Czasopismo literackie Pro Libris Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/czasopismo-literackie-pro-libris/ Lubuskie Czasopismo Literackie Pro Libris Wed, 26 Nov 2025 10:20:56 +0000 pl-PL hourly 1 https://prolibris.net.pl/wp-content/uploads/2022/09/cropped-ProLibris2-32x32.png Czasopismo literackie Pro Libris Archives - Pro Libris https://prolibris.net.pl/tag/czasopismo-literackie-pro-libris/ 32 32 Naturalna forma komunikacji ze światem. Z Jakubem Biko Bitką rozmawia Ewa Mielczarek https://prolibris.net.pl/naturalna-forma-komunikacji-ze-swiatem-z-jakubem-biko-bitka-rozmawia-ewa-mielczarek/ Wed, 26 Nov 2025 10:16:48 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16856 Z Jakubem Biko Bitką rozmawia Ewa Mielczarek

The post Naturalna forma komunikacji ze światem. Z Jakubem Biko Bitką rozmawia Ewa Mielczarek appeared first on Pro Libris.

]]>

Naturalna forma komunikacji ze światem

Z Jakubem Biko Bitką rozmawia Ewa Mielczarek

 

 

Ewa Mielczarek: Jesteś już bardzo rozpoznawalnym artystą. Nie tylko w Zielonej Górze. Tę popularność przyniosły realizacje w postaci potężnych murali, które stały się swoistą mapą orientacyjną miasta. Znam ludzi, którzy umawiają się na spotkania przy „Rodowicz”, „Dudziak”, „Myślicielu” albo przy „Czterech Żywiołach”. Kiedy zrodził się pomysł na uprawianie wielkoformatowej sztuki malarskiej w przestrzeni publicznej?

Jakub Biko Bitka: Zawsze fascynowała mnie możliwość tworzenia dużych rzeczy przez człowieka. Pamiętam do dziś, że mając – zapewne – parę lat widziałem w telewizji, jak odbywało się rzeźbienie portretów prezydentów amerykańskich w skale. Nie wiem, czy to przez ten widok, czy po prostu instynktownie chciałem zmieniać świat wokół przez tworzenie. Pomysł z malarstwem wielkoformatowym ma swoje korzenie w graffiti. Jako młodzieniec miałem wymalowane ściany w pokoju. Potem bez pytania malowałem na ścianach na osiedlu – był to wyraz mojego buntu czy po prostu chęci bycia kimś innym w szarej postpeerelowskiej rzeczywistości. Z czasem takie działanie z farbą, w publicznej przestrzeni, stało się naturalną formą komunikacji ze światem.

Zajmujesz się także malarstwem sztalugowym. Podczas tegorocznej wystawy w Galerii Focus Mall prezentowałeś ekspozycję Biko – Obrazy nie ściany. Opowiedz o niej.

Ta przestrzeń ekspozycyjna w galerii handlowej to taki eksperyment spod szyldu Sztukarty.pl, czyli internetowej galerii malarstwa, którą stworzył Łukasz Chwałek. Oprócz moich i jego obrazów są tam też prace Jacka Milewskiego. W trójkę staramy się nakręcić takie niezależne przedsięwzięcie, gdzie artyści tworzący streetart mogą pokazać i sprzedawać swoje prace. W tej galerii odbyła się też moja indywidualna wystawa. Obrazy, które tam prezentowałem, powstały na przestrzeni ostatnich trzech lat, w nielicznych przerwach między tworzeniem murali. Są one dla mnie ważnym dowodem na to, że mogę eksplorować swoją własną ekspresję, intymność z dziełem po latach tworzenia murali, często na zamówienie. Nie są to płótna bardzo komercyjne, często zawierają pierwiastek mojego cienia, ukazują podświadome tajemnice i przypadkowe osobiste odkrycia, wynikają z czystej potrzeby tworzenia.

Tworząc wielkoformatowe dzieła na budynkach miejskich, upubliczniasz proces twórczy w sposób dosłowny. Już sam akt tworzenia dzieje się niejako na oczach przechodniów, obserwatorów. Gotowe dzieło jest dostępne dla każdego, kto znajdzie się w jego bliskości. Długo trwało, nim oswoiłeś się z tym odczuciem, czy też od początku nie miałeś z tym problemu?

Tworzenie na oczach przechodniów nigdy nie było dla mnie problemem. Za to wgląd w to, jak dzieło będzie oddziaływać i czym ma emanować, to już inne zagadnienie. Musiałem przekroczyć swoje obawy, zaufać procesowi. Mówi się, że sztuka to oswajanie się z nieznanym, tajemnicą. Ja nabrałem pewności dość szybko, jeśli chodzi o technikę, ale potrzebowałem oparcia wynikającego z dojrzewania osobistej koncepcji tworzenia. Malując bardziej klasycznie, na przykład robiąc szkic, potem podmalówkę, potem nakładając kolejne kolory, nie czułem, że zostawiam widzowi i sobie dostęp do procesu, było to dla mnie trochę martwe. Brakowało mi pewnej energii, jak podczas tańca albo sztuki walki z farbą, która przebijałaby się przez końcowy efekt. Koncepcja mojego podejścia do procesu malowania opiera się na zauważeniu dzieła jako odzwierciedlenia kolejności pewnych etapów porównywalnych do przebiegu życia. Najpierw działam jak dziecko albo dzikus, nieświadomie zaznaczając gestami powierzchnię, którą maluję. Obserwator może myśleć, że próbuję zniszczyć ścianę albo płótno. Następnie mój powtarzalny proces zakłada nadanie takiemu chaosowi pewnego logicznego porządku przez użycie kątów prostych, linii poziomych i pionowych, tworzy się rodzaj matrycy i podstawy kompozycji – to jakby odzwierciedlenie następnego etapu dzieła-życia, wprowadzenie
porządku jest jak wejście w dorosłość. Następnie kończę, nakładając jakąś liryczną warstwę obrazu inspirowaną fotografią lub kolażem. Ten etap odzwierciedla opowiadanie potomkom pewnej historii lub obserwacji z mojego życia. Takie podejście daje mi pewność co do integracji wewnętrznej. Jednak co do odbioru dzieła przez otoczenie, to zawsze będę skazany na dozę niepewności.

Zdarza się, że absolwenci uczelni artystycznych narzekają na brak przygotowania do wejścia w profesjonalne działania, które zapewnią im byt materialny. Czy UZ dał ci podstawy i możliwości działania zawodowego w przyszłości?

Myślę, że poprzednia odpowiedź ukazuje, że studiowanie pomogło mi zrozumieć i poczuć, co w tym tworzeniu jest ważne. Jestem wdzięczny, że mogłem studiować na UZ i poznać postawy innych dojrzałych artystów i wykładowców, takich jak Zenon Polus, Radek Czarkowski, Leszek Knaflewski, Wojtek Kozłowski, Ryszard Woźniak, Jan Berdyszak i wielu innych. Czas studiów bardzo wpłynął na moją twórczość, pomimo że nie udało mi się zdobyć statusu artysty stricte galeryjnego – zgaduję, że to dlatego, że podczas studiów nie zajmowałem się w ogóle marketingiem sztuki, a raczej jej kontemplacją i koncepcjami. To, że mogę utrzymać rodzinę dzięki malowaniu, wynika z umiejętności wyjścia do ludzi w czasie, gdy malarstwa ściennego w Zielonej Górze było mało. Często myślę, że był to szczęśliwy przypadek – to, co mnie fascynowało w tworzeniu, znalazło grunt w komercyjnym działaniu. Była w tym też determinacja, żeby nie iść do „zwykłej” pracy. Pierwsze dziecko urodziło nam się zaraz przed dyplomem. To była dodatkowa motywacja, aby stać się zawodowym muralistą. Przez czas studiowania wykonywałem już wiele zamówień i czułem, że mam fach w ręku, miałem pewne poczucie bezpieczeństwa i mogłem je oferować mojej młodej rodzinie. To taka sytuacja spowodowała krystalizację mojego sposobu na życie. Mogłem próbować iść w stronę sztuki tzw. galeryjnej, ale było mi to nie po drodze. Zawsze lubiłem wydeptywać własne ścieżki.

Sztuka murali, zwana przez niektórych uliczną, to nie tylko upiększanie miejskiej substancji. To – w moim mniemaniu – odkrywanie artystycznej wizji poprzez wyobraźnię, ekspresję, obnażanie często bardzo intymnych emocji. Mam rację?

Jest różnie. Teraz zdecydowana większość artystów streetart inwestuje raczej w płytkie powielanie wymyślonego znaku czy pamperka, mając za priorytet rozpoznawalność przez powtarzalność, to zagłusza tworzenie czegoś głębszego. Osobiście staram się, żeby w każdej mojej pracy – czy to na graffiti jamie, czy podejmując się zamówienia, czy malując obraz – był jakiś „przemyt” czegoś uniwersalnego, większego ode mnie. Oprócz procesu, o którym opowiadałem wcześniej, próbuję zawrzeć coś oryginalnego, coś, co zaskoczy mnie samego, jakąś tajemnicę albo zagadkę. Jest też dzisiaj ogromne ciśnienie na upiększanie i upamiętnianie za pomocą murali, ale tak naprawdę jest bardzo mało możliwości wypowiedzi osobistej na dużych ścianach, która nie byłaby obwarowana opiniami, sugestiami, wymogami. To stąd pojawiła się u mnie potrzeba swobodnego malowania obrazów i pewnie dlatego często są one niewygodne.

Sztuka, którą uprawiasz, wymaga nie tylko talentu, inwencji twórczej, ale całej logistyki przedsięwzięcia. Wybór miejsca/obiektu, w którym planujesz stworzyć mural, uzyskanie zgody (architekt miejski?) na lokalizację, przygotowanie projektu. Podejrzewam, że te wymienione (z pewnością niekompletne) działania są żmudne i wymagają ogromnego nakładu czasu i sztuki negocjacji… Opowiedz o tym, proszę.

Zazwyczaj zostaję zaproszony do realizacji muralu i – całe szczęście – nie muszę przechodzić drogi „załatwiania” ściany. Projekt należy do najtrudniejszego etapu malowania muralu. Przy większej liczbie ludzi decydujących o tym, czy projekt przejdzie, czy nie, zaczynają się schody. Dlatego chętniej podchodzę do projektów dla prywatnego zleceniodawcy, który daje mi wolną rękę. Chociaż i w takim przypadku czasem okazuje się, że moja wolna ręka może być pod ścisłym nadzorem. Całe szczęście widzę trend spadkowy takich sytuacji i zwiększenie zaufania do mnie jako artysty. Samo malowanie, szczególnie wysoko na rusztowaniu albo podnośniku, to dla mnie czysta przyjemność walki z materią. Dźwiganie wiader, chodzenie po drabinach, walka z chłodem lub upałem, to jest jak siłownia. Bez tego nie stanę się silniejszy.

Po tych przygotowaniach, akceptacji stosownych urzędów przystępujesz do konkretnego działania. To też, podejrzewam, nie jest łatwe. Począwszy od bardziej czy mniej sprzyjającej pogody, zamontowania specjalistycznego rusztowania, przygotowania podłoża (wyrównanie ewentualnych nierówności, uszczerbków w strukturze muru), naszkicowania zarysu muralu… Myślę, że jest nieskończenie długa lista składowych tego procesu.

Schemat powstawania muralu czy obrazu jest podobny. Po otrzymaniu zdjęć i wymiarów ściany i opisu zamawiającego (to mogę być ja sam, jeśli maluję dla siebie) najpierw poddaję się procesowi wewnętrznego przetwarzania wizji, pomysłów, następnie wykonuję bardzo uproszczone luźne szkice, szukam inspiracji w nieskończonym albumie internetu, a potem obrabiam to w Photoshopie, tworząc cyfrowy projekt. Do przenoszenia projektu używam różnych metod – rzutnika, siatki czy tzw. doodle grid. Ta ostatnia technika opiera się na nałożeniu cyfrowo na podkład z luźnych form przedstawienia, aby zachować proporcje. Maluję zazwyczaj za pomocą wałka gąbkowego, który daje wiele możliwości pracy.

Spodziewam się, że tworząc mural, pokonujesz kolosalną ilość kilometrów… W pionie i poziomie.

Tak. Stąd moja dyscyplina codziennych, porannych ćwiczeń, aby wzmocnić ciało.

Biorąc pod uwagę fakt, że twoje dzieła skazane są na różnorodne warunki atmosferyczne, trzeba używać wysokiej jakości materiałów, które zapewnią długą żywotność muralowych obrazów. Są zapewne bardzo kosztowne.

Tak, to nie są tanie rzeczy.

Stworzyłeś sporo realizacji. Najwięcej pisano o muralu poświęconym Maryli Rodowicz, Urszuli Dudziak, narożnemu malowidłu na budynku Europejskiej Szkoły dr Rahn. Która jest ci najbliższa, najważniejsza?

Szczerze, to każda ma coś osobistego. Projektując mural dla Urszuli i Maryli, inspirowałem się zagadnieniem drogi życiowej artysty. Jej różnych etapów. Jest to coś, nad czym często sam kontempluję. Jeśli chodzi o mural ze słoniem na budynku szkoły Rahn, to użyłem tam wizerunków dzieci, między innymi moich własnych. Ten zabieg wykorzystuję już od wielu lat, właśnie żeby poczuć osobiste połączenie z treścią muralu. Czuję, że utrwalam życie osób dla mnie najbliższych. Muszę przyznać, że najbardziej osobisty mural, jaki udało mi się wykonać, to ten na Stołczynie w Szczecinie dzięki szczecińskiemu programowi muralistycznemu. To obraz ukazujący moją żonę w ogrodzie i mnie, mało widocznego, malującego na podnośniku.

Odwracając pytanie – która z dotychczasowych prac była najtrudniejsza do realizacji?

