Start Zbliżenia Żenia

Żenia

To może trochę zaskakujące, ale im dłużej się znaliśmy, tym bardziej zżywaliśmy się, choć przecież wraz z zaletami wychodziły również nasze wspólne przywary. Ale kim byliby ludzie bez wad? Gdy więc nagle odeszła, wydało mi się to zupełnie niemożliwe, po prostu nieprawdziwe. Żeni nie ma? Jak to?! Dlaczego? Do dziś mam odruch, jadąc w okolicy ulicy Wrocławskiej, Podgórnej, żeby skręcić w Braniborską. I zajechać do Kombatanta... Jak mogła zrobić taki błąd, takie faux pas, po prostu zmyć się bez słowa, bez pożegnania. To nie w jej stylu. Dlaczego zatem tak się zachowała...?

Nie wiem, co nas tak zbliżyło do Żeni. Moją żonę Lidię i mnie. Do starszej pani, ale i osoby ciągle „na fleku”, jak mawia moja mama. Ciągle myślącej, aktywnej umysłowo. Przecież znałem ją wiele lat wcześniej z pracy w „Gazecie Lubuskiej”. I nic wielkiego z tego nie wynikało. Tymczasem dopiero później zaiskrzyło i rozwinęła się jakaś forma przyjaźni...
Pamiętam taką sytuacją, gdy Andrzej K. Waśkiewicz tuż przed swoimi 70. urodzinami w maju 2011 r. był u nas w Wilkanowie. Wieczorem zasiedliśmy w Domku Ogrodnika przy kominku. Lidka przywiozła Żenię, która miała już wtedy problemy z chodzeniem. Siedziała z nami, z całą rodziną Waśkiewiczów i długo gadaliśmy przy ogniu, wszak z Andrzejem znała się z czasów pracy, jego w „Nadodrzu”, a jej w „Gazecie Lubuskiej”. Gdy zmęczona odjechała do swego Kombatanta, Andrzej skomentował krótko: „Ale umysł ciągle jak brzytwa...”. Długo tego nie doceniałem.
Jako student dorabiałem do stypendium w „Nadodrzu”, „Gazecie Lubuskiej” lub okazjonalnie w „Gazecie Festiwalowej” w czasie Festiwalu Piosenki Radzieckiej. Musiałem wówczas na korytarzu w gmachu przy Niepodległości 25 mijać znaną Panią Redaktor. Choćby idąc do kasy po skromną wypłatę za wierszówkę. Ale jakoś nie utrwaliła mi się. Dopiero po wyjeździe z Zielonej do pracy etatowej w Suwałkach, Eugenia Pawłowska została wplątana w mój życiorys. A było to tak: rok 1980, tzw. karnawał Solidarności. Jestem od czerwca zatrudniony w tygodniku „Krajobrazy” w Suwałkach, gdzie nie znam nikogo. Siedzę tam sam jak kołek w płocie. Co jakiś czas wydzwaniam „do świata”, do znajomych w Warszawie lub Zielonej Górze. Kiedyś, chyba jesienią 1980, dodzwoniłem się do Jasia Dębka, kolegi z czasów studenckich, jednakże głównie dziennikarza „Gazety Lubuskiej”. I Janek nadaje mi przez telefon. „Ale narozrabiałeś, pewnie przez ciebie Olasa wyrzucą z roboty” – mówi. Nie wiem, o co chodzi. Zupełnie. Okazało się – a potwierdziła to mniej więcej po 13-14 latach właśnie Żenia Pawłowska – iż na jakimś spotkaniu dyskusyjnym w klubie MPiK zaczęły się publiczne rozrachunki z przedstawicielami władzy. Jak to wówczas było w modzie. Ktoś wyciągnął moje nazwisko. Że był tu taki młody zdolny Kurzawa, a musiał po studiach wzorem innych „emigrantów” wyjeżdżać z Zielonej Góry na białe niedźwiedzie, bo go nie chcieli zatrudnić w „Gazecie”. Winę przypisywano Zdzisławowi Olasowi, ówczesnemu naczelnemu „Gazety Lubuskiej”, na dodatek prywatnie partnerowi życiowemu Pawłowskiej. A Żenia była, jako dziennikarka, na owym spotkaniu w MPiK-u,
gdyż miała chyba napisać relację. Opowiedziała mi po latach. „Wróciłam do domu, rzucam się na Starego i pytam, czy to prawda, że nie chciał zatrudnić tego całego Kurzawy”. „No prawda” – odpowiedział. „I na co ci to było, teraz solidarnościowcy będą się ciebie czepiać, robić zadymy, jeszcze rzeczywiście Komitet cię poświęci i stracisz pracę” – wyłożyła Olasowi swoje argumenty Żenia. „A temu go nie przyjąłem, że nigdy do mnie w sprawie roboty się nie zjawił” – odrzekł spokojnie Olas. I taka była prawda. Po studiach nie chciałem pracować w „Lubuskiej”, zależało mi na pracy w „Nadodrzu”, ale tam z kolei Kajan, ówczesny naczelny, mnie nie chciał. Dlatego wyjechałem do Suwałk. Po latach zresztą okazało się, że była to dobra decyzja.
