Start Zbliżenia Na śmierć Poety

Na śmierć Poety

Był czas, kiedy lubuskie środowisko literackie cechowało jakby nieustanne debiutowanie. Wydawało się, że długo nie wejdzie w dojrzałość. Dopisywaliśmy wszyscy swoje nowe kolejne wiersze, nowe tomiki poetyckie i pozycje prozatorskie. Środowisko nie posiadało jeszcze żadnej zarysowanej tradycji literackiej, do której mogłoby się odnieść, zwłaszcza młodsze pokolenie. Lecz niepostrzeżenie przyszły lata i ta tradycja się pojawiła, pojawia się i jest jej coraz więcej. Tradycję stanowią poeci umarli. Można obecnie przywołać już sporo nazwisk.

W Żarach właśnie umarł – 21 grudnia 2016 r. – Jan Janusz Werstler. Miał 77 lat. Debiutował wierszem Pantofle w 1961 r. w „Nadodrzu”. Pierwszy jego zbiorek Pytania ukazał się dość późno, w 1970 r. W tym samym roku, w tej samej serii wydawnictw LTK, również opublikowałem swoje początkowe natchnienia W białej koszuli. Takie było nasze pierwsze literackie spotkanie. Potem ukazywały się od czasu do czasu jego kolejne książki.
Wszystkie literackie dokonania Werstlera są związane z Żarami, z którego sprawami się utożsamiał. Przybył do tego miasta w wieku 15 lat. Napisał sporo wierszy osobistych, lirycznych, także zbiór prozy Krajobrazowo. Moim zdaniem największej wagi są te, w których odniósł się do życia bieżącego i historii miasta. Opisał jego architektoniczny krajobraz, z imienia i nazwiska przywołał osoby mu bliskie, w topografię Żar wtopił własny oddech, legendę wielu przyjaźni. Nawiązał też do biograficznego bólu wysiedleńczego z Kresów (urodził się w Kałuszu k. Stanisławowa), jak i do bólu oraz rozpaczy poprzednich mieszkańców-Niemców, którzy to miasto musieli opuścić. Potrafił sobie te krzywdy, te dramaty wyobrazić i je wyrazić poetycko, by nie zakłamywać prawdy historycznej. Taką książką wartą pamiętania i czytania przez czytelników w tej żarskiej małej ojczyźnie jest zwłaszcza Psalm o mieście (2005). Można powiedzieć, że jest swoistym poetyckim hymnem na cześć najbliższej poecie okolicy. Jestem przekonany, że nikt po Werstlerze już tego miasta w tak szerokim wymiarze nie wprowadzi do poezji. Drugi raz się to nie zdarzy. Swoimi wierszami w materii apologii najbliższej prowincji ustalił bardzo wysoki poziom, którego nikt łatwo nie przekroczy. A może nawet nigdy nie przekroczy. I tak to swoje karty wpisał w kształt duchowy Żar. Natomiast spełnienie poetyckie przynosi jego ostatni zbiór Pożegnanie jabłoni (2009), zawierający oprócz dawnych także wiersze najnowsze. Po tej książce już raczej jego aktywność twórcza zanikła. Zadanie zostało wypełnione. Czyli „ślad” zapisany.
Nie wynosił się ze swoją poezją. Zachowywał w tym względzie właściwy umiar. O Pożegnaniu jabłoni obszerną recenzję opublikował w „Pro Libris” Marek Grewling. Wiem, że jego odczytanie poeta akceptował. Utwory Werstlera cechuje rzeczowość, dyscyplina warsztatowa i – co ważne – wolne są od tromtadrackiego patetyzmu. Charakteryzuje je nie skomplikowana metaforyka, ale żywy język mówiony, eksponujący zwyczajność relacji międzyludzkich. Niektóre z wierszy mają wartość dokumentacyjną, pokazują bowiem podmiotową fascynację i szczere radowanie się kulturalnymi wydarzeniami, np. piękny, kronikarski poemat Na Ogrodowej, który odzwierciedla intelektualny ferment. Takimi tekstami Janusz Werstler zakorzeniał się w tym swoim miejscu-gnieździe, które traktował jak najbliższe sercu, jedyne, czuł się za nie odpowiedzialnym