Czesław Sobkowiak Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/czeslaw-sobkowiak/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Thu, 27 Nov 2025 13:48:41 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Czesław Sobkowiak Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/czeslaw-sobkowiak/ 32 32 Odważny zachwyt. Jarosław Barańczak, Jeszcze stoimy https://prolibris.net.pl/odwazny-zachwyt-jaroslaw-baranczak-jeszcze-stoimy/ Thu, 27 Nov 2025 13:44:30 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=17029 Czesław Sobkowiak

The post Odważny zachwyt. Jarosław Barańczak, Jeszcze stoimy appeared first on Pro Libris.

]]>

Odważny zachwyt

Jarosław Barańczak, Jeszcze stoimy, Wydawnictwo MaMiKo, Nowa Ruda 2025, 58 s.

W ciągu pięciu lat ukazały się trzy zbiorki wierszy Jarosława Barańczaka: Znak, Bruzdy wyryte rydwanem i obecnie Jeszcze stoimy – dwa ostatnie w Wydawnictwie MaMiKo. Można najogólniej rzec, że cechuje je wnikliwe i intensywne doznawanie całej, jakby natłoczonej, wielowarstwowej pod każdym względem tkanki świata. Świata bliskiego, w którym poeta jest biograficznie i sytuacyjnie, społecznie zakorzeniony, i nieustannie sprawy cywilizacji go obchodzą. Widać, że intrygują go rzeczy, krainy odległe, których sens, całą ich egzotykę, próbuje zobrazować i zrozumieć. Konfrontuje je ze swoim ja, swoją wyobraźnią, wiedzą, zmysłem obserwacyjnym i wrażliwością duchową. Różne treści układają się w autorski znak rozpoznawczy Jarosława Barańczaka. Inicjują w nim pasję i determinację literackiego opisu. Bardzo dla poety ważne jest, by nie zajmować się światem powierzchownie, ale dociekliwie docierać do głębi znaczeń i ich skomplikowania czy nagromadzenia. Zapewnia to przyrodzona wrażliwość. Autor tkwi w nim, a więc patrzy na zewnątrz, i bardzo go wszystko obchodzi. Poszczególne wiersze wypełnia (tak należy powiedzieć) przywołanie wagi losów i biografii ludzi i rzeczy, które go stanowią, wzruszają, inicjują reakcję. Nawet muzyka to wywołuje. Doświadcza autor, że jest cząstką społecznej przestrzeni, więzi międzyludzkich, kultury i cywilizacji. Niczego nie chce ominąć ani zlekceważyć. Poeta buduje w tym zbiorku swoją poezję z niejednorodności treściowej, z przylegających do siebie sekwencji i odrębności istnienia. Adekwatnie kreuje w wyobraźni jego kształt.

Myślę, że szerokie widzenie, bo o takowym można tu mówić, wynika poniekąd z bycia podmiotu w nieustannej podróży przez świat. Widać, jak odwiedzanie miejsc naznaczonych historią (np. Galicja) wyzwala uczestniczącą narrację. Początkowe kilka stronic, układ wiersza po wierszu, stanowi relację z podróży dalekich. Czytelnik znajduje coś interesującego (tak sądzę), gdy czyta opis świata Italii, jego niezwykłości, jego piękna i bogactwa sztuki i krajobrazu (Chianti): „Zieleń winorośli tonie w wytyczonych/ rzędach, i mgła jeszcze Osłania ziemię”, ale jednocześnie przekonuje się, że ten kształt, także spokój na freskach, całe nagromadzenie form kultury, tradycji, myśli, poezji Dantego jest zagrożone (zauważa) „hordami, które zachłannie zadeptują/ przeszłość, żeby poznać smak eliksiru”. Budzi to mimowolne zatroskanie. Oczywiście nie turystycznej proweniencji, ale jako rzeczywiste docenienie symbolicznych wartości. Pojawił się problem – co z nimi. Poeta-humanista ukazuje cienie cywilizacyjnego lęku. W tym kontekście odważnie nie wzbrania się przed fascynacją dawnością bolońskich „madonn,/ tronujących na średniowiecznych deskach”, ma do nich swój mentalny dostęp, sąsiadują one jakby równolegle z „płonącymi witrynami/ sukien Versace z tęczami krawatów”. Jest jednak jedno i drugie objęte jakąś dozą wspólnoty współczesności. Kłopot jest taki, że nie daje się ona inaczej ukształtować. Muszą współistnieć sprawy trywialne epoki

obok wartości mających odwieczny horyzont. Na tym styku, ale jednak wyraźnie obok, są Kubeczki „marzeń o małym pieniążku/ i wielkiej zupie”. I w wierszu Greckie pogody ta niepokojąca mozaika odmienności i dwutorowości zostaje wyraźnie wychwycona. Nie ma pewności poza tą tylko oczywistą, że: „Życie nie ustaje” (Hotel The Bridge). Ale jakie ono jest? Uświadamia sobie poeta i temu poświęca sporo uwagi, że jednak radykalnie, brutalnie zmieniono to, co było w danym miejscu kiedyś uformowane. Ktoś mieszkał, czymś się zajmował. I nie ma nikogo. Teraz „Pośród twardych głosów” może poeta poczuć się jak obcy (jak intruz), ale też wie, że ciągle „Nagie kobiety patrzą na nich ze ścian/ z rysunkami Bruno Schulza”. Tak to J. Barańczak w swoich podróżach nieustannie konfrontuje swoje kulturowe ja z innością tego rodzaju sytuacji. Co ważne, daje temu wyraz, w poczuciu osobistego obowiązku (ostre światło. Domaga się pamięci), wiedząc co było, co stało się, więc daje wyraz skamieniałego dramatu czasu, miast, których domy są raczej „jak pomniki” dawnego życia. Czyni to, ledwo skrywając swój ból. Jako coś zupełnie innego jawią się odwiedzone Indie, Nepal, buddyjskie świątynie, kosmiczna harmonia, Annapurna, Ganges, kąpiele w rzece, Katmandu, Zielony Przylądek. Nie tyle ma miejsce konfrontacja, a bardziej ogarnia podmiot zaciekawiająca swoją innością egzotyka każdej tamtej sfery życia. Te tropy zwieńcza najbardziej wymowny wiersz Nowe życie. Nie brak w nim oczywiście dozy zadziwienia formami, które służą funkcjonowaniu społeczności. Toteż „odważny zachwyt”, wiodący ponad lęk i ciemność, jest możliwy.

Póki co… Poeta próbuje uchwycić refleks sensu w samym tyleż realnym, co symbolicznym „toczeniu się/ kul” życia. Bowiem nawet „Cyprysy wspięły się”. Zostaje jednak owo „ale”. Jest świadom tego, że wielkie zmaganie obejmuje świat. Wiersz Jeszcze stoimy cechuje też ważny osobisty akcent jego podmiotowej egzystencji, która wkracza i przez którą przenikają wszystkie bliższe obserwowane i doznawane sprawy.
Raz panoramicznie są podsumowywane, zapoznane, jednak nie oswojone emocjonalnie, migoczą blaskiem wielkiej skali zmiany, np. jak w Nowe Życie, a raz są to skupienia na banalnym, ale poniekąd bliskim – bo podmiot jest tu i teraz – epizodzie, jak w tytułowym wierszu: „Białe pasy na jezdni namawiają i nas/ do przejścia. Jeszcze stoimy”. To nie jest zbiór wierszy wsobnych, które by drążyły egotyczne klimaty i determinacje. Wynikają one ściśle z postawy szerokiego prezentowania egzystencji, zdarzeń, spotkań, rozmów. Z uwzględnienia wektora wskazującego na zewnątrz. A więc chodzi o rzetelność przedstawienia i opowiedzenia czegoś, co oczywiście poeta w biegu swojego życia poznał, dowiedział się i nie stało mu się to obojętne, ale trudne i po ludzku bolesne. Tak jak np. w wierszu Zabrany most, który eksponuje czyjś dramat: „Kiedy patrzyła na tę wielką wodę/ wiedziała, że znów została zdradzona”. Ta formuła retoryczna brzmi, jak refren i słyszymy w niej melodię, lament. Te powtórzenia wzmacniają ważność i obsesyjność treści, która w tym „patrzeniu” się uobecnia.

Albo jak w innym pt. Rower, zupełnie nieegzotycznym, ale dającym swojski rys wczesnych życiowych przygód i dorastania oraz ucieczki od czegoś. Wszystko jest w nim istotne: „spadał mi łańcuch” (znam to), „piłem piwo,/ z wentyla uchodziło powietrze”, „Uczyłem się uciekać” (znam to). Takie to epizody z dorastania i młodzieńcze wtajemniczania nabierają tu znaczenia. Poprzez tego rodzaju utwory w znacznym stopniu poznajemy wnętrze poety, kształt jego prywatnych doznań. Jest ich nie mało, bo to i Dym, w którym mają miejsce sprawy i zabawy ze „sznurkiem rozpiętym” do przeskakiwania, czyli chłopięce przygody podwórkowe. Od nich idzie się potem w szerszy świat. W swoje mądrości. Ten zbiorek jest relacją z aktywnego poznawania. Przywoływane są zdarzenia, jakby przypadkowe, epizodyczne, wyjazdy, zwiedzania. Towarzyszą im próby odpamiętywania, nie do końca jednak możliwego, „tego co tu było a może być mogło”. Chodzenie, pobyty w różnych miejscach, „zmagania się z czasem (Cienie). Wnikanie w historię jest w Jeszcze stoimy czynnikiem bardzo ważnym i powtarza się. Dotyczy przenikania polskich spraw tragicznych. Z drugiej strony poetyckie obrazowanie dotyczy zwyczajnej codzienności, poniekąd zwykłości, która nie niesie negatywnych skojarzeń, ba, na chwilę jawi się wręcz idyllicznie, pięknie, uciszająco (Pszczoły): „W porannej ciszy słyszę tylko pszczoły./ Bezczynne leżenie pochłania sen […] Powoli zanurzam się w jasno. Znów tu jest,/ wykropkowane szczęknięciami psów”. Jest na tak. Na chwilę udaje się ta ucieczka z trudnego, niepokojącego świata w piękno łagodnej zwykłości, w ciszę życia.

Kiedy przeczytamy ten zbiorek, widzimy, że poeta sytuuje się na jakiejś granicznej linii kruchości, zarówno możliwości poznania, jak i ludzkiego trwania. Swoją rację odzyskuje Barańczak głównie w muzyce klasycznej, np. w muzyce Mahlera, Bacha, Mozarta, Rachmaninowa… Ta jej ponadzmysłowość jakby duchowo ocala podmiot. Oczywiście nie gwarantuje zupełnego spokoju, ale jego namiastkę bez wątpienia. W gruncie rzeczy Barańczak jest kimś ciągle poszukującym, stawiającym dociekliwe pytania. Daje opis zarówno trudnej współczesności, jak i wyraz swojej prywatności. I jeszcze. Określa stylistykę tych wierszy przerzutnia, która też oddaje rytm współczesności. Zastanawiam się, jaka będzie dalsza droga poetycka Jarosława Barańczaka.

 

Czesław Sobkowiak

 

 

The post Odważny zachwyt. Jarosław Barańczak, Jeszcze stoimy appeared first on Pro Libris.

]]>
Wiersze [*** „zbliża się deszczowy niż…”, Urosły, Wszystko] https://prolibris.net.pl/wiersze-zbliza-sie-deszczowy-niz-urosly-wszystko/ Tue, 25 Nov 2025 06:51:43 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16523 Czesław Sobkowiak

The post Wiersze [*** „zbliża się deszczowy niż…”, Urosły, Wszystko] appeared first on Pro Libris.

]]>

Czesław Sobkowiak

 

***

Zbliża się deszczowy niż i coś jeszcze
Od czasu do czasu jasne obłoki nieba
I słowom niekiedy się udaje nie ginąć
Nie jedną drogę przejść i dalej
Nie brzmieć pusto i głucho na progu

Tyle jest ile sylaby uniosą znaczeń
I uznasz wieczorem że to są owoce
I ręce gdy jeszcze nie osłabną z powodu
Lub krzywdy od kogoś ciebie nie złamią
Więc bywa trochę lepiej trochę mniej

 

 

 

 

 

Urosły

Wysoko w polu łodygi urosły
Mam dla nich tkliwe spojrzenie
Chciałbym mieć tyle światła
Wiary i cierpliwości i błękitu
A jednak zapominam co wyżej

Gdzieś obok drżą topole olchy
Powiadamia o sobie woda w kanale
To tylko drzewa choć nie tylko
Bo nie odstępują ani na chwilę
Od sobie znanych postanowień

 

 

 

 

 

Wszystko

Wszystko od spiekoty od śniegu i wiatru
Od ufnego patrzenia sobie w oczy
I od tych którzy nie mają dobrych intencji
Albo się łudzą bez rozwagi i pamięci

Wszystko zanim się nie zgubi nie poplącze
Jakaś cisza chwila i zwyczajna uroda dnia
I ktoś będzie chciał zagarnąć obiecany dar
Całą rację w układaniu codziennych spraw

Wszystko od tętna obiegu krwi i nadziei
Zgodzi się lub nie zgodzi pełnić straż
I ciało nie każdy pomysł mieć za własny
Lecz mieć nie do odrzucenia znak pogody

 

 

The post Wiersze [*** „zbliża się deszczowy niż…”, Urosły, Wszystko] appeared first on Pro Libris.

]]>
Jeszcze https://prolibris.net.pl/jeszcze/ Mon, 24 Nov 2025 13:34:54 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16498 Czesław Sobkowiak

The post Jeszcze appeared first on Pro Libris.

]]>

Czesław Sobkowiak

Jeszcze

 

Podniosłem

Podniosłem kamyk ze ścieżki. Dałem wiarę kropli wody. Nie zgubiłem motyla ani pyłku trawy. Zgodziłem się z szelestem, smak owocu zapamiętałem, głód uznałem za istotę, światłu i podłodze ufałem, ból był mi brat najbliższy, od barw czekałem prawdy. I teraz cel już blisko. Gdzieś zapisany na innej kartce.

