Start Zbliżenia Jerzego Szewczyka portret pobieżny, acz wnikliwy

Jerzego Szewczyka portret pobieżny, acz wnikliwy

Piętnastoletnim dziewczęciem będąc, w chórku szkolnego kabaretu Kleszcz śpiewałam: „[...] to widzę po raz pierwszy:/ urzędnik pisze wiersze!/ Więc biorę tekst i czytam,/ a w tekście jest tak [...]”. Była to piosenka utrzymana w rytmie ognistego tanga, a opowiadała o pewnym urzędniku, który pokątnie wieczorami uprawia poezję. Kolejne zwrotki wypełnione były cytatami z owej urzędniczej poezji, ale ich walory literackie były bardzo wątpliwej wartości – spore fragmenty liryki okraszone były niezamierzonym komizmem...

W tym wieku wszelkie prawdy chłonie się niczym gąbka wodę, zatem nic dziwnego, że przez długie lata żyłam w przekonaniu, iż urzędnicy i poeci to istoty wywodzące się z zupełnie różnych światów. No cóż, nie znałam wówczas jeszcze życiorysów genialnych twórców kabaretowych z okresu międzywojennego, którzy utrzymywali się z posady urzędniczej, a wieczorami, przy aplauzie publiczności, przeistaczali się w artystów estradowych, z powodzeniem prezentujących poetyckie wytwory swojej wyobraźni.
Nie słyszałam wówczas także o Karolu Dedeciusie, który codziennie zasiadał do pracy przy biurku urzędniczym, zaś po godzinach spędzonych na żmudnym urzędowaniu przybliżał niemieckiemu czytelnikowi klasykę literatury polskiej.
Nie znałam wówczas jeszcze także urzędnika-poety, urzędnika-podróżnika, urzędnika-performera Jerzego Szewczyka. Moja głęboka, bo licząca sobie ponad 30 lat zażyłość z Jurkiem przybrała takie rozmiary, że przerzuciła się także na jego żonę Irenę i dziś nie potrafię precyzyjnie wyważyć, kto jest mi bliższy – czy Jerzy Szewczyk, czy jego połowica. Mniemam jednak, że o Jerzym wiem nieco więcej niż o Irenie, gdyż jedna z jego wielu pasji życiowych jest zbieżna z moją – oboje postrzegamy siebie jako taki gatunek czytelnika, który nie tylko lubi czytać, ale jeszcze czasami coś sam napisze. Nie podejmuję się oceniać poczynań literackich mojego znakomitego Kolegi, chociażby z tego powodu, iż nie stać byłoby mnie na pełny obiektywizm. Ale ponieważ w tym roku przypada okrągła rocznica urodzin Jerzego i Ireny, więc poczułam potrzebę przybliżenia postaci Jurka Czytelnikom tego pisma. I owszem, to będzie laurka, jakżeby inaczej, ale postaram się jej nie przesłodzić, choć trochę lukru dodam, bo wypada.
Mam ogromną przyjemność obserwować proces twórczy Jerzego S. w każdy poniedziałek podczas warsztatów literackich, które prowadzi dla nas Jolanta Pytel, szefowa Stowarzyszenia Jeszcze Żywych Poetów. To, co mnie uderza w zachowaniu Jerzego, to fakt, że na każde zajęcia przybywa zawsze bardzo dobrze przygotowany. Niekiedy obecność pozostałych uczestników warsztatów rozprasza go tak, że wiersz ledwie zarysowany podczas zajęć kończy w zaciszu domowym i po dopieszczeniu wygłasza nam w całości na kolejnych zajęciach. Zawsze stwierdza, że „lekcje ma odrobione” i pragnie zaprezentować nam teraz swój utwór „w całości i po korekcie”. Nasza szefowa często podkreśla fakt, że wykształcenie techniczne jest czynnikiem sprzyjającym sprawnemu pointowaniu wierszy. I Jurek S. świetnie wykorzystuje w poezji tę zaletę swojego ścisłego umysłu.
Inną pasją Jerzego Szewczyka jest pasja podróżnicza, w moim odczuciu zbliżona do literackiej. Jurek zwiedził prawie wszystkie kontynenty (nie był bodajże tylko w Australii), przywożąc z każdej podróży setki zdjęć, które bardzo chętnie prezentuje podczas uroczych, klimatycznych spotkań, połączonych z pogadanką na temat egzotycznych zakątków naszego globu, do których dane było mu dotrzeć podczas swoich wojaży. Jurek ze swadą i bardzo interesująco przenosi nas w odległe światy, opowiada o napotkanych tam ludziach, opisuje ich obyczaje, niekiedy demonstruje nam należące do nich przedmioty codziennego użytku, a czasami też fragmenty noszonych przez nich strojów. Jurek kiedyś wyznał mi, że najwięcej satysfakcji przynosiły mu odległe podróże odbyte w czasach, gdy zdobycie paszportu było nie lada wyczynem. Siedząc w samolocie obok obywatela któregoś z krajów wolnego świata, odczuwał ogromną satysfakcję ze swojej konsekwencji, determinacji, sprytu i woli podróżowania...
Jurek Szewczyk imponuje mi często dystansem do samego siebie, autoironia nie opuszcza go nawet wówczas, gdy dworuje z własnych przypadłości. Imponuje mi także swoimi poczynaniami performerskimi z pogranicza kabaretu – to właśnie on ustanowił dzień 23 września Dniem Spadającego Liścia. W tym dniu w towarzystwie zjawiskowej Pani Jesieni (w tę rolę wciela się poetka Basia Anielska-Bartusz) wędruje ulicami Winnego Grodu, wręczając napotkanym przechodniom kolorowe, jesienne liście. Niekiedy para ta odwiedza instytucje kulturalne Zielonej Góry czy domy Dziennego Pobytu dla seniorów, budząc zawsze uśmiech i radość wśród tych, których spotyka na swojej drodze.

