna spośród znanych powieści fantastycznonaukowych nie doczekała się scenicznej adaptacji, co nie znaczy, że science fiction była na tutejszej scenie zjawiskiem nieobecnym. Pierwszym utworem w tej konwencji, jaki został zaprezentowany na deskach Państwowego Teatru Ziemi Lubuskiej (jak go wówczas nazywano), był Powrót Adama Leszka Proroka, nieco już dziś zapomnianego pisarza, eseisty i dramaturga, swego czasu silnie związanego z życiem kulturalnym regionu (m.in. jako recenzent teatralny magazynu „Nadodrze” i członek Komitetu Porozumiewawczego Pisarzy Ziem Zachodnich). Wychodząc z założenia, że „komedia – wszelkiej maści – jest dziś najbardziej ponętną teatralną szansą”, autor stawiał pytanie: „Czemuż więc komedia nie miałaby towarzyszyć wielkiej dobie przekroczenia przez człowieka jego dotychczasowych granic kosmicznych?”[3]. Warto w tym kontekście podkreślić, że zielonogórska prapremiera sztuki w reżyserii Marii Straszewskiej miała miejsce 24 czerwca 1961 roku; zaledwie dwa miesiące wcześniej Jurij Gagarin – jako pierwszy człowiek na orbicie okołoziemskiej – stał się bohaterem zbiorowej wyobraźni. Trudno dziś ocenić artystyczną jakość powstałego przedstawienia, ale z komercyjnego punktu widzenia stworzenie spektaklu „na czasie” zapewne się opłaciło: „Kurier Poznański” informował, że „Powrót Adama zarówno w Zielonej Górze, jak też w innych miejscowościach Ziemi Lubuskiej został przyjęty żywo i życzliwie przez publiczność”[4].

Tytułowym bohaterem swojego utworu Prorok uczynił właśnie kosmonautę, który powraca do domu z międzygwiezdnego wojażu. Okazuje się, że w efekcie tzw. paradoksu relatywistycznego Einsteina, trzymiesięczna podróż trwała równowartość sześciu ziemskich dekad. Podczas gdy jego dzieci są już staruszkami, Adam Hust (Henryk Machalica) pozostaje młodym mężczyzną, jakim był w momencie startu swojej rakiety, a jego własna prawnuczka (Halina Winiarska) jest teraz niemal jego rówieśniczką…

Wszystko to prowadzi do wielu komicznych perypetii, które zajmują autora dalece bardziej niż naukowa ekstrapolacja, co zresztą sam podkreślał: „Powrót Adama nie rości sobie prawa do popularyzacji wiedzy kosmonautycznej, nie sili się także wyrokować o charakterze i upodobaniach ludzi XXI wieku. Nasi dalecy potomkowie na pewno będą inni niż rodzina Hustów i jej przyjaciele”[5]. Twórcy nie zlekceważyli jednak możliwości, jakie daje gatunkowy sztafaż science fiction. W didaskaliach autor sugeruje, że sceneria przyszłościowego wnętrza da się stworzyć w granicach teatralnej umowności:

Przestronne wnętrze. Abstrakcja w architekturze, w stroju i umeblowaniu. Lampy o niecodziennych kształtach, lub skryte dyskretnie źródła światła rozproszonego. Sprzęty oryginalnej formy i niewiadomego przeznaczenia. Głośnik, tafla telewizora i telefon, ukryte w ścianie. Na stoliczku podręczny, domowy magnetofon. Raz po raz rozlegają się przejmujące, ale raczej przyjemne tony muzyki elektronowej[6].

Projekt scenografii autorstwa Kazimierza Wiśniaka nie pozostawia wątpliwości, z jakim gatunkiem mamy do czynienia, choćby ze względu na obecność ciał niebieskich, kosmodromu oraz fotonowej rakiety Adama, mknącej ku gwiazdom. Ten sam artysta zaprojektował również futurystyczne kostiumy, przywołujące skojarzenia ze strojami komiksowych bohaterów albo postaci z ówczesnego kina SF (z dzisiejszej perspektywy rozbrajająco naiwnego).

Mimo swojej lekkiej, humorystycznej formuły, w warstwie treściowej Powrót Adama niesie ze sobą pewne refleksje, dotyczące przetrwania elementarnych ludzkich wartości w stechnicyzowanym i emocjonalnie wyjałowionym społeczeństwie przyszłości, zahaczając tym samym o problematykę, którą już od dawna poruszali w dojrzalszej formie przedstawiciele „poważnej” literatury SF. Leszek Prorok chciał „jedynie zwrócić uwagę na dwie sprawy: na kłopoty i trud, jakie czekają nas jeśli przemiany w psychice i nawykach myślenia mają nadążyć za rozwojem techniki, a także na to, iż w najwspanialszej nawet cywilizacji technicznej nie należy rezygnować z pełnej kultury uczuć, które już dzisiaj ludzie powierzchowni skłonni są skazywać na pozorną lub faktyczną banicję”[7].

W innej stylistyce – pełnej sarkastycznego humoru, pod którym skrywało się autentyczne przerażenie – przedstawiał „szok przyszłości” Władimir Majakowski, autor do dziś wzbudzający kontrowersje, uwikłany w mechanizmy funkcjonowania totalitarnego ustroju. Choć ten radziecki futurysta dość rzadko bywa wymieniany w szeregu autorów SF, to jednak jego najsłynniejsze sztuki teatralne można z powodzeniem zaliczyć do groteskowo-katastroficznej odmiany tego nurtu. Pierwsza na zielonogórskiej scenie była Łaźnia w inscenizacji znanego scenografa Antoniego Tośty (prem. 9 listopada 1961), ale prawdziwym wydarzeniem stała się późniejsza Pluskwa w reżyserii ówczesnej dyrektorki Lubuskiego Teatru, Krystyny Meissner (prem. 30 stycznia 1982). Autor zawarł w swojej sztuce satyryczny obraz ery NEP-u, którą w dużej mierze uosabia główny bohater, Prisypkin (Krzysztof Krupiński). Zginąwszy w cokolwiek osobliwych okolicznościach, zostaje po latach odnaleziony w wielkiej bryle lodu. Rozmrożony i sztucznie przywrócony do życia, budzi się w „nowym wspaniałym świecie” roku 1979 (utwór powstał w 1929), jeszcze gorszym niż ten, którego on sam był przedstawicielem – świecie, który już bardziej przeraża, niż śmieszy. Ta wizja przyszłości daje się interpretować jako spełnienie wizji stalinowskich „inżynierów dusz ludzkich”: to rzeczywistość odhumanizowana, zautomatyzowana, odarta z uczuć i emocji, poddana absolutnej kontroli.

W momencie zielonogórskiej premiery, która przypadła na czas stanu wojennego i postępującej degeneracji PRL-owskiego systemu, sztuka Majakowskiego nieoczekiwanie nabrała niepokojącej aktualności, o czym pisał Czesław Sobkowiak na łamach „Nadodrza”:

Pokolenie z roku 1979 usiłuje dowiedzieć się czegoś o własnej przeszłości, próbuje zobaczyć własny ideowy pierwowzór. Dlatego postanawia się wskrzesić zamarzniętą istotę. Wstrząsający jest ów proces reanimacyjny. Jakże silne skojarzenia budzi nieznany Majakowskiemu obraz szpitala, w którym obróbce poddany zostaje Prisypkin. Jego tragedia dopiero teraz nabiera realnych kształtów. Jakże dziwnie znajome wydają się być sceny telewizyjne, ich sztuczność i manipulacja. W rezultacie Prisypkin doświadczony torturą szpitalnych ankiet i wywiadów stwierdza: „Nie dlatego zostałem odmrożony, by mnie teraz zasuszyli”. Zupełnie zignorowane są jego autentyczne pragnienia i marzenia. Raczej pluskwie ofiarowano wolność i życie, nobilitowano ją do rangi przedmiotu godnego szacunku. Jego samego zamknięto w klatce. Taka oto jest kondycja intelektualna przyszłości. I tu widownia współczuje Prisypkinowi. Doznaje bowiem poczucia pewnej tożsamości. Jeśli scenografię (Jorge Reina) pierwszej części znamionuje bogactwo, to tutaj podkreśleniu ulega sterylność, jałowość ludzkiego bytowania. Diagnoza społeczna jest aż nazbyt trafna. […][8]

Ostrzegając przed zagrożeniami, jakie może nieść ze sobą przyszłość, fantastyka naukowa częstokroć – w sposób jawny lub metaforyczny – poszukiwała źródeł tych problemów w bolączkach współczesnego świata. Tak było w przypadku Pluskwy, a nawet tak bezpretensjonalnego, rozrywkowego spektaklu jak Powrót Adama. Nie inaczej dzieje się we wspomnianym na wstępie przedstawieniu dla dzieci, zatytułowanym Pop! Bohaterkami tej sztuki, napisanej przez Miłosza Broniszewskiego w oparciu o pomysł reżyserki Magdaleny Młynarczyk, są dwie sympatyczne kosmitki (Romana Filipowska i Małgorzata Polak), mieszkanki planety zwanej Popkorlandią, zbudowanej z ziaren kukurydzy, które w wyniku postępującego gwałtownie ocieplenia klimatu zaczynają pęcznieć i eksplodować, coraz bardziej uprzykrzając życie mieszkańcom planety. W związku z tą sytuacją obie posłanniczki obcej cywilizacji, pod każdym względem różniące się od ludzi[9], przybywają na Ziemię z nadzieją na to, że właśnie tutaj uda im się znaleźć nowy dom dla siebie i swoich ziomków. W tym celu muszą znaleźć wspólny język z Ziemianami, zgodnie z interaktywną formułą spektaklu reprezentowanymi przez dziecięcą publiczność. Sądząc po spontanicznych reakcjach widowni, bohaterki radzą sobie pod tym względem całkiem dobrze.