Wrotycz

Na dalekich polach jest sierpień i różne kwiaty w swoim dobrym czasie kwitnienia. Tam wrotycz kwitnie gromadnie, intensywnie żółto. Ma właściwości lecznicze. Ale należy zachować ostrożność. Nie pamiętam o tym. I nie obchodzę go z daleka, wręcz przeciwnie. Dotykam. Oglądam uważnie. Mnie leczy już samo patrzenie na skupisko kwiatów-ziół o twardych łodygach, którymi porosły sterty wysypanej ziemi. Chwała ich istnieniu. Jakiekolwiek wysypisko odludne jest dla nich odpowiednie.

W pobliżu

W pobliżu jest trasa szybkiego ruchu, co wiedzie w stronę morza. Auta pędzą. Jedne wyprzedzają inne. W jedną i w drugą stronę mkną auta. Mnie nic nie musi wyprzedzać i sam też nie chcę wyprzedzać, czyli być pierwszym. Kontemplacja nie zna prędkości. Ani bycia pierwszym. Jestem tu, gdzie chcę być, nie muszę donikąd zdążyć na koniec dnia. Cykoria wędrowna niebiesko świeci, wytrwale wytrzymuje upał i daje swoją obecnością to, co jest mi potrzebne w odruchu fascynacji.

Wiśnie

Wiśnie, nawet przed jabłkami, były i są mi najbardziej upragnione. Biegałem sto lat temu na wiejskie pustkowie, gdzie rosła niczyja, czyli bezpańska wiśnia. Wspinałem się na drzewo, jadłem zachłannie, i do garnka rwałem, ile się tylko udało. Przy okazji rozsypywałem je, ale jakoś potem zaniosłem mamie do domu na stół ich smak i kolor. A tego roku spotkało mnie coś szczególnego. Zaprosił mnie Mirosław do swego sadu wiśniowego na szerokie pole w Świdnicy i mogłem tych owoców garściami sobie nabrać, ile tylko chciałem. I dużo by o tym pisać, jakie to uczucie warte poezji.

Niestety

Tak się składa. Czytam różne poetyckie zbiorki i przekonuję się ku pewnemu zaskoczeniu, że przenika je nastrój, klimat i myślenie abnegacyjne. Usilne zaprzeczanie sensu życia, negatywizowanie egzystencji. To smutne. Może to młodzieńczy bunt? Czy są jakieś powody? Pesymizm widać nie tylko w młodzieńczych arkuszach. Zastanawiam się więc. Czego kiedyś nie wiedzieliśmy, nie chcieliśmy wiedzieć, bo miało być tylko dobrze. Teraz dowiadujemy się natychmiast, czytamy i oglądamy rzeczy straszne, gorszące. Internet działa, ruiny miast i inne okropności odwiedzają nas. Nie spodziewaliśmy się od cywilizacji takiego obrotu spraw. A co z przyszłością? Wypada oczekiwać, że wszystko niestety ulegnie pogorszeniu. Poeci to czują. Ich intuicja odgaduje. Kiedy jednak oglądam i biorę do ręki liść, źdźbło trawy, oglądam kroplę wody, to udziela mi się jakaś mistyczna pewność, że fundament życia przenika niesamowita pozytywność mimo wszystko, jakby odwieczna, która fascynuje. Czy to w dramatycznym czasie ma być czymś nieodpowiednim? I nie ma być miejsca na żadną pozytywność? Tylko epatowanie brakiem sensu oznacza kapitulację. Problem nie w abnegacji i kojarzonej z nią złości oraz niechęci, problem w tym, że znaczenie wartości zostało odłożone do lamusa.

Begonie i inne

Białe, fioletowe, czerwone, różowe, gdziekolwiek są, dają z siebie wszystko piękno ziemi i światła. I nigdy im nie dorównasz.

Wysokie

Pojawiły się w krajobrazie na wysokich pędach chaber bławatek, facelia błękitna, żmijowiec zwyczajny, dziewanna, bniec biały i inne. Pojawiły się subtelnie złote kwiaty dziurawca, jakby ktoś tu i ówdzie rozsypał jego nasiona. Patrzę, szukam oczami. I maki spotykam w delikatnych czerwieniach. A płatki dziurawca są niepozorne. Skuteczne pomagają na różne wewnętrzne dolegliwości. Tak nam to wszystko trwa mimo różnych przeszkód.

Po

Pół wieku tworzenia, życia, skreśleń, poprawek, nowych wersji, zabiegania o druk. I nagle usiadłem na kamieniu w milczeniu. Jest chwila, że mógłby ktoś, mógłby coś, przyjść ze słowem, odezwać się przez telefon, dać stół i krzesło i czas na czytanie, lecz nawet nie pomyśli o tym. Twórca czuje się dziwnie, gdy jego nadzieja zostaje kopnięta na margines.

Wobec

Tworzenie to ważna sprawa. Pisze się kształt wolności zdecydowanie samotnie wobec całego świata, ba, wszechświata, Boga i galaktyk. Tak to jest. To działa jak motor, któremu przybywa poczucia obowiązku, woli pracy i świadomości, że tego swojego świata nie można zaniechać, schować pod korcem, rzucić do szuflady, bo swoim dziełem, całą jego wizją mówi do człowieka, więc nie powinien odwracać się do niego plecami. Wprawiać się w egotyzm, co niestety obecnie staje się regułą. Dokąd tak chcemy dojść bez współuczestniczenia.

Są przyjazne wszystkie kolory, niepozbawione subtelności, jest podział na niebo i ziemię, jakieś konstrukcje natury zostały rozciągnięte. Natura zasiedla widok, ale ludzie to osobny temat.

Jeśli

Jeśli wyzbędziesz się uważności i zignorujesz racje natury, bliskiej, dookolnej, to również i człowieka zignorujesz.

Piszę

Piszę, czytam, co piszą inni. Jestem ciekawy ludzkiej mowy. Tak było od dzieciństwa. Wsłuchiwałem się, biegłem. To pamiętam. Świat mówi. Nie bądź nieczuły ani obojętny. Twoją polityką niech będzie wrażliwość i współczucie. Trzeba wiedzieć, że każdy z osobna musi do pewnych rzeczy chcieć dojść. Jest senny ranek, wstałem wcześnie, szare niebo, pojedyncze krople uderzają o blaszany parapet. Wystukują melodię przemijania.

Los widzi

Wdałem się w dyskusję, więc zapytano mnie o zdanie. Przeczytałem, że los widzi więcej niż światło. Refleksja poety jest taka, że byłoby dobrze wszystko mieć wysoko i pięknie w słowie, ale nie da się wszystkiego mieć wysoko i pięknie. Zwłaszcza w czterech ścianach domu. W ogóle w słowie, na kartce. Kto się łudzi, ten zapłaci cenę. Przeoczy ważne sprawy. Trzeba w pocie czoła zdobywać życie. W pocie czoła zapracować na chleb, urobić się nawet. Dźwigać kamienie. Ja to wiem w wystarczającym stopniu. Nie było nic lekko ani za darmo. Tak się układało i układa. Musi więc wystarczać nie za dużo, minimum. Owszem, nie pcham z marketu kosza załadowanego produktami. Nie jadę na wycieczki w różne strony świata – góry, wyspy i krainy. Słyszę, że wielu już na to stać. Mam inne problemy, które mnie obchodzą, a nawet sprawiają kłopot. Moi rodzicie, prości ludzie, mieli ciężej i to dużo ciężej. Pamiętam ich milczenie i powagę przy stole. Przed wojną starczało im zaledwie na kromkę chleba, sól, kartofle. Wojnę przeżyli w niewoli pracy przymusowej (w Zatoniu). Nie najgorzej, mimo że podlegali Niemcom. Potem znosili biedę w PRL-u. Ojca niemal posłano do więzienia. Umierał, ale ocalał za sprawą modlitwy. A teraz nagminnie słyszę zawzięte z pretensjami dyskusje o pieniądzu, że za mało. No tak, przyszedł czas i czasy, że pieniądz stał się bożkiem. Z zagadnieniami piękna ma to mało wspólnego. A poza tym doszło jawne zaprzeczanie wartościom. Pytano mnie o zdanie. Łatwo o tym dyskutować się nie da. Cywilizacja już nie słucha żadnych mądrych dyskusji, rozsądku ani wyciąganych wniosków i ostrzeżeń. Nie ma mądrości. Jest czas jałowy. Pisał o tym sto lat temu T.S. Eliot. Degeneracja nabiera rozpędu. Głupota jest w cenie. To nas gdzieś zaprowadzi. Ja wiem gdzie, ale to inna sprawa.

Tak już

Place, chodniki, ścieżki równiutko wyłożone betonową kostką, niby to dobrze i potrzebnie. Jesteśmy dumni, nie potkniemy się. Niby tak.

Niedziela

Niedziela. Patrzę na akwarelę Adama Bagińskiego. Dobre takie patrzenie, gdy dostrzega się piękno w przemiennym układzie barwnych pasm, dotknięć, punktów, linii idących, podnoszących się ku górze. Na samym dole akwareli jest szeroko położony, subtelny, prawie niedostrzegalny błękit, nad nim fiolet już intensywniej przechodzi w mocny granat. To jakby pierwszy akt kolorystyczny. Pierwsze napięcie. A wyżej płaszczyzna już uwyraźnia się w ciepłym pomarańczu. Chce być dostrzeżona w nią wpisana otucha. Układ barw jest wznoszący. Pośrodku obrazu zaledwie dotknięcia. Jakby senne, które wypełniają znaczny obszar. Całe w uciszeniu. Na samej już górze dynamicznie dzieją się rzeczy ważne. Granat decyduje o dynamice malarskich form. O wielu impulsach. Przebłyskują przez nie sygnalnie ciepłe pomarańcze, które upominają się swoim światłem o obecność. Są jak dopowiedzenia sensu, który ma zwyciężać. I zwycięża. Całość tej kompozycji ma jakąś niedefiniowalną treść. Dostrzegam poetycką urodę i ulotność, więcej – zwiewność. Ta całość daje obraz natchnienia, jakie Adama Bagińskiego naszło w akcie najpewniej porannego malowania.

Już coś

Już coś wyblakło, jakiś oddech, klimat, zrobiło się sennie, omijany sens, czas zjedzony, w piecu ciemność. Jednak szczególnego znaczenia ciągle są różne drobiazgi. Warte docenienia. Choćby i bardzo późno. To na przykład, że małe ptaki przylatują do słonecznika pożywiać się.

„Winiarz Zielonogórski”

Rok 2025 jest wyjątkowy. Zupełnie nieoczekiwanie stało się coś niezwykłego, zupełnie wyjątkowego. Nawet mi trudno dojść, w jaki to sposób. Całość pisma „Winiarz”, które rozkrzewia mit i trwanie uprawy winorośli, tradycji już wiekowej, wznowionej (nr 65, lipiec 2025, wydanie bibliofilskie), szczęśliwym trafem wypełniła garść moich wierszy o winie, winogronach i temu pobliskich tematach, tudzież są teksty o mnie. Na pierwszej stronie całkiem sporo napisał Mirosław Kuleba, np.: „Przewija się w nich [w wierszach – red.] motyw wina wpleciony w tkankę życia”. Tak właśnie. Jest także zdjęcie. Stoję z książką w ręku na tle obrazów Andrzeja Gordona, eksponowanych w naszym Muzeum. To fotografia wykonana (w latach 80. XX w.) przez Czesława Łuniewicza. Na drugiej stronie piękna grafika – miedzioryt Stanisława Pary. I na ostatniej sympatyczne słowo od Redakcji: „Dawno temu Czesław Sobkowiak urodził się”. Kapitalne. Mało tego. Kilkanaście ekslibrisów różnych artystów – Leszka Frey Witkowskiego, Wioletty Józefiak, Aleksandry Ogórkiewicz, Vicktora Chrenko (że tylko te nazwiska wymienię) towarzyszy wierszom. Każdy ekslibris wyróżnia inna kreska i pomysłowe wykorzystanie barw. To wszystko razem wzięte daje świetny efekt. Jakąś elegancją i subtelnością edytorską emanuje ten „Winiarz”. Oby tak dalej. I jeszcze słowo ode mnie: dziękuję.

 

The post Jeszcze appeared first on Pro Libris.

]]>
Wokół sacrum https://prolibris.net.pl/wokol-sacrum/ Tue, 20 May 2025 09:53:37 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15683 Czesław Sobkowiak

The post Wokół sacrum appeared first on Pro Libris.