Nie mam chyba takiej. Łatwiej mi znaleźć pewne trudności. Na przykład mróz, podczas którego kończyliśmy zbiornik dla Accolade w Kisielinie albo ogrom powierzchni przy największej realizacji na zbiornikach przy ul. Chmielnej. Pamiętam też obawy przy odbiorze muralu do kościoła w Wilkanowie. Czasem też największą trudnością jest rozłąka z rodziną przy natłoku zamówień, daleko od domu. To są dla mnie trudności.

Fundacja Bezpieczne Miasto to organizacja będąca wsparciem dla twoich działań. Opowiedz, proszę, w jakiej formie służy pomocą.

Nie współpracujemy już z tą fundacją, ale była bardzo ważna nie tylko dla naszego rozwoju jako uczestników graffiti jamów przez nią finansowanych, ale dla całego zielonogórskiego środowiska streetartu. Dzięki pomocy prezesa, pana Zbyszka Bartkowiaka, mieliśmy zapewnione ściany, farby, a nawet kiełbaski na grilla. Udało się też pod jej szyldem wydać trzy albumy o zielonogórskim graffiti i zorganizować wiele wystaw. To dzięki niej powstał zielonogórski, coroczny festiwal graffiti Green Jam, teraz obsługiwany przez naszą fundację Kolabo, którą założyliśmy razem z Łukaszem Chwałkiem.

W Zielonej Górze odbywają się przedsięwzięcia, które uświadamiają, jak ważna jest estetyka miasta i jak wielki jest wpływ przestrzeni miejskiej na jej mieszkańców. Na przykład Wielkie Graffiti Jam czy Green Jam. Wraz z innymi doświadczonymi graficiarzami prowadziłeś na nich warsztaty. Opowiedz o tej sferze swoich aktywności.

Wspólne malowanie na jamach jest niezwykłą frajdą. Ma w sobie pierwiastek buntu i szaleństwa, i nie zawsze jest dobrze odbierane przez całość społeczeństwa. Dla mnie to wielka życiowa przygoda, pozwalająca na spotkania z przyjaciółmi. Niektóre przyjaźnie mają już ponad dwadzieścia lat. To daje poczucie przynależności do tego kreatywnego plemienia. Zdarza się, że jestem najstarszym uczestnikiem i daje mi to do myślenia.

Wiem, że cenisz sobie twórczość Łukasza „Waek” Chwałka. Intensywnie współpracujecie. Są jeszcze inne postaci ze środowiska graficiarzy, o których chciałbyś wspomnieć?

Trochę się ich nazbierało. Zawężając do lubuskiego, to tak: Baza, Datow, Unik, Chois, Rome, Fogi, Nikson, Tula, Kwazor, Saike, chłopaki z NOC i z OC, i ci, którzy już odeszli – Ybzho i Jutke.

Na koniec naszej rozmowy spytam o plany na przyszłe realizacje. Czy masz jakieś muralowe marzenia, a może zamysły, które nie są związane ze sztuką wielkoformatową?

Największe marzenie to ogarnięcie swojej działalności tak, żeby mieć większą przestrzeń na rodzinę i na osobistą sztukę we własnej pracowni. Uspokojenie życiowej zadymy i spokojne tworzenie nowych dzieł.

Oby udało się spełnić te marzenia. Dziękuję za rozmowę.

 

 

The post Naturalna forma komunikacji ze światem. Z Jakubem Biko Bitką rozmawia Ewa Mielczarek appeared first on Pro Libris.

]]>
Czytelnia jednego wiersza. Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott https://prolibris.net.pl/czytelnia-jednego-wiersza-z-jozefem-baranem-rozmawia-miroslawa-szott/ Tue, 25 Nov 2025 10:03:45 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=16660 Mirosława Szott

The post Czytelnia jednego wiersza. Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott appeared first on Pro Libris.

]]>

Czytelnia jednego wiersza

Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott

 

 

Album

jest to żywy album
lubię go przeglądać
szczególnie w jesienne niedziele
przy świetle słońca
przerzucam wzrokiem
te pożółkłe strony
rodzinne

jak przewracane kartki
szeleszczą zasuszone liście sadu

tak to właśnie ten sad ta droga polna
rzeka i niebo
pozowały mi do dzieciństwa
a raczej odwrotnie
to ja przez moment im pozowałem

w tych stronach moja pamięć
zachowuje się niczym podstarzała ciotka w okularach
pokazując rodzinne fotografie*

 

 

*  J. Baran, Album, [w:] tegoż, Nasze najszczersze rozmowy, Kraków 1974, s. 15.

Mirosława Szott: Chyba jesteś trochę zaskoczony wyborem wiersza? Album to jeden z moich ulubionych utworów z twojego debiutanckiego tomiku Nasze najszczersze rozmowy (Wydawnictwo Literackie, 1974). Nigdy go nie przedrukowywałeś w wyborach wierszy, prawda?

Józef Baran: Rzeczywiście, nie przypominam sobie, żebym go przedrukował do któregoś wyboru wierszy, a było ich z siedem. Ten wiersz nie wydawał mi się na tyle ważki.

Zacznę może od puenty. Spodobała mi się ta podstarzała ciotka (wszyscy takie mamy!), która zapewne nie zwraca uwagi na ziewanie innych i opowiada. Dociera do każdego szczegółu z fotografii i każdego nazwiska. Tłumaczy, kto z kim i jak długo.

Tak, masz rację, to punkt programu niekoniecznie tylko u podstarzałych ciotek, bo i młode mamy pokazują swoje pocieszki i pociechy na fotografiach i ich wzrastanie z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc – jest to równie nudne dla kogoś postronnego, nawet jeśli jest z najbliższej rodziny, a co dopiero, gdy nie jest… Oczywiście zdarzają się, ale bardzo rzadko, właścicielki albo właściciele takich albumów, którzy są obdarzeni talentem gawędziarskim, ale oni przeważnie nie muszą się posiłkować fotografiami i pomijają te kiedyś ważne, a dziś dla słuchającego nieistotne szczegóły „kto z kim i jak długo?”.

Ty jesteś typem opowiadacza? Piszesz i wydajesz też dzienniki; niedługo w PIW-ie ukaże się kolejny tom, będący wyborem z poprzednich oraz poszerzony o najnowsze zapiski.

Nigdy nie byłem dobrym gawędziarzem. Stosowałem raczej skróty, kondensację. Chociaż moja poezja z tego tomiku po 50 latach od wydania może dawać złudzenie właśnie owej ciotki, która opowiada o świecie, którego już nie ma, co może nudzić bądź nic nie obchodzić współczesnego czytelnika. Reprezentujesz inne pokolenie, inne myślenie o literaturze i świecie, nie pochodzisz z rodziny chłopskiej ani ze wsi, nie znasz realiów tamtej mojej Arkadii. Jak ci się czyta ten tomik?

Mam problem z odpowiedzią na to pytanie, bo… lubię oglądać albumy i słuchać podstarzałych ciotek. A na bazarach przeglądam stare zdjęcia, choć oderwały się one już od swoich właścicieli (Jacek Dehnel zainspirował mnie swoim Fotoplastikonem i zbieram zdjęcia nieustannie). Twój debiutancki tomik jest z pewnością cały takim albumem z czasu dzieciństwa i znakiem żegnania tego dzieciństwa. Tylko że dotykasz w nim jakiejś części wspólnej, ogólnoludzkiej. Każdy pochodzi z jakiejś małej wspólnoty. Każdy ma jakieś zapachy dzieciństwa i obrazy rodziców. I nawet jeśli są inne – to docierasz do źródła. Tomik był wydany w latach 70. XX wieku, ale to bez znaczenia, bo jest uniwersalny.

Ktoś kiedyś powiedział mi – zdaje się, że Jerzy Harasymowicz – że bohaterem moich wierszy z pierwszego tomiku jest czas. Nie dał się zwieść folklorowi, kolorytowi, dzieciństwu.

Jeśli czas był głównym bohaterem tego tomiku, jak twierdził Harasymowicz, to zdecydowanie przeszły. Teraz jest go mniej w twojej poezji. Zresztą czas dla wiejskiego dziecka był kolisty, odmierzany porami roku, cyklami przyrody (w Albumie są jesienne niedziele, szeleszczące zasuszone liście sadu). W twoim najnowszym tomiku pt. Jaśń, który przygotowujesz, najwięcej odnajdzie się teraźniejszości, skupienia na chwili obecnej. I to jest jasny czas. Czy dałam się oszukać?

Nie wiem, trudno mi na siebie i moje wiersze spojrzeć z zewnątrz, choćby twoimi oczami. Kiedyś miałem przed sobą ogromną przestrzeń czasową do zagospodarowania przez wyobraźnię poetycką, teraz – pozostały mi chwile, drążę więc w chwili. Moją obsesją jako poety, ale również dziennikarza publicysty zajmującego się nie tylko tematyką kulturalną, bo piszącego też reportaże dla tygodnika, było takie pisanie, które by miało szanse przetrwać swój czas, tzn. zawierało w środku, w ośródce coś ponadczasowego. Niektóre z tych tekstów przetrwały i poszerzone znalazły się w obszernej książce eseistyczno-wywiadowej Tragarze wyobraźni. Żeby z chwili bieżącej ocalić chwilę wieczną, która jest w niej ukryta. W poezji nie umiałem utożsamić się z moimi rówieśnikami z Nowej Fali tworzącymi program „tu i teraz” i wjeżdżającymi do literatury na koniku polityki.

Jakim programem się kierowałeś?

Niepisanym programem „teraz i zawsze”.

Jak to pogodzić? To niemal przeciwieństwa. Chociaż mamy coś takiego jak coincidentia oppositorum.

To bardzo trudne, jednak każdy rasowy artysta chyba do tego dąży, by swoją sztuką przeciwstawić się nieuchronnemu przemijaniu, korozji czasu, pożarowi czasu, który trawi wszystko, co było żywą bieżączką. Chodziło mi o to, żeby pisać tak o chwili bieżącej, by było to żywe i aktualne dla czytelnika za lat 50 czy 100. Widziałem w swoim liczącym ponad pół wieku życiu literackim, jak modni, wynoszeni w swoim czasie na ołtarze, nagradzani i okrzyknięci przez recenzentów odkryciami sezonu gwiazdorzy młodej literatury kurczyli się, znikali ze sceny, a ich utwory ulegały właśnie tej korozji czasowej. Co ciekawe, najszybciej podlegali starzeniu się i przemijaniu poeci i prozaicy modni – moda najszybciej się starzeje; całą plejadę prozaików wypromował kiedyś w „Twórczości” w latach 80. krytyk skądinąd wybitny Henryk Bereza! Tylko niektórzy z nich coś dziś znaczą. Podobnie działo się z głośnymi w swoim czasie debiutantami, np. z tymi, których pasował na „młodych wieszczów” krytyk pracowity i zasłużony, ale może zbyt łagodny Karol Maliszewski. Historia literatury jest cmentarzyskiem wielu pogrzebanych nadziei.

Dziś w poezji też są różne mody. Na przykład ekologia, queer, wiejskość, szamanizm, cybernetyka. Pojawia się czasem koniunktura na coś – np. pisanie o rzekach. Raz jest fraza długa, rozciągnięta na całą stronę, innym razem – zwięzła i krótka, raz są uwielbiane przerzutnie, innych razem – nie ma po nich śladu.

„Mam to nieszczęście”, że żyję długo i obserwowałem wiele; nie jest mnie łatwo zwieść. Tylko niektórzy potrafili tak pisać, by ich dzieła miały walor ponadczasowy. Przy czym trzeba pamiętać, że nie chodzi mi o „neoklasyków” tworzących często piękne, ale puste wydmuszki.

O jaką ponadczasowość ci chodzi w takim razie?

Utwór powinien wyrastać ze swojego czasu, z chwili, z konkretu, ale powinien się też unosić wysoko w czasie uniwersalnym. Świat dawnej wsi – cepów, kosy i lampy naftowej – opisywany w moim pierwszym tomiku zapadł się, ale mam nadzieję, że został jakoś tam przetworzony w moich wierszach w baśń poetycką i dalej jest żywy, bo przecież poezja nie jest tylko mimetycznym odbiciem rzeczywistości jeden do jednego. Często bywa marzeniem – jak powinno być w idealnym świecie poety. Uczucia rodzinne, klimaty domowe zawsze mogą być żywe. Ale czy tak jest, czy ten pierwszy arkadyjski okres mojej twórczości dalej działa na wyobraźnię czytelnika – tego nie jestem pewien, ba, nie miałbym pojęcia, gdyby nie Facebook. Otóż zdarza mi się, że publikuję na Facebooku wiersz sprzed 50 lat, mam dużo polubień, a ktoś daje wpis: „No, teraz pan pisze świetne, dużo lepsze wiersze niż kiedyś!”.

(śmiech) Niezły komplement! Miałeś 27 lat, kiedy ukazał się twój debiut. Domyślam się, że ten poetycki powrót do rodzinnych stron był spowodowany m.in. tym, że nie mieszkałeś już wtedy w Borzęcinie. To musiały być wielkie emocje.

Z domu wyjechałem, mając 13 lat, a na wydanie Naszych najszczerszych rozmów czekałem chyba cztery lata (mimo świetnych recenzji wewnętrznych Wiesława Pawła Szymańskiego i Ewy Lipskiej). Nigdy już potem nie przeżywałem podobnych emocji. Ja też lubię ten tomik, bo ma w sobie coś „dziewiczego”, ta „dziewiczość” czy „prawiczość” została potem zgwałcona, że się tak brzydko wyrażę, przez świadomość warsztatową nabywaną z latami. A tu – jeszcze niewinność, świeżość, pewna urocza naiwność i pewien rodzaj szczerości. Mitologizacja dzieciństwa, domu rodzinnego, Arkadii etc. współgrała z ówczesnymi klimatami w literaturze – z prozą Nowaka, Myśliwskiego, Kawalca, Redlińskiego. Trochę na inny sposób Harasymowicza… Oni przygotowali grunt pod moje wejście do literatury czy np. mojego rówieśnika i przyjaciela, Adama Ziemianina, też prowincjusza, bo chłopaka z górskiej Muszyny. Odkrywanie poezji w tym, co najbliższe, rodzime, spotykało się wtedy z dużym wzięciem. Dla porównania po 1989 roku następuje odwrót od rodzimości i importowanie wszystkiego, co przynosił świat, nie tylko w poezji i prozie, także w muzyce, w malarstwie, w filmie też sporo szmiry, tandety i kiczu. Jak wiadomo ze Słowackiego są okresy, gdy chętnie bywamy pawiem i papugą. Ba, szczycimy się tym. Ale ja startowałem w innym okresie i cieszę się, że tak było i że trafiłem wówczas na swoją ścieżkę poetycką, skromną, ale własną. Dziś po wielu latach doświadczeń życiowych i przekopanych lekturach, mogę sobie już pozwolić na filozofowanie, uogólnianie, abstrahowanie, co czynię często-gęsto w dziennikach, ale też np. w tomie W wieku odlotowym (2020), który otrzymał czytelniczą nagrodę Orfeusza w Praniu.

