Iwona Agnieszka Zielska Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/iwona-agnieszka-zielska/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Tue, 20 May 2025 11:02:32 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Iwona Agnieszka Zielska Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/iwona-agnieszka-zielska/ 32 32 Wyznanie toni https://prolibris.net.pl/wyznanie-toni/ Tue, 20 May 2025 10:59:32 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15745 Iwona Agnieszka Zielska

The post Wyznanie toni appeared first on Pro Libris.

]]>

Iwona Agnieszka Zielska

Wyznanie toni

 

Nachylam się nad tobą, pozwalając, by rozpuszczone loki miękko opadały w dół, ku tobie. Zbliżam swoją twarz, wczytując się w twoje wyczekiwanie. Cisza jest ogłuszająca, nie słychać najdrobniejszego dźwięku, szelestu, powietrze stoi, niesamowita – jak na środek maja – stagnacja. Chcesz mnie, czuję to. Chcesz mnie otoczyć, ogarnąć, otulić sobą. Przelać się przez moje palce, czoło, dłonie, wokół mojej talii i ud. Pragniesz całą sobą pochłonąć mnie i zakryć, bym nie była widoczna, bym była cała w tobie. A może… A może to tylko moja projekcja? To ja jestem cała pragnieniem i niespełnieniem, tęsknotą odczuwalną fizycznie, tak boleśnie, w całym moim rozgrzanym ciele. Może ty, tak naprawdę, nie pragniesz mnie, tylko moich grzechów. Chcesz je przyjąć, zmyć ze mnie, oczyścić. Nigdy nie wiem, czego pragniesz, choć jestem tak blisko ciebie, od zawsze. Cicha tafla na twej powierzchni jest tak całkowicie nieprzenikliwa i nieodgadniona. Czy łagodna i refleksyjna tu, w Loch Duich, jesteś inna niż w wartkim prądzie rzeki Shiel za naszym domem, czy ta sama? Czy woda w jeziorze i woda w studni ma te same myśli, wolę i pragnienia? Mówią, że ta przy mlecznych klifach w Dover jest słona i żywiołowa. Chyba tak jest, że woda zatapiająca wioski i cmentarze, porywająca swym nurtem dzieci i trzodę, i woda kojąca pragnienie gładkim łykiem wprost ze dzbana to jest ta sama woda. Ale przecież i ja dziś, w tym obcym stroju, skradzionym pospiesznie jakiemuś młodzikowi myjącemu się przy studni na podwórcu, też jestem inna. Jak woda w kanale angielskim jestem dziś zmierzwiona, buzująca i niebezpieczna. Czy będąc takim nieugaszonym żywiołem, jestem sobą? Czy ja to ja? Ta ja dziś i ta sprzed tygodnia to na pewno ta sama osoba?

Wpatruję się w ciebie, w tę ciszę, w doskonały brak słów, które przecież i tak bardziej ograniczają, niż uwalniają to, co teraz we mnie. Czuję taką bliskość z tobą, twoją tonią. Uczucie połączenia byłoby pełniejsze, gdybym się napiła. Marzy mi się taka niewielka gliniana miseczka w kształcie idealnej połowy wydrążonej kuli. Jej rant byłby dokładnie w tym samym ceglanym odcieniu czerwieni, który jest najżywszym z kolorów obecnych w kiltach rodu Mackenziech. Nią mogłabym zaczerpnąć chłodnej wody gaszącej pożar w moim wnętrzu. Gdy sobie ją wyobrażam w wyciągniętej dłoni, czuję, jakby prąd przebiegający od rantu miseczki, przez lewy przegub, wzdłuż zgięcia w łokciu, pachę i pierś, aż do samego wnętrza mojego serca. Mam wrażenie, że biegnie tam taka niewidoczna złota nitka.