]]>

Czesław Sobkowiak

Wokół sacrum

 

Pasja według Gąsiora

Poszedłem 15 marca na wernisaż wystawy pt. Pasja według Gąsiora do Muzeum w Zielonej Górze. Słowo „według” wskazywało na wyraźnie autorskie nacechowanie. Nawiązywało, co istotne, do przedwielkanocnego czasu Wielkiego Postu. To swoje przeżywanie i rozmyślanie o Męce Chrystusa artysta dedykował pod rozwagę zwiedzającym. Taki był zamysł gorzowskiego twórcy. Chyba nietrudno było tę intencję dostrzec. Oglądałem autorskie rzeźby i asamblaże w ciszy, niemal w pokutnym skupieniu, niemal w wyłączeniu się ze świata, jakbym odbywał swoje osobiste rekolekcje. Dla mnie było oczywiste, że nie chodzi artyście o aspekt jedynie artystyczny. Przy pomocy swoich prac zapewne też chciał zbliżyć się, na tyle na ile to było możliwe, do tajemnicy cierpienia i zbawienia. W tej muzealnej sali czułem, że za pośrednictwem sztuki dokonuje się we mnie coś w rodzaju wewnętrznego, katarktycznego oczyszczenia. Jakieś wyraźne przekroczenie estetycznych znaczeń wystawowych obiektów. Myślę, że chodziło artyście nie tylko o podziwianie jego warsztatu, ale i w dużym stopniu o nasze wnętrza, o stan duchowy współczesnej rzeczywistości. Taki był mój odbiór. Może nie tylko mój. Artysta, ale raczej powiedzmy: człowiek w artyście, coś ważnego patrzącym przekazywał w tych biblijnych odniesieniach. Treść ludzka i sakralna dostrzegalna w każdym eksponacie dawała o sobie znać. Utwierdzała w racjach, które tkwią w ludziach już przygaszone. Niestety. Więc dobrze, że zdarzyła się taka właśnie wystawa, zwłaszcza w odpowiednim czasie. Takie przejmujące, bardzo mocne wyznanie. Miejscami wręcz wstrząsające w nawiązaniach, np. do Holokaustu (Opus 1939-45), do Ukrainy, do desakralizacji treści metafizycznych i zachwiania się współczesnej moralności (Ukrzyżowany i zeszmacony), do Biblii (Syn marnotrawny – to postać u stóp ojcowskiego przebaczenia i ojcowskiej miłości, jak na obrazie Rembrandta), do cierpienia i męki Chrystusa, bólu Matki trzymającej na kolanach ciało umarłego Syna (Piety). Oglądałem eksponaty, jakbym chciał wniknąć w ich sens. Jakoś nie umiałem tylko obejrzeć i pójść sobie. Jak inni. Czułem się napominany, wezwany do refleksji. Rzecz też niebagatelna. Poniekąd najważniejsza. Otóż Gąsior dla wyrażenia tych wszystkich zagadnień użył tworzywa banalnego, powszedniego, przedmiotów nieużytecznych, wziętych jakby ze śmietnika, zniszczonych przez czas, u ludzi już niemających żadnego poważania. To zardzewiałe, pogięte gwoździe (to Moje grzechy), kawałki zużytych, zestarzałych desek, szarego płótna, połamany Chrystus, odpadły od nagrobnego krzyża, kawałki pogiętej blachy, przedmioty całkiem zbędne, wyrzucone, więc i odrzucone. Za sprawą jego warsztatu wskazują jednak na sferę ważną, na wartości, które spotyka zgubny los. Artysta pokazał w ten sposób dramat człowieka, który ma w perspektywie pustkę, poniżenie, brak sensu, zniszczenie. Rzeczą twórczego wysiłku w jego sztuce jest przywołać w tym, co najmniejsze to, co najważniejsze. Upomniał się o tę sferę w sposób maksymalnie prosty i czytelny, pokornie. Wzruszająco. Upodobał sobie nieprzypadkowo stare drewno. Niepozorne, a przecież dające mocną wymowę. Jego starość i słabość, nie solidna nowość tworzywa, pełni tu ważną funkcję. Chodzi zdecydowanie o stare drewno, o doświadczone, które, mówiąc poetycko, wie, o jakie sprawy w życiu chodzi, o jaką wiarygodność i zasady. Nie o blichtr, chwilowy kaprys ani o dewocję, ale o trwanie pośród przeciwieństw, co stanowiło przez wieki fundament kultury europejskiej. I dodałbym jeszcze, że udało się artyście wyposażyć swoje rzeźby w uniwersalną wymowę. Rzeźby Gąsiora to są znaki. Dotyczą wnętrza pojedynczej osoby, lecz i ludzkiego ogółu. To wypada mieć na uwadze w odniesieniu do dzieła gorzowskiego artysty, który natchnienie czerpie z odniesień do historii biblijnych i ewangelicznych. Nie zaprzecza ustalonym prawdom.

Dawniej i teraz

Nastąpiła zmiana w funkcjonowaniu sztuki. Przez wieki w klasycznej sztuce obowiązywała reguła, niepisana wprost, że chodzi o stworzenie takiego dzieła, by człowiek w jego obszar mógł wejść i samego siebie odnaleźć. Wniknąć w sztukę mentalnie, duchowo itp. W tym celu oczywiście również oddziaływała, ale niezwykle subtelnie, dyskretnie (temat to do rozważań). A co jest w tej sferze obecnie? Teraz artysta różnymi sposobami, prowokacjami, szokowaniem chce za wszelką cenę wniknąć w odbiorcę. Zawładnąć jego wnętrzem, osobowością, emocjami. Poniekąd narzucić mu swój świat i swoje motywacje. Bez żadnego uzasadnienia, w imię czego podejmuje to usilne staranie?

Zima

Jest czas zimy, ale nie ma wielkiej zimy. Dni kapryśne, codziennie inne, nie wiadomo, o co chodzi prawdziwej zimie. W nocy śnieg, za dnia błoto pośniegowe. Ogólnie chłód. Nie można się zanurzyć w jakąkolwiek powagę. Coś jest w przyrodzie, ale czegoś nie ma. Poza tym. Są poeci i nie ma poetów. Wierszy dużo, coraz więcej, poezji mało. A jeśli komuś się uda iść swoją ścieżką, to zaraz, że nie przystaje do współczesnego świata ze swoją retoryką. I tak pozbawiamy się prawa do istotnego miana poety. Na domiar złego, czy można kogoś wyuczyć pisania poezji? Ogłoszenia pojawiają się. Tylko po co?

Temat

Temat, czyli co malować i o czym pisać. Myślę, że może to być cokolwiek i o czymkolwiek. Jest tylko jeden warunek, którego nie da się potraktować dowolnie. Dowolnie kłaść farb na płótnie, czasem nawet bez udziału świadomej decyzji. Zawsze to musi być wykonane w zgodzie z własnym jestestwem. Co jest niezwykle trudne, gdyż sami nie wiemy do końca, jaką wewnętrzną treść wyrażamy. Po latach okazuje się, jaka ona jest i była. I nawet mniejsza o to. Jednak czegoś nie da się ominąć, czyli dobrego wykonania twórczej pracy, co znowu jawi się jako wielka niewiadoma. Ma być prosto lub skomplikowanie, dużo lub mało słów. Odpowiednie rzeczy dać słowo. Tego nikt doraźnie nie podpowie. Nikt piszącego nie jest w stanie przeniknąć swoimi radami. Wiedza o tym jest sekretna. Rzecz nie w poszczególnych wierszach, rzecz w tym, by każdym nowym utworem pokazać, że chodzi twórcy o powołanie twórczego zjawiska, które powstaje, dorasta do pełni jako jedyne, oryginalne i niepowtarzalne. Wtedy staje się wszystko uzasadnione – i temat, i stylistyka. Cokolwiek by to nie było.

Cieniutka

Za oknem cieniutka powłoka, warstewka śniegu, na tym śniegu bezradnie udającym zimę leży słońce. Rozlewa się jego jasność. Ale. Jeszcze kilka chwil i wszystko zgaśnie. I biel, i blask. Nie ma zmartwienia, mimo że pojawi się brunatny, ciężki krajobraz olchowego lasu, piękno da znać o sobie, też da się polubić. Przy biurku zimno. Nadwerężone kolano to odczuwa, owinąłem je swetrem i zawiązałem. Trochę ten zabieg pomaga, bo zimno do niego mniej dociera. Próbuję sobie przypomnieć, w którym tomiku jest mój duży poemat o dawnym czasie We Wrocławiu. Chce go koniecznie ponownie przeczytać Kazik. Szukam. Jest w Coraz mniej: „A Kazik przypominał ptaka który długo swego miejsca nie zagrzewa/ W stanie wojennym wyemigrował do Francji”.

Płacenie ceny

Jeśli myślisz, że uda ci się być twórcą bez konieczności płacenia ceny za to miano całym swoim życiem, to się bardzo mylisz. Jednak w innym przypadku używanie pióra i papieru nie ma sensu. Nie miej złudzeń.

Pytać

Pytać bezsensu o sens nie ma sensu. Z dnia na dzień trzeba żyć, oto całe zadanie. Urosły drzewa, kupiliśmy nowe auta, urządzenia, sprzęty elektroniczne, odnowiły się wnętrza domów, znajomi uśmiechają się. Ale gdzie człowiek? Z człowiekiem są kłopoty, gromadzi się marny nastrój, mimo wymyślenia wielu pięknych rzeczy, które pomagają w codzienności. Ludzkości jednak daleko, a może nawet coraz dalej, do pozbycia się wielu ciężkich problemów.

Będą

Będą ciebie pomijać, a nawet mieć ci wiele za złe. Ty jednak samego siebie nie pomijaj, nie miej za złe swojej wrażliwości, swojego ulubienia prawdy, czyli tego, że nie udajesz kogoś, kim nie jesteś, idziesz po prostu przez swoje dni. I przyjmujesz te dni takimi, jakie one są.

Miłosz

Idąc łącznikiem z holu Biblioteki do Salonu mamy (mieliśmy) okazję obejrzeć wielce interesującą wystawę zdjęć Czesława Miłosza, które wykonał Adam Lizakowski w Ameryce. Oglądałem. Nazywa się Miłosz po amerykańsku. Niezbyt to trafnie brzmi, ale mniejsza o to. Możemy zobaczyć Poetę w bardzo wielu ujęciach. I sobie nieco wyobrazić tamtejsze jego życie, cząstkę życia, tyle, ile udało się Lizakowskiemu uchwycić. W aucie, na spacerze, na spotkaniach autorskich, w towarzystwie różnych osób, siedzącego przy swoim biurku, podpisującego książki. Wszystko przejrzyście opisane. Dużo informacji. Też faksymile rękopisów, które mogą zaciekawić. W gablotach książki Noblisty. Wypisałem sobie z jednego z listów takie zdania: „Opłaca się pisać prawdę czy też starać się pisać prawdę. Wbrew przyjętym opiniom, że poezja to co innego niż pisanie prawdy. Nawet w tak okropnej rzeczywistości”. I to dodało mi trochę otuchy.

Czyli Wokół Sacrum

Działo się to w Zielnej Górze, w Salonie wystawowym Biblioteki Norwida, 4 grudnia 2024 roku. Kilka osób w późnej godzinie popołudniowej brało udział w otwarciu wystawy artystycznej Gąsiora. Tym razem, co można uznać za konsekwencję i artystyczną potrzebę, dopowiedziana została druga strona historii zbawienia. Artysta pokazał owo zagadnienie od strony betlejemskiej cudowności i zwykłości narodzin zapowiadanego przez proroków Dzieciątka. Któremu, położonemu na sianku w żłobie, pokłon złożyli okoliczni pastuszkowie, bydlęta i Trzej Królowie prowadzeni przez Gwiazdę. A działo się to dawno, dawno temu, za panowania Króla Heroda. Ale… chodzi o wystawę. W zasadzie nie ma tu, na pierwszym planie obrazu jakiegokolwiek cierpienia ani Krzyża. Akcent zostaje położony na niedającej się zanegować pozytywności (Anielski tercet). Aniołowie muzycznie obwieszczają nadejście czegoś niezwykłego. Co owiane jest tajemnicą. I bezpośrednio (Zwiastowanie) obwieszczone zostaje Maryi. Ona będzie to w swoim sercu rozważać. Że narodzi się dziecko. Artysta to opowiada w kolejnych rzeźbach. Ów Bóg jest maleńki. Cichy. W skromnych szopkach otoczony czułością matki. Gdzie mu zasiadać na jakimś ziemskim tronie i zagrażać realnie Herodowi. Wyśpiewywany jest wspaniale w polskich kolędach, malowany przez wieki przez największych europejskich malarzy, takich jak: Caravaggio, Rubens, van Dyck, Murillo, van Gogh, Gauguin, da Vinci, Rembrandt i inni. Zafascynowała ludzi w tej maleńkości życia jawiąca się nadzieja na odrodzenie świata. I fascynuje nadal, choć już nie w takim samym stopniu. Jednak nadal „Bóg się rodzi”. I na wystawie także. Nie ma więc wizji śmierci, ukrzyżowania, cierpienia, rozpaczy, grzechu ani miejsca na to wszystko, co przedstawiała ekspozycja w Muzeum. Jest fascynacja i cenienie nierozerwalnej więzi matki z dzieckiem tak wymownie pokazane, zwłaszcza w jednej z rzeźb (Matka). W sumie ekspozycja dotyczy czegoś nowego. Innego. Oglądający, myślę, odczytują wyjątkową aurę, tę zapoznaną we własnej rodzinie, tu przywołaną jako sacrum, bo tworzą ją przecież sceny rodzinne, wizerunki lewitujących aniołów, na wystawie umieszczone w niejednym miejscu. Celowo licznie pokazane. Uskrzydlają przestrzeń Salonu razem z ptakami. Duże, smukłe wysokie są ich postacie, emanujące czystością, zwiewnością, bliskością nieba, niektóre pomalowane delikatnymi odcieniami, ni to bieli, seledynu, ni błękitu, czerwieni. Oczywiście z nieodzownymi skrzydłami, aureolami. Aniołowie odwiedzają świat. Zaznajomiony z nimi jest artysta. Częściej jednak są zwyczajni, tacy sami poniekąd jak ludzie, więc też szarzy, przepasani sznurem, przy tym dyskretni, uroczyści, trzeba mieć wrażliwość, by dostrzec ich działanie i obecność. Akurat słusznie, że mają w tej wystawie przypisane tak duże znaczenie. Bo chodzi też o dzieciństwo anielskie Jezusa, o niewinność i piękno towarzyszących mu aniołków, o coś szczególnego, a mianowicie o wizję cudowności istnienia, innego świata, nie o przynależność jedynie do ziemskich sytuacji i spraw, ale i do nadprzyrodzonych zrządzeń. Treścią tej wystawy jest więc subtelna radość, biorąca się z narodzin ludzkiego dziecka, któremu nie pałace są pisane. Chodzi o dziecko otoczone troską, miłością rodziców, co widzimy w poszczególnych ujęciach, w szopkach nawiązujących do ludowych tradycji. Jednak nie tych krakowskich, monumentalnych, konkursowych. Jest radość i urok ptaszków towarzyszących dzieciństwu, co się pamięta, właśnie owe ptaszki, w locie, na gałązkach, ich śpiewy, świergoty. Chodzi przecież i o nas, o to, czego kiedyś zaznawaliśmy. Nawiązuje Gąsior tymi rzeźbami do sympatycznych ptaszków, uczepionych, jakby na ptasich domkach, budkach i wręcz gromadnie w obrębie rzeźby (jednej z najpiękniejszych) postaci świętego Franciszka z Asyżu (Święty Franciszek). A jest to już co najmniej sprawa nie ludowego wyobrażenia, ale teologiczna. I też sam Jezus jako dorastający chłopczyk został pokazany w zabawach, jakie w każdym i naszym, moim, dzieciństwie miały miejsce, co jest, co było i bywa nieodłączną częścią dorastania do życiowych powołań. Ta wystawa nie jest świątkowa. Ma metafizyczną powagę. Zwłaszcza w drugiej części. Nie ustawia przy tym wysokich progów do jej percepcji. Są przedstawienia rzeczy, postaci absolutnie nie ilustracyjne, ale one same w sobie wymagają trudnej refleksji (Hiob, Grupa Pasji, Golgota, Pieta I, Plecy, Syn marnotrawny) – szczególnie przejmujące. I już niedające się traktować jak wręcz bajkowe opowiastki, ku prostemu zachwytowi. Ten niewykoncypowany zachwyt oczywiście ma znaczenie. Uśmiech akceptacyjny twórcy towarzyszy wielu sprawom, tym pierwszym w życiu człowieka też. Ale i daje artysta wyraz rozumienia wyższej sfery zagadnień. Położony został nacisk na to właśnie jak na wzór wyższego ładu. O to chodzi. Napawałem się jego sielskością, ale i dostrzegałem głębsze przesłanie. Trzeba mieć na uwadze, że przy pomocy prostego tworzywa, starego drewna, jakichś też przedmiotów wprowadzonych w obręb stuki, Gąsior wypowiada to, co go naprawdę raduje i co boli. Z jednej strony mamy sielski bieg życia, a z drugiej, ból, śmierć, cierpienie.

