Start Zbliżenia Jan Muszyński (1932-2017)

Jan Muszyński (1932-2017)

Dopiero po śmierci znanych nam osób, już wyzbyci doraźnych ocen, myślimy sprawiedliwiej o ich dokonaniach. Taka jest prawidłowość. Nie da się bowiem wtedy nie pokusić o obiektywny obraz. Zwłaszcza jeśli chodzi o kogoś, kto odcisnął swój ślad wyrazistą osobowością oraz znaczącym materialnym dokonaniem. Kto zetknął się z Janem Muszyńskim (urodzonym w Gnieźnie, 1932), wieloletnim dyrektorem Muzeum Ziemi Lubuskiej (22 lata), a wcześniej wojewódzkim konserwatorem zabytków, czy sekretarzem LTN-u, ten zapewne przyzna mi rację, że w odniesieniu do niego są to słowa jak najbardziej słusznie. Teraz nastąpił szczególny czas, bo śmierć (11 stycznia 2017) już zamknęła rozdział życia tego człowieka o bogatej, barwnej biografii. Zresztą, nie od rzeczy będzie zauważyć, że oto jesteśmy świadkami odchodzenia ludzi minionej, mijającej wraz z nimi definitywnie, epoki.

„Wszyscy umierają” – zauważył niedawno w tonie zatrwożenia mój kolega. Tak. Pokolenie urodzone w pierwszej połowie XX wieku, szczególnie w czasie tuż przed drugą wojną światową, właśnie odchodzi. Można rzec: tłumnie. Pełno nekrologów. Ci przeciętni i ci ponadprzeciętni. Jest to bez wątpienia dramatyczny moment, bo wraz z nimi odchodzą wielkie sprawy dziejowych przejść, doświadczeń i przemian, w których uczestniczyli. Te życiorysy są niebagatelne. Rozległe najczęściej i skomplikowane. Warte spisania. W nich jest zaznaczony oddech czasu, trud, odwaga, ideały, postawy, często też cierpienie. Czas nigdy nie był łatwy, teraz jest innego rodzaju – też niepozbawiony konieczności wysiłku, mądrości, rozwagi, szlachetności, lecz ten już mocno idący w cień przeszłości był szczególny, bo cechowały go niebezpieczeństwa, trudny cywilizacyjne i ostracyzmy ideologiczne. Wymagał od każdego człowieka decyzji fundamentalnych moralnie, skomplikowanych strategii życiowych, rozstrzygnięć sumienia. Często decydujących o biologicznym przetrwaniu. Oczywiście można było w nim uczestniczyć. Uczestniczyć, mimo ograniczeń, niekoniecznie oportunistycznie, lecz właśnie mądrze, humanistycznie, na ile się tylko dało zachować swoją prawdziwość, autentyczność i swoje wartości duchowe. Tyle, ile się dało. I dać taką szanse także innym, podobnym sobie. Takim właśnie był Jan Muszyński. I to na polu wydawać by się mogło mało ideologicznie efektywnym, wydawać by się mogło na poboczu publicznego nurtu, nie w wielkim zakładzie produkcyjnym, nie w mediach, nie w polityce, ale w muzeum, o którym zawsze mówiło się, że jest się tam poza czasem, spokojnie, zacisznie, pośród archiwalnych, pokrytych kurzem eksponatów, i nic się w zasadzie nie dzieje. Czas stoi. Ale w tym Muzeum za jego czasu kształtowały się indywidualności, co przekładało się na rozwój tej placówki. Tu niejeden człowiek rósł, dojrzewał zawodowo. Szedł ku czemuś nowemu. Muszyński budował po temu dobry klimat.
Cechowała go życzliwość dla pomysłów i ambicji. Taką miał opinię. Nie zamykał bowiem, lecz – co było jego najważniejszą chyba intencją – otwierał ludzi, więc zachęceni taką postawą, zwłaszcza artyści, garnęli się do niego. Wchodzili w świat, w myślenie nowoczesne o sztuce, o pracy, a to dawało szansę podwyższania swojej pozycji. On sam był swojski, bezpośredni, z poczuciem humoru, dowcipny, błyskotliwy. Racjonalista w każdym calu. I nieprześcigniony w oratorskich popisach, że znajomością łaciny. Ale i piękne potrafił zaskakiwać – publicznie, prywatnie – gwarą wielkopolską. Z premedytacją łamał urzędnicze konwencje. Nie usiłował być schematyczny w tej materii.
