Lubuskie Czasopismo Literackie Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/lubuskie-czasopismo-literackie/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Fri, 12 Jun 2026 12:52:07 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Lubuskie Czasopismo Literackie Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/lubuskie-czasopismo-literackie/ 32 32 Tylko gumolit może nas ocalić https://prolibris.net.pl/tylko-gumolit-moze-nas-ocalic/ Fri, 12 Jun 2026 12:44:38 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17331 Łukasz Migura

The post Tylko gumolit może nas ocalić appeared first on Pro Libris.

]]>

Łukasz Migura

Tylko gumolit może nas ocalić

 

Zapach tartanu, rozgrzanego przez prażące letnie słońce, kojarzy się Michałowi przede wszystkim ze strachem. Michał boi się bowiem chadzać na szkolne boisko, w całości pokryte bordowo-zielonym poliuretanowym tworzywem. To właśnie tam bije go Darek, starszy kolega z klasy.

Dzieje się to na ogół po lekcjach. Kiedy rozbrzmiewa ostatni dzwonek, Dariusz zwyczajowo łapie Michała za koszulkę i ciąga brukowanym chodnikiem na bieżnię, w najdalszy kąt boiska, z dala od wzroku nauczycieli. Wtedy wokół tłoczą się pozostali uczniowie – czasem również uczennice – a Misiu, bo tak wołają Darka w klasie, przewraca Michała na ziemię. Na ogół podstawia mu nogę albo rzuca nim o grunt, potem obraca na brzuch i wbija kolano między jego łopatki. Michał natomiast, paraliżowany strachem i jasna sprawa przez wątłość swych mięśni, nie oponuje. Raz czy dwa próbował się wyswobodzić, ale po jeszcze większych bęckach dotarło do niego, że nie ma sensu się bronić, że to nic nie da. Lepiej pozwolić starszemu koledze zrobić, co musi. Szoruje więc swym tłustym policzkiem po malutkich pokruszonych drobinkach uszkodzonej nawierzchni. Jest niczym szmaciana kukiełka, która wala się po podłodze. Sunie tak po ziemi, aż skóra jego napuchniętej twarzy nabrzmiewa, a pod nią pojawia się krew.

Koledzy z klasy z jakiegoś powodu, nieznanego Michałowi, kibicują Darkowi, zachęcają, by nie przestawał. Jakby nie lubili Michała, a przecież w ciągu dnia nikt nie przejawia wobec niego niechęci. Spotyka się raczej z niemym unikaniem, w którym nie dostrzega wrogości. Może więc chodzi o strach? Może oni także boją się Darka i dla własnego bezpieczeństwa wybierają stronę silniejszego? Michał ma jednak do nich pretensje, że nikt nigdy nie staje w jego obronie. Czuje się porzucony.

Tak wyglądają niemal wszystkie popołudnia Michała. Czasem udaje mu się uciec ze szkoły. Czmycha tylnym wyjściem, przemyka przez uchyloną furtkę, którą z jakiegoś powodu tam zamontowano, i gna w kierunku domu. Dalsza droga wiedzie pomiędzy płotem okalającym budynek szkoły a dużą górką, którą budowlańcy pozostawili chyba specjalnie, żeby dzieciaki z okolicy zimą mogły zjeżdżać na sankach. A może nie chciało im się jej uprzątnąć? Mimo wszystko jest to dobra droga. Daleka od boiska, skryta pomiędzy krzakami i chwastami, sięgającymi ponad głowę przeciętnego nastolatka.

Udręka Michała trwa przez całe gimnazjum. Ulga przychodzi w wakacje, bo w lipcu i sierpniu nie trafia na Darka. To pozwala mu odetchnąć. W czerwcu, kiedy kończy wreszcie drugą klasę, odbiera świadectwo i nerwowo oglądając się za siebie, wraca do domu. Nie jest prymusem, ale nie bywa też najgorszy, a już na pewno uczy się o wiele lepiej od swojego oprawcy. Być może to jeden z powodów, dlaczego Darek się na niego uwziął.

Michał z niemałym trudem gramoli się na ostatnie piętro bloku, w którym mieszka z matką i ojcem alkoholikiem. W sieni jest chłodno. Da się odsapnąć, jeśli komuś nie przeszkadza dym papierosowy. Sąsiedzi lubią przecież wyjść do okna na klatce i zapalić.

Michał zdyszany stawia nogę za nogą po schodach pnących się chyba ku samemu niebu. Idzie wolno, bo po pierwsze, nie potrafi iść szybciej, po drugie, chce się ochłodzić, a po trzecie, z jakiegoś powodu obawia się wejść do mieszkania. Każdy powrót odwleka w czasie. Nie rozumie tego poczucia, przecież jego rodzice nie zwracają uwagi na jego oceny. Nigdy nie pytają Michała, co u niego. A kiedy już zdarza się, że matka zagaduje go o dzień w szkole, zwyczajowo odpowiada, że wszystko dobrze i zamyka się w pokoju. Siada przy biurku, na którym stoi duży, stary monitor. Ojciec kiedyś wyprowadził go z magazynu i dał synowi w prezencie. Mirek włącza więc komputer i zatraca się w cyfrowym świecie.

W wakacje ogrywa Baldurana albo innego RPG-a. Może sobie na to pozwolić, ma sporo czasu. Nie musi przecież wstawać wcześnie rano. Przy komputerze spędza większość dnia i część nocy. Z mieszkania znika na kilka godzin, głównie popołudniami, na czas, kiedy do domu dotacza się jego ojciec, często zalany w trupa; z pretensją przekracza próg, potem zalega na łóżku w małym pokoju i albo śpiewa, albo chrapie, a matka zamyka drzwi, twierdząc, że tata jest zmęczony po dniówce, co rzecz jasna jest ściemą, ale Michał udaje, że gra w tę ich zabawną gierkę.

– Dokąd idziesz? – pyta matka czasem, ale raczej dla pozoru niż z faktycznej ciekawości czy troski. Tak przynajmniej wydaje się Michałowi.

– Na dwór – odpowiada wtedy sucho, ale szczerze. Nie wie przecież, gdzie go poniesie.

I tak mija mu lipiec. Ciepły, przeplatany burzami, raczej samotny, bo po podwórku włóczy się sam. Zdarza się, że spotyka jakichś kolegów, ale oni na ogół zdają się albo zajęci swoimi sprawami, albo jawnie go unikają. Raz proponują Michałowi grę w podchody. Michał ma ich szukać, ale oni chytrze i złośliwie biegną do swoich domów i zerkają przez okna. Są ciekawi, kiedy Michał się podda. On zaczyna wtedy rozumieć, jaki mają do niego stosunek. I co musi zrobić. Odcina się więc od ludzi. Jeszcze więcej czasu spędza przed ekranem. Tyle że ostatniego dnia lipca spotyka Artura, na którego wszyscy wołają Arczi. Chodzi z nim do klasy właściwie od zawsze. Dawniej, jeszcze w przedszkolu i potem w podstawówce byli dobrymi kumplami, lecz kiedy Artur zaczął słuchać rapu i udawać murzyna – chadza w za dużych spodniach ze spuszczonymi szelkami i zaplótł sobie warkoczyki à la Snoop Dogg – Michał postanowił zerwać znajomość. Ta decyzja kosztuje go ostatniego znajomego i od tamtej chwili z Arczim wymienia się już tylko grami i niezobowiązującym „siema”.

Tym razem Arczi człapie w podrobionych Conversach przez osiedle z boomboksem na ramieniu. Buja się przy tym, jak czarnoskóry na Bronksie. „Naoglądał się pewnie teledysków na MTV”, myśli Michał. Obserwuje, jak jego kolega w towarzystwie dwóch innych nieznanych mu chłopaków zmierza w kierunku szkolnego boiska. Patrzy na nich z oddali, być może z nutką zazdrości. Dla nich musi sprawiać wrażenie opóźnionego w rozwoju, przyglądającego się tępo scenie, której nie rozumie.

– Kto to? – pyta Arcziego jeden z chłopaków szczerze zaciekawiony.

– Ziom z klasy – bąka pod nosem Arczi beznamiętnie.

Michał czuje się jak komar, którego się odgania. Ale tamten chłopak nie daje za wygraną.

– Chcesz iść z nami? – pyta, a potem, jasna sprawa, odwraca się ku Arcziemu i rechocze szyderczo.

Michałowi nie podoba się ten śmiech, doszukuje się w nim podstępu. Ale z braku laku rusza za nimi. Trzyma się z tyłu, gotów do ucieczki. Trwa w napięciu, to pozwala mu unikać kłopotów, o których powielekroć opowiadała mu matka.

– Drzazga. – Kumpel Arcziego zwalnia i się przedstawia.

Michał przybija mu żółwika. Potem obija dłoń chłopaka z góry i z dołu, by zakończyć powitanie objęciem i poklepaniem się po plecach.

– Tuja – odzywa się drugi z chłopaków.

Wtedy Michał parska śmiechem.

– Tuja i Drzazga? – Wyszczerza zęby.

– Tujewicz i Drzazgowski – wyjaśnia Arczi. A potem raz jeszcze wszystkich pospiesza.

Ale Tujewiczowi trudno iść. Dźwiga na ramieniu kawałek gumolitu, który podskakuje przy każdym kroku. Drzazga oprócz plecaka niesie jakąś torbę wyładowaną ubraniami. A Arczi dalej człapie przed nimi z radiem na ramieniu.

Kiedy docierają na boisko, Tujewicz rozkłada okładzinę, Artur stawia obok tanie radio z otworem na kasety, a Drzazga wyjmuje z torby czapki. Michał staje z boku i patrzy na nich jak na dziwaków.

– Po co wam te czapki? Jest w chuj ciepło.

Tuja zaśmiewa się pod nosem. Pokazuje Michałowi materiał naszyty na górną część, a kiedy Michał wzrusza ramionami nierozumiejąco, Drzazga poleca Arcziemu zapodać bit. Chwilę się rozgrzewa, wykonuje kilka kroków, nakłada czapkę na dłoń, materiałem w kierunku gumolitu i zaczyna kręcić się na jednej ręce, czym wprawia Michała w osłupienie.

– To breakdance?

– Się wie. – Arczi szykuje się na swoją kolej. Najpierw strzela palcami, potem rozciąga ramiona. Na koniec jeszcze rozgrzewa kark.

Cała trójka naprzemiennie wchodzi na kawałek gumolitu, na którym kręcą się na głowach. Czasem ktoś z boku robi falę albo stojąc wyłącznie na rękach, kręci nogami w powietrzu, przywodząc na myśl helikopter. Arczi lubi też udawać robota, choć Michałowi wydaje się to głupie. Być może dlatego, że jego kolega robi to dość nieporadnie.

– Spróbujesz? – w pewnym momencie Drzazga zagaduje Michała.

Michał odmawia. Być może tchórzy, a może nie czuje się gotowy. Ale podoba mu się wizja spędzenia reszty wakacji w ten sposób. Wreszcie może się w coś wkręcić, dokądś uciec. Dlatego kiedy tylko może, pojawia się na tartanie i obserwuje kroki pozostałej trójki, próbując się czegoś nauczyć. Czasem dociera na boisko jako pierwszy. W takiej sytuacji rozgląda się nerwowo. Upewnia się, że w pobliżu nie ma Darka. Ale ten wysoki chłopak z głupim wyrazem twarzy, widać jego brak intelektu zaczął wylewać się również na zewnątrz, jakoś nie kwapi się, by postawić nogę na boisku poza rokiem szkolnym.

Na tydzień przed końcem wakacji Arczi daje znać Michałowi, że Drzazga i Tuja planują zorganizować ognisko. Dla Michała jest to dość osobliwa sytuacja, bo dotychczas nikt nie proponował mu wspólnego spędzania czasu. Zgadza się więc, choć trudno mu pozbyć się podejrzeń. W umówionym miejscu stawia się wcześnie. Być może zbyt wcześnie, bo na resztę chłopaków czeka godzinę. Boi się w duchu, że kiełbasa w jego plecaku się popsuje. Ale nie potrafi inaczej. Woli wyjść z domu, zanim ojciec zdąży wrócić. A skoro ani Drzazgi, ani Tujewicza czy Arcziego jeszcze nie ma, zakłada, że w ich rodzinach bywa normalniej. Nie ma do nich pretensji, choć czuje się głupio, stercząc pośród pustego parkingu w piekącym słońcu.

