Start Zbliżenia Od Piosenki o rozpadzie do lubuskiego środowiska literackiego i z powrotem

Od Piosenki o rozpadzie do lubuskiego środowiska literackiego i z powrotem

Biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia lekturowe, wydaje mi się, że najbardziej doceniam w literaturze prawdę doświadczenia (nie chodzi mi o realizm, autobiografizm, dokumentalizm – bardziej o autentyzm). Zdarzają się książki, które zwyczajnie poruszą, zadziałają. I wtedy jest taka podskórna pewność, że wyszliśmy z tej lektury odmienieni. To znaczy, że przeszliśmy pewną drogę, podczas której zrozumieliśmy siebie i świat choć o milimetr bardziej. Tak mam z Piosenką o rozpadzie, opowieścią zamkniętą w 22 wierszach – jej tematem jest głęboka męska relacja i zapis odchodzenia.

Zupełnie przez przypadek w rozmowie z Małgorzatą Mikołajczak dowiedziałam się o sukcesie młodego zielonogórzanina. Michał Banaszak (rocznik 1988), bo o nim mowa, został laureatem ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Anny Świrszczyńskiej na książkowy debiut poetycki 2016. Poeta studiował we Wrocławiu filologię angielską i prawo, nie posiada żadnych związków ze środowiskiem literackim Zielonej Góry. Obecnie jest studentem filologii polskiej na Uniwersytecie Zielonogórskim, pracuje w zielonogórskim sądzie. Bronisław Maj (ten Maj) pisze we wstępie do jego książki: „Piosenka o rozpadzie [...] to przejmujący, poruszający (bo doskonale poetycko opanowany!) zapis ludzkiego – poszczególnego, a przecież powszechnego – doświadczenia; zwycięska próba nazwania tego doświadczenia”. Czytając wiersze Michała, mam poczucie, że to, co zawarł w nich, jest też moim przeżyciem, że istnieje wspólny mianownik wszystkiego (to jakiś rodzaj olśnienia). Poezja jest w końcu budowaniem mostów (Borys Róg, o którym zaraz, napisze: „mosty buduje się w Gruncie rzeczy”). Przejdę do przykładów. W jednym jego wierszu gra przestaje być grą, bo jej reguły wykraczają poza szachownicę. Przegrana P. (P. to główny bohater tych tekstów) zwiastuje rzeczywisty dramat przeciwnika, bo kiedy mistrz słabnie, jego uczeń musi stać się kimś innym, przejąć mimowolnie jego rolę.

Dopiero później, po upływie
kilku lat, to on już stale
przegrywał, a partie kończyły się szybciej.
Pamiętam ciemnozielone (kolor świeżej trawy)
podkładki z filcu, karton, nadruk CIESZYN,
kształt skoczka. Teraz znów w coś gramy,
on – tamten i ja – teraźniejszy,
teraz znów jest jak na początku
nauki, jakbym nie pamiętał reguł
[...]
(Gra)


Uwagę zwracają też trzy fragmenty prozy poetyckiej, w której autor potwierdza zmysł obserwatora. Dla przykładu przywołam jedynie parę zdań – w których postać P. umiejętnie przyrównana jest do latarnika:

Rozmieszczono tam kilka włączników światła, które trzeba było naciskać, co jakiś czas, bo lampy gasły automatycznie po paru minutach. [...] W podróżach przez piwniczne korytarze najważniejsze więc było, by nigdy nie tracić z oczu łuny światła, znaczącej miejsce powrotu. Póki P. zajmował się czymś w komórce, musiał podtrzymywać oświetlenie. Można powiedzieć, że był kimś w rodzaju latarnika.