Posługując się formą bajki ubranej w kostium SF, twórcy przedstawienia w nienachalny sposób uświadamiają najmłodszym widzom wagę problemów związanych z gwałtownymi zmianami klimatycznymi. Uczą ich również tego, jak istotna jest potrzeba wzajemnego kontaktu, zrozumienia dla odmienności i różnorodności. W dobie najzupełniej ziemskich konfliktów i postępującej migracji ludności kwestia ta nie dotyczy bynajmniej tylko relacji z istotami pozaziemskimi.

Nie jest to pierwszy zielonogórski spektakl dla dzieci, wykorzystujący konwencję fantastycznonaukową w celach o charakterze wychowawczym i edukacyjnym. Dużo wcześniej Andrzej Rettinger wyreżyserował lalkową Planetę Ma Sa Ru na podstawie tekstu Bogusławy Konstanty i Barbary Łukasiewicz (prem. 22 stycznia 1971), gdzie w dość pomysłowy sposób powiązano fantastyczną fabułę z przesłaniem dotyczącym konieczności przestrzegania reguł bezpieczeństwa na drodze. Jak tłumaczy jeden z bohaterów:

[…] nieoczekiwany rozwój cywilizacji i techniki spowodował, że na naszej planecie pojawiły się pojazdy mechaniczne, a wraz z nimi mechaniczna śmierć. Nasi uczeni znaleźli jednak sposób. Powstały fabryki, nie wytwórnie, ba całe kombinaty. Cały nasz przemysł nastawił się na produkcję duplikatów. […] Prawie wszyscy mieszkańcy naszej planety wyginęli, a ich miejsce zajęły automaty i stały się najważniejsze. Aż tu nagle pojawił się na naszej planecie przybysz z Ziemi i wprowadził zasady przestrzegania przepisów drogowych. A co za tym idzie nie było już wypadków. Zbuntowane automaty uwięziły go, gdyż to zagroziło ich interesom. Nie byłyby potrzebne[10].

Warto zwrócić uwagę, że sztuka wykorzystywała motywy znane już wcześniej w fantastyce naukowej, ale wśród najszerszych rzesz odbiorców spopularyzowane znacznie później, dzięki takim amerykańskim filmom jak Terminator (1984) Jamesa Camerona czy Matrix (1999) rodzeństwa Wachowskich.

Choć w Lubuskim Teatrze nie zrealizowano jak dotąd zbyt wielu spektakli wpisujących się w ramy gatunkowe SF, to jednak każdy z nich wniósł coś do historii zielonogórskiej sceny, wzbogacając jej repertuar o tematykę futurologiczną, która – wbrew obiegowej opinii – może znaleźć interesujące artystyczne odzwierciedlenie w przełożeniu na język teatralnych środków wyrazu.


[1]  A. Niewiadowski, A. Smuszkiewicz, Leksykon polskiej literatury fantastycznonaukowej, Poznań 1990, s. 262.
[2]  M. Dybizbański, O teatrze science fiction kilka uwag, „Przestrzenie Teorii” 2007, nr 7, s. 217.
[3]  L. Prorok, Wyznanie przed podniesieniem kurtyny, [w:] Powrót Adama [program], red. Z. Giżejewski, Zielona Góra 1961, s. 6.
[4]  Sztuka poznańskiego autora na lubuskiej scenie, „Głos Wielkopolski” 1961, nr 160, s. 7.
[5]  L. Prorok, dz. cyt.
[6]  Tenże, Powrót Adama. Komedia w 3 aktach z prologiem i epilogiem [scenariusz], Zielona Góra, s. 6.
[7]  Tenże, Wyznanie…, dz. cyt., s. 6.
[8]  C. Sobkowiak, Pluskwaspektakl czytelny, „Nadodrze” 1982, nr 1, s. 6.
[9]  Na scenie obie aktorki noszą czapki, dzięki którym mają upodobnić się do pozaziemskich istot o żółtych i zielonych głowach z wielkimi, wyłupiastymi oczami. Z tego względu – na co zwraca uwagę Agata Kostrzewska – „przypominają odrobinę kultowego kosmitę E.T.” z filmu Stevena Spielberga (1982), archetypiczną wręcz postać poczciwego i dobrodusznego przybysza z innej planety (zob. A. Kostrzewska, Kosmiczne poszukiwania, „Dziennik Teatralny Zielona Góra”, 12 grudnia 2023, http://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/kosmiczne-poszukiwania.html [dostęp: 24 sierpnia 2024]).
[10]  B. Konstanty, B. Łukasiewicz, Planeta Ma Sa Ru [scenariusz], Zielona Góra 1971, s. 25.

 

The post Fantastyka naukowa na deskach Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze appeared first on Pro Libris.

]]>
To nie sentyment, to po prostu miłość totalna do Zielonej Góry! Z Alicją Stasiewicz i Lechem Mackiewiczem rozmawia Piotr Prusinowski https://prolibris.net.pl/to-nie-sentyment-to-po-prostu-milosc-totalna-do-zielonej-gory/ Tue, 29 Oct 2024 08:07:10 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14566 Piotr Prusinowski

The post To nie sentyment, to po prostu miłość totalna do Zielonej Góry! Z Alicją Stasiewicz i Lechem Mackiewiczem rozmawia Piotr Prusinowski appeared first on Pro Libris.

]]>

To nie sentyment, to po prostu miłość totalna do Zielonej Góry!

Z Alicją Stasiewicz i Lechem Mackiewiczem rozmawia Piotr Prusinowski

 

Piotr Prusinowski: Na tegorocznym Kozzi Film Festiwal zielonogórska publiczność miała okazję zapoznania się z waszymi nowymi projektami. Lech Mackiewicz (dla przyjaciół Czako) podjął się reżyserii czytania performatywnego sztuki Alicji Łukasik-Ścigaj Dni powszednie, czyli materiał do zbudowania dramatu rozpisanego na dwa głosy. Ty, Alicjo, zagrałaś główną rolę żeńską w filmie Jana Jakuba Kolskiego Wariaci. Są to dzieła bardzo różne zarówno pod względem tematyki, jak i stylistyki czy estetyki. Dostrzegam jednak coś, co je łączy – temat relacji jednostki z mechanizmami społecznymi oraz narzucanymi przez społeczeństwo wymaganiami i standardami. Czy zgodzicie się ze mną, że oba utwory łączy motyw konfliktu wynikającego z nieprzystawalności do tych standardów?

Lech Mackiewicz: Społeczeństwo ich wypluło. Narracja XXI wieku, tej rzeczywistości, która teraz nas otacza, jest mocno opresyjna i wypluwa tych ludzi, którzy nie nadążają, buntują się, a niekiedy nawet tych, którzy chcą do społeczeństwa przynależeć. Zarówno bohaterki Dni powszednich, jak i „wariaci” z filmu Kolskiego są przecież gotowi iść na pewnego rodzaju kompromis ze światem. Ten świat nie jest jednak światem przyjaznym dla ludzi takich jak oni i wyrzuca ich na margines. Alicjo, nie chcę mówić za Janka Kolskiego, ale sądzę, że on ustawiał i „filtrował” was pod siebie, on też czuje się outsiderem, a już na pewno tak właśnie czuje się autorka Dni powszednich. To taki wspólny mianownik. Zresztą myślę, że generalnie w świecie twórczości ludzi wrażliwych ten mianownik będzie wspólny dla wszystkich – no może nie dla wszystkich, ale na pewno można tu wskazać na pewien nurt dotyczący nieprzystawalności.

Alicjo, para, którą zagraliście z Erykiem Lubosem, to ludzie wrażliwi, o dobrych sercach, ale chyba właśnie ze względu na swoją inność i wrażliwość są miażdżeni przez tryby życia społecznego, na którego marginesie egzystują?