Po godzinie przybija piątki ze wszystkimi i docieka, gdzie mają prowiant.

– Jaki prowiant, ziomuś? – Drzazga pyta Michała z oburzeniem.

– No, Arczi mówił, że będziemy robić ognisko. – Michał ma wrażenie, że jego policzki zaczynają się czerwienić.

Wtedy Tuja zaśmiewa się w głos i kiwa głową z uznaniem.

– Ano będziemy – dodaje Arczi równie rozbawiony. – Tomek rozjebał drzwi w bloku i chcieliśmy je zjarać.

Michał patrzy na Artura z szeroko otwartymi ustami. Potem do niego dociera, że usłyszał imię, którego jeszcze nie zna.

– Tomek?

– To jest, kurwa, Tomek. – Arczi pokazuje na Drzazgę.

Drzazga i Tuja śmieją się jak głupi do sera, jak upaleni. Co zresztą często sugerują, choć Michał zakłada, że to czcze przechwałki. Nie zna nikogo, kto paliłby skręty. I jest mu dość przykro, że z ogniska nici. Lubi jeść, zresztą jego postura świetnie to podkreśla. Brzuch ma tak duży, że ledwo widzi własne stopy.

– To co, idziesz? – Arczi pyta Michała, kiedy pozostali znikają za drzwiami klatki schodowej pobliskiego bloku.

Michał waha się dłuższą chwilę. Wreszcie dość niepewnie zachodzi na parter. Tam czeka przez moment, a kiedy słyszy krzyki z góry, pretensje jakiejś kobiety, która wyszła na klatkę i zaczęła wzywać policję, szybko ucieka. Spędza wieczór przy ekranie, zajadając strach bułką z kiełbasą, tą, którą chciał upiec nad ogniem. Dzień później dociera do niego plotka o zatrzymaniu kogoś w związku z pożarem w jednym z bloków. Ale nie daje jej wiary. Dopiero w szkole dowiaduje się od Arcziego, że złapali Drzazgę. Ponoć grozi mu kilka miesięcy odsiadki. Cała ta sytuacja sprawia, że Michał traci zapał do kolejnych spotkań z Arturem i jego ziomkami. Ale ostatecznie Drzazga wychodzi, rzekomo przez niską szkodliwość czynu. Spotykają się więc z nim na boisku w pierwszym tygodniu września. Jak zwykle Tomek przynosi czapki, Tuja gumolit, a Arczi targa ze sobą tego absurdalnego boomboksa i puszcza głośno Freestylera, do którego próbują układać choreografię pod jakiś konkurs. Kiedy opadają z sił, siadają na kawałku tartanu i Artur wyjmuje paczuszkę. Małe zawiniątko, w którym Michał dostrzega foliowy woreczek.

– Co to? – pyta z obawą. Wie, co się kroi. Czuje to pod skórą.

Arczi uśmiecha się szelmowsko.

– A jak myślisz? – odpowiada rozbawiony i zaczyna zawijać susz w bletki.

Potem skręca i przypala. Podaje jointa Wierzbie. Ten bierze zbyt dużego bucha, za co Drzazga go karci.

– Dawaj to, bo nie starczy dla wszystkich. – Tomek zaciąga się, aż dym wychodzi mu nosem. – Chcesz? – Spogląda na Michała, odrobinę się krztusząc. Widać, że mimo wszystko nie jest jeszcze tak doświadczony.

Michał wygląda na przerażonego. Próbuje wyłgać się jakimiś obowiązkami i szybko ucieka z boiska. Zaczyna rozumieć, w jakie towarzystwo się wkręcił. Uznaje za dobry pomysł, by wypytać Arcziego o wszystko następnego dnia, w szkole. Osacza go zaraz przy wejściu i zasypuje gradem dociekań.

– Pogrzało cię? Chcesz o tym nawijać tutaj? – Arczi warczy na Michała. Ciągnie go gdzieś w głąb pustego, szkolnego korytarza. Odzywa się dopiero po chwili, kiedy już się uspokoił. Jego głos przybiera bardziej normalny ton. – Drzazga wychował się w bidulu. Teraz mieszka z babką. I musi jakoś dorobić, więc czasem coś sprzedamy ziomalom na dzielnicy.

– A Tuja? Jego rodzice nic nie wiedzą?

Arczi wzrusza ramionami.

– Mają to w dupie. Ojciec Tujewicza ponoć siedział. Teraz wrócił do domu, ale ciągle go nie ma. Wierzba twierdzi, że puszcza się z jakąś kurwą z osiedla.

Michał kiwa głową ze zrozumieniem.

– A twoi? Nie plują się?

– Matka gówno wie. A starego nie mam.

Na te słowa Michał się dziwi. Widział przecież, jak mama Artura chodzi po osiedlu za rękę z jakimś gachem.

– To nie mój stary – Arczi stwierdza beznamiętnie, jakby już oswoił się z myślą o tym, że ma nowego rodzica. – Matka się z nim ochajtała, jak mój biologiczny gdzieś spierdolił.

Michał robi minę, jakby było mu przykro. Ale nie wygląda przekonująco.

– Jebać to – Arczi dodaje zaraz i chce odejść. Ale Michał go zatrzymuje, łapie za rękę.

– Tak w ogóle, to skąd to masz?

– Nie interesuj się – Arczi znów zaczyna burczeć. Widać drażnią go pytania o narkotyki. Wyrywa dłoń. Zostawia Michała samego w korytarzu. Zamyślonego, odrobinę zatroskanego.

Michał uznaje jednak, że tak tego nie zostawi. Że będzie śledził Artura. Czasem budzi się w nim swoisty mesjanizm, jakieś chore poczucie misji. I w tym przypadku jest podobnie. Chce wiedzieć, skąd jego kolega bierze towar. I być może donieść o tym jego matce. Rzecz jasna dla jego, Arcziego, dobra.

*

Teren szkoły graniczy z polem Rybarczyka. Dawniej rosło tam zboże, ale teraz ponoć nie opłaca się już czegokolwiek siać, więc Rybarczyk ogrodził teren i szuka frajera, który zapłaci najwięcej. Część pola sprzedał miastu, pod szkołę. Resztę zostawił sobie na potem, widać wierzy, że ktoś wreszcie kupi ziemię i zbuduje nowe osiedle. Albo sklep. Pole zarasta więc trawą, a teren wokół porastają krzaki i drzewa. W tamtym też kierunku idzie Arczi, zaraz po lekcjach. Zarzuca niemal pusty plecak na ramię i zmywa się z budy, nerwowo oglądając się za siebie, jakby bał się, że ktoś może go śledzić.

Michał czeka na odpowiedni moment, nie chce dać się przyłapać. Upewniwszy się, że Artur już wyszedł i jest odpowiednio daleko, staje w drzwiach i zagląda z ukosa na miejsce, w którym teraz kręci się jego dawny kumpel. Nim na dobre wyjdzie ze szkoły, ktoś łapie go za ramię. To Misiek staje ponad nim i szczerzy zęby. Kieł w jego ustach sczerniał. Psuje się, pewnie próchnica zaraz przejdzie na kolejne zęby. Ale jego matka nie ma pieniędzy na dentystę. Dlatego Darek zapewne zaraz będzie rzucał się z pięściami na dzieci, które noszą aparat na zębach, myśli sobie Michał i uśmiecha się pod nosem, czym jeszcze bardziej denerwuje Miśka.

– Chodź! – Osiłek chwyta Michała za ubranie i chce pociągnąć na boisko. – Zobaczymy, czego się nauczyłeś przez wakacje.

Ale Michał nie ma zamiaru godzić się na takie traktowanie. Odpycha od siebie Darka, bodaj po raz pierwszy w życiu. Darek jednak stoi tam, gdzie stał. Michał wciąż nie ma na tyle siły, by go ruszyć.

– Pieprz się. Mam ważniejsze rzeczy do roboty.

To rzecz jasna nie podoba się Miśkowi. Zbliża się do Michała i unosi zaciśniętą pięść, ale w tym momencie zatrzymuje go nauczycielka. Każe mu iść do dyrektorki. Spogląda jeszcze na Michała, który przed momentem skulił się jak psiak przywiązany do płotu, czekający na pana, który zaszedł do sklepu po wino. Ale Michał wybiegł ze szkoły. Zdaje sobie sprawę, że mu się oberwie, tyle że teraz się tym nie martwi. Ma ważniejsze rzeczy do roboty.

Arczi kręci się obok krzaków, których pełno przy piaszczystej drodze, ciągnącej się na kilometr pomiędzy polem a szkolnym płotem. Sprawia wrażenie podenerwowanego. Rozgląda się, zerka na ekran telefonu. Po kilku minutach z głównej drogi na tę poboczną, nieutwardzoną ścieżkę wjeżdża czerwone Mitsubishi z przyciemnionymi szybami. Okno od strony kierowcy zjeżdża w dół. Michał nie widzi dobrze, co dzieje się w samochodzie. Ale kiedy kierowca wyskakuje z auta i zakuwa Artura w kajdanki, kilkaset metrów dalej Drzazga ucieka w popłochu. W tej też chwili, kiedy tajniacy pakują Artura do wozu i wiozą na komendę, Michał zdaje sobie sprawę, że to dla niego koniec przygody z breakdancem. Że traci kolejne miejsce, w które mógł uciekać z pustego domu – miejsca, które miało być jego twierdzą, a stało się pustynią.

The post Tylko gumolit może nas ocalić appeared first on Pro Libris.

]]>
Wiersz [Pogoń] https://prolibris.net.pl/wiersz-pogon/ Fri, 12 Jun 2026 12:33:35 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17322 Robert F. Barkowski

The post Wiersz [Pogoń] appeared first on Pro Libris.

]]>

Robert F. Barkowski

 

Pogoń

Przebudziła się przerywając
milczącą fascynację
rozchylonymi kusząco ustami
odbitymi w studni
mych oczu
bezsennych w zauroczeniu
ciepłem
ponętnej bliskości

Można kochać szepnęła
z rozdrażnieniem
dopóty świerszcz natrętny
ciepła nocy nie mąci
Idź przegoń go
urwij mu skrzydła
zalej ścianę wodą
stłamś to cykanie

Pogoniłem w ciemność
przebijaną snopami drgającej
gwiazd poświaty
w nagiej bojowości
gotów do czynów
bohaterskich wobec
złośliwego burzyciela utkanej
w gnieździe rozkoszy

Brzęczał dalej z natarczywą
desperacją skrywając się
pod opuszczonymi
kapeluszami kwiatów
udając wystraszoną jaszczurkę
między traw źdźbłami
zastygając bez ruchu w uśmiechu
kamiennego lwa.

Za mną pustka ugoru
drzew zrąbanych
na kręgach
zwiotczałych traw
Zgliszcza wspomnień
o zatartych konturach
Opętany nieuchwytnym trelem
brnę uparcie przed siebie

Nad brzegiem steranego morza
opadły mnie siły
przecież nie popłynął
z falami
Nadal piłuje
smyczkiem po
strunie melodię przejmującą
żałosnym zwiotczeniem

Przysiadł nieopodal
na liściu walecznego ostu
znużone gałki
ślepi pokryte siatką litości
Wygnano mnie z komina
rzekł smutkiem głębokim
na cóż ty opuściłeś
dobrowolnie piękna skrawek?

 

 

 

The post Wiersz [Pogoń] appeared first on Pro Libris.

]]>
Opowiastki https://prolibris.net.pl/opowiastki/ Fri, 12 Jun 2026 12:15:43 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17311 Tatiana Borda

The post Opowiastki appeared first on Pro Libris.