Nagle zza mojego odbicia w tafli jeziora startują ptaki, widzę ich postacie odbite w wodzie, słyszę łopot skrzydeł gdzieś za moim karkiem. Co zburzyło tę duszną flautę? Coś musiało je wystraszyć. Nasłuchuję. Z oddali dochodzi mnie dudniący odgłos. Czy słyszę końskie kopyta? Tak, zdecydowanie słyszę jeźdźca, który zbliża się w stronę jeziora. W moją stronę. Za moimi plecami jest stroma skarpa, bujnie porośnięta janowcem. Zaś w jej zboczu, dokładnie za moim lewym barkiem jest jama, wyrwa w ziemi, rozmiarem w sam raz na moje ciało. Instynktownie rzucam się w tył i wtulam w roślinność. Janowiec już kwitnie, wcześniej w tym roku, a mój strój, składający się z odświętnego ośmiojardowego kiltu w barwach Mackenziech, szarej męskiej koszuli i peleryny w kolorze gnijącego wrzosowiska idealnie zapewnia mi kamuflaż. Nawet moje rudozłote loki, ledwie przykryte welurowym beretem w kolorze źrenic jeziora Loch Duich, zlewają się z kwitnącym janowcem. Wracam do natury. Roślinność przygarnia mnie i udziela schronienia. Jestem w domu. U siebie. Ja to czuję i ziemia też. Jesteśmy zawsze blisko, jak siostry bliźniaczki, zżyte i oddane sobie od zarania. Wyciszam oddech, właściwie całkowicie go zatrzymuję. Jeździec jest jeszcze dobrych 80 jardów ode mnie, ale ja wiem, że to on. Keith. Moje ciało już go wyczuło i rozpoznało. Zresztą, któż inny mógłby to być? Pojedynczy jeździec, tu na terenach zamkowych, w dniu zaślubin. Wszyscy się bawią, stroją, szykują, leczą ból głowy po wczorajszym długim wieczorze kawalerskim. Hannah pewnie ma właśnie obmywane stopy i kończą pleść dla niej wianek. Znowu będzie miała mi za złe nieobecność. Jako jej druhna powinnam spędzić cały czas z nią, wyczytując z jej spojrzeń i grymasów skrywane potrzeby i zachcianki. Bo nie pragnienia przecież. Hannah nie miewa pragnień, to takie pospolite, proste, niebezpiecznie zbliżające nas do zwierząt. No cóż, trudno, z pewnością inne panny mogą jej usłużyć. Nie odstępują jej na krok, pławiąc się w jej marzeniach i współdzieląc plany na objęcie zamku Mackenziech.

Keith dociera nad skarpę, zatrzymuje wierzchowca i ogarnia wzrokiem Loch Duich. Woda udaje martwą, jak ja, współgramy wstrzymując oddech. „Alicia!”, wydziera się z gardła Keitha cichy jęk zawodu, słyszę w nim tęsknotę i pragnienie, szaleństwo, które nas ogarnęło trzy dni temu. Słyszę też rozczarowanie i żal. Keith daje kuksańca koniowi, cmoka i ruszają w prawo, wzdłuż brzegu. Jeszcze piętnaście-dwadzieścia jardów i go zobaczę z ukrycia. Linia brzegowa w tym miejscu nieco się ugina w kierunku środka Loch Duich, droga też, więc biegnąc równolegle do brzegu, skręca lekko w lewo. Widzę go teraz oświetlonego słońcem, wysoko nad skarpą, siedzi prosto w siodle, nonszalancko jedną dłonią trzymając wodze. Patrzy w dal, wypatrując, wyszukując, tropiąc jak na polowaniu. Nieodwołalnie moje myśli biegną ku jego udom, silnym i umięśnionym. To ich napięcie utrzymuje go tak prosto w siodle. To ich siła nie pozwoli mu na błąd, który mógłby się skończyć skręceniem karku. Okrywa je tylko gruby wełniany kilt, kończący się zgodnie z modą w połowie kolan, a teraz, gdy Keith siedzi w siodle, odsłaniający do słońca jego muskularne kolana. Przy łydce ma przytroczony i częściowo ukryty pod skarpetą Sgian Dubh. Nigdzie się bez niego nie rusza i nie jest to żadna tradycja, to po prostu zwykłe EDC. Gdy wyciąga go zza skarpety, by przekroić dla mnie jabłko lub odciąć kawałek parującego udźca jelenia, albo by otworzyć list, robi to zupełnie odruchowo, bezwarunkowo i absolutnie nieświadomy, jak bardzo ten niewielki atrybut uzupełnia jego męski sposób bycia. Wiem, wiem, to kwestia bezpieczeństwa, gdyby ktoś mu zagroził, sięgnie po niego szybciej, niż zaświta mu w głowie myśl o zagrożeniu. Zdejmuje go tylko do snu, a i wtedy ma go zawsze pod poduszką. Myślę, że jest mu droższy niż ten wierny dropiaty seter, z którym zawsze poluje.