Nigdy nie przypuszczałem, ani nawet nie wyobrażałem sobie, że na kilka lat trafię do tej właśnie placówki, czyli do okazałego gmachu przy ulicy Niepodległości 15. Stan wojenny skomplikował i moje życie. Po zwolnieniu z „Nadodrza”, zaledwie pół roku miejsce zagrzałem w bibliotece. Gubiłem się w nudnych, nużących bibliografiach. Dano mi tylko pół roku. Skończyło się i to, i znowu był bruk. Nie wiedziałem, gdzie mogę trafić – absolutnie. Za sprawą wstawiennictwa doktor Teresy Gierko, solidnie przez nią zdopingowany, poszedłem do Jana Muszyńskiego. Przyjął mnie. Wiedział, jakie mam poglądy, byłem przecież po solidarnościowej stronie, a on partyjny. Umiał spojrzeć szerzej, bez jakichkolwiek uprzedzeń, a nawet z ledwo skrywaną akceptacją. To mnie zachęciło. Ostrzegano Muszyńskiego, jakiego to człowieka przyjmuje. Z jakimi poglądami. A on na to: „Dobrze, że ma poglądy”. Wiem, bo mi o tym powiedział. W tym samym czasie zlądował tu z BWA także Wiesław Myszkiewicz za podobne do moich sympatie polityczne. Myszkiewicz został kierownikiem działu historycznego, a ja niepełnoetatowym pracownikiem, z ustalonym dla mnie zadaniem gromadzenia literackiego archiwum lokalnego życia literackiego. Tak chciałem.
Pewnie Andrzej Buck pamięta, jak go namolnie indagowałem o archiwalne egzemplarze studenckiego pisma „Faktor”, które mi przyniósł. I innych kolegów po piórze indagowałem o różne literackie rzeczy. A ja cieszyłem się, gdy coś zdobywałem, może do przyszłego muzeum Miasta, o czym przebąkiwano, które jednak nie powstało.
Najpierw mieliśmy z Myszkiewiczem swoje biurka i krzesła w gabinecie, który zajmował zastępca Muszyńskiego Kwapiszewski. Często w nim nieobecny, a z powodu wybuchłej wtedy skandalicznej afery ze starodrukami, starymi mapami i eksponatami muzealnymi o historycznej wartości (antyki) – w końcu zupełnie nieobecny. Z rozpraw sądowych reportaże w „Nadodrzu” pisywał Alfred Siatecki, co można sprawdzić. Ja również biegałem na posiedzenia sądowe i zdawałem Muszyńskiemu relacje.
Sytuacja była trudna. W tym czasie nasz historyczny kąt został przeniesiony na piętro, do dwóch pokoi na końcu korytarza. Tu już panowała cisza niemal absolutna, ozdrawiająca, do woli mogłem przypatrywać się wiosennym rozkwitom zaokiennych kasztanów, jesieniom, zimom, ptakom przysiadającym na blaszanym parapecie. Dobiegały dziecięce głosy z pobliskiego przedszkolnego placu. Czasami udawało mi się nawet coś swojego na kartce napisać.
Każdego dnia pokonywałem schody i długi korytarz. Tu dzwonił do mnie Michał Kaziów w swoich pisarskich potrzebach, kiedyś zajrzał Mietek Warszawski. Czasami szedłem z torbą wypchaną kupionymi dla domu bochenkami chleba. Wzbudzało to „wypchanie” podejrzenie niektórych. Muszyńskiemu doniesiono, by zasiać w nim ziarno nieufności. Ale zostałem wzięty w obronę. Myszkiewicz namiętnie czytał książki, często dyskutowaliśmy na różne światopoglądowe i kulturalne tematy. Naprzeciwko był dział sztuki współczesnej. Tam zaglądałem, a nawet lubiłem zaglądać, do tego grona młodych ludzi, ciągle będących w ruchu, gdyż nieustannie przygotowywali jakieś wystawy, gościli artystów, ale mieli do mnie życzliwe podejście, co pozytywnie mnie usposabiało. Poznałem ezoteryczną, wyemancypowaną Anię Ciosk, muzę skandalizującego gorzowskiego malarza Andrzeja Gordona, któremu pozowała do aktów, co można sprawdzić. Wówczas też poznałem Leszka Kanię, dzisiaj będącego dyrektorem tejże placówki, także Armanda Felchnerowskiego, który po jakimś czasie z Polski wyjechał do Niemiec, z niewiadomych mi bliżej powodów. I tam działa (chyba) na niwie sztuki.