]]>

Tatiana Borda

Opowiastki

 
Artysta

Artysta nie tworzy dlatego, że tak wypada, że ma ochotę, że dostał zamówienie… Artysta tworzy, bo musi! Musi, bo nie wytrzyma, oszaleje, rozszarpie go ta siła, to przesłanie rosnące z arytmetyczną precyzją, namnażające się jak komórki, które się dzielą, rozrastają, tworząc nowe życie, nowy kształt, nowy byt, zmuszając go, by wstał w ciemności z ledwie co nagrzanego łóżka, aby zapisać, naszkicować, wypróbować… Przesłanie nieakceptujące zwłoki. Sygnały z wnętrza, z uniwersum, z jedynego centrum istnienia, jego istnienia. Wchłania wszystko jak gąbka. Wszystko, co jest piękne, czyste, wzniosłe, ale jeszcze bardziej to, co brudne, brzydkie, nieszlachetne. Zbiera obrazy, uczucia, ból, cierpienie, żre to wszystko, zapycha tym usta, kieszenie, kieszonki, plecak, walizki, reklamówki. Zbiera, żre, wchłania, zbiera, pochłania, zapija winem, wódką, żalem. Przeżuwa, przerabia, trawi, rzuca to wszystko na płótno, na papier, uderza w struny, klawisze, beka do trąbki, wymiotuje literami, słowami, zdaniami, notami, akordami. W skurczach wije się na ziemi, skręca ciało w szalonym tańcu do rytmu dźwięku, który bębni mu w głowie. On musi zbierać, wchłaniać, przeżuwać, trawić, rzygać. Musi czyścić, przetwarzać, przekształcać, tworzyć, zbawiać świat na nowo, codzienne, bo w przeciwnym razie wszystko zapadłoby się w sobie, do czarnej dziury tandety i zapomnienia, na zawsze…

Batonik

Stoi obramowany futryną drzwi, czekając na następnego klienta. Nieoczekiwanie młody, ubrany w dżinsy i obcisłą czarną koszulkę, skanuje mnie od stóp do głowy. Rejestruje sposób, w jaki się poruszam, jak jestem ubrana, ton głosu, jakim się witam. Zna się na ludziach. Już mnie oszacował. Zaszufladkował do kategorii, podkategorii, do działu. Jego pytanie i moja odpowiedź, dlaczego tu jestem, są tylko formalnością. Siada za biurkiem i odpisuje moje dane ze świstka, który mu wręczyłam. Stoję przed biurkiem i czekam. Czekam, co mi powie. Czekam na informację, co mam zrobić. Czy usiąść na krzesło przed biurkiem, czy tylko stać i czekać, aż skończy pisać na swoim „chic” laptopie. Stoję, czekam i obserwuję.

Na oparciu krzesła ma zawieszoną skórzaną kurtkę, włosy spięte w kitkę, a nad uszami bardzo krótko przycięte. Widać, że chodzi na siłownię, ale nie jest bodybuilderem. Na ręce ma bransoletki. Próbuję do niego dotrzeć, nawiązać kontakt, chociaż wzrokowy, ale daremnie. Patrzy skoncentrowany na ekran swojego „chic” laptopa i nie obdarzy mnie swoim spojrzeniem.

Na pustym biurku oprócz laptopa leży także batonik. Zwykły batonik. Pytam, czy lubi batoniki. Zdziwiony pytaniem odrywa oczy od ekranu, mówi „tak” i dalej pisze. Stoję, czekam, obserwuję. Przeszklona ściana za nim jest zakryta beżowymi lamelami. Na ścianie po lewej, przy której stoi kozetka i urządzenie do diagnostyki, jest naklejona cyfrowa fototapeta tańczącej kobiety bez skóry, „ubranej” tylko w muskulaturę… Za chwilę będę leżeć na leżance pod fototapetą, młody mężczyzna wyciśnie mi na brzuch trochę żelu i pojeździ po nim digitalowym czytnikiem, patrząc znów na ekran komputera. Po krótkiej chwili dostanę listek papieru, aby zetrzeć żel z brzucha i znów będę stać i czekać przed biurkiem, za którym on będzie siedzieć i pisać. Po intymnym odkryciu swojego brzucha daję sobie prawo, by usiąść na krześle i czekać na siedząco. Na biurku leży batonik. Jestem głodna. Jest późne popołudnie, a ja dzisiaj jeszcze nic nie jadłam. Czuję, jak zbiera mi się ślina.

Siedzę, obserwuję i próbuję nie myśleć o bolącym, pustym żołądku, o batoniku. Młody człowiek przestał pisać, a na moje pytanie o wynik badania odpowiada, że wszystko jest napisane, pani na recepcji mi to wydrukuje i poda następny termin za pół roku. Dodaje jeszcze, że płacę u niego. Wyciągam z portmonetki odliczone kolorowe papierki i kładę je na biurku, między „chic” laptop i batonik. Wychodząc, mam uczucie, jakbym miała w brzuch wbity rozżarzony nóż.

Bójka

Biją się. Tuż pod moimi oknami. Ich rozjuszone sylaby, stękanie, sapanie mieszają się z warczeniem silników samochodów. Dwie grupy młodych mężczyzn trzymają dwóch narwanych byków, rozwścieczonych, aż po brzegi wypełnionych adrenaliną. Gruby się wyrywa, potyka o własne nogi, dresowe spodnie zjeżdżają mu z tyłka i obnażają rowek. Kumple łapią go, on się wyrywa, a teraz tęgi brzuch wyskakuje mu ze spodni. Schyla się do ziemi i podnosi kamień. Silniki samochodów mruczą. Przeciwnik grubego, długi z czarnymi włosami, wyglądającymi jak niechlujnie zrobione gniazdo ptaka, coś gada i próbuje się wyrwać z jarzma kolegów. Jeden odważny staje między nimi i otwiera ramiona jak Jezus na krzyżu. Obok przejeżdża samochód i staje opodal. Prawdziwa bójka to coś lepszego niż film w telewizji. Szkoda przegapić okazję… Odchodzę od okna. Nie chcę patrzeć na ich kipiący testosteronem, gotujący się adrenaliną taniec. Nie lubię azjatyckich walk kogutów ani hiszpańskiego wylewania krwi na arenach. Nie znoszę boksu, wojen, zabijania, braku komunikacji i dyplomacji. Odchodzę. A wy młóćcie się, rzucajcie w siebie kamieniami i przekleństwami. Gotujcie się, niech wam adrenalina wyparuje, a testosteron niech wysypuje się wam z jąder. Bo nic się nie zmieniło od czasu, gdy wyrywaliście muchom skrzydła, podpalaliście kotom ogony, szarpaliście dziewczyny za włosy i biliście młodszych i słabszych…

Ci, którzy zostali

Ci, którzy zostali, spotykają się dalej na ulicach, w korytarzach, w kawiarniach… Siedzą tam na swoich ulubionych miejscach i piją jak zawsze, od lat, swoje espresso, cappuccino czy tylko zwyczajną kawę. Do tego sączą – jak od lat – ten sam aperitif czy wino. Tym, którzy zostali, przemijają dni, miesiące, lata, tak jak zawsze. Czasami wydarzy się coś nadzwyczajnego, co zaburzy wyuczony, sprawdzony porządek, ale za chwilę wszystko wraca do normy i znów przesiadują w kawiarenkach przy swojej „jak zawsze” kawie. Ci, co odeszli, zostawiają za sobą pustkę, dziury w przestrzeni, puste krzesła przy stoliku w kawiarni, w popielniczkach niedopalone, na szybko zgaszone pety, na obiciach krzeseł wysiedziane dołki, w butelkach na barze niewypite kieliszki ulubionego trunku… Są obecni w rozmowach, wspomnieniach, w anegdotach, które się z czasem ulatniają jak dym z papierosów tych, którzy o nich mówią. Z biegiem czasu rozmów jest mniej i na krześle przy stoliku zadomowił się ktoś inny. Wspomnienia straciły kolory, zapachy, napięcie. Już nie nakręcają tych, co zostali. Zastąpiły je fikcje, nowe opowiadania posklejane ze strzępów starych wspomnień, pokolorowane, okraszone wyobraźnią i fantazją tych, co zostali. Nowe anegdoty zapalają iskry w oczach, wibrują nad stolikiem w kłębach dymu z papierosów i wypełniają gapiącą się pustkę w przestrzeni, którą zostawili po sobie „Odeszli”. Ci, co zostali, kręcą swoje kółka na ulicach, w korytarzach, w kawiarniach, piją kawę w swojej bezpiecznej codzienności, czekają, aż znów ktoś odejdzie…

 

 

The post Opowiastki appeared first on Pro Libris.

]]>
Wiersze [Niech żyją poeci, Spróbuj zrozumieć poetę, Obieram ziemniaki między wierszami, Może napisałem wiersz] https://prolibris.net.pl/wiersze-niech-zyja-poeci-sprobuj-zrozumiec-poete-obieram-ziemniaki-miedzy-wierszami-moze-napisalem-wiersz/ Fri, 12 Jun 2026 12:02:30 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17302 Mirosław Roman Kaniecki

The post Wiersze [Niech żyją poeci, Spróbuj zrozumieć poetę, Obieram ziemniaki między wierszami, Może napisałem wiersz] appeared first on Pro Libris.

]]>

Mirosław Roman Kaniecki

 

Niech żyją poeci

wolą złe wiadomości od wierszy
z wyobraźnią uwiązaną na smyczy
paska informacyjnego
czytają w dole ekranu

wybuchła butla z gazem
konkubent zabił niemowlę
płoną lasy susza
karambol na autostradzie

tajfun z kobiecym imieniem
złapano handlarzy narkotyków
zasypane kopalnie powodzie
alarmy uwagi

starsi jeszcze rozumieją
nawiązania intertekstualne
w reklamach ale z państwa
nie trzeba wypędzać poetów

zbędne gułagi zakazy publikacji
emigracja cenzura
żaden zasięg społeczny
więc i niska szkodliwość

niech żyją poeci

 

 

 

Spróbuj zrozumieć poetę

poeta palnął wiersz
wolno mu
chociaż dotychczas
wiersze tylko pisał
lepiej tak
niźli miałby
palnąć sobie w łeb
polałaby się krew
a poeta nie chce
krwi przelewać
przelewać woli słowa
gdy zalewa go krew
dlatego palnął wiersz
wolno mu
chociaż dotychczas
wiersze tylko pisał
lepiej tak…

 

 

 

 

Obieram ziemniaki między wierszami

pytasz jak to jest z moją poezją
obieram ziemniaki między wierszami
zmywam naczynia

z moją muzą stanowimy związek wieczny
nigdy nie byłem na tyle silną osobowością
by przeforsować patriarchat

jestem więc poetą normalnym
niewolnym od problemów
szarego człowieka

nieradzącym sobie w czasach wolnego rynku
za to mający dużo czasu dla wnuków na emeryturze
na tyle jednak tradycyjny że wierny

spotykam przyjaciół między wierszami
wpadam do kościoła
w pośpiechu chwytam słowa na marginesie gazety

jak to jest z moją poezją
jest mi z nią dobrze
obieram ziemniaki między wierszami

 

 

 

 

Może napisałem wiersz

kiedy i jak piszę wiersz
nie wiem

czasami jest tak słaby
że nie dożywa narodzin

rzadko poczęty bez grzechu
broni się przed spowiedzią

niezapisany
jest jak pokuta w sakramencie

niewspółmiernie mały
do winy

ten i inne wiersze
wybacz mi Panie

 

 

 

The post Wiersze [Niech żyją poeci, Spróbuj zrozumieć poetę, Obieram ziemniaki między wierszami, Może napisałem wiersz] appeared first on Pro Libris.

]]>
Nad rzeką, gdzie śpiewają dwa języki https://prolibris.net.pl/nad-rzeka-gdzie-spiewaja-dwa-jezyki/ Fri, 12 Jun 2026 11:51:22 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17289 Andżelika Aleksandra Pasik

The post Nad rzeką, gdzie śpiewają dwa języki appeared first on Pro Libris.

]]>

Andżelika Aleksandra Pasik

Nad rzeką, gdzie śpiewają dwa języki

 

Wróciłam tam latem, kiedy lipy kwitły, a powietrze było gęste od zapachu trawy i czegoś jeszcze – czegoś, co pachniało dzieciństwem, kurzem polnych dróg i śmiechem, który dawno już zamilkł.

Wieś wyglądała prawie tak samo, jak ją zapamiętałam. Tylko ludzi było mniej. Okna zamknięte na głucho, furtki zardzewiałe, ścieżki zarosłe pokrzywą. A jednak, kiedy wysiadłam z autobusu na końcu drogi, coś we mnie drgnęło. Jakby pod skórą obudziło się to dawne dziecko, które biegało boso po rozgrzanym piachu, kradło porzeczki z ogrodu sąsiadki i zasypiało przy dźwięku dwóch języków, mieszających się pod oknem.

Przyjechałam, bo trzeba było posprzątać po babci. Zmarła zimą, kiedy śnieg odciął wieś od świata na trzy tygodnie. Sąsiadka zadzwoniła: „Pani Olu, matka chrzestna umarła, nikt nie ma kluczy”. Niby nie było mnie tu od lat, a jednak dla nich wciąż byłam „panią Olą”.