Alicja Stasiewicz: W czysto „życiowym” sensie są po prostu niezaradni, nie mają sprecyzowanej ścieżki kariery, nie umieją rozsądnie gospodarować pieniędzmi, zapewne nie mieli szans na zdobycie dobrego wykształcenia, na dodatek są pozbawieni oparcia w bliskich osobach. To wszystko sprawia, że muszą egzystować poza społeczeństwem. Mnie osobiście ciężko to sobie w ogóle wyobrazić, ponieważ ich świat nie jest moim światem. Ja sama żyję jednak w ramach tego społeczeństwa.

LM: Kiedy oglądałem was na ekranie, to absolutnie nie miałem wrażenia, że macie jakikolwiek kłopot ze zrozumieniem tych ludzi. Ty i Eryk jesteście bowiem bardzo specyficznymi aktorami, ze względu na wasz typ wrażliwości jesteście osobni. I chyba dzięki zawodowi, który wykonujecie, znaleźliście swoje miejsce na tym świecie, ale mnie – jako widzowi z boku – bardzo łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której zarówno ty, jak i Eryk nie przystawalibyście do tej rzeczywistości, bylibyście zmuszeni do tego, aby w taki czy inny sposób łatać, cerować, fastrygować swoje życie. Nie mówię oczywiście, że musielibyście – tak jak bohaterowie Wariatów – od razu kraść czy szukać innych wątpliwych rozwiązań, uciekać do lasu etc. Myślę jednak, że dlatego Jan wybrał do tych ról właśnie was, ponieważ wasza wrażliwość jest wrażliwością osób nieprzystających do XXI wieku. Takie mam wrażenie po kilkukrotnym już obejrzeniu Wariatów.

AS: Jesteś chyba rekordzistą, jeśli chodzi o częstotliwość oglądania tego filmu…

LM: Myślę, że pod tym względem Jan bije mnie na głowę.

Alicjo, wiem, że twoja artystyczna przygoda z Wariatami zaczęła się od kandydatury do niewielkiej, właściwie epizodycznej roli właścicielki kina. Tymczasem reżyser dość szybko właśnie w tobie ujrzał główną bohaterkę filmu – Karolkę. I trudno się dziwić, znając chociażby twój występ w roli tytułowej bohaterki Marzenia Nataszy. To oczywiście dwie różne postacie, ale moim zdaniem jako Karolka przenosisz na ekran podobny rodzaj żywiołowości, zadziorności, a zarazem budzącej wzruszenie wrażliwości, którą emanowałaś wtedy na scenie. Czy istnieje jakaś choćby daleka paralela pomiędzy tymi dwiema kreacjami?

AS: To było wielkie szczęście, że mniej więcej rok przed castingiem do Wariatów zagrałam w Marzeniu Nataszy. Sama wybrałam ten tekst, poszłam z nim do dyrektora Czechowskiego, znalazłam odpowiednią reżyserkę, Magdalenę Drab. To wszystko było zatem bardzo moje, bardzo chciałam to zagrać. Później tak się fortunnie złożyło, że Jan napisał scenariusz, gdzie bohaterka jest trochę podobna do Nataszy. Wiadomo, dzieli je kraj, wiek, Natasza jest jeszcze nastolatką, a Karolka ma męża, ale niewątpliwie łączy je pewne podobieństwo. Cieszę się bardzo, że miałam szansę przećwiczyć sobie coś takiego na scenie. Gdy czytałam scenariusz Wariatów, postać Karolki nie była już dla mnie kompletnie obca, nie musiałam od zera obmyślać koncepcji tej roli. Wiedziałam już, że jest to coś, co po prostu lubię grać – wymarzona rola.

LM: To po prostu twój rodzaj wrażliwości. Nie jest przypadkiem, że takie role grasz i takich ról szukasz.

AS: Tak, szukam i tym bardziej się cieszę, że taka rola w zasadzie przyszła do mnie sama, że również ktoś inny – w tym przypadku Jan Jakub Kolski – widzi we mnie to, co ja sama widzę w sobie. Jan zobaczył we mnie to samo, co ja ujrzałam w sobie, wybierając rolę Nataszy. Jest jeszcze jedna paralela: Natasza na końcu idzie do więzienia, a Karolka w prologu Wariatów właśnie z niego wychodzi.

LM: Z przymrużeniem oka można powiedzieć, że Natasza wychodzi z więzienia, by stać się Karolką. W tym sensie Marzenie Nataszy to prequel Wariatów, a Wariaci – sequel Marzenia.

W imieniu Kolskiego odebrałaś nagrodę Klaps 2024, którą rada artystyczna festiwalu przyznała mu w kategorii „Film kryminalny, gangsterski, sensacyjny, czyli kino akcji”. Jak przebiegała twoja współpraca z reżyserem bardzo znanym, ale zarazem bardzo osobnym, który – o czym wspomniał już Czako – w pejzażu rodzimego kina zawsze pozostawał outsiderem?

AS: Ten jego wizerunek outsidera rzeczywiście znajduje odzwierciedlenie w życiu. Jan faktycznie pozostaje poza wszelkimi układami, robi wszystko sam, jest całkowicie niezależny. Spełniał zarówno funkcje scenarzysty i reżysera, jak i producenta, nie miał dookoła siebie tłumu ludzi, dzięki temu nie musiał się przed nikim tłumaczyć i spełniać czyichś oczekiwań. Zwykle jest tak, że gdy idziesz na casting, to najpierw musi cię zobaczyć reżyser castingowy, następnie zatwierdzić producent i jeszcze ktoś, kto wykłada kasę. Kiedy 

tyle osób macza palce w kompletowaniu obsady, to wszystko się gdzieś rozmywa i komplikuje. Jan obywa się bez tej całej świty, bo sam jest sobie żeglarzem, sterem i okrętem. Kiedy wybrał mnie do tej roli, to była wyłącznie jego decyzja – on tak chciał i koniec, niczego więcej już nie było trzeba. Należy mu się szacunek, bo na pewno nie jest mu łatwo, robienie wszystkiego w pojedynkę jest z pewnością niezwykle trudne. Taką wybrał sobie drogę – i dobrze, bo tak niezwykłe filmy realizuje właśnie dzięki temu, że nikt przy jego projektach nie grzebie, że wszystko przebiega dokładnie tak, jak on sam sobie obmyślił w głowie.

LM: Z Janem znaliśmy się już wcześniej środowiskowo, raz na jakiś czas nasze drogi się krzyżowały, ale do tego czasu nigdy u niego nie grałem. Lubiliśmy się, ale nie byłem jego typem aktora, ponieważ on preferuje typy ludyczne. Ostatnio zagrałem jednak tę epizodyczną rolę w Wariatach i bardzo się cieszę, że miałem okazję z nim pracować. Na planie jest delikatnym, wrażliwym i troskliwym człowiekiem, który słucha energii aktora.

AS: Jest też uczciwy i lojalny wobec aktorów. Niekiedy mogą się zdarzyć sytuacje, że gdy dostajesz rolę, reżyserzy kuszą cię i mamią, o pewnych rzeczach ci nie mówiąc. W rezultacie dopiero na sam koniec dowiadujesz się, że musisz zrobić coś przekraczającego twoje granice w taki czy inny sposób. U Jana wszystko było od początku jasne, nie stosował żadnych forteli typu, że najpierw mnie skusi, a na koniec powie: „tylko jeszcze musisz bardzo krótko ściąć włosy”. O tym, że muszę to zrobić, wiedziałam już od samego początku. Podobnie ze wszystkimi innymi scenami – również miłosnymi czy topless, których ostatecznie nie było. Nie korzystał ze swojej pozycji, nie kombinował, a kiedy już coś postanowił, to nigdy nie zmieniał zdania.

Alicjo, masz w swoim aktorskim dorobku role w dwóch dużych miniserialach, wkrótce zagrasz w dwóch filmach dyplomowych katowickiej Szkoły Filmowej im. Kieślowskiego. W Wariatach po raz pierwszy w swojej karierze zagrałaś główną rolę na dużym ekranie. I to rolę niezwykle wyrazistą, łączącą dramatyzm z humorem – taką, która wzbudza natychmiastową sympatię widza. Czy chciałabyś częściej niż dotychczas występować w filmach?

AS: Tak, oczywiście! To jest część aktorskiego zawodu. Do tej pory spełniałam się głównie na scenie, choć już od wielu lat próbowałam swoich sił w filmach. Wiąże się to jednak z wieloma trudnościami, castingi są dość rzadkie, o niektórych pewnie nawet nie wiedziałam, do niektórych się przygotowywałam, ale ostatecznie ich nie wygrałam. Zagrałam w jednym filmie kinowym Na chwilę, na zawsze w reżyserii Piotra Trzaskalskiego, a także w niejednym serialu. Rola w Wariatach była dla mnie ważną lekcją, z której wiele wyniosłam i oczywiście chciałabym się rozwijać w tym kierunku.