Klimat był dobry, chłonąłem nowe rzeczy, czegoś się tu od ludzi uczyłem. Zupełnie mimowolnie. Choćby zwykłego spotykania się na korytarzu i wymieniania spojrzeń i kilku zdań. Zupełnie poza nastrojami otaczającego świata. Odwiedzałem ekslibrisistę, mistrza linorytu Stanisława Parę, przyjazną Dankę Cyganek, czasem również Izabellę Koniusz w jej gabinecie obok, zawiadującą działem wydawniczym. Na samym początku zostałem przez Janka (jak to dzisiaj wszyscy mówią) oprowadzony po całym Muzeum. Jego celem było zapoznać mnie z kształtem muzeum poświęconego sztuce, który on wymyślił i przekształcał konsekwentnie według własnej wizji. Czułem, słyszałem w jego głosie, jaki w nim zapał, fascynacja, jaka pewność, że tworzenie piękna to wielka sprawa. Szliśmy od galerii do galerii. To było jego dzieło. O każdej z nich potrafił i chciał w swej narracji coś mi odrębnego przekazać. Nie brakowało mu inwencji. W każdym razie infekował mnie, jeśli tak można rzec, sferą mało mi wtedy znaną. Wchodziłem przy jego pomocy w świat artystów. Poniekąd i w swój świat, tyle że innymi jakby drzwiami.
Najwięcej czasu spędziliśmy w Galerii Maria Kruczka i najciekawsza była jego o niej opowieść. Lubił ją najbardziej. Utożsamiał się z jej przesłaniem. Mówił o tym krakowskim artyście, o jego pracy i obyczajach. Muszyński wskazał na wywyższenie przez artystę codziennych, zwykłych, porzuconych przez ludzi przedmiotów, znajdowanych na śmietniku – i to trafiało do mnie. Czułem, że jestem u siebie. Widziałem tu świątynię ocalałej wiejskości. Sprzęty domowe, końskie uprzęże, podkowy, koła, łańcuchy. Z małości uczyniony wielki świat. Niektóre sprawy rozumiałem, a inne nie. Ale to ówczesne, teraz przywołane, wędrowanie po różnych salach potem przydało się i zaowocowało nowym wyzwaniem.
Poza zadeklarowanym w obowiązkach zbieraniem dokumentów literackich, jakichś rękopisów, listów, autografów literackich, fotografii (pojechałem np. do Warszawy po kopie utworów Papuszy) przyszło nowe zadanie. Muszyński wymyślił, że będę sukcesywnie o tych wszystkich galeriach pisał teksty, takie jakie chcę. Że dodam do tego wiersz, że wybrane zostaną fotografie eksponatów. Miałem wolną rękę. I tak powstało kilka folderów, do których dołączyłem wiersze: Tadeusza Nowaka, Urszuli Kozioł, Ewy Lipskiej i innych poetów. Przekraczałem kolejny próg. Foldery drukowane na kredowym papierze dość długo jeszcze po moim odejściu (na bruk) były w użyciu. Kolejna rzecz, która się w tamtych latach urodziła, jedna z piękniejszych, to seria poetycka bogato ilustrowana kolorowymi fotografiami malarstwa będącego w zbiorach. Kolorowe zdjęcia do tych wydań w swojej pracowni wykonywał Marek Woźniak. Zrobił mi przy okazji świetne portretowe zdjęcia. Seria była niskonakładowa, numerowana, bibliofilska. Poeci zareagowali natychmiast – Koniusz, Szylkin, Warszawski, Morawski, Tokarska, Kwapisiewicz, Waśkiewicz. Jakżeby inaczej. Te unikatowe zbiorki były wydarzenie. Cacka wydawnicze. Z oryginalnymi wstępami Janka Muszyńskiego. Powinno się o tym wszystkim w porządnej monografii napisać. I to jak najszybciej.
Pasja wydawnicza była znakiem radości Muszyńskiego. Mojemu zbiorkowi wymyślił tytuł Pokażę się tobie, co przyjąłem nieco sceptyczne, gdyż nie od razu dotarła do mnie jego idea. Okazało się, że Armand znalazł notes z wierszami swojego ojca – Klema. I też ukazał się zbiorek.