Dom stał na skraju wsi, niedaleko rzeki. Niski, drewniany, z niebieskimi okiennicami, które kiedyś babcia sama malowała. Pamiętałam ten dom lepiej niż własne mieszkanie w mieście. Pachniał suszonymi ziołami, kredensem z kubkami nie do pary i ciepłem, które nie miało nic wspólnego z temperaturą.

Kiedy weszłam do środka, uderzyła mnie cisza. Nie taka zwykła, tylko ta, która zostaje po kimś, kto przez całe życie wypełniał przestrzeń swoim śmiechem, śpiewem i opowieściami. Na kuchennym stole stał jeszcze wazon z suchymi gałązkami kaliny.

Tego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. Słuchałam, jak za oknem szumią drzewa, a rzeka niesie swoją pieśń. Ta pieśń była zawsze – w dzieciństwie mieszała się z głosami sąsiadów: „Dobranoc!” zawołane po polsku, „Na dobranicz!” po ukraińsku, czasem jeszcze inne słowa, których znaczenia nie znałam, ale które pachniały chlebem i latem.

Następnego dnia zaczęłam porządkować dom. W szufladach znalazłam mnóstwo papierów, zeszytów, kartek z przepisami, ale dopiero w drewnianej skrzyni na strychu odkryłam coś, co zatrzymało mnie na dłużej. Pudełko przewiązane lnianym sznurkiem. W środku – listy. Stare, pożółkłe, niektóre prawie nieczytelne. Część po polsku, część w języku, którego nie znałam dobrze, ale rozpoznawałam znajome słowa. Na kopercie jedno imię powtarzało się najczęściej: Nastia.

Pamiętałam to imię. Babcia mówiła o niej czasem, cicho, jakby to było zakazane wspomnienie. Że była jej przyjaciółką z dzieciństwa. Że mieszkała za rzeką. Że musiała wyjechać.

Usiadłam na podłodze, list w dłoniach, a za oknem znów szumiała rzeka, która pamiętała więcej niż ja.

Kiedy pierwszy raz rozwiązałam lniany sznurek, papier zaskrzypiał, jakby listy nie chciały już być czytane. Najstarszy z nich był datowany na 1945 rok. Pismo równe, staranne, z lekkim pochyleniem. Po polsku, ale nie do końca poprawnie. Na dole podpis: Nastia M.

„Aniu, piszę do Ciebie, choć nie wiem, czy ten list dojdzie. Mówią, że musimy odejść. Że ta ziemia już nie dla nas. Mama płacze, ja nie rozumiem. Przecież tu są nasze jabłonie, nasza rzeka. Pamiętaj o mnie. Pamiętaj naszą pieśń”.

Czytałam te słowa, a w głowie zaczęły powracać obrazy, o których nie wiedziałam, że je pamiętam. Letnie popołudnia, kiedy dwie dziewczynki – jedna z jasnymi warkoczami, druga z ciemnymi oczami – biegały po łąkach i śmiały się tak samo, choć mówiły różnie. Kiedy babcia mówiła o „Nastii”, zawsze dodawała: „To była moja siostra, choć nie z jednej krwi”.

Z listów wyłaniała się historia, której nigdy mi nie opowiedziała. Nastia była córką sąsiadów zza rzeki. Po wojnie ich dom został spalony, a rodzinę przesiedlono „tam, gdzie ich miejsce”, jak mówili ludzie, którzy przyjechali tu z mapami i pieczątkami. Babcia została. Nastia musiała odejść.

Kiedy schodziłam ze strychu, trzymałam listy w dłoniach jak coś kruchego, co mogło rozsypać się w pył. W kuchni nalałam sobie herbaty i usiadłam przy stole, przy którym babcia siadała każdego ranka, odkąd pamiętałam.

Tego wieczoru poszłam nad rzekę. Chciałam usłyszeć, co pamięta woda. Bug płynął powoli, spokojny, jakby nie miał w sobie całych minionych lat. Przeszłam na drugą stronę mostem, który kiedyś był tylko drewnianą kładką. Za rzeką wciąż stały resztki dawnych gospodarstw. Większość domów zarosła trawą, drzewa wyciągały gałęzie jak palce kogoś, kto próbuje coś zatrzymać.

Wśród krzaków znalazłam starą kapliczkę. Babcia prowadzała mnie tu, kiedy byłam mała. Na ścianie ktoś wyrył dwa imiona: Anna i Nastia. Przejechałam palcami po literach, jakby dotykając dawnego śmiechu, ciepłych rąk, dziecięcej tajemnicy.

Tamtego wieczoru wiedziałam już, że nie przyjechałam tu tylko po to, żeby zamknąć dom babci. Musiałam odnaleźć ślady pogranicza, które wrosło we mnie, choć o nie nigdy nie pytałam.

Babcia rzadko mówiła o dzieciństwie, jakby było czymś zamkniętym na klucz. Ale teraz, kiedy czytałam listy i chodziłam ścieżkami wsi, obrazy wracały same. W mojej głowie układały się w opowieść.

Był lipiec 1939 roku. W upalne popołudnia dwie dziewczynki siadały pod starym dębem nad rzeką. Anna – moja babcia – miała wtedy jedenaście lat, Nastia – dziesięć. Obie bose, z kolanami obdrapanymi od wspinaczki na płoty i jabłonie. Kiedy mówiły, ich języki mieszały się bez zastanowienia – jedno zdanie po polsku, drugie po rusku, trzecie w gwarze, której nie rozumiał nikt spoza tej wsi.

Ich świat był prosty i nie podlegał mapom. Wiedziały, gdzie rosną najlepsze poziomki, który sąsiad piecze najsłodszy chleb, kiedy dzwonią dzwony z kościoła, a kiedy cerkiewne śpiewy płyną po polach.

Wieczorami Anna wymykała się z domu, żeby słuchać, jak Nastia śpiewa pieśni, których nauczyła ją babka. Nie rozumiała wszystkich słów, ale znała melodię na pamięć. Czasem siadały razem na drewnianym pomoście, nogi zanurzone w chłodnej wodzie, i śpiewały na dwa głosy. Rzeka niosła ich głosy daleko, może aż do tych, którzy później przyjechali z mapami i karabinami.

Pewnego dnia przyszła wojna. Najpierw tylko szeptana między dorosłymi, potem coraz głośniejsza. Mężczyźni znikali z domów, matki przestawały śpiewać. Ale dla Anny i Nastii lato trwało dalej. Uciekały na łąki, jakby mogły ukryć się przed tym, co nieuniknione.

W sierpniu 1944 roku przyszła wiadomość, że rodzina Nastii ma się pakować. „Nowe granice” – mówili. „Teraz będzie Polska, bez Rusinów”. Babcia nie rozumiała. Przecież Nastia była taka sama jak ona. Razem jadły jagody, razem bały się burzy, razem śmiały się z psot kota sąsiadki. Jak można było powiedzieć, że jedna może zostać, a druga musi odejść?

Ostatni raz spotkały się pod dębem. Nastia miała ze sobą mały woreczek, do którego włożyła kawałek wstążki, kamień z rzeki i kartkę z napisaną pieśnią. „Na pamiątkę” – powiedziała i przytuliła Annę tak mocno, jakby chciała zatrzymać świat.

Tamto drzewo stoi do dziś. Przeszłam obok niego następnego ranka, kiedy próbowałam zebrać myśli. Pień był gruby, kora popękana, ale wśród liści śpiewał wiatr. Jak wtedy.

Zrozumiałam, że ich historia nie zniknęła. Była w tych listach, w pieśniach, w ciszy między słowami. Była we mnie.

Następnego dnia postanowiłam pójść do pani Marii. Mieszkała na końcu wsi, w domu z zielonymi okiennicami, których farba łuszczyła się jak stare wspomnienia. Była najstarsza we wsi, miała dziewięćdziesiąt lat, a jej pamięć była ostrzejsza niż niejedna fotografia.

Znalazłam ją na ławce przed domem, z chustką zawiązaną na głowie, jak wszystkie kobiety tutaj. Kiedy podeszłam, spojrzała na mnie uważnie, a potem uśmiechnęła się lekko.

– Ty jesteś ta od Anny. Wróciłaś.

Przytaknęłam, nie próbując tłumaczyć po co. Jakby ona już wiedziała.

– Przyszłam zapytać o Nastię.

W jej oczach coś drgnęło, jak cień.

– Nastia… – powtórzyła, jakby smakowała to imię po latach. – Taka była jak ogień. Śmiała się głośno, śpiewała, psociła. One były nierozłączne, Anna i Nastia. Jak dwie strony tego samego listka. Dopóki świat nie postanowił ich podzielić.

Opowiadała długo, a ja słuchałam, jakby ktoś zszywał dla mnie kawałki starego materiału.

Powiedziała mi o dniu, kiedy wojsko przyszło do wsi. Jak ludzie chowali się w piwnicach, jak dzieci nie rozumiały, dlaczego nagle przyjaźń może być czymś niebezpiecznym. Opowiadała o rodzinach, które zniknęły, o tych, co wrócili, i o tych, którzy nigdy nie wrócili.

– Pogranicze to nie jest tylko linia na mapie, dziecko – powiedziała na koniec. – To są ludzie. Ich języki, pieśni, zwyczaje. I pamięć. Jak odejdziesz, a nikt nie będzie pamiętał, to jakbyś nigdy nie była.

Z jej domu poszłam prosto na cmentarz. Na skraju, pod brzozą, stał stary, zapomniany krzyż z wyblakłym napisem cyrylicą. Ktoś kiedyś tu mieszkał, miał imię, śmiał się, płakał. Teraz nie było po nim nic – tylko krzyż i rosnąca wokół trawa.

Wróciłam do domu babci późnym popołudniem, kiedy światło było miękkie, a powietrze pachniało sianem. Usiadłam przy kuchennym stole, rozłożyłam listy i zdjęcia. Na jednym z nich były dwie dziewczynki – moja babcia i Nastia. Uśmiechały się do obiektywu, trzymając się za ręce, jakby nic nie mogło ich rozdzielić.

Tego dnia zaczęłam pisać do Nastii odpowiedź. Nie wiedziałam, gdzie jest ani czy jeszcze żyje, ale czułam, że muszę powiedzieć jej, że pamiętam.

W nocy nie mogłam spać. Listy leżały rozłożone na stole jak mapa dawnego świata. Im dłużej na nie patrzyłam, tym wyraźniej rozumiałam, że to nie są tylko słowa. To był most między przeszłością a teraźniejszością, między dwiema dziewczynkami, które nigdy nie powinny były zostać rozdzielone.

Nad ranem postanowiłam uporządkować skrzynię ze strychu. Między starymi świętymi obrazkami, haftowanymi serwetami i zeszytami z przepisami babci znalazłam coś, czego wcześniej nie zauważyłam. Małą kopertę, schowaną w książce do nabożeństwa. Na kopercie drobnym pismem było napisane: Lwów, 1958.

W środku był list. Po ukraińsku, ale wystarczająco prostym językiem, żebym zrozumiała. Nastia pisała:

„Aniu, mieszkam teraz we Lwowie. Mam syna. Czasem śni mi się nasza rzeka i pieśń, którą śpiewałyśmy. Wiesz, co jest najgorsze? Nie to, że zabrali nas stąd. Najgorsze jest to, że nikt już nie wierzy, że kiedyś tu byliśmy. Tylko ty pamiętasz”.

Na końcu – adres. Stary, nie wiadomo, czy jeszcze prawdziwy. Ale dla mnie to był znak.

Przez następne dni myślałam tylko o tym. Codziennie chodziłam nad rzekę, słuchałam, jak szemrze między brzegami i zastanawiałam się, co zrobiła moja babcia. Czy odpowiedziała? Czy próbowała odnaleźć Nastię? A może bała się, że przeszłość lepiej zostawić w spokoju?

W końcu wiedziałam, że muszę tam pojechać. Nie mogłam zostawić tej historii na pożółkłych kartkach papieru. To nie była już tylko opowieść babci – to była także moja opowieść.

Zadzwoniłam do znajomego, który pracował na uczelni we Lwowie. Zgodził się pomóc mi poszukać adresu, sprawdzić, czy ktoś tam jeszcze mieszka. A ja spakowałam plecak, zostawiłam klucze do domu sąsiadce i następnego ranka wsiadłam do pociągu.