Czytałam tekst Artura Sandauera w „Literaturze” z 1976 roku o twoim debiucie. Podkreślił w ostatnim zdaniu, że masz cenny kunszt trafiania bezpośredni do ludzkich serc (on też trafił z tą diagnozą).

Artur Sandauer mówił też o tym tomiku w „Pegazie” telewizyjnym, chwalili go ówcześni znani krytycy: Jerzy Kwiatkowski, Zbigniew Bieńkowski, Ryszard Matuszewski, Iwona Smolka etc. Tomik otrzymał Nagrodę im. Andrzeja Bursy. To się bardzo przydaje na jakimś etapie twórczości, dowartościowuje. Ale teraz wiem, że zawsze chciałem, żeby moja poezja trafiała bezpośrednio do czytelniczek i czytelników. Ich odbiór interesuje mnie najbardziej.

Wysoko postawili ci poprzeczkę krytycy. Ale zdaje się, że nie zablokowało cię to, bo za dwa lata opublikowany został twój kolejny tomik. Jerzy Kwiatkowski zauważył, że najczęstszym chwytem twojej poezji jest „trafnie dobrana i sugestywnie przeprowadzona przez cały wiersz metafora, która – bardziej lub mniej zaskakująco – odpowszechnia jeden z fragmentów wiejskiego świata, będącego jednocześnie światem dzieciństwa bohatera tych wierszy”. W wierszu Album świetnie rozwijasz metaforę do samego końca. Ale często też rozróżniasz małe i duże metafory, ceniąc wyżej te drugie.

Stanisław Barańczak napisał bardzo dobrą recenzję wewnętrzną tomu Na tyłach świata, dzięki czemu ukazał się on w krakowskim Wydawnictwie Literackim w 1977 roku. Ale przestrzegał mnie przed małymi dekoracyjnymi metaforami à la Gałczyński czy Harasymowicz, twierdząc, że moją siłą jest duża metafora zawarta w koncepcie, w konstrukcji wiersza (poważnie potraktowałem też uwagę Ewy Lipskiej, żeby nie nadużywać przenośni dopełniaczowej). Miał swoją rację, zapamiętałem ją na całe późniejsze lata, jednak nie do końca w nią uwierzyłem. Uważam, że małe metaforki też powinny być doszlifowane i piękne na choince wiersza. Wiersz ma świecić. Oczywiście nie zawsze; czasem przemawia ciemną głębią, ostrą prostotą. Nie ma jednej recepty, decyduje intuicja poety.

To kto komu pozował? Krajobraz twojemu dzieciństwu czy odwrotnie? Jak teraz na to patrzysz?

Kiedy przyjeżdżam na moją wieś, większość znajomych mieszka już na cmentarzu w Borzęcinie. Ja jeszcze przez chwilę będę pozował. Nie będzie nas, będzie las – jest takie trywialne powiedzenie. Jesteśmy jako osoby przejściowi. W Krakowie, gdzie mieszkam od pół wieku, stały jest Wawel, Kościół Mariacki, ludzie jako turyści są przejściowi, zmieniają się. Mury pozostają. Pozostaje też pieśń Kochanowskiego Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary śpiewana w kościele. Ludzie nawet nie wiedzą, że ona ma prawie 500 lat. Jest dalej żywa. I o to chodzi w poezji. Ale co zostanie z poety, co zostanie z poezji współczesnej, co przetrwa ze sztuki XX czy XXI wieku – tego nie potrafimy przewidzieć. Każdy poeta jednak marzy, żeby ocalić kawałek swojego świata, żeby jego poezja go przeżyła i żeby nie było jak w Makbecie Szekspira:

Życie jest tylko przechodnim półcieniem,
Nędznym aktorem, który swoją rolę
Przez parę godzin wygrawszy na scenie
W nicość przepada – powieścią idioty,
Głośną, wrzaskliwą, a nic nieznaczącą.

Perspektywa nihilistyczna jest może łatwiejsza do przyjęcia?

Poetyckie operowanie pojęciami, uogólnieniami może przerodzić się w późnym wieku poety w rezonerstwo, w pesymistyczne marudzenie, że „wszystko to marność i pogoń za wiatrem”, więc w najnowszym tomiku uciekam, może dla przekory, bo jestem człowiekiem przekornym – jak słusznie zauważyłaś – w chwilę, w epifanię, a nawet w pogodne zauroczenie chwilą. Słowem – próbuję dziecinnieć, tym bardziej, że za chwilę zacznę jako starzec naprawdę dziecinnieć (śmiech). Jednak kochamy życie, przekazujemy je dalej w sztafecie pokoleń, jest na tyle atrakcyjne, że nas wciąga i pociąga swoją urodą, swoim urokiem, kusi, nęci. Instynkt życia jest niesamowicie mocny. Niektórym samo życie wystarcza, niektórym (np. poetom) nie wystarcza i tworzą „wydanie drugie, poprawione”.

Ładnie to ująłeś. Dziękuję za rozmowę.

fot. Mirosława Szott

 

The post Czytelnia jednego wiersza. Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott appeared first on Pro Libris.

]]>
Byłeś mi Bratem https://prolibris.net.pl/byles-mi-bratem/ Wed, 28 May 2025 12:47:08 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15965 Henryk Warszawski

The post Byłeś mi Bratem appeared first on Pro Libris.

]]>

Henryk Warszawski

Byłeś mi Bratem

W jednym z wierszy Mieczysław J. Warszawski jakby kalendarzowo przewidział swoją majową śmierć: „Dobrze byłoby umrzeć/ W maju…”. I tak się stało. 2 maja 2015 roku poeta zmarł w zielonogórskim hospicjum. Pożegnał się z Poezją, Domem rodzinnym, Oknem w poetyckim pokoju, kultową wiejską Gruszą. Z Odrzańskiem.

Właśnie mija dziesiąta rocznica śmierci Mietka, który całe życie spędził w Laskach Odrzańskich. Tu mieszkał i tu tworzył. W dekadę kresu życia poety postanowiłem poczynić podsumowanie – jak dzisiaj jest wspominany, czytany, odbierany? Myślę, że pogodnie. Zarówno w rodzinie, jak i w kręgach lubuskiej kultury. Wszak ma swoją ławeczkę na Skwerze Poetów przy Bibliotece Norwida, tablicę pamiątkową w rodzinnej wsi, zaistniał w licznych wspomnieniach, antologiach, wierszach wokół Gościa samego siebie. Dzięki Robertowi Rudiakowi ukazała się też filmowa płyta pod takim właśnie tytułem. Z kolei zielonogórski reportażysta, redaktor Cezary Galek, zrealizował wzruszającą audycję o zielonogórskim bardzie.

Byliśmy sobie bratersko bardzo podobni: urodzinowym sierpniem nad Odrą, imieninowym styczniem, barwą przeżywania chwili. Jego poetycka twórczość – począwszy od debiutanckiego wiersza Krzyż („Nadodrze” 1967) po wiersz Treść (w pośmiertnym Nic ponad – Rdzenne) – jest mi emocjonalnie bliska. Zaczytany w jego poezje jestem do dzisiaj. Cenne jest dla mnie, że we wszystkich książkach zamieszczał osobistą dedykację. Ponadto posiadam około stu listów pisanych ręką Mieczysława na mój adres w Gelsenkirchen.

Artysta i poeta zarazem, Władysław Klępka, stworzył oryginalne Epitafium dla Mieczysława J. Warszawskiego, dzieło z czerpanego papieru. Pełne tajemniczości, oddające twórczą treść poezji Mieczysława, przekornej niezgody w zmaganiu się z życiem. Ale także dojrzałą refleksję i spełnienie wyraża to Epitafium, Klępkową poruszoną ciszą. Epitafium wzbogaca moje mieszkanie, zdominowane Mietkowymi książkami na regałach.

Wieś Laski Odrzańskie, Dom rodzinny, Matka Anastazja, Odra – to tematyczna biografia jego twórczości. Te poranne wygnania, codzienna podróż pociągiem, będąc gościem samego siebie, we własnej skórze, na przekór żywiołom, w czterech ścianach bezdomności – aż po pośmiertne NIC PONAD.

The post Byłeś mi Bratem appeared first on Pro Libris.

]]>
Noworoczne Wierszowanie 2025 https://prolibris.net.pl/noworoczne-wierszowanie-2025/ Wed, 28 May 2025 12:20:33 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15945 Relacja

The post Noworoczne Wierszowanie 2025 appeared first on Pro Libris.

]]>

Noworoczne Wierszowanie 2025

 

Mocnym akcentem styczniowym w Bibliotece Norwida jest Noworoczne Wierszowanie. Tym razem inspiracji nie trzeba było daleko szukać. W grudniu w galerii Norwida gościliśmy rzeźby i asamblaże Jerzego Gąsiorka (Gąsiora). Wystawa nosiła tytuł Wokół Sacrum, a jej uroczysty finisaż odbył się 23 stycznia – tuż przed Noworocznym Wierszowaniem.

Imprezę zainaugurował występ Grupy Drewno. Śpiew biały doskonale komponował się z tematem spotkania. Następnie rozpoczął się konkurs. Zgłosiło się aż czterdzieści jeden osób, które chciały zaprezentować swoje utwory i powalczyć o główną nagrodę (1000 zł). Chętni przybyli m.in. z Gorzowa Wielkopolskiego, Sulechowa, Świebodzina, Kęszycy Leśnej, Żar i z Zielonej Góry. Z pewnością zadziwili słuchaczy różnorodnym podejściem do proponowanego tematu – Wiersz z Drewna. Niektórzy postanowili wyeksponować formę swoich wierszy, co także zostało zauważone i docenione. Jednak najważniejsza w ocenie była treść utworów.

Jury w składzie: dr Marta Bąkiewicz, dr Mirosława Szott, Jerzy Gąsiorek przyznało następujące nagrody: I miejsce – Anna Naplocha, II miejsce – Krzysztof Ziemski, III miejsce – Maria Stocik i wyróżnienia: Czesław Markiewicz, Janusz Stankowski, Agnieszka Monika Olszewska.

Jerzy Gąsiorek stworzył dla laureatów przepiękne anioły. Dwa dodatkowe wyróżnienia w postaci aniołków otrzymały najmłodsze uczestniczki imprezy – Teresa i Marcelina Czerklańskie. Spotkanie trwało dość długo, w czasie przerwy na obrady jury goście mogli raczyć się rozmowami i kanapkami. Taki był nasz podstawowy cel – integrować środowisko literackie. Na koniec reprezentacja Stowarzyszenia Jeszcze Żywych Poetów wręczyła Katarzynie Jarosz-Rabiej Szczęsną Podkowę, której pomysłodawcą był Jerzy Szewczyk.

Anna Naplocha

 

Drewno

Widziałam drewno
Płaczące żywicą
Zabalsamowane w chwili przerąbywania
Zastygłe w metamorfozie formy pniaka
Jak owad w żywicy
Zdziwione oddalającym się lasem
Wyciągało łuski kory
Niczym zmarszczone dłonie starego człowieka
Chodź
Ogrzeję Cię w dłoniach
Albo w płomieniach kominka
Albo zetrę z Ciebie papierem twą gruboskórność
Albo wyciosam z Ciebie dłutem prawdę i piękno
Aż staniesz się dobre
W nowym akcie stworzenia
Tylko nie patrz na mnie tymi oczami
Pinokio naszych zmysłów
Tylko nie mów
Że kłamię formą i treścią
Bo zaszumię wygasłym echem twego igliwia
Aż spopieleję do cna
Aż przykryje mnie wiekowe wieko trumny
Lub zmartwychwstanę przydrożną, drewnianą kapliczką

Krzysztof Ziemski

 

Chrystus frasobliwy

Bolą mnie drzewa podpierane wiatrem,
Z których wiatr tylko niedługo zostanie,
I może kilka rzeczy nieprzydatnych,
Uschnięta pamięć jak martwy różaniec.

A na regale ustawię Chrystusa,
Zgięty jak niegdyś pod ptaszęciem gałąź,
Barwny go zapach nieznacznie porusza
I krew żywiczna ożywia mu ciało.

Stopy ma wprawdzie sękami przekłute,
Na dłoni wspiera umęczoną głowę,
Szata wzdłuż słojów skaleczona dłutem,
W twarzy tkwi ciągle biblijna opowieść.

Gdy rzeczywistość głupia i sprzedajna,
Niech pieśń czym prędzej wybrzmi modlitewna:
Świata bez ludzi, dobry Panie, daj nam,
Niechby się Ziemia obudziła bez nas.

Przecież nie po to umarłeś za ludzkość,
By teraz człowiek wymordował drzewa
I z nich wystrugał twą figurkę smutną,
By na bazarze co rychlej cię sprzedać.