Tłumaczył mi to i prezentował go właśnie wczoraj wieczorem, gdy siedzieliśmy ukryci w przedsionku pokoju gościnnego, w którym na spoczynek udała się Hannah. Odprowadziliśmy ją oboje, on po raz ostatni jako jej narzeczony, od następnego dnia już jako pełnoprawny małżonek, i ja, druhna, będąca jednocześnie jej przyzwoitką i wsparciem duchowym. Hannah nie spędziła sam na sam z Keithem ani jednej minuty w ciągu tych ostatnich trzech dni poprzedzających zaślubiny. Zasłania się tradycją i obyczajem, racjonalizując strach, jaki odczuwa na samą myśl o bliskości z nim. Znają się od lat, prawie tyle, ile są sobie przyrzeczeni. Ten związek został ustalony w dniu przejścia Keitha na stronę mężczyzn. Połączenie tych majątków jest oczywiste dla wszystkich wokół, naturalna decyzja zapewniająca bezpieczeństwo obu klanom i dobrobyt na wiele pokoleń. Nieraz ucztowali razem, nawet tańczyli, znają się i widują zawsze, gdy spotykają się ich starsi. Ale Hannah nie zbliża się do Keitha bardziej, niż nakazują obyczaje. A gdy ma być bliżej, zapewnia sobie obecność i świadectwo moje lub innej druhny. Jesteśmy jak jej polisa ubezpieczeniowa wystawiona przez bank Lloyda, by zabezpieczyć kontrakt. A Keith jest po prostu stroną kontraktu na wieloletnią współpracę. Uśmiecha się więc doń i często komplementuje: jego zamek, kucharza, nowoczesne stajnie i nawet wygląd. Wczoraj wręcz poprawiła mu broszę na ramieniu, ale na próżno by szukać w tym geście namiętności czy choćby nawet czułości. Był to zwykły gest dystyngowanej damy dbającej, by mężczyzna u jej boku prezentował się nienagannie – mieli wszak razem zatańczyć. To wtedy też doszło niemal do sprzeczki, bo Hannah napominała Keitha, by zmienił stronę przypięcia Sgian Dubh z lewej na prawą. Argumentowała, że dla dobra obyczaju i tradycji mógłby na jeden czy dwa wieczory (bo ten zaślubinowy przecież także) nie obnosić się z tą swoją leworęcznością.