 

The post Wokół sacrum appeared first on Pro Libris.

]]>
Powroty do gniazda, Eugeniusz Kurzawa, Rynek 11 https://prolibris.net.pl/powroty-do-gniazda-eugeniusz-kurzawa-rynek-11/ Mon, 27 Jan 2025 08:42:11 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15504 Czesław Sobkowiak

The post Powroty do gniazda, Eugeniusz Kurzawa, Rynek 11 appeared first on Pro Libris.

]]>

Powroty do gniazda

Eugeniusz Kurzawa, Rynek 11, Nakładem własnym, Wilkanowo – Zielona Góra 2024, 186 s.

Na księgę życia składają się bardzo różne rzeczy, drobne, wielkie, które wypełniają dni, miesiące i lata. Pierwszymi jej słowami, zdaniami i kartami jest to wszystko, czego doświadczyło się w dzieciństwie, zwłaszcza w domu rodzinnym. To, jakimi treściami były przeniknięte relacje z rodzicami, ma znaczenie. A także – relacje z kolegami. Jaka była szkoła, zabawy dziecięce, koleje podstawowej nauki, potem kształcenie zawodu, zakładanie rodziny. A gdy opuści się już gniazdo domu rodzinnego, dużo z tego zasobu zapomina się. Jednak jakby tylko na chwilę. Przychodzi pełnienie ról społecznych, różnorodnych najczęściej. I dopiero z perspektywy późniejszych lat te doświadczenia i przejścia zdają się wracać niemal w całym blasku i kształcie. I zmieniać się w opowieści, które oczywiście, bywają nie tylko o domu rodzinnym, bo i o innych, dorosłych, doświadczeniach i przejściach. W zasadzie każdy twórca do tej sfery biograficznej powraca. Może ona stanowić świetną inspirację do tworzenia kolejnego dzieła. Taki czas opisu przyszedł właśnie do Eugeniusza Kurzawy, który ma już spory dorobek literacki. Najnowsza książka – można rzec – wspomnieniowa pt. Rynek 11 jest tego przykładem. Jest powrotem do dawnego czasu w rodzinnym Zbąszyniu.

Na jej narrację biograficzną składają się kawałki opowieściowe, zawsze dotyczące jakiegoś epizodu ówczesnego życia. Autor uzyskuje przez to efekt skupienia tematycznego. I te małe prozy jawią się jako wyraziście czytelne. Niektóre nacechowane nawet stylem eseistycznym (Dorastanie do korzeni, Aneks). Zwraca uwagę dokładność obrazowa, przedmiotowa, wnikliwość w docieraniu do szczegółów. Warta naśladowania dociekliwość. Widoczna jest dokumentująca pamięć sytuacji i nazwisk. Chce autor, aby jak najpełniej, aż do przysłowiowego bólu, wszystkie detale przywołać, wyjaśnić, by cała rozległa wiedza znalazła swoje miejsce w jego opisach. Są więc zdania poświęcone mamie pisarza, co regularnie latem, w wakacje, musiała zapracować „na worek ziemniaków, wiadro agrestu, porzeczek, jabłek” (s. 58), jej zaradności (mimo choroby bólowej), jej charakterowi, historii domu zbudowanego przez Niemca i oznaczonego numerem 11. Najwięcej możemy dowiadywać się z wielu zapisów o ojcu. Choćby o tym, jak w wyniku jakichś przejść wyuczył się na krawca. Pisze Kurzawa o tym raz po raz, temat jak widać jest dla niego ważny. Postać ojca pojawia się także często w dodanych na końcu książki wierszach. Ładnie np. opisane jest jego radiotechniczne hobby, ale i epizod z ojcem szyjącym na poczekaniu grupie młodzieży czerwone krawaty, gdyż chce w nich jechać na powitanie Jurija Gagarina do Zielonej Góry (22 lipca 1961). Ciekawi Eugeniusza oczywiście cała sfera i historia rodzinna bliższa i dalsza, ale mam wrażenie, że chciałby także wiedzieć więcej o tym, co kryją owe niewyjawione ojcowskie tajemnice życiowe, które nawet po latach nie dają mu spokoju. Do faktu swojej niewiedzy wraca. Jednak ojciec nie powiedział nigdy, czego dotyczą. Precyzyjne przedstawienia dzieciństwa i młodzieńczych lat stanowią dobrą cechę jego prozatorskiego stylu, który ma sporo zalet. Autor może nawet zadziwiać tym, że zachował o wszystkim tak żywą pamięć. W ten sposób, z jednej strony, pokazuje, jak bardzo zapadły w niego te sytuacje, a z drugiej, że są prawdziwe, w niczym niezmyślane ani artystycznie przetworzone. Chodzi nawet o banalną realność tych opowieści, a nie o popisywanie się wyobraźniowym ubarwieniem. O „codzienne wstawanie na pociąg”, by jechać do technikum mechanicznego w Świebodzinie, o czytanie „Radaru”. Życie, tutaj to widać, to kosmos różności życiowych. Zdaje się, że taki sposób widzenia świata ma wiele wspólnego z wielkopolską mentalnością, której zadaniem jest rzetelne trzymanie się realnego konkretu, a w konsekwencji trzeźwego oglądu wszystkich zagadnień. Tym zbąszyńskim prozom towarzyszy na końcu poetycki cykl, czyli garść dołączonych wierszy. Pamiętajmy, uprawia Kurzawa także poezję, więc skorzystał i z tej umiejętności. Te wiersze również są biograficzne i dotyczą adresu mieszkania Rynek 11. Dodam, że utrzymane są w podobnej stylistyce co proza. Na okładce książki widzimy małego chłopczyka, który przy pomocy mamy autora (tak się domyślam) uczy się stawiać pierwsze kroki. Plac jest pusty, stoi jedno auto wartburg na postoju taxi, w równych odstępach posadzone są drzewa i widać fasady kilku domów. Opisaniem tego Rynku autor otwiera swoją książkę. Wylicza, jak to wyglądało dawniej: „Rynek to było – poza szkołą nr 2 i kościołem – ledwie kilka sklepów na krzyż; apteka, sklep masarski Wajsa, kolonialka na rogu, a na drugim narożniku alkoholowy. […] Niewiele jak na serce miasta (przed wojną było ciekawiej” (s. 15). Nad tą fotografią jest druga fotografia, która też pokazuje. Przy okrągłym stole siedzi mama autora, patrzy w obiektyw i ojciec w białej koszuli, ale skupiony jest na czytaniu gazety. To już są późne lata. Ta okładka jest wstępem do prozatorskich treści. Warto zauważyć, że szczęśliwie książka zilustrowana została wieloma archiwalnymi zdjęciami. Dodają jej uroku. Fotografie podpisane są imionami i nazwiskami osób na nich widocznych. Najczęściej to oczywiście rodzina E. Kurzawy. Wyraźnie widać, że pisarz, mieszkający obecnie w Wilkanowie, postanowił nie powierzchownie, ale solennie przedstawić swoje biograficzne dzieje. I szerokie ich otoczenie. To również istotne, że język jego narracji jest zwięzły, dociekliwy. Chodzi o przywołanie po kronikarsku wszystkiego, co tylko się da. Ścielenia łóżka bądź etapów odchodzenia od wiary katolickiej lub w ogóle wiary. Tak bywa. Zarazem Kurzawa czytelnikowi daje wgląd (ale mały) do własnego podmiotowego wnętrza, rozterek, psychicznych, myślowych, uczuciowych, niepokojów młodzieńczych, nawet sennych przeżyć intymnych, których doznał i mocno je zapamiętał. Tak. Ten sposób prowadzenia narracji biograficznej może czytelnika zaciekawiać. Książka uzmysłowia, jaką wagę ma pamiętanie tego, co było kiedyś, co minęło. To jest fundament. Jest też dowodem na prawie niezauważalne, bo powolne, zmienianie się rzeczywistości, a zarazem ludzkiej obyczajowości, charakteryzującej jakąś społeczność. Przypominanie tego, co było, jak kiedyś ludzie żyli, i jak było w rodzinie oraz w najbliższym otoczeniu, ma ta książka charakter prawdy o zwyczajności codziennego trwania, o obowiązkach i radzeniu sobie ze wszystkimi trudnościami. Nie jest to proza napisana pod dzisiejszą modę narracyjną, pod epatowanie sensacjami, dziwactwami, skrzywieniami psychicznymi czy deprawacją moralną. Ale dotyczy zwyczajnego biegu życia. Daje obraz wiarygodny, w którym, owszem, dominowała powtarzalność i typowość. I wszechobecna właśnie zwyczajność. Spójnie jednak zostały przedstawione autorskie eskapady przy pomocy „zapisów (z) pamięci” we wczesne lata dzieciństwa i te młodzieńcze. Pisarz mimowolnie tworzy legendę czasu i mitycznie zanurza się w historię miejsca. To jest dla niego (i dla potomnych) nie bez znaczenia. Mimo dozy stylistycznej oschłości (może narracja mogła być bardziej rozbudowana, uczestnicząca) jawi się Zbąszyn dosyć barwnie, jak choćby owe zapamiętane uruchamianie trzech kościelnych dzwonów „w zbąszyńskiej kolegiacie”, co pokazuje autor: „Naszego lokalnego »Zygmunta«. Był tak wielki, że rozkołysywano go bardzo krótką, może siedmio-, ośmiometrową liną z węzłami dla lepszego uchwytu. Wisiało na niej przynajmniej paru ministrantów” (s. 49). Ministranckość młodzieńczego Kurzawy pojawia się kilka razy na kartach. I w tym miejscu wypada zapytać, czemu później tak ostro odcina się od Kościoła? Nie do końca tę kwestię wyjaśnia, a raczej zbywa banalnie. Tego wątku nie rozwija. Ta proza napisana na granicy stylu stricte dokumentalnego, momentami reportażowego, jak widać stroni od introspekcyjnych i emocjonalnych wynurzeń. Szkoda, bo byłoby to dopełnieniem doznań i rzeczywistości. Cechą tej prozy jest oddanie rytmu i klimatu lokalnego, prowincjonalnego życia małego miasteczka. Kurzawa przez pryzmat własnego domu pokazuje ludzi i rzeczy, i miejsca, to wszystko, z czym miał do czynienia. Zastanawiam się przy tym, na ile tu potrzebne jest swoiste wyznanie światopoglądowe Życie alternatywne. Te rozważania polityczne tak ujęte odbieram jako nadgorliwy w tym toku narracyjnym zgrzyt. Załączony jest też Aneks genealogiczny… warty docenienia, ale to już dla „szczególnie zainteresowanych” ważne uzupełnienie. Generalnie Eugeniusz Kurzawa dokłada swoją cegiełkę do opisu lubuskiego genius loci, co ciągle potrzebne jest literaturze lubuskiej.

Czesław Sobkowiak

 

The post Powroty do gniazda, Eugeniusz Kurzawa, Rynek 11 appeared first on Pro Libris.

]]>
Dopływy rzeki Odry Marta Bąkiewicz, Literackie dorzecze Odry. Wokół narracji polskich i niemieckich twórców po 1945 roku https://prolibris.net.pl/doplywy-rzeki-odry-marta-bakiewicz-literackie-dorzecze-odry-wokol-narracji-polskich-i-niemieckich-tworcow-po-1945-roku/ Fri, 24 Jan 2025 13:11:09 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15430 Czesław Sobkowiak

The post Dopływy rzeki Odry Marta Bąkiewicz, Literackie dorzecze Odry. Wokół narracji polskich i niemieckich twórców po 1945 roku appeared first on Pro Libris.

]]>
Obrazek przedstawia napis Recenzje i omówienia

Dopływy rzeki Odry

Marta Bąkiewicz, Literackie dorzecze Odry. Wokół narracji polskich i niemieckich twórców po 1945 roku, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Poznań 2024, 346 s.