Maria Stocik

 

Wiersz z drewna

Wiersz może być z miłości
Wiersz może być ze złości
Wiersz może być wydumany
Wiersz może być też drewniany
Jak nie słyszysz muzyki
Masz drewniane uszy
A kiedy wiersz staje się drewniany
Jak jest niedobrze ociosany
Jak jest zaledwie wymyślony
I taki jakby niedokończony
I nie zawiera treści przesłania
Więc jakby nie miał nic do gadania
Krakowianka jedna miała chłopca z drewna
A ja mam wiersz z drewna
Choć też jestem jedna ale nie z Krakowa
Jestem stąd miejscowa

Czesław Markiewicz

 

kamień dendrologiczny

najstarszy żywy organizm w okolicy wyobraźni. ogrodzony
stalowym płotkiem rozkłada się wszerz
wyliniałymi igłami osiemsetletni cis. nie robi wrażenia
zewnętrznym wyglądem. jak starzec którego czas skurczył
tak skutecznie że z przymrużeniem oka można go wziąć
za dorastającego chłopca pochylającego się
po upuszczoną monetę albo coś równie bezwartościowego
w szacowaniu przemijania. nigdy nie urósł
w moich oczach. nie przytył. nieco wyłysiał. zawsze
zielony. prowokująco żywy. wizerunek
nie olśniewa. ale współżycie ze spróchniałym w czasie
i przestrzeni pompatycznym przemijaniem człowieka –

jak jeszcze starszy kamień przemawia
w języku którego nikt z przemądrzałych po ludzku
nie rozszyfrował. jak kamień nie da się oswoić
herbertowi. nie pomagają długie rozmowy
szymborskiej. jak kamień pozostaje nieskruszony;

The post Noworoczne Wierszowanie 2025 appeared first on Pro Libris.

]]>
Adam Bagiński i jego twórczość https://prolibris.net.pl/adam-baginski-i-jego-tworczosc/ Thu, 22 May 2025 11:42:46 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15928 Iwona Peryt-Gierasimczuk

The post Adam Bagiński i jego twórczość appeared first on Pro Libris.

]]>

Iwona Peryt-Gierasimczuk

Adam Bagiński i jego twórczość

 

Adam Bagiński urodził się 25 lutego 1940 roku. W latach 1961-1966 studiował na Wydziale Sztuk Pięknych UMK w rodzinnym Toruniu. W 1967 roku przyjechał do Zielonej Góry, gdzie mieszka i tworzy do dziś.

„Malowanie jest dla mnie formą wypowiedzi wynikającej z potrzeby psychicznej. Przywołuję w pamięci sytuacje związane z przeżytym miejscem i pejzażem. W nawiązaniu do tych wspomnień i przeżyć powstają kompozycje o zróżnicowanym natężeniu emocjonalnym” – tak mówi o swojej twórczości współczesny impresjonista, co świat obserwuje i – od lat w tym samym atelier – zapamiętane kadry na płótnie i papierze zapisuje…

A postać jego wpisała się w mój pejzaż miasta, bowiem niejednokrotnie z okien Galerii Pro Arte widziałam, jak kroczy tym samym traktem do pracowni, z przewieszonym przez ramię ekwipunkiem malarza…

Adam. Znamy się ponad cztery dekady. Widziałam jego wystawy. Popełniłam recenzje kilku z nich. Naturalnym jest zatem fakt, że śledzę jego dalsze artystyczne poczynania, w których niezmienne od lat są dwie fascynacje: Joseph Mallord William Turner – malarz światła, dynamiki i… skrótu myślowego oraz malarstwo Japonii, bo – tak wykoncypowałam – jak twórczość Bagińskiego, wyróżnia się unikalnym połączeniem tradycyjnych technik i estetyki z wpływami różnych epok i kultur. Charakterystyczne są dla nich: subtelność kompozycji, minimalizm i bogactwo symbolik oraz głęboki związek z naturą i duchowością.

Adam Bagiński od zawsze inspirowany naturą, skupia się na tym, co niejednoznaczne, widziane jakby przez mgłę, ujęte w malarskim sfumato.

Dawno odszedł od realistycznych pejzaży, a jednak odległa w czasie pasja pojawia się w jego pracach niczym skamieniała pamiątka, kiedy wśród feerii chmur, traw i barw wyłania się kontur unoszonych w powietrzu, dobrze nam znanych budowli.

Artysta doświadcza świata, podgląda Naturę. Zapamiętuje jej barwy, zapach i smak. Z nabożeństwem kontestuje jej tajemnice, pochyla się nad potęgą żywiołów. I pozostaje w zachwycie i niepokoju.

Bez wątpienia do opisania jego twórczości godne zapożyczenia są słowa Johna Ruskina. Wprawdzie mówił o twórczości Turnera, ale podobieństwa w postrzeganiu i rozumieniu niech znajdą usprawiedliwienie: „…objawia mu się milczenie i wolność otaczającej go Natury, otwiera się przed nim jej wspaniałość. […] W końcu piękno. Odnalezione tu, pośród samotnych dolin! Nie wśród ludzi”.

Bagiński pragnie dosięgnąć ideału. W swojej długiej wędrówce, od skrupulatnego ujęcia pejzażu dotarł do jego poetyckiej ewokacji. Wielokrotne powroty w te same miejsca pozwalają zrozumieć, jak daleką przebył drogę. Doskonale opanował technikę. Z pietyzmem oddaje topografię, ale też nastrój miejsca. Jego krajobrazy rozmywają się w fantazyjnych zawirowaniach. Tylko oko zdolne wyróżniać kształty potrafi zinterpretować zamaszyste połacie barw z tych samych od lat źródeł, jako formacje przestrzenne dopełnione powietrzem i światłem.

Patrząc na obrazy, gdzie obserwację przyćmiewa emocja i siła wyobraźni, nie jest trudno zrozumieć, że wobec wielkości natury człowiek jawi się jako istota bezbronna, zdana na jej łaskę. Zdaje się wówczas, jakoby po wielekroć Adam z Williamem każdy dukt pędzla omówili.

Bagiński rozumie, że bogactwo i tajemna moc natury wymaga niekonwencjonalnych środków malarskich. Kompozycje opiera na figurach geometrycznych, rozkołysanych w niespokojnych splotach pętli i krzywizn. Kolor i światło działają samodzielnie, niezależnie od formy i tematu obrazu. Służą raczej zróżnicowaniu, nie zaś połączeniu elementów kompozycji. Choć odległy od akademizmu, skupia się na symbolice barw i wyznaje zaczerpnięty zapewne z renesansowych źródeł pogląd o substancjalnej naturze światła i barwy.

Coraz głębiej zaciera kształty widzianego świata, dając się ponieść wyobraźni. Jego obrazy, malowane zamaszyście dla siebie, są radością dla oka. Akwarele składają się czasem zaledwie z paru pociągnięć pędzla, które wydobywają orientem rozumiany sens białego tła. Półprzezroczyste widoki pełne niedomówień stanowią ukłon w stronę japońskich pejzażystów. W ich kompozycjach dominuje subtelność i prostota, które przejawiają się w minimalistycznych formach i delikatnych liniach. Te cechy mają swoje korzenie w buddyjskich i zenistycznych wartościach, które podkreślają harmonię, ciszę i kontemplację.

Bagiński za swego rodzaju wzorzec niejednoznaczny z naśladownictwem przyjmuje kolorystykę japońskiego malarstwa, które często bazuje na naturalnych barwach, odzwierciedlających zmieniające się pory roku i różnorodność przyrody.

Pochyla się nad sposobem użycia symboliki w japońskim malarstwie, świadomy, że każdy element kompozycji ma swoje głębokie znaczenie. Stanowi nie tylko motyw dekoracyjny. Jest nośnikiem kulturowych i duchowych treści. Jak chce artysta, ta bogata symbolika sprawia, że obrazy są nie tylko estetycznym doznaniem, ale również głębokim przekazem filozoficznym i emocjonalnym. Jak w malarstwie Katsushiki Hokusai, gdzie subtelnie, w nowatorskim ujęciu, dynamiczne linie spotykają się z kontrastującymi kolorami. Tak jawi się esencja wrażliwości i estetyki wspólna z pozoru odległym kulturom.

W obrazach olejnych Bagiński skupia się na „położeniu farby z gestu” i zróżnicowaniu materii malarskiej, co daje im ruchliwą i dynamiczną formę.

I zawsze – jak mówi – „chodzi o uchwycenie syntezy miejsca, w którym przebywa. W przyrodzie poszukuje uniwersalnego rytmu i zmienności w czasoprzestrzeni. Malując pejzaże, myśli o człowieku integralnie związanym z naturą, zależnym od niej. Niewidoczny, najczęściej obecny w domyśle, zawsze jest przyczyną poszukiwania przeżyć uniwersalnych”.

Rzecz w tym, abyśmy przyjęli zaproszenie artysty i z widza stali się rozmówcą zaangażowanym w dyskurs nad ludzką kondycją.

The post Adam Bagiński i jego twórczość appeared first on Pro Libris.

]]>
Wawrzyny 2024. Tradycja i prestiż https://prolibris.net.pl/wawrzyny-2024-tradycja-i-prestiz/ Wed, 21 May 2025 12:11:43 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15885 Ewa Mielczarek

The post Wawrzyny 2024. Tradycja i prestiż appeared first on Pro Libris.

]]>

Ewa Mielczarek

Wawrzyny 2024

Tradycja i prestiż

 

Głęboko zakorzenione w życiu kulturalnym Lubuskie Wawrzyny są przedsięwzięciem o bogatej historii sięgającej ostatniej dekady XX wieku. Obserwując obecną, wysoką rangę imprezy, aż trudno sobie wyobrazić, jak mozolnie kluła się idea przyznawania regionalnej nagrody Ziemi Lubuskiej. Zainteresowanym polecam artykuł Mirosławy Szott i Roberta Rudiaka Wawrzyny Lubuskie, w którym autorzy szczegółowo opisują genezę tej nagrody*. Niezaprzeczalnym jest fakt, że przez lata została wypracowana formuła, która sprawia, że to najważniejsze święto lubuskiej literatury, nauki i mediów. Tegoroczna gala Lubuskich Wawrzynów potwierdziła prestiż i doniosłość wydarzenia, podczas którego ogłoszono laureatów 31. Lubuskiego Wawrzynu Literackiego w kategoriach prozy i poezji, 20. Lubuskiego Wawrzynu Naukowego oraz 11. Lubuskiego Wawrzynu Dziennikarskiego, a także nagród i tytułów towarzyszących.

 

24 lutego – to jest zgodnie ze zwyczajem w ostatni czwartek tegoż miesiąca – w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Cypriana Norwida w Zielonej Górze odbyła się gala konkursu Lubuskie Wawrzyny 2024, podczas której uhonorowano najwyżej ocenionych literatów, naukowców i publicystów w regionie. Obok autorów w uroczystości wzięli udział parlamentarzyści, reprezentanci władz rządowych i samorządowych, członkowie kapituł wawrzynowych, przedstawiciele środowiska kulturalnego, naukowego, dziennikarskiego, sponsorzy. Relację z imprezy emitowała TVP 3 Gorzów.

W imieniu organizatorów zgromadzonych gości powitali dyrektorzy największych książnic lubuskich – gospodarz gali, dr Andrzej Buck (WiMBP im. Cypriana Norwida w Zielonej Górze) oraz dr Sławomir Szenwald (WiMBP im. Zbigniewa Herberta w Gorzowie Wielkopolskim).

Lubuski Wawrzyn Literacki, rozstrzygnięty po raz 31., przyniósł laureatów w dwóch kategoriach – poezja i proza. W tej pierwszej najwyższym laurem uhonorowano Bartosza Konopnickiego za tomik zatytułowany Zapisy promieniowania. Kapituła w składzie: prof. dr hab. Małgorzata Mikołajczak (przewodnicząca, UZ), prof. dr hab. Wojciech Ligęza (UJ), prof. dr hab. Marian Kisiel (UŚ) również wysoko oceniła poezję Krzysztofa Fedorowicza – Zimowe cięcie winorośli oraz Marii Fraszewskiej – Od mięty i odmęty, które były nominowane do nagrody.

Wawrzyn w kategorii prozy przyznano Marcinowi Mielcarkowi za książkę Skoczek. Wśród nominowanych znalazły się jeszcze publikacje Upierz Pauliny Pudło oraz Dusze niczyje Pawła Jakuba Sochackiego. Ostateczną decyzję podjęła kapituła w składzie: dr hab. Wojciech Browarny, prof. UWr (przewodniczący), prof. dr hab. Karol Maliszewski, ks. dr hab. Andrzej Draguła. Ponadto Nagrodę Rektora Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie Wielkopolskim za Debiut Literacki w postaci Srebrnego Sokolego Pióra otrzymała Katarzyna Grabias-Banaszewska, autorka tomu opowiadań Geranium oraz Agnieszka Tymoszczuk za zbiór wierszy to ciche zwierzę jakie tam w tobie. Dyplomy honorowe za całokształt twórczości przyznano dr. Włodzimierzowi Kwaśniewiczowi (pośmiertnie), a także Beacie Igielskiej, Tadeuszowi Kolańczykowi i Eugeniuszowi Kurzawie.

Do ścisłej czołówki nominacji 20. Lubuskiego Wawrzynu Naukowego zakwalifikowano: Martę Bąkiewicz, autorkę Literackich dorzeczy Odry. Wokół narracji polskich i niemieckich twórców po 1945 roku, Agnieszkę Dylewską za Grünberger Hauskalender. Literackie zwierciadło zielonogórsko-kożuchowskiej mikroprowincji (1910-1940) oraz Grzegorza Urbanka za publikację Bastion niemczyzny na nowym pograniczu. Powiat międzyrzecki w latach 1918-1939. Decyzją kapituły w składzie: prof. dr hab. inż. Justyna Patalas-Maliszewska (przewodnicząca), prof. dr hab. Grzegorz Kucharczyk, dr hab. Justyna Krauze-Pierz, prof. dr hab. Tomasz Jurek, dr Piotr Prusinowski, Wawrzyn Naukowy trafił do dr. Grzegorza Urbanka. Nagrodę Rektora UAM w Poznaniu za Najlepszą Książkę Popularnonaukową (Małe Srebrne Pióro) przyznano Izabeli Korniluk za opracowanie Hegemonia Zastalu. Dzieje Zaodrzańskich Zakładów Przemysłu Metalowego „Zastal” w Zielonej Górze (1945-1991). Dyplomem za walory edytorskie uhonorowano książkę Zbigniewa Bujkiewicza pt. Zielonogórskie domy i ich twórcy z przełomu XIX i XX wieku, opublikowaną przez Archiwum Państwowe w Zielonej Górze.