Czako, jakim doświadczeniem było dla ciebie reżyserowanie Dni powszednich? Moim zdaniem bez najmniejszej przesady można powiedzieć, że to, co miało być „tylko” czytaniem, stało się spektaklem już właściwie pełnym, gotowym.

LM: Miło mi to słyszeć. Tekst Alicji Łukasik-Ścigaj, choć dosyć krótki, był interesującym wyzwaniem. Jest rozpisany na dwa głosy, ale w tych głosach jest pewna wielowątkowość i różnorodność postaci. Miałem problem ze znalezieniem klucza do tego przedstawienia. Tematyka Dni powszednich jest bardzo kobieca, a zarazem powiązana z opresyjnością – to opowieść o kobietach w sytuacji ekstremalnego zagrożenia duchowego. Był taki czas, kiedy jeździliśmy z Alicją na strajki kobiet, co stało się adekwatnym punktem odniesienia. Tekst jest trudny, ale bardzo otwarty na interpretację. W związku z tym pozwoliliśmy sobie na pewną dowolność i w podziale ról, i w interpretacji. Wyodrębniliśmy z tego materiału trzy bardzo różne kobiety, które połączył wspólny cel. Tym celem było powiedzenie „nie” światu, który je odrzucał. Jeśli zacytować Kaczmarskiego – dążyły do tego, aby „wyrywać murom zęby krat”. Każda na swój sposób: jedna spokojnie, druga – buntem i bezczelnością, trzecia – sposobem. Dwa głosy stały się trzema.
Było to dla nas fajne ćwiczenie. Przygotowania trwały nieco dłużej, ale sama realizacja objęła trzy próby w ciągu zaledwie dwóch dni. Zawsze uważałem, że Lubuski Teatr dysponuje znakomitym zespołem aktorskim. Również tutaj dziewczyny – Ania Stasiak, Asia Wąż i Marta Frąckowiak – stanęły na wysokości zadania, za co im serdecznie dziękuję. Zapewne nie bez znaczenia jest tu fakt, że z każdą spośród nich wcześniej już pracowałem, a one ufają mi jako reżyserowi. Autorka rzuciła nam wyzwanie tym tekstem, my podjęliśmy rękawicę i chyba daliśmy radę, bo zadowolona była nie tylko widownia, nie tylko organizatorzy tego wydarzenia oraz my jako wykonawcy, ale także sama autorka sztuki.

Czy istnieje szansa, by w najbliższym czasie twój tekst doczekał się „materializacji” na scenie teatralnej – już nie w formie czytania, ale „pełnoprawnego” spektaklu?

LM: Będąc już spoza, a jednocześnie tak bardzo z Zielonej Góry, uważam, że moglibyśmy tu wrócić, aby wspólnie coś zrobić – i zrobilibyśmy to z wielką chęcią. Dni powszednie są w tym aspekcie jednym z tematów. Jeżeli znajdzie się partner do rozmowy na ten temat, jeśli również autorka będzie za, to jestem jak najbardziej otwarty. Również z Alicją mamy swoje artystyczne plany, być może kiedyś uda nam się je zrealizować. Napisałem również tekst pt. Legenda rzeki, pomyślany jako scenariusz widowiska plenerowego, osnuty tylko i wyłącznie wokół tematyki związanej z Ziemią Lubuską i rzeką Odrą. Na temat ewentualnej realizacji rozmawialiśmy już wstępnie z kompozytorem Danielem Grupą, z którym niejednokrotnie współpracowaliśmy. Sądzę, że ów tekst ma potencjał mitologiczny, można by go wystawić w plenerze podczas Winobrania albo Nocy Kupały.

Z pewnością dla publiczności z naszego regionu byłoby to cenne doświadczenie. Zresztą już wcześniej reżyserowałeś na deskach Lubuskiego Teatru własną sztukę Małgośka z Zielonej, a ty, Alicjo, tam grałaś. Ten spektakl również miał lokalny koloryt.

LM: Przedstawienia o tematyce związanej z regionem pobudzają lokalną dumę, lokalny patriotyzm, co bardzo mi się podoba.

AS: Na Śląsku pracujemy od niedawna, i to jako artyści „napływowi”, ale sądzimy, że jest to ogromnie pozytywne i integrujące, że również w dziedzinie teatru Ślązacy tak chętnie podkreślają swoją śląskość. To samo warto robić również na tutejszym gruncie.

LM: Małe ojczyzny są bardzo ważne. Choć ważne jest również to, żeby opowiadać o nich w sposób wolny od ideologicznych czynników. Wielka polityka może być tłem utworu, a ludzie sami muszą sobie wyrobić zdanie na ten temat. Dużo ważniejsze są losy jednostki – człowiek, człowiek i jeszcze raz człowiek.

Zapewne macie teraz dużo pracy w gliwickim teatrze, a jednak znajdujecie czas na to, by regularnie odwiedzać Zieloną Górę i uczestniczyć w życiu kulturalnym miasta, choćby przy okazji wspomnianego Kozzi Film Festiwal. To może pytanie retoryczne, ale czy to miasto działa na was nostalgicznie, a zarazem inspirująco?

AS: To nie sentyment, to po prostu miłość totalna do Zielonej Góry! Jestem co prawda gdańszczanką, ale kocham to miasto. Zawsze będziemy tu wracać. Mamy tu nie tylko silne rodzinne więzi, ale także naszych bliskich przyjaciół z Lubuskiego Teatru.

LM: Oni są naszą teatralną rodziną. Mamy tu również swoich fanów, ale też sami jesteśmy fanami wielu ludzi i rzeczy związanych z tym miastem. Przyjaźniliśmy się z winiarzami, kolegowaliśmy z Patrykiem Dudkiem, a Falubaz był ważną częścią naszego życia.

AS: Lubuski to pierwszy teatr, w jakim podjęłam pracę, i na pewno nigdy tego miejsca nie zapomnę. Pamiętam nawet mój pierwszy casting. Byłam tu na etacie dziewięć lat, to ogrom czasu. Poza tym sama Zielona Góra ma w sobie coś takiego, że nie da się jej nie uwielbiać. Jest kameralna, śliczna, dużo dobrego się tutaj dzieje. Na deptaku zawsze można spotkać kogoś znajomego. Bardzo tęsknimy za tym miastem. To nie było łatwe rozstanie – konieczne, ale niełatwe. Zresztą wszystkie znane nam osoby, które tu przyjechały, a następnie stąd wyjechały, mówią dobrze o Zielonej Górze i za nią tęsknią.

Już nie po raz pierwszy gościliście na Kozzi Film Festiwal. Trzy lata temu reżyserowałeś w Zatoniu czytanie własnej sztuki Nie jesteś moim Abbą, w którym obok Alicji i ciebie wzięli udział także Anna Stasiak, Ernest Nita i Radek Walenda. Wtedy w ramach Zielonogórskich Konotacji miała swoją premierę filmowa wersja twojego spektaklu Ja ciebie też… Przy tej okazji przypomniano film z twoim udziałem – Warszawę Dariusza Gajewskiego. Twoje teksty, w tym również Nie jesteś moim Abbą, znalazły się ponadto w Antologii dramatu zielonogórskiego pod redakcją Andrzeja Bucka.

LM: Nie ukrywam, że jestem z tego powodu bardzo dumny. Cieszę się, że dyrektor Buck docenił moją twórczość i tym samym niejako uczynił mnie zielonogórzaninem i Lubuszaninem, którym ja zresztą faktycznie się czuję.

Jaka jest geneza powstania tego utworu? To ostatnia część twojej „australijskiej” trylogii, ale wymowa wydaje się raczej uniwersalna, czytelna pod różną szerokością geograficzną…

LM: Część pierwszą, NaGL – Not a Good Look wystawiłem w Sydney, druga zaś, Everyman & The Pole Dancers, miała swoją prapremierę w Melbourne, następnie była prezentowana w Tokio, a później czytana w zielonogórskim BWA. Opowiadały trochę o kraju, trochę o jednostkach, trochę o rodzinie, o rozpadzie rodziny jako komórki społecznej, także o niemożności odnalezienia się w rzeczywistości. To wszystko podane przez pryzmat humoru absurdalnego. W pierwszej części jest śmiesznie, ale źle się dzieje, w drugiej jest mowa o oczekiwaniu na koniec świata, jaki znamy, a trzecia, Nie jesteś moim Abbą, jest już zdecydowanie postapokaliptyczna. Pisanie tej sztuki kończyłem już w Zielonej Górze – będąc moją ostatnią australijską, jest zarazem moją pierwszą lubuską. Również i tutaj nie brakuje komicznych elementów.

À propos humoru, kojarzyła mi się nieco z dramaturgią Becketta. Czy słusznie?

LM: Tak, twórczość Becketta i Ionesco z pewnością była punktem odniesienia, jeśli chodzi o tego typu formę i stylistykę.