Marta Bąkiewicz napisała i opublikowała w Wydawnictwie Naukowym UAM ważną i dobrą, i potrzebną dla świadomości kulturalno-społecznej (także naszego lubuskiego regionu) książkę pt. Literackie dorzecze Odry. Można rzec nie zwykłą książkę, ale duże 346-stronicowe dzieło, monografię fundamentalnego zjawiska przyrodniczego jako siły sprawczej, a w konsekwencji wieloznacznego artystycznie (najogólniej). Wydała „nowatorską pracę literaturoznawczą o nachyleniu kulturalno-społecznym” – jak pisze na czwartej stronie okładki prof. Leszek Żyliński, która to (chcę dodać) według prof. Małgorzaty Mikołajczak dotyczy „literackich przedstawień Odry w twórczości polskiej i niemieckiej po roku 1945”. Temat jest sprecyzowany, ale zarazem

bardzo szeroki. I nie sposób nie dostrzec ogromnego wysiłku poznawczego i poszukiwawczego, aby go zrealizować dla wykonania naukowego opisu. Autorka odkryła bogactwo zagadnień w krajobrazie literackim Polski i Niemiec. Ta dwutorowość uwagi ma tu ogromne znaczenie. Ustanawia bowiem wspólną treść zaprezentowanego tutaj dialogu. Zamysł udało się zrealizować. To z kolei podnosi rangę publikacji. Myślę, że mimo koniecznych trudów ten uniwersalny temat wyzwolił w autorce jakiś rodzaj szlachetnej fascynacji, przekładającej się na pietyzm w poszukiwaniach tekstowych, w przeprowadzaniu wywiadów i częściowo realizowanej dwujęzyczności publikacji. To jest niezwykłe. Mamy do czynienia z oglądem metaforycznego dorzecza – „dopływu” kulturowego (tak jak to widać na okładce według trafnego projektu Ewy Wąsowskiej), który jest ponawiany i przez pokolenia ujmowany właśnie z dwóch stron. W centrum jest stałe, ciągle to samo rzeczne, wodne zjawisko graniczne, czyli rzeka Odra, której nie sposób nie przypisać nawet znaczeń sacrum. Bąkiewicz w kolejnych rozdziałach odbywa zadziwiający poznawczy rejs. Tak na marginesie. Każde wielkie zjawisko przyrodnicze wzbudzało i wzbudza szczególne zainteresowanie i wywołuje postawy. Marta Bąkiewicz dokonała ich opisu, zgromadziła i poddała analizie wszelkie przykłady poetyckie i prozatorskie, i reportażowe, powstałe po 1945

roku. W takich ramach czasowych umieszcza swoje rozważania. Wystarczająco duża to przestrzeń. Naturalnym i oczywistym jest, że rzeka Odra, właśnie ze względu na jej znaczenie, z jednej strony domaga się definicji, prowokuje do takiej i okazuje się, że nie jest to definicja jedna ani jednolita, a z drugiej – jako niekwestionowana wartość wręcz przyczynia się do kreacji kulturowej, która sama w sobie przybiera postać zjawiska. Dla ludzi mieszkających w jej dorzeczu, bliższym czy nawet dalszym, są to sprawy o znaczeniu fundamentalnie inspirującym jako znaki i fakty symboliczne. Nie same w sobie ważne, ale i odnoszące się przecież do perspektywy gospodarczej i politycznej. Jest także Odra gwarantem tej życiodajnej sfery. Z tego powodu nurt literacki Odry niesie także dramatyczną historię, tu wielokrotnie przywoływaną w fabułach prozatorskich i reportażach. Nie jest więc bytem obojętnym. Ani pozbawionym wysiłku opisu i nazwania. Bo jest jego obraz obecny w najprzeróżniejszych formach i aspektach, od podania ludowego, kultywowanego zwyczaju czy przesądu po wysublimowany wiersz, w którym poetka Urszula Kozioł napisała, że przejawy Odry „wciągają mnie w swój sekretny nurt, w swoistą centryfugę wielorakich znaczeń” lub jak zauważył inny przytoczony w publikacji Marty Bąkiewicz poeta (piszący tę recenzję): „Każdy dopływ żywicielski składa się na twoją wielkość”. Oczywiście jest to apologetyka, nie do uniknięcia personalizacja. Słowo tu służebnie dodaje rzece i samemu sobie w łączności z nią dodatkowego znaczenia. Tak jest we wszystkich przytoczonych przykładach literackich, a także w przywołaniu zachowań życiowych, które podkreślają współistnienie z jej żywiołem. I tak było zawsze w dziejach. Nad rzekami pojawiały się i trwały cywilizacje, powstawały osady, miasta, a wraz z tymi procesami rodziła się kultura, kultywowano obrzędy religijne. Walor (nie mam wątpliwości) tej naukowej publikacji polega na przedstawieniu i wnikliwej analizie całego zgromadzonego przez autorkę materiału, do którego dotarła i który wzięła pod uwagę, by w swoich dociekaniach osiągnąć piękny cel – unaocznić sferę kulturową. Przecież z faktu jej istnienia niekoniecznie zdajemy sobie nawet sprawę. Na tym polega badawczość i dokumentacyjna strona wszystkich narracji, dialogowania, wypełniającego stronice tej publikacji. Przykładów na tę kwestię Marta Bąkiewicz znajduje bardzo dużo. Stanowią one literackie dorzecze ogromnego zjawiska przyrodniczego. W istocie są wartością naddaną wartości samej w sobie. W każdym przywołanym przykładzie twórczości bądź ekspozycji podmiotowego doświadczenia (jak choćby w wywiadzie z pisarką, wywodzącą się z Bytomia Odrzańskiego, Marią Sidorską-Ryczkowską) mamy do czynienia z potęgą rzeki, która jest katalizatorem zachowań ludzkich i duchowych. Ale i z jej magią, grozą i tajemnicą. Czytając tę pracę, powinniśmy o tej wspólnocie ducha i natury stale pamiętać. Odsłania więc opisywana rzeka Odra jako zjawisko hydrologiczne dwubieżność znaczeniową, której należna jest troska humanistyczna i obowiązek czysto ludzki. Odpowiedzialność. Jest obecna tym, co najbliższe, wewnętrzne, osobistą liryką, też w świadectwach dziejącej się historii, codzienną pracą, kontemplacją, tym wszystkim, co kształtuje wymiar i miary tożsamości. O każdym przytoczonym utworze to wypada powiedzieć. Odra nie tylko jawi się więc jako policzalny obiektywny byt przyrodniczy, ale i jako czynnik duchowy. Tenże ma jedno, nigdy do końca wyczerpane, zadanie: sięgnąć „do dna” rzecznego „wodzie udowadnianie nurtu” (Kazimierz Koszutski). Ono tu jako idea wysiłkowi analitycznemu i Marcie Bąkiewicz patronuje. Udowodnić rzece można tylko to oczywiście, co udowodnić da się konstrukcją własnego słowa. Ma ono moc pokonywania granic, a więc i personalizowania rzeki w poetyckiej narracji. Czyta autorka i interpretuje różne o rzece utwory z zakresu poezji, prozy, więc przecież nie czyta stricte samej wody, jej nurtu ani li tylko topografii krajobrazowej. Czyta Odrę (co ważne), jaka się jawi we wnętrzach twórców, w ich refleksji, uczuciach i emocjach, i konkretnej ich egzystencji. Jest zawsze wdzięcznym, obrazowym odniesieniem, swoistym urealnieniem podmiotowego życia. W każdym rozdziale Literackiego dorzecza Odry tak to się układa. Marta Bąkiewicz posługuje się słusznie formułą kultury jako „dopływu”. Trzeba zauważyć, że owe „dopływy” kultury, jakiekolwiek by one nie były, jednostkowe lub szerokie społecznie, zawsze bardzo różnorodne, mają ten walor, że są zrozumiałe, ontologią Odry gwarantowane. Dlatego, że uwzględniają ważną dla literatury całą sferę realności. Ta formuła zawiera też należną pochwałę współistnienia tutaj dwóch wspomagających się nurtów. Publikacja w ten sposób uzyskuje jakby ponadnaukową ważność. O skali zadania, z jakim przyszło zmierzyć się autorce i rozmiarze włożonego wysiłku, niech też świadczy ogromna Bibliografia, Indeks nazwisk i Indeks miejscowości (w tym i lubuskich nazwisk, i lubuskich, nadodrzańskich miejscowości). Warto nadmienić, że książka została wyjątkowo starannie i profesjonalnie opracowana redakcyjnie przez Wydawnictwo Naukowe UAM.

Czesław Sobkowiak

 

The post Dopływy rzeki Odry Marta Bąkiewicz, Literackie dorzecze Odry. Wokół narracji polskich i niemieckich twórców po 1945 roku appeared first on Pro Libris.

]]>
Zapiski z dyniami https://prolibris.net.pl/zapiski-z-dyniami/ Tue, 21 Jan 2025 10:59:21 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15054 Czesław Sobkowiak

The post Zapiski z dyniami appeared first on Pro Libris.

]]>

Czesław Sobkowiak

Zapiski z dyniami

 
 
Gienek

Gienek Kurzawa, wywodzący się ze Zbąszynia, pisze do mnie swoje maile czasem w środku nocy. Ja wtedy też czasami nie śpię, ale on – jak widzę – tak regularnie pracuje. Nocny, domowy spokój w Wilkanowie mu służy. Kiedyś napisał, że w tym roku już trzeci raz czeka go pobyt w szpitalu. Taka konieczność. Jakoś szczególnie to zwróciło moją uwagę, a nawet poruszyło, że konsekwentnie porządkuje swoje literackie archiwum. To wszystko, co nagromadziło się przez lata – kiedyś poszukiwane książki, pisma literackie, jakieś inne papiery, zwłaszcza cudze wiersze (okazuje się, że i moje, o których nie pamiętałem nawet), artykuły w maszynopisach. Teraz to wszystko poddaje selekcji na ważne, potrzebne i niepotrzebne, których może się wyzbyć. Albo oddać komuś. Poczułem w jego decyzji jakąś nutę ostateczności. Może tak w pewnym momencie należy? Bo nigdy nie wiemy, w swoich późnych latach, co się stanie. I lepiej żeby cała spuścizna piśmiennicza nie sprawiała nikomu kłopotu i nie prowokowała do nierozsądnych decyzji o potrzebie jej zniszczenia, bo komu i na co ona ma zalegać w domu… To są nie tylko jego dylematy. Przecież niszczy się niepotrzebne papiery. W tym wypadku chodzi jednak o człowieka, który przez lata zajmuje się twórczością literacką, ma duży, szeroki tematycznie, dorobek wydawniczy (ostatnio Kurzawa wydał biograficzną prozę Rynek 11), uczestniczy w życiu środowiska literackiego, nie tylko lubuskiego tutaj, i miał, albo nadal ma, liczne kontakty z wieloma ludźmi w Polsce, np. miał szczególnej wagi długoletni kontakt z Andrzejem Waśkiewiczem. Napisał dużą księgę wspomnień Spis treści. 66 osób ważnych dla kultury polskiej (2020), zostawił liczne ślady animatorskiej obecności. Przykładał się do upamiętnienia tablicą w Laskach Odrzańskich Mietka Warszawskiego, można też mówić o upamiętnieniu pisarza Eugeniusza Paukszty w Kargowej. Teraz Gienek przekazuje swoje różne rzeczy w teczkach do bibliotek, do Archiwum. Robi selekcję materiałów. Prowadził jakiś czas w Wilkanowie swój prywatny „Ogród Sztuk”. Powiewają obecnie wszystkie jego postanowienia smutkiem. Zapewne też często nawiedza Gienka Kurzawę nieunikniona refleksja o tym, co się zrobiło, co się udało zrobić ważnego, tutaj i w Suwałkach, i w Białymstoku. Komu ta dziedzina osobistego dokonania będzie potrzebna itd. Jaki los spotka poezje pisane z nadzieją, że będą dalej żyć, zmieniać świat, ustalać hierarchie wartości, wzruszać czytelników. Świat się mocno zmienił i w miejsce dawnych pojawiły się nowe preferencje kulturalne, literackie, moralne, polityczne. Nastała inna epoka, mentalność, inne mody, inne zjawiska, degeneracje, które trudno akceptować. Wchodzi pokolenie, którego buty są dosyć ciężkie, a głowy uschematyzowane. Wobec takich faktów pojawiają się pytania o sens literackiego wysiłku. Zostaje prywatna egzystencja. I kartka w katalogu.

To, co za życia

To, co się uda za czyjegoś życia komuś wyświadczyć, to może być dzieło twojego życia, powód do spokojnego spojrzenia w lustrze na swoją twarz i pewność, że nie zaniedbałeś jakiegoś ludzkiego obowiązku. Tylko dopóki żyjesz. Po śmierci swojej lub cudzej już nic. Ani jedno słowo, ani litera.

Cmentarz

Chodzę po cmentarzu w Zawadzie powoli, na granicy zmierzchu. Mam swój powód. Pełno chryzantem na kamiennych płytach grobowych. Aż gęsto. Tłoczno. Kwiaty okazałe, ładne, wyszukane dekoracje. Zniczy mnóstwo. Ale. Wzrusza mnie samotny, pojedynczy bukiet, niewielka doniczka żółtych kwiatów, osadzona trochę w trawie, trochę w darni, przeznaczona dla kogoś, kogo litery imienia i daty życia, i wezwania błagalne do Jezusa o litość na tabliczce są słabo widoczne, już niemal zatarte. I tylko jedna lampka od serca, z prawdziwej, szczerej pamięci i żalu, zapalona. Tym więcej zauważalna, że samotna. Podeszły dzieci i patrzą.

Jeszcze

Porobiło się i w dniu listopada to widać. Stroimy groby na potęgę, pysznie, na pokaz. Mam wrażenie, że ku własnemu zadowoleniu. Bo stać nas na duże wydatki. Kilkanaście plastikowych, szklanych zniczy na jednej marmurowej lub udającej marmur płycie. Mają te światła być prawdziwe i wspomagać umarłych. Lecz nie świecą, bo w tych pudełkach są jakby zduszone, zamglone, zdławione i mroczne. I oddychać powietrzem mocno zadymionym, cmentarnym prawie nie da się. Taka to pamięć.