i zatroskanym. Ten motyw raz po raz w rozmowach z Januszem powracał. Nie mogło być inaczej, gdyż nie kto inny, ale on właśnie tkwił w centrum rodzącego się w latach 60. życia kulturalnego, które wraz z innymi inicjował i współtworzył. Powołał do życia grupę poetycką „Dziewin” (1962), skupiającą miejscowych debiutantów. To stąd w Żarach było dużo poezji. Wtedy i po latach. Dwa almanachy: Rylcem i piórem oraz W dole kamieniołomu dają piękny obraz narodzin tradycji literackiej w Żarach. Oczywiście jej żywotność różne potem miała koleje. Kolejne pokolenie (Baworowskiej, Zychli, Rozwadowskiej, Lorenc) postanowiło tę grupę reaktywować. Obecnie konkursom poetyckim, organizowanym przez miejscową bibliotekę, patronuje właśnie odnowiona grupa „Dziewin-Młodzi”. Janusz z żalem konstatował, że w różnych momentach o nim – założycielu zapomniano. Nie pozostawał jednak na sprawy literatury lokalnej obojętnym. Wiele razy o tym rozmawialiśmy. Irytowała go niedbałość o kształt tworzywa artystycznego, a w sferze społecznej – upadek moralności. Moje najbardziej owocne kontakty z Żarami, do których mnie Janusz Werstler zachęcił i zaprosił, wiązały się z opatrywaniem posłowiami tomików miejscowych poetów (w tym również jego kolejnych książek), a także ze współpracą z „Kroniką Ziemi Żarskiej”, świetnie prowadzoną przez Zdzisława Dąbka, już nieżyjącego. W redagowanym tam przez Janusza „Literackim Pulsie Regionu” miałem możność sukcesywnie pisywać. Ta współpraca była dla mnie dobrą przygodą. Środowisko stawało się żywotne, aktywne, przybywało nowych nazwisk, więc i czymś bardzo naturalnym, ba, oczekiwanym, była w pewnym momencie coroczna organizacja Spotkań Majowych. Biznesmen Andrzej Wojtaszek – to trzeba docenić – miał swój dobry, sponsorski wkład w ich przebieg. Bywałem z tego powodu często w Żarach. Nie traciliśmy czasu. Zawsze odwiedzałem Janusza, czasem bardzo zamyślonego, w prowadzonym przez wiele lat Antykwariacie. Nie domagał mu już wzrok. Przez duże, powiększające szkło usiłował czytać gazetę. Nie potrafił dbać o swoje zdrowie. Szkoda. Interesowały go moje dokonania, poglądy, zdania o poezji i współczesnym świecie, tym najbliższym i dalszym, i moje życiowe sprawy. Dopytywał, co u Warszawskiego, Ryndaka, co u Koniusza, Pytel, Tokarskiej, kiedy wyjdzie nowy numer „Pro Libris”, moja nowa książka i czy piszę prozę o ojcu, bo powinienem. Czy miewam jakieś spotkania autorskie? Odczuwałem jego życzliwość i ludzką wrażliwość. Tu zaglądali często jego znajomi i przyjaciele, dzieląc się żarskimi aktualnościami. Tu kroki kierowali także niektórzy żarscy poeci. Gdy z Lublina przyjeżdżał Leszek Mądzik ze Sceną Plastyczną, także Janusza odwiedzał. Wydania jego książek szybko znajdowały odbiorców. Antykwariat to była poniekąd instytucja, miejsce ważnych ocen społecznych, ustaleń towarzyskich, opowieści i zwyczajnych koleżeńskich rozmów. Przychodzili tu również po prostu ludzie z miasta ze swoimi bolączkami. Czasami ktoś chciał antykwariuszowi Werstlerowi coś sprzedać, by mieć na wino lub piwo. Z Antykwariatu kierowaliśmy zazwyczaj kroki do pobliskiego baru, by po rozmowach się posilić. I dalej przy herbacie dywagować o dziwnych losach ludzi i świata. O tych podróżach i spotkaniach pisałem w tomie prozy Rzeka powrotna. Żary w jakimś stopniu powoli stawały się także moim miastem. Teraz, po odejściu Janusza, nie są już takie same.

 

 

 
















 

Czesław Sobkowiak