Waszym najnowszym wspólnym przedsięwzięciem jest inscenizacja Edukacji Rity Willy’ego Russella w Gliwicach. Nie tylko razem gracie w tym spektaklu, ale też go wspólnie reżyserujecie. Skąd wybór tej właśnie sztuki?

AS: O Edukacji Rity myśleliśmy już parę lat temu, kiedy jeszcze byliśmy na etacie w Zielonej Górze. Wielokrotnie pracowaliśmy razem, ale nie mieliśmy okazji zagrania razem w takim przedstawieniu, które stwarzałoby warunki do wykreowania większych interakcji między granymi przez nas postaciami. Ponieważ chcieliśmy zagrać dwie duże role razem, postanowiliśmy wziąć ten projekt we własne ręce i wyjść z taką inicjatywą. Na Ziemi Lubuskiej ostatecznie nie udało się wcielić tego zamierzenia w życie. Gdy później wróciliśmy do owego pomysłu, a dyrektor Teatru Miejskiego w Gliwicach zobaczył zdjęcia z naszych czytań w Dąbiu i Gubinie, wówczas sam uznał, że to świetny pomysł, abyśmy oboje podjęli się realizacji spektaklu.

LM: Wcześniej łączyliśmy siły w duetach reżyser-aktorka albo reżyserka-tłumacz, a teraz wspólnie reżyserujemy spektakl, w którym również gramy. Myślę, że to przedsięwzięcie otwiera przed nami nowe drogi. Edukacja Rity to sztuka niełatwa w realizacji, wymagająca co najmniej dwóch godzin wspólnego przebywania na scenie dwójki aktorów, którzy mają do zagrania 14 trudnych scen. Słodko-gorzka opowieść o relacji niemożliwej, a jednak możliwej, o tym, jak możemy się od siebie wzajemnie uczyć i na siebie wpływać, a zarazem się minąć, gdy próbujemy się nawzajem odnaleźć. Można ją zrealizować „po wierzchu”, jest wtedy śmieszna i tylko śmieszna, można „po naukowemu”, bo tam się sporo mówi o Szekspirze, Czechowie, Ibsenie. Wtedy to może wyglądać, jak…

AS: Jak lekcja polskiego.

LM: Tak, jak lekcja literatury, może troszkę nudna, ale zawsze jakaś. A przecież można to zrobić jeszcze inaczej – tak, żeby pogrzebać trochę w psychologii i genezie wszystkich ukrytych w niej znaczeń, bo jest ich bardzo dużo i funkcjonują na wielu płaszczyznach. Tym bardziej, że literatura, o której jest mowa na scenie, zawiera konteksty damsko-męskie, te zaś w taki czy inny sposób rzutują na samych bohaterów, odzwierciedlają łączące ich relacje. Z początku myśleliśmy, że uda nam się szybciej zrealizować nasz projekt, ale rzuciliśmy się na wodę głębszą, niż z początku myśleliśmy. Jesteśmy jednak pełni optymizmu. Wierzymy, że powstanie spektakl żywy, prawdziwy, wciągający, pulsujący emocjami i miłością w każdym tego słowa znaczeniu.

Trzymam mocno kciuki za powodzenie waszego projektu. Dziękuję za rozmowę!

 

The post To nie sentyment, to po prostu miłość totalna do Zielonej Góry! Z Alicją Stasiewicz i Lechem Mackiewiczem rozmawia Piotr Prusinowski appeared first on Pro Libris.

]]>
Hłasko był dla mojego pokolenia legendą. Z Andrzejem Buckiem, dyrektorem Festiwalu Filmu, Teatru i Książki, rozmawia Piotr Prusinowski https://prolibris.net.pl/hlasko-byl-dla-mojego-pokolenia-legenda-z-andrzejem-buckiem-dyrektorem-festiwalu-filmu-teatru-i-ksiazki-rozmawia-piotr-prusinowski/ Mon, 01 Jul 2024 09:26:40 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=13345 Piotr Prusinowski

The post Hłasko był dla mojego pokolenia legendą. Z Andrzejem Buckiem, dyrektorem Festiwalu Filmu, Teatru i Książki, rozmawia Piotr Prusinowski appeared first on Pro Libris.

]]>

Hłasko był dla mojego pokolenia legendą

Z Andrzejem Buckiem, dyrektorem Festiwalu Filmu, Teatru i Książki,
rozmawia Piotr Prusinowski

Piotr Prusinowski: Zwieńczeniem tegorocznego Kozzi Film Festiwalu będzie maraton filmów inspirowanych twórczością Marka Hłaski. Czy mógłby Pan zdradzić, jakie tytuły zostaną zaprezentowane w ramach przygotowywanego projektu „Hłaskover”?

Andrzej Buck: Rzeczywiście, twórczość Marka Hłaski będzie towarzyszyć nam podczas Festiwalu Filmu, Teatru i Książki. Sejm RP wybrał patronów roku 2024, honorując m.in. tego właśnie autora. Powszechnie wiadomo, że pisał dialogi, a jego proza stała się inspiracją scenariuszy kultowych polskich filmów fabularnych. Nawiasem mówiąc, Hłasko często nie był zadowolony z pracy reżyserów tych ekranizacji… Na 14 czerwca planowana jest debata z udziałem dwojga ekspertów: Paulina Potasińska ma w swoim dorobku pracę Kult, mit i kompleks. Figury autokreacji w twórczości Leopolda Tyrmanda, Marka Hłaski i Tadeusza Konwickiego, natomiast drugi z zaproszonych gości – prozaik i literaturoznawca Konrad Ludwicki – dał się poznać m.in. jako autor monografii Kino Marka Hłaski. Jak Pan wspomniał, zaplanowałem, aby w programie Festiwalu znalazł się maraton filmów opartych na prozie Marka Hłaski lub nakręconych z jego udziałem w funkcji scenarzysty bądź autora dialogów. W ramach tego wydarzenia odbędą się projekcje następujących obrazów: Baza ludzi umarłych (reż. Czesław Petelski), Pętla (reż. Wojciech J. Has), Ósmy dzień tygodnia (reż. Aleksander Ford), Koniec nocy (reż. Julian Dziedzina, Paweł Komorowski, Walentyna Uszycka), Zbieg (reż. Stanisław Jędryka), Sonata marymoncka (reż. Jerzy Ridan), Skarb kapitana Martensa (reż. Jerzy Passendorfer). Jako eksperta i moderatora tego cyklu festiwalowego zaprosiliśmy ks. prof. Andrzeja Dragułę.

    

Planowane jest również czytanie Pętli. Czy będzie to adaptacja, którą przygotował Pan 20 lat temu z myślą o spektaklu w reżyserii Zdzisława Wardejna? Czy wydarzenie to będzie przywoływać pamięć o tamtym przedstawieniu, będącym pierwszą i jak dotąd jedyną „przygodą” Lubuskiego Teatru z twórczością Hłaski? Czy w trakcie pracy nad adaptacją odwoływał się Pan wyłącznie do literackiego pierwowzoru? Czy też – w jakimś stopniu – do innych interpretacji tego opowiadania, chociażby do słynnej ekranizacji w reżyserii Wojciecha J. Hasa?

Hłasko był dla mojego pokolenia legendą. Na zajęciach ze studentami Uniwersytetu Wrocławskiego czytałem we fragmentach jego Cmentarze – z wydania podziemnego na tzw. małej poligrafii. Ekscytował mnie też Pierwszy krok w chmurach. Nie mniej silną inspiracją była dla mnie ekranowa wersja Pętli w reżyserii Hasa, urzekła mnie zwłaszcza scena w Barze pod Orłem w kreacji Gustawa Holoubka i Tadeusza Fijewskiego. Co prawda, zaprzątał mnie wówczas niezwykle ważny projekt pn. Scena Młodych Reżyserów i Nowej Dramaturgii, w ramach którego wystawialiśmy w Lubuskim Teatrze m.in. Powrót, Koronację, Opowieści o zwyczajnym szaleństwie, Czaszkę z Connemara, Halo nazi! Jednak Hłasko też był istotny, choć trudno dostępny lekturowo. Punktem wyjścia do rozważań nad fenomenem twórczości Marka Hłaski jest pytanie o znaczenie prozy tego autora, odczytywanej na rozmaite sposoby. Pytamy np. o literackich „sąsiadów” pisarza – polskich i zagranicznych, towarzyskich i politycznych, w kraju i na emigracji. Zastanawiamy się nad naukową i publicystyczną hłaskologią, a zwracając uwagę na historię edycji prozy Hłaski, nie zapominamy, że prowadził on bogatą korespondencję, a ta kierowana do niego pozostaje wciąż rozproszona. Osobne miejsce zajmuje relacja Hłaski z filmem albo też filmu z Hłaską. Mówimy o legendzie czy może pseudolegendzie Hłaski, jednocześnie unikając zamykania go w niej na klucz. Zastanawiamy się nad relacją pisarza z Warszawą i miejscem, które zajmowała w jego twórczości.