Świętowanie i tańce szybko zmęczyły oblubienicę i jeszcze zanim na dobre wzeszedł księżyc, zażyczyła sobie już wycofania się do swojego pokoju. „Jutro trudny dzień”, powiedziała i zamknęła za sobą drzwi. Spojrzeliśmy na siebie, ledwo tłumiąc parsknięcie śmiechem. Usłyszeliśmy jeszcze, jak Hannah zaciąga kotarę przy drzwiach i zaległy cisza i półmrok. Nasze dłonie spotkały się bezwiednie, niby przypadkiem, choć od dwóch dni wiedzieliśmy już, że żadne nasze spotkanie, wymiana spojrzeń czy przelotny dotyk nie są przypadkiem. Pożądanie narastające z każdą minutą spędzoną pod wspólnym dachem stawało się coraz bardziej wyczuwalne, wręcz nieuśmierzalne. I wczoraj też nie posłuchaliśmy zdrowego rozsądku, by i sobie nawzajem powiedzieć dobranoc pod drzwiami sypialni Hannah. Usiedliśmy po prostu na stojącej w krużganku skrzyni pełnej futer i ze świstem wypuściliśmy wstrzymywane w płucach powietrze. Rozmowa potoczyła się naturalnie, jak strumień czystej wody. W pewnej chwili, gdy chciałam zmienić pozycję i usiąść nieco bokiem, by móc spojrzeć prosto w oczy Keitha, szarpnęłam lekko głowę i syknęłam z bólu. Moje włosy zahaczyły o drzazgę nieoheblowanej deski, która stanowiła część ościeżnicy i boazerii i trzymały mnie w bolesnym uchwycie. Keith natychmiast sięgnął po Sgian Dubh, by mnie uwolnić, ale zdążyłam szepnąć: „Nie obcinaj mi włosów!”. Odłożył go więc na miejsce i – wyczuwając palcami miejsce uwięzienia i splecionych z drzazgą włosów – rozplątał supeł. Nie opuścił jednak dłoni, cicho i wolno przesuwając palcami po moich lokach. „Są takie miękkie! Jak jedwab. Dobrze, że mi nie pozwoliłaś ich odciąć, to byłoby świętokradcze. A potem nie umiałbym nie nosić przy sobie odciętego pukla twoich włosów”. Niezręczność ciszy, która wtedy zapadła, trzeba było natychmiast wyrugować, poprosiłam więc spiesznie, łapiąc się pierwszego skojarzenia, jakie przyszło mi myśl, by mi opowiedział o swoim Sgian Dubh. Gdy już po pełnej pasji prezentacji odkładał go w ukrycie za lewą skarpetą, wstałam i poprosiłam o spacer. Księżyc dopiero kierował się ku pełni, ale świecił na tyle jasno, by skraść w pełni naszą uwagę. Przekomarzaliśmy się więc, czy majowy księżyc w pełni to Księżyc Kwiatowy, jak chciał Keith, czy Księżyc Mleczny – jak zawsze mówiła mi ciotka Catherine. Powstrzymywanie się od dotyku, przytulenia czy wręcz pocałunku wyjadało mi cichcem moją życiodajną energię, pranę. Spacerowałam, żartowałam, wchodziłam w karkołomne utarczki i intelektualnie wyrafinowane konstrukcje słowne, a pod spodem, jak przy upuszczaniu krwi do miseczki, kropla za kroplą spalały się moja silna wola, przyzwoitość i dobre wychowanie. I gdy po zakończeniu przechadzki Keith wreszcie odprowadził mnie do mojego pokoju gościnnego, nie upilnowałam już zwierzęcia w sobie i oddałam mu namiętnie długi gorący pocałunek. Świadoma, że następny krok byłby naszą zgubą, uciekłam za drzwi i przekręciłam klucz w zamku. Gdy zasuwałam kotarę, usłyszałam, jak Keith, szurając plecami o moje zamknięte drzwi, osunął się na podłogę. Wiem, że wiercił się tam na podłodze pod moimi drzwiami, owinięty ciasno swoim pledem, jeszcze dobrą chwilę po tym, jak wzeszło słońce. Wiem, bo przecież sama nie zmrużyłam oka.

Obmywam więc teraz swoją twarz wodą z jeziora, zmywam ślad po łzie, która spłynęła, gdy długo patrzyłam pod słońce w ślad za Keithem. Przed chwilą, nie odnalazłszy mnie, odjechał konno w stronę zamku. Chcę zmyć i łzę, i ślad wczorajszego pocałunku, i gorączkę pożądania, która mnie trawi. Moja skóra pachnie jego skórą. Wiem, że to widać. Wiem, że to może wydać nas, nasz grzech. Zanurzam więc znowu twarz w zimnej wodzie, prosząc jezioro, by wykonało swój rytuał. Obmyj mnie, wodo, obmyj, jak teraz ciotka Catherine obmywa stopy Hannah. Odśwież mnie i odnów, niech się dokona ta mikrodermabrazja, jak to nazywa Siobhan. Niech zmycie warstw nieczystej skóry będzie rytuałem, który pozwoli mi dziś wieczorem z podniesioną głową świadkować na ich ślubie. Wniknij w każde zagłębienie na twarzy, w nozdrza i te maleńkie kanaliki, które wypuszczają łzy, wpłyń do mego wnętrza, oczyszczając mnie i napełniając ponownie praną. Bądź mi nadzieją: na przepływ, na przemijanie, na minięcie tej szaleńczej namiętności i żądzy. Daj wiarę we własny głos rozsądku i sprzymierzenie ze mną takich okoliczności, zdarzeń i osób, które stając nam dziś na drodze, będą nas rozdzielać. Uruchom siłę, która pozwoli mi pogodzić się z tym, że to będzie rozłąka już na zawsze.