Prace zgłoszone do Wawrzynu Dziennikarskiego oceniała kapituła w składzie: prof. dr hab. Jolanta Chwastyk-Kowalczyk, Marcin Ogdowski oraz prof. UAM dr hab. Dominika Narożna. Nominacje przyznano: Monice Bartkowicz-Krzysztof za audycje emitowane w Radiu Zachód: Z potrzeby serca (3.09.2024), Dwie twarze (15.10.2024), Oto kobieta (14.11.2024), Muzyka dla głodnych (16.12.2014); Zbigniewowi Borkowi za artykuły opublikowane w „Polityce”: Teatr obłudy (20.03.2024), Kadry znad Warty (17.04.2024), „Pacjent biologicznie był martwy”. Rozmawiamy z ukraińskim lekarzem oskarżonym o zabójstwo (5.07. 2024), Wiedzieli, a nie uwierzyli (3.07.2024) oraz Maciejowi Piotrowskiemu za reportaże wyemitowane w TVP1: Winnych brak („Magazyn ekspresu reporterów” 5.05.2024), Prezes i jego prywatny folwark („Reporterzy” 30.09.2024), Horror Amandy z Kolumbii („Reporterzy” 30.09.2024), Winogrona i mleko matki („Reporterzy” 20.12.2024). Decyzją kapituły laureatem 11. Lubuskiego Wawrzynu Dziennikarskiego został Zbigniew Borek. Ponadto przyznano wyróżnienie dla młodego dziennikarza – Maciejowi Piotrowskiemu za reportaże wyemitowane w TVP1.

Zwycięzcy otrzymali stauetki w postaci srebrnych piór autorstwa zielonogórskiego plastyka Roberta Tomaka, a także nagrody pieniężne i zestawy upominkowe.

Ostatnią kategorią uroczystości był „Plebiscyt online Czytelników”, w którym łącznie oddano 3981 głosów. Spośród ważnych 3074 największą liczbę głosów otrzymały książki: Mia100 lubuskie. Tom 1: Zielona Góra, Michała Pszczółkowskiego, Inny Abramiuk, Wiktorii Marii Papaj, Katarzyny Ciesielskiej, Marii-Alexandry Keresztyen, Tomasza Radzika, Yelyzavety Kasishchevej (916 głosów), Paradygmaty Ryszarda Jasińskiego (449 głosów) oraz Zupełnie niedaleko gdzieś dwa kroki za… i głębiej Moniki Miłosz (227 głosów).

Artystycznym akcentem gali Wawrzynów był minikoncert w wykonaniu Jagody Ambroziak, studentki Instytutu Muzyki Uniwersytetu Zielonogórskiego Wydziału Artystycznego, kierunku edukacja artystyczna w zakresie sztuki muzycznej, która zaprezentowała trzy utwory solowe.

Dla porządku należy wymienić instytucje sprawcze, dzięki którym przedsięwzięcie jest realizowane. Trudu organizacji całego projektu podjęła się Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. Cypriana Norwida w Zielonej Górze oraz Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. Zbigniewa Herberta w Gorzowie Wielkopolskim. Partnerami w działaniach były: Związek Literatów Polskich – Oddział w Zielonej Górze oraz Związek Literatów Polskich – Oddział w Gorzowie Wielkopolskim, a także Uniwersytet Zielonogórski, Akademia im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie Wielkopolskim, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Collegium Polonicum w Słubicach oraz Zamiejscowy Wydział Kultury Fizycznej w Gorzowie Wielkopolskim, Filia Akademii Wychowania Fizycznego im. Eugeniusza Piaseckiego w Poznaniu.

Uroczystą galę Lubuskich Wawrzynów 2024 moderowali dziennikarze, Karolina Kamińska i Kamil Babiarczuk. Po części oficjalnej zgromadzonych gości zaproszono na bankiet i rozmowy kuluarowe w holu Biblioteki Norwida.

 


* M. Szott, R. Rudiak, Wawrzyny Lubuskie, „Pro Libris” 2016, nr 1-4, s. 127-148.

The post Wawrzyny 2024. Tradycja i prestiż appeared first on Pro Libris.

]]>
Czytelnia jednego wiersza: Janusz Styczeń. Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott https://prolibris.net.pl/czytelnia-jednego-wiersza-janusz-styczen-z-jozefem-baranem-rozmawia-miroslawa-szott/ Wed, 21 May 2025 11:03:32 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15870 Mirosława Szott

The post Czytelnia jednego wiersza: Janusz Styczeń. Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott appeared first on Pro Libris.

]]>

Czytelnia jednego wiersza:

Janusz Styczeń

Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott

 
Janusz Styczeń
Dziewczyna niosąca filiżankę kawy

dziewczyna niesie filiżankę kawy, nie spieszy się,
kiedy doniesie kawę na miejsce, historia skończy się,
to miejsce: ten koniec, zostanie,
żeby dziewczyna doniosła kawę,
dziewczyna nie będzie wiedziała, co robić
na końcu świata,
czy wystarczy jej satysfakcja, że przeniosła
filiżankę kawy przez doczesność,
dziewczyna idzie przez miesiące, lata, dziesięciolecia,
dotąd nie wylała ani kropli kawy, i nie wyleje,
jej ręce nie drgnęły, i nie zadrżą,
wszyscy podziwiają, jak dziewczyna pilnuje
i drogi, i filiżanki,
i nie zwraca uwagi, czy ktoś z gapiów zachoruje,
upadnie, umrze,
wszyscy podziwiają, jak dziewczyna idzie przez Czas,
a może obok Czasu,
jak się nie spieszy,
jakby sam Czas ją podziwiał i się uśmiechał,
i dawał jej dużo czasu,
jakby sam Czas chciał napić się kawy,
już wystygłej, bardzo zimnej, zamierzchłej,
zamienionej w ciemne źródło,
i jakby Czas pozwalał dziewczynie spokojnie i powoli,
tak zupełnie poza Czasem,
tę kawę, do siebie, Czasu, donieść[1]

Józef Baran: Namówiłaś mnie, byśmy przypomnieli Janusza Stycznia, którego znałaś osobiście. Wywarł podobno na tobie duże wrażenie i jako poeta, i jako człowiek. Jak to możliwe, że o dwa pokolenia młodsza Mirka zetknęła się z nim prywatnie i dlaczego jego na poły surrealistyczna liryka tak cię zauroczyła?

Mirosława Szott: Tak, Janusz mógłby być moim dziadkiem. Wybierałam się do Wrocławia na jakąś konferencję oraz na Bruno Schulz. Festiwal i Jola Pytel podsunęła mi numer telefonu do Janusza Stycznia. On czasem bywał w Zielonej Górze, środowisko go ceniło. Oczywiście zadzwoniłam i umówiłam się. Mogło to być w 2014 roku. I za każdym razem, jak później byłam we Wrocławiu ze swoim mężem, to odwiedzaliśmy go, nagrywaliśmy te rozmowy od początku do końca. Wymieniłam z nim parę tradycyjnych listów, kiedyś zrecenzowałam jego tomik Pani Wyrocznia w „Toposie”. Styczeń debiutował w prasie w 1960 roku opowiadaniem pt. Requiem dla nieśmiałego, które pokazuje, że jego wyobraźnia od początku krążyła wokół niespełnionej miłości, delikatnej aury, niepewności, erotycznych muśnięć sukienką i zapachów. Styczeń, nazwany kiedyś przez Czesława Markiewicza ostatnim poetą onirycznym, adorował od zawsze w swoich tekstach czas (Czas), odmieniał go przez wszystkie możliwe przypadki. Interesowało go też malarstwo.

O czym rozmawialiście? Co ci utkwiło w pamięci?

Wróciłam do tych nagrań sprzed 10 lat i byłam zaskoczona, jakie szczegóły zapamiętałam, a jakie uleciały mi z pamięci. Przede wszystkim dużo czytał wierszy. Ale mówił też o swoim wujku, który uciekając przed gestapo, skrył się nad rzeką Uszwicą w wiklinie. Naziści byli blisko i wujek złożył w myślach przysięgę, że jeśli ocaleje, to wyjedzie na misję do Japonii. Dotrzymał przysięgi, a podobno nie był jakoś specjalnie religijny. Mama Stycznia wybrała mu zakon jezuitów. Opowiadał o wyjeździe do Irlandii z Jolą Pytel i Kasią Jarosz-Rabiej. Mnie najbardziej zainteresowała historia dziadka, Franciszka, który przeżył obóz w Oświęcimiu. Znał świetnie język niemiecki, dostał się do pracy w kuchni. I dzięki temu przetrwał pięć lat. Styczeń lubił też mówić o Karpowiczu, Faulknerze, Rilkem. Miał bystry umysł.

Uszwica to była też rzeka mojego dzieciństwa. Jakie miałaś wrażenia z pobytu w jego mieszkaniu?

14 piętro, ruchliwa ulica Wrocławia. To były skromne warunki. Ale mnóstwo książek (wszędzie), obrazy na ścianach (podobał mi się jego portret). Styczeń miał problemy z chodzeniem, dlatego kawa stała cały czas na stole w termosie. A ty, Józefie, lubiłeś jego poezję?

Czytałem kiedyś parę jego tomików podarowanych mi przez poetę, jeden wybór drukowany chyba w Ossolineum… Jak na mój gust były to piękne, czasem aż za piękne wiersze, bujające w obłokach nieziemskiej wyobraźni i fantazji. Baśniowa fantasmagoria na dłuższą metę – szczerze mówiąc – nużyła mnie. Wolę coś, co trzyma się konkretu i ziemi. Jeżeli nie dotknie się ziemi jak Anteusz, to repertuar się kiedyś wyczerpuje i wyjaławia. Oczywiście ma bujać w obłokach, ale najpierw wiersz – według mojego mniemania – powinien rozpędzać się jak samolot jakiś czas na pasie startowym, a potem dopiero podrywać się do lotu i frunąć. U Janusza tego konkretu, czyli rozpędzania się po ziemi było stosunkowo mało. Ja też lubię metafizykę, która jednak stoi nogami na ziemi i wynika z codzienności. Bogata symbolika, stuprocentowa metafizyka Janusza Stycznia budziła moje sprzeczne uczucia. On sam jako poeta mógł być wzorem dla innych piszących i darzyłem go sympatią. Wydawał się uosobieniem poety-pustelnika, poety-wizjonera. Jednak mnie to nie wystarczało. Nie widziałem u niego punktów zaczepnych w rzeczywistości tu i teraz. Nie ustawiałbym go w mojej prywatnej hierarchii tak wysoko jak np. Szymborską, Miłosza czy Różewicza, a nawet jak Harasymowicza, Bursę, Białoszewskiego czy Grochowiaka. Siedziałby sobie gdzieś niżej, w trzecim albo nawet czwartym rzędzie ważności… Niektóre jego wiersze – jak mi się wydawało – nawiązywały może do francuskiego surrealizmu Bretona czy Jacoba. W dużym wyborze wierszy budziły mój opór; to tak, jakby żywić się tylko deserem, kremówkami i pianką, choć w rzeczywistości poeta lubił „wtrąbić” schabowego. Brakowało mi po prostu w tej liryce mięsa.

 

To ciekawe, co mówisz, bo pamiętam, że u Stycznia na stole stała zawsze coca-cola i słodkie przekąski, ciastka – nic zdrowego. Przyniosłam mu kiedyś owoce i widziałam, że to go nie interesowało, więc następnym razem dostosowałam się i kupiłam czekoladki. Jego poezja raczej nie jest autobiograficzna (z wyjątkami, jak np. wiersz Powiedział jej to dopiero na strychu). Są symbole, emocje, raczej niedosyt. No i powtórzenia, które budują melodię, wprowadzają niepokój. Urodziliście się też trochę po sąsiedzku. To was zbliżało?

Tak, kiedy się spotykaliśmy gdzieś w Polsce, mieliśmy z Januszem wspólny, ziomkowski temat. Mianowicie Borzęcin (gdzie się urodziłem ja i gdzie ulągła się jego mama) i Biadoliny, oddalone parę kilometrów od Borzęcina, gdzie on przyszedł na świat, zanim jego rodzice nie wywędrowali na Ziemie Zachodnie. O ile sobie przypominam, Janusz parokrotnie w rozmowach zahaczał o jedną kwestię, że mój stryj, Jan Baranowicz (to jego pseudonim literacki), w latach młodości smalił cholewki do jego mamy, czyli – jak to się mówiło – „chodził do niej” (z Borzęcina Górnego do Dolnego), a to było parę dobrych kilometrów. Chodził, chodził, ale z tego Janusz się nie narodził, choć mogło tak być i wtedy bylibyśmy krewnymi. Jednak ostatecznie do tego nie doszło. Oczywiście mnie wtedy jeszcze nie było na świecie, podobnie jak Janusza, ale on znał to z legendy rodzinnej. Jako chłopak przyjeżdżał do krewnych w Borzęcinie Dolnym na wakacje i opowiadał, jak zapamiętał tamtą wieś i polne prace. Dużo mówiliśmy też o sławnym już wówczas w skali światowej Sławomirze Mrożku, również urodzonym w Borzęcinie, a przebywającym wtedy – w latach 70. – i potem, na emigracji w Paryżu. Poetę interesowała moja korespondencja z autorem Tanga.

Jak ty go zapamiętałeś?