Trochę odbiegłem od zadanego pytania, przepraszam… Tak, planowany jest tzw. czytany teatr: Hłasko performatywny, otwarta próba czytana nawiązująca do spektaklu Pętla z roku 2003 w mojej adaptacji, w reżyserii Zdzisława Wardejna. Mam nadzieję, że uda się skompletować ekipę aktorską jak przed laty – z aktorskim udziałem Marty Artymiak, Kingi Kaszewskiej, Artura Belinga i Wojtka Czarnoty.

„Pętla” w Lubuskim Teatrze, 2003. Od lewej Wojciech Czarnota, Artur Beling

Ponadto czytaniu będzie towarzyszyć promocja specjalnego wydania kwartalnika „Pro Libris. Lubuskiego Pisma Literacko-Kulturalnego”, które już od 23 lat jest nieprzerwanie obecne na rynku wydawniczym, posiada utrwaloną markę najważniejszego w województwie periodyku o tym profilu, ma swoją stronę internetową (prolibris.net.pl), dociera w najdalsze zakątki województwa i do ważniejszych ośrodków kulturalnych w kraju. Realizując koncepcję Fundacji Lotto w aspekcie programu Patroni Roku, nagłaśniamy i propagujemy wybrane przez Sejm i Senat sylwetki twórców ze świata literatury, w tym Marka Hłaski. Ponadto w numerze odnajdą Państwo wartościowe teksty uczonych, prowadzących badania nad spuścizną Hłaski (m.in. autorstwa profesora Mariana Kisiela).

Skąd przyszedł pomysł, żeby akurat w tamtym czasie, na przełomie 2003 i 2004 roku, zaadaptować opowiadanie Hłaski na potrzeby zielonogórskiej sceny? Czy chodziło przede wszystkim o uczczenie 70. rocznicy urodzin pisarza?

Nigdy nie myślę i nie kierowałem się kategoriami rocznic. Chociaż niektórzy krytycy taką motywację niekiedy sugerowali (np. red. Artur Łukasiewicz w „Gazecie Wyborczej”). Hłasko skupiał moją uwagę jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku, kiedy badałem prasę literacką młodych. Jej elementem było tzw. drugie „Po Prostu”, w którym Hłasko pracował w okresie 1955-1957. Piszę o tym w mojej książce pt. Czasopisma literackie młodych po roku 1945.

Dlaczego spośród wszystkich utworów Hłaski zdecydował się Pan właśnie na Pętlę?

Nim odpowiem na to pytanie, przytoczę ważną w kontekście Pętli postać Zdzisława Wardejna, z którym przyjaźnię się od lat. Najpierw zafascynowała mnie jego legenda, przedziwny epizod z życia przyszłego aktora (jego domniemana śmierć podczas tzw. Wydarzeń Poznańskiego Czerwca 1956), o czym wielokrotnie opowiadał. Na kanwie tej historii powstał film dokumentalny Michała Dudziewicza pt. Paradoks o konduktorze, w którym – notabene – Wardejn wcielił się w narratora. Podczas przygotowań do kolejnego jubileuszu Lubuskiego Teatru pojawiła się w rozmowach legenda Marka Okopińskiego (dyrektora LT w latach 1960-1963) i trzy nazwiska – Machalicy, Wardejna, Winiarskiej – osób, które z tym wybitnym reżyserem pracowały. Wardejn, po skończeniu studiów aktorskich w Warszawie, zrezygnował z pracy na tamtejszych scenach i przyjechał do Zielonej Góry. Okopiński dawał mu wolność wyboru roli, możliwość podejmowania dużych wyzwań aktorskich oraz swobodę konkretyzacji postaci. Po latach, w 1996 roku, wymienieni aktorzy zagościli na deskach LT podczas Winobraniowych Spotkań Teatralnych. Zdzisław Wardejn zagrał w Nocnym życiu, Henryk Machalica – w Tylko umrzeć, a Halina Winiarska – w Ośmiu kobietach. Potem zaprosiłem Wardejna do roli w Szalonych nożyczkach – farsie interaktywnej Paula Pörtnera w reżyserii Grzegorza Matysika. W następnej kolejności, pod wpływem fascynacji twórczością francuskiej dramatopisarki Yasminy Rezy, zaprosiłem Wardejna do wyreżyserowania w LT Przypadkowego człowieka. Natomiast Pętla

 

Pętla w Lubuskim Teatrze
"Pętla" w Lubuskim Teatrze, 2003. Od lewej Kinga Kaszewska, Wojciech Czarnota

Jak wspomniałem wcześniej – Marek Hłasko był dla naszego pokolenia idolem, symbolem nonkonformizmu. Szedł za tym jego mit – najpierw, w 1956 roku, Nagroda Literacka Wydawców i trzy wydania Pierwszego kroku w chmurach, potem ważny artykuł w „Trybunie Ludu” (Primadonna jednego tygodnia) zapoczątkowujący tzw. batalię o Marka Hłaskę, następnie stypendium i wyjazdy zagraniczne (m.in. Francja, Niemcy, Izrael, USA). Były też konotacje z polskim Jamesem Deanem, legenda „pisarza przeklętego”, a wszystko na tle skandalizujących historii z życia Hłaski, jego związków z kobietami (m.in. Agnieszką Osiecką i Sonją Ziemann), artystycznych przyjaźni (m.in. z Krzysztofem Komedą), spotkań w Kazimierzu nad Wisłą, wojaży do Ameryki… Tak, Hłasko to kultowa postać… W Lubuskim Teatrze wystawiliśmy jego wspomnianą wcześniej Pętlę, opowieść o tragicznych losach człowieka uzależnionego od alkoholu.

 

 

W tym miejscu pozwolę sobie przytoczyć fragment rozmowy redaktor Danuty Piekarskiej z reżyserem Pętli, Zdzisławem Wardejnem, o inspiracjach, które towarzyszyły powstawaniu spektaklu:

– Co pana skłoniło do sięgnięcia po Pętlę Marka Hłaski?

– Dwa powody. Jeden związany z autorem: twórczość Marka Hłaski zawsze bardzo mnie inte­resowała. Dawno temu w Teatrze Ochota w Warszawie zrobiłem Wieczór autorski Marka Hłaski, spektakl nagrodzony zresztą na festiwalu w Szczecinie. Po latach postanowiłem znów wrócić do jego prozy.

– A drugi powód?

– Wciąż ważny temat alkoholizmu.

– Proponuje pan spektakl o alkoholizmie? Zapachniało dydaktyką…

– Zapraszam na spektakl o miłości, o nienawiści, o różnych uczuciach, jakie towarzyszą nam w trudnej życiowej sytuacji, którą rodzi alkoholizm bliskiej osoby.

– Gdyby miał pan jednym zdaniem określić, o czym jest przedstawienie, jakie dziś zobaczymy?

– O poszukiwaniu miłości. Na przekór wszystkim i wszystkiemu. O wierze w człowieka – na przekór wszystkiemu.

– W programie napisano też o straszliwej mocy słowa, które zależnie od tego, jak zostanie użyte, może człowieka uskrzydlić, ale może też pozbawić wiary i siły.

– Nie umiem tak pięknie pisać… Ale o tym również mówi przedstawienie Pętla[1].

Zawodowa znajomość z Wardejnem i Małgosią Pritulak przerodziła się w zażyłość i zaowocowała dalszymi działaniami. Zaprosiłem tę artystyczną parę do współpracy w ramach 2. Festiwalu Filmu i Teatru. I tak 21 czerwca 2013 roku w klimatycznej scenerii Przystanku Teatralnego – Stacja Agathy Christie wystawiliśmy premierę teatralną Festiwalu Witolda Gombrowicza Iwonę, czyli „te okropne godziny” (reż. Zdzisław Wardejn i Andrzej Buck, z udziałem Wardejna, Andrzeja Nowaka i Marty Bieławy).

Od lewej: Zdzisław Wardejn, Andrzej Buck

Przygotowując sceniczną adaptację Pętli, nie próbował Pan tej historii uwspółcześniać. Czy z perspektywy czasu, jaki upłynął od pierwszego wydania utworu, ważne stało się również to, aby przybliżyć współczesnemu widzowi realia i koloryt minionej epoki, jaką były lata 50.?