W każdym razie po przyjeździe do Zielonej Góry ze wschodu Polski, z Suwałk i z Białegostoku, gdy w 1992 r. zatrudniłem się w „Gazecie Lubuskiej” i usiadłem raz z Żenią na korytarzu, żeby powspominać, potwierdziła Dębkową wersję tej śmiesznej historii. Ale wówczas, gdy przeszedłem z „Gazety Nowej” do „Lubuskiej”, ona akurat odchodziła na emeryturę. Właśnie wtedy zaczynała tworzyć swą nieśmiertelną – jak się później okazało – Snobkę, bo czuła się życiowo niezbyt zagospodarowana. Ale też i w tym okresie początku lat 90. zaczęła bywać w naszym Ogrodzie Sztuk w Wilkanowie. Nie opuściła żadnego wydarzenia. Zdecydowana większość jej relacji znalazła się potem w felietonach Snobki I ja tam byłam..., pisanych pięknie, kunsztownie, znakomitą polszczyzną „jagiellońską” (ukończyła krakowski UJ). Po latach, gdy ze względu na stan zdrowia znalazła się w Domu Kombatanta, przygotowałem na podstawie ok. 500 tychże felietonów książkę Żeni Pawłowskiej. Promocja dzieła w Bibliotece Norwida była dużym wydarzeniem w Zielonej Górze. Wtrącę nieskromnie, iż miałem przyjemność prowadzić to niepowtarzalne spotkanie. Rok później pozycja I ja tam byłam... zdobyła bezapelacyjnie Lubuski Wawrzyn Literacki.
Zbliżyły nas zatem wizyty Żeni w wilkanowskim Ogrodzie Sztuk, ale też współpraca w ramach pisma „Komunikaty”, na wydawanie którego pozwalał ówczesny prezes Lubpressu Mirosław Rataj, czyli naczelny „Gazety”. Był to początkowo „organ” klubu dziennikarza „Pod Kaczką”, który z czasem rozrósł się do dość sporego periodyku kulturalnego. Mało tego, za teksty w „Komunikatach” Rataj płacił. A że Żenia potrzebowała na emeryturze trochę grosza, namówiłem ją na pisanie czegoś w rodzaju kroniki kulturalnej. Zatem pisała do „Komunikatów”. I tak to się między nami spokojnie przędło, aż do czasu jej niespodziewanego wylewu, gdy z domu przy dawnej ul. Marksa (teraz Pod Filarami) trafiła do wspomnianego Kombatanta. To był graniczny moment w naszych kontaktach. Naszych, czyli żony i moich. Bo Żenia straciła wówczas „apetyt na życie”, była zrezygnowana i bezwładna, także dosłownie. Wymagała opieki lekarza, rehabilitanta, ale również normalnych kontaktów z przyjaciółmi. I chwała tym, którzy jej wówczas nie opuścili, którzy nie wystraszyli się schorowanej, znękanej życiem, momentami kapryśnej kobiety. Główna w tym zasługa mojej żony, Lidii, z którą Żenia dużo wcześniej zaprzyjaźniła się w ramach klubu charytatywnego Kiwanis. Obie przez lata pomagały ubogim dzieciom. Gdy zatem Żenię dopadł ów wylew, Lidka nie opuściła jej i pociągnęła też mnie. W tej właśnie chorobie, po wylewie zacząłem dość intensywnie „nachodzić” starszą koleżankę po piórze, żeby przygotować jej felietony do druku, żeby zrobić z nich książkę. Początkowo niechętna, a dokładniej bezwolna, niezbyt zainteresowana, wycofana z życia, Żenia powoli, powoli zaczęła się jednak wciągać, coś podpowiadać, a z czasem pomagać w pracy nad dziełem jej życia. Później okazało się, że ta cała nasza akcja – czego efektem była mobilizacja wielu przyjaciół i znajomych Żeni, a wreszcie wydanie książki za naprawdę uczciwie zebrane społeczne pieniądze – postawiły redaktor Pawłowską na nogi. Dosłownie. Stanęła. Ożyła, wyszła i coraz częściej wychodziła z Kombatanta. To było piękne. I mimo dołków, trochę gorszego zdrowia, Żenia w tej formie, postawiona za pośrednictwem własnej książki na nogi, dotrwała do końca. Żal, że nie mogła zostać z nami choć jeszcze trochę... Cholernie mi jej brakuje.