Czytam

Czytam tomiki poetów. Widzę, że skupiają się na mikrourazach. Nie kwestionuję ich ani lekceważę, wnętrze można na tysiąc sposobów rozpisywać, upoetyczniać „łyki kawy”, bo każdego dnia coś się przytrafia, rani, zwłaszcza gdy ktoś bardzo wrażliwy. Ogólniejsze racje są im mało dostępne. Przewrażliwienie podmiotowe może jednak przeszkadzać, rozdmuchiwać egotyzm, mylić rzeczy ważne z nieważnymi tak naprawdę, sensowne z bezsensownymi, bo przecie nie żyjemy w raju, w świecie o idealnej konstrukcji ani wśród anielskich ludzi. Kłopoty są i będą. Skrajnie subiektywne doznania dalekie bywają od prawdy. Gdy jednak dostaje się twarde ciosy i uderzenia, wymierzone celnie, to wtedy co o tym rzec? Może wypadałoby coś rzec. A się unika drobnego gestu, byleby się nie wychylić. Jest to człowieczy problem. Też literacko nie do zlekceważenia.

Szron

Już listopad. Położył się szron na drzewach, dachach, na ziemi. Wczoraj wieczorem poczułem idące ochłodzenie, zdążyłem wnieść z dworu do domu doniczki z pelargoniami. I tak to te delikatne rośliny zostaną ze mną na zimowe dni. Cała życiowa rzecz to zdążyć.

Emocje

Trudno bez emocji przeżyć dzień, być zupełnie od nich wolnym. Ciągle coś się wokoło dzieje, chyba już za dużo. I to komplikuje ludzkie relacje. Na to reagujemy. Należy czasem obowiązkowo reagować, nie zgadzać się, nie popadać w obojętność. Nie milczeć. Ani udawać, że wszystko w porządku. Tego wymaga dbałość o szacunek dla wyznawanych zasad. Ta odwaga wiąże się z ceną, którą przychodzi zapłacić. I tak nakręca się spirala życia. Rozumnie lub bezrozumnie.

Portret z dyniami

Dynie urosły i są urodą ziemi. Kiedyś na wsi były obowiązkową, wszechobecną uprawą. Było na wsi prawdziwe życie, więc i dynie sadzono na polach. U mnie w ogrodzie tego roku same się wysiały, same urosły, licznie pojawiły się w cieniu dużych liści. Jest wrzesień, zbieram je. Urodziwe. Pobiegły ich pędy daleko w różne strony. Teraz na nie patrzę. Trudno mi nie cieszyć się na koniec lata ich pięknem oraz prostą użytecznością. Wszystko to wspiera człowieka. Zebrałem te owoce, poznosiłem duże, mniejsze, żółte, czerwone w jedno miejsce. Okryłem przed szronem. Utworzyły plastyczną przestrzeń. Zrobiłem zdjęcie tej mimowolnej instalacji i ci, którzy to zdjęcie oglądali, od razu dostrzegli wyjątkowość tego ujęcia. Tak powstał mój portret z dyniami. Świat jest pełen takich przestrzeni, które są raczej mało dostrzegalne. A są wszędzie. Przy tych dyniach powszednio ubrany, więc nieelegancko, na jedno kolano przyklęknąłem, by podkreślić znaczenie ich urody. Nie chciałem żadnego wywyższania się, lecz być blisko. Przyklęknąłem. Urosły, doskonale urosły, osiągając swój kształt i pożywność. Jedną dynię na dłoni uniosłem ku górze. Widać to na zdjęciu.

Kupiłem

Pojechałem po południu. Kupiłem winogrona czerwone i białe. Nie za dużo. Nie za drogo. Smakują wybitnie. Świat się przybliżył. Wybór owoców śródziemnomorskich jest duży. I stać nas na to wszystko, co w dalekich krajach stworzyła natura, z siebie dała to, o co ludzie tam zadbali. Teraz żyć można znośniej. W sklepowej kasie nie potrafiłem jednak samodzielnie zapłacić kartą elektroniczną. Podeszła i pomogła mi tę czynność wykonać dziewczyna o prostych, kasztanowych włosach. Okazało się, że Ukrainka. I było to dosyć proste, takie jak jej uśmiech. Kupiłem też chryzantemy białe i czerwone na groby moich rodziców i braci.

„Czas na mnie…”

Kiedy tracimy kogoś bliskiego lub nawet jakąś ważną dla siebie rzecz bezpowrotnie, to myślimy o nim, o niej, już dalece inaczej, bardziej głęboko, poważnie, osobiście, intymnie, szczegółowo, więc odczuwamy wyjątkowość istnienia osoby w całości wszystkich cech i ludzkich znaczeń, które pełniej rozumiemy, niż to było wcześniej. Zmienia się nasze spojrzenie, ach, gdyby tylko spojrzenie, gdy tę utratę powoduje śmierć, śmierć człowieka, który był na wyciągniecie ręki. I wspólnota życia była prawdziwa, bardzo ważna. Ktoś otwierał swoje wnętrze, serce, myśl, ufność, darzył uczuciem. Wtedy film życia znowu powraca. Wtedy doznania traumatyczne silnie dochodzą do głosu. Domagają się, niekiedy albo i więcej niż niekiedy, choćby opowiedzenia o człowieku wszystkiego, co zapamiętane. Co się wie. I po prostu rodzi się pragnienie jakiegoś ocalenia kogoś przed nicością i zapomnieniem. Agnieszka Kowalska napisała taką właśnie przejmującą, prawdziwą książkę pt. Czas na mnie… o Macieju Kozłowskim, aktorze i człowieku nietuzinkowym, wielkiej miary, znanym z wielu ról filmowych (Psy, Lista Schindlera, Ogniem i mieczem i innych). O swoim mężu, urodzonym w Kargowej (8.12.1957), już zmarłym (11.05.2010) w szpitalu w Warszawie, o swoim z nim związku, niedługim, bo trwającym zaledwie sześć lat. Mimo to, czego ta proza jest dowodem, jego wnętrze dobrze poznała. Jego odejście tym więcej uwyraźniło całą postać. Książka jest emanacją jej kobiecego żalu, smutku, wspólnego uczucia, historii życia, niepogodzenia się z ostatecznym faktem. Jedyne, co mogło przyjść jako zadanie, to ukazanie wielu spraw życia, w maksymalnym stopniu prywatnych relacji, obrazu związku, w którym była miłość. I tę miłość przeniosła na stronice biograficznej prozy, bardzo konfesyjnej opowieści, dbałej zarówno o szerokość przedstawienia, jak i o dobry styl. Zapewne też dlatego, aby uwolnić się od trudnego osobistego ciężaru i by nabrać nawet jakiegoś dystansu do własnego cierpienia, mając nadzieję, że napisanie książki przyniesie ulgę, bowiem da choćby w części życie temu, kogo już nie ma. To jest celem tej książki, która na pewno wymagała sporo trudu pisarskiego, ale i dozy warsztatowej odwagi. Rzecz w tym, że autorka łączy swoją żarliwość uczuciową z literacką apologią Macieja Kozłowskiego. Zarazem nie stroni od treści anegdotycznych. A poza tym autorka dba o faktografię, nie konfabuluje. Nie jest to stricte biografia Macieja Kozłowskiego, ale też cenna literacko opowieść o życiu. Tym niewątpliwie zaciekawia czytelnika. Nie tak jak pamiętnik, pisany po czasie. Staje się bowiem rodzajem publicznego świadectwa. Zapewne też rodzajem hołdu, gdyż autorka wie o swoim mężu, artyście dużo więcej niż ktokolwiek. I wie, że na taki portret zasługuje. Ale – jak pisze – to „tylko portret, mój portret”. Nie farbami na płótnie namalowany, lecz wdzięcznie oddany słowem. Do słowa „portret” Agnieszka Kowalska odwołuje się nieprzypadkowo. Pamiętać trzeba, że jest z zawodu malarką, która taki gatunek (portret) głównie uprawia. Dzięki jej prozie poznajemy autentycznego człowieka, który miał różne trudne przejścia życiowe. Nie zabrakło w nich epizodów ciemnych, „szemranych”, wręcz gangsterskich, z pobytem w więzieniu włącznie. Ale, co ważne, los od kłopotliwych uzależnień i determinacji uchronił M. Kozłowskiego, więc poszedł drogą artysty. Książka przypomina jego filmowe dokonania i legendę Kozzi Film Festiwal, organizowanego niegdyś w Kargowej, a obecnie w Zielonej Górze z inicjatywy Andrzeja Bucka.

Dowiedziałem się

Nie chodzi o to, aby coś namalować, ale o to, by namalować dobrze. Poniekąd podobnie jest z pisaniem poezji. Dobrze napisana, zawsze będzie dotyczyć ważnych spraw.

Wernisaż

Można powiedzieć, że towarzyszę już od dawna poczynaniom malarskim Adama Bagińskiego. W ostatnim tygodniu października miał miejsce wernisaż jego wystawy w pięknej sali pałacu w Starym Kisielinie. Artysta, pisarz, poeta potrzebuje zainteresowania swoją twórczością. A więc upublicznienia. To stanowi siłę napędową jego twórczości. Sam wyłącznie tego dokonać raczej nie może. Tym razem tak się stało. Inicjatorem wystawy była Maria Idzikowska, która przeprowadziła z malarzem ciekawy wywiad. A kiedyś, dawno temu, miała galerię przy ulicy Fabrycznej, w której kupiłem dwa piękne obrazy kwiatów jakiejś artystki z Poznania, dosyć niedrogo. I mam je nadal. A ten wywiad był dla twórcy szczęśliwym, wernisażowym momentem. Dużo w nim mówił o swoim życiu, zwłaszcza o dzieciństwie. Na ścianach rozwieszono płótna z niedawnego okresu oraz akwarele. Oba te rodzaje Bagiński uprawia równolegle. Publiczność dopisała, tak jak dopisuje za każdym razem. Mimo poważnego wieku jest Bagiński artystą wyjątkowo pracowitym. Różne etapy powstawania dzieła mogę obserwować i wiem, jakie to są zagadnienia, którym trzeba sprostać. Ma Adam stałą publiczność, przychylnie odbierającą jego malarstwo, ale i nieprzychylną, skłonną wypowiadać się krytycznie o jego obrazach. On sami nie powstrzymuje się przed głoszeniem kategorycznych opinii o wielu twórcach. Tych pierwszych (zwolenników) jest jednak zdecydowanie więcej. Nawet ich przybywa. Lubi i cieszy się, gdy swoimi pracami daje komuś radość. Dlatego nawet obdarowuje swoimi pracami bliżej sobie nieznane osoby. Mam wrażenie, jakby tylko dla sprawienia komuś radości tworzył. W pustce społecznej zapewne inaczej by to wyglądało. Na każdym wernisażu wygłasza swoje credo artystyczne, które jest wyrażaniem przekonań o znaczeniu duchowości człowieka. Wskazuje na potrzebę oglądania malarstwa nie tylko typowo estetycznie, ale też na ważną szansę nawiązywania wewnętrznego z dziełem dialogu. I myślę, że zainteresowanie, które wiele osób wobec jego twórczości żywi, jest głównie z tych powodów. Bagiński jest pewny swojego credo, może ma nawet poczucie pełnienia w tym kierunku swoistej misji. Kultywowaniem poetyckiej obrazowej ogólności skutecznie sugeruje jej znaczenie. I w jakimś stopniu ma rację, ale o tym decydują gusta odbiorców. Czuje też, że niektórzy nie rozumieją jego wysiłku. Uważa, że np. w Japonii cieszyłby się dużym uznaniem i lepszym odczytaniem swoich obrazów. I to byłoby możliwe. Oczywiście można dyskutować, a nawet nie zgadzać się z każdą jego tezą, ale artysta ma prawo mieć swoje przekonania. Nawet kontrowersyjne. I nawet upatrywać sens w odejściu od realizmu, od przedstawiania, jak to określa, domu, drzewa, przedmiotu, gdy uznaje się, że to są malunki tylko. Czy nawet wielce ryzykownie sądzić, że obrazy Gauguina, Picassa, Matisse’a to plakaty. Dla niego pozytywnym przykładem jest głównie malarstwo Turnera. To podkreślił. W jego sztuce dostrzega Bagiński swoje pokrewieństwa ideowe. Uniwersalizm i ambicje Bagińskiego cenię. Rzeczywiście cechuje go chęć zbliżenia się do wizji całości istnienia. Zwłaszcza wskazywania na poetyckie jego piękno. Taki malarz może być tylko jeden, który… jednak, co by nie powiedzieć, aktywizuje odbiorcę. Ale ja i dzieła innych malarzy cenię jako bardzo dobre, gdy zanurzone są w realności. Nie mogę się zgodzić, że inna postawa artystyczna, ukierunkowana na konkret, już nie jest w stanie wielkich wartości wyrazić. To, że wielu twórców w sposób dalece uproszczony obecnie tworzy, to zagadnienie innego rodzaju. Ale. Uwzględnianie zmysłowej rzeczywistości też może być wielką inspiracją. I owocować wysokim dokonaniem. Jeśli się oczywiście uda. Choć udaje się raczej rzadko. Różnymi drogami dochodzi się do podobnych wartości. Bagiński już ma swoją rozpoznawalną sztukę. Ustalił swoją linię. To efekt lat pracy i jednak zauważalnego ewoluowania stylu. Byłoby chyba niedobrze, gdyby w jego malarstwie dochodziło do ciągłych, częstych zmian i nowych wyborów form wyrazu. Wypracowywany przez lata styl gwarantuje Bagińskiemu wiarygodność ideową i artystyczną.