 

The post Wyznanie toni appeared first on Pro Libris.

]]>
Młode https://prolibris.net.pl/mlode/ Wed, 23 Oct 2024 09:03:10 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14135 Iwona Agnieszka Zielska

The post Młode appeared first on Pro Libris.

]]>

Iwona Agnieszka Zielska

Młode

 

Obserwując ten tumult, wrzaski i jęki, siepanie tomahawkami, ciosy nożami i zwykłe okładanie pięściami, czuję, że jestem tym kosmicznie zmęczona. Patrzę niby od kilku godzin, ale wiem, że oni zaczęli już o świcie. To nie pierwszy dzień ich walki, nie pierwsza bitwa w tej wojnie, nie pierwsza wojna u podnóża tych starych gór. Nadal nie umiem objąć bezmiaru tego barbarzyństwa i okrucieństwa, dociec motywacji, zrozumieć czegokolwiek, co – może – pomogłoby mi to oglądać. Może nawet mogłabym komuś kibicować? Jednak nie ogarniam, wygląda, jakby po prostu robili to dla samej satysfakcji takich zmagań. Brzydzi mnie to i odpycha, zamiast więc ingerować, próbować im coś podpowiedzieć, staram się teraz znaleźć jakiś inny wątek, odszukać jakiś pomniejszy element tej zawieruchy, coś co pozwoli mi skupić uwagę bez odrazy. I wtedy odnajduję jego.
Bezszelestnie odbija od brzegu. Zręcznie zanurza wiosło u samego trzonu, aby wchodziło w granatową toń miękko i gładko, jak w topiony tłuszcz. Zwinnie obraca nadgarstek i pióro ustawia prostopadle do nurtu rzeki, uzyskując maksymalny opór wody. Napina się teraz każdy mięsień jego muskularnego ramienia i z pewnością też te poprzeczne – rzeźbiące jego tors i plecy. Pewnie tak, choć nie widzę, bo nosi skrywającą korpus skórzaną kamizelkę, która nie tylko chroni jego pierś, ale też służy za płaski plecak, umożliwia schowanie rzeczy niewielkich, a cennych. Muszę przyznać, że prezentuje się zjawiskowo. Jego skóra lśni od potu i blasku srebrnej poświaty nieprzysłanianej żadną chmurką. Niebo jest czyste i nic nie przeszkadza mi widzieć. Detale tego stroju podkreślają jego zdecydowanie i skuteczność, jest funkcjonalny, ale nie brak mu wyjątkowej klasy, jakości i zwykłego, ziemskiego piękna. Teraz bezgłośnie wysuwa z wody wiosło z prawej strony czółna, lekko przenosi je nad dziobem i powtarza tę samą zręczną sztukę ze strony lewej. Prawa, lewa, prawa, lewa… I nic nie słychać, żadnego plusku, żadnego łoskotu, ani razu nie uderza wiosłem w burtę. Sunie po Tugaloo River, jakby to był wiosenny czy letni obłok, pozornie bez wysiłku, bez trudu, bez niespodzianek. Przewiduje każde spłycenie i każdy wpół zanurzony konar. Zręcznie je omija, manewrując wiosłem jak sterem.
Patrzy na wprost, nieomal nie porusza głową. Rzuty okiem na brzegi są błyskawiczne i w żaden sposób nie zmieniają jego postawy ani rytmu wiosłowania. Nie jest już wojownikiem. Nie jest nawet wioślarzem. Jest mistykiem, medytującym w ruchu. Perfekcyjnie zsynchronizowawszy oddech z ruchem, przypomina mi wahadło mistrzowsko wyregulowanego zegara. Ale on odmierza nie tylko czas, także odległość. Choć dla niego to właściwie to samo: wie, że dziś musi płynąć szóstą część dnia, nim dobije do brzegu, inaczej nie umie określić dystansu, jaki mu przychodzi przepłynąć pod osłoną nocy. Spieszy się, chce dopłynąć jak najdalej, nim to młode zacznie mu sprawiać kłopot.