Kiedy granica została za mną, poczułam, jakby coś we mnie drgnęło, jakby ten kraj, ten język i ludzie byli jednocześnie znajomi i obcy. Siedząc przy oknie, przypomniałam sobie słowa pani Marii: „Pogranicze to nie jest linia na mapie. To są ludzie”.

Nie wiedziałam jeszcze, co znajdę we Lwowie. Ale czułam, że dopiero tam zacznie się prawdziwa opowieść.

Lwów pachniał kawą i kurzem. Kiedy wysiadłam z pociągu, świat był głośniejszy niż w mojej wsi – tramwaje dzwoniły nerwowo, ludzie mijali się w pośpiechu, a nad dachami kamienic przemykały gołębie, jakby niosły w sobie jakieś stare wiadomości.

Mój znajomy, Ołeh, czekał na mnie przy wejściu do dworca. Uśmiechnął się, kiedy mnie zobaczył, ale w jego spojrzeniu było coś poważnego.

– To nie będzie łatwe – powiedział, kiedy pokazałam mu adres z koperty. – Minęło wiele lat. Ten dom stoi, ale ludzie zmieniają się szybciej niż mury.

Pojechaliśmy na ulicę Łyczakowską. Kamienica była wysoka, z odrapanymi tynkami i drewnianą bramą, która skrzypiała przy każdym otwarciu. Na domofonie nie było nazwiska, którego szukałam.

Zapukałam do kilku mieszkań. Starsza kobieta w chustce zamknęła drzwi, zanim zdążyłam coś powiedzieć. Młody chłopak pokręcił głową: „Tu nikt taki nie mieszka”. Dopiero starszy mężczyzna, który otworzył nam trzecie drzwi, spojrzał na mnie uważnie, kiedy wymówiłam imię Nastii.

– Nastię Makarow? Pamiętam… była tu kiedyś taka kobieta. Z Podlasia, mówiła. Miała syna, Igora. Ale to było dawno… – zawiesił głos, jakby cofał się w czasie. – Ona zmarła. Syn wyjechał do Polski. Gdzieś na zachód.

Wyszliśmy na ulicę, a ja czułam, jak coś ściska mi gardło. Byłam tak blisko, a jednak za późno.

Ołeh położył mi rękę na ramieniu.

– To nie koniec. Tutaj nikt nie znika naprawdę. Ludzie zostawiają ślady w sercach innych.

Jeszcze tego samego dnia poszliśmy do archiwum miejskiego. Wśród papierów sprzed kilkudziesięciu lat znalazłam potwierdzenie: Nastia Makarowa, z domu Michajłuk, zmarła w 1989 roku. Adres ten sam, co na liście.

Ale pod informacją o zgonie była wzmianka o synu. Igor Makarow. Adnotacja: „w 1991 roku wyjazd do Polski, zamieszkanie: Wrocław”.

Miałam nowy ślad.

Wróciłam do hotelu, usiadłam na łóżku i długo patrzyłam na listy babci i Nastii. Nie wiem, kiedy zasnęłam, ale śniło mi się, że dwie dziewczynki biegną przez łąkę, a między nimi nie ma już żadnej granicy.

Rano kupiłam bilet do Polski. W tej historii nie było już odwrotu.

Wrocław przywitał mnie deszczem. Krople spadały ciężko na brukowane ulice, jakby chciały zmyć wszystkie ślady przeszłości. Miałam w ręce kartkę z adresem – ostatnim śladem Igora Makarowa.

Znalazłam kamienicę niedaleko Dworca Głównego. Szerokie schody, zapach starego drewna i kurzu. Serce waliło mi jak młotem, kiedy dzwoniłam do drzwi.

Otworzył mężczyzna około sześćdziesiątki. Siwe włosy, ciemne oczy, twarz, w której było coś znajomego, choć nigdy wcześniej go nie widziałam.

– Dzień dobry… – zaczęłam niepewnie. – Nazywam się Aleksandra Lisiecka. Szukam Igora Makarowa.

Zmarszczył brwi, przyglądając mi się uważnie.

– To ja. W czym mogę pomóc?

Wzięłam głęboki oddech.

– Szukam śladów mojej babci. Nazywała się Anna. Pochodziła z Podlasia. Jej przyjaciółką była Nastia… pańska matka.

Zapadła cisza. Jakby ktoś na moment zatrzymał powietrze w tym małym korytarzu.

– Wejdź – powiedział w końcu.

W mieszkaniu pachniało kawą i papierosami. Na ścianach wisiały stare zdjęcia – lwowskie kamienice, kobieta o łagodnych oczach, chłopiec w mundurku szkolnym.

Usiedliśmy przy stole. Igor długo patrzył na mnie w milczeniu, zanim odezwał się cicho:

– Myślałem, że nikt już nie pamięta. Że tamten świat przepadł.

Opowiedziałam mu wszystko. O listach, o babci, o tym, jak znalazłam adres. Słuchał, jakby każde słowo rozdzierało coś w nim, a jednocześnie zszywało.

– Mama do końca życia mówiła o Podlasiu – powiedział w końcu. – Śniło jej się, że wraca do wsi, że idzie nad rzekę, gdzie śpiewała z Anną. Ale nigdy tam nie pojechała. Bała się, że nie znajdzie już nic. Że wszystko zginęło razem z tamtym światem.

Wyciągnął z szuflady małe pudełko. W środku był kawałek niebieskiej wstążki, kamień z rzeki i kartka z pieśnią – te same, które Nastia kiedyś dała babci. Była też fotografia dwóch dziewczynek, trzymających się za ręce.

– Mama mówiła, że miała siostrę, która nie była siostrą. Że rozdzieliły je granice. I że póki ktoś będzie o nich pamiętał, tamten świat nie zniknie.

Spojrzałam na niego.

– Chciałby pan tam pojechać? Zobaczyć to miejsce?

Uśmiechnął się smutno.

– Myśli pani, że tam jeszcze coś zostało?

Pokręciłam głową.

– Nie wiem. Ale wiem, że dopóki nie pojedziemy, nie dowiemy się.

Tego wieczoru wyszłam na wrocławski Rynek. Padało już tylko lekko. W kieszeni miałam wstążkę,
listy i nowe wspomnienia.

Wiedziałam, że wrócę na Podlasie – nie sama.

Wracaliśmy powoli. Droga z Wrocławia na Podlasie ciągnęła się jak nitka, którą ktoś plótł między stacjami, lasami i polami. Igor milczał przez większość drogi. Czasem tylko pytał o nazwy mijanych miejscowości, jakby próbował przypomnieć sobie coś, czego nigdy nie znał.

Kiedy dojechaliśmy do wsi, było już późne popołudnie. Powietrze pachniało wiosną, ziemią i dymem z pieców. Stare domy stały tak samo, jak na fotografiach sprzed lat – niektóre odnowione, inne pochylone, jakby zmęczone czasem.

Zatrzymaliśmy się na skraju, tam, gdzie zaczynała się polna droga prowadząca do rzeki. Igor wysiadł z samochodu i przez chwilę patrzył na przestrzeń przed sobą, jakby nie wierzył, że naprawdę tu jest.

– Mama mówiła, że tutaj był ich świat – szepnął. – A ja całe życie myślałem, że to tylko opowieść.

Zaprowadziłam go najpierw na cmentarz. Pokazałam mu grób mojej babci, skromny, z wyblakłym zdjęciem i wyrytym imieniem. Igor zdjął czapkę i przez chwilę stał w milczeniu.

– Nigdy nie myślałem, że będę mógł tu stanąć – powiedział cicho. – Że jeszcze coś z tej historii będzie żyło.

Potem poszliśmy nad rzekę. Woda płynęła spokojnie, jak zawsze, jakby nic się nie zmieniło od tamtych lat. Na brzegu usiedliśmy w ciszy. Nagle Igor wyjął z kieszeni małe radio, takie stare, przenośne, jakich już prawie nikt nie używa.

– Mama zawsze słuchała w niedzielę jednej audycji. Z Podlasia. Mówiła, że w tym głosie jest dom.

Włączył radio. Przez szumy przebijał się cichy śpiew – ludowa pieśń w języku, który znałam od dziecka, ale którego nie uczyli w szkołach. Igor zamknął oczy.

Wtedy zrozumiałam, że to nie miejsce jest małą ojczyzną. Że pogranicze nie leży na mapie. Ono mieszka w ludziach, w językach, w pieśniach i w pamięci.

Wieczorem w naszym domu było cicho. Igor siedział przy kuchennym stole, przeglądając stare fotografie, które znalazłam na strychu. Wśród nich było jedno zdjęcie, które nigdy wcześniej nie zwróciło mojej uwagi – mała dziewczynka w wianuszku z polnych kwiatów, obok niej chłopiec z poważnym spojrzeniem. Na odwrocie ktoś napisał: „Podlaskie lato, 1937. Nastia i brat”.

– To ona – powiedział Igor, dotykając fotografii z niedowierzaniem. – A to mój wujek. Nigdy nie wiedziałem, że miała brata.

Nazajutrz poszliśmy do pani Marii. Kiedy zobaczyła Igora, długo patrzyła na niego, jakby widziała ducha.

– Tak samo patrzysz jak Nastia – powiedziała, zapraszając nas do środka.

Przy herbacie opowiedziała nam rzeczy, których nie wiedziałam nawet ja. O czasach, kiedy we wsi nikt nie mówił o narodowości, kiedy Polacy, Rusini, Żydzi i Białorusini żyli obok siebie, dzielili się chlebem i pieśniami. O nocy, kiedy przyszło wojsko i pogranicze zamieniło się w mur.

– Ale nie można zbudować granicy w sercu – powiedziała na koniec. – Wasze matki wiedziały to lepiej niż ktokolwiek.

Kiedy wyszliśmy od niej, słońce zachodziło nad wsią. Igor zatrzymał się przed domem mojej babci.

– Myślisz, że one wiedziały, że kiedyś tu razem wrócimy? – zapytał.

– Myślę, że na to czekały.

Wiedziałam, że został nam jeszcze jeden krok. Jutro mieliśmy pójść do rzeki, na skraj lasu, tam, gdzie Anna i Nastia zakopały swoje dziecięce skarby. Być może nic tam już nie było, tylko ziemia i pamięć. Ale dla nas to miało być więcej niż wystarczające.

Poranek był cichy i chłodny. Mgła snuła się nisko nad polami, jakby jeszcze nie zdecydowała, czy chce ustąpić dniu. Igor siedział już w kuchni, kiedy zeszłam na dół – miał przed sobą starą mapę wsi, którą znalazłam w kronice parafialnej. Palcem wskazywał miejsce przy zakolu rzeki.

– To tutaj – powiedział. – Mama zawsze mówiła, że tam zakopały coś, co miało przetrwać wszystko.

Poszliśmy powoli, jakby droga była dłuższa niż w rzeczywistości. Mijaliśmy stare płoty, jabłonie, które znałam z dzieciństwa. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zobaczyliśmy, że ziemia była nieco zapadnięta pod jednym z drzew – może ktoś tu kiedyś kopał, może to tylko czas zrobił swoje.

W milczeniu zaczęliśmy odgarniać ziemię. Palcami, gałęzią, ostrożnie, jakbyśmy bali się, że rozbudzimy coś, co lepiej zostawić uśpione.

Po chwili Igor zatrzymał się.

– Coś tu jest.

Wyciągnęliśmy małą, zardzewiałą puszkę. W środku była kawałek haftowanej serwetki, medalion z wizerunkiem Matki Boskiej, kilka kamyków i maleńki zeszyt, w którym dziecinnym pismem zapisano: „Na zawsze razem. Ania i Nastia”.

Igor wziął do ręki medalion i zeszyt, patrząc na nie tak, jakby trzymał cały swój świat.

– Myślałem, że wszystko zostało stracone – powiedział cicho. – A jednak one wiedziały, że ktoś tu kiedyś wróci.

Siedzieliśmy nad rzeką, milcząc. Woda płynęła spokojnie, niezmiennie, tak jak wtedy, gdy dwie dziewczynki bawiły się tutaj, nie wiedząc jeszcze, jak okrutny potrafi być świat.

Wiedziałam, że historia dobiegła końca. Ale nie takiego, jakiego się spodziewałam. Bo pogranicze nie kończyło się na granicach państw. Ono żyło tutaj, w tej ziemi, w rzece, w ludziach, którzy potrafili wrócić, choć wydawało się to niemożliwe.