Zawdzięczamy

Jeśli umiemy przyznać, że komuś wiele lub choćby cokolwiek zawdzięczamy, a przecież zawdzięczamy zawsze, bo ogólnie całe życie zależy od przychylnych, pozytywnych sytuacji i czyichś tego rodzaju decyzji – wyciągnięcia pomocnej ręki, zrozumienia, dania dobrej rady, powzięcia konkretnego postanowienia, które rzutuje na całą drogę życia, to nie jest jeszcze z nami źle.

Szeleszczą liście

Szeleszczą liście przydeptywane butami, liście na ścieżki osypane. Szeleszczą, gdy jeszcze mają się dobrze na drzewach, gałęziach, gałązkach i poruszają je powiewy, trzepoczą nimi, silnego lub nawet delikatnego wiatru. Upadają, gubią kolory, lecz wracają. Człowiek upada, traci samego siebie i nigdy nie wraca.

Słoneczniki

Ujrzeć pole kwitnących słoneczników w porze lata to poniekąd nic nadzwyczajnego. Dostrzegamy, że świecą i to oczywiście robi jakieś wrażenie. Są poezją. Ale gdy ujrzy się ogromne pole kwitnących słoneczników w listopadzie, wtedy, gdy już szarzeją dni, drzewa gubią liście i prawie boli widok nagich gałęzi, to przychodzi myśl, czy na pewno to pole ze słonecznikami jest aby prawdziwe. Może to jakieś przywidzenie. A było prawdziwe, rzeczywiste, co mnie właśnie zdumiało. Aż stanąłem na poboczu, by na nie patrzeć, zanim zgasi promienie nieubłagany szron.

Mgła

Wieczorem nagle pojawiła się mgła. Krajobraz zasnuty. Drzewa, drogi, budynki otulone. Co robi ta mgła? Przybliża do ziemi całe życie. Wydaje ostatnie tchnienia, zanim i ją zetnie mróz.

The post Zapiski z dyniami appeared first on Pro Libris.

]]>
Inwokacje do ziemi (fragment) https://prolibris.net.pl/inwokacje-do-ziemi/ Mon, 28 Oct 2024 08:07:43 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14334 Czesław Sobkowiak

The post Inwokacje do ziemi (fragment) appeared first on Pro Libris.

]]>

Czesław Sobkowiak

Inwokacje do ziemi

(fragment) 

[…] Utwór oparty jest na prostocie tradycyjnego wyliczenia, na bezpośrednim zwrocie do sfery, którą [poetka] traktuje jako najwyżej cenioną wartość. Domagającą się więc uzasadnionej gloryfikacji. Taki jest zresztą cel każdej inwokacji. W pierwszym wersie czytamy: „Ziemio, ojczyzno ludzi”. Czujemy moc retoryczną. Wielką wagę słów, które brzmią niezwykle podniośle. A dalej już mamy do czynienia z płynącą, łagodną, litanijną konstrukcją stylistyczną, będącą wyliczeniem kilku poetyckich ważnych sfer: „dziedzictwo zwierząt”, „carstwo wielkogłowej kapusty”, „matko kamieni’, „szczodra rodzicielko”, „tolerancyjna gospodyni”, „cierpliwe zwierzę”. W gruncie rzeczy to bardzo prosty wiersz. Wzruszający i piękny. Ma charakter definiujący, poprzez wskazywanie reprezentatywnych obrazów, bardzo zwykłych, że aż niezwykłych.

Ten styl, mimo że litanijny, nie ma charakteru stricte religijnego. Jego sakralność, jeśli już, jest natury powszedniej. Powszedniość i zwyczajność ustanawia i przywołuje Irena Dowgielewicz jako główne dostępne sacrum. Takie, w którym jest miejsce na głupawość, głaskanie, nawet bełkot, szorstkość „szczeciny trawy”, ale i czułość wrażliwości estetycznej na „delikatną tkaninę kurzu”, na wszelkie zmysłowe odczuwanie egzystencji. Wartościuje ją oryginalnie, symbolicznie. Interesuje ją to, co wyłącznie materialne. Jednak tej realności nie nadużywa, raczej wdzięcznie ją akcentuje. Linijka po linijce.

Poetka nie trzyma się jedynie lekkości estetycznej i patetycznego ujmowania wyjątkowości ontologicznej. Włącza do obrazów ciężar. Nawet element trudu pracy. W jednym z inwokacyjno-litanijnych zawołań słyszymy: „matko kamieni”. Kamieni realnych, fizycznych, ale i tych życiowych. Dalsze wersy przynoszą otwarcie szerszego, niemal epickiego dyskursu. Powiedziałbym, jest w nim podmiotowa ufność. Materialne istnienie cechuje bowiem „szczodra rodzicielskość”, gospodarność „gospodyni”, nie jakieś skąpstwo, wykalkulowanie, ale powszechność daru. Tenże dar, po ludzku jest szczególnego znaczenia, bowiem ma tu swoją poetycką transpozycję nie jedynie w formach konkretnych, praktycznie użytecznych, dla człowieka ważnych, ale chodzi i o to, by nie ominąć obojętnie, lekceważąco owej ulotnej, „delikatnej tkaniny kurzu/ zawieszonej na słonecznej smudze,/ która ją przenika złotawym drżeniem”, czyli nie ominąć subtelnej materii istnienia. Która nie może być deprecjonowana. W przytoczonych wersach widać arcypoetyckie uniesienie, tkwienie pośród ziemi i wyjście nad ziemię, ku krainie piękna.

To uniesienie duchowe w wierszu Stadion dla biedronki czym jest, jeśli nie otwarciem poetyckiego wnętrza na otaczający świat. Dla poetki jest on wielką, doniosłą nawet uroczystością. Na tym nie kończy się wiersz. Ta poetycka pochwała istnienia to wytrwałe odkrywanie jego urody, które uzasadnia wartość sfer ziemskiego domu. Kolejne wersy są wyliczeniem jego cech. Wskazaniem opiekuńczości ziemi. Są opisem pełnienia przez ziemię roli piastunki, gospodyni „ojczyzny”. Ziemia jest tu po prostu „tolerancyjna”. Nie wyznacza, nie narzuca ściśle jednego kształtu, jednej postawy, rozumienia takiej, a nie innej myśli. Coś może być „głupawe”, coś „nadęte”. Jedno i drugie nie zostaje pozbawione sensu. Pojawia się poetycki uśmiech. Irena Dowgielewicz nie omieszkała zauważyć, że na takiej ziemi zrodziła się cywilizacja „węgla i uranu”, mająca świadczyć i dobrze służyć człowiekowi. Oczywiście tego rodzaju przekonanie nacechowała optymizmem. W czasie, gdy był ten wiersz pisany, to odniesienie wydwało się mieć swoją rację. Czy dzisiaj mogłoby być powtórzone? Gorzowska poetka pokładała zapewne wiarę w rozwój techniczny cywilizacji. Dodała do jej konstrukcji i swoją poezję jako uprawnioną do obecności. Wkradła się w tekst poniekąd doza publicystyki. Jest jednak taktowna, wyważona, więc nie narusza wewnętrznego liryzmu.

Cóż mamy na sam koniec tego utworu? Refleksję. Autorski „niepokój wrażliwy jak dzwonki”. Powierzony ziemi i przez ziemię przyjęty, ale… jest niepokój. Wyraźne stwierdzenie, że podmiot zatraci się, przejdzie w byt, nieco żartobliwie określony, jako „stadion”. Dla kogo „stadion”? Tak, „dla biedronki”. Tu stawia poetka swoją kropkę. Na tej konstatacji pozostaje. Oznacza to, moim zdaniem, jakby zgodę, choć i nieco rezygnacyjne spojrzenie, jednak niewywołujące rozpaczy ani krzyku wobec konieczności przemijania. Umierania. Może więc być miarą podmiotowej mądrość poetki. Zostanie na „stadionie” biedronka.

The post Inwokacje do ziemi (fragment) appeared first on Pro Libris.

]]>
Raport z pracowni https://prolibris.net.pl/raport-z-pracowni/ Thu, 24 Oct 2024 06:55:58 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14234 Czesław Sobkowiak

The post Raport z pracowni appeared first on Pro Libris.

]]>

Czesław Sobkowiak

Raport z pracowni

 
Sen i „sens”

Jest późno. Od siebie wiem. Od serca, płuc, brzucha, nóg. Zakrada się sen. Kartka, biała kartka zostaje na stole niezapisana. Ta biała najwięcej świadczy. Inicjuje pytania. Co pisać na noc. I po co? Gdyby jedną literkę dodać do słowa „sen”, to ze snu powstaje „sens”. Zapewne tak to zostało w istnieniu ułożone. Jednak ten „sens” spędza sen z oczu. Oczywiście gdzieś ma swoje drogi, przestrzenie i zaułki, ale gdzie?

Po obudzeniu

Pierwsza poranna czynność, potrzebna i konieczna w upalnych dniach. Dać roślinom wodę. Na okiennym parapecie czekają. Kto ma to zrobić, jeśli nie ja? Taka odpowiedzialność wobec roślin. A potem cała reszta z godziny na godzinę będzie się uzupełniać.

Opadły

Płatki czerwonego mieczyka opadły na blat stołu. Lśniły krótko. Nie dały rady. Przykry widok. Idę tym samym torem. Czy ktoś wymyśli inną opowieść?

Różne czynności

Kontruję fizycznymi pracami swoje poetyckie zajęcia. Trzeba mi i kamieniem się zająć, cegłą, drewnem, wiadrem wody, liśćmi na chodniku, zielskiem. Tak, by jedne, prozaiczne czynności drugich nie niweczyły. Niech się wzajemnie dopełniają, świadcząc o tym, że nie wiodę próżnego życia. Poniekąd w ten sposób urealnia się realność, jakby umacnia swoją materialność materia życia. I jednocześnie poezja się objawia, ten inny obraz realności, niezbędny do rozumienia duchowych spraw.

Film Pętla według opowiadania Marka Hłaski

Zobaczyłem, bo chciałem zobaczyć ten kultowy film. Trwa Rok Marka Hłaski. W Norwidzie, w sali Janusza Koniusza, była okazja zobaczyć ten film, w nocnym maratonie jako pierwszy, a po nim i inne filmy. Zbiegły się cztery ważne rzeczy. Podczas promocji „Pro Libris” ogłoszono wyniki na debiut poetycki (nagrodzono Agnieszkę Tymoszczuk z Sulechowa), była ciekawa, zajmująca prezentacja twórczości i biografii Marka Hłaski (powadził ją błyskotliwie Andrzej Draguła) i były filmy. Na nie czekałem. Pętla (jako opowiadanie opublikowana w 1956 roku), kręcona we Wrocławiu, wywołała we mnie jakiś rodzaj wstrząsu tragicznością losu głównego bohatera Kuby Kowalskiego i całą deterministyczną filozofią bezsensu. Efektowną, ale i dwuznaczną. Filmowa dramaturgia służyła pokazaniu beznadziejności. Gra Gustawa Holoubka, debiutancka, wypadła wybitnie. Potem przed Biblioteką rozmawiałem z M. o tym problemie. A teraz drugi dzień sierpnia, Olimpiada w Paryżu, od rana siąpi łagodny deszcz, woda dźwięczy w rynnach. Czy chodziło w Pętli tylko o skutki alkoholowego uzależnienia? Albo raczej o ówczesną sytuację polityczną, jaka wtedy była w Polsce?

Ania

Spotkałem Anię na niedzielnej giełdzie różnych różności i staroci. Była tym razem w cienkich, letnich, seledynowych spodniach. Lubi opowiadać o swoich sprawach. Pokazała trzy torebki, które kupiła tu bardzo tanio. Wzruszyło mnie na moment jej patrzenie na kwiaty czerwone i złote, których wokoło było bardzo wiele. Sporo doniczek z ulubionymi pelargoniami poustawiali sprzedawcy. Ania zauważyła, więc pamiętała, że kilka lat temu napisałem wiersz o forsycjach (to prawda), o wczesnym, widowiskowo jawiącym się kwitnieniu wiosny. Rzeczywiście jest taki wiersz w jednym ze zbiorków, o obfitości w żółtym kolorze. W kontekście oglądanych kwiatów zabrzmiało to niebanalnie, aż zadziwiłem się tą jej pamięcią.

Witnica z Ireną Dowgielewicz

Tegoroczne skwarne lato obfituje w wydarzenia. Myślę w tym momencie oczywiście też o tych osobistych. Dla mnie każde wyjście na zewnątrz jest wydarzeniem, które nasyca mnie wrażeniami. I uruchamia myślenie. Często opieram się przed tego rodzaju ruchem. A jednak trzeba wychodzić. Pojechałem pod koniec czerwca do Witnicy. Po drodze zdarzyły się poważne problemy z autem. Ale udało się wyjść z opresji. Dobrze w drodze rozmawiało się z poetką Joanną Marcinkowską. A w Witnicy, zaraz po wojnie, pracowała – co prawda krótko – Irena Dowgielewicz, jako dyrektorka Fabryki Mebli. I pomyśleć, że kilka lat później odezwała się w niej wena poetycka. Poniekąd odnowiła się. W rezultacie opublikowała zbiorki wierszy oraz tomy prozy. Zostawiła po sobie piękny literacki ślad, którym zajęła się kompleksowo i dogłębnie dr Szott. I chyba nadal ta postać ją zajmuje. Gdyby nie jej pomysł, nie interpretowałbym ważnego utworu Stadion dla biedronki. Zorganizowała bowiem konkurs na jego czytelniczy opis. Nie byłoby promocji książki Milczenia słuchajcie, nie jechałbym do Witnicy odbierać bon towarowy jako nagrodę, którą teraz mogę zrealizować w Empiku. Wyjazd był dla mnie jak odkrywanie świata, także w mijanych krajobrazach. Pierwszy raz postawiłem kroki w Witnicy. W wiekowym Żółtym Pałacyku, czyli w domu kultury, niewielka salka, pełna ludzi, niestety tylko starszych (nieco smutne to było), którzy przyszli na promocję zbioru wierszy gorzowskiej poetki. Dziwnie więc się patrzyło. Niektórzy przyjechali z Gorzowa, jak np. pani Marzena z Biblioteki Herberta lub pani Krystyna, mająca wiele o poetce do powiedzenia z autopsji. I ten gęsty klimat zafascynowania robił atmosferę. Obok mnie w pierwszym rzędzie, dosyć przypadkowo, usiadł Zbigniew Czarnuch (mówiący ciekawie o Dowgielewicz). Przyjmował mnie ponad pół wieku temu do Liceum Ogólnokształcącego nr 21 przy ulicy Chopina w Zielonej Górze. Jakże symboliczne to zdarzenie po latach. Dzięki temu faktowi wtedy wszedłem w świat poezji. Ale to już inna historia.