Kiedy czytał wiersze, zmieniał głos, jakby był brzuchomówcą. Miał przy tym zawsze kamienny wyraz twarzy. Jego głos był jakby z innego świata, gdzie przebywali bohaterowie jego fantasmagorycznej poezji. Krążyły o nim różne anegdoty, poeta świetnie się do tego nadawał. Kilka razy obserwowałem, jak potrafił zjeść kilka obiadów. Zdarzało się, że na tych zjazdach poetyckich zostawały drugie dania, wtedy zgłaszano się do Janusza, który chętnie je pałaszował, ponieważ po pierwsze lubił jeść, co widać było po nim, a po wtóre miewał w swoim mieszkaniu we Wrocławiu okresy niedojadania, biedy po prostu, więc nie gardził paroma kotletami na wyrost. Pakował w siebie jak najwięcej, trochę na podobieństwo wielbłąda na pustyni, który po dotarciu do oazy żłopie wodę, ile potrafi zmieścić, żeby starczyło mu na pustynne dni. Mimo że Janusz też był duchownym w pewnym sensie (jako poeta), to jednak ciało miało też swoje wymagania i potrzeby. Poeta pustelnik imponował więc sybaryckim apetytem. Z samej poezji, wiadomo, nie dało się wyżyć, a on żył tylko z poezji i to surrealistycznej. Był poetą stuprocentowym, tzw. rasowym i nikim mniej ani więcej. Inni poeci bywali poetami raz na jakiś czas, pięćdziesięcioprocentowymi, dwudziestopięcioprocentowymi, poza tym urzędnikami, prezesami, redaktorami, nauczycielami etc., a on miał tylko jedną wybrankę serca i umysłu, jedną żonę i kochankę – POEZJĘ. W Krakowie takim lirykiem oddanym poezji był Jerzy Harasymowicz, o którym Julian Kornhauser powiedział kiedyś, że trzyma się stale jak pijany płotu poezji, co jest niekiedy niedobre, bo taki poeta czy ma natchnienie, czy nie, pisze i pisze, i pisze. Oczywiście Harasymowicz, kiedyś niezwykle popularny i wydający tomy wierszy w dużych nakładach, lepiej mógł prosperować niż Janusz. Ale to inna sprawa. Obaj byli wierzącymi w poezję…

Może gdyby kilkanaście lat temu Styczeń otrzymał Nagrodę Literacką „Nike” (nominowano jego Furię instynktu z 2011 roku), zmieniłoby to znacząco jego status jako pisarza. Ale z drugiej strony są artyści, którym tego typu nagrody literackie nie są potrzebne. Ich twórczość stanowi wartość niewymierną i nieporównywalną. W kontekście tej stuprocentowości poetyckiej Janusza zacytuję fragment wiersza Rafała Wojaczka Notatki do opisu Janusza Stycznia:

[…]
Janusz Styczeń
którego fotografię
ukradłem
onegdaj z tableau
wystawionego z okazji

i postawiłem sobie na biurku
by – gdy pracuję –
przed oczami zawsze mieć obraz prawdziwego
pisarza

Janusz Styczeń
imię i nazwisko
duch
i dosyć mdłe ciało
grube okulary

wyalienowany obecny
[…][2]

A pozostając przy wybranym przez ciebie wierszu Dziewczyna niosąca filiżankę kawy – bardzo pięknym i sugestywnym, takim do zapamiętania – wysuwam podejrzenie, że może był napisany pod wpływem nie tylko obrazu malarza Jeana-Etienna Liotarda z 1744 roku, ale i… Japonki.

 

Co ciekawe, Liotard zatytułował swój obraz Dziewczyna z czekoladą, ale Janusz był miłośnikiem kawy, więc zmienił zawartość filiżanki. Masz dobrą intuicję, Janusz był zakochany w jakiejś Japonce. Trochę opowiadał o niej. Wiesz o tej relacji coś więcej?

W środowisku literackim mówiło się romansie Janusza z Japonką, ale szczegółów nie znam, bo wtedy już się z Januszem nie widywałem. To ciekawy temat dla przyszłego biografa Stycznia. Styczeń mówił mi o swoich wujkach czy stryjkach (obaj mieli nazwisko Obłąk), którzy wybrali duchowną karierę (Jan – biskup, Tadeusz – misjonarz). Poznałem misjonarza. To ten ocalały, o którym opowiadał ci Janusz. Pewnego razu, kiedy przyleciał na lato do Polski i rezydował w Borzęcinie, zgłosiłem się do niego jako dziennikarz krakowskiego tygodnika „Wieści” i przeprowadzałem z nim rozmowę rzekę o Japonii, o misjach i polskich misjonarzach. Wtedy, w latach 80., to był egzotyczny temat. Powstały z naszej rozmowy trzy duże artykuły drukowane w kolejnych numerach pisma, z których był zadowolony i które trafiły też do Janusza, bo mówił mi potem o tym. Dwukrotnie biskupowi, jako człowiekowi już leciwemu, towarzyszyła w tych przylotach do Polski młoda Japonka, która mu – jak to mówili okoliczni ludzie – „posługiwała”. Jej obecność i posługiwanie budziły u borzęcan ciekawość i różne domysły, nawet o charakterze frywolnym. Twoja fotografia, Mirko, którą mi przysłałaś, prezentująca Janusza siedzącego na kanapce z Japonką, budzi przypuszczenia, że to może tamta Japonka wujka biskupa wpadła w oko jego bratankowi? Może wujek chciał zeswatać dziewczynę z poetą, starym i upartym kawalerem. Ostatni okres pobytu biskupa z Japonii w rodzinnej miejscowości trwał długo, bo „złapał” on jakąś kontuzję (może złamał nogę? – nie pamiętam), dość na tym, że wujek, pewnie z Japonką, bywał raz czy drugi u poety we Wrocławiu. Czy to jedna i ta sama Japonka?

Duże prawdopodobieństwo. Trudno byłoby o taki zbieg okoliczności. Dlaczego myślisz, że ona mogła być inspiracją tego wiersza?

Nie jestem znawcą obyczajów japońskich, ale wydaje mi się, że tajemnica tego wiersza może mieć jakiś punkt zaczepienia w żywych relacjach Janusza i jego orientalnej muzy. Oto kobieta, która służy mężczyźnie nie tylko herbatą, ale całą sobą. Posługiwaniem mu przez całe życie. Tradycyjny model relacji między przedstawicielami obojga płci. Co o tym myślisz, Mirko? Ten model oczywiście zużył się już w Europie, ale może w Japonii jest jeszcze żywy? Awangardowy poeta Janusz Styczeń może był w głębi ducha zatwardziałym tradycjonalistą?

Być może to się jakoś łączy. Ale nie widzę w nim tradycjonalisty. Mam wrażenie, że w wierszach Janusza mężczyźni wypadają dosyć słabo. Są przemocowi albo zbyt zachłanni. A poeta uwielbia kobiecą energię. Czasem, kiedy go czytam, to się zastanawiam, skąd on to wiedział (co może czuć kobieta), bo trafiał w sedno. Spotykaliście się często czy tylko od czasu do czasu?

Kiedyś, gdy jeszcze jako młody i ciekawy innych poeta brałem udział w różnych „spędach” poetyckich, stosunkowo często spotykaliśmy się z Januszem Styczniem, np. na festiwalu Warszawskiej Jesieni Poezji. Janusz był postacią charakterystyczną.

Był towarzyski?

Siedział przeważnie sam przy stoliku w pozycji tajemniczego sfinksa, nie przysiadał się do innych, to raczej inni mieli przysiadać się do niego, co nie oznacza, że kiedy ktoś przysiadał się do niego, nie ożywiał się i nie rozmawiał z nim. Zdarzało się, że nieoczekiwanie wysuwał lewą nogę do przodu, a prawą rękę do przodu i swoim tubalnym głosem „hukał” jak puchacz, jakby wszystkich poetów chciał przestraszyć albo dać znać, że JEST. To niespodziane „hukanie” było jak wojowniczy okrzyk Indian.

Myślę, że miał w sobie taką chęć budowania legendy za życia, zaskakiwania. Co myślisz o pisanym przez Stycznia wielką literą Czasie, który powtarza się obsesyjnie pod koniec utworu? Nie masz poczucia, że dziewczyna jest uwięziona? A kawa została zamieniona w ciemne źródło, z którego Czas chciałby się napić. To wszystko jest bardzo symboliczne i nierealne, zaplątane na podwójny supeł. Ale mnie wciąga ta jego przypowieść, bo lubię, jak poezja zostawia niedomówienia.

Myślę, że Styczeń chciał powiedzieć, że kobiety są mądrzejsze życiowo, tzn. lepiej radzą sobie z drogą przez Czas, czyli z Życiem.

Dziękuję za rozmowę.

 


[1]  J. Styczeń, Dziewczyna niosąca filiżankę kawy, [w:] tenże, Furia instynktu, Wrocław 2011, s. 5.

[2] R. Wojaczek, Notatki do opisu Janusza Stycznia, cyt. za: K. Kuzborska, Pani Wyrocznia kontroluje Czas, [w:] J. Styczeń, Pani Wyrocznia, Wrocław 2016, s. 127-130.

The post Czytelnia jednego wiersza: Janusz Styczeń. Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott appeared first on Pro Libris.

]]>
O twórczości Ewy Ziembickiej https://prolibris.net.pl/o-tworczosci-ewy-ziembickiej/ Fri, 24 Jan 2025 12:19:31 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15405 Mariusz Gorzelak

The post O twórczości Ewy Ziembickiej appeared first on Pro Libris.

]]>

Mariusz Gorzelak

O twórczości Ewy Ziembickiej

 

Moja współpraca z Ewą Ziembicką rozpoczęła się w roku 2017. Od pierwszego spotkania dała się poznać jako osoba o niezwykle twórczej osobowości, wrażliwej, zaangażowanej i otwartej.

Wybierając Pracownię Książki Artystycznej w Katedrze Grafiki Artystycznej na Wydziale Grafiki i Sztuki Mediów Akademii Sztuk Pięknych im. E. Gepperta i podejmując trud opanowania wymagającego warsztatu graficznego, rozwinęła w sobie wiele cech, które będą charakterystyczne dla niej zarówno przez okres studiów, jak i po ich ukończeniu, takich jak potrzeba stałego pogłębiania wiedzy, szacunek dla tradycji i warsztatu, ale również wiara w siłę młodzieńczego entuzjazmu, odwaga do własnych poszukiwań, wrażliwość na otaczającą rzeczywistość.

Ewa Ziembicka brała udział w licznych projektach i wystawach, takich jak m.in. międzynarodowy projekt popularyzatorsko-artystyczny PrintCard Wrocław, gdzie pełniła ważne i odpowiedzialne funkcje organizacyjne i kuratorskie. Podczas tej kilkuletniej twórczej przygody dała się również poznać jako osoba z olbrzymim potencjałem lidera, który potrafi motywować i zachęcać współpracowników do kreatywnych działań. Studia uwieńczone zostały wysoko ocenionym dyplomem, który w zakresie grafiki artystycznej zrealizowany został pod moim kierunkiem. Po zakończeniu okresu studiów Ewa Ziembicka aktywnie podtrzymuje kontakt z macierzystą uczelnią i Pracownią Książki Artystycznej, współpracując przy różnego rodzaju działaniach i projektach, inspirując tym samym studentów.

Ewa Ziembicka to utalentowana twórczyni, pracująca w obszarze rysunku, grafiki i projektowania graficznego. Jest niezwykle zaangażowana i oddana zarówno w działaniach artystycznych i projektowych, jak i upowszechniających działalność artystyczną i kulturalną. Jest osobą, która nie boi się marzyć, planować i ambitnie patrzeć w przyszłość, w której sztuka i projektowanie jest nośnikiem humanistycznych wartości i wciąż aktualną odpowiedzią na poszukiwanie dobra, prawdy i piękna.

Ewa Ziembicka, Akro-wampir, 20 × 28 cm, technika mieszana, 2024
Ewa Ziembicka, Akro-wampir, 20 × 28 cm, technika mieszana, 2024
Ewa Ziembicka, Wampir w kapeluszu, 20 × 28 cm, technika mieszana, 2024
Ewa Ziembicka, Wampir w kapeluszu, 20 × 28 cm, technika mieszana, 2024

The post O twórczości Ewy Ziembickiej appeared first on Pro Libris.

]]>
Kto nie widział, niech żałuje! Proza Poetów 14. Festiwal Literacki im. Anny Tokarskiej https://prolibris.net.pl/kto-nie-widzial-niech-zaluje-proza-poetow-14-festiwal-literacki-im-anny-tokarskiej/ Fri, 24 Jan 2025 10:08:54 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15345 Ewa Mielczarek

The post Kto nie widział, niech żałuje! Proza Poetów 14. Festiwal Literacki im. Anny Tokarskiej appeared first on Pro Libris.

]]>

Ewa Mielczarek

Kto nie widział, niech żałuje!

Proza Poetów
14. Festiwal Literacki im. Anny Tokarskiej

 

Trudno uwierzyć, że to już czternasta edycja Festiwalu! Dane mi było uczestniczenie we wszystkich cyklach tej imprezy. Jednak to nie pora, aby wspominać historię kilkunastu odsłon Festiwalu, tym bardziej że precyzyjnie i szczegółowo uczynił to już Andrzej Buck w publikacji zatytułowanej 10 lat Prozy Poetów. Festiwal Literacki im. Anny Tokarskiej, wydanej sumptem wydawnictwa Pro Libris w 2018 roku.

W mojej ocenie to wyjątkowe wydarzenie, które z roku na rok zyskuje na rozmachu i atrakcyjności. Festiwal rozrasta się, poszerza program, wzbogaca
ofertę, urozmaica formułę. Skupmy się jednak na roku 2024! Tegoroczny, rozpoczęty 12 listopada, blok imprez koncepcyjnie był opracowywany wiele tygodni wcześniej. Dyrektor i szef programowy, Andrzej Buck, wraz z zespołem Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Cypriana Norwida w Zielonej Górze, zaplanował tę edycję jako wydanie kryminalne i pod takim właśnie tytułem przebiegały poszczególne wydarzenia.