Perełki z felietonów E. Pawłowskiej

  • Piszę ten felieton z resztkami brokatu na głowie, bo nie dają się tak łatwo wyczesać [119].
  • Publiczność – jak na tak brzydki dzień – dopisała całkiem nieźle. Zaraz koło mnie siedział sennie, razem z tatą, śliczny synek [...]. Nie bardzo wiedząc o co chodzi. Święty chłopczyk [77].
  • Lubuskiemu oddziałowi Związku Literatów Polskich stuknęła czterdziestka. Prezes Eugeniusz Kurzawa wbił się nawet w garnitur, chyba ślubny. Na ścianach i wokół literaci. Siedziałam onieśmielona jak rzadko [146].
  • Łagów bywały jest w świecie bez ruszania się z miejsca [49].
  • Mimo wolnej niedzieli czuję się jak górnik po ciężkiej szychcie [115]
  • Święta. Z ich powodu zwariowałam i nabyłam wino papieskie [118]
  • Tego roku winobraniowa Zielona Góra wyglądała jak zmokła kura [134].
  • Był to pomysł pani Beaty Bartosiewicz. Kabaret miała we krwi po swojej mamie red. Halinie Ańskiej. Teraz chciała „U Jadźki”. A Jadźka – czyli Jadwiga Bocho-Kokot na to sama jak na lato. Sama chciała na scenę. No i żeby jej galeria miała nerw [227].
  • Wybory, wybory, aż strach żelazko włączać. Żeby nie wyskoczył z niego jakiś kandydat z gruszkami na wierzbie [21].
  • Wizytę Wiliama Whartona w Zielonej Górze poprzedza zbiorowa egzaltacja [73].
  • O, Boże, Żyd na franciszkańskim festiwalu? – zdziwił się ktoś, jakby to miał być koniec świata [123].
  • „No, wystarczy zawadzić czubkiem buta o krawężnik w kiepsko oświetlonym mieście, żeby wyglądać na kobietę upadłą lub z mężem złym” [148].
  • Piszę drapiąc się tu i tam. Nie, w żadnych krzakach nie byłam. Weszłam tylko do galerii BWA, żeby poobcować ze sztuką. Złotniczą [140].


[Cytaty ze zbioru: E. Pawłowska, I ja tam byłam..., Ochla 2008]

 

Eugeniusz Kurzawa