Sądzę, że to drugie, choć trudno mówić tu o kolorycie wobec szarości tego okresu. Dla mojego pokolenia tamten czas to emocjonalna zagadka. Podsycali ją moi ówcześni mentorzy – prof. Kazimierz Wyka czy Andrzej K. Waśkiewicz, którzy wpoili we mnie pokoleniowość w spojrzeniu na literaturę. Przeczytałem wówczas Ucieczkę z kamiennego świata prof. Tadeusza Drewnowskiego i pojawiła się fascynacja Tadeuszem Borowskim. Z kolei Lesław Bartelski nakierował mnie na Gajcego, Trzebińskiego i Bojarskiego. Wszyscy wymienieni ginęli jako redaktorzy naczelni „Sztuki i Narodu”. Kazimierz Wyka natomiast spowodował, że biografia Krzysztofa Baczyńskiego stała mi się bliska, także jego postawa buntu i niezgody. I chociaż Stanisław Grochowiak twierdził, że „bunt się ustatecznia”, to nie dotyczy to Hłaski. On zajął postawę z wiersza Kopniaki Andrzeja Bursy, autora Ogrodu Luizy. Bogdan Rudnicki natomiast opisał legendę Hłaski. To była pierwsza książka, która usystematyzowała moją wiedzę i apetyt na legendę. I czekanie na pełne wydanie tekstów.

Niedługo później przygotował Pan adaptację książki Barbary Samson Piekło siedemnastolatki. Byłam dziewczyną narkomana. Spektakl w reżyserii Beaty i Artura Belingów, zatytułowany po prostu Byłam dziewczyną…, to kolejna po Pętli premiera Lubuskiego Teatru. Czy bliskie sąsiedztwo w czasie obu tych spektakli wpisywało się w pewien szerszy artystyczny projekt, zmierzający do uświadomienia widzom – zwłaszcza młodym – problemów związanych z niebezpiecznymi nałogami?

Nie lubię w teatrze publicystyki, zatem trudno mówić o bezpośrednim przełożeniu. Bardziej doszukiwałbym się tu inspiracji sprowokowanej przez współpracę z reżyserem Krzysztofem Rościszewskim – reżyserem, który na początku mojej dyrekcji zrealizował w Lubuskim Teatrze Narkomanów na podstawie książki Byłam dziewczyną narkomana Barbary Rosiek. Ja sięgnąłem do Barbary Samson…

Zdzisław Wardejn swoją karierę zaczynał w latach 60. ubiegłego wieku na deskach zielonogórskiej sceny. Po niemal czterech dekadach powrócił gościnnie do współpracy z Lubuskim Teatrem, gdzie – oprócz występu w komedii Szalone nożyczki – dał się poznać jako reżyser trzech spektakli (m.in. Pętli). To wszystko w okresie Pańskiej dyrekcji. Jak zaczęła się ta twórcza współpraca, kontynuowana zresztą niejednokrotnie również w Bibliotece Norwida?

Warto jeszcze pamiętać – jak już wspomniałem – o Przypadkowym człowieku Yasminy Rezy z Andrzejem Nowakiem i Tatianą Kołodziejską. Z Wardejnem robiliśmy wspólnie Zielonogórski Salon Poezji, Czytelnię Dramatu, Drama Festiwal. Nie ukrywam, że artyści dekad poprzednich, minionych, interesowali mnie zawsze (np. Malanowicz, Zbrojewicz, Gryń, Kierc, Grochowiak…). Towarzyszyła mi w tym zainteresowaniu ówczesna krytyka, w tym wybitni dziennikarze: Jasiu J. Dębek, Danuta Piekarska, Snobka i Zdzisław Haczek. Wykorzystywali oni obecność tych aktorów, pisząc o nich i o tradycji zielonogórskiego Teatru. Ja sam prawie namówiłem Henryka Machalicę na pracę przy Learze. Nie zdążył, ale chciał.

 

Programowo robiliśmy tzw. Tryptyk szekspirowski (Poskromienie złośnicy Grzegorza Matysika, Makbeta Wiesława Hejno i Leara Tomka Mana). Wardejn często opowiadał mi o tych pierwszych latach funkcjonowania teatru. Ja poznawałem LT dopiero za krótkiej dyrekcji Ryszarda Żuromskiego w latach 1974-76, więc siłą rzeczy ten wybitny aktor, jakim jest Wardejn, budował we mnie legendę zielonogórskiego teatru. Zaszczepił we mnie także fascynację Helmutem Kajzarem, z którym pracował w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu i Warszawie. Tej postaci nie sposób pominąć. To twórca teatru meta-codzienności, który związaną ze zwykłym, codziennym życiem powtarzalność i prostotę obejmował czułym, uważnym spojrzeniem. Już wkrótce minie 40 lat od jego śmierci.

Wardejn opowiadał wielokrotnie, jak trafił na zielonogórską scenę. To cenne. Warto by tę wiedzę zatrzymać. Tak jak to uczynił nestor Lubuskiego Teatru, Zdzisław Grudzień, w dwóch tomach wspomnień zatytułowanych W kulisach i na scenie.

Dziękuję za rozmowę

Kazimierz Dolny, Piekarnia Sarzyński, 2003. Po próbie „Pętli”. Od lewej: Andrzej Buck, Artur Beling, Cezary Sarzyński, Zdzisław Wardejn, Kinga Kaszewska, Wojciech Czarnota

[1] D. Piekarska, O poszukiwaniu miłości, „Gazeta Lubuska” 2003, nr 102, s10.

 

The post Hłasko był dla mojego pokolenia legendą. Z Andrzejem Buckiem, dyrektorem Festiwalu Filmu, Teatru i Książki, rozmawia Piotr Prusinowski appeared first on Pro Libris.

]]>
Między sztuką, miłością i manipulacją. O sztuce Kształt rzeczy Neila LaBute’a i jej zielonogórskiej inscenizacji w reżyserii Szymona Kuśmidra https://prolibris.net.pl/miedzy-sztuka/ Tue, 14 Nov 2023 17:02:16 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=10636 Piotr Prusinowski

The post Między sztuką, miłością i manipulacją. O sztuce Kształt rzeczy Neila LaBute’a i jej zielonogórskiej inscenizacji w reżyserii Szymona Kuśmidra appeared first on Pro Libris.

]]>

Piotr Prusinowski

Między sztuką, miłością i manipulacją

O sztuce Kształt rzeczy Neila LaBute’a i jej zielonogórskiej inscenizacji w reżyserii Szymona Kuśmidra

Wśród mitów, do których Owidiusz odwoływał się w swoich Metamorfozach, znajduje się również ten o Pigmalionie – cypryjskim królu i znakomitym rzeźbiarzu w jednej osobie:

Cały dzień go zajmował przedmiot ulubiony;

Pod jego dłutem piękność cudowna wstawała,

Której żadna kobieta jeszcze nie sprostała.

Zapala go miłością własne jego dzieło;

Mniema, że jakieś bóstwo czuciem je natchnęło

[…]

Rzeźba zwodzi rzeźbiarza. Patrzy na jej wdzięki,

Unosi się, zachwyca dziełem swojej ręki[1]

Zrodzone z twórczej woli, rozpalonej samotnością, wyobraźnią i erotycznym pragnieniem, to pod każdym względem idealne dzieło sztuki staje się dla własnego twórcy obiektem namiętnego uczucia, które może osiągnąć spełnienie tylko w baśni lub micie. Dzięki litości samej Afrodyty posąg ożywa podczas pieszczot, jakimi obdarza go zakochany do szaleństwa Pigmalion.

Dwa tysiąclecia później, w 2001 roku, na deskach londyńskiego Temporary Almeida Theatre miała miejsce prapremiera sztuki Kształt rzeczy (The Shape of Things) amerykańskiego autora Neila LaBute’a, który na podstawie swojego tekstu wyreżyserował zarówno spektakl, jak i film z 2003 roku. Utwór doczekał się kilku inscenizacji również w Polsce. Przedstawienie w Lubuskim Teatrze (prem. 27 kwietnia 2008) zrealizował krakowski aktor i reżyser, laureat Złotej Maski, Szymon Kuśmider[2].

W dramacie LaBute’a treść mitu o Pigmalionie i Galatei ulega całkowitemu odwróceniu. To nie rzeźba zostaje ożywiona, lecz żywy człowiek (w tym wypadku mężczyzna o imieniu Adam) staje się nią pod wpływem kobiety-artystki Evelyn. To ona rozkochuje go w sobie, sama jedynie udając miłość. Pigmalion dążył do nadania kształtu swojemu największemu marzeniu – marzeniu o ukochanej osobie. Dla Evelyn natomiast celem samym w sobie pozostaje właśnie sztuka, w tym przypadku służąca egoistycznie pojmowanej samorealizacji.

Motyw rzeźby spina utwór LaBute’a swoistą klamrą. Dwoje studentów, Adam i Evelyn, poznają się w muzeum, gdzie on pracuje jako strażnik. Oczarowany mężczyzna przymyka oko na jej artystyczną „akcję”, polegającą na domalowaniu „wielkiego kutasa” na listku figowym, którym – podobno pod naciskiem zbulwersowanych mieszkańców niewielkiej miejscowości – przesłonięto genitalia marmurowego posągu, odbierając mu „właściwą sztuce subiektywność”[3]. Bełkotliwe w gruncie rzeczy frazesy, którymi operuje bohaterka, odzwierciedlają idee sztuki konceptualnej, która nie wymaga już od artysty żadnego talentu.