Maj

Było w maju wydarzenie w Żarach. Całe literackie Żary i kilka osób z Zielonej Góry wzięło udział w czytaniu poezji w muszli parkowej przy Miejskiej Bibliotece. Była to druga edycja tej znaczącej dla kultury miasta imprezy, nad którą pieczę sprawowała Grażyna Rozwadowska-Bar. Kwitły kasztany w pięknej alei. W Galerii mogła się podobać wystawa malarstwa o żarskiej tematyce. Może za rok, znowu w maju, powtórzy się czytanie wierszy?

Wiersze Gienka

Podobają mi się wiersze Gienka Kurzawy w „Pro Libris” nr 88. Ale oprócz Msza wciąż trwa. Jest w nich oczywisty niepokój o to, co po życiu zostanie, jaki los spotka poetycki dorobek. Problem w tym „żeby czymś się w życiu zapisać”. Kiedyś podejmowało się z wiarą, nawet entuzjazmem, tworzenie. A teraz co o tym myślimy?

Jeszcze nie

Przeleciało. Lecz jeszcze nie kropka. Tylko wody kropla jedna, druga, na blaszany parapet, na liście, krzesło, puszkę po piwnie pada. W samo południe pada sobie lekki, lipcowy deszcz, który nie ma złych zamiarów. Pomaga roślinom. Trochę dźwięczy.

W Letnicy, we wnętrzu ewangelickiego zboru

W nie tak odległej Letnicy też nigdy wcześniej nie byłem, do czasu kiedy w lipcu Świdnicki Ośrodek Kultury w ramach Festiwalu Poezji tam, w surowym wystroju wnętrza ewangelickiego zboru, pięknie zachowanego, zorganizował slam poetycki. Jeszcze w takiej imprezie nie uczestniczyłem, więc nie wiedziałem, z czym to się łączy. Opierałem się z wyjazdem, ale przemogłem opory. Droga była okazją do oglądania urody przyrody. Mocno spóźniłem się i w gruncie rzeczy zostały tylko dwa losy dla uczestników. Wylosowałem na końcu los nr 1, co mnie speszyło, a potem okazało się, że był to los bardzo dla mnie odpowiedni. Mój wiersz Ballada, który publicznie czytałem ze sceny, dotyczył spraw poważnych, drogi mojego pokolenia. Zaraz po mnie wysypali się ze swoimi utworami młodzi satyrycy i ich teksty budziły dużo rozbawienia, śmiechu i luzu myślowego. Zresztą świetne teksty. Tyle tylko, że innej kategorii. Oczywiście i Bolek, Renata i Elżbieta… A następnego dnia już w Świdnicy. W niedzielę kolejne poetyckie czytania, mniej satyryczne, w pięknym parku, w plenerze, na wolnym powietrzu. Przyjechałem wyłącznie dla wysłuchania wystąpienia Małgorzaty Mikołajczak nakreślającej obraz poezji polskiej, która obecnie totalnie neguje wszystkie wartości, niegdyś podnoszone przez Herberta, Miłosza, Zagajewskiego i innych. Jakby dla nowego pokolenia nic z tych postaw już nie miało znaczenia. Konkluzja mogła być tylko jedna. Nikogo poezja nie obchodzi. Okropne. W ogóle odbiorców poezji prawie nie ma. A zarazem bardzo wielu pisze i publikuje wiersze. Ten ilościowy nadmiar, jak każdy nadmiar, obniża jej rangę. Wiersze w zasadzie są ciągle pisane, nikt jednak istotnie nie weryfikuje ich wartości. To potwierdziło się, kiedy potem występowały różne osoby. Poziom i zakresy tematyczne, co oczywiste, były bardzo różne. Niekiedy tylko zabawne. Świetnie jednak w plenerze to wszystko wyglądało. Kilkuminutowe prezentacje literackie były profesjonalne poprowadzone. Poza tym dobrze słuchało się występu mocno brzmiącego zespołu muzycznego z Wrocławia Ludwig van Goth. Na licznie robionych zdjęciach można zobaczyć uczestników i całą tę aurę. Udało mi się ze Świdnicy przywieźć pięknego, czerwonego mieczyka. Może tego rodzaju wydarzenie warto powtórzyć w kolejnym roku?

Stary Kisielin – czytanie i śpiewanie

Stary Kisielin ma niewielki co prawda, ale uroczy pałacyk. W jednej jego części jest przedszkole, a w pozostałej dom kultury. Zwłaszcza otaczający go park jest ładny, zadbany. Rzeźby, kwiaty, stare drzewa. Naprawdę jest to odpowiednie miejsce dla spotkań wszelakiego rodzaju. Dla prezentacji malarstwa, poezji, muzyki, teatru i dyskusji intelektualnych, jeśli takowe są jeszcze możliwe. Właśnie w lipcu przyjechali tu redaktorzy internetowego radia MA-GDA z Krakowa. Ten przyjazd stał się okazją do nagrania kilku wystąpień, krótkich z konieczności rozmów oraz prezentacji wierszy kilku poetów z Zielonej Góry. Do wzięcia udziału namówiła mnie Halinka Bohuta-Stąpel. Z ciekawości pojechałem. Nie bardzo mi się chciało. Zabrałem więc ze sobą z ogrodu kwiat floksa, którego zapach został doceniony. Czytałem wiersz Ola. Jakoś tak wypadło, że akurat ten utwór. Kilkuletnią dziewczynkę ze szkolnej ławy w Jaromierzu i jej godne zachowanie ciągle pamiętam. Z Głogowa pofatygował się Tadeusz Kolańczyk, który wspomniał Marka Garbalę. Zapamiętałem wystąpienie Kasi Rabiej. Pełne traumatycznego nastroju śmierci bliskiej osoby. A potem miał swój czas zespół muzyczny Biała Ćma. Powiedziałbym, że występ był dobry. Kajetan Suder w dobry, doniosły sposób wykonał poetyckie utwory Marii Jasnorzewskiej, Markiewicza, Furmana i innych autorów.

Raport z pracowni

Wczoraj w południe odwiedziłem Adama Bagińskiego w jego malarskiej pracowni. Na kilku płótnach jednakowej wielkości, dużego formatu, kolejne kroki artysty w stronę, można rzec, innej przestrzeni. Konsekwentnie realizuje swoją malarską determinację, dla niego ogromnie ważną, o której całe życie rozmyśla i uznaje jej odsłanianie, wyrażanie, za główny cel tworzenia. Kilka nowych, kolejnych obrazów Adam namalował w takim natchnieniu. Zbliżył się do jakby ostatecznego wymiaru swojej metafizyki, z której wyziera nieskończoność. W takim stopniu, że jest już blisko. I artystyczny rozsądek uzmysławia mu, iż dalej nie należy iść. Już nie. Tajemnica bowiem jest niewyrażalna. A antycypacja jej tylko cząstkowo możliwa. Ważniejsze jest sygnalizowanie treści tej granicy, a nie jej przekraczanie, bo dokąd w takim momencie da się dojść, poza niewyrażalność? Z tajemnicą podejmowanie gry może okazać się błędem. Twórcom przydarza się. Wypada więc zatrzymać się, by nie płacić zgubnej ceny. Wypada poniekąd doznać własnej pokory. Że nic dalej. Kogo na to stać? Co możliwe, to możliwe. Ile zdoła artysta stworzyć. I takie są te płótna, jak summa duchowa, jak esencja poszukiwań, w ich oglądanie trzeba się wprawiać, poniekąd wpraszać się wyłącznie przez kontemplację. Przyjęcie tej postawy może przybliżyć sferę duchowej wielkości. Wszystkiego się nie da namalować ani wypowiedzieć czy napisać. Do tego właśnie doszedł Bagiński. Widać rezygnację z niedawno eksponowanej, bogatej ekspozycji barw i emocji. To jego „mniej” pokazuje jednak paradoksalnie „więcej”. Oczywiście nie zrezygnował z barw, ale uciszył je, by nie przeszkadzały w ujawnianiu tego, co da się doznać w istnieniu. Ale doznać czego? Sfery czystego znaczenia. To artysta wie. Decyzje malarskie zostały powstrzymane na granicy tajemnicy.

Muzyka

Ile to już lat, kiedy byłem w naszej Filharmonii im. Tadeusza Bairda. A w tym roku dwa razy. W zasadzie za sprawą dwukrotnego zaproszenia przez uznaną polską kompozytorkę Alicję Gronau. Jaka różnica słyszeć muzykę na żywo, naprawdę. Każdy dźwięk przenika ciało. Pełnia urealniona. Cielesna. Brzmi. Udziela się. Muzyka ma właściwości kosmiczne. Tak się uosabia. I coś nadzwyczajnego – muzykę można nawet zobaczyć. Jakby zobaczyć. Odczuć w niej swoją obecność, swoje ja. Bez wejścia w muzykę nie dozna się jej. Chyba ze wszystkich sztuk jest najbliższa istocie człowieka. Nie w tym rzecz, by usłyszeć dźwięki, ale usłyszeć świat.

Tego lata

Kazik napisał dosyć tajemniczo, skrótowo, że odezwie się znowu, kiedy poczuje się lepiej zdrowotnie. Zbigniew też napisał, jak to łagodnie jego ciało masowały morskie fale. Wraca do Paryża, do swojego mieszkania na piętrze. Zażartowałem, że tak wymasowany może startować w olimpijskim biegu na sto metrów i zdobyć jako osiemdziesięciolatek złoty medal. Odpowiedział też żartem, że właśnie się przygotowuje. Usunąłem zeschłe liście, bo szpeciły doniczkową roślinę. I od Henryka przyszła sympatyczna kartka. Na niebie przecinały się smugi po samolotach lecących na południowy wschód. Robiło się gorąco. We śnie czułem się uniesiony intymnie. Nie powinienem w poezji już tyle wracać do dzieciństwa – zauważyła Natalia. „Wyniki badań histopatologicznych będą znane za miesiąc”. To wiadomość od H. Na wiejskim cmentarzu w Zawadzie powiesił się młody mężczyzna. Niedaleko grobu swojej mamy. Przyjechała siostra, by pożegnać brata. Zrywałem pomidory. Jadłem płatki owsiane. Jadłem tabletki. Czereśnie. Widziałem krew. Widziałem wojnę. Kilka razy czytałem jeden i ten sam wiersz. Kryłem się przed skwarem. Piłem piwo, wodę, wodę po ogórkach, herbatę, kawę, maślankę, wino, sok z czerwonej porzeczki. Czekałem. Oglądałem niezwykłe (nie wiem, czy to właściwe określenie) obrazy Jana Knikkera juniora. Czułem się, jak się czułem. I zajmowały mnie światła drzew, pól, łąk.

The post Raport z pracowni appeared first on Pro Libris.

]]>
Wiersze [Czerwień, Cały, Dynia, O nic więcej] https://prolibris.net.pl/wiersze-czerwien-caly-dynia-o-nic-wiecej/ Wed, 23 Oct 2024 12:00:54 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=14170 Czesław Sobkowiak

The post Wiersze [Czerwień, Cały, Dynia, O nic więcej] appeared first on Pro Libris.

]]>

Czesław Sobkowiak

 

Czerwień

W czerwieni odsłaniają się sfery
Ustanowione odmiany barw i tonacje
Których nie policzę ani zanotuję
Nie zmierzę swoją miarą tego obszaru

Czerwień jest światłem i buduje światło
I rozpościera się w nieskończoność
Badacze nie dotrą do sedna ani wskażą
Jakie poza czerwienią jawią się kolory

 

 

Cały

Cały dzień szedłem pochylałem się
Nie liczyłem na cokolwiek szczególnego
Wieczorem myłem ręce i jadłem chleb
Chciałem coś zrobić ale była senność
Żmudne godziny gdzieś zostawiłem

Nie będzie inny kolejny dzień i droga
Wiotkie chwile z kimś rozmowa o drobiazgach
Wypada się zgodzić że tak to właśnie wygląda
Czytałem o gwiazdach wojnie i chorobach
Że nie da się ominąć napisanego wyroku

 

 

Dynia

Dynia to jest ze snu prostota idąca do ludzi
Nikomu nie odmawia zbioru wysokiego światła
Trwania blasku pośród ciężarów i przeciwieństw
Ten blask czytamy i opowiadamy bez obawy

Na dynię dobrze patrzeć i jej kształtem upewniać
Istnienie którego nie odważy się złamać ciemność
Można w dyni znaleźć co w nas zgubione więc ocalić
Taką wierność że nie spędza nikomu snu z oczu

Jest z promieni z tętna ziemi i z wędrowania wody
Miąższ i pestki i twarda skóra uczą pogody
Takiej że nie gaśnie gdy wszystko inne gaśnie
Więc chwalę dynię i od niej się nie oddalam

 

 

O nic więcej

O nic więcej nie dopytuję wieczoru
Została już odebrana całego dnia nagroda
I póki co nic nie jest lepsze a ponadto
Nie mam motywu wdawać się w rozważania

Niż wszedł a wraz z nim rozsnuła się mglistość
Ciemny deszcz pada czekam aż się zmieni
I tylko cisza będzie ze sobą rozmawiać
A ja wsłucham się nocą w jej szepty

 

The post Wiersze [Czerwień, Cały, Dynia, O nic więcej] appeared first on Pro Libris.

]]>