Tego dnia, kiedy wracaliśmy znad rzeki, słońce powoli chowało się za horyzontem. Wieś pachniała dymem, wilgocią, rozgrzaną ziemią. Szliśmy w ciszy, każde z nas niosło w dłoni kawałek tej historii – Igor trzymał mały zeszyt i medalion, ja serwetkę z dziecięcym haftem. Skarb, który przeleżał pod ziemią ponad osiemdziesiąt lat, a mimo to nie stracił swojego znaczenia.

Kiedy weszliśmy do domu, usiedliśmy przy kuchennym stole. Wszystko było tak zwyczajne, a jednak nic już nie było takie jak przedtem.

– Wiesz, Aleksandro… – powiedział Igor, patrząc na mnie z uśmiechem. – Kiedy byłem dzieckiem, myślałem, że dom to tylko miejsce. Dziś wiem, że to ludzie. I opowieści, które sobie nawzajem zostawiają.

Przez chwilę słuchaliśmy ciszy, która nie była już pusta – była pełna głosów przeszłości, śmiechu dwóch dziewczynek nad rzeką, śpiewów na pograniczu języków, szeptów matek, które próbowały ocalić coś więcej niż wspomnienia.

Nazajutrz, zanim Igor wyjechał, poszliśmy jeszcze raz na polanę. Nad rzeką zostawiliśmy mały kamień, na którym wyryłam słowa: „Tam, gdzie spotykają się języki i serca, rodzi się prawdziwa ojczyzna”.

Patrzyliśmy na nurt wody, która od wieków płynęła tak samo, nie pytając o granice. Wiedzieliśmy, że nasze matki już dawno zrozumiały to, czego my szukaliśmy przez całe życie.

Kiedy Igor odjechał, zostałam jeszcze chwilę pod starym drzewem. W powietrzu czułam zapach wiosny, śpiew ptaków, szelest trawy. A w sercu – spokój. Bo historia została opowiedziana do końca.

 

(3. nagroda w 26. Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Eugeniusza Paukszty w Kargowej)

 

 

The post Nad rzeką, gdzie śpiewają dwa języki appeared first on Pro Libris.

]]>
Wiersze [stan rzeczy, dialogi, im bliżej tym bliżej, do weryfikacji] https://prolibris.net.pl/wiersze-stan-rzeczy-dialogi-im-blizej-tym-blizej-do-weryfikacji/ Fri, 12 Jun 2026 11:41:16 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17280 Przemysław Jaźwiński

The post Wiersze [stan rzeczy, dialogi, im bliżej tym bliżej, do weryfikacji] appeared first on Pro Libris.

]]>

Przemysław Jaźwiński

 

stan rzeczy

chwila westchnienia to jedno uderzenie serca
wiesz doskonale że ich liczba podlega limitom
pośpiech pozbawia spotkania tylu kontekstów
zza szyb widać rozmazane kontury linii czasu

dystraktory zamieszkały praktycznie wszędzie
nigdy nie zapraszałeś reklam na kawę i ciasto
wizyta z dala od sieci zbliża wnętrza do siebie
przy sennej drodze banery zjadają kolejny płot

czasami już nie ma gdzie pójść i się zatrzymać
stajesz się tym co spaceruje w twoich myślach
oczekiwania pozbawiły rzeczywistość wyglądu
miejsca z refleksją w tle wnet trafią na licytację

 

 

 

 

 

dialogi

wschód i zachód partnerzy w oswajaniu doczesności
nie wypada obnosić się z brakiem konceptu na chód
każdy dzień spinają klamrą senne pajęczyny światła
wzrok katula po chodniku lekko przymknięte powieki

żadną miarą pobyt pod dachem nie wyłączy deszczu
pewnych stanów nie potrafi odmienić nawet don juan
ławki mają w sobie tyle ciepła ile nadal w nich drzew
siadanie na nich pozwala wyplatać warkocz berenice

umówić się ze zmierzchem na rozmowę to wyzwanie
właśnie wtedy zajmuje go tylko bezokienność monad
zachmurzone firanki próbują tańczyć bezrefleksyjnie
znów chcę leźć przed siebie wieloma drogami naraz

 

 

 

 

im bliżej tym bliżej

kolejna droga ze stosu moich zakurzonych butów
chadzam z nią na spacery w poszukiwaniu innych
pozostawione wokół ślady wskazują na obecność
niestety nigdy nie docieram na czas by jej dotknąć

po miedzach biegają krzewy kolczastych mirabelek
z owoców układam już wzory skróconego myślenia
ich znajomość pozwala docenić sfilcowane chmury
stając na palcach próbuję złapać drugi oddech dnia

wszędobylska pagórkowatość nosi w sobie istnienie
zauważanie go w ilastych kałużach wywołuje radość
następnym razem zabiorę ze sobą mocniejsze szkła
życie to łączenie kropek ukrytych między pejzażami

 

 

 

 

do weryfikacji

dziś widziałem same pierzeje sennych samochodów
zasłaniały mi skutecznie obrazy z lekcji dzieciństwa
starałem się tylko odnaleźć ślady słów mojego ojca
te zapisane na chodniku zatarły buty odchodzenia

wokół pełno zamkniętych ludzi i ołowiany lej miasta
pozostają otwarte smartfony i nieprzysiadalny lunch
chwile grzebania widelcem w kurzu z parku saskiego
ich tysięczność zamienia liście w samotne łabędzie

te same choć posiwiałe ulice mówią mi dzień dobry
widzą jak niosę coraz cięższy kosz z zapiskami dni
koło domu chopina słychać nuty spadające z góry
nie da się wrócić z majorki w środku polskiej zimy

 

 

 

The post Wiersze [stan rzeczy, dialogi, im bliżej tym bliżej, do weryfikacji] appeared first on Pro Libris.

]]>
Osiem pięter w dół https://prolibris.net.pl/osiem-pieter-w-dol/ Fri, 12 Jun 2026 11:23:58 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17271 Marcin Waldemar Mielcarek

The post Osiem pięter w dół appeared first on Pro Libris.

]]>

Marcin Waldemar Mielcarek

Osiem pięter w dół

 

Miałem otwarte na oścież okno, przez które wpadało lipcowe powietrze. Nie czułem się za dobrze, ale w gruncie rzeczy rzadko kiedy czułem się dobrze. Byłem chory albo nie byłem – ot, zagadka. Leżałem i rozmyślałem, ale właściwie to nad niczym konkretnym. Głupia gonitwa białych jak kartka papieru myśli. Książki leżały na podłodze, miałem zamiar się uczyć, taki był plan, ale odechciało mi się, kiedy po południu dostałem telefon, że nie przyjmą mnie do pracy.

– Bardzo nam przykro, ale wybraliśmy kogoś innego – powiedziała kobieta wyraźnie znudzonym głosem.

Na pewno nie było im tak przykro jak mnie, być może wcale, bo słowa przecież przestały cokolwiek dziś ważyć.

W każdym razie chwilę później usłyszałem jakąś melodię. Podniosłem się z łóżka i wyjrzałem na zewnątrz, nurkując głęboko głową w przestrzeni. Na dole, na chodniku, czyli osiem pięter w dół, coś się działo. To był śniady facet z akordeonem, najpewniej Cygan. Grał sobie w najlepsze, patrząc w niebo. Kilka głów podobnych do mojej wychynęło z betonowych dziur. Ktoś coś powiedział, ktoś się zaśmiał, ktoś nawet krzyknął. W dół, bardzo powoli, bujając się na wietrze, zleciał jakiś banknot. Poleciał też drugi i chyba  spadła moneta. Facet z akordeonem w końcu sobie poszedł. Ja też wróciłem do łóżka. Zasypiając, przypomniałem sobie, że mój dziadek też grał na akordeonie. Instrument leżał teraz zapewne całkiem zapomniany na strychu rodzinnego domu, pokrywając się kurzem. Tylko przez chwilę przemknęła mi myśl, że mógłbym nauczyć się na nim grać. Jednak wolałbym go sprzedać.

Nie pospałem chyba zbyt długo, znów zostałem brutalnie wybudzony. Tym razem były to głosy dzieciaków, a konkretniej – chłopców. Podniosłem się i spojrzałem na ulicę, ponownie te osiem pięter w dół. Spostrzegłem, że jeden to blondyn, drugi rudzielec.

Przyjemny podmuch wiatru zrazu połaskotał mnie po twarzy. Używali wobec siebie słów obraźliwych, słów, których nie rozumieli, a których pewnie używali ich ojcowie w domowym zaciszu wobec szefów, sąsiadów, piłkarzy, pogodynek, polityków i – co gorsza –  pewnie ich matek. Zrozumiałem nagle – niczym bohater u Knuta Hamsuna – że być może powodem mojego złego stanu jest po prostu głód, więc wyłączyłem grające w tle radio, wsunąłem bose stopy w gumowe klapki i wyszedłem z mieszkania. Czekając na windę, słuchałem skocznej muzyki przeciskającej się przez nieszczelne drzwi sąsiada.

Kiedy znalazłem się już na zewnątrz, po dzieciakach nie było śladu. Słońce natomiast musiało się na mnie uwziąć, bo promienie padały prosto na moją twarz, tak mocno, że musiałem mrużyć oczy. Przeszedłem na drugą stronę ulicy i chodnikiem ruszyłem w dół. Niezbyt zaciekawiony przyglądałem się zaparkowanym autom. Nie stały tutaj żadne piękne fury, ale nie dziwiło mnie to, bo nie mieszkałem na bogatym osiedlu.

Wszedłem w końcu do budynku, w którym znajdowało się kilka lokali. Najpierw zahaczyłem o totalizator, skreśliłem sześć losowych liczb i puściłem zakład. Kupiłem też dwie zdrapki, które schowałem do kieszeni. Potem rozejrzałem się po niewielkim lumpeksie prowadzonym przez kobietę z rozpadającą się twarzą i farbowanymi na żółty blond włosami. Nie potrafiłem patrzeć na nią dłużej niż trzy sekundy, bo brał mnie jakiś taki smutek i czułem zażenowanie. Większość klientek to były tęgie panie pod pięćdziesiątkę. Niemrawe, zagubione istoty. To znaczy zachowywały się w ten sposób, kiedy nie przebierały wśród wieszaków. Kiedy tylko dotknęły jakiegoś ubrania, dostawały młodzieńczej energii, która jednak szybko ulatniała się, kiedy niczego ciekawego nie znalazły. Oczywiście dużo przymierzały i zagadywały właścicielkę.

– A czy w tym wyglądam szczupło? – To pytanie powtarzały jak zdarta płyta.

Rzecz jasna sprzedawczyni zapewniała, że „oczywiście”, ale oczywiście żadna z nich nie wyglądała wcale szczupło.

Wyszedłem z tego lumpeksu i zrobiłem kilka kroków korytarzem o jasnych, brudnych płytkach, których najwyraźniej nikt chyba od miesiąca nie mył. Znalazłem się teraz w kebabie. Jeszcze kilka lat temu był tutaj bar mleczny. Ani wtedy, ani teraz to miejsce nie było zbyt chętnie odwiedzane. Z jakiegoś jednak powodu kebab się utrzymywał.

Prowadziło go trzech całkiem młodych facetów, którzy chyba pochodzili z Syrii. Ich skóra była ciemna, prawie czarna, w odpowiednim świetle nawet fioletowa. Wiedziałem, że jeden z nich studiował na miejscowym uniwersytecie, ale co takiego studiował – nie miałem pojęcia. Rzadko kiedy przychodziłem tutaj jeść, bo stołowanie się na mieście nie było na moją kieszeń. Zamówiłem jednak na miejscu, zapłaciłem gotówką i usiadłem. Z nudów zacząłem gapić się przez okno, ale nic ciekawego tam się nie działo. Potem przeniosłem wzrok na ściany, podłogę, sufit. Wiatrak nad naszymi głowami, który wcale się nie kręcił, pokryty był czarnym zlepkiem kurzu i pajęczyn. W końcu zainteresował mnie stolik. Blat kleił się od brudu. Wyciągnąłem jednak zdrapki. Jak zwykle robiłem sobie nadzieję. Niczego oczywiście nie trafiłem.