Zaproszono autorów parających się literaturą kryminalną z najwyższej półki, co znalazło odbicie we frekwencji uczestników spotkań literackich, poziomie prowadzonych rozmów, działań wystawienniczych, gier kryminalnych itd. A rozpoczęło się w listopadowy wieczór (czwartek 12 listopada) – zupełnie nie „kryminalnie”, za to w nawiązaniu do jednego z patronów 2024 roku – wernisażem wystawy fotograficznej Czesław Miłosz – 2024. Rok Poety z udziałem Adama Lizakowskiego, poety, tłumacza, fotografa. Wystawę zaaranżowano w zielonogórskiej książnicy dzięki uprzejmości Ambasady Amerykańskiej w ramach programu „Ameryka w twojej bibliotece”.

Tego samego dnia do Zielonej Góry przybył Maciej Siembieda, twórca powieści sensacyjnych, kryminałów historycznych oraz thrillerów. Za reportaże poświęcone śledztwom historycznym trzykrotnie otrzymał tzw. Polskiego Pulitzera, czyli nagrodę Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Rozmowę z autorem na temat jego pisarstwa, w tym jego najnowszej książki Kairos moderował Przemysław Piotrowski, popularny twórca bestsellerowych książek kryminalnych.

Dzień później, 13 listopada, odbyło się kolejne festiwalowe wydarzenie w ramach Wieczoru z Kryminałem – spotkanie autorskie z Robertem Małeckim, wybitnym specjalistą w branży kryminalnej, ale też politologiem, filozofem i dziennikarzem, laureatem Nagrody Wielkiego Kalibru oraz Nagrody Kryminalnej Piły. Wydarzenie połączone było z premierą najnowszej książki Małeckiego zatytułowanej Skrzep. Rozmowę z autorem przeprowadzili Małgorzata i Daniel Grupa, autorzy vloga @literaccy.

Mariusz Czubaj był tego samego dnia bohaterem kolejnego wydarzenia. Spotkanie z profesorem antropologii kultury, literaturoznawcą, autorem powieści kryminalnych, laureatem Nagrody Wielkiego Kalibru dla najlepszej polskiej powieści kryminalnej i sensacyjnej w 2008 roku poprowadził Krzysztof Koziołek. Spotkanie połączone było z premierą najnowszej książki Czubaja pt. Krótkie pożegnanie.

W programie Festiwalu Literackiego przewidziano także przedsięwzięcie adresowane do młodego odbiorcy. 14 listopada zorganizowano grę Wieczór Czarnych Historii w Bibliotece Norwida. Zagadki Kryminalne – Czarne Historie, czyli zestaw elektryzujących zagadek kryminalnych połączonych z improwizowanym śledztwem. Grę dla młodzieży powyżej piętnastego roku życia przeprowadzono w kilku miejscach (Pro Libris Café im. Andrzeja K. Waśkiewicza, Hol Główny Biblioteki, Mediateka Góra Mediów, Patio Biblioteki), a koordynacją wydarzenia zajęli się: Karolina Zielska, Miko Dziedziewicz, Mikołaj Borej oraz Adrian Kaszuba. Dla usprawnienia organizacji przedsięwzięcia przeprowadzono zapisy. A oto jak reklamowano wydarzenie, a co najważniejsze spełniono ukrytą w zapowiedzi obietnicę: „Tego wieczoru Pro Libris Café przeobrazi się w mroczne biuro detektywistyczne. Uczestnicy zmierzą się z pełnymi tajemnic zagadkami gry Czarne Historie, które rozbudzą ich wyobraźnię i wprowadzą w klimat kryminalnej intrygi. To zaledwie początek… Wkrótce każdy z nich podejmie wyzwanie, by podążyć śladami mordercy i odkryć prawdę skrytą w cieniu”.

Gość specjalny Festiwalu, Katarzyna Bonda, przybyła do Zielonej Góry 15 listopada. Ta jedna z najpopularniejszych autorek powieści kryminalnych w Polsce i za granicą (jej książki są wydawane w 17 krajach) już parokrotnie gościła w Bibliotece Norwida. Tym razem promowała swą najnowszą książkę W głąb. Spotkanie autorskie z pisarką poprowadziła redaktorka Karolina Kamińska.

Wśród eventów festiwalowych odnoszących się do patronki przedsięwzięcia znalazło się ponadto wydarzenie Anna Tokarska – Poezja zapisana od nowa. Tak nazwano warsztaty kaligraficzne dla młodzieży powyżej czternastu lat oraz dla dorosłych. Proponowane działanie oparto o warsztat kaligrafii, mający na celu przypomnienie twórczości wybitnej zielonogórskiej poetki, Anny Tokarskiej oraz opanowanie sztuki artystycznego pisania. Część warsztatową projektu, polegającą na nauce pisania kaligraficznego, poprowadziła Katarzyna Lewandowska, zielonogórska nauczycielka, specjalistka w zakresie sztuki kaligrafii i iluminacji. Część literacko-biograficzną projektu przygotowali, związani z Centrum Edukacji Regionalnej, pracownicy Działu Informacji Regionalnej i Bibliograficznej Biblioteki Norwida. Warsztaty, wpisane w kilkumiesięczny cykl, odbyły się 16 listopada.

Kolejną gwiazdą w kryminalnym panteonie pisarskim był Przemysław Piotrowski, który 16 listopada rozmawiał o swojej twórczości, w tym o najnowszej książce Ostatni taniec, z moderatorem spotkania dr. Wolfgangiem Bryllą. Ten popularny pisarz, autor bestsellerowych powieści kryminalnych zgromadził rzesze miłośników swojego pisarstwa.

Zupełnie nowym pomysłem w programie Festiwalu stał się Spacer Literacki z Dreszczykiem po Zielonogórskich Zaułkach. Biblioteka Norwida wespół z Fundacją Tłocznia zaprosiła do udziału w wędrówce ulicami miasta, śladem mrocznych historii zapisanych na kartach zielonogórskiej historii i literatury. Przedsięwzięcie okazało się bardzo udane. Mimo zimnego, listopadowego wieczoru w spacerze uczestniczyło ponad 130 osób. Podczas spaceru jego gość specjalny, pisarz Krzysztof Koziołek, przy dawnej willi Liddy Beuchelt przy al. Niepodległości przeczytał fragment swojej powieści Wzgórze Piastów.

Na kameralne spotkanie w Pro Libris Café im. Andrzeja K. Waśkiewicza zaproszono Jana Wagnera, jednego z najznakomitszych poetów niemieckich średniego pokolenia. Była to okazja do promocji tomiku Esej o komarach w tłumaczeniu Tomasza Ososińskiego. Spotkanie w języku angielskim i polskim poprowadziła 18 listopada Agnieszka Ginko-Humphries.

Przedostatni dzień festiwalowych atrakcji (19 listopada) zakończył się dwoma wydarzeniami. Pierwszym było spotkanie z laureatką 7. Konkursu Debiut Pro Libris, Agnieszką Tymoszczuk. Nagrodą w konkursie było wydanie autorskiej książki poetyckiej pt. to ciche zwierzę jakie tam w tobie. Prezentacja tomiku przerodziła się w szeroką dyskusję z publicznością, wkraczającą na pole psychologii i problemów globalnych. Spotkanie moderowała dr Mirosława Szott.

Spotkanie autorskie z Krzysztofem Koziołkiem połączone z premierą książki Już nie żyjesz zorganizowane w Pro Libris Café im. Andrzeja K. Waśkiewicza zgromadziło rzeszę fanów tego autora.

20 listopada, na koniec festiwalowych wydarzeń, była okazja uczestniczenia w spotkaniu wokół książek Jana Nowickiego, zmarłego przed dwoma laty aktora, reżysera teatralnego, pisarza i poety. W spotkaniu wzięli udział Anna Nowicka, małżonka aktora oraz Łukasz Maciejewski, krytyk teatralny i filmowy. Podczas rozmowy przybliżono twórczą sylwetkę artysty, ale też jego osobowość i usposobienie.

To już wszystko, co wydarzyło się podczas 14. Festiwalu Literackiego im. Anny Tokarskiej. Zapewniam Państwa, że przedsięwzięcie warte było obejrzenia, wysłuchania, a momentami nawet przeżycia dreszczyku emocji…

 

The post Kto nie widział, niech żałuje! Proza Poetów 14. Festiwal Literacki im. Anny Tokarskiej appeared first on Pro Libris.

]]>
Postscriptum Festiwalu Filmu, Teatru i Książki https://prolibris.net.pl/postscriptum-festiwalu-filmu-teatru-i-ksiazki/ Fri, 24 Jan 2025 09:23:42 +0000 https://prolibris.net.pl/?p=15322 Małgorzata Grelak

The post Postscriptum Festiwalu Filmu, Teatru i Książki appeared first on Pro Libris.

]]>

Małgorzata Grelak

Postscriptum Festiwalu
Filmu, Teatru i Książki

 

Tegoroczna edycja 10.(13.) Kozzi Film Festiwalu – Festiwalu Filmu, Teatru i Książki przebiegała od 6 do 9 czerwca 2024 roku. Rada Artystyczna w składzie: Bernd Buder – dyrektor programowy Cottbus Film Festival; ks. prof. Andrzej Draguła – krytyk filmowy i teatralny, kulturoznawca; Lech Dyblik – aktor; Łukasz Maciejewski – krytyk filmowy i teatralny, wykładowca PWSFTviT, koordynator cyklu „Najlepsza drugoplanowa kreacja aktorska w filmie polskim”; Beata Dzianowicz – reżyserka; prof. UZ dr hab. Radosław Domke oraz dr Andrzej Buck – krytyk i historyk teatru, dyrektor KOZZI Film Festiwalu na posiedzeniu 8 czerwca ogłosiła werdykt, który został szczegółowo opisany w poprzednim numerze „Pro Libris”*. Nagrodzeni laureaci, którzy nie mogli być obecni na Gali wręczenia nagród, przybyli do Zielonej Góry na tzw. Postscriptum Festiwalu w październiku br.

1. Spotkanie ze Sławomirem Fabickim

8 października 2024 roku wręczone zostały dwie „zaległe” nagrody: grand prix tegorocznej edycji reżyserowi najlepszego filmu fabularnego oraz nagroda publiczności w plebiscycie online. Obie trafiły do Sławomira Fabickiego za film Lęk.

Spotkanie z reżyserem prowadził redaktor Konrad Stanglewicz, a w rozmowie uczestniczył również psychoterapeuta Piotr Z. Kamrat. Pytania rozgrzewkowe dotyczyły drogi zawodowej i tego, skąd się wzięła fascynacja kinem, cytowany był dziekan za czasów studiów reżyserskich Sławomira Fabickiego, Henryk Kluba. Reżyser i scenarzysta opowiadał o początkowych niepowodzeniach egzaminacyjnych, które brały się z organicznej niechęci do egzaminów i z paraliżującego strachu przed nimi. Sławomir Fabicki opowiadał również o karnecie do kina Polonia i młodocianym oglądaniu z pasją ruchomych obrazów z tamtych czasów. Szczególne wrażenie, a chodziło wtedy bardziej o emocje niż o zrozumienie treści, zrobiły na nim dzieła niemieckiego klasyka, Wernera Herzoga – od Aguirre, gniew boży czy Krainy ciszy i ciemności po Szklane serce, Fitzcarraldo, Stroszka czy Woyzecka. Kreowanie emocji u widzów, władanie nimi stanowiło impuls, by po studiach matematycznych skończyć najpierw studium scenariuszowe, a następnie studia reżyserskie na legendarnej łódzkiej filmówce i zawładnąć emocjami kolejnych pokoleń miłośników kina. Fabicki wyłamał się z tradycji rodzinnej, zgodnie z którą wybierano praktyczne profesje, związane z naukami ścisłymi. Inna ścieżka profesjonalna okazała się być dla młodego Sławomira owocną, gdyż pierwsze nagrody otrzymywał jeszcze na studiach (nominacja do Oscara). Również jego ostatni film został doceniony. Poza Klapsem 2024 w Zielonej Górze, wcześniej przyznano mu nagrodę publiczności na Warszawskim Festiwalu Filmowym, a także Kraków Off Camera. Nagradzana była również młoda (współ)scenarzystka i kreujące główne role Magdalena Cielecka i Marta Nieradkiewicz. Ostatnio film zaprezentowany został francuskiej publiczności i spotkał się z żywą dyskusją wśród widzów.

Dlaczego zatem film, wydający się być dziełem o odchodzeniu, cierpieniu, został dedykowany córkom reżysera? Zdaniem autora jest to utwór o miłości, więzi między siostrami, miłości na początku egoistycznej, gdyż każdy myśli tylko o własnych interesach, ale miłość ta z biegiem czasu, podczas podróży do Szwajcarii nabiera głębi, staje się czysta i altruistyczna. Tu padło stwierdzenie rozmówców, że jak każde dzieło artystyczne film jest odbierany przez każdego widza indywidualnie, zostaje przefiltrowany przez emocje i doświadczenia osobiste. Film jest o lęku, dla Małgorzaty przede wszystkim przed utratą kontroli i przed życiem, dla młodszej siostry – przed śmiercią i osamotnieniem, osieroceniem.