Ostatnim kabareciarskim pomysłem Jerzego Szewczyka jest ustanowienie przez niego Nagrody Szczęsnej Podkowy, która wręczana będzie różnym osobom, które wytypuje według tylko sobie wiadomych kryteriów powołana w tym celu Kapituła. Regulamin owej nagrody w jednym ze swych punktów zakłada, że jedynym członkiem tej Kapituły jest... Jerzy Szewczyk i że decyzje owej Kapituły są niepodważalne! Jurek przetestował tę nagrodę na mnie, obawiając się reakcji przyszłych potencjalnych beneficjentów. A ponieważ przyjęłam ją ochoczo, (choć powody, dla których Kapituła mi ją przyznała, są mocno na wyrost), więc Jerzy S. ośmiela się teraz obdarowywać nią inne postacie naszego życia kulturalnego. I tak drugim obdarowanym był zielonogórski poeta, pisarz i fotograf Zbigniew Rajche; w 2016 r. Szczęsną Podkowę otrzymała Jolanta Pytel. Nota bene Zbyszek dostał podkowę z czekolady; zapowiedział, że jak się skończy post, to ją zje. Moja podkowa jest, niestety, żeliwna.
Przyznam jednak, że kilka razy miałam ochotę udusić Jurka, a powstrzymała mnie jedynie owa wspomniana zażyłość z jego żoną Ireną, której nie chciałabym uczynić wdową. Owe mordercze zapędy zawładnęły mną już kilka razy i zawsze nachodziły mnie podczas niektórych wieczorków autorskich, na które dane mi było przybyć wraz z Jurkiem.
Bijąc się w pierś, proszę o rozgrzeszenie! Proszę sobie bowiem wyobrazić taką oto sytuację. Jesteśmy gośćmi spotkania autorskiego, które ciągnie się już drugą godzinę i śmiało zmierza ku trzeciej. Publiczność zatem rada jest wreszcie rzucić się po zakup prezentowanego dzieła lub przynajmniej dorwać się do filiżanki herbaty. A tu Jerzego Szewczyka nachodzi właśnie nieodparta potrzeba wygłoszenia laudacji na cześć autora lub odczytania referatu, będącego wnikliwą analizą całokształtu jego twórczości... Bo Jurek bardzo lubi wygłaszać szeroko rozbudowane mowy pochwalne, on lubi przemawiać!
A zatem ja dziś odwdzięczam się tym samym – słowo za słowo, oko za oko, uśmiech za uśmiech. No cóż, muzy to istoty kapryśne, ale przypadek Jerzego Szewczyka, wieloletniego urzędnika państwowego dobitnie świadczy o tym, że potrafią one sprawić, by spod pióra urzędniczego wypłynęła poezja w postaci czystej, a nie tylko protokoły, sprawozdania, rozliczenia...
Jurku, a niechże Cię wena twórcza ma w swojej opiece i nie opuszcza przynajmniej do setki przeżytych lat!

 

 

Halina Bohuta-Stąpel