Zaglądam nad jego lśniącym, naprężonym ramieniem na dziób, gdzie pod osłoną sklepienia burt ułożył zawiniątko ze śpiącym niemowlęciem. Małe nadal śpi, nic nie wie o mijającym czasie, kolejnych, pozostawianych daleko w tyle, cyplach i zatokach, o niezmierzonych ilościach przepchniętej nadludzkim wysiłkiem wody. Lekkie kołysanie czółna i szum wody o burty działają kojąco na młode, wzmacniają, pogłębiają i wydłużają jego sen. Przyglądam się temu, co wystaje z powijaków, choć wystaje niewiele, ale nie umiem nie dostrzegać tego, co widzą oni: ułożenie cieniuchnych brwi i kresek zespolonych par rzęs w kolorze smoły podkreśla krągłość polików, a do tego ten zadarty nosek i zwinięte w pączek ustka. Tak, oczywiście, że jest to urocze, nie mam jak temu zaprzeczyć. Ludzkie młode, gdy śpi, przykuwa uwagę i wywołuje rozrzewnienie. Napojone naparem z tarczycy i gniecionego maku zmieszanego z miodem może prześpi całą drogę – na to właśnie liczy Milczący Kruk, który wolałby stanąć oko w oko z obudzonym niedźwiedziem, niż musieć uspokoić płaczące młode. Właściwie to mu się nie dziwię, sama też bym nie wiedziała co robić. Czym innym jest patrzeć, jak one to robią, a jednak czym innym musieć samej radzić sobie z krzyczącym niemowlęciem.
Mija noc, już za połową, a Milczący Kruk nadal płynie. Jego ruchy są już słabsze i płynie wolniej, ale nadal nieomylnie za każdym razem trafia wiosłem w toń, a nie w burtę. Nadal czółno sunie bez plusku, niezauważone przez sarny i kozły. Żaden człowiek siedzący tyłem do wody, nawet tuż nad jej nurtem nie domyśliłby się, że ktoś go mija. Zobaczą go dopiero ci, którzy wypatrują podróżujących wodą. Zwiadowcy powiadamiają się pohukiwaniem, które Milczący Kruk zna i dobrze rozpoznaje. Wie, że gdy dobije do brzegu, to zanim wyciągnie czółno na ląd i wyjmie zeń niemowlę, będą już przy nim.
I, oczywiście, są. Kilkadziesiąt długości konia od brzegu, sześciu rosłych wojów tworzy szpaler, którym ma przejść Milczący Kruk i w który za chwilę, od drugiego końca, wkroczy brat wodza i jego żona. Byli uprzedzeni, a może jest to część jakiejś umowy? Gdyby Milczący Kruk nie miał ze sobą niemowlaka, nikt by mu nie wyszedł na spotkanie. Wojownicy po prostu poprowadziliby go do osady, a jeden zostałby przy łodzi. Kobieta odbiera powijaki z rąk strudzonego wioślarza i oddala się w kierunku wigwamów. Gospodarz zaś zagrodziwszy drogę, stoi na silnie wbitych w ziemię nogach i splata przedramiona na piersi, by zacząć zadawać przybyszowi pytania. Milczący Kruk tłumaczy, szeroko gestykulując, więcej robi min i wymachów, niż używa słów. Nietrudno jest mi się domyślić, że wycięto mu język. Przekaże więc tylko część tej trudnej i mrocznej historii. Jednak najwyraźniej słów wcale nie trzeba, dzieje się to, co miało się stać: dziecko trafia do mamki, a Milczący Kruk siada przy na nowo rozniecanym niskim ognisku i otrzymuje czarkę z mocnym aromatycznym naparem.
Obserwuję ich od wieków i nadal nie rozumiem praktyk wokół ludzkich młodych. Często traktują je jak największy skarb, hucznie celebrują ich pojawianie się na świecie, nie szczędzą wysiłków, by się nimi opiekować, chronić i rozwijać. Szczególnie oddane są im kobiety, które potrafią całe swoje życie ukształtować tak, aby ich młode były najwyższą wartością, najważniejszym celem i jedyną radością. Widuję oczywiście ludzkich samców, którzy zajmują się młodymi, ale zazwyczaj odnoszę wrażenie, że te zachowania, trudy i wysiłki wkładane są dla wyższej, nadrzędnej wartości, która wiąże się z kobietą, która owo młode wydała na świat. Ich samice zaś potrafią to hodowanie uprawiać jak religijną praktykę, z najwyższym oddaniem i w najgłębszej prawdzie i zgodzie ze sobą.