Fabuła filmu skłoniła to zadania pytań psychoterapeucie o jego doświadczenia w pracy w zakresie przeżywania lęku przez pacjentów. Jest to tak pierwotna emocja, że posiada ją każdy człowiek, jednak nie każdy ją odczuwa albo potrafi odczytać sygnały organizmu wskazujące na lęk. Rozmowa zeszła dalej na odczuwanie żałoby po stracie, a rozmówcy podzielili się swoimi doświadczeniami osobistymi. Każdy albo już zetknął się ze śmiercią albo to go czeka. Czasami żałoba po stracie trwa bardzo długo, zanim zostanie przepracowana, bywa też, że zaczyna się już za życia chorej terminalnie bliskiej osoby. Przykładem jest tu młodsza siostra Łucja. Rozmowa podążyła w kierunku opinii na temat prawa chorego śmiertelnie pacjenta do samobójstwa wspomaganego i do eutanazji. W niektórych krajach Europy takie rozwiązania są prawnie usankcjonowane. Zdaniem terapeuty w Polsce temat ten w odpowiednim czasie powinien być rozwijany, konsultowany i szeroko dyskutowany z udziałem różnych grup. W przypadku Fabickiego temat oraz pytanie o pozwolenie na odejście chorej na nowotwór osoby najbliższej pojawiły się w związku z odchodzeniem jego ojca. Reżyser mówił też o tym, że prowadził rozmowy z wieloma lekarzami i innymi osobami pracującymi i opiekującymi się osobami śmiertelnie chorymi. Konkluzją było stwierdzenie, że sztuka wywołuje ważkie społecznie tematy, zanim zostaną one podjęte w dyskursie społecznym. Artyści bywają bezkompromisowi, odważni. Widzą głębiej? Sztuka pełni rolę katharsis, oczyszczenia, ale także pobudza do myślenia i wyciągania wniosków. Do refleksji. Padło pytanie o granice w sztuce i czy stawia je sobie nagrodzony reżyser. Nie godzi się on na plagiaty i filmy propagandowe. Poza filmami pracuje również z sukcesem przy serialach, co oprócz satysfakcji finansowej przynosi nominacje i nagrody, np. za chwalone i chętnie oglądane seriale Szadź i Ultraviolet (z Martą Nieradkiewicz), żartobliwie nazwany „Lolkiem i Bolkiem plus Reksiem” serial kryminalny Alex. Praca przy serialach pozwala wyłowić do własnych filmów dobrych aktorów, operatorów czy innych twórców filmowych.

A jakie są plany na przyszłość Sławomira Fabickiego? Jakie pytanie chce zadać sobie i widzom w kolejnym filmie? Nagrodzony na międzynarodowym Roma Film Fest w Rzymie scenariusz Bonobo Jingo ze względów finansowych nie został dotychczas zrealizowany. Z uwagi na wycofanie się jednego z ważnych producentów (brak środków) wydłuża się w czasie realizacja filmu Rutka, według powieści Joanny Fabickiej. Zbieżność nazwisk nieprzypadkowa, pisarka jest żoną reżysera. Trzymam kciuki za ten projekt; film o przyjaźni żyjących w różnych planach czasowych, a przeniesionych do getta w Litzmannstadt dziewczynek zapewne wzbudzi emocje i wywoła kolejne ważne pytania w widzach.

2. Jak rozmawiać z Mistrzem?

Kolejne reżyserskie spotkanie będące Postscriptum do 10.(13.) Festiwalu Filmu, Teatru i Książki Kozzi – Nowicki – Hłasko miało miejsce w Sali Koniusza Biblioteki Norwida 22 października 2024 roku. Jego bohaterem był kultowy reżyser, profesor akademicki, wykładowca łódzkiej filmówki, Jan Jakub Kolski. Rozmawiała z nim Iwona Kusiak, zielonogórska dramatopisarka, dziennikarka i redaktorka. Pretekstem do spotkania stała się nagroda Kozzi Gangsta dla filmu Wariaci Kolskiego. Podczas gali festiwalowej w czerwcu 2024 roku nagrodę KLAPS w imieniu reżysera odebrała grająca w filmie główną rolę żeńską Alicja Stasiewicz.

Reżyser, widziany pierwszy raz z bliska, ukrywa twarz za okularami i wielkim daszkiem bejsbolówki. Jest skromny i jak sam się określa, nieśmiały. Mówi dość cicho i bez szczególnej ekspresji niewerbalnej.

Czy to na pewno autor tylu znakomitych filmów? Wymienię tylko długi metraż i fabułę, chronologicznie: Pogrzeb kartofla, Pograbek, Magneto, Jańcio Wodnik, Cudowne miejsce, Szabla od komendanta, Historia kina w Popielawach – to w latach 1990-1998; a następnie w latach 2000-2023: Daleko od okna, Pornografia, scenariusz do jednej z trzech części tryptyku Solidarność, Solidarność…, Jasminum, Afonia i pszczoły, Wenecja, Zabić bobra, Serce, serduszko, Las, 4 rano, Ułaskawienie, Republika dzieci, Wariaci.

Zebrani w sali zobaczyli na początek trailer z ostatniego, nagrodzonego filmu, a reżyser stwierdził żartobliwie, że po co było robić film, w tym klipie zawarto wszystkie najważniejsze sceny. Prowadząca rozmowę przywołała słowa reżysera, że z wielu przyznanych nagród szczególnie ceni sobie uzyskaną w 2016 roku w sąsiadującej z Zieloną Górą Nowej Soli nagrodę Mocny Solanin. Przytoczone uzasadnienie przyznania nagrody według redaktorki opisuje wartość filmu Wariaci. Jak zaznaczył reżyser, nie wszystkie jego filmy dają się zamknąć w pojęciu realizmu magicznego, który przypisują mu krytycy. Jego filmy mają niezaprzeczalny „kolor oczu” reżysera, lecz różnią się stylistycznie, a także klimatycznie. Od jasnych, dobrych opowieści z pozytywnymi, choć niedoskonałymi bohaterami, po ciemne nuty, jak w mocno niedocenionym przez polskich krytyków filmie Zabić bobra z Erykiem Lubosem.

Wątków i anegdot było wiele. Od obsady, poprzez tematykę, lokalizację Wariatów. Dziennikarka przywołała scenę z toczącą się za bohaterami ogromną belą siana. To było przyczynkiem do uchylenia przez reżysera rąbka swojego świata, w którym natura odgrywa ogromną rolę, a duszę mają nie tylko istoty żywe, ale i bela siana. Film nie zawiera wielu dialogów, a sceny, obrazy, akcja tworzą historię. Zacytowano jednak rozmowę głównych postaci, Eryka i Karolki na temat autentyczności deklaracji mieszczuchów rzucających dotychczasowe życie i pracę, by żyć i tworzyć coś z dala od cywilizacji, np. w Bieszczadach. Zdaniem reżysera w wielu przypadkach taka twórczość nie jest autentyczna. Kolski wspominał, jak zgłębiał bieszczadzkie okolice w poszukiwaniu lokalizacji filmowych.

W dalszej części rozmowy, pomimo że nie pojawił się temat Afonii i pszczół, reżyser pochwalił się, że od niedawna sam zajmuje się pszczelarstwem, w okolicach swoich rodzinnych Popielaw, gdzie rozgrywa się akcja wielu jego filmów. Znaczenie przyrody podkreślone zostało przez obecność trzech dwustuletnich dębów szypułkowych w okolicy zamieszkanej przez Kolskiego. Drugi wątek związany z naturą dotyczył opowieści o żałobie po zmarłej tragicznie starszej córce reżysera, dziecku jego i jego pierwszej żony, Grażyny Błęckiej (która gościła na jednym z KFF jako aktorka grająca główną rolę w filmie Kolskiego Ułaskawienie). Przeżywanie smutku po stracie odbywało się dla reżysera w specyficzny sposób, wychodził do lasu i na długie godziny zakopywał się w leśnym poszyciu. Jak stwierdził, pomogło mu to w jakimś stopniu ukoić ból po śmierci córki. Funkcję terapeutyczną miał mieć dla niego również film z Krzysztofem Majchrzakiem Las, 4 rano, dedykowany zmarłej córce. Po wstrząsającej tragedii rodzinnej Kolski budził się codziennie o czwartej rano właśnie i wychodził do lasu.

Rozmawiano także o odbiorze filmów przez widza. Film oddaje oglądającemu to, co ten chce przyjąć, każdy ma własne narzędzia percepcji, wrażliwość i doświadczenie i odbiera przedstawiony przez reżysera obraz w swój niepowtarzalny sposób. Reżyser nie chce opowiadać filmu, tłumaczyć go. Nakreślił swoją historię poprzez film i na tym jego rola się kończy.

Pytany o ulubionych aktorów twórca mówił, że wielu z nich nie ma już wśród nas, szczególnie zapisał się w jego pamięci Franciszek Pieczka, który zagrał w kilku obrazach: Serce, serduszko, Jasminum, Historia kina w Popielawach, Grający z talerza, Cudowne miejsce, Szabla od komendanta, Pograbek, Pogrzeb kartofla, a przede wszystkim zostanie zapamiętany jako tytułowy Jańcio Wodnik. Z żyjących aktorów z pewnością szczególne miejsce w jego pracy zajmuje Krzysztof Majchrzak, który wystąpił w Historii kina w Popielawach, Pornografii i Lesie, 4 rano.

Reżyser opowiadał o kontaktach z producentem Lwem Rywinem, przy okazji tworzenia Pornografii, na podstawie powieści Witolda Gombrowicza, o trudnościach z uzyskaniem odpowiedniego scenariusza. Cztery wersje zakupione przez producenta zdaniem Kolskiego nie nadawały się na materiał filmowy. Reżyser pracował nad swoją wersją, nie podobała się ona jednak przyszłemu odtwórcy Fryderyka – Krzysztofowi Majchrzakowi. Kolski przywiózł z posiadłości Gombrowiczów (konkretnie z terenu fabryczki kartonu należącej do rodziców autora Pornografii) ogromny głaz i siadał na nim, by przemyśleć plot filmu. Ostateczna wersja przypadła do gustu Majchrzakowi i Rywinowi oczywiście, a zatem film mógł powstać. Po premierze miał wiele opinii krytycznych od filmoznawców. Z upływem czasu ten ogląd się zmienia.

Scenariusze będące adaptacjami literackimi lub oryginalne stanowią jedną, oprócz reżyserii i pracy operatorskiej, domenę działalności Kolskiego. Co prawda scenariusz do filmu Daleko od okna napisał Cezary Harasimowicz, ale bazował on na opowiadaniu Hanny Krall Ta z Hamburga. Podobno autorka z lubością wykreślała całe pasaże wysyłanego jej do oceny scenariusza.

Wiele dyskusji, a nawet sporów przyniosła praca nad scenariuszem przywołanego już filmu Las, 4 rano. Jak wspominał Kolski, zaszywali się z Majchrzakiem, współtwórcą scenariusza w gęstych krzakach, które podobno energicznie się poruszały, co miało świadczyć o ostrym sporze obu panów.

Na spotkaniu Kolski mówił o muzyce w swoich filmach, która czasami jest lepsza niż jej idea zamówiona u kompozytora. Dariusz Górniok stworzył muzykę do pięciu filmów Kolskiego, ważnym dla niego kompozytorem jest Zygmunt Konieczny (Jasminum, Pornografia, Historia kina w Popielawach, Grający z talerza, Jańcio Wodnik).

Pierwszym zawodem na planie filmowym była dla Kolskiego praca operatora filmowego. W każdym jego filmie, niezależnie, czy sam staje za kamerą, czy zleca to zadanie innym kolegom profesjonalistom, to on ustala plan, wysokość ustawienia kamery i wszelkie szczegóły. Myśli o filmie obrazami i jest podobno jednym z niewielu reżyserów, którzy sami tworzą scenopisy.

Na pytanie o pracę z najmłodszymi postaciami pojawiającymi się na ekranie reżyser przedstawił koncepcję pracy z nimi – musi się odbywać bez jakiegokolwiek szkodzenia dziecku, bez narażania go na niebezpieczeństwo, dziecko nie może traktować reżysera jak dobrego wujka. Następnie opowiedział kilka anegdot o rolach dziecięcych. Podczas jubileuszu pracy Janusza Gajosa (na benefis był zaproszony także Kolski), aktor w pewnej chwili wprowadził na scenę młodą piękną kobietę – Wiktorię Gąsiewską, która okazała się być w Jasminum małą Gienią, tą od „no co się dziwisz?”. Inną wspominaną młodocianą bohaterką tym razem filmu Serce serduszko była Maszeńka. Obecnie dorosła już Maria Blandzi, która w filmie była Maszeńką, realizuje się w wokalistyce jazzowej. Reżyser wspominał również pracę z najmłodszą bohaterką Wariatów, żywiołową dziewczynką, wymagającą specjalnego podejścia na planie.

Reżyser powiedział też z dumą o wielopokoleniowej linii filmowej jego rodziny. Przodków związanych z dziesiątą muzą pokazywał w swoich obrazach, on jest czwartym pokoleniem, a bratanek i siostrzeniec stanowią piąte pokolenie filmowców. Ojciec natomiast był montażystą i pracował przy kultowych serialach, np. Stawka większa niż życie, Czterej pancerni i pies, Wojna domowa; i przy wielu filmach, np. Anatomia miłości, Znaki szczególne, Niedzielne dzieci, Test pilota Pirxa.

Nie obyło się podczas wieczoru z Kolskim bez pytań o najnowszy jego projekt. I raz jeszcze pojawiła się postać Hanny Krall, która przesłała swoje reportaże reżyserowi. Praca Kolskiego i znów wiele skreśleń Krall dotyczy scenariusza na podstawie Wyjątkowo długiej linii – utworu, który przedstawiał losy Żydów w Lublinie, w tym Franciszki Arnsztajnowej, poetki, współtwórczyni z Józefem Czechowiczem Lubelskiego Związku Literatów. Roboczy tytuł filmu to Artefakty. Trzymajmy kciuki za powodzenie tego wymagającego projektu. Reżyser daje sobie na jego przygotowanie nie dwa, jak w przypadku powstawania poprzednich filmów, a cztery lata.  Może Lublin, Europejska Stolica Kultury 2029, przyczyni się finansowo do powstania dzieła?

Więcej o reżyserze przeczytać możemy w monografii historyka filmu Grażyny Stachówny z Uniwersytetu Jagiellońskiego Jańcioland i okolice. Filmowe światy Jana Jakuba Kolskiego.

 

 


*  M. Grelak, Kozzi Film Festiwal 2024. Tworzy się kolejna festiwalowa historia, „Pro Libris” 2024, nr 3/89, s. 69-76.

The post Postscriptum Festiwalu Filmu, Teatru i Książki appeared first on Pro Libris.

]]>