Muszyński chciał obcować całym sobą ze sztuką, bo wiedział doskonale, że choć ona jest najsłabsza, to mimo wszystko zwycięża rzeczywistość. Ale też może jeszcze więcej chciał do głębi zapisać siebie. Dotrzeć w ten sposób do swojej pełni. Na tym mu bardzo zależało. Zwracał się więc w stronę słowa. Jego dojrzałość duchowa tego się domagała. Swoje słowo autorskie, bardzo mocno zakorzenione w jego wyobraźni, wiedzy, miłości do artystów, w psychice i w rozmaitych biograficznych doświadczeniach, przenosił na karty także w przygotowywanych i wydawanych katalogach plastycznych. Naznaczonych pietyzmem jego pracy. Tak. Wyrażały te publikacje obcowanie z dziełami artystów, z poetami, ale też jako autor dążył w swojej treści do objęcia jakiejś całości biografii.
Potem do działu historycznego została przyjęta poetka Dorota Kozanowska. I mój czas w muzeum się skończył. W domu na chleb czekało troje małych dzieci. Nieodwołalnie stanęły przede mną nowe wyzwania.
Jak wiemy, zostawił Muszyński po sobie cztery tomy dzienników. Prowadził je w przekonaniu, że coś w ten sposób ze swego życia autentycznie ocala. W czytanym zupełnie niedawno blogu, pisanym z rozmachem już na emeryturze, spędzanej u córki w Poznaniu, dostrzegłem tę samą zachowaną dbałość o szczegółowe ukazanie szerokiego obrazu człowieczego losu. Literalnie przytaczał słowa, zdania i dokładnie opisywał zdarzenia. Tak nikt w Zielonej Górze nie potrafi. Miał niezawodną pamięć, jak na dokumentalistę przystało. Rzeczy często drobne nie mogły ujść jego uwadze.
Leszek Kania mówił niedawno, że pracę zamieniał w zabawę, w radość, w fascynację. To prawda. I że czas życia, 22 lata spędzone w Muzeum, były dla Jana Muszyńskiego czasem najradośniejszym. Iluż artystów tu ściągnął, ile dzieł polskich malarzy zostało pozyskanych do zbiorów, ilu ludzi czymś ważnym natchnął. Widać to wyraźnie w tekstach o Felchnerowskim, Łuniewiczu, Szpakowskim, miejscami brzmiących wyjątkowo przejmująco, choćby tylko w dokumentacyjnej warstwie, mającej na uwadze prawdę.
Do tego pobieżnego rysunku jego osoby trzeba koniecznie dodać jego, powiedziałbym, pomnikowe zasługi, polegające na odważnym ocaleniu przed rozbiórką, według komunistycznych dyrektyw płynących z Warszawy, ponad setki zabytków architektonicznych na Ziemi Lubuskiej – pałaców, zamków, kościołów, ratuszy (w Żaganiu, Żarach, Gubinie, Gościkowie, Kożuchowie…). To trzeba pamiętać, bo bylibyśmy dzisiaj z ich wspaniałości haniebnie ogołoceni, gdyby nie mistrzowskie, pełne heroicznego poświęcenia w tej dziedzinie i odważne staranie Jana Muszyńskiego. Mówił o tym pośród śnieżno-świetlistego krajobrazu styczniowej zimy jego przyjaciel z Gniezna, ze studiów na historii sztuki w Poznaniu, Stanisław Kowalski. Wszystko, albo prawie wszystko, co związane z Muszyńskim, nie było bagatelne.
Był silną osobowością, ale nie wolną od słabości. Miał do ludzi podejście kumplowskie, lecz potrafił zdecydowanie reagować i szorstko używać swej władzy, gdy jakieś granice zostały przekroczone. Umiał mocno hołubić niektóre swoje ulubione osoby, ale i ostro odsłaniała się druga strona jego osobowości. Potrafił wtedy traktować kogoś obcesowo czy nawet brutalnie. To nie był człowiek jednego, uporządkowanego poziomu emocji lub stylu bycia. Jego duchowe „ja” z lotów w sferze bardzo wysokich sublimacji niekiedy przechodziło w dość niskie poziomy. Więc i opinie o Janie Muszyńskim były i są różne. Jak sam przyznawał: są we mnie diabły i anioły. Moim zdaniem, anioły miały nad diabłami w nim jednak przewagę.

 

 

Czesław Sobkowiak