Bywa jednak, może równie często, że kobieta tego trudu nie podejmuje. Pozbywa się dziecka lub nie dopuszcza do jego pojawienia się na tym ich groteskowo uroczym świecie. Kobiety posiadają nadzwyczajną umiejętność decydowania o życiu i śmierci, o jego celowości lub nieprzydatności. Decyzje o życiu młodych podejmują naturalnie i samodzielnie, czasem błyskawicznie i niemal odruchowo, a czasem w długich cierpieniach wypełniających niekończące się miesiące katorżniczych nocnych rozważań. Gdy zdecydują o odrzuceniu młodego, zawsze taka śmierć pozostaje w nich i naznacza blizną na duszy. Często blizn jest więcej niż na ciele ich walecznych mężczyzn. Zaś każde urodziny stają się kolejnym ciężarem dorzucanym do wszystkich innych, które kobieta wcześniej niosła. Po prostu i to poniesie dalej…
Noc ma się ku końcowi, gdy zauważam jakieś poruszenie wśród wigwamów. W centralnym punkcie gromadzą się kobiety, jest wśród nich i żona brata wodza, która właśnie opuściła wigwam szamana, i nawet żona samego wodza, jest mamka z nowo przybyłym niemowlęciem i kilka innych starszych kobiet. Od niedogasłego ogniska przynoszony jest ogień i zapalana jakaś fajka. Kobiety siadają w kręgu, a na jego szczycie siedzi mamka kołysząca młode. Żona brata wodza coś opowiada i tłumaczy, trzymając w ręku jakiś totem i żywo nim potrząsa. Kobiety skłaniają głowy, a ta, która ma tu najwyższą pozycję, wstaje, omiata spojrzeniem krąg i odzywa się. Odbiera niemowlę mamce i uważnie mu się przygląda, a następnie oddaje zawiniątko mamce i żąda rozwiązania powijaków. Ogląda je raz jeszcze, zadając przy tym jakieś pytania mamce. Później pyta o coś siedzące w kręgu kobiety, ale one nie zabierają głosu, jakby milczenie i spokojny wzrok coś zatwierdzały. Coś, co jest czegoś końcem i początkiem. Żona wodza oddaje niemowlę i gdy mamka zawija go starannie w powijaki, żona brata wodza rozpala kadzidło. Krąg spowija teraz biała mgła, spod której przebija niski monotonny śpiew i widzę, że podchodzą do zawiniątka i przykładają doń dłonie. Trwa to dłuższą chwilę, a śpiew ich to narasta, to przycicha, by wreszcie ustać jak ucięty ostrym indiańskim nożem do skalpowania. Pada jakieś jedno słowo, wypowiedziane głośno i dobitnie, a następnie zostaje ono powtórzone przez wszystkie kobiety:
– Attakullakulla! – Oto młode zostało nazwane i jest od tej chwili członkiem plemienia.
Coraz słabiej ich widzę, wszystko traci ostrość, wraz ze stopniowym i bezdyskusyjnym przejmowaniem władzy nad planetą przez słońce. Będę musiała się usunąć, ale obrzęd i tak dobiegł już końca. Znów zadecydowały o życiu i śmierci, nazwały i naznaczyły. Jego losy, dobrostan i cierpienia na długi czas będą w pełni zależały od tego, co właśnie się odbyło, a co mogłam podglądać tu z góry.
Oni wierzą, że tu wśród chmur mieszka jakiś ich bóg. Że steruje ich losami, ma swoją agendę na ich życie, może decydować o życiu i śmierci. Też coś! One przecież sobie z tym doskonale radzą, nie potrzebują żadnego boga do tego, by podpowiadał im, jak mają ważyć się losy kolejnych pokoleń. A tu, na górze jestem po prostu ja, choć teraz już taka blada, że nie mogą mnie dostrzec, aż do kolejnego wschodu dziś wieczorem.

 

The post Młode appeared first on Pro Libris.

]]>