Zdjęcie zrobione od góry. Przedstawia leżącą w łóżku kobietę.

W momencie pierwszego, tylko pozornie przypadkowego, spotkania z Adamem Evelyn ma już w głowie scenariusz „projektu dyplomowego”: „To będzie taka duża jakby instalacja… takie »coś«”. Adam nie zdaje sobie sprawy, że już teraz staje się tym „rzeźbiarskim czymś” w jej rękach. Oczytany i wrażliwy, ale nieśmiały i zakompleksiony okularnik z lekką nadwagą, nieefektownie ubrany, nałogowo obgryzający paznokcie, jest dla Evelyn idealnym „materiałem wyjściowym” do „metodycznego kształtowania nowej formy” czy też „rzeźbienia” w dwóch „niezwykle łatwych do obróbki tworzywach: ludzkim ciele i ludzkiej woli”. W ciągu kolejnych miesięcy, na oczach zdziwionych przyjaciół, Adam przechodzi metamorfozę (którą w oryginalnej wersji LaBute’a znakomicie odgrywa Paul Rudd, a na zielonogórskiej scenie – Robert Gulaczyk). Swój wygląd zewnętrzny zmienia do tego stopnia, że daje się przekonać nawet do chirurgicznej korekty kształtu nosa. Transformacji wizualnej towarzyszą zmiany w zachowaniu i stylu bycia, prowadzące w końcu do zerwania relacji z dotychczasowymi przyjaciółmi. „Nowy” Adam, przystojny i bardziej pewny siebie, staje się ilustracją stawianej przez Evelyn tezy, że „wystarczy otworzyć jakikolwiek żurnal, włączyć którąkolwiek stację telewizyjną, a świat wam powie… że mój przedmiot stał się ciekawszy, bardziej godny pożądania, normalniejszy. Słowem lepszy. Jest żywym przykładem naszego zainteresowania tym, co zewnętrzne, kształtem rzeczy”.

W dzisiejszym świecie prawdę i głębię uczuć coraz częściej przesłania fascynacja tym, co zewnętrzne, naskórkowe, oparte na ugruntowanym stereotypami naocznym wrażeniu. Ten stan rzeczy próbuje obnażyć Evelyn, choć sama się w niego wpisuje. W istocie nawet Adam, mimo swojej romantycznej natury, kieruje swoją uwagę przede wszystkim na „kształt rzeczy”. Pociąga go fizyczne piękno dziewczyny oraz jej pewność siebie, w interpretacji Rachel Weisz manifestowana w sposób pełen nonszalancji, a w wydaniu Karoliny Honchery – nawet podszytej agresją bezczelności. Trudno też nie zauważyć, że do niemal każdej zmiany Evelyn najskuteczniej zachęca Adama za pośrednictwem seksu. Również wrażliwa, prostoduszna Jenny – przyjaciółka bohatera, która kiedyś zakochała się w nim z wzajemnością, ale nieśmiałość chłopaka nie pozwoliła temu uczuciu rozkwitnąć – ulega zewnętrznemu czarowi „nowego” Adama („Cholera, kiedyś ty zrobił się taki fajny?”). On sam, zaślepiony namiętnością, chcąc za wszelką cenę zadowolić ukochaną, kawałek po kawałku wyrzeka się samego siebie. I choć niekiedy odczuwa z tego powodu psychologiczny dyskomfort, nie zawsze uświadomiony, to konsekwentnie ulega destrukcyjnej mocy tego uczucia, niczym narkoman we władzy nałogu.

W dzisiejszych czasach „obowiązujące” kanony urody i wzorce zachowań są w dużej mierze kształtowane przez media. Na ten aspekt Kuśmider zwraca większą uwagę niż sam LaBute, w każdej niemal scenie akcentując obecność telewizyjnego monitora, który wyświetla multimedialne wizualizacje Marzeny Więcek, te zaś w sposób podprogowy oddziałują na zmysły widza, odzwierciedlając, a zarazem uzupełniając to, co dzieje się na scenie. Nieustanna obecność migotliwego ekranu tworzy wrażenie, iż cała sceniczna przestrzeń, w jakiej poruszają się bohaterowie, stanowi artystyczną instalację. Granice między sztuką a życiem zacierają się tutaj w sposób bardziej widoczny niż w oryginalnej wizji LaBute’a, ale wymowa spektaklu się nie zmienia. Kierując ostrze gorzkiej satyry przeciwko sztuczności i duchowej pustce współczesnej kultury, twórcy pozostawiają widzów z nie mniej gorzką refleksją na temat hierarchii wartości w relacjach międzyludzkich.

Początkowy motyw „ulepszania” posągu w muzeum to ironiczna zapowiedź losu Adama, który kończy jako „żywa rzeźba”, wystawiona na widok publiczny wraz z bogatą „dokumentacją” w postaci listów, fotografii, rekwizytów oraz kaset wideo z zarejestrowanymi szczegółami intymnego pożycia.

W Kształcie rzeczy LaBute w przewrotny sposób nawiązuje nie tylko do motywu Pigmaliona i Galatei, ale też do wątków z biblijnej Księgi Rodzaju. W jego ujęciu Ewa (czyli Evelyn) nie jest bynajmniej „żebrem Adama”, lecz stwórczynią swojego partnera (nieprzypadkowo zresztą w początkowej scenie obiektem jej artystycznych działań są genitalia posągu będącego wizerunkiem Boga). W inscenizacji zielonogórskiej Szymon Kuśmider nadał istotne znaczenie elementowi, który nie pojawiał się w oryginale – malarskiemu tryptykowi Hieronymusa Boscha Wóz siana, a zwłaszcza jego lewemu skrzydłu, ukazującemu stworzenie pary pierwszych ludzi, kuszenie Ewy przez Szatana oraz wygnanie z Raju. W pobliżu tego właśnie obrazu staje Evelyn po nocy spędzonej z niedoświadczonym seksualnie Adamem. Niebieskie światło, w jakim pozostają skąpani nadzy bohaterowie, wskazuje na aspekt zimnej kalkulacji, z jaką Evelyn posługuje się własnym seksapilem. Warto przy tym zwrócić uwagę, że środkowa odsłona dzieła Boscha w alegoryczny sposób ukazuje pogrążoną w grzechu ludzkość, skupioną wokół tytułowego wozu, zmierzającego – jak wynika z prawego skrzydła tryptyku – w kierunku piekła. W finale Adam przekonuje się, jak krótka jest droga wiodąca od rajskich rozkoszy miłości do piekielnych otchłani cierpienia, spowodowanego nagłym i brutalnym rozwianiem romantycznych złudzeń. Wydaje się jednak, że Evelyn również przegrywa. Autor być może nie traci do końca wiary w ludzi, sugerując, że bezdusznej i pasożytniczej pseudosztuki, jaką proponuje bohaterka, nikt nie chce oglądać.

Nie wiemy, jak potoczą się dalsze losy zdruzgotanego Adama, choć możemy mieć nadzieję, że posłucha rady zawartej w wierszu Anny Achmatowej, przytoczonym w programie zielonogórskiej inscenizacji Kształtu rzeczy:

 

Ja ich uczę jak się nie lękać
Jak się nie lękać i robić swoje!
I gdy kobieta o cudnej twarzy
Jedynie drogiej we wszechświecie
Powie: ja pana nie kocham.
Ja ich uczę jak się uśmiechnąć
I odejść! I nie wrócić więcej[4].

Zdjęcie przedstawia intymną scenę Naga kobieta leży na kolanach mężczyzny.

1]Owidiusz, Metamorfozy, tłum. B. Kiciński, Warszawa 1933; cyt. za: Z. Bauman, Jak Galatea Narcyzem się stała, https://www.miesiecznik.znak.com.pl/jak-galatea-narcyzem-sie-stala/ [dostęp: 14.09.2023].

[2]W spektaklu i filmie LaBute’a zagrali: Paul Rudd (Adam), Rachel Weisz (Evelyn), Gretchen Mol (Jenny) i Frederick Weller (Phillip), natomiast w przedstawieniu Kuśmidera w tych samych rolach wystąpili kolejno: Robert Gulaczyk, Karolina Honchera, Marta Frąckowiak i Wojciech Brawer, a także Sandra Staniszewska jako kelnerka.

[3]Wszystkie cytaty pochodzą ze scenariusza sztuki, opublikowanego m.in. na łamach „Dialogu” (N. LaBute, Kształt rzeczy, tłum. M. Semil, „Dialog” 2002, nr 3, s. 56-96).

[4]A. Achmatowa, ***, tłum. T. Budzisz-Krzyżanowska, [w:] Kształt rzeczy, „Zeszyty Teatralne” 2008, nr 279, s. 9.

The post Między sztuką, miłością i manipulacją. O sztuce Kształt rzeczy Neila LaBute’a i jej zielonogórskiej inscenizacji w reżyserii Szymona Kuśmidra appeared first on Pro Libris.

]]>