Michał potrafi też sprawnie posługiwać się wyszukaną formą vilanelli (tak otwiera tomik), ma dobre ucho do melodii słów. Pisze świadomie. Potrafi uruchomić myślenie naiwne (zawiesić wiedzę o świecie); odbiorca może mieć wtedy złudzenie (wchodząc do tekstu), że zanurza się w wodzie tylko do kostek, żeby zaraz okazało się, że jednak od początku nie miał gruntu.
Dlaczego wcześniej nic o nim nie słyszałam? Dlaczego tu – w Zielonej Górze, gdzie mieszka od dziecka (z przerwą na studia we Wrocławiu) – ten głos się nie przebił, a został doceniony na drugim końcu Polski i wydany w prestiżowym wydawnictwie UNIVERSITAS (kto z lubuskich poetów miał taką szansę?). Wydaje mi się, że odpowiedź wiele mówi o środowisku.
Po pierwsze – sprawy pokoleniowe. Od lat słychać w rozmowach między piszącymi, że Ziemia Lubuska nie rodzi wieszcza, że czegoś tu brakuje. To jest nawet dość wygodne, bo uzasadnia jakąś egzogenną przypadłość tkwiącą gdzieś na mapie – w każdym razie nie w tych, którzy piszą. Może nawet służy podkreśleniu wyjątkowości. W 1974 r. Andrzej K. Waśkiewicz uznał, że największym osiągnięciem środowiska było „przezwyciężenie statusu wyjątkowości” i dodał, że od połowy lat 60. funkcjonuje ono na „normalnych” prawach. Co ciekawe, zauważa on na początku lat 70. obniżenie aktywności i brak inicjatyw młodych (wzrasta średnia wieku, nie obserwuje się dopływu nowych członków grup młodoliterackich) – dopiero zaraz zaczną działać roczniki 50. (w 1975 r. wydrukowany zostanie pierwszy numer jednodniówki „Faktor”).
Obecnie można odnieść podobne wrażenie – mam nadzieję, że sytuacja jest analogiczna – tuż przed przełomem. Młodych, którzy mają tu coś do powiedzenia, jest coraz więcej (i może to jest właśnie czas na zmianę warty?). Nie chodzi tylko o poezję, bo przebudzenie widać też w gatunkach prozatorskich – powstaje sporo kryminałów (Krzysztof Koziołek cały czas na pierwszym miejscu, ale można też wymienić Monikę Suder, Przemysława Piotrowskiego, Łukasza Kotwickiego). Roczniki 50. (w tym także słynna grupa Studencki Klub Poetycki ’54) są w pewnym sensie zafiksowane (wymienię choć kilku przedstawicieli: Czesław Markiewicz, Eugeniusz Kurzawa, Czesław Sobkowiak, Wojciech Śmigielski). To oni byli pokoleniem najbardziej czynnym w latach 80. i 90. Pierwsi tubylcy. Obecnie cierpiący na brak perspektyw. Zawiedzeni brakiem sukcesu (poza lokalnym). Nawet nie zauważyli późnych roczników 60. i 70. (poza Krzysztofem Fedorowiczem, który ku zdziwieniu większości, zdobył pierwszy Lubuski Wawrzyn Literacki w kategorii poezji). W poprzednim numerze „Pro Libris” Czesław Sobkowiak aż sześć razy odmienia przez przypadki słowo „legenda” (pisząc np. o Marku Grewlingu, Annie Tokarskiej). Urasta to do rangi jakiegoś fetyszu. To już nie czasy na legendy (i nie chodzi nawet o to, że trudno dziś o Gordona czy Papuszę). To czasy na literaturę. Właśnie taką, jak Piosenka o rozpadzie Michała Banaszaka, Pogodna biel dobrego samopoczucia Pauliny Korzeniewskiej, najnowsze wiersze Agnieszki Leśniewskiej (które zostaną wydane w 2017 r. jako nagroda główna w II edycji Konkursu Literackiego „Winiarka”), teksty Agnieszki Ginko-Humphries (jej bajki dla dzieci doceniane są w całej Polsce, obecnie autorka przygotowuje tomik poezji), piosenki Andrieja Kotina (bo powieść i poezja nieco słabsze) czy nieśmiałe – a moim zdaniem udane – próby Borysa Roga (który – uwaga wydawcy – ma przed sobą debiut). To są nazwiska z samej Zielonej Góry, ich liczba zostałaby potrojona, gdybym dodała młodych poetów z Gorzowa Wielkopolskiego i okolic.
Ciekawe, że tych pokoleniowo dojrzalszych poetów (Janusz Koniusz, Janusz Werstler, Anna Tokarska, Andrzej K. Waśkiewicz) charakteryzuje (charakteryzował – w przypadku zmarłych) zazwyczaj większy dystans i otwartość umysłu niż tych nieco młodszych. A może to tylko potwierdzenie starej zasady, że łatwiej dogadywać się dzieciom z pokoleniem dziadków niż ojców. Kiedy Janusz Koniusz przychodzi prowadzić warsztaty pisania poezji na spotkania Stowarzyszenia Jeszcze Żywych Poetów, to mam niemal namacalny dowód, że on ma cały czas 30 lat. Nie jest nastawiony na siebie, uważnie słucha innych i radzi. I większość za nim nie nadąża. Ale co to za ogromna przyjemność znaleźć kogoś, za kim się nie nadąża. Nasze pokolenie (bo mówię też za siebie) potrzebuje wyraźnego poczucia odrębności. Na pewno nie jesteśmy kontynuatorami pokolenia „Faktora”, rzeczywistość stawia przed nami inne zadania. Nigdy nie będziemy prawdopodobnie zrzeszoną grupą, z programami, manifestami. Nie interesuje nas ani Związek Literatów Polskich, ani Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Raczej nie będziemy mówić o sobie „my”. To nie te czasy – znowu powtórzę.
Druga sprawa to festiwale, imprezy, konkursy. Niektórzy od razu stwierdzą, że to kwestia finansów, dotacji. Jeśli na festiwal przychodzą jedynie stali bywalcy zielonogórskich imprez, to dalej bawimy się sami ze sobą (jak w piaskownicy – nie przybywa nowych zabawek). Z zielonogórskich instytucji kultury chyba BWA z dyrektorem Wojciechem Kozłowskim przyciąga najwięcej młodych zainteresowanych różnymi gałęziami sztuki. Na Festiwalu Puls Literatury w Łodzi spotkałam ostatnio osoby z Warszawy, Wrocławia, Katowic czy Gdańska (przecież to kilka godzin w podróży). Nagrodami w konkursach na takich festiwalach nie jest kosz słodyczy i owoców, ale nagrody pieniężne rzędu od 200 zł do 2000 zł. Program jednego dnia rozpisany jest do późnych godzin nocnych. Organizatorami są ludzie po trzydziestce i koło czterdziestki. Nikt z nich nie jest też zmęczonym bibliotekarzem po godzinach pracy. Tego Łodzi będę zawsze zazdrościć – Domu Literatury, gdzie pracują m.in. poeci, redaktorzy i krytycy literaccy. I jeśli za jakiś czas nadal będę mieszkać w Zielonej Górze – zrobię wiele, żeby powstało tu coś takiego, choćby na powierzchni 20 m2, choćby w poczekalni dworca PKP.
Wypada podziękować jury Konkursu im. Anny Świrszczyńskiej za odkrycie dla nas Michała Banaszaka. Mam nadzieję, że nie przerazi go nieoczekiwany sukces i wysoko ustawiona poprzeczka. Zresztą – być może wszystkie poprzeczki są tylko zbędnym balastem w głowie samego piszącego.

 

Mirosława Szott