Oprócz mnie siedziała tutaj kobieta, której wieku nie potrafiłem oszacować, bo miała azjatyckie rysy, a powszechną wiedzą jest, że Azjatki wyglądają na młodsze, niż w rzeczywistości są. Nie była to na pewno Chinka, tym bardziej Koreanka czy Japonka. Mogła być z Wietnamu, ale raczej obstawiałem Tajlandię. Siedziała, machała krótką nogą w białych spodniach i jadła tortillę. Poza tym gadała z tym gościem za ladą. Rozmawiali rzecz jasna po angielsku. Chwalił jej się, że zwiedził pół Europy i najbardziej podobała mu się Lizbona. Ona też ponoć zwiedziła kilka krajów. Jakimś cudem jednak wylądowali w tej polskiej dziurze. Potem on zapytał ją, czy jest muzułmanką.

– Chrześcijanką – odparła.

– Dlaczego? – zapytał.

Po prostu użył słowa „why”. Potem ona odpowiedziała tak jakoś sztywno:

– Moja rodzina to chrześcijanie. Moja rodzina jest dla mnie bardzo ważna.

Chyba te słowa mu się średnio spodobały. W końcu zawołał mnie słowami „proszę pan”. Kiedy wychodziłem, oni dalej rozmawiali.

Wyszedłem z lokalu i udałem się na ławkę przy skwerku, która stała w cieniu. Jedząc, obserwowałem beznamiętnie psa i jego właściciela. Pies załatwiał się na trawie, właściciel udawał, że tego nie widzi. W końcu sobie poszli, a ja nie zwróciłem mu uwagi.

Kiedy już skończyłem, postanowiłem pójść do mojej koleżanki, która pracowała w sieciowym sklepie osiedlowym. To był jej czwarty miesiąc. Ja kiedyś wytrzymałem w tego typu pracy tylko trzy marne tygodnie.

Miała na imię Estera, była w moim wieku i mieszkała w tym samym bloku co ja. Jej rodzina należała do Świadków Jehowy. Czasami widziałem ich, jak stoją na ulicy z różnymi materiałami i zaczepiają ludzi. Jej ojciec wydawał się być jednak w porządku, szło z nim zamienić kilka normalnych słów. Matka natomiast była nie do zniesienia. Ciągle zagadywała mnie o Boga. Kiedy moja odpowiedź jej się nie podobała – czyli prawie zawsze – patrzyła na mnie tak jakoś dziko. Estera była do niej bardzo podobna, tylko oczy miała po ojcu. Spokojne, niebieskie.

Byłem raz czy dwa w ich mieszkaniu, to znaczy u Estery w pokoju. Ale ona niczego większego ode mnie nie chciała, traktowała mnie jak dobrego kumpla, może nawet tymczasowego przyjaciela. Ja oczywiście wolałbym być traktowany zgoła inaczej, ale niewiele mogłem na to poradzić. Jej matka prawdopodobnie bała się, że ukradnę im córkę, wyrwę z ich sekciarskiego łona, bo przecież przeznaczyli ją jakiemuś facetowi ze społeczności. Pojęcie miłości było w tym przypadku mocno naciągane.

Oprócz Estery pracował tutaj właściciel oraz jeden gość pod trzydziestkę, Ukrainiec. Miał na imię Andriej, prawie dwa metry wzrostu i chyba tyle samo w barach. Połowę jego ciała pokrywały tatuaże. Nigdy nie pytałem, jak udało mu się uniknąć mobilizacji, bo najpewniej zarobiłbym w zęby. Po polsku mówił bardzo dobrze, ponoć miał lekkość do języków. Lubiłem go, był w porządku, twardy, ale w porządku. Doczepił się jednak moich gumowych, rozklekotanych klapek. On sam nosił tylko drogie, markowe ciuchy i wiecznie pachniał wodą toaletową.

– Jestem taka zmęczona – powiedziała Estera, kiedy usiadłem na skrzynce piwa za ladą, tak że klienci mnie nie widzieli. – Wiecznie czuję się zmęczona. Też tak masz?

– Na okrągło.

– Chyba będę chora.

– Ja już jestem chory.

Pogadaliśmy trochę o tym i o tamtym, nic konkretnego, wiadomo – o życiu i śmierci, i bezsennych nocach, o oczekiwaniach względem przyszłości albo o jej braku. Andriej tylko przyglądał nam się z zaciekawieniem, ale niczego nie mówił. Zrugał za to jakieś irytujące dzieciaki, które buszowały po sklepie, mlaskające cwaniacko swoimi niewielkimi gębami. Ja w końcu sobie poszedłem, bo nie miałem siły czekać na koniec jej zmiany. Trzymało mnie coś, nie wiedziałem, co takiego, a trzymało od jakiegoś czasu. Było to nieprzyjemne, jakiś ścisk w gardle, chłód na grzbiecie, dziwne zmęczenie, senność. Postałem chwilę na słońcu, mrużąc rzecz jasna oczy, ale ta trzymająca mnie osobliwa choroba wcale nie puszczała. Uznałem, że to bezcelowe i poszedłem do siebie, do mieszkania, właściwie małego pokoju, który wynajmowałem, bo byłem tylko biednym studentem, który poza nauką dorabiał sobie na czarno sprzątaniem w wysokim biurowcu.

Wszedłem do bloku, wcześniej przytrzymując drzwi facetom wynoszącym jakąś starą kanapę. Potem zamiast poczekać na windę poszedłem schodami. Zauważyłem, że stopnie od drugiego piętra w górę nie były dawno myte, nie były nawet zamiatane, bo leżały na nich piasek i szare koty. Pomyślałem sobie, że może popytam, gdzie trzeba. Mógłbym się czymś takim zajmować, to znaczy sprzątaniem klatki – oczywiście za pieniądze.

Ta wycieczka po schodach bardzo mnie zmogła. Wszedłem do mieszkania, do korytarza. Od razu zobaczyłem siedzącą w kuchni lokatorkę, z którą nie bardzo się dogadywałem. Starsza ode mnie o rok, może dwa. Całkiem ładna, o jasnych włosach i oczach. Ale wyjątkowo ciężki charakter.

– Dlaczego zjadłeś mój jogurt? – spytała.

– Jaki jogurt?

– Nie udawaj. Kamil mówi, że go nie zjadł.

– Nie wiem, o co chodzi.

– Dziś rano, jak wychodziłam na zajęcia, to jeszcze był. Sam się przecież nie zjadł.

Naprawdę nie wiedziałem nic o żadnym jogurcie. Nasza wspólna lodówka była podzielona na trzy części. W mojej nigdy nic nie było, ale to nie znaczyło, że byłem złodziejem. Biedacy też mieli swój honor.

– A poza tym jak leci? – zapytałem.

Prychnęła tylko i z kwaśną miną wyminęła mnie, udając się do swojego pokoju. Ja poszedłem do swojego i zamknąłem drzwi na klucz. Włączyłem radio i położyłem się do łóżka. Miałem otwarte oczy. W tle leciała muzyka klasyczna, nie wiedziałem, jaki to był koncert, ale brzmiało jak Czajkowski. Kilka tygodni temu trafiłem na tę stację i powoli nabierałem ogłady. Wciąż za mało.

Spróbowałem dodzwonić się do ojca, ale nie odbierał. Miałem do niego sprawę. Jak zwykle chodziło o pieniądze. Napisałem mu esemesa. Właściwie cztery. W drugim go przeprosiłem, a w trzecim oznajmiłem, że to nic takiego i że ma się nie przejmować. W ostatnim napisałem, że naprawdę potrzebuję pomocy. Wysłałem więc prośbę o przelanie kilku stów, dwóch, chociaż jednej. Od dwóch tygodni zalegałem za pokój. Nie mogłem jednak patrzeć na telefon, minuty ciągnęły się jak godziny, minuty bez odzewu. W końcu wyłączyłem telefon, bo nie potrafiłem tego znieść.

Nagle rozległ się nieprzyjemny dźwięk, czyli alarm samochodowy. Wył na całe osiedle. Niechętnie podniosłem się z łóżka, podszedłem do okna i wyjrzałem przez nie. Osiem pięter w dół.

 

 

The post Osiem pięter w dół appeared first on Pro Libris.

]]>
Wiersze [Być przez chwilę, Twoje ciało] https://prolibris.net.pl/wiersze-byc-przez-chwile-twoje-cialo/ Fri, 12 Jun 2026 11:16:09 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17262 Cezary Żarna

The post Wiersze [Być przez chwilę, Twoje ciało] appeared first on Pro Libris.

]]>

Cezary Żarna

 

Być przez chwilę

widzianym, w tym małym miejscu,
gdzie kończy się kostka, zaczyna stopa. Widzieć

kształt stopy

wciśniętej w zbyt mały but, zrobić krok, pokraczny,
prawie marszowy, nie patrząc pod

nogi go zrobić. Zobaczyć kontur, nie prosić, poznać
ciebie (siebie?) z lepszej strony, bo znam

cię z lepszej strony. Nie o to tu chodzi – mówisz –
chodź, lepiej

usiądźmy gdzieś razem i oprzyjmy

głowy.

 

 

 

 

Twoje ciało

To zjawia się nagle, jak zapalenie gardła lub
krtani, uderza mnie w twarz, złe myśli ustępują
ustom

wypowiadającym złe słowa. Ruiny na powrót
zostają odkryte, a ja myślę, że najlepsze

Twoje ciało jest o poranku – przeciągające się

leniwie, z przymrużonym szarym błękitem nieba
w oczach i wyciągniętymi

ramionami. Jeśli jest jakiś

dom, budzisz się w nim teraz, oplatasz mnie
ramieniem, niepostrzeżenie przegryzasz gardło,

wbijasz nóż w plecy.

 

 

 

The post Wiersze [Być przez chwilę, Twoje ciało] appeared first on Pro Libris.

]]>
Żywcem nas nie wezmą https://prolibris.net.pl/zywcem-nas-nie-wezma/ Fri, 12 Jun 2026 10:44:39 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17252 Sławomir Bączkowski

The post Żywcem nas nie wezmą appeared first on Pro Libris.

]]>

Sławomir Bączkowski

Żywcem nas nie wezmą

 

Mrok piwnicy rozpraszała tylko niewielka żarówka smętnie zwisająca z sufitu. Z ciemności wyłaniały się rury, zawory i zegary stanowiące elementy instalacji hydroforowej. Śmierdziało tam bimbrem, bo żaden z dwóch pochylonych nad aparaturą mężczyzn nie zawracał sobie głowy maskowaniem tego zapachu, na przykład smażeniem cebuli. Ostatecznie byli przecież w piwnicy, do której dostępu broniła ciężka klapa w podłodze przedpokoju, więc żadne wonie nie przenikały do pomieszczeń małego domku. Dzieliła ich spora różnica wieku – teść o imieniu Piotr dobiegał sześćdziesiątki, a zięć – Staszek miał trzydzieści kilka lat. Nad piwnicą znajdowały się dwa pokoje. W jednym z pomieszczeń spała żona Staszka z kilkuletnim synem, w drugim jej matka. Było już bardzo późno, dawno temu zegar na wieży pobliskiego pałacyku wybił dwunastą. W mroku majaczyły gałęzie potężnego orzecha rosnącego na posesji. Stojąca na ulicy latarnia z ledwością wydobywała z ciemności nieco zdezelowaną, obłażącą z farby bramkę i fragment ścieżki wiodącej w kierunku domku. Był koniec października, trochę padało przez cały dzień, więc mdłe światło latarni odbijało się w kałużach i błyszczących płytach chodnika. Co jakiś czas szczekał pies sąsiadów – utrapienie mieszkańców białego domku.

Staszek ze znawstwem obsługiwał aparaturę, którą skompletował w profesjonalny sposób i z użyciem sprzętu laboratoryjnego. Nie powinno to dziwić, bo pracował w instytucie badawczym i nie miał problemu z dostępem do destylatora, serpentynowych rurek, kolb i termometrów. Piotr po cichu go podziwiał za jego zaradność i zmysł techniczny. Po wielokroć powtarzał: Co Staszek sobie obmyśli, to zrobi! Sam nie był szczególnie kreatywny i ograniczał swoją aktywność do prostych prac ogrodniczych w rodzaju flancowania pomidorów. Jednak przy każdej okazji podkreślał, że to jego dom i on tam rządzi. W ogrodzie też był hegemonem i nic bez jego wiedzy nie mogło się tam dziać. Jednak był w Piotrze swojego rodzaju dysonans – świat za bramką jego posesji zdawał mu się wrogi i jakby izolował się od niego. Nienawidził urzędów, każde oficjalne pismo wywoływało u niego niemal apokaliptyczne wizje ruiny i upadku całej rodziny. Widok nieznajomego przy furtce sprawiał, że Piotr chował się za firanką i wysyłał żonę, żeby sprawdziła, o co chodzi. W swoim regale trzymał tekturowe pudła z niezliczoną ilością zapłaconych rachunków na wypadek, gdyby jakiś urząd zarzucił mu zaniedbanie. Najstarsze z nich miały po dwadzieścia lat i nic nie można było z nich przeczytać. Brane do ręki kruszyły się ze starości jak starożytne zwoje. Biorąc to wszystko pod uwagę, trudno się dziwić zdumieniu Staszka, kiedy Piotr pierwszy raz wyraził zainteresowanie pędzeniem bimbru w piwnicy. Być może w grę wchodziło tu skąpstwo, choć było to mało prawdopodobne, zważywszy na kary grzywny i więzienia, które groziły za nielegalną produkcję wysokoprocentowego alkoholu.

– Mocne! – powiedział Staszek, odstawiając menzurkę na taboret służący za tymczasowy stolik.

– Musowo zostawić trochę na święta – mruknął Piotr.

– Chce ojciec spróbować?

– A daj.

Starszy z mężczyzn przystawił sobie menzurkę do ust i wypił odrobinę nieco mętnego płynu. Skrzywił się nieznacznie i przymknął oczy.

– Mocne jak diabli – potwierdził.

Potem w piwnicy zapanowała cisza, którą mąciły jedynie odgłosy wydawane przez aparaturę gorzelniczą. Na zewnątrz zerwał się wiatr i do piwnicznego okienka przykleił się na moment brązowy liść. Obaj mężczyźni niemal jednocześnie zerknęli na ciemną ulicę. Przed bramką zatrzymała się milicyjna Warszawa. Przez kilka chwil z napięciem wpatrywali się w mrok, nieco tylko rozpraszany światłem słabej ulicznej latarni. Potem Piotr bezwiednie złapał Staszka za ramię i mocno ścisnął. Nikt nie wychodził z auta. Bulgotanie i syczenie aparatury wydawało się teraz znacznie głośniejsze niż jeszcze pięć minut wcześniej. Nagle otworzyły się drzwi po obu stronach Warszawy i wyszło z niej dwóch milicjantów. Na ten widok Piotr w mgnieniu oka rzucił się w kierunku worków ustawionych w kącie piwnicy i wydobył spod nich bagnet. Ostrze niepokojąco błysnęło w słabym świetle żarówki. Staszek poczuł na plecach strużkę potu. Rysy Piotra stężały i jego twarz wyglądała teraz jak wyciosana z kamienia. Tylko oczy pałały wściekłością, której nikt z domowników nigdy nie widział.

– Żywcem nas nie wezmą! – Piotr wycedził przez zęby.

Staszek zdrętwiał. Głos starszego mężczyzny był jakiś inny niż zwykle – twardy i zachrypnięty, jakby należał do kogoś innego. Do twardziela bez złudzeń i przyszłości. Przez chwilę patrzyli sobie prosto w oczy. Potem napięcie nieco zelżało i znowu spojrzeli przez okienko. Obaj milicjanci podeszli do przedniego koła auta i kilka razy kopnęli w oponę. Zaczęli o czymś rozmawiać, żywo gestykulując. Jeden z nich odwrócił się w stronę białego domku. Nawykowo bacznie zlustrował budynek i jego otoczenie, ale najwyraźniej nie dostrzegł światełka w piwnicy. Nic nie wzbudziło jego zainteresowania i po chwili obaj na powrót wsiedli do Warszawy, którą zaraz potem odjechali. Piotr powoli się odwrócił, podszedł do sterty worków i schował bagnet na swoje miejsce.

– Ani słowa Bini i Zosi! – zasyczał.

– Dobrze…

– Daj, Stachu, jeszcze po kielichu.

Staszek nalał bimbru do menzurki i podał teściowi. Sam też wypił. Paliło w przełyku, ale od razu poczuł się lepiej. Emocje opadały, rozluźnił się.

– Skąd ojciec ma ten bagnet?

– Z lasu – padła lakoniczna odpowiedź.

– Wtedy, jak ojciec z Puchaczem chodził?

– Co ty tam wiesz…

– Binia mówiła, że długo czekała. Ten słynny Puchacz zbierał ludzi od Bychawy aż po Biłgoraj i w Lasach Janowskich dołączył do AK.

– Tak było.

– I ojciec z nim?

Piotr milczał.

– Binia mówiła, że Niemcy go zabili.

– Może i zabili.

Zapadła cisza. Staszek słyszał o Puchaczu i jego oddziale od teściowej. Wspominała go powielokroć, ale ile z tego było prawdy? Ten legendarny dowódca w jej oczach był niemal półbogiem. I do tego Piotr walczył u jego boku. Musiała sobie jakoś wypełnić wielomiesięczną pustkę, pewnie fantazjowała, żeby było lżej bez męża…

– Ale jak to się stało, że ojciec się tam znalazł, walczył…?

Piotr spojrzał przez piwniczne okienko, jakby w mroku chciał znaleźć odpowiedź na to pytanie.

– Polej jeszcze – poprosił.

Staszek posłusznie napełnił menzurkę i podał ją teściowi.

– A o Szewczuku słyszałeś? – zapytał i otarł usta rękawem.

– Binia coś kiedyś powiedziała, ale Zosia zaraz ją uciszyła.

Piotr uśmiechnął się, ale ten uśmiech bardziej przypominał grymas.

– Nie dziwię się jej – zamruczał. Wypity alkohol już spowalniał jego mowę. – Zosia nienawidzi tej historii, ale od tego wszystko się zaczęło…

Znowu w piwnicy zapanowała cisza. Staszek cierpliwie czekał na dalszy ciąg.

– Ten szpicel mieszkał u nas, kiedy i Gorgonowa wynajmowała pokój.

Staszek znał sprawę Gorgonowej, którą w latach trzydziestych żyła cała opinia publiczna. Ta guwernantka w domu lwowskiego architekta Henryka Zaremby została oskarżona o zamordowanie jego córki – Lusi.

– Wszyscy w Turobinie wiedzieli, komu wynajmujemy. Dzieci za nią latały i wrzeszczały: „Morderczyni!”. Szewczuk codziennie podtykał jej pod nos stare gazety ze zdjęciami obrońcy Axera, zeznającego Stasia Zaremby i to z córką zrobione w celi w Krakowie…

Zamilkł.

– Nakapało coś jeszcze? – zapytał, chrypiąc.

Staszek bez słowa dolał teściowi bimbru.

– Niech się ojciec nie upije.

– Spokojna głowa.

– Może i spokojna, ale nie bardzo mocna.

– Dziś mi tego trzeba.

– Co było dalej? – Staszek niecierpliwie czekał na dalszy ciąg opowieści. Było mu dobrze w tej nagrzanej piwnicy, wypity alkohol lekko uderzał do głowy.

– Dalej? – Piotr zastanowił się i po chwili znowu popłynęła opowieść. – Ano drażnił się z nią, nie dawał jej spokoju, a ona chodziła i powtarzała: „Niech go szlag trafi!”.

– I trafił… – szepnął Staszek.

– Prowadziłem wtedy knajpę, mieliśmy też masarnię. Któregoś dnia przyjechało na rowerach dwóch od strony Załawcza, akurat natknęli się na Zosię i to ją poprosili, żeby zawołała Szewczuka. Zosia poleciała po niego, Szewczuk podniósł ją i wsadził sobie na ramiona. Niczego nie podejrzewał. Przeszli do restauracji, postawił dziecko na ziemi i właśnie wtedy padły strzały. Upadł na podłogę obok małej.

– A Gorgonowa? Słyszała to? Była wtedy w domu?

– Była. Od razu przybiegła ze swojego pokoju, popatrzyła na broczące krwią ciało i powiedziała: „Mówiłam ci, skurwysynu, że tak skończysz!”.

Po tych słowach znowu zrobiło się cicho. Słyszeli, jak wzmaga się wiatr, jak zaczyna napierać na lichą ścianę domku. Liście wirowały pod orzechem. Nagle Staszkiem wstrząsnął dreszcz. Pomyślał o tamtych strasznych dniach, o całym tym lęku, w jakim żyli ludzie, o niepewnej codzienności. Jakże bałamutne było to cukierkowe zdjęcie Piotra i Bini z dwójką dzieci! Widział je niedawno w albumie i zdziwił się, słysząc, że było zrobione w samym środku tego okupacyjnego piekła.

– Uciekłem! – mocny głos Piotra przywołał go do rzeczywistości. – Rzuciłem wiadro i uciekłem do lasu. Trochę się błąkałem, ale zaraz spotkałem grupę uciekinierów spod Bychawy. Zaczęliśmy organizować siatkę oporu, dołączyliśmy do innego oddziału, stoczyliśmy pierwsze potyczki… Organizowałem zasadzki, akty sabotażu, nękaliśmy szkopów. Było nas coraz więcej. Przemieściliśmy się w rejon Biłgoraja i Lasów Janowskich.

– Ten bagnet…

– Nie próżnował.

Piotr spojrzał w kierunku sterty worków.

– Binia ciągle wspomina waszego dowódcę, Puchacza. Jaki on był? Czy te wszystkie historie o nim, które opowiadali ludzie na całym Roztoczu, były prawdziwe?

Piotr pierwszy raz się uśmiechnął, jakby przypomniał sobie coś miłego.

– Chcesz wiedzieć, jaki był Puchacz? – powtórzył pytanie zięcia. – Po co mam ci to mówić? Przecież ty go znasz!

Staszek zdumiał się.

– Jakże to?

– Znasz go bardzo dobrze… To przecież ja byłem Puchaczem.

Mężczyźni patrzyli na siebie bez słowa. Na zewnątrz znowu zrobiło się spokojnie, wiatr ucichł. Destylator bulgotał uspokajająco, kolejne krople bimbru jednostajnie spadały do kolby. I potoczyła się opowieść Piotra o partyzantce, powojennych szykanach i próbach przyczajenia się w czterech ścianach podwarszawskiego domku. Potem obaj zasnęli i nie powinno nikogo dziwić, że w śnie bardzo się nawojowali.

The post Żywcem nas nie wezmą appeared first on Pro Libris.

]]>
Wiersze [wena, parapet, cug, przyziemnie] https://prolibris.net.pl/wiersze-wena-parapet-cug-przyziemnie/ Thu, 11 Jun 2026 08:36:57 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17239 Dorota Czerwińska

The post Wiersze [wena, parapet, cug, przyziemnie] appeared first on Pro Libris.

]]>

Dorota Czerwińska

 

wena

na jedenastym piętrze licząc od parteru
w trzecim wierszu od prawej a w ósmym od lewej
nikt nie zapalił światła pomimo że ciemno
jest już od wpół do czwartej
aż do ósmej rano

nikt nie zapalił

będąc w wierszu trzecim
od prawej licząc i na jedenastym piętrze
widnieje w czarnym oknie poświata księżyca

może tam mieszka luna i właśnie przygląda
się odbiciu własnemu w nieludzkim zachwycie

ale od dwóch tygodni cholera dlaczego

może warto podjechać zapukać rozważyć
wejście do domu luny w asyście policji

bo ona niczym bomba zegarowa tyka

 

 

 

 

parapet

tyle światła w przestrzeni
zajmuje jeden
wydziera
drugi zdziczały namolny
nie daje się zapchnąć wykluczyć
trzeci jeszcze nieznaczny
zapuszcza tężeje rozwija

przeciąg
selekcja
niepamięć

co będzie apokalipsą?

 

 

 

 

cug

 zaczęło się od ziemi
nie wschodnie nie zachodnie
pragmatycznie przyziemne
gładziło najpierw trawy
i przydrożne kamienie
potem wlazło do dziupli
dzięciołów kun wiewiórek

a czarne bunkry rosły
spycharki profilowały
no i opustoszało
bo tak od nóg ciągnęło

ku lawie

 

 

 

 

przyziemnie

małe jest blisko ziemi
małe się nie uniesie
(chyba że w dłoniach ojca)

całkiem dobrze pozuje
może chce zostać pomnikiem

nie

małe chyba nie wie
ale wygląda na to
że nie jest mu za dobrze
w kruchości

 

 

The post Wiersze [wena, parapet, cug, przyziemnie] appeared first on Pro Libris.

]]>